sobota, 24 października 2020

Valley Forge - zewnętrzna ingerencja w dzieje USA

 

Ilustracja muzyczna: Two Steps From Hell - Forgotten September

W amerykańskiej narodowej legendzie szczególne miejsce zajmuje Valley Forge. W tej dolinie w Pennsylwanii zimą 1777/1778 obozowała główna część Armii Kontynentalnej i jej dowódca gen. George Washington. Amerykańscy buntownicy byli wówczas w kiepskiej sytuacji. Armia po prostu marzła i głodowała. W tych "okolicznościach przyrody" doszło do spotkania generała Waszyngtona z Niezwykłym.

Flashback: Samael - Naprawdę fartowny generał



Relacji o tym, co się stało dostarczył świadek tamtych wydarzeń, weteran wojny o niepodległość Anthony Sherman. Opowiedział o tym m.in. pisarzowi Wesleyowi Broadshowi - 1859 roku, gdy miał 99 lat. Relacja została przedrukowana po raz pierwszy w 1880 r. w gazecie "The National Tribune", która później zmieniła nazwę na "The Stars and Stripes" i stała się oficjalnym organem armii USA. Ponownie przedrukowano ją w 1950 r. Sherman rzekomo był świadkiem rozmowy Waszyngtona z jednym z jego oficerów. Dowódca Armii Kontynentalnej wyraźnie poddenerwowany opowiadał, że w jego pokoju pojawiła się "piękna istota", które stała się "świetlista". "Owładnęła" jego umysłem i pokazała mu trzy wizje przyszłości. W pierwszej z nich wielka czarna chmura nadciągnęła nad 13 kolonii znad Atlantyku, ale po krótkiej ulewie się cofnęła. Oczywisty symbol. Później Waszyngton zobaczył jak cały obszar od Atlantyku po Pacyfik zapełnia się miastami i miasteczkami. W drugiej wizji "złowrogie widmo" nadleciało do USA z Afryki i opadło na miasta, miasteczka i farmy. Mieszkańcy Ameryki zaczęli walczyć ze sobą. Pojawił się jednak "anioł" ze świetlistą koroną, na której widać było napis "Unia". Trzymał w rękach miecz i flagę. Powiedział: "Pamiętajcie, że jesteście braćmi". Wojna się skończyła a walczący zaczęli się fraternizować. Potem nastąpiła trzecia wizja. Z Azji, Europy i Afryki napłynęły chmury, które połączyły się w jedną wielką, ciemną chmurę burzową, która ruszyły na Amerykę. Towarzyszyło temu "silne ciemnoczerwone światło". A na chmurze były "hordy uzbrojonych ludzi", którzy zaczęli pustoszyć Amerykę. Wówczas anioł zadął w trąbę i "z nieba zajaśniał blask tysiąca Słońc przebijając się przez chmurę". Z nieba zstąpiły też "legiony białych duchów" i włączyły się do walki po stronie Amerykanów. Inwazja została odparta.


Silne ciemnoczerwone światło w tej wizji wydaje się być oczywistą aluzją do globalnego komunizmu. Z tego powodu wizję przypomniano w "Stars and Stripes" w szczycie Zimnej Wojny, w 1950 r. Wówczas jednak Stalin i Mao nie mieli szans na przeprowadzenie inwazji na USA. Marksizm dokonał jednak inwazji na Amerykę w inny sposób - za pomocą "elit", wielkich korporacji, mediów i uniwersytetów. Pewna Struktura wewnątrz amerykańskiego Głębokiego Państwa starała się jednak programować opinię publiczną na wypadek konwencjonalnej inwazji. Scenariusz w którym dochodzi do regularnej komunistycznej inwazji na USA został pokazany m.in. w klasycznym filmie "Czerwony Świt" z 1984 r. (w remake'u z 2012 r. początkowo planowano pokazać chińską inwazję, ale by nie obrażać towarzyszy z Pekinu, zastąpiono ChRL Koreą Północną), czy też w grach "Homefront" oraz Call of Duty: Modern Warfare 2 i 3. Czyste sci-fi? No cóż, poważni badacze wskazują, że Chiny i USA mogą znaleźć się na wojennej ścieżce, podobnie jak Wielka Brytania i Niemcy w 1914 r. To tzw. pułapka Tukidydesa. A skoro Chiny są tak agresywne obecnie, to jak niebezpiecznym krajem mogą stać się w przyszłości? Nie da się też wykluczyć innego scenariusza. Z sondaży wynika, że dwie trzecie Amerykanów obawia się, że ich kraj jest na krawędzi wojny domowej. Czy gdyby do takiej wojny kiedyś doszło, to na terenie USA znalazłyby się siły "pokojowe" ONZ mające silny chiński oraz rosyjski kontyngent? Czy wizja snuta przez kolesi z ochotniczych milicji od lat 90-tych wreszcie by się spełniła?


Otwarta pozostaje kwestia tego, kto generałowi Waszyngtonowi objawił taką przyszłość Ameryki. Istota, która mu się rzekomo ukazała została później nazwana "Aniołem Wolności" - na XVIII wieczną modłę. "Legion białych aniołów" zstępujących z nieba w "blasku tysiąca Słońc" to również "zjawisko" opisane według ówczesnej siatki pojęciowej. Dzisiaj pewnie użylibyśmy innych słów. Bardziej technicznych. "Blask tysiąca Słońc" kojarzyłby się nam zaś jednoznacznie...

Z proroctwami i wizjami jest tak jednak, że niewiele z nich się sprawdza. Co powiedzieć więc o przepowiedni Josepha Smitha, twórcy religii mormońskiej, mówiącej o wojnie domowej w USA? Smith wygłosił ją w 1832 r. Mówił o wojnie pomiędzy Południem a Północą, która się zacznie w Karolinie Południowej. Południe miało wciągnąć do wojny inne kraje - w tym Wielką Brytanię. (Realnie wciągnęło ją jedynie w sposób hybrydowy.) Precyzja tej przepowiedni wyraźnie kontrastuje z innymi "wizjami" Smitha.  Aż pojawia się pytanie: kto go wtajemniczył w ten plan?


Smith był wyjątkowym oryginałem nawet na tle ówczesnego amerykańskiego, protestanckiego sekciarstwa. Zdołał stworzyć fanatyczną grupę wyznawców, która później prowadziła regularne wojny z rządem USA, czy też z władzami stanu Missouri (masakrując dwa miasta!) i mordowała osadników przejeżdżających przez swoje tereny. Ówcześni mormoni nie przypominali ani Mitta Romneya, ani tych przesadnie miłych kolesi, których wysyła się teraz w świat, by prowadzili działalność misjonarską.

 (Kiedyś z kolegą spotkaliśmy w warszawskim metrze młode mormonki - takie fajne "farmerskie blondynki" z USA. Przyznam, że tego typu misjonarki mogłyby przynieść duży sukces Kościołowi Jezusa Świętych Dni Ostatnich. Są dobrymi materiałami na żony - ułożone dużo lepiej niż inne Amerykanki, trzymające się z daleka od używek - nawet od kawy - i przede wszystkim akceptujące poligamię. Poszliśmy nawet do nich na "katechizację", ale niestety - a może na szczęście - efekt zepsuli ciotowaci młodzi misjonarze, których zachowanie mówiło "jesteśmy w pojebanej sekcie". Ale wyobraźcie sobie, że zamiast tych ciot pukują Wam do drzwi młode, ładne mormonki. Albo Mitt Romney i mówi: "Czy moglibyśmy porozmawiać chwilę o Jezusie i o Trumpie?" :) 


Smith wyprodukował też własne święte księgi na czele z Księgą Mormona - którą najprawdopodobniej zerżnął z powieści fantasy, której treść skopiował w drukarni, w której pracował.

Ale czy Smith rzeczywiście wszystko zmyślił czy też mógł mieć kontakt z jakimiś dziwnymi siłami? No cóż, prorok mormonizmu twierdził, że w 1823 r. spotkał "Anioła Moroni".  Owa świetlista istota miała być widziana również przez innych ludzi. Trzech świadków stwierdziło, że anioł rzeczywiście wręczył Smithowi złote tablice z czasów prekolumbijskich. Moroni był też określany jako "Nephi", co było zapewne odniesieniem do biblijnych "Nephilim". (Tylko skąd Smith znał takie trudne hebrajskie słowa?) W Księdze Rodzaju 6,4 jest mowa o nich jako o "gigantach", w kontekście "synów Bożych" mieszających się z "córkami człowieczymi". Jak wskazywał choćby Zecharia Sitchin bardziej poprawne tłumaczenie "nephilim" to "ci, którzy zstąpili z nieba". Oczywiście anioły, to w różnych religiach istoty zstępujące z nieba. Moroni twierdził jednak, że przybył z konkretnego miejsca na niebie - z Plejad! 



