sobota, 24 października 2020

Valley Forge - zewnętrzna ingerencja w dzieje USA

 

Ilustracja muzyczna: Two Steps From Hell - Forgotten September

W amerykańskiej narodowej legendzie szczególne miejsce zajmuje Valley Forge. W tej dolinie w Pennsylwanii zimą 1777/1778 obozowała główna część Armii Kontynentalnej i jej dowódca gen. George Washington. Amerykańscy buntownicy byli wówczas w kiepskiej sytuacji. Armia po prostu marzła i głodowała. W tych "okolicznościach przyrody" doszło do spotkania generała Waszyngtona z Niezwykłym.

Flashback: Samael - Naprawdę fartowny generał



Relacji o tym, co się stało dostarczył świadek tamtych wydarzeń, weteran wojny o niepodległość Anthony Sherman. Opowiedział o tym m.in. pisarzowi Wesleyowi Broadshowi - 1859 roku, gdy miał 99 lat. Relacja została przedrukowana po raz pierwszy w 1880 r. w gazecie "The National Tribune", która później zmieniła nazwę na "The Stars and Stripes" i stała się oficjalnym organem armii USA. Ponownie przedrukowano ją w 1950 r. Sherman rzekomo był świadkiem rozmowy Waszyngtona z jednym z jego oficerów. Dowódca Armii Kontynentalnej wyraźnie poddenerwowany opowiadał, że w jego pokoju pojawiła się "piękna istota", które stała się "świetlista". "Owładnęła" jego umysłem i pokazała mu trzy wizje przyszłości. W pierwszej z nich wielka czarna chmura nadciągnęła nad 13 kolonii znad Atlantyku, ale po krótkiej ulewie się cofnęła. Oczywisty symbol. Później Waszyngton zobaczył jak cały obszar od Atlantyku po Pacyfik zapełnia się miastami i miasteczkami. W drugiej wizji "złowrogie widmo" nadleciało do USA z Afryki i opadło na miasta, miasteczka i farmy. Mieszkańcy Ameryki zaczęli walczyć ze sobą. Pojawił się jednak "anioł" ze świetlistą koroną, na której widać było napis "Unia". Trzymał w rękach miecz i flagę. Powiedział: "Pamiętajcie, że jesteście braćmi". Wojna się skończyła a walczący zaczęli się fraternizować. Potem nastąpiła trzecia wizja. Z Azji, Europy i Afryki napłynęły chmury, które połączyły się w jedną wielką, ciemną chmurę burzową, która ruszyły na Amerykę. Towarzyszyło temu "silne ciemnoczerwone światło". A na chmurze były "hordy uzbrojonych ludzi", którzy zaczęli pustoszyć Amerykę. Wówczas anioł zadął w trąbę i "z nieba zajaśniał blask tysiąca Słońc przebijając się przez chmurę". Z nieba zstąpiły też "legiony białych duchów" i włączyły się do walki po stronie Amerykanów. Inwazja została odparta.


Silne ciemnoczerwone światło w tej wizji wydaje się być oczywistą aluzją do globalnego komunizmu. Z tego powodu wizję przypomniano w "Stars and Stripes" w szczycie Zimnej Wojny, w 1950 r. Wówczas jednak Stalin i Mao nie mieli szans na przeprowadzenie inwazji na USA. Marksizm dokonał jednak inwazji na Amerykę w inny sposób - za pomocą "elit", wielkich korporacji, mediów i uniwersytetów. Pewna Struktura wewnątrz amerykańskiego Głębokiego Państwa starała się jednak programować opinię publiczną na wypadek konwencjonalnej inwazji. Scenariusz w którym dochodzi do regularnej komunistycznej inwazji na USA został pokazany m.in. w klasycznym filmie "Czerwony Świt" z 1984 r. (w remake'u z 2012 r. początkowo planowano pokazać chińską inwazję, ale by nie obrażać towarzyszy z Pekinu, zastąpiono ChRL Koreą Północną), czy też w grach "Homefront" oraz Call of Duty: Modern Warfare 2 i 3. Czyste sci-fi? No cóż, poważni badacze wskazują, że Chiny i USA mogą znaleźć się na wojennej ścieżce, podobnie jak Wielka Brytania i Niemcy w 1914 r. To tzw. pułapka Tukidydesa. A skoro Chiny są tak agresywne obecnie, to jak niebezpiecznym krajem mogą stać się w przyszłości? Nie da się też wykluczyć innego scenariusza. Z sondaży wynika, że dwie trzecie Amerykanów obawia się, że ich kraj jest na krawędzi wojny domowej. Czy gdyby do takiej wojny kiedyś doszło, to na terenie USA znalazłyby się siły "pokojowe" ONZ mające silny chiński oraz rosyjski kontyngent? Czy wizja snuta przez kolesi z ochotniczych milicji od lat 90-tych wreszcie by się spełniła?


Otwarta pozostaje kwestia tego, kto generałowi Waszyngtonowi objawił taką przyszłość Ameryki. Istota, która mu się rzekomo ukazała została później nazwana "Aniołem Wolności" - na XVIII wieczną modłę. "Legion białych aniołów" zstępujących z nieba w "blasku tysiąca Słońc" to również "zjawisko" opisane według ówczesnej siatki pojęciowej. Dzisiaj pewnie użylibyśmy innych słów. Bardziej technicznych. "Blask tysiąca Słońc" kojarzyłby się nam zaś jednoznacznie...

