Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służby specjalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służby specjalne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2013

Tajna baza japońskich służb w Polsce, francuski zamach na Abu Hamzę i obóz dla podwójnych agentów w Al-Kaidzie

Zająłem się sprawą zamachu na JFK, a w międzyczasie pojawiło się kilka informacji ze świata tajnych służb, które mogliście przeoczyć,  nawet jeśli odwiedzacie mój facebookowy profil. Oto i one:

Francuskie tajne służby próbowały dokonać, na brytyjskiej ziemi, zamachu na znanego islamskiego fundamentalistę Abu Hamzę. Akcja miała zostać dokonana "pod fałszywą flagę", czyli zabójcy mieli udawać brytyjskich neonazistów z Combat 18 (i wysyłać wcześniej Abu Hamzie lipne nazistowskie pogróżki). Z operacji zrezygnowano, ale wiele ona mówi o charakterze różnych B & H Białystok Bartłomiej Sienkiewicz Corps. Przypomina mi się anegdota: Pracownik niemieckiego Federalnego Urzędu ds. Ochrony Konstytucji pokazuje zdjęcie z pogrzebu gen. Rudla. Na pogrzebie grupka skinheadów. "Połowa to nasi, połowa Stasi, tylko Rudel jest prawdziwy" - mówi agent zachodnioniemieckiego kontrwywiadu.


Tymczasem CIA stworzyła "alternatywne Guantanamo", czyli obiekt znany jako Penny Lane położony tuż obok oryginalnego obozu internowania Gitmo. Trzymano tam, w komfortowych warunkach islamskich terrorystów, których przygotowywano do stania się podwójnymi agentami. Wielu z tych ludzi oddało później wielkie usługi Wolnemu Światu zabijając terrorystycznych przywódców, przeszkadzając w realizacji zamachów i dokonując innych prowokacji. Co ciekawe, przebywając w letniskowych chatkach Penny Lane często prosili o to, by dostać jakąś pornografię do oglądania. Strażnicy chętnie spełniali ich prośby.


Tymczasem, w Polsce przez wiele lat funkcjonowała tajna baza tajnych wojskowych służb specjalnych... Japonii. Podlegała ona jednostce wywiadowczej prowadzącej podczas Zimnej Wojny i później operacje na całym świecie bez wiedzy japońskiego premiera i ministra obrony. Jak czytamy:



"Informator Kyodo podkreśla, że wszyscy członkowie tajnych oddziałów wywiadowczych byli kształceni w szkole w ośrodku Kodaira na przedmieściach Tokio. Uczelnia jest postrzegana jako spadkobierczyni tradycji stołecznej szkoły Japońskiej Armii Imperialnej, która uczyła przyszłych szpiegów podczas II wojny światowej.

Operacje były prowadzone głównie w państwach byłego ZSRR, Chinach czy Korei Północnej - podkreślił rozmówca agencji. Działania wywiadowcze miały być nadzorowane przez służby USA. W ostatnim czasie prowadzono akcje na terenie Rosji, Korei Południowej, Polski."



Normalnie jak Ghost in the Shell, czy też organizacja "Tokio" z Higurashi. Ciekawe czy badali tutaj Syndrom Polski?


piątek, 3 maja 2013

Największe sekrety: Szaleństwo "Dzikiego Billa" Donovana

Brytyjski premier Harold McMillan stwierdził, że każdy kto spędził więcej niż 10 lat w świecie szpiegów musi mieć poważne problemy z psychiką. Rzeczywiście, tajne służby przyciągają oryginałów i osoby chore psychicznie. Można wskazać tabuny szefów bezpieki z różnych państw, którzy nie byli normalni w ortodoksyjnym, filisterskim tego słowa znaczeniu. Można zdiagnozować ślady chorób psychicznych u wielu ziemnowojennych zdrajców, podwójnych agentów i dezerterów (choćby płk Michał Goleniewski podający się za cudownie ocalałego carewicza Aleksego). Na pewno przypadkiem godnym do zbadania przez psychiatrów był William "Dziki Bill" Donovan - legenda amerykańskich służb, szef OSS, jeden z ojców CIA.