Gdyby Joseph Smith urodził się kilkadziesiąt lat później, zapewne robiłby karierę jako pisarz sci-fi. Tak jak np. Lafayette Ron Hubbard. A tak został twórcą mesjanistycznej religii. W doktrynie jego wyznania jest sporo akcentów sci-fi. Mormoni wierzą, że w Kosmosie istnieje mnóstwo zamieszkanych światów. Jedna z tych planet - Kolob - ma być siedzibą Boga. Mormońska doktryna mówi, że na tej planecie mieszkali: Bóg Ojciec (Elohim), Jezus oraz Lucyfer, którzy razem planowali stworzenie ludzi. Lucyfer jednak stanął na czele rebelii, co zapoczątkowało wielką wojnę w Kosmosie. I w tej wojnie Ziemia jest jednym z frontów. Tak, mormonizm to religia ufologiczna. Wierzenia mormonów były nawet inspiracją dla serialu sci-fi "Battlestar Galactica". Tego opowiadającego o tym jak sztuczna inteligencja stara się dorwać niedobitki rasy ludzkiej. Zresztą pisałem już o tym w serii Phobos...

Flashback: Phobos - Zasiewanie Idei

Flashback: Phobos - Obcy tacy jak my




W tym kontekście bardzo intrygująco brzmi tzw. Proroctwo o Białym Koniu wygłoszone przez Josepha Smitha. Mówi ono, że nadejdą czasy, w których Konstytucja USA "będzie wisiała na włosku". A Republikę uratują wysiłki "Białego Konia". Z jakiegoś powodu ów "Biały Koń" jest uznawany przez mormonów za mormońską starszyznę. Ale przecież to stworzenie ma wiele innych znaczeń mitologicznych i symbolicznych. W Apokalipsie św. Jana biały koń wiezie jeźdźca o imieniu Śmierć. W mitologii nordyckiej Odyn (Wodan) ma białego konia Sleipnira (Ślepnierza), w mitologii słowiańskiej na białym koniu jeździ Swentowit. Biały Koń jest też atrybutem Kalki - ostatniego, "wojennego" awatara wedyjskiego boga Wisznu. Zarówno w Nowym Testamencie, jak i w różnego rodzaju mitologiach Biały Koń jest więc symbolem wojennym. Czyżby więc chodziło o uratowanie Republiki przez jakąś część sił zbrojnych? Symbol Białego Konia ma m.in. 8 Pułk Kawalerii, którego trzy bataliony stacjonują w Fort Hood w Teksasie. 


Po wyborach prezydenckich sytuacja w USA zapewne zrobi się bardzo gorąca. Historia pokazuje, że czasem nawet jedna zdeterminowana jednostka wojskowa znajdująca się we właściwym miejscu i we właściwym czasie potrafi pokrzyżować plany zamachu stanu...

***

Pamiętacie jak dzielny czarnoskóry dżentelmen George Floyd poświęcił się za nas wszystkich i wstrzymał na parę miesięcy pandemię koronawirusa? Zrobił to prowokując tysiące do ludzi do wyjścia na ulice, a ekspertów i media do twierdzenia, że można już bezpiecznie uczestniczyć w wielotysięcznych zamieszkach. Ciekawe czy tak będzie również ze Strajkiem Esesmanek? Feministki od błyskawic wyszły w Warszawie na ulice wspólnie z lewactwem i liberałami, dlatego że uwierzyły w magię. Wierzą, że wirus nie roznosi się na protestach. "Wyborcza" i TVN też w to wierzą. Szamanizm XXI wieku - nie obrażając oczywiście prawdziwych szamanów z takich miejsc jak Mongolia czy Syberia. To prawdziwa rewolucja - w Poznaniu anarchiści pokłócili się, czy okupować pałac arcybiskupa, po czym rozeszli się wyzywając się od liberałów. 

Słychać kwik. Ale czy rzeczywiście warto kwiczeć w kwestii aborcji? No cóż, Kon-sty-tu-cja, w której znalazł się zapis o ochronie życia została napisana przez polityków SLD i UW. Patronowali jej Kwaśniewski i Geremek. Przyjęła ją w Sejmie lewica. Radio Maryja i Solidarność były przeciw. Interpretacja o ochronie życia od poczęcia to pomysł Marka Borowskiego. Zoll i Rzepliński określali aborcję jako morderstwo. Jeśli boli was tylna część ciała, to miejcie do nich pretensje. A jeśli nie chcecie się rozmnażać, to wykażcie się odrobiną rozsądku zamiast sięgać po aborcję. Jest mnóstwo metod antykoncepcji. Zresztą liberałów, komunistów i feministki zachęcam, by się nie rozmnażali - bądźcie eko i nie produkujcie dodatkowego śladu węglowego oraz nie przyczyniajcie się do kultywowania "białego przywileju". Poświęćcie się dla dobra Trzeciego Świata. Poza tym już sama nazwa "Strajk Kobiet" jest wykluczająca i transofobiczna. Marta Lempart w swoim małym, transofobicznym, zaściankowym rozumku nie pomyślała o tym, że nie tylko kobiety mogą mieć aborcję.

Co jednak w przypadku aborcji eugenicznej? Czy można abortować Downa czy dziewczynkę z Zespołem Turnera (a to znaczna większość przypadków aborcji eugenicznej)? Moim zdaniem osoby z niepełnosprawnościami mogą wnosić wiele do społeczeństwa. Zapewne Down byłby lepszym prezydentem Warszawy od "Gównianego Rafałka". Są jednak pewne wady płodu, które nie dają mu szansy na przeżycie ani na godne i świadome życie. W zmienionej ustawie aborcyjnej powinny więc zostać uwzględnione - jako przesłanka "zagrożenia życia i zdrowia". Inna sprawa, że najczęściej aborcja jest bardzo selektywna. Marta Lempart czy stalinowski synalek wicemarszałkini Nowickiej jakoś chodzą po świecie pomimo swoich ułomności. Mamy w Polsce mnóstwo debili, którzy normalnie żyją i nawet robią kariery akademickie, choć są istotami mniej wartościowymi od niejednego niepełnosprawnego. Ich jakoś nikt nie abortował. 

***

A w kolejnym odcinku - w Halloween - bonusowy odcinek serii "Phobos". O Chinach i ich tajnym programie kosmicznym. 

sobota, 17 października 2020

Bidenowie - rodzina patostreamerów

 

Ilustracja muzyczna: Kid Rock - American Bad Ass

Joe Biden w niedawnym wywiadzie dla "NYT" stwierdził, że demokraci popełnili błąd odwracając się od swojej tradycyjnej bazy. Stwierdzenie słuszne, ale wypowiedziane w sposób skandaliczny. "Przestaliśmy chodzić do Klubu Polsko-Amerykańskiego. Przestaliśmy się tam pokazywać a zaczęliśmy chodzić do was, do naprawdę mądrych ludzi". Miejmy nadzieję, że to co ten dement pierdolnął będzie kosztowało go kilka kluczowych hrabstw Pennsylwanii. 

Być może jesteśmy jednak zbyt surowi w ocenie Joe Bidena. Ten koleś miał w 1988 r. tętniaka mózgu. Ledwo to przeżył. Jak sam wspominał kulił się wówczas i jęczał przez parę godzin z bólu. "Kiedy doktor dowiaduje się, że pacjent miał tętniaka mózgu? Na stole sekcyjnym" - zażartował sobie później Biden. Ten typ tętniaka, którego miał daje 30 proc. ryzyko śmierci i 30 proc. ryzyko poważnych komplikacji. Jego tętniak był w obszarze mózgu odpowiadającym za mowę. Więc Joe Bidenowi zdarza się powiedzieć, że na covida zmarło 200 mln Amerykanów, że płaca minimalna powinna wynosić 15 mln USD, że jego siostra jest jego żoną oraz, że jest "mężem Joe Bidena". Czasem mówi też Amerykanom, by na niego nie głosowali.


Ale jakimś dziwnym trafem, umysł Joe Bidena jest zadziwiająco przytomny jeśli chodzi o tworzenie schematów korupcyjnych wzbogacających jego rodzinę. Wiemy to m.in. z książek Petera Schweitzera takich jak "Secret Empires" i "Profiles in Corruption". Wiemy to też z maili jego syna Huntera Bidena, które Rudy Giuliani przekazał "New York Postowi". Ta publikacja tak przestraszyła establiszment, że blokowano na Twitterze linki do artykułu w "New York Post" - mainstreamowej gazecie!


Z tych maili (oraz ujawnionych niezależnie od nich maili jednego z chińskich partnerów biznesowych Bidenów, który siedzi w amerykańskim więzieniu) wynika m.in., że Hunter załatwił wsparcie swojego ojca dla ukraińskiej firmy Burisma - to z jego inicjatywy Joe wyrzucił ukraińskiego prokuratora generalnego. Wiemy też z tych maili, że Hunter prowadził interesy z chińskimi firmami powiązanymi z armią ChRL.  W Chinach zarabiał m.in. na "przedstawianiu ludzi". Jest też mowa o tym, że odpalano z tych deali działkę Joe Bidenowi jako "Big Guyowi". Ogólnie członkowie rodziny część swych zarobków przekazywali głowie klanu.  Przypominam, że Hunter Biden wspólnie z pasierbem Johna Kerry'ego i demokratycznym lobbystą Devonem Archerem tworzyli spółkę, która dostała wielomiliardowe kontrakty z chińskimi instytucjami finansowymi (którym pomagała przejmować amerykańskie firmy dysponujące technologiami podwójnego zastosowania!) w czasie gdy Joe Biden starał się bagatelizować kwestię chińskiej ekspansji na Morzu Południowo-Chińskim. Takich kontraktów nie dostawały giganty z Wall Street, ale mała firemka należąca do klanów Bidenów i Kerrych. Jeśli to nie jest podręcznikowy przykład zdrady i korupcji, to co nim jest?




