sobota, 30 grudnia 2017

Sny# 22: Bonko Liquidation Club

Ilustracja muzyczna: Macklemore & Ryan Lewis - Downtown

Na pierwszy rzut oka wyglądał jak skrzyżowanie Austina Powersa i Misia Paddingtona. Ubrany w powłóczyste ciuchy będące ostatnim krzykiem mody na przełomie lat '60-tych i '70-tych, tanecznym krokiem disco wracał z herbatki u swingersów. Ostrej impry na której swingersi wymieniali się torebkami z herbatą. Ulice Londynu należały do niego - oczywiście tylko, te które nie były jeszcze zajęte przez Pakistańczyków, Arabów i Jamajczyków. Lubił przekraczać granice. Gdy na drodze było ograniczenie prędkości do 30 mil na godzinę jechał 31 mil na godzinę. Słuchał Led Zeppelin - "nowej, awangardowej kapeli", którą niedawno odkrył. Jim Morrison wciąż był dla niego zbyt udziwniony. Wszyscy, którzy wiedzieli kim jest, schodzili mu z drogi tak jakby mieli do czynienia z braćmi Kray. Rzecz jasna tylko nieliczni wiedzieli, że to Michał Bonkowski, redaktor Wydawnictwa Piwnicznego.



Bonkowski pewnym krokiem przekroczył próg domu Niny Krasow, marcowej imigrantki trzymającej ręce na prawach autorskich do książek pewnego znanego emigracyjnego pisarza. Zawsze doładowywał w tym domu "akumulatory" chłonąc jego antykomunistyczną atmosferę. Rozglądał się po salonie ozdobionym sowieckimi flagami, proporczykami sowieckich oddziałów specjalnych, wielką mapą systemu Gułagu, plakatami propagandowymi z czasów stalinowskich, resortowymi nagrodami oraz wielkim portretem Lenina. Rzucił okiem na korkową tablicę do której były przypięte zdjęcia "wrogów ludu" - w tym przekreślone czerwonym markerem fotki Gieorgija Markowa, Aleksandra Litwinienki, Siergieja Trietiakowa i Borysa Bieriezowskiego. Jego uwagę przykuła znajdująca się na półce z książkami oprawiona w ramkę fotografia przedstawiająca ociemniałego staruszka ubranego w kiepsko dopasowany garnitur z rzędem resortowych odznaczeń. Do ramki przypięta była czarna, żałobna wstążka.
- Eta mój muż. Akademik Szymon Szlechter - zagaiła Nina Krasow. Staruszka miała na sobie mundur pułkownika KGB, do którego przypięte były resortowe odznaczenia.
- Zapewne był wielkim antykomunistą.. - westchnął Bonkowski.
- Da. Eta był oczień wielkij sawieckij łiterat. Człen płenuma Obwodowego Kamiteta KPSS w Łwowie. Kawałer ordena Lenina. Eta był toże oczień wielikij gieroj wielkiej ocziestwiennej wajny - Nina opowiadając o życiu Szymona Szlechtera mieszała rosyjski z polskim i jidysz. 
- Był represjonowany w latach 60-tych? - dopytywał się Bonkowski.
- Nu tak, siedział za malwersacje...
- I stracił wzrok w komunistycznym więzieniu?
- Nie to, od mietylowego alkoholu na wajnie...
 Bonkowski zadumał się nad losami wielkiego antykomunisty Szymona Szlechtera. Zupełnie nie mógł zrozumieć tych polrealistycznych, hejterskich gnojków, którzy obsmarowywali tego bohaterskiego bojownika przeciwko Czerwonej Bestii. Dał upust swojej frustracji:
- Niestety wielu różnych gnojków, a szczególnie blogerskich gówniarzy mieszkających w PRL-u, zarzuca nam, Wydawnictwu Piwnicznemu, że się kumamy z "sowieckimi agentami". I wymieniają Panią oraz Pani ś.p. Męża jako " oczywistych sowieciarzy". Ale przecież nigdy nie byliście sowieckimi agentami? Prawda?


- Eta "Prawda". My nie sowieckije szpiony z GRU!  GRU eta gawno! Eta suki! - protestowała Nina Krasow. - My mackiewiczowskije antykomunisty! Wam nużna dać nam Trust!
- Ufff... Kamień spadł mi z serca. Myślę, że teraz ostro pojechała Pani tym polrealistycznym gnojkom!
- My antykomunisty! A eta wielikij americzeskij antykomunist gaspadanin McDonald's! - po tych słowach Niny wszedł do salonu gostek wyglądający jak skrzyżowanie marszałka Bułganina z pułkownikiem Sandersem z KFC. Cicho się ukłonił, bo słabo znał angielski. 
- Jakież to szczęście poznać tak wielkiego amerykańskiego antykomunistę! - Bonkowski podskakiwał z ekscytacji.


- A tiepier wy gawaritie szto diełajet Piwniczeskieje Izdatielstwo... - Krasow przywołała go do porządku. Bonkowski zaczął wymieniać święte zasady, którymi kieruje się jego grupa:
- Po pierwsze, uważamy że komunizm wziął się z powietrza. Po drugie, myślimy, że Zachód wspierając komunizm kierował się tylko jakimś niewytłumaczalnym zaślepieniem a nie egoistycznym interesem. Po trzecie, głosimy, że Sowiecka Rosja jest wszechmocna. Nawet Reagana zrobiła prezydentem USA, by zamaskować to, że jest wszechmocna. Po czwarte, mówiąc o Sowieckiej Rosji nie używamy słowa "Rosja", tylko zwrotu "Kraj Wcześniej Znany Jako Rosja" tak jak "Artysta Wcześniej Znany Jako Prince". Po piąte, uważamy że jedynym sposobem na pokonanie Sowietów jest tylko wojna termonuklearna na skalę globalną. Po szóste, uważamy że żadne zachodnie mocarstwo nie jest zdolne do przeprowadzenia tej wojny, zdolne jest tylko Wydawnictwo Piwniczne. Po siódme, nasza strategia wojny nuklearnej z Sowietami opiera się na zachowaniu zasad XIX-wiecznej etykiety i cywilizowanych zwyczajów. Po ósme, z braku środków na zakup bomby atomowej prowadzimy swoją wojnę przeciwko Sowietom zamieszczając na naszej stronie internetowej długie, nudne i pompatyczne teksty, które czyta parę osób na krzyż. Po dziewiąte, staramy się przygotować grunt pod wojnę z Sowietami propagując antykomunistyczną twórczość Józefa Mackiewicza a robimy to dbając o to, by książki Mackiewicza trafiały do Polski/PRL cienką strużką z Londynu, w jak najmniejszych ilościach i były sprzedawane po jak najwyższych cenach przy zerowej reklamie. Ponadto propagujemy dzieła Mackiewicza wybierając z niego tylko najbardziej banalne i nudne cytaty z niego w stylu "Tylko prawda jest ciekawa", by wszyscy myśleli, że Mackiewicz był straszliwym nudziarzem, którego nie warto czytać. To jest nasz program antykomunizmu. Aha, jest jeszcze punkt dziesiąty, czyli ostro bóldupimy na nieszczęścia jakie spotkały biednych, niewinnych Niemców po 1945 r. Bo oczywiście, by zwalczyć komunizm musimy zaorać polski nacjonalizm.
- Gieroj! Maładiec! - biła mu brawo Krasow.
Zabawę przerwał im dziwny hałas za oknem. "Coryllus Akbar!" Jebuuuuuut!!! To wysadził się w powietrze jeden z przeciwników Imperium Brytyjskiego. Szyby w domu Niny Krasow zamieniły się w grad odłamków a przez okna dostał się do salonu jęzor ognia. Bonkowski został rzucony podmuchem na ścianę i stracił przytomność.

***

Gdy obudził się otaczał go mrok rozjaśniany przez tysiące gwiazd. Siedział na krześle zawieszonym nad otchłanią. Gdy spojrzał w dół widział błękit kuli ziemskiej. Na wprost niego rozsiadła się w fotelu młoda dziewoja z długimi, jasnoblond włosami, ubrana w króciutką, niebieską kieckę idealnie podkreślającą jej dekolt. Złożyła nogę na nogę, sporo przy tym odsłaniając. Uśmiechała się do niego z miną słodkiej idiotki, a po chwili zagadała:


- Obudziłeś się dzielny wędrowcze...
- Że co, panienko?
- Obudziłeś się po tym jak twa ziemska podróż dobiegła kresu.
- Pardon?
- Zginąłeś. Ale dano ci możliwość ponownego odrodzenia się w świecie, w którym będziesz mógł w mniej żenujący i pompatyczny sposób powstrzymać postępy światowego komunizmu...
- Jak to do motylej nogi żenujący i pompatyczny? Nic, co robiłem nie było żenujące ani pompatyczne! Żądam do kroćset pisemnych przeprosin lub polemiki na łamach Wydawnictwa Piwnicznego!
Panienka wstała z krzesła, podeszła do Bonkowskiego i nachyliła się nad nim. Kiecka ledwo zasłaniała jej tyłek.
- To jest wielki despekt dla tak szanowanego i poczytnego autora jak ja. Żądam... Mhmmmm!!! - przycisnęła mu twarz do swoich balonowych cyców. - Jestem boginką, która ma przeprowadzić cię wędrowcze do nowego życia. Dobrze je wykorzystaj...
Bonkowski zamienił się w świetlistą postać.
- Masz ostatnie życzenie. Możesz prosić o to, czego potrzebujesz do wykonania swojej misji - instruowała go boginka. Bonkowski zmierzył ją wzrokiem i odrzekł:
- To w takim razie wybieram Panią, by Pani mogła napisać polemikę na strony Wydawnictwo Piwnicznego...
- Co?! - przerażona boginka zorientowała się, że zaczyna znikać razem z Bonkowskim. - Ale jak to ?! Nie możesz! Ja nie chcę!
Z nieba zstąpiła koleżanka boginki - ruda, biuściasta okularnica w zielonej sukience - i słodkim głosem oznajmiła:
- Droga Freyo, przepisy ustawy o działalności boginek pozwalają na to, by wybraniec zabrał cię do docelowego miejsca w międzywymiarowej czasoprzestrzeni celem wykonania misji, na okres potrzebny do wykonania zadania. Ja zostałam przydzielona tutaj na zastępstwo.
- Ja to! Eris, ty czterooka szmato z napompowanymi cycami! To bezprawie! Kon-sty-tu-cja! Dość dyktatury kobiet! Ja nieeeeee chceeeeeeeęęęęę!!! - wydzierała się blondwłosa boginka, powoli się rozpływając w czasoprzestrzeni. 