Z proroctwami i wizjami jest tak jednak, że niewiele z nich się sprawdza. Co powiedzieć więc o przepowiedni Josepha Smitha, twórcy religii mormońskiej, mówiącej o wojnie domowej w USA? Smith wygłosił ją w 1832 r. Mówił o wojnie pomiędzy Południem a Północą, która się zacznie w Karolinie Południowej. Południe miało wciągnąć do wojny inne kraje - w tym Wielką Brytanię. (Realnie wciągnęło ją jedynie w sposób hybrydowy.) Precyzja tej przepowiedni wyraźnie kontrastuje z innymi "wizjami" Smitha.  Aż pojawia się pytanie: kto go wtajemniczył w ten plan?


Smith był wyjątkowym oryginałem nawet na tle ówczesnego amerykańskiego, protestanckiego sekciarstwa. Zdołał stworzyć fanatyczną grupę wyznawców, która później prowadziła regularne wojny z rządem USA, czy też z władzami stanu Missouri (masakrując dwa miasta!) i mordowała osadników przejeżdżających przez swoje tereny. Ówcześni mormoni nie przypominali ani Mitta Romneya, ani tych przesadnie miłych kolesi, których wysyła się teraz w świat, by prowadzili działalność misjonarską.

 (Kiedyś z kolegą spotkaliśmy w warszawskim metrze młode mormonki - takie fajne "farmerskie blondynki" z USA. Przyznam, że tego typu misjonarki mogłyby przynieść duży sukces Kościołowi Jezusa Świętych Dni Ostatnich. Są dobrymi materiałami na żony - ułożone dużo lepiej niż inne Amerykanki, trzymające się z daleka od używek - nawet od kawy - i przede wszystkim akceptujące poligamię. Poszliśmy nawet do nich na "katechizację", ale niestety - a może na szczęście - efekt zepsuli ciotowaci młodzi misjonarze, których zachowanie mówiło "jesteśmy w pojebanej sekcie". Ale wyobraźcie sobie, że zamiast tych ciot pukują Wam do drzwi młode, ładne mormonki. Albo Mitt Romney i mówi: "Czy moglibyśmy porozmawiać chwilę o Jezusie i o Trumpie?" :) 


Smith wyprodukował też własne święte księgi na czele z Księgą Mormona - którą najprawdopodobniej zerżnął z powieści fantasy, której treść skopiował w drukarni, w której pracował.

Ale czy Smith rzeczywiście wszystko zmyślił czy też mógł mieć kontakt z jakimiś dziwnymi siłami? No cóż, prorok mormonizmu twierdził, że w 1823 r. spotkał "Anioła Moroni".  Owa świetlista istota miała być widziana również przez innych ludzi. Trzech świadków stwierdziło, że anioł rzeczywiście wręczył Smithowi złote tablice z czasów prekolumbijskich. Moroni był też określany jako "Nephi", co było zapewne odniesieniem do biblijnych "Nephilim". (Tylko skąd Smith znał takie trudne hebrajskie słowa?) W Księdze Rodzaju 6,4 jest mowa o nich jako o "gigantach", w kontekście "synów Bożych" mieszających się z "córkami człowieczymi". Jak wskazywał choćby Zecharia Sitchin bardziej poprawne tłumaczenie "nephilim" to "ci, którzy zstąpili z nieba". Oczywiście anioły, to w różnych religiach istoty zstępujące z nieba. Moroni twierdził jednak, że przybył z konkretnego miejsca na niebie - z Plejad! 



Gdyby Joseph Smith urodził się kilkadziesiąt lat później, zapewne robiłby karierę jako pisarz sci-fi. Tak jak np. Lafayette Ron Hubbard. A tak został twórcą mesjanistycznej religii. W doktrynie jego wyznania jest sporo akcentów sci-fi. Mormoni wierzą, że w Kosmosie istnieje mnóstwo zamieszkanych światów. Jedna z tych planet - Kolob - ma być siedzibą Boga. Mormońska doktryna mówi, że na tej planecie mieszkali: Bóg Ojciec (Elohim), Jezus oraz Lucyfer, którzy razem planowali stworzenie ludzi. Lucyfer jednak stanął na czele rebelii, co zapoczątkowało wielką wojnę w Kosmosie. I w tej wojnie Ziemia jest jednym z frontów. Tak, mormonizm to religia ufologiczna. Wierzenia mormonów były nawet inspiracją dla serialu sci-fi "Battlestar Galactica". Tego opowiadającego o tym jak sztuczna inteligencja stara się dorwać niedobitki rasy ludzkiej. Zresztą pisałem już o tym w serii Phobos...