Ale oczywiście każdy szwindel ma swoje granice i zazwyczaj kończy się z powodu marnych kadr ludzkich. I tak jest również w przypadku Bidenów. Słabym ogniwem był Hunter - ulubiony syn Joe Bidena. Hunter mógłby robić karierę jako patostreamer. Koleś płaci alimenty striptizerce, której zrobił dziecko. Sypiał z tą striptizerką w tym okresie, gdy sypiał również z wdową po swoim bracie. (Na zdjęciu powyżej Joe Biden pociesza tę wdowę na pogrzebie swojego syna.) Hunter został wywalony z rezerwy Marynarki Wojennej, bo test na narkotyki pokazał na obecność kokainy w jego organizmie. Koleś zostawił też raz jeszcze ciepłą fajkę do palenia cracku na siedzeniu samochodu, który zwrócił do wypożyczalni. Niedawno wyciekły też zdjęcia, na których śpi z tą fajką w ustach.



Ok dużo naprawdę łebskich kolesi z Wall Street też ćpa na potęgę. Ale niewielu z nich robi takie głupie rzeczy jak Hunter Biden. A wygląda na to, że ten patostreamer po prostu zgubił lub zapomniał odebrać z serwisu laptopata z tysiącami obciążających go maili.  Koleś z serwisu okazał się wyborcą Trumpa i zwolennikiem teorii spiskowych, więc po tym jak przez bardzo długi czas nikt się po laptopa nie zgłaszał, udostępnił go Giulianiemu i FBI. Przynajmniej według jednej z wersji. Bo okazuje się, że dwa miesiące wcześniej Bannon chwalił się, że ma twarde dyski Huntera Bidena. Ponadto na kontach w mediach społecznościowych związanych z Guo Wenguiem - chińskim miliarderem powiązanym z ich służbami specjalnymi, który przebywa w USA i publikuje rewelacje dotyczące chińskich komunistów - we wrześniu pojawiały się zapowiedzi o materiałach o skandalu finansowym i seksualnym dotyczącym Huntera Bidena. Mogła więc zadziałać ta sama Struktura wewnątrz Głębokiego Państwa, która zapewniła Trumpowi zwycięstwo w 2016 roku.


W sprawie jest również ciekawy wątek seksualny. Nie chodzi tu tylko o znajdujący się na laptopie film, na którym Hunter posuwa jakąś panienkę jednocześnie paląc crack. Wniosek o przejrzenie zawartości laptopa podpisał bowiem agent FBI Joshua Wilson, który w Biurze jest czołowym śledczym w kwestiach... pornografii dziecięcej. Z przecieków wynika, że Hunter ma "obsesję" na punkcie nieletnich dziewczyn i tony materiałów z ich udziałem i że "Weiner wygląda przy nim normalnie". Giuliani zapowiada, że wyjdą na jaw "chore fotki" z laptopa Huntera, które "zszokują wszystkich'. Biorąc pod uwagę to, co Joe Biden odpieprza przy dzieciach, nie powinno nas to szokować...

***

A w Polsce aresztowano kilka dni temu członka innego patostreamerskiego rodu - Romana G. Który jeszcze pokazowo zemdlał podczas przeszukania domu ("Koń kuleje!") i teraz ściemnia, że ma "płynną świadomość", którą traci zawsze w obecności prokuratora :) A jego przydupas, wspólnik pewnego esbeka pochodzenia żymskiego, snuje już teorie, że mecenasa otruto "polskim nowiczokiem"! :)



Będzie z tego jeszcze niezła komedia. Romcio-Pompcio ogłosi się płciowo niebinarnym i staną w jego obronie środowiska LGBTQ a kodziarze zaczną czytać "Opokę w Kraju" i książki Jędrzeja Giertycha.

Być może Roman Giertych okaże się polskim Georgem Flyodem. Wypastuje twarz na czarno wzorem Jacka Hugo-Badera, położy na ziemi i zacznie jęczeć: "I can't breath!". (A później wyjdzie na jaw, że grał w filmach porno :)

Wybaczcie, że jadę po Romciu-Pompciu jak po łysej kobyle. Koleś na to zasłużył jak mało kto. O Giertychach miałem jak najgorsze zdanie po tym jak przeczytałem broszurkę Jędrzeja "Kretyna" Giertycha "O Piłsudskim". Giertych pochwalał w niej to, że stalinowski sąd w PRL skazał na karę śmierci jego kolegę, oficera z którym razem siedział w oflagu! Jak podzieliłem się tym odkryciem z netowymi duponarodowcami spod znaku Giertycha, to otrzymałem m.in. odpowiedź: "Miał rację. Sanacyjni oficerowie to były prymitywy". Czy można mieć bardziej nasrane we łbie od "narodowca" chwalącego wyroki stalinowskich sędziów na polskich, przedwojennych oficerów? 

 ***

W dyskusjach na temat tego na ile covid jest zabójczy lub nie, pomijamy jeden ważny szczegół: totalnie błędną chronologię pandemii.

Nie wybuchła ona bowiem w styczniu. Ani w grudniu. Ani w listopadzie. Ani w październiku.


Chińczycy mieli pierwszą falę zachorowań już na jesieni 2019 r. I zapewne nawet jej nie zauważyli. Przeszła ona pewnie podobnie łagodnie jak w Polsce i w sporej części Europy. Ot maksymalnie parę tysięcy zgonów. W styczniu i lutym nadeszła do nich natomiast druga fala. I ona była dużo gorsza. Tak zła, że ginęły zapewne dziesiątki tysięcy ludzi i wprowadzono drakoński lockdown w Wuhan. 

Ale oczywiście Chińczycy powiadomili łaskawie świat o zagrożeniu dopiero, gdy mieli u siebie środek drugiej fali. I pomogli to cholerstwo roznieść po świecie.

Xi Jinping - koleś odpowiedzialny za ten syf - ostatnio bardzo mocno kaszlał podczas przemówienia. Mam nadzieję, że to Karma. Zło które uczynił powinno do niego wrócić.

sobota, 3 października 2020

Covid vs. Trump (bez foliarstwa)

 


Ilustracja muzyczna: Drowning Pool - Bodies

Wykrycie u Trumpa i u Melanii koronawirusa to "październikowa niespodzianka" ogromnej skali. Wielu liberalnych totalitarystów tańczy już z radości wyobrażając sobie śmierć prezydenta.  Była rzeczniczka Hillary Clinton otwarcie przyznała, że "ma nadzieję, że on umrze". Cieszą się państwowe media z komunistycznych Chin, a chińskie trolle z "armii 5 mao" piszą o doskonałym prezencie na święto narodowe ChRL. W kontraście do nich, Kim Jong Un życzy Trumpowi zdrowia. Wszystkich mających mokre sny o śmierci prezydenta USA muszę zmartwić: wiele wskazuje, że się on z tego wykaraska. Admirał Ronny Jackson, były lekarz Białego Domu, wspominał jak był zdziwiony widząc podczas badania pracy serca  na mechanicznej bieżni jak Trump uzyskał wynik w granicach górnego 10 proc. dla ludzi w jego wieku. Według tego medyka Trump poza nadwagą, na nic nie choruje i ma "dobre geny". Zresztą, prezydent był w stanie, mimo choroby, nagrać wiadomość video dla narodu. 



Większym problemem jest to, że choroba Trumpa wywraca jego kampanię. Przez pewien czas nie będzie mógł się pojawiać na wiecach - a jego wystąpienia mocno mobilizowały wyborców. Zachorował też szef jego kampanii Bill Stepien. Zachorowało dwóch republikańskich senatorów, a jeśli zachoruje więcej, to zatwierdzenie przez Senat przed wyborami nowej sędziny Sądu Najwyższego Barret będzie niemożliwe. Na zarażenie byli też narażeni sponsorzy kampanii.  Tego typu chaos może być zabójczy dla szans na prezydenturę. Ale tworzy też pewne szanse. Po tym jak Bolsonaro i Johnson zarazili się koronawirusem, poparcie dla nich wyraźnie skoczyło.  To trochę jak zamach na prezydenta - generuje sympatię i głupio krytykować przywódcę, który stał się celem ataku. Biden już zmuszony był wycofać negatywne reklamy wyborcze.  A jak Trump szybko wyzdrowieje, to jego przeciwnicy mogą się zbyt wolno dostosować do zmiany narracji. 