***

- Kurwa, ale słońce ! - boginka Freya, chwiejąc się zrobiła pierwsze kroki w nowym świecie. Miała włosy w nieładzie i ostrego kaca. Podczas przelotu tunelem czasoprzestrzennym totalnie się ubzdryngoliła, by się odizolować od pompatycznego słowotoku Michała Bonkowskiego. On jeszcze nie skończył monologu: - ....I przypominam, że w każdy czwartek odbywam spacer w wyprasowanym fularze, no chyba, że jest święto bankowe, to wówczas zakładam muszkę, no chyba, że to 11 listopada, wówczas muszę mieć w klapie kwiat maku, ale upamiętniam nim tylko interwencję w północnej Rosji oraz walki z Mau-Mau, bo nie mam zamiaru sprawiać wrażenia, że nosząc ten symbol wojskowych ofiar upamiętniam zbrodniarzy, którzy bombardowali Drezno...
Bonkowski przerwał paplaninę, gdyż wreszcie się zorientował, że znalazł się w nowym świecie. Był w jakimś stylowym, starym budynku  z białymi ścianami. Wystrój wnętrz sugerował, że to początek XX w. Był rok 1917. Znajdował się w Białym Domu. Z jednego salonów prezydenckiej rezydencji dochodziła fortepianowa, wirtuozerska muzyka, której towarzyszył śpiew kilku mężczyzn.

"Attention all y'all players and pimps Right now in the place to be (shake ya ass)
I thought I told y'all niggas before
Y'all niggas can't fuck with me (watch yourself)
Now this ain't for no small booties
No sir cause that won't pass (show me whatcha workin with)
But if you feel you got the biggest one
Then momma come shake ya ass

Shake ya ass, but watch yourself
Shake ya ass, show me what you working with"



Na fortepianie grał sam maestro Ignacy Jan Paderewski. A wraz z nim śpiewali: prezydent Woodrow Wilson, płk House i sekretarz stanu Lansing. Widząc ich Bonkowski wyrwał się do przodu, padł przed nimi na kolana i zaczął przemowę:
- O wielcy przywódcy Stanów Zjednoczonych! Zróbcie coś i zniszczycie w zarodku bolszewizm w Rosji, zanim nie będzie za późno! Nie bądźcie zaślepieni strategiczną decepcją tworzoną przez Sowietów!
Zgromadzeni przy fortepianie dygnitarze spojrzeli na niego jak na wariata.
- Ale po co mielibyśmy niszczyć bolszewizm w Rosji? Tyle się natrudziliśmy, by go stworzyć i wypromować.... Trockiego wyciągaliśmy z kanadyjskiego aresztu deportacyjnego i wysyłaliśmy do Rosji. Nowojorski Fed robił zrzutkę na bolszewicką propagandę w Europie... Po co mielibyśmy teraz to niszczyć? - autentycznie dziwił się prezydent Wilson. Boginka Freya dorwała się do prezydenckiego burbona i zaczęła go walić z gwinta...


- Jak to po co?! Bolszewicy niszczą cywilizację w Rosji! - wściekał się Bonkowski.
- No i dobrze. Po to ich tam właśnie wysłaliśmy. Mają Rosję rozjebać, by nie była w przyszłości dla nas zagrożeniem ekonomicznym - odparł płk House.
- Ale przecież bolszewicka Rosja będzie wielkim zagrożeniem dla Europy! - nie dawał za wygraną redaktor Wydawnictwa Piwnicznego.
- No i dobrze. I to właśnie chodzi. Europa była dla nas wiecznym źródłem zagrożenia - bezceremonialnie wypalił Lansing.
- Aaaaa!!!! Wy poputczicy! Zaraz was zleję na kwaśne jabłko! - Bonkowski wstał z kolan i ruszył w stronę prezydenta Wilsona. Łup! Został błyskawicznie powalony na ziemię przez Secret Service.
- Zabrać stąd tego nielegalnego imigranta i wsadzić razem z innymi europejskimi anarchistami! - zarządził prezydent. Freya zaczęła ocierać się cyckami o jego rękę. Wilson wyrwał jej butelkę bourbona z ręki. - I wprowadzić prohibicję! - zarządził prezydent.



Michał Bonkowski został deportowany z USA w ramach "red scare" prokuratora generalnego Palmera. Trafił do Polski, gdzie próbował się zaprzyjaźnić z młodym Józefem Mackiewiczem. Zarzucał go pomysłami na książki, aż do momentu, gdy trafił za stalking do obozu w Berezie Kartuskiej. Wyzwolony z obozu przez Sowietów, zaczął podawać się za prześladowanego działacza komunistycznego Szymona Szlechtera...

***

No cóż, dawno nie napisałem niczego z serii "Sny" i postanowiłem ten błąd naprawić na Sylwestra. :) Seria "Sny" jest oczywiście absurdalną satyrą, której nie należy brać poważnie a wszelkie podobieństwa (a szczególnie hrabiego Jędrzeja Zdzisława Stefana etc. Jabolowego) są czysto przypadkowe. :)




A co szykuję w Nowym Roku? Już wkrótce zacznie się seria "Samael" poświęcona historii "przedimperialnych" Stanów Zjednoczonych. Zaczynamy oczywiście od niezwykle fartownego generała George'a Washingtona i jego roli w wywołaniu XVIII-wiecznej wojny światowej. Seria powinna się potoczyć aż do czasów Teddy'ego Roosevelta. To ma być prequel do serii "Steamroller".

Potem mam zamiar rozpocząć serię Dies Irae. Opierała się ona będzie na biografiach kluczowych przywódców i "macherów z zaplecza" z czasów drugiej wojny światowej. Na pierwszy ogień pójdzie demitologizacja Churchilla i Tito. Później m.in. Bernard Baruch, gen. Marshałł, Speer, Żukow, Mussolini, ale też... Leonid Breżniew. To będzie ostra jazda w stylu serii "Prometeusz" czy "Wrześniowa Mgła. Opening jest już gotowy i tak wygląda.

A w Nowym Roku życzę Wam wszystkiego najlepszego! Tylko pamiętajcie, że w przyszłości będą holograficzne waifu i seksroboty, a to nie podoba się konserwatywnym skopcom, którzy uważają że powinniście się umartwiać (czytając ich teksty w niszowych, grantożerczych pisemkach) zamiast spełniać swoje zbereźne fantazje...

sobota, 16 grudnia 2017

Największe sekrety: Pontifex - Disciplina Arcani

Ilustracja muzyczna: Thomas Bergensen - Sun



Stolica Apostolska może się pochwalić imponującą tradycją szpiegowską. Już w VII w. papież Marcin I polecił swoim ludziom wyśledzić potencjalnych porywaczy i ich prewencyjnie zlikwidować. Watykańscy tajni agenci oraz informatorzy odkryli plan porwań papieży Grzgorza II  w 720 r., Adriana I w 780 r. i Mikołaja V w 1453 r., uratowali Leona III w 799 r., ostrzegli Gelazjusza przed cesarskim najazdem na Rzym w 1118 r., w 1248 r. poinformowali Inocentego IV, że cesarz Fryderyk II próbuje go zabić i powiadomili Juliusza II w 1507 r., że król Francji chce go zdetronizować. Św. Bonifacy, apostoł Germanii z przełomu VII i VIII w. dokonał wielu odkryć w kryptologii, pomagających mu w utrzymaniu bezpieczeństwa jego misji. W późniejszych wiekach jezuiccy księża przemykali się z narażeniem życia do krajów w których szalały prześladowania Kościoła: protestanckiej Anglii, Holandii i Szwecji oraz do buddyjsko-szintoistycznej Japonii. Jezuici (a także przedstawiciele innych zakonów), jako agenci wpływu działali nawet w tak odległych i egzotycznych miejscach jak dwór cesarski w Chinach, dwór mongolskich chanów czy też pałac Dalajlamy.  




Kościół zaprawił się tajnej wojnie już w swoich pierwszych wiekach. Stosowanie podstępu i zachowywanie tajemnicy było wówczas koniecznością. Chrześcijaństwo działało jako tajny kult, posługujący się znakami zrozumiałymi dla wtajemniczonych (takimi jak symbol ryby). Pilnie strzeżono tajemnicy sakramentów i nie ujawniano wszystkich prawd wiary świeżo nawróconym poganom z obawy przed tym, że są rzymskim agentami infiltrującymi ich grupę. "Nie wolno wprowadzać w obie doktryny tajemnic, które wolno oglądać jedynie wtajemniczonym" - pisał św. Bazyli. "Jeśli katechumen zapyta, co mówili nauczyciele, nieznajomemu nie mówcie niczego, gdyż obdarzamy was tajemnicą, pamiętajcie, by nie rzec ani słowa, nie dlatego, iż nie jest to warte powtarzania, ale dlatego, że ucho, które to słyszy, nie jest warte, by to usłyszeć" - nauczał św. Cyryl Jerozolimski.  Oficjalnie, na tajny aspekt działalności Kościoła mówiono: Disciplina Arcani, czyli Droga Tajemnicy. Powody do trzymania się tej drogi były oczywiste: wszyscy pierwsi papieże stali się męczennikami, podobnie jak tysiące pierwszych wyznawców Chrystusa. W tak wrogim środowisku musiałeś działać jak tajny agent, dywersant i terrorysta, by przetrwać i obalić System. Kościół Katolicki był wówczas organizacją wywrotową, która zdołała przejąć od środka supermocarstwo. Stało się tak, bo zdołała "zwerbować" ludzi z rzymskich elit - w tym wielu wojskowych. Pierwszym "zwerbowanym" był funkcjonariusz żydowskiej, świątynnej bezpieki kierujący akcją zwalczania chrześcijan - św. Paweł.



Disciplina Arcani nawiązywała bezpośrednio do nauk Jezusa. Jak napisał były agent FBI Mark Riebling: "Nauczając we wrogim otoczeniu, nakazał swoim uczniom skrywać jego tożsamość, jego słowa i jego działania przed niewtajemniczonymi. Stworzył tajne komórki złożone z apostołów pod wodzą Jakuba i Jana, których nazywał Synami Gromu i których zabrał na wspinaczkę w góry wraz z protegowanym Piotrem, by omawiać poufne sprawy. Spotykali się w tajnych miejscach, w których Jezus zjawiał się osobnymi, ukrytymi wejściami, a których lokalizację ujawniali sobie przez zakodowane sygnały, takie jak podążanie za mężczyzną z dzbanem przez całe Jeruzalem, Chrystus przedsięwziął takie środki ostrożności nie z obawy przed rzymskimi władzami, lecz by wymykać się wysokim kapłanom żydowskim, godności wówczas przynależnej potomkom Annasza, o których napisano w Talmudzie: "Zaraza na dom Annasza, zaraza za ich szpiegowanie".



