sobota, 15 czerwca 2019

Shamballah: Żelazne Niebo

Ilustracja muzyczna: Rammstein - Deutschland



Mitycznej Szambali poszukiwały nie tylko tajne służby carskiej i sowieckiej Rosji. Robiły to również służby wywiadowcze narodowo-socjalistycznych Niemiec. Skąd się wzięła u nich ta idea?



Szukać tutaj należy inspiracji m.in. prof. Karla Haushofera, znanego geopolityka a przy tym okultysty.  Przed pierwszą wojną światową był on doradcą wojskowym w Japonii i miał okazję zetknąć się z tamtejszymi tajnymi nacjonalistycznymi stowarzyszeniami. Mógł się tam dokładnie zapoznać z buddyjskim mitem Szambali. Po pierwszej wojnie światowej Haushofer stał się mentorem Rudolfa Hessa i miał wpływ na wielu innych prominentnych nazistów.



Szambalą mogło się też interesować Stowarzyszenie Thule, które było okultystycznym zapleczem dla volkistowskich ideologów i dowódców monachijskich freikorpsów. Stykali się z nim również rosyjscy, białogwardyjscy uchodźcy - a jak wiemy z poprzedniego odcinka tej serii, u wielu z nich była silna fascynacja okultyzmem i buddyzmem.Thule, obok tajnych służb Reichswehry, należało do organizacji, które na wczesnym etapie wspierały NSDAP i patronowały karierze Hitlera. To m.in. ta okultystyczna grupa wykupiła dla Partii gazetę "Volkischer Beobachter".



W popularnej literaturze Haushofer jest też często wymieniany jako tajny członek Stowarzyszenia Thule i twórca Towarzystwa Vril, mistycznej organizacji mającej badać starożytne, „boskie” technologie i moc vril. Wielu historyków twierdzi, że nie ma dowodów na istnienie takiej organizacji, ale Willy Ley, jeden z czołowych inżynierów rakietowych III Rzeszy, w swoich wspomnieniach potwierdził, że przed wojną rzeczywiście istniała grupa zapaleńców badających vril. Może więc Towarzystwo Vril rzeczywiście funkcjonowało a po prostu ktoś skutecznie wyczyścił archiwa z jego śladów?


Faktem jest, że  Hitler, Himmler, Hess i wielu innych wysokiej rangi nazistów było opętanych okultystycznymi ideami i wierzyło w najróżniejsze dziwne teorie. Chcieli oni budowy nowej hybrydowej religii odwołującej się do wykoślawionej wersji pogaństwa. Himmler powołał w ramach SS organizację Deutsches Ahnenerbe, mającej na celu badać dziedzictwo "aryjskich przodków" Niemców. Ponieważ jedyna aryjska krew w żyłach Niemców ma słowiańskie pochodzenie, Ahnenerbe musiało się sporo wysilić, by "udowodnić", że Wandalowie, Wenetowie, Sarmaci i Scytowie oraz inni przodkowie Słowian byli mitycznymi "Germanami" i przodkami Niemców (celtycko-skandynawsko-słowiańskich bękartów). Ahnenerbe grabiło polskie muzea, kościoły i stanowiska archeologiczne. Ale też podejmowało niezwykle interesujące wyprawy badawcze w różne części Europy, na Bliski Wschód, do Azji Wschodniej a nawet na Antarktydę. Organizacja prowadziła również badania nad zjawiskami paranormalnymi, szukała Świętego Graala ("Klejnotu z Korony Lucyfera" według interpretacji Otto Rahna) oraz Arki Przymierza. Jeśli kojarzy się to Wam z "Indianą Jonesem", to doszliście do poprawnych wniosków.



Te badania starożytnych tajemnic zaowocowały serią niemieckich wypraw do Tybetu w poszukiwaniu Szambali, korzeni rasy aryjskiej, potężnych broni starożytnych bogów i energii vril. Pierwsza z tych ekspedycji dotarła na „Dach Świata” w 1934 r., ostatnia w… 1942 r. Były one organizowane przez e Ahnenerbe. Konsultantem w tym projekcie był znany szwedzki podróżnik Sven Hedin, z przekonań narodowy socjalista (który oczywiście po wojnie twierdził, że pomagał ratować Żydów). Kilkoma wyprawami kierował znany przyrodnik Ernst Schäfer. (Który wcześniej dostał zjebkę za wykorzystywanie taśmy służbowej SS do nagrywania filmu porno z nastolatką masturbującą się na poręczy mostu.)




Niemcy byli dobrze przyjmowani w Tybecie. Byli przecież przedstawicielami mocarstwa zagrażającego brytyjskiemu kolonializmowi a poza tym posługiwali się świętym buddyjskim symbolem – swastyką. Schafer pisał, że doszło tam do "przyjacielskiego spotkania zachodniej i wschodniej swastyki". (Może nie był świadomy, że w dawnych wiekach swastyka była o wiele częściej spotykana w Polsce niż w Niemczech.)



Zachowała się też część dokumentacji filmowej i fotograficznej z niemieckich wypraw. Na zdjęciach widzimy m.in. jak antropolog dr Bruno Beger mierzy czaszki Tybetańczyków. Widzimy go również na wspólnym zdjęciu z regentem Retingiem Rinpoche. W trakcie wojny będzie on mierzył czaszki więźniów obozu zagłady Auchwitz-Birkenau. Po wojnie dostanie za to trzy lata więzienia, których nie odsiedzi.



Nie przeszkodzi mu to później wielokrotnie występować jako przyjaciel Dalajlamy XIV i pisać broszurki sławiące tybetańskiego przywódcę religijnego.



Inny przyjaciel Dalajlamy mający przeszłość w SS został rozsławiony przez film "Siedem lat w Tybecie". To alpinista Heinrich Harrer, który zbiegł z brytyjskiego obozu internowania w Indiach i po dotarciu do Lhasy stał się nauczycielem młodego Dalajlamy.