Donovan miał wielu wrogów: przede wszystkim wojskowych i szefa FBI J. Edgara Hoovera. Wojskowi i FBI widzieli w OSS groźną konkurencję dla własnych służb wywiadowczych. W przypadku Hoovera nakładała się na to również niechęć osobista. W latach '20-tych Donovan był jego zwierzchnikiem w Departamencie Sprawiedliwości i współpracowało im się fatalnie. W czasie wojny Hoover obsmarowywał więc "Dzikiego Billa" rozpowiadając, że jest sympatykiem komunizmu i osobą  niekompetentną. Donovan odpłacał mu siejąc plotki, że Hoover to homoseksualista. Gejowskie skłonności Hoovera, wbrew popularnej legendzie nie zostały nigdy udowodnione, ale w oskarżeniach szefa FBI wobec Donovana było dużo prawdy. Szef OSS przyjmował do służby ludzi, którzy nie kryli się ze swoimi komunistycznymi poglądami - np. niemieckiego ekonomistę Juergena Kuczynskiego, sowieckiego a później enerdowskiego agenta. Gdy w 1942 r. wybrał się do Moskwy, biesiadował tam z kierownictwem sowieckiej bezpieki i po powrocie do Stanów podekscytowany ględził jaka to NKWD zajebista służba i że Amerykanie też powinni coś takiego mieć (!). Takie są korzenie późniejszej penetracji CIA przez sowieckie służby - hydry z którą walczył James Jesus Angleton.

A co do niekompetencji Donovana i jego ludzi, zacytujmy fragment książki Tima Weinera "Dziedzictwo popiołów" (podkreślenia autora bloga):

"„Miał nieograniczoną wyobraźnię — powiedział David K. E. Bruce, jego prawa ręka,
późniejszy amerykański ambasador we Francji, Niemczech i Anglii. — Bawił się pomysłami.
Z podniecenia parskał jak koń wyścigowy. Biada oficerowi, który odrzucił projekt, ponieważ
wydawał mu się śmieszny lub co najmniej niecodzienny. Przez kilka bolesnych tygodni pod
jego dowództwem sprawdzałem możliwość wykorzystania nietoperzy zebranych w jaskiniach
na Zachodzie do zniszczenia Tokio"  — miano je zrzucić z samolotów z bombami
zapalającymi przymocowanymi do grzbietów. Oto był duch OSS.
Prezydent Roosevelt zawsze miał wiele wątpliwości co do Donovana. Na początku 1945
roku rozkazał swojemu głównemu adiutantowi w Białym Domu, pułkownikowi Richardowi
Parkowi juniorowi, żeby przeprowadził tajne śledztwo dotyczące operacji OSS czasu wojny.
(…) Raport Parka zniweczył możliwość  istnienia OSS jako części amerykańskiego rządu, obalił romantyczny mit, który stworzył  Donovan, by chronić swoich szpiegów, i zaszczepił w Harrym
Trumanie głęboką i trwałą nieufność do tajnych operacji wywiadowczych. OSS wyrządziło
„poważną krzywdę obywatelom, przedsiębiorstwom i interesom narodowym Stanów
Zjednoczonych", stwierdzał raport.  Park nie dał żadnego przykładu działań, którymi Biuro Służb Strategicznych przyczyniło się  do wygrania wojny, bezlitośnie natomiast wyliczył wszystkie jego niepowodzenia. Szkolenie  oficerów OSS było wedle niego „prymitywne i słabo zorganizowane". Szefowie wywiadu  brytyjskiego uważali, że amerykańscy szpiedzy „miękną w ich rękach jak wosk". W Chinach przywódca nacjonalistów Czang Kaj-szek manipulował OSS dla własnych celów. Niemieccy szpiedzy penetrowali działalność tej służby w całej Europie i Afryce Północnej. Japońska
ambasada w Lizbonie odkryła, że ludzie OSS zamierzają wykraść jej książki szyfrów —
skutkiem czego Japończycy zmienili szyfry i latem 1943 roku „doszło do przerwania dopływu
ważnych informacji wojskowych". Jeden z informatorów Parka stwierdził: „Nie wiadomo, jak
wielu Amerykanów na Pacyfiku padło ofiarą głupoty OSS". Fałszywe informacje dostarczone
przez Biuro Służb Strategicznych po upadku Rzymu w czerwcu 1944 roku zaprowadziły
tysiące Francuzów w hitlerowską pułapkę na Elbie, napisał Park, a „w wyniku tych błędów
OSS i złej oceny sił wroga zginęło około 1100 francuskich żołnierzy".
Park atakował też w raporcie samego Donovana. Twierdził, że generał zgubił na przyjęciu w
Bukareszcie teczkę, którą „rumuńska tancerka przekazała Gestapo". Do OSS przyjmowano i
awansowano na wyższe stopnie, nie kierując się zasługami, lecz starymi koleżeńskimi
koneksjami z Wall Street i Social Register. Donovan wysyłał ludzi na samotne posterunki,
takie jak Liberia, i zapominał o nich. Przez pomyłkę zrzucił komandosów do neutralnej
Szwecji. We Francji skierował wartowników do pilnowania przejętego niemieckiego składu
amunicji, a potem wysadził ich w powietrze."