Warto w tym miejscu spojrzeć nieco wstecz na to jak administracja Trumpa podchodziła do walki z chińskim wirusem. Pisał o tym choćby porucznik Bob Woodward w wydanej niedawno książce "Rage". Potwierdza on, że ostrzeżenia przed dziwną epidemią w Chinach pojawiły się w końcówce 2019 r. Były jednak dosyć mało konkretne. Wśród doradców prezydenta była grupka "chinosceptyków" dostrzegających to, że Chińczycy coś u siebie tuszują. Wśród nich wyróżniał się Matthew Pottinger, zastępca prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Woodward robi mu dobry PR, bo Matthew Pottinger jest synem Johna Pottingera, jednego z jego źródeł w aferze Watergate (urzędnika Departamentu Sprawiedliwości, który sterował feministką Glorią Steinem). Matthew Pottinger był korespondentem "WSJ" w Pekinie, gdzie miał nieprzyjemne przejścia z miejscową bezpieką. Relacjonował też epidemię SARS i widział na miejscu, jak Chińczycy ją ukrywają. Później... wstąpił do marines i służył w Iraku, w wywiadzie wojskowym jako podwładny generała Flynna. Po zakończeniu kariery wojskowej założył firmę skutecznie tropiącą oszukańcze chińskie spółki na Wall Street. W styczniu 2020 r. Pottinger zbierał informację od swoich ludzi z Chin - np. o drakońskich lockdownach, podczas których staruszkowie umierali z głodu we własnych domach. Chińczycy odmawiali wówczas wpuszczenia do Wuhan misji z amerykańskiej CDC a Xi Jinping mówił Trumpowi, że nic się nie dzieje. 20 stycznia wykryto pierwszy przypadek zachorowania na Covid-19 w USA. Pierwszy potwierdzony zgon na tego wirusa był dopiero 6 lutego.  31 stycznia prezydent podjął wraz ze swoimi doradcami i członkami gabinetu decyzję o tym by od 2 lutego wstrzymać komunikację lotniczą z Chinami. Poparcie dla niej było niemal jednogłośne. Przynajmniej w administracji, bo narzekali na nią... demokraci, wskazując jako przykład rasizmu. Biden mówił, że to przykład "rasizmu, ksenofobii i nakręcania paniki". Przez cały luty współpracownicy Bidena mówili, że globalna pandemia jest "mało prawdopodobna". 24 lutego Nancy Pelosi wzywała ludzi do odwiedzania Chinatown w San Francisco. Jeszcze w marcu demokraci urządzali duże wiece wyborcze.

Zakaz lotów do Chin na niewiele się jednak zdał, bo wirus hulał sobie od dawna w Europie i w samych Stanach Zjednoczonych. Zgony na niego były jednak klasyfikowane jako zgony na zapalenie płuc lub na grypę - bo oczywiście Chińczycy tuszowali u siebie pandemię. Gdy liczba wykrytych przypadków covid zaczęła w USA gwałtownie rosnąć, okazało się, że zapasy sprzętu medycznego zostały mocno uszczuplone po epidemii ptasiej grypy z 2009 r. Oczywiście Chińczycy w styczniu na całym świecie wykupywali na pniu cały dostępny sprzęt ochronny. Administracja sięgnęła więc po Ustawę o Produkcji Obronnej, która zmobilizowała przemysł do produkcji potrzebnego sprzętu. Nawet Tesla produkowała własne designerskie respiratory. Choć media produkowały później historie o dramatycznej sytuacji w szpitalach, to eksperci nie potrafią wskazać przypadku śmierci pacjenta, który nie uzyskał dostępu do respiratora. Respiratorów w amerykańskim systemie medycznym było aż za dużo.

Skąd więc te apokaliptyczne sceny w Nowym Jorku? Pewnie zdajecie sobie sprawę, że USA są państwem federalnym i konkretne decyzje dotyczące tego jak walczyć z pandemią podejmują tam władze poszczególnych stanów. Rząd federalny może im pomagać i koordynować ich działania. I tak się jakoś złożyło, że liczba zgonów w stanach, w których wygrała 2016 r. Hillary była trzykrotnie większa niż w stanach, w których wówczas wygrał Trump. Być może dlatego, że zawyżały im statystki Nowy Jork i Kalifornia, a większość stanów republikańskich to stany rolnicze. Czasem jednak działania demokratycznych władz stanowych pogarszały pandemię. Gubernator Nowego Jorku Andrew Cuomo odesłał 3,6 tys. zarażonych covidem staruszków do domów opieki. Przykład urzędniczej głupoty czy sabotażu? W Pennsylvanii, Rachel Levine, miejscowy demokratyczny sekretarz zdrowia - będący transem (nie oglądać fotek przy jedzeniu!), również nakazał wysłać tysiące zakażonych staruszków do domów opieki, by zarażali tam innych. Ale swoją 95-letnią matkę wyciągnął wcześniej z domu starców. Więc był w pełni świadomy, jakie konsekwencje będzie miała jego decyzja. Mieliśmy do czynienia z sabotażem. Poświęcono życie tysięcy ludzi, po to by zmniejszyć szanse Trumpa na wygranie wyborów.


Woodward w swojej książce "Rage" wskazuje, że doktor Anthony Fauci , główny amerykański wirusolog, wcale nie był tak chętny do wprowadzania ograniczeń związanych z covidem. Wręcz często uspokajał opinię publiczną. Trump w lutym mówił prywatnie Woodwardowi, że covid to bardzo groźna choroba i duże zagrożenie dla jego prezydentury. Publicznie jednak "nie chciał siać paniki". Lockdownów nikt nie chciał wprowadzać, gdy wirus krążył w Chinach, Korei czy w Iranie. Myślano wówczas, że to coś takiego jak SARS. Dopiero, gdy zobaczono szokujący skok zgonów we Włoszech i Hiszpanii, a później nagły przyrost zachorowań w USA, sięgnięto po lockdowny. Fauci twierdzi teraz, że postępowano jak w przypadku epidemii SARS. W książce "Rage" pokazano, że argumentował on wówczas: "zamknijmy wszystko na dwa tygodnie i zobaczmy co się stanie". Trump się na to zgodził. Później jednak widział, że przedłużający się lockdown nie zdusił pandemii w zarodku. (Polskim covidomsceptykom przypominam, że u nas restrykcje były o wiele łagodniejsze niż w USA, Europie Zachodniej, Izraelu, Australii, czy tak kochanych przez was Rosji i Chinach.)  Lockdown miał sens jedynie jako kupowanie czasu na zgromadzenie zapasów sprzętu medycznego. Nigdzie nie zdusił pandemii. A po jego zakończeniu ludzie zwykle olewali wszelkiego rodzaju ograniczenia. (Widziałem to w lipcu, gdy odwiedzałem Wilczy Szaniec - dzikie tłumy.) Ci sami ludzie, którzy w marcu bali się wchodzić do supermarketu, w sierpniu straszliwie buldupili, że muszą nosić maseczki przez 15 minut w klimatyzowanych pomieszczeniach sklepowych. 

Cokolwiek, by się nie zrobiło w kwestii covida, zawsze będzie to krytykowane. Wprowadzasz ograniczenia: "zabijasz nasze konstytucyjne wolności, dusisz gospodarkę, dr Ivan Komarenko udowodnił, że nie ma żadnego wirusa, dlaczego muszę nosić maseczkę, uduszę się i zesram w maseczce!". Nie wprowadzasz ograniczeń: "olaboga chcesz nas wszystkich zabić!, dlaczego nie wprowadzasz nakazu noszenia maseczek, gdzie mój respirator!". 

Trzeba też jednak przyznać, że eksperci medyczni wciąż niewiele widzą na temat tego syntetycznego chińskiego wirusa i walczą z nim po omacku. Nie wiemy ilu osobom lockdowny uratowały życie. Trump mówi, że dostawał modele pokazujące na 2 mln zgonów w USA. Pomińmy całkowicie niewiarygodne dane z Chin, Rosji czy Białorusi. W USA mieliśmy jak dotąd łącznie 630 potwierdzonych zgonów na Covid-19 na 1 mln mieszkańców. W Szwecji, gdzie nie było oficjalnego lockdownu - ale gdzie ludzie sami się dystansowali społecznie (na co wskazują choćby dane wysokiej częstotliwości) - było ich 583, w Brazylii 684, w Wielkiej Brytanii 623, w Hiszpanii 686. W mającej umiarkowany lockdown Polsce - 68, w Niemczech - 114. W krajach gdzie powszechnie nosi się maseczki w sezonie grypowym - w Japonii - 12,5, w Korei Płd. - 8, na Tajwanie - 0,3. Prawdopodobnie samo noszenie maseczek z niewielkimi, punktowymi ograniczeniami dałoby lepsze rezultaty niż lockdowany. Ale kto to wiedział w marcu? Może Chińczycy. Teraz jednak to wiedzieć powinny też inne rządy. 

Przyjrzyjmy się też case fatality rate (CFR), czyli odsetkowi potwierdzonych zachorowań, który kończył się zgonami: USA - 2,8 proc., Polska - 2,7 proc., Wielka Brytania - 9 proc., Meksyk - 10 proc., Włochy - 11 proc. W Lombardii dochodził on do 16 proc. W niektórych meksykańskich stanach do 18 proc. W przypadku zwykłej grypy dochodzi on do 0,1 proc., malarii 0,3 proc., grypy hiszpanki 2,5 proc., żołtej febry 7,5 proc., SARS 11 proc., tyfusu 20 proc., MERS aż 35 proc. Współczynnik śmierci do liczby infekcji jest w przypadku Covid-19 zapewne dużo mniejszy. Szacuje się go na 0,1-1 proc., gdy w przypadku zwykłej grypy wynosi on maksymalnie 0,04 proc. Wielu z Was pewnie będzie kpić: "Ha, ha i to ma być broń biologiczna! Broń biologiczna zabija 90 proc. zakażonych!". Może o tym nie wiecie, ale wirus zabijający 90 proc. zakażonych nie ma szans na rozprzestrzenienie się na dużym terenie. Bo zabija nosicieli zbyt szybko, by się rozmnożyć. Dużo "wygodniejszy" jest wirus, który zabija mniej niż 20 proc. zakażonych, ale szybko się rozprzestrzenia, część nosicieli jest asymptomatyczna a infekcja wywołuje różne dziwne powikłania. Być może Covid-19 nie został do końca dopracowany w chińskich laboratoriach, ale zabił już i tak więcej ludzi niż marburg czy ebola. I doszedł nawet na amazońskie zadupia (choć oczywiście, według władz ChRL, ominął Pekin).