Flashback: Phobos - Zasiewanie Idei

Flashback: Phobos - Obcy tacy jak my




W tym kontekście bardzo intrygująco brzmi tzw. Proroctwo o Białym Koniu wygłoszone przez Josepha Smitha. Mówi ono, że nadejdą czasy, w których Konstytucja USA "będzie wisiała na włosku". A Republikę uratują wysiłki "Białego Konia". Z jakiegoś powodu ów "Biały Koń" jest uznawany przez mormonów za mormońską starszyznę. Ale przecież to stworzenie ma wiele innych znaczeń mitologicznych i symbolicznych. W Apokalipsie św. Jana biały koń wiezie jeźdźca o imieniu Śmierć. W mitologii nordyckiej Odyn (Wodan) ma białego konia Sleipnira (Ślepnierza), w mitologii słowiańskiej na białym koniu jeździ Swentowit. Biały Koń jest też atrybutem Kalki - ostatniego, "wojennego" awatara wedyjskiego boga Wisznu. Zarówno w Nowym Testamencie, jak i w różnego rodzaju mitologiach Biały Koń jest więc symbolem wojennym. Czyżby więc chodziło o uratowanie Republiki przez jakąś część sił zbrojnych? Symbol Białego Konia ma m.in. 8 Pułk Kawalerii, którego trzy bataliony stacjonują w Fort Hood w Teksasie. 


Po wyborach prezydenckich sytuacja w USA zapewne zrobi się bardzo gorąca. Historia pokazuje, że czasem nawet jedna zdeterminowana jednostka wojskowa znajdująca się we właściwym miejscu i we właściwym czasie potrafi pokrzyżować plany zamachu stanu...

***

Pamiętacie jak dzielny czarnoskóry dżentelmen George Floyd poświęcił się za nas wszystkich i wstrzymał na parę miesięcy pandemię koronawirusa? Zrobił to prowokując tysiące do ludzi do wyjścia na ulice, a ekspertów i media do twierdzenia, że można już bezpiecznie uczestniczyć w wielotysięcznych zamieszkach. Ciekawe czy tak będzie również ze Strajkiem Esesmanek? Feministki od błyskawic wyszły w Warszawie na ulice wspólnie z lewactwem i liberałami, dlatego że uwierzyły w magię. Wierzą, że wirus nie roznosi się na protestach. "Wyborcza" i TVN też w to wierzą. Szamanizm XXI wieku - nie obrażając oczywiście prawdziwych szamanów z takich miejsc jak Mongolia czy Syberia. To prawdziwa rewolucja - w Poznaniu anarchiści pokłócili się, czy okupować pałac arcybiskupa, po czym rozeszli się wyzywając się od liberałów. 

Słychać kwik. Ale czy rzeczywiście warto kwiczeć w kwestii aborcji? No cóż, Kon-sty-tu-cja, w której znalazł się zapis o ochronie życia została napisana przez polityków SLD i UW. Patronowali jej Kwaśniewski i Geremek. Przyjęła ją w Sejmie lewica. Radio Maryja i Solidarność były przeciw. Interpretacja o ochronie życia od poczęcia to pomysł Marka Borowskiego. Zoll i Rzepliński określali aborcję jako morderstwo. Jeśli boli was tylna część ciała, to miejcie do nich pretensje. A jeśli nie chcecie się rozmnażać, to wykażcie się odrobiną rozsądku zamiast sięgać po aborcję. Jest mnóstwo metod antykoncepcji. Zresztą liberałów, komunistów i feministki zachęcam, by się nie rozmnażali - bądźcie eko i nie produkujcie dodatkowego śladu węglowego oraz nie przyczyniajcie się do kultywowania "białego przywileju". Poświęćcie się dla dobra Trzeciego Świata. Poza tym już sama nazwa "Strajk Kobiet" jest wykluczająca i transofobiczna. Marta Lempart w swoim małym, transofobicznym, zaściankowym rozumku nie pomyślała o tym, że nie tylko kobiety mogą mieć aborcję.

Co jednak w przypadku aborcji eugenicznej? Czy można abortować Downa czy dziewczynkę z Zespołem Turnera (a to znaczna większość przypadków aborcji eugenicznej)? Moim zdaniem osoby z niepełnosprawnościami mogą wnosić wiele do społeczeństwa. Zapewne Down byłby lepszym prezydentem Warszawy od "Gównianego Rafałka". Są jednak pewne wady płodu, które nie dają mu szansy na przeżycie ani na godne i świadome życie. W zmienionej ustawie aborcyjnej powinny więc zostać uwzględnione - jako przesłanka "zagrożenia życia i zdrowia". Inna sprawa, że najczęściej aborcja jest bardzo selektywna. Marta Lempart czy stalinowski synalek wicemarszałkini Nowickiej jakoś chodzą po świecie pomimo swoich ułomności. Mamy w Polsce mnóstwo debili, którzy normalnie żyją i nawet robią kariery akademickie, choć są istotami mniej wartościowymi od niejednego niepełnosprawnego. Ich jakoś nikt nie abortował. 

***

A w kolejnym odcinku - w Halloween - bonusowy odcinek serii "Phobos". O Chinach i ich tajnym programie kosmicznym. 

sobota, 17 października 2020

Bidenowie - rodzina patostreamerów

 

Ilustracja muzyczna: Kid Rock - American Bad Ass

Joe Biden w niedawnym wywiadzie dla "NYT" stwierdził, że demokraci popełnili błąd odwracając się od swojej tradycyjnej bazy. Stwierdzenie słuszne, ale wypowiedziane w sposób skandaliczny. "Przestaliśmy chodzić do Klubu Polsko-Amerykańskiego. Przestaliśmy się tam pokazywać a zaczęliśmy chodzić do was, do naprawdę mądrych ludzi". Miejmy nadzieję, że to co ten dement pierdolnął będzie kosztowało go kilka kluczowych hrabstw Pennsylwanii. 