Jezus niczym typowy "spymaster" ma też poważne dziury w swoim życiorysie. Nowy Testament wymienia dwa różne Jego rodowody (sprzeczności są tłumaczone częściowo zastosowaniem przez Helego, ojca Józefa - prawa lawiratu, przejęcia żony po zmarłym krewnym). Wielką tajemnicą jest to, co robił zanim zaczął w wieku 30 lat publicznie nauczać w Palestynie. Istnieją legendy mówiące o jego podróżach do Iranu, Indii oraz Tybetu- ale spora część z nich może być fałszerstwami dokonanymi przez rosyjskiego podróżnika Nikołaja Notowicza.



Wielką tajemnicą jest również opisany w Ewangelii według Św. Mateusza hołd "Trzech Króli" ze Wschodu. Są tam oni nazywani "Mędrcami ze Wschodu". Przyjmuje się, że byli oni perskimi, aryjskimi magami - czyli kapłanami. Prawdopodobnie szukali oni Saoszjanta - zaratustriańskiego Mesjasza. Jak czytamy: "Późne teksty mówią o narodzinach samego Ahura Mazdy z dziewicy, która wykąpie się o świcie w pewnym górskim jeziorze. Saoszjant stanie na czele ludzi szlachetnych, poprowadzi ich do boju przeciwko zastępom ciemności i rozpocznie ostatnią epokę dziejów – czasy wiecznego triumfu prawdy i dobra.(...) Kapłani perscy (uczniowie Zaratusztry) wypatrywali więc znaków narodzin Saoszjanta. Szukali tych znaków przede wszystkim na niebie. A że od Chaldejczyków nauczyli się zasad astrologii, zauważyli w 7 r. p.n.e. potrójną koniunkcję Jowisza i Saturna w znaku ryb. Ta bardzo rzadka konfiguracja planetarna oznaczała według symboliki astrologicznej narodziny wielkiego króla w kraju Hebrajczyków. Wyruszyli więc w podróż, a ich niewyraźne postacie na zawsze utrwalone zostały na kartach Ewangelii wg św. Mateusza, który nazwał ich „magami ze Wschodu”.Średniowieczny podróżnik wenecki, Marco Polo, zawarł w swoim sławnym Opisaniu świata następujący fragment: „Jest w Persji miasto Saveh, z którego wyszli Trzej Magowie, którzy udali się, aby pokłon złożyć Jezusowi Chrystusowi. W mieście tym znajdują się trzy wspaniałe i potężne grobowce, w których zostali złożeni Trzej Magowie. Ciała ich są aż dotąd pięknie zachowane cało tak, że nawet można oglądać ich włosy i brody”. Sto lat później to samo miejsce odwiedził i opisał inny podróżnik, franciszkański misjonarz – Oderyk z Pordenone. I on widział groby Trzech Magów wśród ruin miasta."



Zaraostryjskich kapłanów nazywano "Magi". Według orientalisty Heinricha von Stietencrona najpóźniej w I w n.e. zaczęli oni przenikać do Indii, gdzie połączyli swoją wiarę z elementami hinduzimu oraz buddyzmu. Wpływali też na hinduizm, buddyzm i tybetańską religię Bon. Ich głównym bóstwem był bóg czasu  Zurvan, na którym wzorowano tantryczne buddyjskie bóstwo Kalachakrę. To od kapłanów Zurvana wyznawcy Bon i buddyści przejęli takie koncepcje jak ostateczna, apokaliptyczna bitwa ze Złem czy też przyszły zbawiciel - Budda Maitrerya, który poprowadzi do walki wojska podziemnego królestwa Szambalii. Część badaczy przyjmuje, że słowo Maitreya pochodzi od Mitry, perskiego, aryjskiego bóstwa solarnego. W zurwaniźmie, zanieczyszczonym zewnętrznymi wpływami, są korzenie mitraizmu - kultu będącego głównym konkurentem rosnącego w siłę chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim. Od czasów renesansu wielu okultystów - od Giordano Bruna po Helena Bławacką - przekonywało o wspólnych korzeniach tajnej tradycji Wschodu i Zachodu. (Żona gen. Ludendorffa pisała nawet, że Dalajlama steruje Żydami i papieżem :)  Podobieństwa między tymi tradycjami rzeczywiście istnieją a ich źródłem byli prawdopodobnie aryjscy Magi - kapłani Zurvana/Kalachakry. To od nich wszak wzięło się określenie: "magia" kojarzone przez wieki jednoznacznie z ciemnymi, okultystycznymi siłami. A jednak z jakiegoś powodu ci Magowie - twórcy obu tajnych tradycji - wybrali się w długą podróż do Betlejem, by oddać hołd Jezusowi...



Początki chrześcijaństwa skrywa jakaś wielka tajemnica. Z pozoru wszystko zostało dokładnie opisane i wyjaśnione w Biblii. Marian Kowalski i pastor Chojecki przeciwstawiają nawet tę Księgę "złemu Kościołowi", który miał rzekomo skazić "czyste" pierwotne chrześcijaństwo jakimiś brudnymi pogańskimi zwyczajami (typu choinka czy święcenie pokarmów na Wielkanoc). Problem jednak w tym, że Pismo Św. nie istniało w I i II w. n.e. w takiej formie jak obecnie -  zostało później skompilowane przez Kościół Katolicki. Jedne księgi uznano za natchnione przez Boga, inne odrzucono. W ten sam sposób Kościół stał się strażnikiem dawnych, pogańskich (w tym także turbosłowiańskich) tradycji. Niektóre odrzucił, ale bardzo wiele przyjął. Nowi święci przyjmowali atrybuty dawnych bogów. Nieprzypadkowo Maryja została ogłoszona Bogurodzicą na soborze w Efezie - mieście będącym centrum kultu Artemidy, bogini-dziewicy. Nieprzypadkowo Maryja przejęła w Polsce atrybuty bogiń Dziewanny i Marzanny (będącej również naszą dawną boginią wojny).



I tutaj dochodzimy do kwestii objawień maryjnych. W meksykańskim Guadalupe Matka Boska miała ukazać się Indianiowi Juanowi Diego i pozostawić na jego płaszczu swój cudowny wizerunek. W jej oczach na tym obrazie, po powiększeniu cyfrowym widać odbicie ludzkich postaci.  Na meksykańskich Indianach ogromne wrażenie zrobiło to, że gwiazdy na Jej płaszczu były ułożone w konstelację ważną dla nich z powodów religijnych a Matka Boska deptała węża, symbol Quetzalcoatla. Pokazywała więc, że jest silniejsza od dawnego boga. W Fatimie zaprezentowała "cud Słońca", czyli według relacji świadków "srebrny dysk rozsiewający światło i zniżający się ku ziemi". Objawienia Gietrzwałdzkie mocno zaniepokoiły Bismarcka - Matka Boska miała tam mówić po polsku, a więc w języku narodu, którego Bismarck naprawdę się bał (sądząc, że wspólnie z jezuitami i socjalistami zniszczy Rzeszę od środka - sam nauczył się polskiego i mówił nim w swoim domu). Giewtrzwałd był zadupiem, podobnie jak Fatima, La Salette czy Lourdes, ale tamtejsze objawienia wydarzyły się w gorącym politycznie okresie Kulturkampfu. W Gietrzwałdzie Maryja mówiła w lokalnej gwarze warmińskiej. Podczas objawień w japońskiej prefekturze Akita mówiła pewnie lokalnym dialektem uznawanym za "wieśniaczenie". Akita to w Japonii wręcz synonim zadupia. Podobnie zadupiem, biedną, na wpół wiejską dzielnicą Warszawy były w 1943 r. Siekierki, gdzie doszło do objawień maryjnych, przepowiadających m.in. zniszczenie stolicy podczas Powstania.




W Fatimie czy Lourdes Matka Boska jest brunetką. Na części obrazów przedstawiających objawienia gietrzwałdzkie ma rude włosy. Podczas objawień na Siekierkach ukazała się jako słowiańska blondynka. Owszem wielokrotnie zdarzało się, że Matki Boskie z obrazów i rzeźb były wzorowane przez artystów na swoich modelkach, żonach, córkach, kochankach, czy też kochankach władców. (Kard. Danielou nazwał więc bez większego skrępowania jedną ze średniowiecznych figur Matki Boskiej "laleczką z dużym biustem" wzorowaną na kochance króla.) Tutaj jednak mieliśmy do czynienia z obrazami namalowanymi na podstawie relacji wizjonerów. Czyżby dostosowywała swój wygląd tak by jawiła się jako osoba bardziej swojska, a więc łatwiejsza do przyjęcia w kulcie? Jasne włosy u Maryi nie byłyby zresztą moim zdaniem niczym niezwykłym. Pismo Św. nie podaje jej rodowodu a akurat w Galilei Żydzi sąsiadowali z wieloma różnymi ludami. Ledwo 35 km od Nazaretu znajduje się miasto Bet Sze'an, zwane w starożytności Scytopolis. Tam osiedlono kiedyś scytyjskich najemników służących bliskowschodnim imperium. Scytowie byli ludem aryjskim  i często (wystarczy choćby spojrzeć na ilustracje w popularnych "Ospreyach") są przedstawiani jako blondyni o niemal słowiańskiej fizjonomii. Sami nazywali swoje miasto: Nysa.


***

To już ostatni odcinek serii "Pontifex". Mam nadzieję, że nieźle namieszała Wam w głowach i zarówno Grzegorz "Szanuję Anime" Braun jak i Marian z Pastorem po przeczytaniu go rozwalili z wściekłością klawiaturę. :) A w przyszłym roku nowe serie - w tym ta dotycząca korzeni Stanów Zjednoczonych. Nazwy jeszcze nie wymyśliłem, ale może "Wuj Samael"  będzie odpowiednia?

A tymczasem gorąco zachęcam do czytania bloga mojego wiernego czytelnika: bloga Spiskologia.pl.  Zaczyna on z grubej rury, bo od sprawy Charliego Mansona. I ta fotka z lusterkiem przy pierwszym wpisie - ciekawe inuendo :)

A mi pozostaje życzyć Wam Wesołych Świąt Bożego Narodzenia (względnie Szczodrych Godów)!


sobota, 9 grudnia 2017

Alt-Deep State + Witold Michałowski (1939-2017) R.I.P.