A może nie chodzi o to, by ten wirus ścigał się w liczbie zabitych z innymi pandemiami? Z badań naukowców z Uniwersytetu Glasgow, wiadomo, że Covid-19 skracał życie mężczyzn średnio o 13 lat (wobec potencjalnego wieku) a kobiet o 11 lat.  Dwudziestolatek może nawet nie zauważyć, że był chory, ale dla 70-latka to może być wyrok śmierci. Zauważono też, że Covid-19 wywołuje wady serca u dzieci.  Zakażony dzieciak może przez wiele lat ich nie dostrzegać, aż np. w wieku 50 lat zacznie chorować. Covid-19 to chiński wirus depopulacyjny. Ale nie jest do końca chińską technologią. W Chinach a później w Iranie go tylko przetestowano, by uderzyć nim w Zachód. 

I tutaj pojawiają się dwa ważne pytania:

A co jeśli ta jego wersja, która trafiła do Europy jest łagodniejsza od tej użytej w Wuhan?

A co jeśli zjadliwość wirusa można regulować za pomocą czynników zewnętrznych - chemicznych, biologicznych, promieniowania? Jak to się dzieje, że chorują na niego marynarze z okrętów, które od tygodni nie zawijały do portów?

***

Ilustracja muzyczna: System Of A Down - Chop Suey

Oglądając nagrania z precyzyjnych azerskich uderzeń w ormiańskie cele w Karabachu nasuwa mi się konkluzja: podczas, gdy ormiańskie mafijne władze przez ponad dwie dekady rozkradały swój kraj, Azerowie inwestowali w nowoczesną broń. Oczywiście Ormianie podają, że zniszczyli Azerom ogromne ilości sprzętu i zabili ponad 3 tys. żołnierzy, ale jak na razie to azerskie rakiety spadają na Stepankeret, azerskie drony latają w okolice Erywania a w ormiańskich komunikatach mowa jedynie o "odbijaniu straconych terytoriów". I to Armenia deklaruje chęć rozpoczęcia negocjacji pokojowych, gdy Azerbejdżan i Turcja mówią o "wyzwoleniu Karabachu".  




Ksiądz Isakowicz-Zaleskian oczywiście lamentuje, że to starcie cywilizacji chrześcijańskiej z islamem, gdy jest to oczywiście  starcie postkomunistycznych nacjonalizmów. Podobne jak na Bałkanach. Arcach to coś takiego jak Serbska Krajina, nie uznawane przez nikogo państewko powstałe w wyniku wojny hybrydowej, w którym niewątpliwie mieszka ormiańska większość. Ale ta ormiańska większość dopuściła się wcześniej czystek etnicznych na azerskiej mniejszości - takich jak masakra w Chodżały oraz okupacji sąsiednich azerskich gmin nie wchodzących w skład Karabachu, w tym zniszczenia miasta Agdam. Jest więc oczywistym, że Azerowie chcą teraz odegrać się na Ormianach i spuścić im taki sam wpierdol jak Chorwaci Serbom w Krajinie. I dokładnie tak to może się skończyć.

Zwłaszcza, że w wojnę hybrydowo zaangażowała się Turcja. A Gruzja blokuje transporty broni do Armenii (taka odpłata za ormiański separatyzm w południowej Gruzji). Irański sojusznik Ormian oczywiście olewa, bo ma większe problemy na głowie. Rosja siedzi dziwnie cicho, choć ma w Armenii wielką bazę wojskową. Być może pozwoli w ramach dealu z Erdoganem na upadek Arcachu.Turecka inwazja na Armenię na pełną skalę byłaby możliwa, gdyby: Ormianie zaatakowali azerską enklawę Nachiczewań lub gdyby doszło do całkowitego związania Rosji innym kryzysem tysiące kilometrów dalej - np. na Białorusi. 

A Ormianom pozostanie wiara w siłę ich diaspory. Kim Kardashian zatweetuje w ich obronie a Serj Tankian napiszę piosenkę. I w sumie strasznie szkoda, że mafijni politycy z Erywania oraz sterujący nimi oligarchowie doprowadzili swoje państwo do takiego żałosnego stanu.

sobota, 26 września 2020

Kto ukradnie wybory w Ameryce?

 


Ilustracja muzyczna: Selena Gomez - Feel Me

"Donald Trump został ponownie wybrany na prezydenta 7 listopada 2018 r. Dwa lata przed tym jak zostały oddane jakiekolwiek głosy" - tak zaczyna się książka lewicowego dziennikarza śledczego Grega Palasta "How Trump Stole 2020". Sięgnąłem po nią z zaciekawieniem, ale też z dużym sceptycyzmem. Mimo pewnych zastrzeżeń do tej książki, wynikających ze skrzywionej optyki politycznej jej autora, uznałem, że lektura była warta poświęconego na nią czasu. Po jej przeczytaniu doszedłem do dwóch wniosków: 1) Aleksander Łukaszenka to straszny amator stosujący prostackie, sowieckie techniki fałszowania wyborów 2) Jest nadzieja dla Ameryki i dla świata. Biden może nie zostać prezydentem, nawet jeśli wygra wybory w kluczowych stanach. Już to się zresztą zdarzało w historii USA.


Palast zasłynął badając nieprawidłowości wokół wyborów prezydenckich na Florydzie w 2000 r. Wówczas tamtejsza sekretarz stanu Katherine Harris ogłosiła, że Bush wygrał w tym stanie 537 głosami z Alem Gorem (takim pajacem, co brał pieniądze od Chińczyków, a po skończeniu kariery politycznej zarabiał na życie strasząc, że do 2012 r. stopnieją lodowce w Arktyce). Palast dostał dwa dyski komputerowe z biur Harris z listą 97 tys. osób, które jej urzędnicy wycieli wcześniej ze spisu wyborców. Wycięto ich oficjalnie dlatego, że ci wyborcy byli więźniami lub byłymi więźniami. Zweryfikowano tę listę nazwisko po nazwisku, i okazało się, że żadna z osób usuniętych nie należała do tej kategorii. Niemal wszystkie były zaś Czarne, czyli należały do żelaznego elektoratu demokratów (znajdowały się na ich "plantacji"). Jak by wyglądał wynik wyborów na Florydzie, gdyby Harris nie przeprowadziła tej czystki? Sąd Najwyższy przerwał wówczas ponowne przeliczanie głosów. Doszło jednak do niezależnego przeliczania tych głosów, które zostały odrzucone przez maszyny. I zależnie od zastosowanych kryteriów uznawania głosów za nieważne, w niektórych recountach to Gore zwyciężał na Florydzie i co za tym idzie w wyborach prezydenckich w USA. Gore jednak nie chciał się już bić o prezydenturę.




Przebieg wyborów w USA zależy od stanów, a konkretnie od ich sekretarzy stanu, którzy są politycznymi nominatami. I chętnie oni korzystają ze swoich uprawnień. Tak było choćby w przypadku republikanina Briana Kempa, który w 2018 r. będąc sekretarzem stanu w Georgii startował w wyborach na gubernatora. Jego biuro usunęło wcześniej ze spisu wyborców 665,7 tys. osób, czyli jedną ósmą mieszkańców stanu. Kemp wygrał wybory z kandydatką demokratów Stacey Abrams, czarną lewaczką, zdobywając 50,2 proc. głosów. Abrams domagała się recountu, ale została olana przez własną partię. Kemp bardzo sprytnie zabezpieczył się bowiem prawnie. Wyborcy byli usuwani z list pod pretekstem, że nie mieszkają już w tym stanie. Co prawda dane podatkowe i wszystko inne potwierdzało, że przytłaczająca większość z nich nadal mieszkała w Georgii, ale nie głosowali oni w dwóch poprzednich wyborach. Każdy z nich dostał oficjalne pismo z upomnieniem, by się zgłosili do rejestracji wyborców. Pismo było jednak tak napisane, że trudno z niego było cokolwiek zrozumieć i mnóstwo ofiar systemu edukacji wyrzucało je do kosza myśląc, że to spam. Kemp zastosował po prostu wyborczy test na inteligencję :)

Czystka przeprowadzona przez Kempa była też w pełni legalna. W czerwcu 2018 r. Sąd Najwyższy orzekł bowiem w sprawie Husted v. APRI, że takie metody są dozwolone. Wspomniany w tytule tej sprawy John Husted, to republikański sekretarz stanu z Ohio. Przed wyborami z 2016 r. usunął ze spisu wyborców 426,8 tys. ludzi, a po reelekcji Obamy z 2012 r. jeszcze pół miliona. Usuwał ich nawet jeśli odbierali od poczty listy polecone dotyczące rejestracje wyborców W ten sposób usunięto z rejestrów np. 10 proc. mieszkańców murzyńskich dzielnic Cincinnati a tylko 4 proc. wyborców na przedmieściach. Sąd Najwyższy nie dopatrzył się w tym jednak niczego podejrzanego. Ohio to oczywiście kluczowy "swing state", w którym w 2008 i 2012 r. wygrał Obama a w 2016 r. Trump.