Być może jesteśmy jednak zbyt surowi w ocenie Joe Bidena. Ten koleś miał w 1988 r. tętniaka mózgu. Ledwo to przeżył. Jak sam wspominał kulił się wówczas i jęczał przez parę godzin z bólu. "Kiedy doktor dowiaduje się, że pacjent miał tętniaka mózgu? Na stole sekcyjnym" - zażartował sobie później Biden. Ten typ tętniaka, którego miał daje 30 proc. ryzyko śmierci i 30 proc. ryzyko poważnych komplikacji. Jego tętniak był w obszarze mózgu odpowiadającym za mowę. Więc Joe Bidenowi zdarza się powiedzieć, że na covida zmarło 200 mln Amerykanów, że płaca minimalna powinna wynosić 15 mln USD, że jego siostra jest jego żoną oraz, że jest "mężem Joe Bidena". Czasem mówi też Amerykanom, by na niego nie głosowali.


Ale jakimś dziwnym trafem, umysł Joe Bidena jest zadziwiająco przytomny jeśli chodzi o tworzenie schematów korupcyjnych wzbogacających jego rodzinę. Wiemy to m.in. z książek Petera Schweitzera takich jak "Secret Empires" i "Profiles in Corruption". Wiemy to też z maili jego syna Huntera Bidena, które Rudy Giuliani przekazał "New York Postowi". Ta publikacja tak przestraszyła establiszment, że blokowano na Twitterze linki do artykułu w "New York Post" - mainstreamowej gazecie!


Z tych maili (oraz ujawnionych niezależnie od nich maili jednego z chińskich partnerów biznesowych Bidenów, który siedzi w amerykańskim więzieniu) wynika m.in., że Hunter załatwił wsparcie swojego ojca dla ukraińskiej firmy Burisma - to z jego inicjatywy Joe wyrzucił ukraińskiego prokuratora generalnego. Wiemy też z tych maili, że Hunter prowadził interesy z chińskimi firmami powiązanymi z armią ChRL.  W Chinach zarabiał m.in. na "przedstawianiu ludzi". Jest też mowa o tym, że odpalano z tych deali działkę Joe Bidenowi jako "Big Guyowi". Ogólnie członkowie rodziny część swych zarobków przekazywali głowie klanu.  Przypominam, że Hunter Biden wspólnie z pasierbem Johna Kerry'ego i demokratycznym lobbystą Devonem Archerem tworzyli spółkę, która dostała wielomiliardowe kontrakty z chińskimi instytucjami finansowymi (którym pomagała przejmować amerykańskie firmy dysponujące technologiami podwójnego zastosowania!) w czasie gdy Joe Biden starał się bagatelizować kwestię chińskiej ekspansji na Morzu Południowo-Chińskim. Takich kontraktów nie dostawały giganty z Wall Street, ale mała firemka należąca do klanów Bidenów i Kerrych. Jeśli to nie jest podręcznikowy przykład zdrady i korupcji, to co nim jest?




Ale oczywiście każdy szwindel ma swoje granice i zazwyczaj kończy się z powodu marnych kadr ludzkich. I tak jest również w przypadku Bidenów. Słabym ogniwem był Hunter - ulubiony syn Joe Bidena. Hunter mógłby robić karierę jako patostreamer. Koleś płaci alimenty striptizerce, której zrobił dziecko. Sypiał z tą striptizerką w tym okresie, gdy sypiał również z wdową po swoim bracie. (Na zdjęciu powyżej Joe Biden pociesza tę wdowę na pogrzebie swojego syna.) Hunter został wywalony z rezerwy Marynarki Wojennej, bo test na narkotyki pokazał na obecność kokainy w jego organizmie. Koleś zostawił też raz jeszcze ciepłą fajkę do palenia cracku na siedzeniu samochodu, który zwrócił do wypożyczalni. Niedawno wyciekły też zdjęcia, na których śpi z tą fajką w ustach.



Ok dużo naprawdę łebskich kolesi z Wall Street też ćpa na potęgę. Ale niewielu z nich robi takie głupie rzeczy jak Hunter Biden. A wygląda na to, że ten patostreamer po prostu zgubił lub zapomniał odebrać z serwisu laptopata z tysiącami obciążających go maili.  Koleś z serwisu okazał się wyborcą Trumpa i zwolennikiem teorii spiskowych, więc po tym jak przez bardzo długi czas nikt się po laptopa nie zgłaszał, udostępnił go Giulianiemu i FBI. Przynajmniej według jednej z wersji. Bo okazuje się, że dwa miesiące wcześniej Bannon chwalił się, że ma twarde dyski Huntera Bidena. Ponadto na kontach w mediach społecznościowych związanych z Guo Wenguiem - chińskim miliarderem powiązanym z ich służbami specjalnymi, który przebywa w USA i publikuje rewelacje dotyczące chińskich komunistów - we wrześniu pojawiały się zapowiedzi o materiałach o skandalu finansowym i seksualnym dotyczącym Huntera Bidena. Mogła więc zadziałać ta sama Struktura wewnątrz Głębokiego Państwa, która zapewniła Trumpowi zwycięstwo w 2016 roku.