Do końca nie wiadomo, co odkryto podczas tych wypraw, ale zachował się z nich m.in. ozdobiony swastyką posążek hinduskiego boga o „cechach aryjskich”, ubranego na scytyjską modłę. Ta figurka została wyrzeźbiona z meteorytu, który spadł na Ziemię 15 tys. lat temu i rzekomo zniszczył „aryjską cywilizację” na Pustyni Gobi. Wiadomo też, że naziści wywieźli z Tybetu dużą liczbę manuskryptów, które z jakiegoś powodu podarowali im lamowie. Co w tych manuskryptach było? Część z nich stanowiły buddyjskie traktaty, część dzieła odnoszące się do "przeszłości rasy aryjskiej". Z jakiegoś powodu jednak Himmler był bardzo zadowolony z rezultatów tych wypraw. I z jakiegoś powodu prowadzono je aż do 1942 r.! W 1942 r. amerykańskie tajne służby cywilne OSS wysyłały swoją wyprawę do Tybetu - kierowaną przez Ilię Tołstoja Jra (wnuka Lwa Tołstoja). Ma ona utworzyć siatkę wsparcia dla lotniczego szlaku zaopatrzeniowego do Chin (z Indii, ponad "Humpem" czyli Himalajami, do Czunkingu). Ale też ma zapewne się zorientować, czego w Tybecie szukali Niemcy.



Czy naziści zdołali odkryć w Tybecie ślady dawnej "boskiej" technologii np. Pioruna Indry czy viman? Spekulacje na ten temat toczą się od dawna a w Polsce zajmował się tym  m.in. Igor Witkowski.  (oczywiście zarzuca mu się mistyfikację). Doszedł on do wniosku, że naziści rzeczywiście zdołali opracować silnik antygrawitacyjny oparty na "plazmie rtęci". Doświadczenia nad tym prowadzili m.in. na Dolnym Śląsku. Udało im się zbudować pojazdy napędzane tym silnikiem - nazywanym "Die Glocke", czyli dzwon, ale silnik wytwarzał tak silne promieniowanie rozpuszczające struktury wewnątrzkomórkowe, że stanowił śmiertelne niebezpieczeństwo dla pilotów. Niemcy kombinowali więc z dronami, które wysyłali przeciwko alianckimi wyprawom bombowym. Amerykańscy piloci nadali tym niezidentyfikowanym obiektom nazwę foo-fighters. Ową technologię z dużym prawdopodobieństwem zdobyli po wojnie Amerykanie. Może o tym świadczyć choćby uderzające podobieństwo obiektu, który został wydobyty po katastrofie niezidentyfikowanego obiektu pod Kecksburgiem w Pennsylwanii z opisami "Die Glocke".


Co ciekawe rtęć będąca kluczem do funkcjonowania tego urządzenia była w trakcie wojny transportowana w obłędnie dużych ilościach ubootami z Niemiec do Japonii. Ot np. 5 grudnia wyruszył z Bergen U-864. Został zatopiony przez Brytyjczyków, a po latach, jak go wydobyto, to okazało się, że obok części do odrzutowców, przewoził aż 61 ton rtęci. Po co tyle wysiłku, by próbować pod sam koniec wojny dostarczać rtęć do Japonii?! Ma to sens, tylko jeśli uznamy, że ta rtęć była potrzebna do produkcji broni mogących zmienić przebieg wojny. Broni awangardowych. Być może nie chodziło tu o żadne "hitlerowskie UFO", ale o awangardową technologię nuklearną. Hipotetyczna substancja czerwona rtęć może być przecież wykorzystywana do produkcji zminiaturyzowanych ładunków nuklearnych a są dwie relacje mówiące o tym, że Niemcy zdetonowali mały ładunek nuklearny na wyspie Rugii w październiku 1944 r. Mieli problemy ze stworzeniem podobnie silnej bomby jakiej później użyli Amerykanie, ale dziwnym trafem zbudowali coś naprawdę nowatorskiego a przy tym... mało użytecznego. Może liczyli na to, że wspólnie z Japończykami rozwiną te "boskie technologie"?


Powyżej: artystyczna wizja "nazistowskiego UFO" na Antarktydzie :)

Po 1945 r. nazistowskie poszukiwania Szambali kontynuował na własną rękę chilijski dyplomata Miguel Serrano. W swoich książkach snuł on teorię, że Hitler przeżył wojnę i uciekł u-bootem do tajnej niemieckiej bazy na Antarktydzie (Serrano brał udział w latach 40-tych w ekspedycjach badawczych na tym kontynencie), a stamtąd przedostał się do Szambali.






Teorie o tajnej hitlerowskiej bazie na Antarktydzie wzięły się zapewne stąd, że w 1938 r. III Rzesza rzeczywiście wysłała na ten kontynent ekspedycję, która proklamowała, że kawał antarktycznego terytorium nazwany "Nową Szwabią" stanowi zamorską posiadłość Rzeszy. Tak się akurat złożyło, że w trakcie wojny ubooty pojawiały się w okolicach Patagonii, więc zapewne pojawiły się w alianckich służbach podejrzenia, że naziści mają gdzieś w pobliżu swoją bazę zaopatrzeniową. W każdym bądź razie na przełomie 1946 i 1947 r. w Nowej Szwabii pojawiła się amerykańska ekspedycja realizująca Operację Highjump. W jej składzie był m.in. lotniskowiec a w dowództwie było dwóch admirałów. O rezultatach naukowych tej ekspedycji mówi się niewiele. Ponoć większość zdjęć dokonanych przez lotnictwo rozpoznawcze była "prześwietlona". Wyprawę przerwano po kilku tygodniach. Stracono jeden samolot rozpoznawczy, oficjalnie w wypadku. Jeden z dowodzących operacją, admirał Richard E. Byrd miał w każdym bądź razie obsesję na punkcie zagrożenia USA inwazją z obszarów polarnych - w tym z Antarktydy.