Podobne czystki w rejestrach wyborców były przeprowadzane też w kilku innych kluczowych stanach/ Np. w Wisconsin usunięto z rejestrów 232,6 tys. wyborców. Trump wygrał tam w 2016 r. 22,8 tys. głosów. W 2018 r. republikański gubernator Scott Walker przegrał tam jednak wybory z demokratą. Demokratyczne władze stanu nakazały przywrócić tych wyborców do rejestrów. W styczniu 2020 r. sąd, orzekając w sprawie pozwu jednego z think-tanków przeciwko władzom stanowym, nakazał jednak ponownie ich usunąć z rejestru.



Kreatywny był też Kris Kobach, były sekretarz stanu w Kentucky. Kobach stworzył system Crosscheck teoretycznie pozwalający na wykrywanie osób, które wielokrotnie głosują w różnych stanach. Pozwolił on na skreślenie z rejestrów 1,1 mln wyborców w 26 stanach. W swoim stanie na jego podstawie wyeliminował ze spisów 20 tys. wyborców. Za podwójne głosowanie skazano jednak tylko 9 z nich - byli oni debilami, którzy "źle zrozumieli prawa wyborcze". Kobach stworzył bardzo ostry system weryfikacji praw do głosowania, który skopiowali republikanie w innych stanach. Osoby, co do których są "wątpliwości" muszą dostarczać swoje paszporty (a niewielu Amerykanów je ma) lub certyfikaty urodzenia (tu problem mają starsi, biedniejsi i ci którzy urodzili się w innych stanach).Usuwanie wrogiego elektoratu ze spisu wyborców to stosunkowo bezpieczna metoda manipulacji wyborczych. Dlatego, że nie da się udowodnić w sądzie, że usunięto wyborców, chcących głosować na konkretnego kandydata. Wybory są wszak tajne. Zawsze też można odrzucić wniosek o dopisanie do spisu wyborców (tak jak w przypadku 100 tys. Afroamerykanów w Karolinie Północnej). Np. dlatego, że podpis jest niewyraźny a jak wiadomo czarni często mają dziwne imiona np. "Tyrondidnotingwrung!". Pamiętacie jak w 2012 r. różni eksperci snuli prognozy mówiące, że republikanie nigdy już nie wygrają wyborów w USA, bo Białych jest coraz mniej a mniejszości coraz więcej? Jak widać znaleziono na to sposób.

A co zrobić jeśli wyborca przychodzi do lokalu wyborczego i odkrywa tam, że nie ma go w spisie? Wówczas pani z komisji go uspokaja, że zostanie wpisany na tymczasową listę wyborców. Z uśmiechem na ustach wręcza mu kartę do głosowania z odpowiednią pieczątką. Zadowolony wyborca głosuje na Hillary i idzie do domu myśląc, że "pokonamy złego Orange Mana". Jego głos nie jest jednak liczony! Bo zgodnie z prawem nie musi być. To tylko głos tymczasowy.

Ale nawet te głosy, które oddano zgodnie z wszelkimi procedurami, też nie muszą być policzone. Stało się tak np. w 2016 r. w Michigan. Trump wygrał w tym stanie 10,7 tys. głosów. 75,4 tys. głosów w Detroit nie zostało tam jednak policzonych! A nie zostało policzonych bo niemal jednocześnie popsuło się tam 87 maszyn skanujących głosy! Przypomnijmy: Detroit to shithole, z którego w ostatnich dziesięcioleciach uciekli niemal wszyscy Biali a miejscowi Afroamerykanie od lat tam wybierają demokratów, którzy dbają o to, by czarni nadal służyli im "na plantacji". Z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że głosy miejscowych meneli kupione przez demokratów za butelkę wódki lub działkę cracku poszłyby na Hillary. Ale stanowy republikański prokurator generalny orzekł później, że ta dziwna awaria 87 maszyn do liczenia głosów nie była w żaden sposób podejrzana i że "liczba głosów wchodzących do maszyny nie musi się zgadzać z liczbą głosów policzonych".

Z wyliczeń Grega Palasta wynika, że w wyborach z 2016 r. co najmniej 5,87 mln głosów zostało oddanych, ale nie policzonych. Były to głównie tymczasowe głosy. Dodatkowo co najmniej 1,98 mln wyborców zablokowano możliwość oddania głosu. 

Wszystko wskazuje na to, że tegoroczne wybory będą wyjątkowe pod względem bezczelności przekrętów. Ot na przykład w Pennsylwanii stanowy Sąd Najwyższy orzekł niedawno, że nie będą liczone tzw. "nagie głosy". O co chodzi? By oddać głos korespondencyjnie należy włożyć kartę do głosowania do koperty oznaczonej jako "oficjalna koperta wyborcza". A następnie włożyć ją do drugiej koperty. Głosy bez pierwszej koperty liczone są jako "nagie głosy". A przynajmniej były liczone w prawyborach i wyborach lokalnych z 2019 r. Teraz jednak nie będą, a mowa o około 100 tys. głosów w swing state. 



Oczywiście demokraci też sięgają po swoje przekręty. Ostatnio odkryto, że doszło do odrzucenia przez jednego ze stanowych podwykonawców części głosów wojskowych wysłanych pocztą (mowa o małej liczbie głosów). Mike Bloomberg zapłacił zaś grzywny za 32 tys. byłych więźniów z Florydy, by mogli zagłosować - co jest oczywistym kupowaniem głosów. Trump cały czas snuje narrację mówiącą, że dojdzie do masowych fałszerstw w głosowaniu pocztowym. Ale demokraci nagle zaczęli namawiać wyborców do głosowania w lokalach, bo obawiają się, że mogą zostać wyd... podczas głosowania pocztowego przez republikańskich sekretarzy stanu i sądy. (Oczywiście największym sojusznikiem demokratów są totalitarno-liberalne giganty technologiczne starające się ograniczać "wrogą prawicową propagandę").  Republikanie spodziewają się więc podważania wyniku wyborów przez demokratów, a sztab Bidena szykuje na taką możliwość. Hillary mu niedawno radziła, by pod żadnym pozorem nie uznawał swojej klęski wyborczej. Jej słowa potwierdzają, że sondaże wyborcze można potłuc o kant dupy...

Ilustracja muzyczna: Justin Timberlake - Cry me a river

Tak się akurat składa, że kampania Bidena jest pozbawiona energii. Jej lewicowi krytycy wskazują, że skupia się ona bardziej na przekonywaniu rozczarowanych do Trumpa republikanów niż na mobilizowaniu demokratów.  Biden olewa całkowicie latynoski elektorat, bo jego sztabowcy wymyślili sobie, że "czarni mu wystarczą". Kampania Trumpa w tym czasie intensywnie pracuje nad pozyskaniem Latynosów. Trump jeździ z wiecu na wiec, wywołując entuzjazm swoich fanów, Biden ogłasza, że dzień się dla niego skończył i musi odpocząć o 9:20 rano! Mówi też, że na covida zmarło 200 mln Amerykanów i macha do pustego pasa startowego. Z kilkunastu kandydatów w prawyborach demokraci wybrali tego z największą demencją. A do tego mocno umoczonego w różne szwindle. Wyszedł niedawno raport jednej z komisji Kongresu poświęcony jego związkom z ukraińską spółką Burisma. Jest w nim mowa o powiązaniach jego syna z biznesmenami związanymi z chińskimi tajnymi służbami, o 3,5 mln USD jakie Hunter Biden dostał od Eleny Baturiny,wdowy po merze Moskwy i zarazem  znanym mafiozie Juriju Łużkowie i o tym, że Hunter wysłał tysiące dolarów kobiecie powiązanej z wschodnioeuropejską siatką prostytucji. Hunter to ten geniusz, co musi płacić alimenty striptizerce, której zrobił dziecko.



Republikanie mają dodatkowo farta, że niedawno zmarła sędzina Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg. Trump dzisiaj mianował w jej miejsce Amy Coney Barrett, konserwatywną katoliczkę z Chicago.  (A w grze była też antykomunistyczna Kubanka z Florydy.) Senat ma ją "błyskawicznie" zatwierdzić. Trump mówi otwarcie, że ma ona zasiadać w Sądzie Najwyższym już 3 listopada, by rozpatrywać protesty wyborcze. 

Na wypadek protestów wyborczych przygotowuje się też Mark Zuckerberg, którego demokraci i "big tech" otwarcie oskarżają o "zdradę" i pomoc w wyborczym zwycięstwie Trumpa w 2016 r. A dokładnie to przygotowuje się na scenariusz ograniczenia przepływu informacji w trakcie powyborczych zamieszek. I robi to wspólnie z WOJSKOWYMI planistami.  W medialnej narracji  Pentagon obawia się, że Trump wykorzysta wojsko do tłumienia zamieszek (ha ha!). Ale bez tej interwencji się nie objedzie. Wielkie miasta  trzeba będzie odbić z rąk "anarchii". No chyba, że Antifiarze/BLM przegrają konfrontację z redneckami i milicjami. W swing states rośnie legalna sprzedaż broni i amunicji przed wyborami... Jared Kushner powiedział Bobowi Woodwardowi w książce "Rage", że o ile początkowo 80 proc. ludzi w administracji chciało ocalić świat przed Trumpem a 20 proc. ocalać świat razem z Trumpem, to obecnie te proporcje są odwrotne. Moim zdaniem koleś wie, co mówi. 