Ilustracja muzyczna: Chaos Chaos - Do You Feel It?



Erik Prince, założyciel Blackwater i John R. Maguire, były oficer CIA pracujący obecnie dla prywatnej firmy wywiadowczej Amyntor Group, złożyli prezydentowi Trumpowi (lub jego bezpośredniemu otoczeniu) propozycję stworzenia alternatywnej agencji wywiadowczej o globalnym zasięgu działania. Miała by ona podlegać bezpośrednio Trumpowi oraz szefowi CIA Mike'owi Pompeo. Argumentem za stworzeniem takiej "widmowej" agencji jest to, że w samym CIA roi się od ludzi Obamy, Clintonów i Bushów otwarcie wrogich wobec Pompeo i Trumpa oraz sabotujących ich politykę. Prince to były Navy Seal i twórca najsłynniejszej firmy wojskowej na świecie. Maguire to były bliski współpracownik legendarnego funkcjonariusza CIA Duane'a Clarridge'a, gostek który pracował z Contras w Nikaragui oraz miał powiązania z programem tajnych więzień. Obaj dysponują globalną siecią kontaktów wywiadowczych, która w wielu krajach ma lepsze "dojścia" od CIA. Firma Amyntor Group była zaś rozważana przez nową administrację jako potencjalny wykonawca programu tajnych więzień. Nowa agencja zajmowałaby się m.in. porywaniem terrorystów oraz ich likwidacją.



Podczas spotkania ze sponsorami kampanii Trumpa Maguire miał wskazać, że udało się jego ludziom zdobyć dowody na to, że H.R. McMaster doradca prezydenta Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, zlecał nielegalną inwigilację Stevena Bannona oraz członków rodziny prezydenta. Materiały zebrane podczas tej inwigilacji wysyłano na Cypr, do organizacji powiązanej z Georgem Sorosem. To potwierdza, to na co osoby dobrze poinformowane wskazywały już od wielu miesięcy - McMaster jest zdrajcą, a uwalenie gen. Flynna miało służyć wypromowaniu go na tę strategiczną pozycję. Tak jak też tutaj pisałem, Trump dysponuje własną siatką omijającą blokady stworzone przez ludzi mające go kontrolować. Wielu jego znajomych kontaktuje się z nim  za pośrednictwem Melanii. Ma ona więc całkiem spory wpływ na prezydenta - wpływ, który jest lekceważony.



Ludzie wspomnianego wcześniej Erika Prince'a są obecnie nieco zajęci torturowaniem "Głupawego Księcia" Alwaleeda w Rijadzie. Akurat tak się dziwnie złożyło, że pewne poszlaki wskazują na to, że strzały w tłum oddane podczas październikowej masakry w Las Vegas padały z wielu miejsc - w tym  z hotelu Four Seasons należącego do Alwaleeda. Sama masakra mogła zaś maskować zamach na przebywającego incognito w Las Vegas następcę tronu Mohammeda bin Salmana. Jakoby rzekomo widać na jednym z filmów z dnia masakry MBS wyprowadzanego z jednego z hoteli w eskorcie uzbrojonych ochroniarzy.  To, że Jared Kushner przybył dzień przed saudyjską czystką do Rijadu i rozmawiał z MBS też wiele mówi. O ile wielu książętom zatrzymanym w ramach czystki udało się wyjść z aresztu po wpłaceniu ogromnych kaucji, to książę Alwaleed nadal w nim siedzi.



Rozjaśnia się zaś nieco sprawa z gen. Fynnem. Poszedł on na układ ze śledczym Robertem Muellerem bo nie wytrzymywał już finansowych kosztów obrony prawnej (i tu widać, że ludzie Trumpa zawalili). Przyznał się do kłamania w rozmowie z FBI o swojej rozmowie z ambasadorem Kislakiem. A w jakiej kwestii kłamał? Nie ujawnił, że prawdopodobnie na polecenie Kushnera dzwonił do rosyjskiego ambasadora w sprawie wsparcia w ONZ przy kwestii rezolucji potępiającej Izrael za osiedla na Zachodnim Brzegu. Niewiele zdziałał, bo Rosja dzień później poparła tę rezolucję. Jeśli mamy więc dowód na współpracę ekipy Trumpa z jakimś obcym państwem to raczej nie z Rosją a z Izraelem. Jeśli nie uda się przycisnąć Flynna by łgał, śledztwo niewiele posunie się dalej. Zwłaszcza, że Departament Stanu za czasów Obamy deklarował, że nie było nic niewłaściwego w kontaktach Flynna z Kislakiem.  Ekipa prezydenta-elekta może bowiem, według niektórych interpretacji prawnych, w ramach przygotowań do przejęcia władzy nawiązywać kontakty z dyplomatami z innych państw.

Mueller znalazł się zaś w kłopotach, bo jego bliski współpracownik, agent FBI PEtr Strzok został przyłapany na wysyłaniu antytrumpowskich wiadomości tekstowych do swojej kochanki. Strzok pokazał więc, że jest uprzedzony wobec głównego celu w śledztwie i wyleciał z tego powodu z zespołu Muellera. Wcześniej był tym agentem, który przesłuchiwał gen. Flynna. Przesłuchiwał też Humę Abedin i Cheryl Mills w sprawie maili Hillary, a także brał udział w ratowaniu kandydatki demokratów w śledztwie dotyczącym tych emaili.  Po "przypadkowym", odbytym w samolocie czekającym na pasie startowym, bezpośrednio spotkaniu Billa Clintona z prokurator generalną Lorettą Lynch, Strzok wysłał do szefa FBI maila oznaczonego jako "pilny". Republikanie w Kongresie są zaś coraz bardziej zniecierpliwieni krętactwami FBI w sprawie "ingerencji w wybory", co znacznie zmniejsza ryzyko impeachmentu. Partia Republikańska w końcu poszła do rozum po głowy i uznała, że uderzenie w Trumpa będzie dla niej samobójcze.



Prezydent spełnił zaś jedną ze swoich obietnic z kampanii wyborczej: zdecydował o przeniesieniu ambasady USA z Tel Avivu do Jerozolimy. Islamscy fanatycy są wściekli, ale niewiele to zmienia, bo oni zawsze chcą ucinać głowy "niewiernym". (Pięknie sprawę podsumował Paul Joseph Watson.) Wkurzona jest też cała liberalna opinia publiczna, a wkurza ją to, że władze USA uznały trudny do zaprzeczenia fakt mówiący, że Jerozolima jest stolicą Izraela (choćby z tego powodu, że znajduje się tam izraelski parlament, siedziba prezydenta i znaczna większość izraelskich ministrów oraz urzędów państwowych) i była nią jeszcze przed 1967 r., gdy miasto było podzielone między Izrael a Jordanię. Liberalna opinia publiczna jest też oburzona, by ten symboliczny ruch "wywoła wojnę na Bliskim Wschodzie". Tak się jednak składa, że wojna tam już trwa od bardzo dawna. O ile część państw regionu głośno zaprotestowała przeciwko decyzji Trumpa, to po cichu (tak jak Arabia Saudyjska) dają do zrozumienia, że kwestia Jerozolimy ich wali i ogólnie kładą ch... na Palestyńczykach, których i tak nigdy specjalnie nie lubili. Ważniejszą dla nich sprawą jest konfrontacja z Iranem, a w tej kwestii mają wspólne interesy z USA oraz Izraelem. Któraś tam już z rzędu intifada nie miałaby więc wsparcia ani w Arabii Saudyjskiej, ani w Emiratach, ani w Egipcie. Hamas niewiele może zdziałać militarnie a Hezbollah jest zaangażowany w Syrii. Dużo ostrzej niż w Palestynie może być więc na ulicach zachodnioeuropejskich miast, gdzie przedstawiciele religii pokoju urządzą sobie znów zamieszki i zamachy, by pokazać jak bardzo są obrażeni przez to, że izraelscy Żydzi nie są takimi ciotami jak Niemcy.

***


6 grudnia doszła do mnie bardzo smutna wiadomość: zmarł Witold St. Michałowski, mój przyjaciel, pisarz, podróżnik, specjalista od rurociągów i energetyki, człowiek który był częścią historii przez duże "H". Znałem go od jakiś ośmiu lat. Wielokrotnie ze sobą gawędziliśmy dzieląc się wiedzą i opiniami. Miałem okazji słuchać jego niesamowitych opowieści dotyczących ludzi, których spotkał i krajów, które odwiedził. Był wielkim erudytą, niesamowitym ekscentrykiem a przy tym człowiekiem o niezwykle dobrej duszy.

Wiele osób być może kojarzy go jako człowieka, który przywrócił Polakom pamięć o wielkim pisarzu Ferdynandzie Ossendowskim. W jego domu było urządzone mini-muzeum Ossendowskiego a jednym z eksponatów była tablica pamiątkowa, na której tego pisarza określono mianem "antykomunisty". Miała być zawieszona na przedwojennym domu Ossendowskiemu na warszawskiej Ochocie, ale resortowym lokatorom tej kamienicy nie spodobało się to, więc zawieszono tam tablicę ocenzurowaną - już bez "antykomunisty". Michałowski wspominał, że Ossendowskim zainteresował się gdy był dzieciakiem - zauważył, że w szkolnej kotłowni pali się książkami wycofanymi przez komunistyczną cenzurę z biblioteki. Ze stosu tego "opału" zwinął książki Ossendowskiego i dzięki temu zakochał się w twórczości tego pisarza. Michałowski przypomniał też Polakom o istnieniu barona Ungerna i jego mongolskiej ekspedycji. Był zafascynowany Mongolią i Wielkim Stepem. Pierwszą wyprawę do Mongolii odbył 50 lat temu. Podczas naszego ostatniego spotkania, we wrześniu, z wielkim zainteresowaniem oglądał fotki, które zrobiłem w tym kraju podczas swojej niedawnej wyprawy.

Już sama data urodzin Witolda Michałowskiego (23 sierpnia 1939 r.) była bardzo symboliczna. Nie jest też żadną przesadą stwierdzić, że ten człowiek ocierał się często o tajną historię Polski. Jego ojciec był oficerem sanacyjnego Oddziału II SG, czyli służb specjalnych, który zginął w dziwnych okolicznościach w drugiej połowie lat 40-tych. Był on ideowym piłsudczykiem a przy tym autorem broszurki pokazującej tatarskie korzenie Marszałka Piłsudskiego. Michałowscy też byli rodem o tatarskich korzeniach, ale z licznymi "międzynarodowymi" domieszkami. (Dalszym krewnym Witolda był... oficer SS powieszony za udział w spisku z 20 lipca 1944 r.) Teść Witolda, Stefan Porawa-Matuszczyk, był w AK szefem komanda likwidacyjnego 993W.