Wróćmy jednak do teorii chilijskiego ezoteryka Serrano. Według niego Fuehrer ma za jakiś czas powrócić z tego podziemnego królestwa, by jako Rudra Chakrin, Budda Maitreya i Kalki w jednej osobie, by podbić świat. Autor tych rojeń znał się z Dalajlamą XIV od 1959 r. i wielokrotnie się z nim spotykał. W 1992 r. witał Jego Świętobliwość na lotnisku w Santiago de Chile wraz z delegacją Chilijskiej Partii Narodowosocjalistycznej. Dalajlama nigdy się od niego nie odciął.

Ciekawe czy Dalajlamie spodobałaby się moja powieść "Vril. Pułkownik Dowbor" poświęcona m.in. nazistowskim i sowieckim poszukiwaniom Szambali oraz siły vril?

***

Z ostatnich wydarzeń:

Atak na tankowce w Zatoce Omańskiej była albo operacją "pod fałszywą flagą" (np. saudyjską) albo dowodem na to, że władze Iranu są naprawdę szalone. Do ataku na supertankowce przewożące ropę do Japonii doszło tuż po wizycie japońskiego premiera Abe Shinzo w Teheranie. Irańskie władze odmówiły skorzystania z oferty pośrednictwa w negocjacjach z Amerykanami. Władze USA jako dowód na irańskie sprawstwo zamachów pokazały film, na którym jacyś ludzie podpływają na łodzi do tankowca i usuwają z jego burty minę magnetyczną, która nie eksplodowała. Właściciel tankowca zakwestionował jednak wersję Amerykanów mówiąc, że statek został trafiony z drugiej strony jakimś "obiektem latającym". Teraz więc pojawia się wersja z irańską rakietą. Sami Irańczycy robią zaś wszystko, by to ich obwiniono za atak. Np. grożą w swojej propagandzie, że będą zatapiać amerykańskie oraz izraelskie statki. Możliwe więc, że doszło do ataku "pod fałszywą flagą", ale jednocześnie w irańskich władzach są dogmatyczni debile lub prowokatorzy mający dostarczyć pretekstu do zaostrzenia sankcji bądź innego rodzaju uderzenia w Iran.

Ciekawe czy zwróciliście uwagę na ogromne protesty w Hongkongu? Milion ludzi na ulicach! Byłem świadkiem Rewolucji Parasoli w 2014 r. - wtedy również prawie cały Hongkong zjednoczył się przeciwko Chinom i skorumpowanej administracji tej metropolii. Po stronie Chin były wówczas tylko trzy środowiska: wielki biznes, policja oraz... mafia. Obecnie stanowisko wielkiego biznesu staje się bardziej powściągliwe. Chińscy bogacze mieszkający w Hongkongu boją się nowego prawa ekstradycyjnego forsowanego przez Carrie Lam. To prawo jest dla nich jak zaproszenie do łagru. Dlatego też władze Hongkongu po protestach zaczynają się uginać i wycofywać z prac nad prawem ekstradycyjnym.

Z rezultatów wizyty prezydenta Dudy w USA jestem oczywiście zadowolony. Ból d... Snowdena-Winnickiego i ubeckich pomiotów takich jak pewien były ambasador potwierdza, że te ustalenia są dla naszego kraju dobre. Oczywiście można zawsze oczekiwać więcej, ale np. większa liczba amerykańskich żołnierzy w Polsce czyni dużo mniej prawdopodobnym rosyjski scenariusz ograniczonego, terrorystycznego, uderzenia jądrowego na nasz kraj (mającego za zadanie zmusić inne państwa NATO do ustępstw). W Polsce stacjonuje już kilkanaście tysięcy żołnierzy wojsk sojuszniczych a będzie ich więcej. Warto wykorzystać kupiony w ten sposób czas na dokończenie modernizacji naszej armii. Ci którzy się spodziewali, że za amerykańską obecność wojskową zapłacimy "300 mld dolarów Żydom", mogę poinformować, że Trump olał list kongresmenów domagających się poruszenia sprawy roszczeń podczas spotkania z Dudą. Amerykanie wysyłają do nas swoje wojska nie po to, by wsadzać sabatejskiego reżysera do Guantanamo i przejmować kamienice, tylko po to, by wbić klin w geopolityczną oś Berlin-Moskwa-Pekin. A że akurat jest to zbieżne z naszymi interesami...




***

Oczywiście zbliżamy się do finału serii Shamballah. Nie będę podpowiadał o czym on będzie...

sobota, 8 czerwca 2019

Shamballah: Wrota do Agharty



Ilustracja muzyczna: James Paget - Look To The Skies

Ilustracja muzyczna:  Гимн Русской Освободительной Армии РОА

The Hu - Wolf Totem


Wyobraźcie sobie, że amerykańskie tajne służby wypuszczają z więzienia Juliana Assange'a i stawiają go na czele tajnej ekspedycji skierowanej do zachodnich Chin. Dają mu do pomocy oddział Navy Seals. Assange dostaje zlecenie dotarcia do miejsca związanego z Szambalą. Czysta fantastyka w stylu "Stargate"? Ależ nie! Coś podobnego zdarzyło się już ponad 100 lat temu.



Carskie tajne służby mianowały znanego rewolucjonistę Feliksa Kona (tego samego, który później będzie razem z Dzierżyńskim i kapitalistą Marchlewskim tworzył Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski) dowódcą ekspedycji "naukowej", dały mu do pomocy dwie sotnie kozaków i wysłały z nimi do Kraju Urianchajskiego, który stanowił wówczas część Cesarstwa Chińskiego (a obecnie jest częścią Rosji znaną jako Republika Tuwy). Powtórzmy: to była zbrojna ekspedycja na terytorium sąsiedniego kraju, rodzaj wojny hybrydowej. Cel ekspedycji: pieczara nazywana wrotami do Agharty (Szambali). Historię o tym opowiedział mi kiedyś Witold Stanisław Michałowski. Wspominał, że do dzisiaj w pobliżu wejścia do tej pieczary jest tablica mówiąca, że jaskinię eksplorował "wielki rewolucjonista" Feliks Kon. Dlaczego jednak carskie tajne służby były zainteresowane miejscem nazywanym "wrotami do Agharty"? Przecież ta cała Szambala to tylko legenda, co nie? 