Więc głowa do góry. Wygląda na to, że Trump jest na drodze do reelekcji. Ale kto będzie rządził Ameryką okaże się dopiero po wyborach.

Prawicowcy, zamiast czytać jakieś głupoty o monarchistycznych ciotach z Francji czy klasykę myśli LGBTariańskiej, uczcie się jak budować własne Głębokie Państwo! Jako Polacy mamy w tym tradycję - ale oczywiście dupoprawica ją odrzuca, bo się naczytała głupot Sommera, Suchodolskiego czy innych Janków Bodakowskich...

sobota, 19 września 2020

Voodoo BLM, zombie Marksa i rewolucja w Ameryce

 

Ilustracja muzyczna: Godsmack - Voodoo

Ruch BLM jest traktowany jest przez mainstreamowe media jako "ruch protestu przeciwko systemowemu rasizmowi", niemalże niczym ruch praw obywatelskich z lat 60-tych na Głębokim Południu. Sami przedstawiciele BLM widzą jednak swoją misję inaczej. Patrisse Cullors, współzałożycielka tego ruchu, rozbrajająco szczerze stwierdziła: "jesteśmy wyszkolonymi marksistami". Nasuwa się  pytanie: wyszkolonymi przez kogo? 

Jest jednak również też ukryte jeszcze głębiej oblicze tego ruchu, które w areligijnym świecie Zachodu może na pierwszy rzut oka wyglądać dziwacznie. Oto bowiem "wyszkolona marksistka" Cullors przyznaje, że jest w kontakcie "z istotą duchową" o imieniu Whateesha (?). Liderzy BLM często przyzywają też inne duchy, które później "przez nich działają". Na poniższym filmie, od około 4:20 jest puszczona wypowiedź tej "wyszkolonej marksistki" na ten temat.


 

 Można odnieść wrażenie, że ona naprawdę wierzy w to co mówi. Jest święcie przekonana, że kontaktuje się z duchem o jakimś karykaturalnym imieniu. To pokazuje, że dawne afrykańskie wierzenia szamanistyczne nadal są żywe wśród społeczności afroamerykańskiej. Czy jednak nas to powinno zaskakiwać? W Nowym Orleanie i na prowincji w Luizjanie nadal się przecież odprawia ceremonie voodoo. Żywa jest również pokrewna, synkretyczna tradycja religijna - hoodoo.  Bojówkarze z Ku Klux Klanu nie bez przyczyny ubierali się w te długie białe szaty. Nawiązywali do wierzeń ludowych amerykańskich Murzynów - przedstawiali się im jako duchy. Jak widzimy jednak te ludowe wierzenia są silnie obecne nawet w dżunglach wielkich miast i na uniwersytetach. 

Czy powinno nas jednak dziwić to, że w jakąś magię pokrewną hoodoo bawi się "wyszkolona marksistka"? Przypomniał mi się fragment wspomnień polskiego zimnowojennego najemnika Rafała Gana-Ganowicza. Jego ludzie dorwali w latach 60. w Kongo szamana podburzającego plemiona do komunistycznej rebelii. Szaman miał na szyi wisiorek z zawiniątkiem, którego bardzo bronił, gdy go wzięto do niewoli. Najemnicy mu to zawiniątko odebrali i wyciągnęli z niego... dyplom medycyny Uniwersytetu Karola w Pradze, w komunistycznej Czechosłowacji. Wygląda jednak na to, że ta "wyszkolona marksistka" naprawdę wierzy w to, że ma kontakt z istotami duchowymi. No cóż, dokładnie w to samo wierzył stary okultysta Marks. 




Ciekawi mnie więc, czy z George'a Floyda zrobią w końcu zombie? (A może próbowaliby wskrzesić starego wampira z Cmentarza Highgate - samego Marksa? Jakiś meksykański kartel mógłby wówczas wykorzystać Trockiego w kulcie Santa Meurte...)

(Baj de łej: co na to "krześcijanie", którzy popierali BLM? Terlikowski chyba już nie może się zdecydować, czy będzie się modlił do cara Mikołaja czy do George'a Floyda? Ciekawe, czy gdyby George żył, to czy "hipsterkatoliczka" Jola Szymańska nagrałaby z nim film - czy raczej on z nią?)



"Zasadniczo pokojowe" protesty BLM odpowiadały, według badaczy z Uniwersytetu Princeton, za 91 proc. zamieszek w USA w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Te zamieszki bardzo szkodzą Czarnym. Zadymiarze  - często białe marksistowskie dzieciaki z bogatych rodzin - dewastują czarne dzielnice a przy okazji starają się przekonać Białych i Azjatyckich Amerykanów do tego, że segregacja rasowa powinna wrócić. Przy okazji uaktywniają się kryminaliści z gangów i uprawiają coś w rodzaju partyzantki miejskiej. Przykładem na to jest niedawna zasadzka na dwóch policjantów z LA.  Później pod szpitalem, w którym ratowano im życie odbyła się demonstracja, podczas której "wyszkoleni marksiści" z BLM krzyczeli, że chcą śmierci tych policjantów i blokowali dojazd do szpitala.  

Policjanci z Oregonu otwarcie mówią o tym, że antifiarze podpalają lasy w ich stanie.  W wyniku tych ogromnych pożarów spłonęło już pięć miasteczek. Niektórzy z antifiarzy udają strażaków.  Paru z nich wpadło na gorącym uczynku - tak jak ten koleś zatrzymany przez uzbrojoną kobietę.  

Mamy do czynienia z otwartą kampanią destabilizacji. Przypomniało mi się, jak weteran-konspirolog Sherman Skolnick (miejscami straszny lewak) pisał o tym, że niejaki Wang Jun - szef rezydentury chińskiego wywiadu wojskowego w USA - organizuje dostawy tanich kałasznikowów dla gangów w czarnych dzielnicach. Skolnick zauważył też, że gangi stosowały maoistowską, wykorzystywaną wcześniej m.in. przez Vietcong, strategię kontroli nad terenem. Wang Jun miał być zaś być bliski finansowo Clintonom. Chimerykę jak widać skrycie budowano przez kilka dekad. (A gangi trzeba wykorzenić metodami wojskowymi.) Na pracę chińskich tajnych służb nałożyła się działalność różnych fundacji i "organizatorów społecznych". Plus robota lewackich nauczycieli - którzy mimo ogromnych pieniędzy łożonych na każdego ucznia w wielkich miastach, jakoś nie potrafią ich nauczyć poprawnie pisać, czytać i liczyć. Za to ostro indoktrynują uczniów. (To akurat przykład z Wielkiej Brytanii, ale podobny: nauczyciel powiedział dziewczynce, że jej zdanie się nie liczy, bo jest biała i blond.)

Sam Faddis, były oficer CIA, nazywa ostatnią falę zamieszek w USA "insurekcją".  I mówi, że po wygranych przez Trumpa wyborach dojdzie do prawdziwej rewolucyjnej eksplozji. Michael Scheuer, były oficer CIA, który kierował polowaniem na Osamę bin Ladena, określa Antifę/BLM jako terrorystów i otwarcie wzywa, by do nich strzelać. Michael Caputo, były wysokiej rangi urzędnik trumpowskiego Departamentu Zdrowia, mówi, że zwolennicy Trumpa powinni "zainwestować w amunicję". (Twierdzi też, że w Centrum Kontroli Chorób znajduje się grupa urzędników sabotująca walkę z pandemią koronawirusa!) Roger Stone radzi zaś Trumpowi, by wprowadził stan wojenny po wyborach i dokonał aresztowań osób podsycających insurekcję. Ciekawe tylko, co wówczas zrobią wojskowi? W książce porucznika Boba Woodworda "Rage" (przeczytałem, całkiem ciekawa!) jest scena, gdy gen. Mattis mówi Danowi Coatsowi, byłemu Dyrektorowi Narodowemu Wywiadu (DNI), że nadejdzie czas, że będą musieli "podjąć kolektywną akcję" przeciwko prezydentowi. 

Na razie jednak, wbrew pogarszającym się sondażom, spiskowcy liczą na to, że Biden wygra wybory. A raczej, na to, że wygra Kamala. Joe Biden nie potrafi przeczytać prostego tekstu z kartki.  W jednym z przemówień rąbnął się i mówił o przyszłej "administracji Harris". Kamala też się myliła w podobny sposób. O ile można mówić o pomyłce. To ona byłaby de facto prezydentem u boku zdemenciałego Bidena. A sama pewnie byłaby tylko "słupem". Może nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale jej rodzinnym stanem - Kalifornią - rządzą od kilku dekad cztery blisko powiązane ze sobą klany: Brown, Newsom, Pelosi (Nancy Pelosi akurat weszła do tego klanu poprzez małżeństwo - jej ojciec szmuglował heroinę dla Myera Lansky'ego) i Getty. Tak, ci Getty z filmu "Wszystkie pieniądze świata". Kalifornia była polem do wielkich eksperymentów: ekonomicznych, demograficznych, obyczajowych i religijnych. Czy te eksperymenty przyniosły dobre skutki? Kalifornia to dziś stan kontrastów. Oligarchia technologiczna, niesamowite fortuny, a zarazem masa bezdomnych i narkomanów... Taka dystopia i poletko doświadczalne dla Chimeryki. (Spiskolog i Chehelmut na pewno podzielą się w komentarzach swoimi uwagami na ten temat.)