W sprawie jest również ciekawy wątek seksualny. Nie chodzi tu tylko o znajdujący się na laptopie film, na którym Hunter posuwa jakąś panienkę jednocześnie paląc crack. Wniosek o przejrzenie zawartości laptopa podpisał bowiem agent FBI Joshua Wilson, który w Biurze jest czołowym śledczym w kwestiach... pornografii dziecięcej. Z przecieków wynika, że Hunter ma "obsesję" na punkcie nieletnich dziewczyn i tony materiałów z ich udziałem i że "Weiner wygląda przy nim normalnie". Giuliani zapowiada, że wyjdą na jaw "chore fotki" z laptopa Huntera, które "zszokują wszystkich'. Biorąc pod uwagę to, co Joe Biden odpieprza przy dzieciach, nie powinno nas to szokować...

***

A w Polsce aresztowano kilka dni temu członka innego patostreamerskiego rodu - Romana G. Który jeszcze pokazowo zemdlał podczas przeszukania domu ("Koń kuleje!") i teraz ściemnia, że ma "płynną świadomość", którą traci zawsze w obecności prokuratora :) A jego przydupas, wspólnik pewnego esbeka pochodzenia żymskiego, snuje już teorie, że mecenasa otruto "polskim nowiczokiem"! :)



Będzie z tego jeszcze niezła komedia. Romcio-Pompcio ogłosi się płciowo niebinarnym i staną w jego obronie środowiska LGBTQ a kodziarze zaczną czytać "Opokę w Kraju" i książki Jędrzeja Giertycha.

Być może Roman Giertych okaże się polskim Georgem Flyodem. Wypastuje twarz na czarno wzorem Jacka Hugo-Badera, położy na ziemi i zacznie jęczeć: "I can't breath!". (A później wyjdzie na jaw, że grał w filmach porno :)

Wybaczcie, że jadę po Romciu-Pompciu jak po łysej kobyle. Koleś na to zasłużył jak mało kto. O Giertychach miałem jak najgorsze zdanie po tym jak przeczytałem broszurkę Jędrzeja "Kretyna" Giertycha "O Piłsudskim". Giertych pochwalał w niej to, że stalinowski sąd w PRL skazał na karę śmierci jego kolegę, oficera z którym razem siedział w oflagu! Jak podzieliłem się tym odkryciem z netowymi duponarodowcami spod znaku Giertycha, to otrzymałem m.in. odpowiedź: "Miał rację. Sanacyjni oficerowie to były prymitywy". Czy można mieć bardziej nasrane we łbie od "narodowca" chwalącego wyroki stalinowskich sędziów na polskich, przedwojennych oficerów? 

 ***

W dyskusjach na temat tego na ile covid jest zabójczy lub nie, pomijamy jeden ważny szczegół: totalnie błędną chronologię pandemii.

Nie wybuchła ona bowiem w styczniu. Ani w grudniu. Ani w listopadzie. Ani w październiku.


Chińczycy mieli pierwszą falę zachorowań już na jesieni 2019 r. I zapewne nawet jej nie zauważyli. Przeszła ona pewnie podobnie łagodnie jak w Polsce i w sporej części Europy. Ot maksymalnie parę tysięcy zgonów. W styczniu i lutym nadeszła do nich natomiast druga fala. I ona była dużo gorsza. Tak zła, że ginęły zapewne dziesiątki tysięcy ludzi i wprowadzono drakoński lockdown w Wuhan. 

Ale oczywiście Chińczycy powiadomili łaskawie świat o zagrożeniu dopiero, gdy mieli u siebie środek drugiej fali. I pomogli to cholerstwo roznieść po świecie.

Xi Jinping - koleś odpowiedzialny za ten syf - ostatnio bardzo mocno kaszlał podczas przemówienia. Mam nadzieję, że to Karma. Zło które uczynił powinno do niego wrócić.

sobota, 3 października 2020

Covid vs. Trump (bez foliarstwa)

 


Ilustracja muzyczna: Drowning Pool - Bodies

Wykrycie u Trumpa i u Melanii koronawirusa to "październikowa niespodzianka" ogromnej skali. Wielu liberalnych totalitarystów tańczy już z radości wyobrażając sobie śmierć prezydenta.  Była rzeczniczka Hillary Clinton otwarcie przyznała, że "ma nadzieję, że on umrze". Cieszą się państwowe media z komunistycznych Chin, a chińskie trolle z "armii 5 mao" piszą o doskonałym prezencie na święto narodowe ChRL. W kontraście do nich, Kim Jong Un życzy Trumpowi zdrowia. Wszystkich mających mokre sny o śmierci prezydenta USA muszę zmartwić: wiele wskazuje, że się on z tego wykaraska. Admirał Ronny Jackson, były lekarz Białego Domu, wspominał jak był zdziwiony widząc podczas badania pracy serca  na mechanicznej bieżni jak Trump uzyskał wynik w granicach górnego 10 proc. dla ludzi w jego wieku. Według tego medyka Trump poza nadwagą, na nic nie choruje i ma "dobre geny". Zresztą, prezydent był w stanie, mimo choroby, nagrać wiadomość video dla narodu. 