Tak się akurat złożyło, że na początku XX w. panowała wśród petersburskich elit moda na okultyzm i na buddyzm. Tybetańską wersję buddyzmu propagował tam Agwan Dordżiejew, wyedukowany w Lhasie Buriat, zafiksowany na punkcie nawrócenia Rosji „na prawdziwą wiarę”. Był on oficjalnym posłem Dalajlamy XIII w Sankt Petersburgu. Dordżijew zjednywał sobie rosyjskie elity wizją Rosji jako „Szambali Północy”, opiekuńczego mocarstwa, które ochroni Azję przed brytyjskim kolonializmem. W Piotrogrodzie zbudował on tybetańską świątynię Kalachakry, którą odwiedził m.in. car Mikołaj II. Na szczycie tej świątyni znajdowała się swastyka (którą wysadzono w powietrze podczas oblężenia Leningradu, bo „drażniła ludzi”). Ostatni rosyjski car i jego niemiecka żona byli mocno zafascynowani okultyzmem. O ile powszechnie znana jest historia ich relacji z Grigorijem Rasputinem, to mniej znanym faktem jest to, że ich doradcą był również Papus, czyli uczeń markiza Alveydre (tego od synarchii i propagowania idei Agharty). Mikołaj II był zafascynowany buddyzmem i symbolem swastyki. Swastyka widniała więc m.in. na masce jego samochodu i znalazła się na nowym wzorze rubli zaakceptowanym przez niego tuż przed rewolucją (później lekko zmodyfikowanym - bizantyński orzeł stracił koronę, ale swastyka została). W 1913 r. na 300-lecie dynastii Romanowów, jeden z buddyjskich lamów o nazwisku Uljanow (!) napisał książkę, w której dowodził, że ród ten wywodzi się do Króla Szambali. (Ta teoria nie jest wcale taka głupia - Romanowowie byli przecież szlachtą o pochodzeniu mongolskim, a pierwszym rosyjskim nazwiskiem, którym się posługiwali było "Kobyła". Po tym jednak jak Piotr I Wielki Pojeb w pijackim widzie zabił swojego syna, ród de facto wygasł a nazwisko przeszło na potomków polskiej prostytutki Marty Skowrońskiej, która panowała jako Katarzyna I. Później oczywiście ród się zgermanizował...)