Wiele niepochlebnych rzeczy o OSS można wyczytać również w znakomitej książce Williama Breuera "Nieznana wojna MacArthura". Ostatni Bóg Wojny, gen. Douglas MacArthur po przybyciu w 1942 r. do Australii stworzył własną, międzyaliancką organizację wywiadowczą AIB. Kierował nią jego szef wywiadu, gen. Charles Willoughby (Niemiec o faszystowskich poglądach, posługujący się wcześniej nazwiskiem Karl Weidenbach, odznaczony przez Mussoliniego i przyjaźniący się z Primo de Riverą). AIB zatrudniała amerykański oraz australijski personel wywiadowczy, w tym wielu nissei - potomków japońskich imigrantów. Jej siatki - od Guadalcanal po Filipiny - osiągały niesamowite rezultaty w zbieraniu informacji o wrogu, miały też na koncie wiele brawurowych operacji dywersyjnych. 


MacArthur i Willoughby podchodzili do problematyki tajnych operacji profesjonalnie a ludzi OSS uważali za niebezpiecznych dyletantów. Niepokoiło ich też to, że w OSS roiło się od lewicowych liberałów. Ostatecznie jednak gen. MacArthura do współdziałania z OSS zniechęciło spotkanie z Billem Donovanem. Szef OSS, w egzaltowany sposób przedstawił mu swój plan dokonania przełomu w wojnie. Plan ten sprowadził się do jednego: "ogłośmy, że Japończycy zaatakują Singapur i to będzie przełom w wojnie". Zażenowany MacArthur zakazał OSS działalności na swoim terenie. 

OSS próbowała jednak wejść do królestwa MacArthura bocznymi drzwiami. Pewnego dnia do kwatery adm. Halseya na Nowej Kaledonii przybył wysłannik Donovana. Przedstawił się jako profesor, specjalista od Tybetu i od razu stwierdził, że jego wiedza bardzo się przyda na południowym Pacyfiku. Długo nie potrafił wyjaśnić o co mu chodzi, ale w końcu ponaglany przez Halsaya przyznał, że chce mu przedstawić rewolucyjny wynalazek: jednoosobową gumową łódź desantową. 
- Czy mógłby Pan mi ją opisać? - spytał Halsey.
- No nie wiem, to sprawa ściśle tajna.... Nie wiem, czy Panu mogę zaufać admirale... - odparł profesor.
- Zapewniam Pana, że gwarantuje zachowanie tajemnicy...
- Ok. Kamień spadł mi z serca...
- No to, niech mi Pan opiszę ten wynalazek. Chętnie posłucham - nalegał Halsey.
- Ale... my jeszcze nie opracowaliśmy tej łodzi. Mamy tylko ogólny pomysł - bezceremonialnie wypalił wysłannik Donovana. Admirał Halsey wyprosił go z pokoju i od tej pory trzymał się z dala od ludzi z OSS...



W 1945 r., w ramach przygotowań do operacji "Downfall" (inwazji na Kyusiu i Honsiu) MacArthur był zmuszony współpracować z OSS. To wówczas ludzie Donovana zaproponowali mu nowy "genialny pomysł" na wygranie wojny. Wypuszczenie na brzegi Japonii tysięcy lisów pomalowanych fosforyzującą farbą. Lisy w japońskiej mitologii to zwierzęta demoniczne, potrafiące się zmieniać w ludzi, zwodzić ich oraz uwodzić. Planiści z OSS wymyślili sobie, że jeśli ryzykując życie tysięcy marynarzy dostarczy się fosforyzujące lisy na japońskie plaże, to przesądni Japończycy wezmą to za zły omen i podupadnie ich morale. MacArthur zauważył, że fosforyzująca farba może zostać zmyta przez morskie fale, gdy lisy będą płynąć do brzegu. OSS, by to sprawdzić przeprowadziła testy z lisami na jeziorze w stanie Michigan. Eksperymenty przyznały rację MacArthurowi i dopiero wtedy OSS zrezygnowała ze swojego kretyńskiego planu...