Witold był na "ty" zarówno z o. Tadeuszem Rydzykiem jak i Urbanem. Każdego z nich poznał na jakimś etapie swojego życia. Występował w Telewizji TRWAM i TV Republika (a także Telewizji Narodowej), ale bynajmniej nie był prawicowcem. Mówił o sobie: "Byłem, jestem i będę człowiekiem lewicy. Piłsudczykowskiej". W październiku 1956 r. słuchał wystąpienia Jacka Kuronia na wiecu na Politechnice Warszawskiej. Podszedł do mówcy i pokazał mu książkę przedwojennego polskiego komunisty Jana Hempla "Kazania Polskie". Wydaną w Kurytybie, w Brazylii przed I wojną światową. Na okładce widniała swastyka. Jacuś-Placuś Kuroń spojrzał na nią i oburzony rzucił: "Z agentami faszyzmu nie chcę mieć nic do czynienia!". Michałowski słusznie uznał go za totalnego kretyna. Sam działał w PZPR, aż go wywalili z niej 1968 r. za krytykę kampanii antysemickiej. Co ciekawe kojarzono go wówczas z narodowymi komunistami, a nawet z mijalowcami.

W 1976 r. jako pierwszy przedstawił (na łamach "Przeglądu Technicznego") pomysłu budowy terminalu LNG mającego uniezależniać Polskę od dostaw gazu ze Wschodu. Ten artykuł wywołał wściekłą reakcję ambasady sowieckiej. Interweniowała bezpośrednio u Gierka. Gierek  podziękował Michałowskiemu za pomysł z LNG i "ukarał go" wysyłając na znakomicie płatny kontrakt do Iranu. W Iranie Michałowski wykrył przekręt przy budowie rurociągu, za co osobiście podziękował mu Szach.

W latach 90-tych Witold Michałowski starał się uprzykrzać życie Gazpromowi. W swoich publikacjach a także na łamach wydawanego przez siebie branżowego pisma "Rurociągi" nieustannie wskazywał, że kontrakt jamalski to "tranzytowy przekręt stulecia". Procesował się z nim Gudzowaty (przeprosili się ze sobą, gdy Gazprom zaczął wojnę przeciwko temu miliarderowi). W 1994 r. w dom Michałowskiego uderzył "piorun kulisty", paląc mu część archiwum.

W trakcie walki przeciwko Gazpromowi, Michałowski zdobył niecodziennego sojusznika... Samoobronę. Wspólnie z rolniczymi związkowcami zorganizował blokadę prac przy gazociągu. "Gdy okazało się, że rosyjsko-niemiecki korytarz gazowy polski podatnik dofinansował kwotą blisko 2 miliardów dolarów, a Skarb Państwa będzie otrzymywał zaledwie 3 proc. kwot, jakie powinny być pobierane za tranzyt gazu, namówiłem Samoobronę do działania. Na skutek chłopskich protestów budowa Wielkiej Rury stanęła na wiele miesięcy. Ja zaś zostałem uznany za agenta Leppera. We Włocławku, przy udziale ówczesnego wojewody, urzędującego w wspaniałym gabinecie właśnie ofiarowanym mu przez gazpromowską spółkę, podjęto próbę załagodzenia konfliktu z rolnikami. Poszkodowani zwrócili się do mnie o pomoc. Gdy udowodniłem, że odszkodowania za zajęcie pasa gruntów rolnych mogą być wielokrotnie wyższe rozpuszczono pogłoskę, że jestem agentem czeczeńskim" - wspominał Michałowski.  Blokada Jamału sprawiła, że Samoobrona została zauważona i prawdopodobnie kupiona. Michałowski przez pewien czas był związany z tą partią, pisał nawet dla niej część programu (a w Brazylii poznawał Leppera z niejakim Inacio Lulą da Silvą), a z Lepperem przyjaźnił się również po jego politycznym upadku. Pamiętam jak latem 2011 r. w niecały tydzień po śmierci Leppera rozmawialiśmy o tym jak i dlaczego zabito tego "trybuna ludowego". Gdy pytałem go kilka lat później o fenomen Zbigniewa Stonogi, odpowiadał: "Stonodze i Tymochowiczowi podawało się rękę z największą niechęcią".

Witold Michałowski był wielkim rzecznikiem strategicznego pojednania polsko-ukraińskiego. Miał nawet okazję, w trakcie dyskusji w jednym z Klubów Gazety Polskiej, nawrzucać księdzu Isakowiczowi-Zaleskianowi od agentów FSB. Był też wielkim przyjacielem czeczeńskich niepodległościowców. Drugą wojnę w Czeczenii obserwował z bliska, jako korespondent wojenny. Miał po tamtej stronie znakomite kontakty. Poznał m.in. Szamila Basajewa. Znał się też jednak z gen. Lebiedziem i widział się z nim na krótko przed tym jak Lebiedzia zabito w akcie sabotażu lotniczego. Wiedza o metodach działania rosyjskich specjalistów od tego typu "wypadków" sprawiła oczywiście, że w sprawie Smoleńska zajmował od początku jednoznaczne stanowiska. "Nie pytaj o brzozę. Ona w tej historii się nie liczy. Ona została ścięta odłamkiem" - mówił mi na początku 2011 r. O "hrabim" Bronisławie Komorowskim mówił zaś: "Michałowscy nigdy żadnym "hrabiom" rąk nie podawali. Sejmy I RP nie uznawały tytułów nadawanych przez obcych władców takich jak "hrabia". Nazywać się "hrabią" to tak jak mówić o sobie "jestem agentem UB".

Fascynacja ludami turkijskimi, Czeczenią oraz własną  tatarską przeszłością sprawiła, że kilka lat temu Witold Michałowski przyjął islam oraz imię "Szirin". Nie zaobserwowałem jednak by był specjalnie wierzącym muzułmaninem - nie świadczyło tym przynajmniej jadło, którym gościł u siebie swoich przyjaciół, ani wino i miód, które z nimi pił, ani wielkie psiska, które trzymał w domu. Miał bardzo niecodzienne, wolnomyślicielskie poglądy religijne. Nie przeszkadzały mu one jednak w wizytach w "Radiu Maryja" (gdzie pozdrawiał słuchaczy słowami "Salam Alejkum"!) czy wycieczkach po Watykanie ze swoim szkolnym kolegą abpem Hoserem. Witold Michałowski łączył ludzi z bardzo wielu, różnych środowisk. Tacy ludzie jak on są postaciami pół-legendarnymi. Był więc też bardzo aktywny, nawet w ostatnich miesiącach życia, gdy białaczka go stopniowo pozbawiała żywota. Długo rozprawiał o nowych książkach, które miał zamiar napisać i projektach, które chciał zrealizować...

R.I.P.

sobota, 2 grudnia 2017

Jak Szogun pola minowe zostawił + Rozgrywka z Flynnem

Ilustracja muzyczna: Hiroyuki Sawano - Here I Am - Re: Creators OST



Muszę wyrazić podziw dla gen. Stanisława Kozieja, zwanego przez wielu wojskowych "Psiejem". W naprawdę niezły sposób przeprowadził odwrót strategiczny z BBN. Zostawił za sobą pola minowe, miny-pułapki i inne ukryte przeszkody.

Ot np. taką miną był płk Czesław Jóźwik, dyrektor w BBN, będący wcześniej oficerem WSW i WSI, Za elementy tego pola minowego można uznać również wielu innych pozostawionych przez gen. Kozieja w BBN wojskowych z komunistyczną przeszłością (nawet takich, co wierzyli w ustrój tuż przed upadkiem Muru Berlińskiego), w tym dyrektora gabinetu obecnego szefa BBN Pawła Solocha.

Czy taką miną jest również sam Paweł Soloch? Oczywiście to gostek odpowiedzialny za politykę kadrową w BBN, czyli pozostawienie w nim ludzi gen. Kozieja oraz za różne kuriozalne akcje takie jak np. obrona WSIowego nieudacznika Krzysztofa Duszy (pierwowzoru Kapitana Dupy?). O Pawle Solochu słyszałem ostatnio bardzo wiele niepochlebnych opinii. Najłagodniejsza mówiła, że "będzie strasznie przed tobą się płaszczył, by zyskać twoje zaufanie, a później wbije ci zardzewiały nóż w plecy". Inne były dosyć wulgarne, więc nie będę ich cytował. Piotr Nisztor nazywa Solocha "największym błędem prezydenta Dudy".  A może lepiej nazwać go największym odkryciem gen. Kozieja?



Soloch, zanim został w 2015 r. szefem BBN, był m.in.: szefem Instytutu Sobieskiego, wykładowcą KSAP, doradcą szefa BBN w latach 2008-2010, podsekretarzem stanu w MSWiA w latach 2005-2007 (a więc za ministrów: Dorna, Kaczmarka i Stasiaka), szefem Obrony Cywilnej, a w latach 1992-1999 robił karierę w MSZ, MON i MSWiA III RP. Skończył prestiżową paryską uczelnię ENA, w której kształcą się francuskie elity. Kto go tam posłał na przełomie lat 80-tych i 90-tych? Kto promował jego karierę w silnie zaubeczonych resortach?

Przyjrzyjmy się szefom BBN w III RP: Jerzy Milewski - oczywisty TW, Henryk Goryszewski - zasłużony dla Gazpromu, Marek Siwiec - TW, Jerzy Bahr - peerelowski dyplomata (ambasador w Moskwie w 2010 r.), zabici w Smoleńsku: Władysław Stasiak i Aleksander Szczygło, gen. Stanisław "Szogun" Koziej, no i Paweł Soloch.

Dr. Jerzy Targalski (Nya!) słusznie prawi, że urząd prezydenta jest w Ubekistanie stabilizatorem systemu. Taką rolę odgrywali rezydent Informacji Wojskowej "Wolski", TW "Bolek", TW "Alek" i WSIosław Komorowski, wraz ze swoim otoczeniem. Kaczyński nie pasował do tej roli, więc Syndykat musiał się go pozbyć. Rolę stabilizatora ma odgrywać zapewne też prezydent Duda wraz ze swoim otoczeniem. To logiczne, gdyż inni strażnicy systemu się wykruszają - no przecież Schetyna, Nitras, Pomaska i Szczerba, Petru ze swoim haremikiem i tymi debilami, co zbierają pieniądze na Stypendium Wolności dla Kijowskiego, nie nadają się na stabilizatorów systemu.