Siedem lat po wyprawie Feliksa "Lolicona" Kona do Kraju Uriunachajskiego, doszło w Chinach do rewolucji, która obaliła dynastię Qing. Nowa Republika Chińska pogrążyła się w chaosie. mongolskie elity skorzystały z okazji i ogłosiły niepodległość swojego kraju. 
Przywódcą państwa został Bogdo-chan – przywódca religijny będący trzecią (po dalajlamie i panczenlamie) osobą w hierarchii lamaistycznego buddyzmu. (Bogdo-chan był z pochodzenia Tybetańczykiem i przy tym bardzo rozrywkowym człowiekiem. Urządzał pijackie procesje, w których paradowały po ulicach nagie nierządnice. Złamał nakaz celibatu, biorąc sobie żonę i nadając jej religijny tytuł „daikini”. Mimo to cieszył się ogromnym poważaniem wśród Mongołów.) Niepodległości nie udało się jednak utrzymać własnymi siłami. Rosyjsko-chiński Traktat z Kiachty z 1915 r. czynił Mongolię autonomiczną prowincją Chin, w której jednak nie miały prawa stacjonować chińskie wojska. Wybuch wojny domowej w Rosji zostały wykorzystany przez Chiny jako okazja do odzyskania kontroli nad Mongolią. Chińskie wojska zajęły Urgę (obecne Ułanbaatar) i aresztowały Bogdo-chana. 
W kraju narodził się ruch oporu – grupka młodych rewolucjonistów postanowiła walczyć przeciwko chińskiej okupacji. Wielu z nich miało kontakt ze zradykalizowanymi rosyjskimi inteligentami, co przeradzało się w fascynację bolszewizmem. Postrzegali oni też Rosję jako potencjalnego sojusznika w wojnie przeciwko Chinom. W 1920 r., z połączenia dwóch grupek rewolucjonistów powstała Mongolska Partia Ludowo-Rewolucyjna. Wśród jej założycieli znalazł się Czojbalsan – nieślubny syn ubogiej kobiety i zarazem były buddyjski mnich, który później, w ramach stalinowskich czystek pozbawi życia kilku innych założycieli partii. Na tym etapie partia miała oblicze silnie niepodległościowe i cieszyła się wsparciem mongolskich elit feudalnych. Nieformalny przywódca ruchu oporu, partyzancki dowódca Damdin Suche Bator, wymykając się chińskim patrolom przewoził listy od Bogdo-chana do bolszewików zawierające prośby o wsparcie w walce przeciwko okupantom. Bolszewicy opierali się jednak przeciwko interweniowaniu w Mongolii. Mieli zbyt dużo problemów na głowie, by dodatkowo angażować się w wojnę przeciwko Chinom. 
Sytuacja się zmieniła, gdy na jesieni 1920 r. do Mongolii wkroczył wraz ze swoimi wielonarodowymi oddziałami rosyjski białogwardyjski dowódca baron Roman Ungern von Sternberg. Ungern pokonał Chińczyków, uwolnił Bogdo-chana i z jego błogosławieństwem ogłosił się mongolskim chanem. Snuł plany buddyjskiej świętej wojny przeciwko bolszewikom i zjednoczenia państw Azji przeciwko europejskim kolonizatorom.Ungern łączył prawosławny mistycyzm z mistycyzmem buddyjskim i wiarą w Szambalę a jego sojusznikiem był samozwańczy kozacki ataman Grigorij Siemionow (pół-Rosjanin, pół-Buriat wierzący w zjednoczenie Azji. Siemionow był ostatnim białogwardyjskim dowódcą walczącym przeciwko Sowietom. Wpadł w ich łapy dopiero w Mandżurii w sierpniu 1945 r.) Ich obu bardzo barwnie opisał nasz wybitny pisarz Ferdynand Antoni Ossendowski. Był on m.in. świadkiem proroctwa jakie wygłosił Ungernowi jeden z buddyjskich lamów. Przepowiedział on Ungernowi dokładną datę śmierci a Ossendowskiemu powiedział, że umrze po tym jak ponownie spotka Ungerna. Przepowiednia się sprawdziła. Po pokonaniu Chińczyków, mongolskie elity zaczęły uważać barona za obcego awanturnika. Bolszewickie wojska, wspierane przez oddziały Suche Batora, dokonały inwazji i do sierpnia 1921 r. pokonały liczące 800 żołnierzy wojska Ungerna. (W inwazji brał udział późniejszy sowiecko-peerelowski marszałek Konstanty Rokossowski. Został ranny w okolice oka podczas walk z ungernowcami. Ślad po tym dobrze widać na jego późniejszych zdjęciach.) Baron został rozstrzelany dokładnie tego dnia, w którym mu to przewidziano - 15 września 1921 r. Ossendowski zmarł 3 stycznia 1945 r. w Grodzisku Mazowieckim. Dzień wcześniej odwiedził go niemiecki oficer o nazwisku Doellert. Przedstawił mu się jako krewny Ungerna. Dwa tygodnie później NKWD rozkopała świeży grób Ossendowskiego, by sprawdzić, czy "osobisty wróg Lenina" rzeczywiście nie żyje.
Mongolska Partia Ludowo-Rewolucyjna przejęła władzę, ale jako formalnego władcę kraju zachowała Bogdo-chana. Nowym komunistycznym rządom nadal służyła też państwowa, buddyjska wyrocznia. Początek rządów Czerwonych w Urdze nie był nawet zły, jeśli bierzemy pod uwagę komunistyczne standardy. Nie zniesiono własności prywatnej, nie walczono z religią, arystokracja zachowała swoje majątki a zagraniczni podróżnicy nadal docierali do Mongolii. Wprowadzono za to trochę reform społecznych i zagranicznych wynalazków takich jak np. instytucja nowoczesnej poczty. Na szczytach władzy trwała jednak brutalna walka. Pierwszy premier rewolucyjnej Mongolii, Dogsomyn Bodoo był buddyjskim lamą nawróconym na komunizm a przy tym zwolennikiem uniezależniania się kraju od bolszewickiej Rosji. W 1922 r. został rozstrzelany za „kontrrewolucyjne knowania”. Konkurencyjna frakcja w partii obaliła go wykorzystując niezadowolenie społeczne związane z rozpoczętą przez rząd kampanią usuwania „feudalnych” ozdób z mongolskich strojów. Nowym premierem został Jalkhanz Khutagt Sodnomyn Damdinbazar… feudalny dostojnik uznawany za reinkarnację jednego z buddyjskich świętych. Zmarł kilkanaście miesięcy później. W 1923 r. zmarł również minister wojny( i zarazem nieformalny przywódca państwa) Suche Bator – oficjalne wersje mówią, że przyczyną jego zgonu była żółtaczka albo zapalenie płuc, ale bardzo wielu Mongołów uznało, że został po prostu otruty. Po śmierci uczyniono z niego „mongolskiego Lenina” i komunistycznego półboga. Na jego cześć nadano mongolskiej stolicy nazwę „Ułanbaatar” czyli „Czerwony Bohater”. W 1924 r. zmarł Bogdo-chan a partia ogłosiła, że nie będzie kolejnej jego ziemskiej inkarnacji, gdyż ten religijny przywódca odrodził się po śmierci jako generał w Szambali. Mongolia od tej pory była republiką ludową. 
W międzyczasie jednak Mongolię w poszukiwaniu Szambali odwiedził wybitny rosyjski malarz-okultysta Nikołaj Roerich, ze swoją żoną Heleną. (W tej historii napotykamy podejrzanie wiele Helen - by przypomnieć tylko Helenę Bławatską :)
Roerich opisywał mity dotyczące Króla Świata. „Niczym diament żarzy się światło na wieży Szambali. On przebywa tam Rigden-Jyepo (według tybetańskich mitów, aktualny władca królestwa Szambali – dop. Fox) , niestrudzony, zawsze czujny w służbie ludzkości. Jego oczy nigdy się nie zamykają. W swoim magicznym zwierciadle widzi wszystkie ziemskie wydarzenia. Moc jego myśli przenika do dalekich krain. Nie istnieje dla niego odległość; może natychmiast nieść pomoc ludziom tego godnym. Jego potężne światło potrafi przebić największą ciemność. Jego niezmierzone bogactwa są po to, aby wspomóc wszystkich potrzebujących, aby przysłużyć się sprawiedliwości. Wolno mu nawet ingerować w karmę istot ludzkich” – pisał Roerich. W Lhasie rozmawiał na temat Szambali z wysokiej rangi tybetańskim duchownym, lamą Tsa-Ringpoche. „Zaprawdę powiadam ci, że ludzie zamieszkujący Szambalę wychodzą czasem na powierzchnię ziemi. Spotykają się z ziemskimi pomocnikami Szambali. Działając dla dobra ludzkości, przesyłają cenne podarunki, godne uwagi pamiątki. Mógłbym ci opowiedzieć wiele historii o tym, jakie cudowne dary otrzymywano. Nawet sam Ridgen-Jyepo ukazuje się od czasu do czasu w ciele ludzkim. Pojawia się nagle w świętych miejscach, klasztorach, i wyznaczonych porach wypowiada proroctwa” – mówił mu Tsa-Ringpoche. Roerich zbierał tego typu opowieści z nadzieją, że uda mu się dotrzeć do legendarnego królestwa. Latem 1926 roku zbudował on w dolinie Szaragol niedaleko łańcucha górskiego Humboldta leżącego między Mongolią a Tybetem buddyjską stupę poświęconą Szambali. Została ona konsekrowana przez wysokiej rangi lamów, których specjalnie zaproszono na tę okazję. Tuż po uroczystości, jak pisze Roerich, buriacki przewodnik powiedział, że czuje, że coś się wydarzy. Dwa dni później uczestnicy wyprawy zaobserwowali na niebie złotą wirującą kulę szybko manewrującą na niebie. Jeden z lamów powiedział Roerichowi, że to, co widzieli było „znakiem Szambali”.