Większym problemem jest to, że choroba Trumpa wywraca jego kampanię. Przez pewien czas nie będzie mógł się pojawiać na wiecach - a jego wystąpienia mocno mobilizowały wyborców. Zachorował też szef jego kampanii Bill Stepien. Zachorowało dwóch republikańskich senatorów, a jeśli zachoruje więcej, to zatwierdzenie przez Senat przed wyborami nowej sędziny Sądu Najwyższego Barret będzie niemożliwe. Na zarażenie byli też narażeni sponsorzy kampanii.  Tego typu chaos może być zabójczy dla szans na prezydenturę. Ale tworzy też pewne szanse. Po tym jak Bolsonaro i Johnson zarazili się koronawirusem, poparcie dla nich wyraźnie skoczyło.  To trochę jak zamach na prezydenta - generuje sympatię i głupio krytykować przywódcę, który stał się celem ataku. Biden już zmuszony był wycofać negatywne reklamy wyborcze.  A jak Trump szybko wyzdrowieje, to jego przeciwnicy mogą się zbyt wolno dostosować do zmiany narracji. 

Warto w tym miejscu spojrzeć nieco wstecz na to jak administracja Trumpa podchodziła do walki z chińskim wirusem. Pisał o tym choćby porucznik Bob Woodward w wydanej niedawno książce "Rage". Potwierdza on, że ostrzeżenia przed dziwną epidemią w Chinach pojawiły się w końcówce 2019 r. Były jednak dosyć mało konkretne. Wśród doradców prezydenta była grupka "chinosceptyków" dostrzegających to, że Chińczycy coś u siebie tuszują. Wśród nich wyróżniał się Matthew Pottinger, zastępca prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Woodward robi mu dobry PR, bo Matthew Pottinger jest synem Johna Pottingera, jednego z jego źródeł w aferze Watergate (urzędnika Departamentu Sprawiedliwości, który sterował feministką Glorią Steinem). Matthew Pottinger był korespondentem "WSJ" w Pekinie, gdzie miał nieprzyjemne przejścia z miejscową bezpieką. Relacjonował też epidemię SARS i widział na miejscu, jak Chińczycy ją ukrywają. Później... wstąpił do marines i służył w Iraku, w wywiadzie wojskowym jako podwładny generała Flynna. Po zakończeniu kariery wojskowej założył firmę skutecznie tropiącą oszukańcze chińskie spółki na Wall Street. W styczniu 2020 r. Pottinger zbierał informację od swoich ludzi z Chin - np. o drakońskich lockdownach, podczas których staruszkowie umierali z głodu we własnych domach. Chińczycy odmawiali wówczas wpuszczenia do Wuhan misji z amerykańskiej CDC a Xi Jinping mówił Trumpowi, że nic się nie dzieje. 20 stycznia wykryto pierwszy przypadek zachorowania na Covid-19 w USA. Pierwszy potwierdzony zgon na tego wirusa był dopiero 6 lutego.  31 stycznia prezydent podjął wraz ze swoimi doradcami i członkami gabinetu decyzję o tym by od 2 lutego wstrzymać komunikację lotniczą z Chinami. Poparcie dla niej było niemal jednogłośne. Przynajmniej w administracji, bo narzekali na nią... demokraci, wskazując jako przykład rasizmu. Biden mówił, że to przykład "rasizmu, ksenofobii i nakręcania paniki". Przez cały luty współpracownicy Bidena mówili, że globalna pandemia jest "mało prawdopodobna". 24 lutego Nancy Pelosi wzywała ludzi do odwiedzania Chinatown w San Francisco. Jeszcze w marcu demokraci urządzali duże wiece wyborcze.

Zakaz lotów do Chin na niewiele się jednak zdał, bo wirus hulał sobie od dawna w Europie i w samych Stanach Zjednoczonych. Zgony na niego były jednak klasyfikowane jako zgony na zapalenie płuc lub na grypę - bo oczywiście Chińczycy tuszowali u siebie pandemię. Gdy liczba wykrytych przypadków covid zaczęła w USA gwałtownie rosnąć, okazało się, że zapasy sprzętu medycznego zostały mocno uszczuplone po epidemii ptasiej grypy z 2009 r. Oczywiście Chińczycy w styczniu na całym świecie wykupywali na pniu cały dostępny sprzęt ochronny. Administracja sięgnęła więc po Ustawę o Produkcji Obronnej, która zmobilizowała przemysł do produkcji potrzebnego sprzętu. Nawet Tesla produkowała własne designerskie respiratory. Choć media produkowały później historie o dramatycznej sytuacji w szpitalach, to eksperci nie potrafią wskazać przypadku śmierci pacjenta, który nie uzyskał dostępu do respiratora. Respiratorów w amerykańskim systemie medycznym było aż za dużo.