Pamiętam jak w 2015 r. Artur Zawisza napisał, że zna Dudę i uważa, że to człowiek o "wrażliwości dawnej Unii Wolności" i że po pewnym czasie jego elektorat się na nim zawiedzie. Duda rzeczywiście poważnie zawiódł swój elektorat szopką wokół ustaw o "sądowych kurwach" oraz wojenką z szefem MON. Niektórzy mówią o budowie partii prezydenckiej - ale taka partia zapewne nie zebrałaby więcej poparcia niż mocno poturbowany przez swojego lidera ruch Kukiz'15. Albo mu więc ktoś bardzo głupio doradza, albo... Daje w każdym bądź razie do myślenia jego zadziwiający upór w sprawie swojego doradcy gen. Kraszewskiego. Blokował nominacje generalskie, blokował awanse w SKW, bojkotował uroczystości nadawania sztandarów jednostkom WOT, dąsając się, że mu "bezprawnie" kontrwywiad sprawdza doradcę. Jest tylu generałów, nie mógł wybrać sobie tymczasowo jakiegoś innego? Sam też przy tym eskalował konflikt, np. odmawiając spotkań z szefem MON.

Minister Macierewicz mówił zaś ostatnio, coś bardzo intrygującego:



"Zapewne niektórzy z państwa pamiętają rozmowę między Wojciechem Jaruzelskim i Michaiłem Gorbaczowem, podczas której Jaruzelski zapewnił, że jeśli chodzi o polską armię, to on na pokolenia zabezpieczył dominację środowisk związanych ze Związkiem Sowieckim. Wydawało się wówczas, że mamy do czynienia z pewną bufonadą w wykonaniu Jaruzelskiego – ot, takim rzuceniem nieuprawnionego stwierdzenia, niemającego żadnego zakorzenienia w faktach. Później jednak zapoznałem się z dokumentami dotyczącymi systemu nazwanego „złotym funduszem” (oficjalna nazwa: Fundusz Przyspieszonego Rozwoju).

Czym jest złoty fundusz?

To sformalizowana grupa ludzi, którzy przynależność do złotego funduszu mieli zapisaną w oficjalnych dokumentach personalnych żołnierza. To byli młodzi ludzie, wyselekcjonowani na początku lat 80. z całej kadry oficerskiej, jako ci, którzy będą w przyszłości dowodzili polską armią. Wojsko miało czuwać nad ich rozwojem i przygotowaniem do roli dowódców.

Dlaczego ta grupa została nazwana złotym funduszem?

Ze względu na przywileje finansowe, możliwości wszechstronnego szkolenia i zapewnionej drogi awansu. W wojskowych służbach specjalnych PRL tego typu strukturę nazywano kadrą perspektywiczną. Ta nazwa funkcjonowała także w oficjalnych dokumentach. Gdy zostałem ministrem obrony narodowej, zobaczyłem w armii ludzi ze złotego funduszu na kluczowych stanowiskach. To niewielka grupa, ale wciąż bardzo wpływowa – nawet jeśli znajduje się dzisiaj poza armią. (...)

Tak, a ich wpływy można było zaobserwować, gdy z wojska odeszło kilku generałów współodpowiedzialnych za osłabianie polskiej armii. Rozpoczął się wówczas medialny, zmasowany atak, który wciąż trwa. I nikt nie czuje się zażenowany tym, że chodzi o funkcjonariuszy wojskowej bezpieki, i tych, którzy bili czołem przed gen. Stanisławem Koziejem czy prezydentem Bronisławem Komorowskim. Robili to wówczas, gdy milczenie gen. Mieczysława Cieniucha, dowodzącego „grupą wsparcia” dla ekspertów pracujących w Smoleńsku, pomagało upowszechniać kłamstwo smoleńskie. Robili to także wówczas, gdy na kilka miesięcy przed agresją rosyjską na Ukrainę Bronisław Komorowski ogłaszał doktrynę, że przez dwadzieścia lat nie będzie wojny w Europie, a Rosja nam nie zagrozi. Wówczas nie mieli odwagi ani bronić swoich towarzyszy broni leżących w błocie smoleńskim, ani Polaków skazywanych na bezradność wobec Rosji! (...)

Jakie są inne przykłady wpływów wojskowych ze złotego funduszu?

Skoncentrowany atak na wojska obrony terytorialnej, krytyka budowy Kanału Żeglugowego na Mierzei Wiślanej, podsycanie niechęci wobec NATO i USA, obrona skompromitowanych grup interesu w wojsku. Na przykład – jeden z generałów publicznie mówi, że jest przeciwnikiem przekopania Mierzei Wiślanej, ponieważ nie będą tam mogły wpływać jednostki marynarki wojennej. To oczywiście nieprawda, bo ograniczenia dotkną tylko części naszej floty. Takie stanowisko to nic innego jak wspieranie argumentacji Kremla, działanie, które wprost bije w nasze bezpieczeństwo narodowe. Bo przecież wiadomo, że Rosjanom zależy na tym, aby Polska nie miała autonomicznego wyjścia z Zalewu Wiślanego, tylko musiała za każdym razem prosić o zgodę na przepływ przez wody Federacji Rosyjskiej. Kiedy w ramach planów NATO rozpoczął się proces wzmacniania wschodniej flanki i zaczęliśmy przenosić wojska operacyjne z baz zachodnich w stronę wschodniej granicy kraju, nagle generałowie ze złotego funduszu podnieśli wrzawę. Uważali dyslokację wojsk pancernych na wschodni brzeg Wisły za skandal, tak jakby właśnie wokół Berlina trzeba było tworzyć pierścień obronny. Dorobiono do tego całą pseudomilitarną argumentację, jakoby trzeba było chronić te wojska przed pierwszym rosyjskim atakiem, by były zdolne do kontruderzenia. Ci sami ludzie w innych wypowiedziach podsycają nieufność do USA, twierdząc, że w planach NATO i USA przyjmuje się, iż terytoria na wschód od Wisły nie będą bronione. Skutki tego informacyjnego chaosu są oczywiste – Polacy mieszkający na wschód od Wisły mają się bać za każdym razem, gdy Putin tupnie nogą. I nawet decyzja o rozmieszczeniu Batalionowych Grup Bojowych NATO na wschodniej flance nie zmieniła tej prorosyjskiej propagandy."

Słowom Macierewicza zaprzecza gen. Skrzypczak, mówiąc jednak bardzo interesującą rzecz:

"W drugiej połowie 2007 r. na poligonie w Węgrzynie w trakcie manewrów ówczesny minister obrony Aleksander Szczygło, jadąc ze mną w aucie, zapytał mnie, co to jest ten Fundusz Przyspieszonego Rozwoju. Opowiedziałem mu o tym i wtedy dalej tematu nie rozwijał. Drugi raz temat podniósł w Dowództwie Wojsk Lądowych w luźnej rozmowie z oficerami."



Czyli jednak Szczygło zaczął coś podejrzewać w tej sprawie... O gen. Skrzypczaku można zaś przeczytać niezwykle interesujące informacje w kontekście pewnej spółeczki powiązanej ze sprawą spółki Siltec powiązanej ze sprawą smoleńską:

"Niektóre z osób działających dziś w SILTEC, jeszcze do niedawna można było znaleźć w firmie Halex Holding S.A. Ta nazwa mówi dziś niewiele, jednak przed kilkoma laty właściciel spółki Roman Niemyjski zasłynął siedmioma wyrokami sądowymi, w tym za oszustwa i spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, a sama spółka miała niezwykle ciekawe koneksje. Śledztwo dziennikarskie, prowadzone wówczas przez „Rzeczpospolitą” wykazało zadziwiającą drogę kariery właściciela holdingu. W latach 80. Niemyjski pracował jako górnik w kopalni, doszedł tam do stanowiska nadsztygara. Po 1989 r. zajął się handlem. Jako pierwszy woził do Polski syberyjski węgiel. W połowie lat 90. kontrolował prawie cały import węgla do Polski. Zbankrutował, gdy Ministerstwo Gospodarki w 1999 r. wprowadziło ograniczenia importu węgla. Kiedy Niemyjski przeniósł interesy do Warszawy, związał się z Instytutem Problemów Strategicznych, w którym przed wyborami 2001 r. przygotowywano plan czystek w UOP. Wśród jego założycieli byli ludzie z pierwszego szeregu SLD: Zbigniew Siemiątkowski, Jerzy Jaskiernia, Andrzej Kapkowski, Zbigniew Sobotka. Niemyjski prowadził również interesy z byłym skarbnikiem lewicy Wiesławem Huszczą, a jego dobrym znajomym miał być Ludwik Michalak, pseudonim „Ludwik”, rezydent gangu pruszkowskiego na Wybrzeżu, ścigany listem gończym za zbieranie haraczy z automatów do gry.

W 2003 r. przez holding Niemyjskiego przewinęli się m.in: płk Piotr Zaskórski (b. szef Departamentu Polityki Zbrojeniowej MON), płk Janusz Zwoliński (b. szef Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych), gen. Waldemar Skrzypczak (wówczas jeszcze dowódca XI Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu), ppłk Włodzimierz Rybak (pracownik Wojskowej Agencji Mieszkaniowej). Jak informowały media – płk Zwoliński zaprzeczał, że był w spółce, podobnie gen. Skrzypczak. Żaden z nich nie miał bowiem zgody przełożonych na działalność w Halex Holding. Ich nazwiska figurują jednak w Krajowym Rejestrze Sądowym. W spółce często widywano emerytowanego generała Zenona Poznańskiego, absolwenta moskiewskiej Akademii Obrony im. Woroszyłowa, doradcę Samoobrony, współzałożyciela (z gen. Dukaczewskim) stowarzyszenia PROMILITO. Jednym z założycieli holdingu był płk Tadeusz Pańczyk z Departamentu Kadr MON. Innym – Bolesław Borysiuk, w czasach PRL-u członek władz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, doradca spółki ART. B od spraw ZSRR, kandydat Samoobrony na ministra spraw wewnętrznych.

W radzie nadzorczej Halex Holding S.A zasiadali m.in. Jolanta Kłosińska (żona płk. Krzysztofa Kłosińskiego, szefa Zarządu III WSI), Marianna Kapkowska (żona Andrzeja Kapkowskiego, b. szefa UOP), Shik Kima (doradca ambasadora Korei w Polsce) oraz dwóch białoruskich dyplomatów, podejrzewanych o bliskie związki z KGB.