Mistyczna wyprawa Roericha miała „zielone światło” z Łubianki. Rosyjski mistyk pracował w Azji nad pomnikami Lenina a w swoich wspomnieniach bardzo ciepło wyrażał się o funkcjonariuszach sowieckiej bezpieki.Znał się z kuzynem Piłsudskiego Feliksem Dzierżyńskim i obiecywał mu przedłużenie życia. Tak się niefartownie jednak zdarzyło, że jak czekał na Łubiance na audiencję u Dzierżyńskiego, to "Żelazny Feliks" konał otruty przez Jagodę (Jehudę) na polecenie Stalina. 

Flashback: Archanioł - Anioł Pomsty

Flashbak: Prometeusz - Dwoista Natura Prowokatora



Roerich jednocześnie utrzymywał bogate relacje z zachodnimi okultystami. W latach 30. obracał się w otoczeniu prezydenta USA Franklina Roosevelta i późniejszego wiceprezydenta Henry'ego Wallace'a (będącego podręcznikowym przykładem prosowieckiego pożytecznego idioty).



Powyżej: Nehru, Indira Ghandi, Roerich i Mohammad Yanus
  

Roerich zaprojektował też nowy wzór „masońskiej” piramidki z wszystkowidzącym okiem na banknotach dolarowych."Novus Ordo Seclorum" na tej pięczęci znaczy "Nowy Zakon Świecki" a "Annuit Coeptis" to chyba "ryt egipski". Data "1776" na podstawie piramidy to zarówno rok Deklaracji Niepodległości USA jak i powołania Zakonu Illuminatów.





Teorie Roericha wpisywały się w ówczesną modę na okultyzm panującą wśród bolszewickiej elity. Na początku lat 20. Aleksander Barczenko, jeden z pionierów badań nad zjawiskami paranormalnymi (ten który na polecenie Dzierżyńskiego szukał śladów Hiperborei na Półwyspie Kolskim i coś tam znalazł), zdołał zainteresować ideą poszukiwania Szambali wysokich rangą czekistów: Jakowa Blumkina i Gleba Bokija. Jak pisze Richard Spence, autor książki „The Red Shamballah”: „Już w 1920 r. Barczenko ubiegał się o pozwolenie by zorganizować naukowo-propagandową ekspedycję do Mongolii i Tybetu, by odnaleźć „Czerwoną Szambalę”. (…) W tym samym czasie Barczenko założył „masońską” lożę zwaną „Jedinoje Trudowoje Bractwo”, JeTB czyli „Zjednoczone Bractwo Pracy”. Nowe bractwo włączyło w swe szeregi Władimirowa i wielu innych ówczesnych lub byłych czekistów. (…) Jednakże głównym celem Barczenki i JeTB było ustanowienie bezpośredniego kontaktu z Szambalą. W tym celu wykorzystał on pomoc Bokija i współpracował z innymi grupami ezoterycznymi, w szczególności z „Wielkim Bractwem Azji”. Działał we współpracy z co najmniej dwoma członkami Bractwa, tybetańskim lamą Naga Nawenem, który twierdził, że jest bezpośrednim przedstawicielem Szambali oraz z mongolskim urzędnikiem, Chajanem Chirwą, przyszłym szefem mongolskiej tajnej policji. W tej roli Chirwa będzie pracował u boku Jakowa Blumkina. Na wiosnę 1925 r. wydawało się, że dzięki dostępowi Bokija do tajnych funduszy ekspedycja szambalska ma wyruszyć. Bokij wybrał Barczenkę do przewodzenia tajnemu wywiadowczemu skrzydłu ekspedycji. Jednakże plan spotkał się ze sprzeciwem. Pogłoski opisywały Bokija jako niebezpiecznego degenerata pijającego ludzką krew. Głównym przeciwnikiem był Michaił Trilisser, szef wywiadu zagranicznego OGPU (INO). Oczywiście wierzył on, że jakakolwiek aktywność poza ZSRS podpada pod jego dziedzinę. Latem projekt szambalskiej ekspedycji Barczenki zamarł. Czy jednak aby na pewno? We wrześniu 1925 r. skromny muzułmański pielgrzym przekroczył pamirskie przełęcze wchodząc do kontrolowanego przez Brytyjczyków Kaszmiru. W rzeczywistości owym pielgrzymem był Jakow Blumkin na swojej drodze do jeszcze bardziej oddalonej Ladaki na spotkanie z ekspedycją Nikołaja Roericha. Celem Roericha było wejście do Tybetu i nawiązanie kontaktów z Szambalą. Jednak wkrótce po przekroczeniu granicy policja plemienna pojmała Blumkina. Najwyraźniej ktoś doniósł Brytyjczykom. Przebiegły czekista niedługo później uciekł swoim porywaczom i tym razem jako mongolski lama, zmierzał w stronę Roericha.”
 



  
Dodajmy, że Blumkin był tym funkcjonariuszem Czeka, który zastrzelił w 1918 r. niemieckiego ambasadora w Moskwie barona Mirbacha. Mirbach koordynował niemiecką pomoc dla bolszewików. Pomimo tego, Blumkin nadal robił karierę w Czeka u boku Dzierżyńskiego! Blumkin później chciał wywieźć teczkę Stalina z archiwów Ochrany do Trockiego na Wyspę Prinkipio na Morzu Marmara. Bokij natomiast został szefem piotrogrodzkiej Czeki po tym jak "lewicowy eserowiec" zastrzelił dotychczasowego jej szefa Mojsieja Urickiego. Widać szlachcicowi Dzierżyńskiemu nie było po drodze z Mojsiejem a frakcja prometejska walczyła z "ukrytą opcją niemiecką".
 