Skąd więc te apokaliptyczne sceny w Nowym Jorku? Pewnie zdajecie sobie sprawę, że USA są państwem federalnym i konkretne decyzje dotyczące tego jak walczyć z pandemią podejmują tam władze poszczególnych stanów. Rząd federalny może im pomagać i koordynować ich działania. I tak się jakoś złożyło, że liczba zgonów w stanach, w których wygrała 2016 r. Hillary była trzykrotnie większa niż w stanach, w których wówczas wygrał Trump. Być może dlatego, że zawyżały im statystki Nowy Jork i Kalifornia, a większość stanów republikańskich to stany rolnicze. Czasem jednak działania demokratycznych władz stanowych pogarszały pandemię. Gubernator Nowego Jorku Andrew Cuomo odesłał 3,6 tys. zarażonych covidem staruszków do domów opieki. Przykład urzędniczej głupoty czy sabotażu? W Pennsylvanii, Rachel Levine, miejscowy demokratyczny sekretarz zdrowia - będący transem (nie oglądać fotek przy jedzeniu!), również nakazał wysłać tysiące zakażonych staruszków do domów opieki, by zarażali tam innych. Ale swoją 95-letnią matkę wyciągnął wcześniej z domu starców. Więc był w pełni świadomy, jakie konsekwencje będzie miała jego decyzja. Mieliśmy do czynienia z sabotażem. Poświęcono życie tysięcy ludzi, po to by zmniejszyć szanse Trumpa na wygranie wyborów.


Woodward w swojej książce "Rage" wskazuje, że doktor Anthony Fauci , główny amerykański wirusolog, wcale nie był tak chętny do wprowadzania ograniczeń związanych z covidem. Wręcz często uspokajał opinię publiczną. Trump w lutym mówił prywatnie Woodwardowi, że covid to bardzo groźna choroba i duże zagrożenie dla jego prezydentury. Publicznie jednak "nie chciał siać paniki". Lockdownów nikt nie chciał wprowadzać, gdy wirus krążył w Chinach, Korei czy w Iranie. Myślano wówczas, że to coś takiego jak SARS. Dopiero, gdy zobaczono szokujący skok zgonów we Włoszech i Hiszpanii, a później nagły przyrost zachorowań w USA, sięgnięto po lockdowny. Fauci twierdzi teraz, że postępowano jak w przypadku epidemii SARS. W książce "Rage" pokazano, że argumentował on wówczas: "zamknijmy wszystko na dwa tygodnie i zobaczmy co się stanie". Trump się na to zgodził. Później jednak widział, że przedłużający się lockdown nie zdusił pandemii w zarodku. (Polskim covidomsceptykom przypominam, że u nas restrykcje były o wiele łagodniejsze niż w USA, Europie Zachodniej, Izraelu, Australii, czy tak kochanych przez was Rosji i Chinach.)  Lockdown miał sens jedynie jako kupowanie czasu na zgromadzenie zapasów sprzętu medycznego. Nigdzie nie zdusił pandemii. A po jego zakończeniu ludzie zwykle olewali wszelkiego rodzaju ograniczenia. (Widziałem to w lipcu, gdy odwiedzałem Wilczy Szaniec - dzikie tłumy.) Ci sami ludzie, którzy w marcu bali się wchodzić do supermarketu, w sierpniu straszliwie buldupili, że muszą nosić maseczki przez 15 minut w klimatyzowanych pomieszczeniach sklepowych. 

Cokolwiek, by się nie zrobiło w kwestii covida, zawsze będzie to krytykowane. Wprowadzasz ograniczenia: "zabijasz nasze konstytucyjne wolności, dusisz gospodarkę, dr Ivan Komarenko udowodnił, że nie ma żadnego wirusa, dlaczego muszę nosić maseczkę, uduszę się i zesram w maseczce!". Nie wprowadzasz ograniczeń: "olaboga chcesz nas wszystkich zabić!, dlaczego nie wprowadzasz nakazu noszenia maseczek, gdzie mój respirator!". 

Trzeba też jednak przyznać, że eksperci medyczni wciąż niewiele widzą na temat tego syntetycznego chińskiego wirusa i walczą z nim po omacku. Nie wiemy ilu osobom lockdowny uratowały życie. Trump mówi, że dostawał modele pokazujące na 2 mln zgonów w USA. Pomińmy całkowicie niewiarygodne dane z Chin, Rosji czy Białorusi. W USA mieliśmy jak dotąd łącznie 630 potwierdzonych zgonów na Covid-19 na 1 mln mieszkańców. W Szwecji, gdzie nie było oficjalnego lockdownu - ale gdzie ludzie sami się dystansowali społecznie (na co wskazują choćby dane wysokiej częstotliwości) - było ich 583, w Brazylii 684, w Wielkiej Brytanii 623, w Hiszpanii 686. W mającej umiarkowany lockdown Polsce - 68, w Niemczech - 114. W krajach gdzie powszechnie nosi się maseczki w sezonie grypowym - w Japonii - 12,5, w Korei Płd. - 8, na Tajwanie - 0,3. Prawdopodobnie samo noszenie maseczek z niewielkimi, punktowymi ograniczeniami dałoby lepsze rezultaty niż lockdowany. Ale kto to wiedział w marcu? Może Chińczycy. Teraz jednak to wiedzieć powinny też inne rządy. 