Powyżej: lis to wieloznaczna postać w japońskiej mitologii. Istnieją legendy o uwodzicielskich lisicach zamieniających się w piękne kobiety, potrafiące omotać potężnych feudałów. Taka właśnie "lisica o dziewięciu ogonach" (im więcej ogonów, tym większa moc) omotała Shingena Takedę, znanego feudalnego wodza z XVI w. Motyw lisich demonów jest mocno eksploatowany w japońskiej popkulturze - od "Kyubiego" z "Naruto", po Chizuru z "Kanokona". Poniżej: panienka przebrana za Miyamoto Chizuru (w lisiej formie) z serialu "Kanokon". :)




niedziela, 22 lipca 2012

Peter Wright "Spycatcher"



Jeżeli oglądaliście film "Tinker, tailor, soldier, spy" (w Polsce szedł pod tytułem "Szpieg") - i wam się podobał, wspomnienia Petera Wrighta "Spycatcher" będą przez was uznane za "zajebistość w płynie". Możecie ją ściągnąć z tej witryny. Peter Wright od końcówki lat '40-tych do 1972 r. był funkcjonariuszem brytyjskiego kontrwywiadu MI5. Oficjalnie był naukowcem-konsultantem, ekspertem od podsłuchów. W latach 50-tych pomagał sojuszniczym służbom zakładać podsłuchy w sowieckich (a także peerelowskich) placówkach dyplomatycznych. Po pewnym czasie okazało się jednak, że informacje o tych operacjach wyciekają do sowieckich służb. Wright został włączony do zespołu polującego na "kretów" i okazał się tam bardzo skutecznym myśliwym. Jego książka jest fascynującym opisem kontrwywiadowczej gry i rekonstruowania skali sowieckiej infiltracji zachodnich służb. Na kartach tego dzieła przewijają się takie postacie jak James Jesus Angleton, płk Anatolij Golicyn, płk Michał Goleniewski,  Charles Spry, Anthony Blunt, Kim Philby czy Gordon Londsdale. Podczas swojego śledztwa Wright odkrył m.in., że ogromna liczba poszlak wskazuje na to, że sowieckim kretem był... jego szef, dyrektor MI5 sir Roger Hollis. Wright opisuje pracę kontrwywiadu od kuchni, bez upiększeń ale w sposób emocjonujący. Szczególnie mocne wrażenie zrobiła na mnie scena przesłuchania oficera podejrzewanego o to, że był "średniej rangi agentem" w MI5 wskazanym przez płka Goleniewskiego. Przesłuchiwany (notabene w połowie Polak, tłumacz z Jałty) w pewnym momencie przesłuchania spuścił głowę i niemal łkając przyznał się do szpiegostwa dla Sowietów. Po chwili krępującej ciszy... roześmiał się szyderczo. "Ale was zrobiłem! To wasze śledztwo jest gówno warte!". Po tym wyskoku nie było już dla niego miejsca w MI5.

niedziela, 8 lipca 2012

Likwidacje uczestników operacji Samum




Zgon gen. Petelickiego nie jest pierwszym dziwnym zejściem z towarzysko-służbowego grona, w którym on się obracał. W latach 90-tych w tajemniczych wypadkach zginęło trzech agentów UOP biorących udział w operacji Samum. Każdy z nich 25 października (ponoć to jest rocznica tej akcji).
Oddajmy głos Leszkowi Szymowskiemu:

"Na trasie Bejrut – Damaszek ciężarówka staranowała samochód Jacka Bartosiaka. Zdarzyło się to 25 października 1996 r. Dokładnie dwa lata później w wypadku samochodowym w pobliżu Kairu zginął Andrzej Puszkarski. W 2002 r., również 25 października, śmierć poniósł Jerzy T. Jego ciało wyłowiono u wybrzeży Egiptu. Wszystkich trzech łączyło jedno: 25 października 1990 r. brali udział w tajnej operacji polskiego wywiadu, której celem było wywiezienie sześciu agentów CIA z Iraku.
Polski wywiad umożliwił wtedy Amerykanom również wywiezienie szczegółowych planów rozlokowania instalacji wojskowych w Iraku. Były one niezwykle istotne podczas rozpoczętej wiosną 1991 r. operacji „Pustynna burza" – wyzwolenia Kuwejtu spod irackiej okupacji. – Słyszałem o tym, że Saddam Husajn wyasygnował spore pieniądze na odnalezienie i wyeliminowanie osób, które brały udział w operacji polskiego wywiadu, bo było to zagranie mu na nosie – twierdzi jeden z żyjących uczestników akcji.

Przypadkowe wypadki
Pierwszy wypadek nie wzbudził specjalnych podejrzeń. Nie było żadnych świadków. To, że na pustej, nieoświetlonej drodze staranowano osobowy samochód, mogło być przypadkowe. Jacek Bartosiak, kapitan Urzędu Ochrony Państwa i szef rezydentury polskiego wywiadu w Syrii i Libanie, nie miał szans, by przeżyć. Wówczas nie dopatrzono się śladów wskazujących na zamach na jego życie. Sytuacja zmieniła się dwa lata później, gdy zginął Andrzej Puszkarski, który także był czynnym funkcjonariuszem wywiadu. „Allah nie dał mu przeżyć. Świadków wypadku nie było" – napisał policjant egipskiej drogówki. Pędzący samochód osobowy wypadł z jezdni i z ogromną prędkością uderzył w przydrożną barierkę. Staranował kilka słupków i zatrzymał się wbity do połowy w żelazne umocnienia. Egipscy ratownicy mogli tylko powiadomić polską ambasadę o śmiertelnym wypadku."


Moja teoria jest następująca: wszystkich trzech wystawiono irackim służbom. Kto ich wydał? A  która służba była ówcześnie mocno zaangażowana w sprzedaż broni na Bliski Wschód i przy tym była silnie zinfiltorwana przez Ruskich? Mała podpowiedź: pierwsza litera jej akronimu to "W", ostatnia to "I". 

***
Mała dygresja, dla rozluźnienia atmosfery: film "Essential killing" nie musi być taki głupi, jak to przedstawiają prawicowi recenzenci (zapewne podpuszczeni przez swoich opiekunów ze służb). Koncept w nim użyty to pomysł na dobrą sensację - i to nawet zbliżoną do realiów (Talib biegnący ośnieżonym mazurskim lasem niczym Stevek Seagall w "Na zabójczej ziemi" po lasach Alaski... Więzień uciekający z tajnego więzienia, niczym jakiś obcy ze Strefy 51. Zabrakło tylko motywu integracji taliba z miejscowymi, np. kibolami). Dobrym motywem mogłoby być również zabójstwo  wysokiej rangi oficera służb III RP przez taliba mszczącego się na nim za tajne więzienia.


Seryjny samobójca w Niemczech. 1968 r.





 Jeśli mówimy o  samobójstwach wysoko postawionych osób, warto przypomnieć ich serię z jesieni 1968 r. z RFN.  Jako pierwszy zastrzelił się 8 października 1968 r. admirał Hermann Luebke, szef logistyki w dowództwie SHAPE. Dzień później odebrał sobie życie Horst Wendland, wiceszef zachodnioniemieckiego wywiadu BND. Strzelił sobie w głowę w kwaterze głównej BND w Pullach. 14 października powiesił się Hans Schenke, z ministerstwa gospodarki RFN. Cztery dni później popełnił samobójstwo płk Johan Grimm z ministerstwa obrony RFN. 21 października wyłowiono z Renu, w okolicach Kolonii ciało Gerharda Boehma, urzędnika tego resortu. Co ich łączyło? Wszyscy zostali zidentyfikowani jako szpiedzy Bloku Wschodniego przez zbiegłego na Zachód majora czechosłowackiej bezpieki Ladislava Bittmana. Możemy mówić o Niemcach co chcemy, ale trzeba im przyznać, że jak znajdują się w sytuacji bez wyjścia, mają siłę, by strzelić sobie w łeb.