 
 



Przykładem działania Chimeryki jest choćby blokowanie przez Twittera postów dr Li-Meng Yan, chińskiej wirusolog twierdzącej, że Covid-19 został stworzony w laboratorium w Wuhan i celowo wypuszczony.  Co prawda dr Li w wywiadzie w Fox News podała bardzo niewiele konkretów, ale mamy już drugiego dezertera z ChRL, który chce się podzielić swoją wiedzą na ten temat. Terry Brandstad, do niedawna ambasador USA w Pekinie (znający Xi Jinpinga od ponad 30 lat!), otwarcie mówi, że chińscy komuniści okłamywali świat w kwestii pandemii i przez to doprowadzili do kryzysu. A to przecież dyplomata, który był znany z pojednawczego stanowiska wobec Chin. W książce "Rage" Woodworda dużo miejsca jest poświęcone reakcji administracji Trumpa wobec Covid-19. Trump mówił w lutym Woodwordowi, że to bardzo poważne zagrożenie i nie żadna "grypka". Jednocześnie jednak nie chciał siać paniki i uspokajał, że sytuacja jest pod kontrolą. W styczniu Matt Pottinger, z Rady Bezpieczeństwa Narodowego (były marine, były korespondent "WSJ" w Pekinie) zwracał uwagę administracji na to, że Chiny tuszują u siebie epidemię nowej niebezpiecznej choroby. Trump, dr Fauci oraz inni decydenci zgodzili się z jego argumentami. Problemem było jednak to, jak zareagować na tego syntetycznego wirusa. Eksperci medyczni wpadli więc na pomysł 15-dniowej kwaratanny, która podczas której miano sprawdzić "co się stanie". I wygląda na to, że odpowiedzi nadal nie znają...(Choć wybitny mikrobiolog dr Ivan Komarenko oraz inni ekspercie twierdzą, że "koronawirusa  nie wyizolowano", to w tej kwestii nie mają racji. Genom Covid-19 zmapowano już 10 stycznia.  Co więcej nowa choroba została przeanalizowana niedawno przez superkomputery, co pozwoliło zmienić rozumienie tego jak ona przebiega. Być może się więc dowiemy, czemu w jednych krajach mocno wszystkich kosi, a w innych przebiega dużo łagodniej.)

Sprawy covidowe mogą jeszcze oczywiście mocno zamieszać przy okazji wyborów w USA, ale republikanom wpadł dzisiaj duży prezent: śmierć sędziny Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg, weteranki ruchu feministycznego. Mitch McConnell, przywódca republikańskiej większości w Senacie, zapowiada, że jego izba szybko będzie głosować nad jej następcą. Jest szansa na powstanie silnej konserwatywnej większości w Senacie - nawet na dwie dekady.  Obecnie zasiada w Sądzie Najwyższym dwóch sędziów nominowanych przez Trumpa, dwóch przez Busha Jra, dwóch przez Obamę i jeden przez Clintona (rocznik 1938). A teraz wyobraźmy sobie, że Hillary wygrała w 2016 r. wybory prezydenckie (wiem, to śmiesznie brzmi :) i nominowała tam trzech sędziów. I to m.in. chodziło w wyborach prezydenckich z 2016 r. i dlatego demokraci tak silnie bóldupili przez ostatnie cztery lata...

***

Czytelnicy oczekują pewnie mojego komentarza dotyczącego ustawy futrzakowej i kryzysu w koalicji rządzącej. Podzielę się więc moimi paroma myślami.


Do zwierzątek mam "azjatyckie" podejście. Mogę bawić się z króliczkiem a po chwili dawać chińskiemu kucharzowi instrukcje jak zwierzaczka przyrządzić. :) Co prawda czuję pewien sentyment do niektórych zwierząt - kotów, koni, dzików, węży, rurkowców - ale już np. cierpienie psów mnie absolutnie nie rusza. Może w poprzednich wcieleniach byłem partyzantem Tity, dokonywałem ludobójstwa na Ormianach czy też pracowałem w "międzygalaktycznej bezpiece", ale tak po prostu mam. Zapewne Jarosław Kaczyński i Krzysztof Czabański bardzo mocno przejmują się losem wszystkich zwierząt. Nawet karaluchów, wijów, Stonóg i niebinarnych płciowo pająków z Nowej Gwinei. Ale ich emocje w żaden sposób nie powinny przesłaniać wyższych celów politycznych i arytmetyki wyborczej. Czy tym razem przesłaniają?

Ustawę o futrzaczkach i innych zwierzątkach uważam za kretyńską. Nie dlatego, że żal mi Januszów Biznesu od ferm norek. Te fermy to maleńki biznes, zatrudniający 900 ludzi płacących składki. Biznes bardzo często uciążliwy dla rolników z okolicznych wsi. Nie podoba mi się jednak, że ta głupia ustawa wyrzuca polską branżę mięsną z rynków bliskowschodnich zakazując uboju rytualnego. Zakaz ten jest argumentowany emocjonalnie - tym, że zwierzątka cierpią. Na tej samej zasadzie Sylwia Spurek z Zandbergiem mogą za dziesięć lat zakazać jedzenia mięsa. Równie głupie jest danie uprawnień kontrolnych organizacjom "prozwierzęcym" i "ekologicznym", które są przez ch... wie kogo finansowane i które zaszczuły m.in. prof. Jana Szyszko. Państwo powinno takim "społecznikom" dać kopa w dupę a nie uprawnienia kontrolne. Zupełnym kretynizmem jest natomiast zakaz trzymania psów na krótkiej uwięzi. To, co mają swobodnie gryźć ludzi i zwierzęta? Ten przepis musiał napisać jakiś liberalny wielkomiejski kretyn. Sprzeciw posłów Solidarnej Polski, Porozumienia i części posłów PiS przeciwko temu bublowi prawnemu był więc czysto zdroworozsądkowy. Zwłaszcza, że ta ustawa daje wiatr w żagle PSL i Konfie. PiS zamiast po nią sięgnąć, mógł zająć się czymś innym - np. sprawami mieszkaniowymi. Zyskałby przez to dużo więcej.

Do Ziobry i niektórych jego ludzi ("Moczary i Kempy" jak to określił Chehelmut) mam nastawienie krytyczne. (Choćby ze względu na ich zachowanie w 2011 r., śledztwo smoleńskie, śledztwa w sprawie zabójstwa Jaroszewicza i Papały.) Wielu ludzi jest tam jednak sensownych. Popieram też postulat przeciwstawiania się ideologicznemu zidioceniu, które płynie do nas Zachodu. Dochodzą do nas jednak sygnały, że "genialny strateg" Jarek chce tylko miękkiej (czyli wyglądającej tak jak upamiętnianie zwycięstwa nad bolszewikami) walki z tym zagrożeniem. Stawiam więc tezę, że JarKacz myśli o tym, by od 2023 r. PiS/Porozumienie rządziło w koalicji z SLD/Wiosną/Razem. Oba obozy dzielą kwestie historyczne (ale to się da ominąć - pamiętacie jak Miller odwiedzał płka Kuklińskiego a Kaczyński chwalił Gierka?), dotyczące polityki zagranicznej (też da się ominąć - pamiętacie jak Kwaśniewski kumplował się z Bushem?) oraz obyczajowe. Zauważcie, że Michał Moskal, szef Forum Młodych PiS zachowuje się jakby był asystentem Biedronia - chodzi mi oczywiście to, co i jak mówi. Metodą salami PiS będzie więc urabiany na bezobjawową chadecję w stylu CDU. I za parę lat różne Jachiry będą chwalić Jarosława jako wybitnego politycznego weterana. Jarosław wróci tam gdzie dawniej był - na ścieżkę wyznaczoną przez Jana Józefa Lipskiego.

Mam oczywiście nadzieję, że się mylę. 

Bo alternatywa też jest słaba. "Prawicowy jakobin" Ziobro upichcił niedawno zapaterstyczną Ustawę o Pozbawianiu Mężczyzn Mieszkań na Podstawie Pomówień ich Partnerek mylnie zwaną ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Być może Solidarna Polska połączy siły z Konfą. W Konfie jednak wciąż bardzo niezdrowa mieszanka pajdokracji, geopolitycznego zagubienia (silna miłość niektórych do Rosji i komunistycznych Chin), giertychowania, foliarstwa, sabatejstwa (gietrzwałdzka Szechina Gerszona Brauna), historycznego analfabetyzmu (wciąż walczą z sanacją!) i wiary w teorie ekonomiczne skompromitowane już 100 lat temu. Może się niektórzy z nich kiedyś wyrobią (już widzę postępy), ale jak na razie nie widzę prawicowej alternatywy dla PiS. 

Może gdyby była w Polsce partia islamska, to bym na nią za głosował. Dlatego, że po przejęciu władzy nie pierdoliłaby się ze środowiskami politycznymi, których głęboko nie lubię. I nikt w Brukseli czy Berlinie nie mógłby powiedzieć na nią złego słowa - bo to byłaby islamofobia. Chyba zostanę samozwańczym imamem - ale mój islam będzie prawdziwym islamem: czyli bez zakrywania twarzy lasencjom (no chyba, że z powodu pandemii), bez zakazu picia alkoholu i jedzenia wieprzowiny, bez obrzezania i innych bliskowschodnich głupot :) A jak mi ktoś powie, że to nie jest prawdziwy islam, to go nazwę "szyickim psem"!