Przyjrzyjmy się też case fatality rate (CFR), czyli odsetkowi potwierdzonych zachorowań, który kończył się zgonami: USA - 2,8 proc., Polska - 2,7 proc., Wielka Brytania - 9 proc., Meksyk - 10 proc., Włochy - 11 proc. W Lombardii dochodził on do 16 proc. W niektórych meksykańskich stanach do 18 proc. W przypadku zwykłej grypy dochodzi on do 0,1 proc., malarii 0,3 proc., grypy hiszpanki 2,5 proc., żołtej febry 7,5 proc., SARS 11 proc., tyfusu 20 proc., MERS aż 35 proc. Współczynnik śmierci do liczby infekcji jest w przypadku Covid-19 zapewne dużo mniejszy. Szacuje się go na 0,1-1 proc., gdy w przypadku zwykłej grypy wynosi on maksymalnie 0,04 proc. Wielu z Was pewnie będzie kpić: "Ha, ha i to ma być broń biologiczna! Broń biologiczna zabija 90 proc. zakażonych!". Może o tym nie wiecie, ale wirus zabijający 90 proc. zakażonych nie ma szans na rozprzestrzenienie się na dużym terenie. Bo zabija nosicieli zbyt szybko, by się rozmnożyć. Dużo "wygodniejszy" jest wirus, który zabija mniej niż 20 proc. zakażonych, ale szybko się rozprzestrzenia, część nosicieli jest asymptomatyczna a infekcja wywołuje różne dziwne powikłania. Być może Covid-19 nie został do końca dopracowany w chińskich laboratoriach, ale zabił już i tak więcej ludzi niż marburg czy ebola. I doszedł nawet na amazońskie zadupia (choć oczywiście, według władz ChRL, ominął Pekin).

A może nie chodzi o to, by ten wirus ścigał się w liczbie zabitych z innymi pandemiami? Z badań naukowców z Uniwersytetu Glasgow, wiadomo, że Covid-19 skracał życie mężczyzn średnio o 13 lat (wobec potencjalnego wieku) a kobiet o 11 lat.  Dwudziestolatek może nawet nie zauważyć, że był chory, ale dla 70-latka to może być wyrok śmierci. Zauważono też, że Covid-19 wywołuje wady serca u dzieci.  Zakażony dzieciak może przez wiele lat ich nie dostrzegać, aż np. w wieku 50 lat zacznie chorować. Covid-19 to chiński wirus depopulacyjny. Ale nie jest do końca chińską technologią. W Chinach a później w Iranie go tylko przetestowano, by uderzyć nim w Zachód. 

I tutaj pojawiają się dwa ważne pytania:

A co jeśli ta jego wersja, która trafiła do Europy jest łagodniejsza od tej użytej w Wuhan?

A co jeśli zjadliwość wirusa można regulować za pomocą czynników zewnętrznych - chemicznych, biologicznych, promieniowania? Jak to się dzieje, że chorują na niego marynarze z okrętów, które od tygodni nie zawijały do portów?

***

Ilustracja muzyczna: System Of A Down - Chop Suey

Oglądając nagrania z precyzyjnych azerskich uderzeń w ormiańskie cele w Karabachu nasuwa mi się konkluzja: podczas, gdy ormiańskie mafijne władze przez ponad dwie dekady rozkradały swój kraj, Azerowie inwestowali w nowoczesną broń. Oczywiście Ormianie podają, że zniszczyli Azerom ogromne ilości sprzętu i zabili ponad 3 tys. żołnierzy, ale jak na razie to azerskie rakiety spadają na Stepankeret, azerskie drony latają w okolice Erywania a w ormiańskich komunikatach mowa jedynie o "odbijaniu straconych terytoriów". I to Armenia deklaruje chęć rozpoczęcia negocjacji pokojowych, gdy Azerbejdżan i Turcja mówią o "wyzwoleniu Karabachu".  




Ksiądz Isakowicz-Zaleskian oczywiście lamentuje, że to starcie cywilizacji chrześcijańskiej z islamem, gdy jest to oczywiście  starcie postkomunistycznych nacjonalizmów. Podobne jak na Bałkanach. Arcach to coś takiego jak Serbska Krajina, nie uznawane przez nikogo państewko powstałe w wyniku wojny hybrydowej, w którym niewątpliwie mieszka ormiańska większość. Ale ta ormiańska większość dopuściła się wcześniej czystek etnicznych na azerskiej mniejszości - takich jak masakra w Chodżały oraz okupacji sąsiednich azerskich gmin nie wchodzących w skład Karabachu, w tym zniszczenia miasta Agdam. Jest więc oczywistym, że Azerowie chcą teraz odegrać się na Ormianach i spuścić im taki sam wpierdol jak Chorwaci Serbom w Krajinie. I dokładnie tak to może się skończyć.

Zwłaszcza, że w wojnę hybrydowo zaangażowała się Turcja. A Gruzja blokuje transporty broni do Armenii (taka odpłata za ormiański separatyzm w południowej Gruzji). Irański sojusznik Ormian oczywiście olewa, bo ma większe problemy na głowie. Rosja siedzi dziwnie cicho, choć ma w Armenii wielką bazę wojskową. Być może pozwoli w ramach dealu z Erdoganem na upadek Arcachu.Turecka inwazja na Armenię na pełną skalę byłaby możliwa, gdyby: Ormianie zaatakowali azerską enklawę Nachiczewań lub gdyby doszło do całkowitego związania Rosji innym kryzysem tysiące kilometrów dalej - np. na Białorusi. 

A Ormianom pozostanie wiara w siłę ich diaspory. Kim Kardashian zatweetuje w ich obronie a Serj Tankian napiszę piosenkę. I w sumie strasznie szkoda, że mafijni politycy z Erywania oraz sterujący nimi oligarchowie doprowadzili swoje państwo do takiego żałosnego stanu.