Fakt, że w tego rodzaju spółkach przewijają się oficerowie LWP oraz ludzie Wojskowych Służb Informacyjnych nakazuje dostrzegać w nich „firmy specjalnego znaczenia”, działające według kryteriów niedostępnych dla innych podmiotów gospodarczych."

Złoty Fundusz to jak widać dla niektórych za mało...


***
W USA mają natomiast problemy z własnym stabilizatorem systemu.



Przez ostatni rok ludzie Clintonów, Podesty, Brenana, Comeya i Muellera desperacko szukali CZEGOKOLWIEK mającego świadczyć, że Trump spiskował z Rosją przeciwko Hillary w trakcie ostatnich wyborów prezydenckich. Ich pracę dobrze podsumował skręcony ukrytą kamerą dziennikarz "Washington Post", a więc gazety należącej do gostka prowadzącego interesy z CIA i zarazem pisma ostro nakręcającego narrację o "rosyjskiej ingerencji w wybory". Dziennikarz ten stwierdził, że cała ta "rosyjska ingerencja" to "fucking crap shot". 
Ludzie Muellera i Głębokiego Państwa próbowali przycisnąć Paula Manaforta, by czymkolwiek obciążył Trumpa, ale jak widać im nie szło.



Więc zabrali się za gen. Flynna. I wygląda na to, że trafili w cel. Flynn wkopał się w lobbing na rzecz Erdogana i w (całkiem sensowny) plan porwania Gullena i przewiezienia go do Turcji. Prawdopodobnie śledczym Muellera udało się skłonić do współpracy tureckiego biznesmena Rezę Zarraba siedzącego w USA za łamanie sankcji przeciwko Iranowi. Gen. Flynn wcześniej angażował się w lobbing na rzecz złagodzenia kary dla Zarraba. Mueller wyraźnie liczy, że Flynn będzie odpowiednikiem Johna Deana z afery Watergate - czyli, że obciąży Trumpa swoimi zeznaniami. Najlepiej oczywiście, gdyby Flynn mocno ubarwił sprawę zeznając, że przekazywał Trumpowi walizki pieniędzy bezpośrednio od karzełka Putina-Hujły i że na Kremlu nie mogli się nadziwić mądrości i uczciwości Hillary Clinton. Mueller potrafi robić takie numery - wszak tuszował zamach w Lockerbie, zamachy z 11 IX 2001 r. i był protektorem Bractwa Muzułmańskiego w USA (a zwłaszcza będącej jego ekspozyturą organizacji CAIR). Nie zapominajmy jednak, że Flynn to były szef wywiadu wojskowego a takich ludzi się zwykle nie ciąga po sądach, bo zbyt wiele spraw by wyszło na jaw.  To Flynn pociągał za sznurki przez jakiś czas w tajnej wojnie na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza w programie zabójstw terrorystów. Może on więc zrobić nie jedną niespodziankę...



Upór, z którym Głębokie Państwo próbuje uwalić Trumpa jest intrygujący, zwłaszcza, że Trump też jest przecież częścią amerykańskiego establiszmentu i prowadzi politykę przyjazną wobec kompleksu militarno-przemysłowego i przemysłu naftowego. To potwierdza moją tezę, że te środowiska nie są już (i nigdy nie były) najważniejsze w amerykańskiej hierarchii władzy a wyżej od nich stoi ktoś inny. Nie są to bynajmniej tak demonizowani z prawa i lewa "syjoniści", bo przecież Trump jest przyjacielem Izraela i ma żydowskiego zięcia oraz córkę, która przeszła na finansowy judaizm. Trumpa chcą moim zdaniem uwalić przede wszystkim rodziny reprezentujące liberalny establiszment z obydwu wybrzeży, które chcą kontynuować eksperyment społeczny rozpoczęty w latach 60-tych. Wystarczy się przyjrzeć dotychczasowym dokonaniom prezydenta Trumpa, by zobaczyć, że w polityce wewnętrznej zdołał - pomimo oporu globalistów z Kongresu i "sądowych kurew" - zrobić nawet całkiem sporo rzeczy, które wkurwiają liberalnych globalistów. Od swojego programu wyborczego odszedł on głównie w polityce zagranicznej, co wskazuje, że izolacjonistyczny ton był głównie bajeczką na potrzeby kampanii wyborczej. (Tutaj macie dobre zestawienie pokazujące stan realizacji jego programu.)

Wielką porażką Trumpa jest kwestia północnokoreańska. Skończyło się na tym, że Korea Płn. zapowiada, że w reakcji na amerykańską agresję będzie broniła się bronią atomową, a Amerykanie odpowiadają, że jak coś takiego zrobi, to zostanie dokumentnie rozpieprzona nuklearnie. Obie strony deklarują więc, że użyją broni atomowej tylko w samoobronie a Chiny mają dbać o to, by Korea Płn. nie zrobiła nic głupiego. Będziemy mieć więc pewnie zbrojny pokój na Półwyspie Koreańskim.
Administracja Trumpa zawarła za to rozejm z Chinami. Oba supermocarstwa uznały, że są na razie zbyt słabe, by prowadzić wojnę - nawet wojnę handlową. Wybrały więc negocjacje. Widać tutaj duży wpływ sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, ale też typowe zagranie biznesowe Trumpa.



Relacje amerykańsko-rosyjskie układają się zaś jak najlepiej dla nas. Mamy więcej żołnierzy US Army i NATO w Europie Środkowo-Wschodniej, kontrakt na Patrioty, amerykański gaz łupkowy w Świnoujściu, akcje prawną przeciwko Nord Stream 2... Tylko prowokator, idiota czy inny Michał Bąkowski może twierdzić, że interesy Trumpa są zbieżne z interesami Kremla.



Słabiej poszło Trumpowi z Bliskim Wschodem. Choć w sumie fajnie, że patronuje on sojuszowi izraelsko-saudyjskiemu i czystce w Rijadzie będącej odpowiedzią na próbę zamachu na księcia Mohammeda bin Salmana w Las Vegas (zamaskowanej jako masakra rzekomo dokonana przez wojskowego agenta Stevena Paddocka). Zdołano zlikwidować Państwo Islamskie, ale tworzy to nowe problemy, bo w próżnię strategiczną wchodzi Iran. Ostatnio Trump obiecał Erdoganowi wstrzymanie dostaw broni dla kurdyjskich terrorystów z YPG w Syrii. Naszym kurdofilom się to nie podoba, ale zadam pytanie: jaki jest cel wspierania Kurdów? Jedyne co mieli do zaoferowania to udział w walce przeciwko Państwu Islamskiego. Państwo Islamskie już zostało jednak pokonane. Co mają więc Kurdowie do zaoferowania? Że nie będą podkładać bomb? Przypomnę, że YPG jest częścią marksistowskiej organizacji terrorystycznej PKK. Zamachy PKK nie uderzają tylko w tureckie wojsko i policję, ale też w cywilów - np. w tureckich nauczycieli. W Syrii były przypadki, że terroryści z YPG mordowali dowódców asyryjskich, chrześcijańskich milicji. A także momenty, gdy rozbrajali lokalne milicje, po czym spieprzali i zostawiali rozbrojonych chrześcijańskich cywilów na pastwę ISIS. Wspieranie YPG ma taki sens jak wspieranie Frontu Al-Nousra - tylko jako działanie doraźne. Syryjscy Kurdowie rządzą kawałkiem pustynnego zadupia a udzielanie im pomocy skłóca z USA Turcję, czyli wielką gospodarkę leżącą na trasie chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku, hub gazowy i regionalną potęgę militarną. No i nie zapominajmy od 2 mln nachodźców, których Erdogan może wysłać do Europy, jeśli się wkurzy. Od Kurdów syryjskich dystansują się nawet Kurdowie iraccy, którzy starają się utrzymywać dobre relacje z Turcją. Nasi pięknoduchowie jednak uważają, że YPG trzeba popierać ze względów moralnych, bo Kurdowie walczą o własne państwo. A Provisional IRA przeciwko Wielkiej Brytanii też popieracie? A Osetię Południową i Naddniestrze?
"Ale przecież Turcy brutalnie się z Kurdami obchodzą!". A ja chciałbym, żeby ktoś w Europie zastosował podobnie ostre metody w walce z islamskim terroryzmem i nielegalną imigracją...

A teraz wyobraźcie sobie, jakie mieli plany liberalni globaliści w związku  z kadencją prezydencka Hillary. Co chcieli rozpieprzyć, gdzie wywołać wojny i rewolucje, jakie umowy w sprawie wolnego handlu przepchnąć i jaką inżynierię społeczną wdrożyć? Zapewne z Hillary w Białym Domu, mielibyśmy już rosyjskie wojska na Łotwie i w Estonii...

***
Oczywiście to, że nie chciałem Hillary w Białym Domu i wolałem tam Trumpa, zostało uznane przez pewnego znanego blogera za objaw tego, że jestem rosyjskim agentem. Jak czytamy:

"Blogger Maczeta Ockhama pisze...


@zbyszek
Kozieł jest nachalnym manipulatorem serwującym pro-trumpowską propagandę i regularnie powielającym zmyślone pseudowiadomości. To jest to, co widać na pierwszy rzut oka.
Na drugi rzut można zobaczyć, że: 1. pro-trumpowską agendę i tak jest trudno rozróżnić z pro-putinowską, bo zbieżność interesów jest bardzo daleko posunięta. Choć są oczywiście rzeczy, które z interesami Rosji nie mają nic wspólnego i są wewnętrzną sprawą w USA
2. W tej pro-trumpowej agendzie linia, która promuje to nie jest żadna linia poglądów. To jest bardzo duża aktywność w celu utrzymywania popularności Trumpa w Polsce. Bez znaczenia jak to będzie osiągane."