(Źródło: Nigel West "The Circus. MI5 Operations 1945-1972").

Jako dygresję można podać ciekawy przypadek z drugiej strony Renu. Po tym jak na początku lat '60-tych płk Anatolij Golicyn ujawnił istnienie sowieckiej siatki "Sapphire" wewnątrz francuskiego wywiadu SDECE, wiceszef SDECE "popełnił samobójstwo" wyskakując z okna w swoim biurze.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

ACTA delenda est!



"Revolution will be televised"
                        Snoop Dog

"YouPorn, RedTube i Porn Hub padną w tej sytuacji jako pierwsze"
                                                                 poseł  Jan Dziedziczak

Na początek, czym jest ta cała ACTA, od której huczy internet:

Wpis Jacka Sierpińskiego

Film z wytłumaczeniem

Łukasz Czajka: PIPA nie jest już sexy!!!

Radykalne Centrum, które reprezentuje, opiera się zdecydowanie przeciwko ACTA, SOPA, PIPA, sracta i innym ordynarnym próbom cenzury internetu. Gdybym  dorwał się do władzy, pewnie wprowadziłbym dyktaturę i  podpisywałbym długie listy swoich przeciwników "do rozwałki", ale nigdy nie próbowałbym cenzurować netu w tak głupi sposób. (Wyjaśnienie dla zbyt poważnych: to taki chory żart:). Taki sposób cenzurowania netu jest głupi - bo zubożający ludzką wiedzę o świecie, spychający wolną dyskusję do katakumb i penalizujący niewinne zachowania. Nie łudzę się jednak, że ewentualne pokonanie ACTA, SOPA i PIPA zakończy bój o zachowanie tożsamości internetu. Megaupload został zdjęty, mimo, że żadna SOPA jeszcze nie obowiązuje. Jesteśmy szpiegowani przez służby niezależnie od tego co mówi prawo - taka jest przecież natura służb. Ponadto cenzurę netu może wprowadzić krajowe ustawodastwo, bez konieczności uciekania się do jakichkolwiek międzynarodowych porozumień - w Chinach nigdy o żadnej ACTA nie szłyszeli, a i rząd Tuska miał cenzorskie zakusy, zanim ktokolwiek w Polsce wiedział, czym jest ACTA.

Bawią mnie jednak trzy rzeczy: groźby hakerów, że w razie przepchnięcia ACTA ujawnią kompromitujące informacje o politykach koalicji PO-PSL, oświadczenia Grasia o wzroście zainteresowania rządowymi serwerami oraz słowa zdemenciałego gen. Kozieja o wprowadzeniu stanu wyjątkowego po atakach hakerskich. No cóż, już jak był moim wykładowcą wszyscy się śmieli z jego obsesji na punkcie cyberbezpieczeństwa, ale nikt nie podejrzewał, że pan profesor tak mocno odjedzie :) K...wa to wszystko postacie rodem z kreskówek Git Produkcji :)

poniedziałek, 5 września 2011

Libia: trójkąt służby-terroryści-dyktatorzy


Dokumenty zdobyte przez libijskich rebeliantów i zachodnie media pokazują, że MI6 i CIA współpracowały ze służbami Kaddafiego przesyłając im islamskich radykałów-antykaddafistycznych opozycjonistów. Jednym z nich był Abdul Belhadj, czyli obecny Pan na Trypolisie - dowódca sił rebelianckich, które zdobyły islamską stolicę. Belhaj żąda teraz od zachodnich mocarstw przeprosin, bo był torturowany przez bezpiekę Kaddafiego.

No cóż, skoro zachodnie (a także wschodnie) służby współpracują ze złymi dyktatorami (Kaddafi, Assad, al-Baszir, a wcześniej Saddam) przeciwko strasznym terrorystom, to równie dobrze mogą współpracować ze strasznymi terrorystami przeciwko złym dyktatorom co robią teraz w Libii i w Syrii, a wcześniej w Iraku. Dla służb potężnych mocarstw i dyktatorzy i terroryści są jedynie pionkami w geopolitycznej grze. A że od czasu do czasu dyktator wspiera terrorystów przeciwko służbom? Myśli, że jemu też to wolno. I często ma rację.