Wróćmy jednak do Mongolii...



Po śmierci Bogdo-chana zaczęto tam wprowadzać typowy komunistyczny syf: kolektywizacja, prześladowania religii, czystki. W 1932 r. doszło do antykomunistycznego powstania, po którym władza była zmuszona wprowadzić swój rodzaj nepu. Premierem został Peljidiin Genden.  Podczas jednej z wizyt na Kremlu dokonał on rzeczy zadziwiającej.
- Ty cholerny Gruzinie, stałeś się rosyjskim carem! – krzyczał na Stalina po pijaku. Szef rządu komunistycznej Mongolii, zachowując się jak namiestnik wielkiego chana na Rusi, bezceremonialnie wyrwał Stalinowi fajkę z ust i roztrzaskał ją o ziemię.  Genden był komunistą, który wcześniej na rozkaz Kremla wdrażał w Mongolii katastrofalną politykę kolektywizacji, ale z czasem stał się wrogiem sowieckiego imperializmu. Opóźniał jak tylko się dało podpisanie sowiecko-mongolskiego traktatu obronnego, pozwalającego Armii Czerwonej na stacjonowanie w Mongolii. Opierał się też przed poleceniami z Kremla nakazującymi mu przeprowadzić nową falę czystek. Człowiek, który powiedział kiedyś: „Na świecie było dwóch prawdziwych geniuszy: Budda i Lenin”, odmówił Stalinowi rozstrzelania 100 tys. buddyjskich duchownych. Swoją postawą Genden podpisał na siebie wyrok śmierci. W marcu 1936 r. plenum Mongolskiej Partii Ludowo-Rewolucyjna pozbawiło go stanowiska premiera. Genden został wezwany do ZSRR „na leczenie”. Przez blisko rok przebywał w sanatorium na Krymie. Latem 1937 r. został aresztowany przez NKWD i 26 listopada 1937 r. rozstrzelany w Moskwie jako „japoński szpieg”. W Mongolii szalał wówczas terror rozpętany pod sowieckim nadzorem przez nowego przywódcę kraju – marszałka Chorlogijna Czojbalsana, alkoholika i kobieciarza, który staje na czele mongolskiego MSW (którego 25 proc. kadr stanowią Sowieci).



W 1936 r. 23 wysokiej rangi lamów zostaje oskarżonych o działalność kontrrewolucyjną i w następnym roku rozstrzelanych. Nie wierzący w ich winę prokurator generalny również zostaje rozstrzelany. 22 sierpnia 1937 r. popularny marszałek Gelegdorjiin Demid umiera w wieku 37 lat podczas podróży pociągiem do Moskwy. Następnego dnia Czojbalsan podpisuje rozkaz mówiący, że należy zniszczyć istniejącą w Mongolii silną organizację japońskich szpiegów i sabotażystów. Nie żyjący marszałek Demid zostaje uznany za przywódcę tej organizacji a jego rodzina aresztowana. (Demid wydał wcześniej rozkazy wojskom pogranicznym, by unikały zadrażnień z Japończykami.) W sierpniu do Mongolii wkracza 30 tys. sowieckich żołnierzy. Do Ułan Bator przybywa Michaił Frinowski, zastępca szefa NKWD Jeżowa. Ma nadzorować czystkę. Czojbalsan jest tylko figurantem stojącym na czele specjalnej trójki podpisującej wyroki i nakazy aresztowań. Listę osób do likwidacji sporządził Frinowski a Czojbalsanowi nie udaje się go przekonać nawet do tego, by usunął z niej kilku swoich bliskich znajomych.
10 września 1937 r. aresztowanych zostaje 65 wysokiej rangi oficjeli rządowych i wybitnych przedstawicieli inteligencji. Wszyscy zostają uznani winni szpiegostwa na rzecz Japonii. Oczywiście po torturach, podczas procesów pokazowych przyznają się do wszystkich zarzutów i proszą o karę śmierci. Tak jak w Sowietach nikt nie odważy się pytać, jak to się stało, że tylu „szpiegów” znalazło się w partyjnym kierownictwie. W ciągu pół roku aresztowano 16 ministrów i wiceministrów oraz 42 generałów i innych wyższych oficerów (m.in. szefa sztabu armii, zastępcę szefa Zarządu Politycznego, dowódcę i szefa sztabu sił powietrznych, dowódcę jedynej mongolskiej brygady pancernej i dowódcę 1 Dywizji Kawalerii. Równolegle czystki przeprowadzono w dowództwie sowieckich wojsk świeżo wprowadzonych do Mongolii.) Represjom poddanych zostaje dwie trzecie członków Mongolskiej Partii Ludowo-Rewolucyjnej. Do więzienia trafia ośmiu spośród dziesięciu członków Prezydium Komitetu Centralnego partii. Spośród oryginalnych założycieli partii po tej fali czystek tylko Czojbalsan zostanie przy życiu. Czasem po pijaku nawiedza areszty bezpieki i obserwuje torturowanie swoich dawnych towarzyszy.