Ułatwię zadanie swoim krytykom i przypomnę, że byłem w Moskwie w 2012 r., gdzie się wybrałem na Ruski Marsz. Tutaj macie trochę fotek.  (I nawet po tej wizycie przepowiadałem, że Ksenia Sobczak będzie premierem Rusi. Chehelmut napisał wówczas: "Przyznam Fox, że pomysłem z premierową Sobczakową przebiłeś moje fantazje adopcyjno-matrymonialne Obamy, które tu niedawno snułem, z drugiej skoro mieli Katarzynę wielką to dlaczegoż by i nie postmodernistyczną carycę Ksienię ?" No cóż, w przypadku Kseni Sobczak można by i prometejski wątek pociągnąć, bo jej ojciec miał polskie korzenie, Oczywiście nie sądzę, by wygrała wybory prezydenckie w Rosji w 2018 r., ale...). A w 2011 r. w Mińsku, na Białorusi piłem wódkę z weteranami specnazu z Afganistanu. Nie pamiętam, czy w Mołdawii miałem okazję podać rękę właścicielowi tego kraju Palhutniucowi, ale na pewno zamieniłem parę słów z jego bratankiem Adrianem Candu, który chyba jest teraz przewodniczącym parlamentu. No i poza tym byłem w Serbii, Bośni, Kosowie, Turcji, Pakistanie, Chinach, Mongolii. Wietnamie i w DMZ... Czekam aż Tomasz Piątek książkę o mnie napiszę. :) Ruski agent ze mnie! W odróżnieniu oczywiście od generała Kozieja...


sobota, 25 listopada 2017

Londyn, Braun i jesienne sprzątanie magazynów

Tak się akurat złożyło, że mój wyjazd do Londynu zbiegł się w czasie z zamachem stanu w Zimbabwe, w którym "Krokodyl" (były szef bezpieki) obalił wraz z wojskowymi 93-letniego prezydenta Roberta "Jestem już na to za stary" Mugabe. Ten zamach stanu miał swoją wewnętrzną dynamikę - był kulminacją walki frakcji "Krokodyla" (zwanej "Lacoste") przeciwko pierwszej damie Grace Mugabe. Odbył się jednak za przyzwoleniem Chin (dowódca armii wizytował Pekin tydzień przed zamachem). A na szerszej płaszczyźnie wpisywał się oczywiście w proces rozpoczęty pół wieku temu - destabilizującej dekolonizacji mającej sprawić, że mieszkańcy Afryki będą wiecznymi biedakami dymanymi przez dawne mocarstwa kolonialne i blok komunistyczny. Z procesu tego próbowała się wyłączyć Rodezja premiera Iana Smitha - przeprowadzając dekolonizację na swoich warunkach i stając się pierwszą od XVIII w. kolonią, która zbuntowała się przeciwko Londynowi. Proces ten jest z grubsza opisany choćby w dzisiejszym "Plusie Minusie", do którego Was odsyłam.

Zamach stanu trwa również w Arabii Saudyjskiej, gdzie książę korony Mohammed bin Salman dusi wrogą sobie frakcję czystkami w chińskim stylu (skoordynowanymi z Izraelem i administracją Trumpa). Okazuje się, że amerykańscy najemnicy torturują saudyjskich oficjeli przetrzymywanych w prowizorycznym więzieniu w hotelu Carlton-Ritz. "Głupawy książę" Alwaleed został powieszony głową w dół, by dać innym przykład. Część uwięzionych przekazuje swoje aktywa państwu saudyjskiemu, by odzyskać wolność. A tymczasem saudyjscy oficjele zwiedzają sobie synagogę w Paryżu.  Kto mówił, że Żydzi i Arabowie są skazani na wrogość? Izrael ma świetne, choć potajemne relacje z Arabią Saudyjską i monarchiami znad Zatoki Perskiej.



Podczas mojej podróży zmarł Charlie Manson, jeden z najmniej irytujących, znanych przedstawicieli Pokolenia '68. Zabrał ze sobą do grobu wiele tajemnic wielkiego eksperymentu realizowanego w latach 60-tych na Amerykanach.

Ciekawe i korzystne dla nas rzeczy dzieją się zaś w Niemczech. Nieźle je podsumował dr Targalski (Nya!) w ostatnim "Geopolitycznym Tyglu". Zawarł tam myśl, którą promuje od dawna: "Proszę państwa kochamy muzułmanów, ale pod jednym warunkiem – za Odrą. Niech sobie tam przebywają, u nas nie. Mają dobre warunki w Niemczech, im ich więcej tym lepiej. Dzięki temu problemy z muzułmanami będą mieli Niemcy i o to chodzi. My powinniśmy wykorzystać Obronę Terytorialną na zachodniej granicy, żeby żadni muzułmanie nie przechodzili, a jak już będą przechodzili, żeby byli grzeczni i wydawali te euro, które im Niemcy dają za to, że gwałcą im żony i córki".
No cóż, jest pewne podobieństwo z czasami wojny trzydziestoletniej. Tyle, że zamiast Lisowszczyków mamy ISIS :)

***

A teraz trochę wrażeń z samego Londynu:


"Podchodzi do mnie koleś ubrany jak Austin Powers. Zagaduje na temat Mackiewicza i przekonuje, że Nina Karsow ma wyłączne prawa do jego książek. Pyta się, czy znam nową, awangardową kapelę Led Zeppelin. Później mówi, że ma recepturę i wszystkie składniki do zrobienia LSD, potrzebuje tylko mety. To był Michał Bąkowski z Wydawnictwa Podziemnego."

No dobra, to był mały żarcik... :)




"Wróciłem z kolacji w British Museum. Boże, co za zajebiście monumentalny, imperialny gmach! Tak sobie wyobrażałem budowle planowane przez Speera dla powojennej Germanii. To gmaszysko było jednym z symboli siły Imperium - swoistym paserskim skarbcem dzieł kultury zaiwanionych na całym świecie. Reprezentowało dobre i złe strony kolonializmu. Drugi taki olbrzymi, wbijający w ziemię gmach to Bank Anglii - on ma chyba z założenia wyglądać jak siedziba najważniejszej władzy w kraju. Patrzysz na nie i zastanawiasz się jak później to Imperium przerypało swoją potęgę..."





"Katedra Św. Pawła miała być swoistym anglikańskim Watykanem. Ten imponujący gmach z piękną kopułą stał się jednak głównie pomnikiem chwały brytyjskiego oręża. Przy sarkofagach Wellingtona i Nelsona, przy epitafium generała Slima, pomniczkach upamiętniających generałów poległych na wojnach napoleońskich i żołnierzy Wielkiej Wojny, przy wyblakłych sztandarach, naprawdę czuć historię. W ogóle w centrum Londynu jest mnóstwo militarnych upamiętnień, przed którymi leżą wieńce złożone 11 listopada. Tylko Westminster średnio się teraz prezentuje - Big Ben jest obłożony rusztowaniami. Ps.London Stock Exchange ma siedzibę przy Paternoster Square. W pobliżu jest Ave Maria Lane. Katolicka przeszłość wciąż siedzi głęboko w brytyjskiej psyche. Kościół Anglikański sam sobie robi teraz eutanazję a anglokatolicyzm byłby fajną syntezą cywilizacyjną i arką, w której schronić by się mogła tradycja..."










"Pod opactwem Westminsterskim pięknie upamiętniono poległych żołnierzy. Postawiono im całe kwatery małych krzyżyków ustrojonych flandryjskimi makami. Jest też kwatera dla polskich weteranów, w której na krzyżykach widać biało-czerwone szachownice, symbole 1 Dywizji Pancernej i wojskowe orzełki. W kwaterze rodezyjskiej symbole m.in. Sealus Scouts i bezpieki białej Rodezji. Na Placu Parlamentu, wśród pomników imperialnych mężów stanu, znalazły się też pomniki dwóch grabaży Imperium: Lloyda George'a i Churchilla (który wygląda jakby najebany czekał na taksówkę w deszczową noc :), a także statuy: Gandhiego i Mandeli. W sklepiku z pamiątkami przy parlamencie laleczki sufrażystek i książka "Premier Jeremy Corbyn i 10 innych rzeczy, do których nigdy nie dojdzie". W pobliżu napis na chodniku: " 307 tysięcy bezdomnych w UK. Wstydź się UK!"."




"Z Jarkiem Robertem Sikorą zwiedziłem dzisiaj Imperial War Museum. Placówka robi naprawdę fajne wrażenie. Mają niezłą ekspozycję o I wojnie światowej, a wśród eksponatów z drugiej wojny m.in. rakieta V2 i orzeł z Kancelarii Rzeszy. Jest też wystawa o służbach specjalnych a na niej m.in. VIS Krystyny Skarbek i Nagant Michała Lisa, polskiego oficera SOE walczącego w Albanii. Oczywiście jako miłośnicy historii wojskowości namiętnie dyskutowaliśmy i wymienialiśmy się wiedzą. Księgarnia przy muzeum wprawiła nas zaś w zachwyt. Wieczorem zrobiliśmy sobie spacerek do niszczyciela HMS Belfast zacumowanego koło Tower Bridge."







"Beefeater (strażnik z Tower) pozwolił sobie na taki żarcik: " Oczywiście nasz wspaniały rząd twierdzi, że te wszystkie wspaniałe klejnoty, które to zgromadziliśmy, inne narody przekazały nam z czystej wdzięczności"

***

Przed wyjazdem do Londynu byłem na premierze filmu dokumentalnego Grzegorza Brauna "Luter". Grzegorz Braun to dla mnie trochę taki polski Oliver Stone. Robi świetne filmy na kontrowersyjne tematy, ale jednocześnie głosi czasem dziwne polityczne tezy. Ale cóż, jestem wdzięczny Pobudce za otrzymane zaproszenie. Film na pewno wielu ludziom się nie spodoba, bo burzy cukierkową, politycznie poprawną wizję reformacji budowaną na 500-lecie tego tragicznego wydarzenia. Braun słusznie pokazał ogromny skok książąt i samorządów miejskich na kasę towarzyszący "deformacji" oraz prześladowania ludu, który często pozostawał bardzo długo wierny "papistowskim przesądom" takim jak ludowe rytuały czy kult obrazów, relikwii i świętych, choć formalnie był luterański. Sam Luter został pokazany  jako psychopata. Tak zresztą widział go np. wielki  filozof Nietzsche: jako człowieka, który wpędził Europę w odchłań fanatyzmu w czasie, gdy sięgała do dawnych pogańskich wzorców kulturowych. Ciekawym wątkiem była wzmianka o tym, że  niemieccy luterańscy książęta byli wspierani finansowo przez.... Turków prowadzących swoją ofensywę na Wiedeń. Sam Luter uważał tureckie zwycięstwa za "bicz boży" na grzeszny Rzym. No cóż, nie sposób się uśmiechnąć jak córka pastora Angela Merkel twórczo rozwija tą teorię - muzułmanie w roli multikulturowego bicza na pogrążonych w konsumpcjoniźmie i ksenofobii Niemców :)

W trakcie afterparty po premierze spytałem Grzegorza Brauna: "Jest Pan znanym fanem "Gwiezdnych Wojen". A co sądzi Pan o anime?". Odpowiedział: "Nie jestem mocny w temacie, ale szanuję" :))))))

Czekamy na to jak Braun zinterpretuje "Shingeki no kyojin", "Ikki Tousen", "Higurashi..." a przede wszystkim "Watykańskiego egzaminatora cudów" :)