sobota, 3 września 2011

Gen. Jin Yinan: chińska elita jest sprzedajna i zinfiltrowana przez obce służby



Wykład gen. Jin Yinana, wygłoszony w Chińskim Narodowym Uniwersytecie Bezpieczeństwa, bije rekordy popularności w chińskojęzycznym internecie. Gen. Yinan narzeka w nim na to, że wielu partyjnych oficjeli szpieguje na rzecz obcych mocarstw. Za każdym razem jednak, gdy są łapani, zostają, by zatuszować sprawę skazywani za korupcję. Chiński generał wymienił w tym kontekście m.in.: Lin Bi, ambasadora w Seulu (pracującego dla służb Korei Płd.), Kang Rixin, szef cywilnego programu nuklearnego, Tong Daning, szef Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (poinformował w zeszłym roku  Tajwan o nadchodzącym, częściowym uwolnieniu kursu juana). "Ludzie teraz myślą tylko o pieniądzach" - mówi gen. Yinan. To oznacza, że chińska elita jest dosyć sprzedajna, co źle wróży temu krajowi...

Ale cóż - założycielami ChRL byli przecież sowieccy i japońscy agenci...

środa, 31 sierpnia 2011

Polska '39, Japonia '45 - dwa narody, jeden honor



Inazo Nitobe, znany japoński pisarz, zadedykował w 1910 r. swoją książkę "Bushido" narodowi polskiemu, wskazując, że to naród "samurajski". Może nam się to wydawać szokujące, ale był czas, gdy Japończycy (i wiele innych narodów) podziwiali Polaków za ich bohaterstwo i honor. Był też czas, gdy Polacy w swym bohaterstwie i poczuciu honoru byli bardzo do Japończyków podobni. W 1939 r. wielu polskich obywateli samorzutnie zgłaszało się, że są gotowi wziąć udział w misjach samobójczych - jako żywe torpedy, coś co Japończycy wymyślili dopiero cztery lata później. Gdy czytamy o Wrześniu 1939 r. bardzo często mamy przed oczyma podobną determinację, odwagę i patriotyzm jakie charakteryzowały japońskich obrońców ziemi ojczystej w 1945 r. Iwo Jima, Okinawa, Wizna, Grodno, Węgierska Górka, polskie placówki w Gdańsku, warszawska Ochota... Zarówno gen. gen. Kuribayashi i Ushujima jak i mjr Raginis oraz płk Dąbek odebrali sobie życie. Dwa narody, jeden honor.

***

Warto również pamiętać, że zarówno przed wojną jak i w czasie wojny, polskie i japońskie służby specjalne były sojusznikami działającymi przeciwko wspólnemu wrogowi Sowietom - częścią tej współpracy była m.in. działalność konsula Sugihary w Kownie, który uratował przed NKWD tysiące Polaków (i polskich Żydów). Zresztą współpraca wywiadowcza Polski i Japonii sięgała 1905 r. - endecy bardzo lubią określać Marszłka Piłsudskiego (zgodnie z prawdą) japońskim agentem. Mniej wiarygodne źródła mówią nawet, że II RP współpracowała z upiornym oddziałem 731 w badaniach nad bronią biologiczną (testowaną na sowieckich agentach)

Ps. Dawno, dawno temu, przed antykibolską i antydopalaczową histerią była histeria anty-anime. Pamiętam jak pod koniec lat 90-tych różni psychologowie dziecięcy mówili, że to anime to straszna rzecz wypaczająca umysły młodzieży i że młodzież, zamiast oglądać te straszne japońskie bezeceństwa powinna na Dworcu Centralnym zaspokajać (zainteresowania badawcze) Andrzeja Samsona. Pamiętam szczególnie jedną taką "chrześcijańską" panią psycholog mówiącą, że anime spacza umysły, bo "indoktrynuje japońskimi wartościami" (sic!). Akurat w kraju  kurew i złodziei, japońskie wartości są czymś, czego nam potrzeba - byłoby czyściej, milej, punktualniej i uczciwiej. Jeśliby doszło do katastrofy smoleńskiej, pół rządu poderżnęłoby sobie gardła a polegli w Smoleńsku, na czele z dwoma prezydentami czczeni byliby jako "kami" w świątyni Yasakuni, a jakby jakiemuś Sedesowi się to nie podobało, to jego los byłby marny jak alianckich jeńców w Mandżurii.