Największa rzeź dotyka buddyjskich duchownych. W ciągu roku rozstrzelanych zostaje 18 tys. lamów. Dziesiątki tysięcy zostają zmuszonych do porzucenia stanu zakonnego. Podczas procesów pokazowych duchowni zostają oskarżani o to, że np. swoimi prywatnymi samolotami latali do III Rzeszy knuć z niemieckimi faszystami przeciwko ZSRR. Raport sowieckich doradców wysłany w 1938 r. mówi: „Do 29 lipca, spośród 771 świątyń i klasztorów, 615 stało się kupkami zgliszczy. Obecnie tylko 26 wciąż funkcjonuje. Spośród 85 tys. lamów, tylko 17338 pozostało. Ci, którzy nie zostali aresztowani, zdecydowali się zrzucić habit”. W trakcie tej barbarzyńskiej kampanii zniszczonych zostało wiele bezcennych zabytków. W mongolskich świątyniach i klasztorach zgromadzono przez setki lat ogromne skarby, które w trakcie kampanii czystek zostały zrabowane przez Sowietów. Sowieckie sprawozdania mówią np., że do ZSRR wywieziono wówczas jako „złom” 75 ton przetopionych posągów ze świątyń. Posągów często ze złota lub srebra. 
Gdy w 1944 r. Mongolię odwiedził znany z prosowieckich sympatii amerykański wiceprezydent Henry Wallace, bardzo chciał zobaczyć buddyjski klasztor. Żaden wówczas jednak nie funkcjonował w Mongolii. Komunistyczne władze reaktywowały więc Gandan, przed 1937 r. główny klasztor buddyjski w Ułan Bator. Wallace mógł później mówić, że w komunistycznej Mongolii panuje „wolność religijna”.



Mongolia była wówczas krajem totalnie izolowanym od zagranicy. Stalin nie pozwalał jej utrzymywać kontaktów dyplomatycznych z innymi państwami ani nawet wpuszczać do stolicy zagranicznych turystów. Mongolia była wówczas w większym stopniu kontrolowana przez Sowietów niż marionetkowe państwo Mandżukuo przez Japończyków (które utrzymywało relacje dyplomatyczne m.in. z Polską). Ta izolacja, wraz z militaryzacją kraju przyczyniła się w 1939 r. w dużym stopniu do wybuchu konfliktu granicznego z Mandżukuo, który przerodził się w sławną sowiecko-mongolsko-japońską bitwę pod Chałchyngoł.

Czystki wyhamowały w 1939 r., głównie z powodu zmiany polityki na Łubiance. „Krwawego karła” Jeżowa zastąpił Ławrentij Beria i zaczął rozwalać dotychczasowych wykonawców wielkiego terroru. W Mongolii Czojbalsan zrzucił winę za terror na nadgorliwych współpracowników i tłumaczył się, że tak często bywał wówczas w ZSRR, że nie mógł skutecznie ich nadzorować. W marcu 1939 r. został więc aresztowany premier Anandyn Amar – człowiek, który akurat nie miał żadnej mocy sprawczej w okresie czystek a przez Mongołów był uznawany za bardziej ludzkiego i porządnego przedstawiciela władzy. Amar został przekazany Sowietom – wraz z człowiekiem, który kazał go aresztować: byłym partyjnym sekretarzem Dorjjavynem Luvsasharavem. Obu ich rozstrzelano w Moskwie w lipcu 1941 r. Ogółem w trakcie wielkiego terroru z lat 1937-1939 zabito od 22 tys. do 33 tys. mieszkańców Mongolii, czyli około 5 proc. jej ówczesnej populacji. W grobach wykopanych na bezkresnym stepie spoczęli obok siebie buddyjscy tradycjonaliści i bolszewiccy radykałowie.

I w ten sposób Stalin zmiażdżył Czerwoną Szambalę.


Czojbalsan, główny mongolski wykonawca czystki, z czasem zaczął się dystansować od Kremla. W czasie drugiej wojny światowej był wiernym sowieckim sojusznikiem. Mongolia dostarczała ZSRR surowców, m.in. doskonałej wełny na ciepłe ubrania dla sowieckich sołdatów, a także sponsorowała brygadę pancerną i eskadrę lotniczą walczące przeciwko Niemcom. Wojska mongolskie wzięły też czynny udział w wojnie przeciwko Japonii – ofensywie mandżurskiej z sierpnia 1945 r. Czojbalsan liczył, że w nagrodę za wierność Stalinowi, Mongolia dostanie przygraniczne obszary Mandżurii oraz chińską prowincję Mongolię Wewnętrzną. Stalin nakazał jednak mongolskim wojskom wycofać się z tych terenów i dał władzom w Ułan Bator do zrozumienia, że ich państwo nie zostanie powiększone. Czojbalsan poczuł się tym głęboko dotknięty i zaczął dystansować się wobec sowieckiego dyktatora. Odmówił wyjazdu do Moskwy na 70-te urodziny Stalina. Skrytykował też pomysły przyłączenia Mongolii do ZSRR. W styczniu 1952 r. zmarł podczas leczenia w klinice dla komunistycznych VIP-ów w Moskwie – podejrzewano otrucie a jego zgon wpleciono w sprawę lekarzy kremlowskich. Pochowano go w mauzoleum Suche Batora w centrum Ułaanbaatar. W 2005 r. mauzoleum to zostało zburzone i zastąpione przez monumentalny gmach rządowy, na którego schodach umieszczono pomnik siedzącego na tronie Czyngis-chana. Zwłoki Czojbalsana skremowano podczas buddyjskiej ceremonii i pochowano na miejskim cmentarzu. Pomnik tego „czekistowskiego marszałka”, byłego buddyjskiego mnicha, wciąż jednak stoi przed gmachem narodowego uniwersytetu w Ułanbaatar.


***

Wiele informacji dotyczących opisywanych powyżej zdarzeń poznałem podczas rozmów z Witoldem Michałowskim  i z lektury jego książek. Pamiętam jak we wrześniu 2017 r. odwiedziłem go w jego domu i pokazałem mu fotki z mojej podróży do Mongolii. On był po raz pierwszy tam 50 lat wcześniej. Oglądał z zaciekawieniem. Zwrócił uwagę na zdjęcie z Muzeum Historycznego w Ułanbaatar. To była fotka gabloty poświęconej Ungernowi. Był tam m.in. but, który Ungern miał na sobie w chwili egzekucji. W muzeum traktowany był jak jakaś relikwia. Michałowski powiedział: "A też zwróciłeś na to uwagę! Ja się w ten but 50 lat temu długo wpatrywałem". To było nasze ostatnie spotkanie.

***

A w następnym odcinku serii Shamballah: Ahnennerbe wchodzi do gry. Prawdziwy vril!

A taką książkę znalazł mój kolega przebywający obecnie w Ułanbaatar: