sobota, 26 listopada 2016

Fidel Castro w końcu zmarł

Fidel Castro miał na drugie imię Alejandro. I już wiecie, jaką piosenkę będą puszczać na jego pogrzebie...







W Miami niezła impreza. Tłumy tamtejszych Kubańczyków świętują na ulicach.  Choć wydawało się, że Fidel Castro przeżyje nas wszystkich, choć przeżył braci Kennedych, Chruszczowa, Mao, Kaddafiego, Mandelę, Jaruzela, Chaveza, generała Giapa a nawet goryla Harambe, choć udało mu się przetrwać niezliczoną ilość prób zamachów kleconych przez CIA, choć mierzył się z 11 amerykańskimi prezydentami i miał do czynienia z 8 sowiecko/rosyjskimi przywódcami, 6 chińskimi i 3 północnokoreańskimi, to w końcu zmarł.  I pewnie pożyłby sobie jeszcze wiele lat, gdyby tyle nie palił.



W mediach od razu pojawiły się wspominki i życiorysy zmarłego kubańskiego dyktatora. Większość z nich to szajs utrzymany w duchu "zmarły wielki rewolucjonista". Jeśli chcecie poczytać o nim coś interesującego - to możecie zerknąć na artykuły wspominkowe w Miami Herald, Daily Telegraph (a jeśli chcecie pooglądać sobie historyczne zdjęcia, to polecam Daily Mail). Z całego świata płyną kuriozalne kondolencje. Były labourzystowski burmistrz Londynu nazwał  Fidela Castro "promieniem światła", szef Partii Pracy Jeremy Corbyn podziękował Castro za wysłanie wojsk do Angoli, tirlandzki prezydent Michael Higgins napisał, że zmarły dyktator był "gigantem" i "zapewnił Kubie postęp społeczny bez precedensu", Jean-Claude Juncker stwierdził, że Castro "był dla wielu ludzi bohaterem",  papież Franciszek określił śmierć komunistycznego przywódcy jako "smutną wiadomość", ale Donald Trump tylko zatweetował: "Fidel Castro is dead!" .



Kim był naprawdę Fidel Castro? Bogatym latyfundystą, który postanowił wykończyć innych latyfundystów, by być właścicielem całej Kuby. Nie miał on początkowo poglądów komunistycznych. Jego dawna kochanka Marita Lorenz wspominała, że podczas kampanii partyzanckiej nie rozstawał się z "Mein Kampf" a jego głównymi inspiracjami ideologicznymi byli Hitler i Mussolini. Nie był wrogo nastawiony do USA - wszak po przejęciu władzy zapraszał do kraju amerykańskich inwestorów a wcześniej zbierał pieniądze na swój zamach stanu w Miami.  Sa pewne poszlaki wskazujące, że zdobyć władzę pomagała mu CIA. Amerykanie od lat 30-tych niezbyt lubili ówczesnego kubańskiego dyktatora Batistę, który był radykalnym socjalistą (i wprowadził na Kubę wysokiej klasy służbę zdrowia - osiągnięcie to przypisał sobie później Castro). Czemu więc później reżim Castro znalazł się na kursie kolizyjnym z USA? Wyjaśnił to zbiegły w latach 70-tych na Zachód gen. Ion Mihai Pacepa, szef rumuńskiego wywiadu zagranicznego. Od 1959 r. wielokrotnie spotykał się z braćmi Castro i jego zdaniem realna władza na Wyspie nigdy nie należała do Fidela tylko do Raula. Fidel służył jako propagandowa twarz reżimu a Raul sterował wszystkim - od wojska i bezpieki po hotele. Raul Castro od połowy lat 50-tych pracował dla KGB. Za rządów Obamy zaczął znów otwierać Kubę dla amerykańskich kapitalistów, co jest kolejnym przypadkiem na sztuczną i odgórną transformację państwa komunistycznego. Śmierć Fidela nic więc na Kubie nie zmieni. Raul ma jednak 85 lat i nie będzie rządzić wiecznie. A czy ma następcę?




Rządy braci Castro przyniosły Kubie jedynie nędzę. W latach 20-tych, 30-tych, 40-tych i 50-tych kraj ten był stosunkowo zamożny na tle Ameryki Łacińskiej. Imigranci, którym nie udawało się dostać do USA często traktowali Kubę jako kraj drugiego wyboru. Solidnie wykonane amerykańskie samochody i sprzęt AGD kupowane w latach 50-tych do dziś służą Kubańczykom. Służą bo nic innego Kubańczycy nie mają. Mój znajomy, Amerykanin pochodzenia Kolumbijskiego, który dużo podróżuje po świecie, powiedział mi: "Krajem, w którym McDoland's mógłby odnieść ogromny sukces jest Kuba. Bo tam, poza ośrodkami turystycznymi, nie ma jedzenia. Byłem na Białorusi i mogę powiedzieć, że tam ludzie mają więcej wolności, dobrobytu i szczęścia niż na Kubie". To skutek działań latyfundysty noszącego na ręku dwa złote rolexy. 





Czy Fidel Castro zrobił coś dobrego? Dwie rzeczy. Wysłał tego dupka Che Guevarę na pewną śmierć do Boliwii. I wydymał mnóstwo niewyżytych suczy będących jego fankami, robiąc z nich dobre samotne matki :) A ponoć leciała na niego Rita Hayworth...

***
Trump wciąż dokonuje ciekawych nominacji. Betsy DeVos, która będzie nowym sekretarzem edukacji, to siostra Erika Prince'a, założyciela Blackwater. Szef jego gabinetu Stephen Bannon, to były oficer Marynarki Wojennej, który był specjalnym asystentem Szefa Operacji Morskich. Pojawiają się przecieki, że do administracji mogą trafić gen. James Mattis (mówiący, że to czasem fajnie strzelać do ludzi) i gen. David Petraeus. Wygląda też na to, że rzeczywiście Trump chce zbudować Mur.  A częściej amerykańskiej agentury u nas jeszcze się nie zorientowała i powtarza "uuu... Trump straszny rosyjski agent".

Tymczasem kandydatka Zielonych Jill Stein  podważa wyniki wyborów w kilku kluczowych stanach wspierając się analizą mówiącą, że hakerzy zmanipulowali głosowanie elektroniczne. To nic, że w jednym ze wspomnianych stanów głosy oddawano jedynie w formie papierowej.  A jeśli donoszono o nieprawidłowościach, to pojawiały się one na korzyść Clinton. Żądna zemsty Hillary najwyraźniej sobie pogrywa i wykorzystuje Stein do podważania wyborów. Może w ten sposób anulować układ "bezpieczeństwo za brak problemów przy przekazaniu władzy". Niech się nie dziwi, jak po wyborach FBI się jednak nią zajmie... A Jill Stein? Sprzedała się jak Bernie Sanders. Trudno ich jednak dziwić za takie zachowania, wszak wyznają światopogląd materialistyczny. Stein w jeden dzień zebrała z nieznanych źródeł więcej pieniędzy na recount niż na całą swoją kampanię wyborczą. Kilka milionów wpłynęło już na jej konta. Zaznaczyła przy tym, że jeśli nie dojdzie do ponownego przeliczenia głosów pieniądze te trafią na "inny cel". Np. na zakup rezydencji położonej obok nowego domu Berniego Sandersa.

niedziela, 20 listopada 2016

Co grozi Trumpowi?


Co Trump usłyszał od Obamy, że ma taką smutną i zaniepokojoną minę? Czy mu grożono bądź w jakiś sposób szantażowano?

Na pewno niektórzy ludzie suflują mu, by nominował pewne osoby w określone miejsca w swojej administracji. Często więc na giełdzie nazwisk, wśród osób typowanych do kierowania Departamentem Skarbu, pojawiają się: Steven Mnuchin, były bankier z Goldman Sachs, który przez pewien czas był wspólnikiem Sorosa i Jamie Dimon, prezes banku JPMorgan Chase. Trump spotkał się też z Henrym Kissingerem. 

Większość jego pierwszych nominacji oceniam jednak bardzo dobrze. To zresztą widać po bólu dupy jaki mają w "Guardianie" i innych lewicowo-liberalnych mediach. Kongresmen Mike Pompeo nominowany na nowego szefa CIA wygląda na dobre antykomunistę, który wielokrotnie wypowiadał się negatywnie na temat putinowskiej Rosji i Chin a przy tym bronił waterboardingu.  Senator Jeff Sessions  to świetny wybór na Prokuratora Generalnego. Już oskarżają go o rasizm, choć zlikwidował resztki segregacji rasowej w szkołach Alabamy i skazał na śmierć mordercę z KKK. Wybór prorosyjskiego gen. Michael Flynna, byłego szefa DIA, na prezydenckiego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego, to zła wiadomość, ale zawsze lepsza niż jego wybór na sekretarza stanu lub obrony. Po tym jak Putin będzie robił głupie rzeczy testując Trumpa, Flynn może wylecieć z hukiem z Białego Domu. Zwłaszcza, że na sekretarza stanu typowani są tacy jastrzębie jak Rudy Giuliani czy John Bolton. Nawet ten dupek Mitt Romney nie byłby złym wyborem na to stanowisko. Byle tylko ten cwaniaczek Jared Kushner, mąż Ivanki Trump, nie mieszał przy nominacjach, tak jak to było w przypadku Christiego (którego zmarginalizował za to, że Christie wsadził do więzienia jego ojca za przestępstwa finansowe).

A co u Clintonów? Pisałem już o tym, że Hillary miała po ogłoszeniu wyników moment histerycznego płaczu. Miała też chwilę agresji. Rzuciła się z pięściami na swoich sztabowców Robby'ego Mooka i Johna Podestę. Trzeba było ją obezwładniać. Ponoć była już nieźle wstawiona. Parę dni wcześniej miała awanturę z Billem - obwiniała Comeya za to, że przegra wybory. Bill słusznie wskazywał, że wina leży po stronie Podesty i Mooka oraz samej Hillary, bo zlekceważyła miliony Amerykanów, którzy stracili posady przez globalizację. Wściekła pani Clinton wyrzuciła telefon przez okno wieżowca. Obecnie dawni sztabowcy Hillary tłumaczą jej klęskę tym, że białe amerykańskie kobiety, które poparły Trumpa są "mizoginkami", czyli nienawidzą kobiet.



Bardzo szybko liberalny establiszment zaczął organizować coś w rodzaju amerykańskiej kolorowej rewolucji. W sieci pojawiły się ogłoszenia, w których proponowano 35 dolarów za godzinę protestowania przeciwko strasznemu "rasiście" i "mizoginowi" Trumpowi. Oczywiście wielu idiotów agresywnie protestuje całkowicie za darmo. Atmosfera przypomina tę sprzed zabójstwa prezydenta Narutowicza. Elektorzy dostają już groźby śmierci.  Wszystko oczywiście w obronie Demokracji.

Pojawia się też pytanie: co się dzieje z Assangem? Jego współpracownicy ostatnio ginęli. Pojawiły się też podejrzenia, że został potajemnie wydany CIA przez Ekwador. (Zgrabnie podsumowuje te domysły to video.)

piątek, 11 listopada 2016

Trump wygrał. Kek pokonał Molocha, FBI pokonała CIA, Podesta zadławi się pizzą


I wybory w Stanach przebiegły dokładnie jak na poniższym filmiku :) Zabawne, że Trump jest porównywany z Jojo, Erdogan z One Punch Manem a Duterte z Punisherem :)




No cóż, teraz mnóstwo idiotów twierdzi, że nikt, lub prawie nikt nie przewidział zwycięstwa Trumpa. Że to było ogromne zaskoczenie. No cóż, mojemu koledze z pracy przyśniło się w czerwcu 2015 r., że Trump zostanie prezydentem. Ja od ponad roku pisałem, że to Trump zapewne wygra wybory. Wielokrotnie wskazywałem, że będzie miał głosy robotników ze zlikwidowanych (przeniesionych do Meksyku) fabryk z Wisconsin i Michigan, górników z Pennsylwanii, sporej części Latynosów, Czarnych, Azjatów a przede wszystkim głosy większości Białych, w tym białych kobiet. Że jedyną szansą Hillary na zwycięstwo jest sfałszowanie wyborów (Amerykański fejsbukowy znajomy, golicynowski antykomunista przekonywał mnie jednak, że tych wyborów nie da się sfałszować, bo poparcie dla Trumpa jest ogromne i przyłapanie demokratów na ordynarnych wyborczych machlojkach doprowadziłoby do zbrojnej insurekcji.) Do wyborczych przewałów rzeczywiście dochodziło - głosy elektorskie w Wirginii przypadły Hillary tylko dlatego, że zagłosowało na nią 60 tys. skazańców, którym prawa wyborcze przywrócił demokratyczny gubernator a współpracowniczka Jima O'Keefa ubrana w burkę poszła do nowojorskiego lokalu wyborczego, podała się za Humę Abedin i dostała jej kartę do głosowania.  Przewaga Trumpa rzeczywiście okazała się jednak zbyt wielka. We wtorek przed 23:00 byłem już na 100 proc. pewny zwycięstwa Trumpa, po tym jak Drudge podał przecieki z exit-polls wskazujące, że Trump wygrywa nawet w tradycyjnie demokratycznych stanach. Spodziewałem się też, że zwycięży na Florydzie - masowo na niego głosowali Kubańczycy mszczący się w ten sposób na Obamie za to, że przedłużył życie reżimowi Castro. Trumpa wspierali m.in. weterani Zatoki Świń. Rano słuchałem sobie relacji na żywo u Alexa Jonesa i miałem olbrzymią polewkę z liberalnych idiotów.




Najlepsze było jednak wystąpienie Johna Podesty, szefa sztabu Hillary, który poinformował, że "Nie mamy dzisiaj nic więcej do powiedzenia". Według Eda Kleina, byłego naczelnego "NY Mag" Hillary doznała wtedy załamania psychicznego. Histerycznie płakała i obwiniała dyrektora FBI Jamesa Comeya i Obamę za swoją klęskę.  (Leszek Miller zatweetował, że "FBI wygrało z CIA", tak jakby czytał mojego bloga. Jeśli czyta, to pozdrawiam! :) Praktycznie załamał się cały jej świat. I zapewne musiała dostać zastrzyk z uspokajającymi medykamentami.

Reakcje w kolejnych dniach były podobne jak przewidywałem. Opłacani przez Sorosa idioci wyszli na ulicę robić zamieszki. Studenci jednego z amerykańskich uniwersytetów wzięli sobie dzień wolny, by się wypłakać.  Na Twitterze pojawiło się tysiące wezwań do zabójstwa Trumpa.  Kanadyjczycy zaczęli dawać do zrozumienia, że nie chcą u siebie liberalnych celebrytów deklarujących chęć emigracji do Kanady. Kanada i Meksyk zapowiedziały gotowość do renegocjacji układu NAFTA. Spanikowane eurokarły zaczęły szukać kontaktu z Trumpem. Brytyjski rząd nieformalnie wyznaczył Nigela Farage'a jako swojego pośrednika w rozmowach z prezydentem-elektem.
 Saudyjski książę Alwaleed, który wcześniej ostro jechał Trumpowi, teraz składał mu wiernopoddańczy hołd.  Duterte cieszył się z wyboru Trumpa i stwierdził, że już nie chce konfliktów z USA.  Trump obiecał południowokoreańskiej prezydent dalszą obronę Korei Płd.  Mike Pence dał do zrozumienia, że nowa administracja chce lepszych relacji z Turcją Erdogana a gen. Flynn stwierdził, że USA nie powinny dawać schronienia Gullenowi.  Wygląda na to, że zaczyna się nowe otwarcie w relacjach z sojusznikami, którym administracja Obamy wbiła nóż w plecy. Jeszcze tylko trzeba ułaskawić Assange'a i będziemy w domu...

***

Pisałem ostatnio sporo o dziwnych powiązaniach Johna Podesty, okultystycznych rytuałach, w których brał udział i pedofilskich słowach kodowych w jego mailach. Podesta to koleś  naprawdę lubiący pizzę. Napisał on w jednym z maili ujawnionych przez WikiLeaks "Zostawiłem u was chusteczkę z bardzo ważną mapą pizzy" , w innym: "Będę w mieście. Nie potrzebuję pizzy". Tak się akurat składa, że w pedofilskim slangu "pizza" to kodowe określenie dziewczynki. Chusteczki z określonymi wzorami (mówiącymi o preferencjach, np. BDSM) też są używane w podziemiu pedofilskim jako sposób komunikacji wizualnej. Tak się akurat składa, że Podesta w swoim domu miał na ścianach zawieszone zdjęcia nagich nastolatków.  Znał się też z miliarderem pedofilem Jeffreyem Epsteinem i przyjaźnił ze skazanym na 15 lat więzienia za pedofilię byłym przewodniczącym Izby Reprezentantów Dennisem Hastertem. Szybko powiązano Podestę z Jamesem Alefnatisem, właścicielem waszyngtońskiej pizzerii Comet Ping Pong, którą wspierał finansowo George Soros i odwiedzał Barack Obama (który później przyjmował Alefnatisa kilka razy w Białym Domu) a także Marina Abramović - ta artystka od dziwnych rytuałów, w których brał udział Podesta, robiąca dziwne aluzje do kultu Molocha. Co tak przyciągało sławnych i bogatych do zwykłej pizzerii? Być może odbywające się tam, reklamowane w budzący dziwne skojarzenia sposób, imprezy kulturalne, przyciągające kolesi w koszulkach z napisem "Kocham dzieci"? Z jakiegoś powodu miejsce to zostało nazwane przez jednego z miejskich urzędników jako "raj dla gwałcicieli i morderców".  Czyżby wiedział coś więcej? Na filmie poniżej macie opisane więcej dziwnych koneksji Podesty i Alefnatisa a także pokazany fragment dziwacznego, przedstawienia wystawionego w tym "rodzinnym" lokalu - widownia śmieje się tam m.in. z tekstów o "pizzy" i o zabijaniu dzieci.



Niektórzy zaczęli się nawet dopatrywać podobieństwa między braćmi Podesta a policyjnymi portretami pamięciowymi domniemanych porywaczy Madeleine McCann. No cóż, wcześniej były podejrzenia, że rodzina zaginionej dziewczynki stręczyła ją bogatym pedofilom. Z rodziną dziwne kontakty utrzymywał sir Clement Freud, zmarły w 2009 r. liberalny deputowany do brytyjskiego parlamentu, prezenter BBC, wnuk Zygmunta Freuda. Kilka lat po śmierci Clementa Freuda okazało się, że był pedofilem. , a policja podejrzewa, że mógł mieć na sumieniu podobną liczbę ofiar jak Jimmy Saville. Tak się złożyło, że miał willę kilkaset metrów od hotelu, w którym zaginęła Madeleine McCann.


Czy teraz John Podesta zadławi się pizzą?

Oczywiście wielu ludzi określi te domysły jako "rosyjski trolling". Tak się jednak składa, że pisałem o oskarżeniach Putina o pedofilię wtedy, gdy wszyscy liberalni idioci zachwycali się resetem z "demokratyzującą się Rosją".

***

A tak wybory w USA skomentowali "Simpsonowie", którzy w 2000 r. przewidzieli kampanię Trumpa z 2015 r.a także putinowski neosowietyzm. Oby się skończyło to dla Rosji, tak jak to pokazano :)



niedziela, 6 listopada 2016

Wybory w USA - FBI vs CIA

Ilustracja muzyczna: Chamillionaire ft. Slick Rick - Hip Hop Police (Tak będzie wyglądała Ameryka pod rządami Trumpa)



Wygląda na to, że w USA mamy do czynienia z przedwyborczym puczem. FBI odgrywa tę samą rolę jak w 1972 r. czy 1963 r. Tym razem Biuro nie chce dopuścić do zwycięstwa Hillary Clinton, gdyż uważa ją za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Być może dyrektor Comey jest chwiejny, ale wewnętrzna rebelia wśród jego agentów doprowadziła do wznowienia śledztwa w sprawie emaili Clintonowej. Na celowniku jest też (wreszcie!) mafijna Fundacja Clintonów - w tym przypadku FBI zmaga się jednak z oporem Departamentu Sprawiedliwości. Jak czytamy w niedawnej wrzutce w "Guardianie"; "FBI to Trumpland" a funkcjonariusze tej służby widzą w Hillary "Antychrysta".



Skąd się wzięła u nich taka postawa wobec Clintonów? No cóż, ta para wmanewrowała agencję w masakrę w Waco - gdy dyrektor FBI William Sessions chciał polecieć do Waco i osobiście negocjować z ludźmi Koresha, uniemożliwiono mu to. Sessions zbierał też dowody na przestępczą działalność Clintonów związaną z Iran-Contra i zbrojeniami Iraku (afera BNL). Dowody te trzymano w budynku federalnym w Oklahoma City - tym samym, który został w 1995 r. wysadzony w powietrze.



Clintonowie to prawdopodobnie pierwsza tak wysoko umocowana politycznie para w USA biorąca jurgielt od obcych mocarstw. Dostawali pieniądze od Rosji za umożliwienie Rosatomowi przejęcia 20 proc. amerykańskich złóż uranu (afera Uranium One) oraz za pozwolenie amerykańskim firmom technologicznym na transfer nowoczesnych technologii do Rosji, dostawali pieniądze od Indii w zamian za zgodę na transfer technologii nuklearnej do tego kraju, dostawali też kasę od Arabii Saudyjskiej, Kataru i Kuwejtu. (Odsyłam do znakomitego filmu "Clinton Cash" po szczegóły.) Od lat 80-tych utrzymują relacje z różnymi dziwnymi chińskimi finansistami powiązanymi z tajnymi służbami ChRL a w latach 90-tych zezwolili na olbrzymi transfer technologii militarnej do Chin oraz podejmowali korzystne dla ChRL decyzje dotyczące handlu. Do tego dochodzi sprawa emaili z Departamentu Stanu - FBI jest na 90 proc. pewne, że czytało je pięć zagranicznych agencji szpiegowskich.  Doszło nawet do tego, że rosyjskie tajne służby pokazywały włoskim maile Hillary dotyczące Benghazi. Pozwolić Hillary na bycie prezydentem to tak jak umieścić w Białym Domu Amesa, Hansena lub Snowdena...






Atak hackerski na Narodowy Komitet Demokratów (DNC) oraz konto pocztowe Johna Podesty prawdopodobnie nie był dziełem rosyjskich tajnych służb, ale NSA - tak przynajmniej twierdzą były pracownik NSA William Binney oraz były brytyjski ambasador Craig Murray.  Wcześniej Kim Dotcom, sugerował, że zaginione maile Hillary są w chmurze NSA. Dr Steve Pieczenik, były oficjel z Departamentu Stanu i zarazem jeden z twórców Delta Force, twierdzi, że tajne służby rozpoczęły pucz przeciw Hillary.  Oczywiście nie całe służby. O ile Trump może liczyć na ogromne poparcie wśród amerykańskich policjantów, agentów FBI (być może był informatorem Biura, co tłumaczy dlaczego przez 40 lat uchodziły mu na sucho związki z mafią - Trump utrzymywał dziwne związki z FBI już w 1981 r.) oraz być może również NSA, to CIA stoi po stronie Hillary. Poparli ją niemal wszyscy żyjący dyrektorzy agencji. Jedynym, który się wyłamał jest James Woolsey, który był skłócony z Clintonami. CIA wystawiła jako "trzeciego kandydata" swojego byłego pracownika Evana McMullina, mormona, który w sondażach ma w Utah większe poparcie niż Trump i Hillary (a poza Utah nikt na niego nie będzie głosował) - ma on za zadanie ukraść Trumpowi głosy elektorskie z Utah. Jest również teoria, że CIA pomogła Trumpowi pokonać republikańskich kontrkandydatów w ramach nielegalnej operacji "Wave", licząc na to, że będzie on niewybieralnym kandydatem, który zapewni zwycięstwo Hillary. W każdym bądź razie Assange twierdzi, że "oni nie pozwolą Trumpowi wygrać".  Moim zdaniem, jeśli wybory nie zostaną jakimś cudem skradzione, to Trumpa z dużym prawdopodobieństwem czeka los Hueya Longa.



Z jak poważnymi siłami mamy do czynienia, można się przekonać przyglądając się niektórym mailom Podesty i Weinera. Anthony Weiner zachował na swoim prywatnym komputerze 650 tys. mailów Hillary i Humy Abedin, jako swoją "polisę na życie".  Według przecieków, FBI znalazła w tych mailach dowody na istnienie sieci seksualnego szantażu związanej z zaprzyjaźnionym z Clintonami miliarderem-pedofilem Jeffreyem Epsteinem. Bill Clinton wielokrotnie wybierał się na przyjęcia organizowane przez Epsteina na Wyspie Orgii samolotem nazywanym "Lolita Express" w towarzystwie grupy nieletnich dziewcząt (tutaj macie fotkę z jednego z takich lotów). Esptein był też jednym z większych darczyńców Fundacji Clintonów (chwalił się, że pomagał ją zakładać). Już po tym jak został oskarżony na pedofilię pojawił się na ślubie Chelsea Clinton  w towarzystwie kobiety, która organizowała naga sesje zdjęciowe nieletnim dziewczynom. Okazuje się również, że na Wyspę Orgii latała też Hillary Clinton - była tam co najmniej 6 razy. Erik Prince, założyciel Blackwater, twierdzi, powołując się na swoje źródła w NYPD, że nowojorska policja po zapoznaniu się z mailami Weinera przygotowała już nakazy aresztowania w tej sprawie. Co ciekawe Trump został ostatnio oskarżony przez pewną kobietę o to, że w 1994 r., gdy miała 13 lat, zgwałcił ją na przyjęciu u Epsteina. Szybko jednak wycofała te zarzuty. Czyżby jedna grupa sztabowców Hillary szykowała brudną wrzutkę nie wiedząc, że druga grupa jest głęboko umoczona w aferę Epsteina? Wyszło przecież na jaw, że jednej z kobiet oskarżających Trumpa o molestowanie zapłacono 500 tys. USD, by wystąpiła z takimi oskarżeniami.




To nie koniec dziwnych powiązań Clintonów. W mailach Departamentu Stanu wcześniej ujawnionych przez WikiLeaks znajdują się wzmianki o przyjaciółce tej rodziny Laurze Silsby, szefowej NGO New Life Children Refuge, która miała problemy, gdy próbowała nielegalnie wywieźć z Haiti 33 dzieci. W mailach Podesty dopatrzono się słów kodowych używanych przez pedofilów.  Np. jeden ze sztabowców pyta się: "Do you think I’ll do better playing dominos on cheese than on pasta?". "Cheese" to ponoć określenie małej dziewczynki, "pasta" małego chłopca. To oczywiście mogą być nadinterpretacje, ale w tych mailach jest też fragment o dostarczeniu dzieci w wieku "7,9 i 11" na przyjęcie dla "rozrywki" i wzmianka o tym, że "będą w jacuzzi". "Washington Post" został zaś przyłapany na wykasowaniu artykułu z 2004 r. mówiącego o kolekcji dzieł sztuki Johna Podesty, w której znajdują się "artystyczne" nagie zdjęcia nastolatków. 



Do tego dochodzi budący kontrowersje mail z serwera Podesty, w którym znana artystka Marina Abramović zaprasza go na performance "spirit cooking", czyli mazanie po ścianie krwią ze swojego naciętego palca, zmieszaną z kałem, moczem i spermą. To mógł być tylko przykład kolejnego dziwactwa nowojorskich snobów, ale sam pomysł tego performance'u został zaczerpnięty z rytuałów Alaisteira Crowleya. Zabawne jest to, że Podesta parę dni po tym "rytuale" narzekał, że w palec wdało mu się zakażenie :) Bogaci i wpływowi ludzie bawiący się klockami - to musi wywoływać dysonans poznawczy, taki że czytający maile Hillary rumuński haker Guccifer 2.0 nazwał Clintonową "satanistyczną kapłanką". A co sobie pomyśleli oficerowie rosyjskich, chińskich, północnokoreańskich, izraelskich, saudyjskich czy jakich tam jeszcze służb (Służb Bertone? ;) natrafiający na tak znakomity materiał do szantażu?

Pamiętajmy, że w grze są jeszcze oficerowie Secret Service. Oni nienawidzą Hillary, bo muszą z nią pracować i znosić jej wybuchy gniewu, wyzwiska oraz inne oznaki braku szacunku dla jej poświęcenia. Jak złamała sobie obojczyk, śmieli się z tego i wskazywali, że sobie na to zasłużyła. To że ją chronią oznacza, że wiedzą bardzo dużo o jej życiu prywatnym. A wielu z nich z pewnością aż korci, by dokonać jakiegoś przecieku i uchronić się przed horrorem pracy z nią przez co najmniej kolejne 4 lata. Lepiej przerzucić ochronę Hillary na barki służby więziennej...

***

UPDATE: Szef FBI James Comey jest znów krytykowany za chwiejność, gdyż postanowił, że Hillary nie dostanie nowych zarzutów w sprawie emaili. Trzeba jednak być dla tego człowieka wyrozumiałym. Agent FBI Michael Brown, podejrzewany o przecieki w tym śledztwie, został znaleziony martwy. Miał zastrzelić swoją żonę, podpalić dom i popełnić samobójstwo.  Samobójstwo Comeya zostało za to odwołane.

Tymczasem dziennikarka pracująca dla Jima O'Keefa i Project Veritas ubrała się w burkę, podawała się w komisji wyborczej za Humę Abedin i dostała jej kartę do głosowania :)

sobota, 29 października 2016

Hillary ukradnie wybory?


Nagły zwrot akcji w kampanii wyborczej w USA - FBI wznawia śledztwo w sprawie maili Hillary. Odnalazła część z nich podczas śledztwa w sprawie sextingu byłego kongresmena Anthony'ego Weinera z 15-latką. Weiner to mąż Humy Abedin, bliskiej współpracownicy i zarazem kochanki Hillary, tej Pakistanki powiązanej z Bractwem Muzułmańskim. Jak trafnie wskazuje Carl Berstein (ten od Watergate), nie byłoby wznowienia śledztwa, gdyby sprawa była naprawdę poważna.
To po prostu tak zabawne :)



Trump akurat zaczął mieć lepszą passę w sondażach. Chce głosować na niego np. większość białych kobiet, pomimo tego, że media ostro grzeją skandale seksualne z nim związane.(Trumpa oskarża już 12 kobiet - a oskarżania dotyczą głównie macania i gadania świństw. Gostek z pewnością jest do tego zdolny, wszak to koleś, który wyprawiał dzikie przyjęcia w latach '80-tych, ale zastanawia to, że wszystkie one milczały na ten temat przez wiele lat - pierwsza oskarżycielka nawet przez 35 lat - choć miały możliwość zdobycia pokaźnych odszkodowań od miliardera - a z oskarżeniami wystąpiły dopiero na kilka tygodni przed wyborami. I wszystkie zgłosiły się do prawniczki wspierającej Hillary. Z maili Podesta Group ujawnionych przez WikiLeaks wiadomo, że już maju sztabowcy Hillary chcieli założyć lipne ogłoszenie towarzyskie Trumpa na portalu Craiglist. i próbowali przypiąć Berniemu Sandersowi łatkę "seksisty".) Amerykanie chcą po prostu powiedzić wielkie "Fuck You" establiszmentowi, a to że mainstreamowe media są przeciwko Trumpowi, tylko ich zachęca do głosowania na niego. O tym, że media są po stronie Hillary świadczy to jak mało miejsca poświęcają mailom ujawnionym przez WikiLeaks. A są tam prawdziwe perełki (wybór 100 najlepszych możecie znaleźć tutaj.) Hillary chwali się np., że została zaproszona do "wewnętrznego sanktuarium Putina" a jej sztabowcy źle wyrażają się o katolikach, o Czarnych, czy o "pieprzonych, głupich młodych wyborcach". 

Jak stwierdził George Soros, Trump zdobędzie większość głosów w skali całego kraju, ale wygrana przypadnie Hillary. Może wie coś więcej, bo powiązana z nim firma kontroluje maszyny do głosowania w 16 stanach., wyborcy biorący udział we wczesnym głosowaniu już się skarżą, że te maszyny zmieniają ich wybór z Trumpa na Hillary, w Chicago głosy oddają wyborcy, którzy są martwi od lat a doniesienia o nieprawidłowościach wyborczych napływają z 23 stanów. Z dochodzenia Project Veritas wynika, że sztabowcy Hillary zmawiali się wcześniej w sprawie oszustw wyborczych na masową skalę a także w sprawie wysyłania prowokatorów i wywoływania bójek na wiecach Trumpa.  Niektórzy wskazują, że ostatnie wielkie ataki hakerskie na USA, były próbą generalną przed atakiem, który umożliwi kradzież wyborów.

Jeśli dojdzie do kradzieży wyborów przez Hillary, będziemy mieć później do czynienia z wieloma miesiącami politycznego chaosu w USA - ludzie przestaną wierzyć w to, że mogą zmienić system polityczny za pomocą swoich głosów. Zaczną sięgać po inne środki a rząd uaktywni swoich prowokatorów, by zgnieść ruch oporu. Będzie mnóstwo incydentów takich jak Waco, Oklahoma City, Ruby Ridge, sprawa rancza Bundych oraz zamieszek rasowych opłacanych przez ludzi Sorosa. A w polityce zagranicznej - więcej przykładów wbijania sojusznikom noży w plecy, tak jak to było z Mubarakiem, Erdoganem czy też z Polską w latach 2009-2010. Słyszałem od znajomego amerykańskiego antykomunisty (fana twórczości płka Anatolija Golicyna), że Obama i Hillary to krety Moskwy, które miały za zadanie najpierw osłabić USA, a później dać Rosji pretekst do wojny nuklearnej - to zapewne zbyt daleko idąca teza, ale faktem jest, że dotychczasowa polityka demokratycznej administracji prowadzi do utraty przez USA statusu supermocarstwa. Ci ludzie będą zajmowali się inżynierią społeczną na ogromną skalę i takimi projektami jak "Katolicka wiosna". Inną sprawą jest to, czy Trumpowski izolacjonizm jest jakąś alternatywą dla obłędnych pomysłów Hillary. No cóż, niezależnie od tego, kto wygra, będzie ciekawie...

poniedziałek, 24 października 2016

Singapur, Indonezja, Malezja - wrażenia z podróży

Gdy po przybyciu do hotelu w Singapurze włączyłem telewizor, usłyszałem wiadomość o śmierci króla Tajlandii panującego od 1947 r. Byłem świadomy tego, że z nim jest źle - wiedziałem, że kilka dni wcześniej trafił do szpitala w ciężkim stanie, a już rok temu słyszałem teorię, że od dawna już nie żył a junta gen. Prayutha to ukrywała. Mimo to, wiadomość ta była szokiem a telewizyjne wspomnienia o zmarłym monarsze wręcz hipnotyzowały. Żałowałem, że nie załapałem się choć na jeden dzień żałoby narodowej, ale z drugiej strony wybrałem daty wyjazdu i poszczególnych przylotów tak fartownie, że mogłem sobie trochę w Pattayi jeszcze poimprezować.



Nie zawsze były to niegrzeczne zabawy. Jak pisałem na Fejsie: "Wieczór spędziłem nietypowo - jak Anthony Bourdain :) Dziewczyna sprzedająca street-foodową zupę zaprosiła mnie do wspólnego picia piwa i obserwowania ludzi snujących się po ulicy. Piliśmy wspólnie z innym street-foodowym kucharzem, wielkim kolesiem z warkoczem, wyglądającym jak chiński rzeźnik. Często po zupę przychodziły panienki z klubów go-go, czasem w szlafrokach. Usłyszałem, że mam Buddę w oczach. Wcześniej zjadłem bananowego naleśnika i grillowaną wieprzowinę rozpływającą się w ustach..."



W samym Singapurze dużą frajdę sprawiło mi zwiedzanie wojskowych muzeów, takich jak np. Battle Box - podziemny bunkier dowodzenia sił Wspólnoty Brytyjskiej w 1941 i 1942 r. Pisałem:









"To w Singapurze upadło Imperium Brytyjskie. Można to sobie uświadomić zwiedzając Battle Box - podziemne centrum dowodzenia gen. Parcivala w 1941 r. O ile często wylewamy kubły pomyji na naszych wojskowych za kampanię wrześniową (vide szarża z szablami na czołgi w "Lotnej" Wajdy) to kampania malajska pokazała że naprawdę nie mamy się czego wstydzić. W 55 dni armia generała Yamashity pobiła ponad dwukrotnie liczniejsze wojska brytyjsko-australijsko-hinduskie. Brytyjczycy nie mieli żadnych czołgów i prawie żadnych armat przeciwpancernych, posiadali trzy razy mniej samolotów niż wróg a ich plan obrony załamał się już drugiego dnia kampanii po zatopieniu pancerników płynących na odsiecz. Ponadto wojska alianckie były fatalnie dowodzone i źle wyszkolone. Niesamowite wrażenie robią filmy z kapitulacji miasta oraz inspekcji 120 tys. wziętych do niewoli żołnierzy przez gen. Yamashitę. Kazał im się ustawić szpalerem wzdłuż drogi i przejechał samochodem między nimi, na końcu stał brytyjski szef Malaya Command. Azjaci zobaczyli wówczas, że europejski kolonializm jest wydmuszką..."

"Muzeum obozu jenieckiego Changi jest rozczarowująco małe, a szkoda bo chciałem się dowiedzieć więcej o zbrodniach Kempetai. Mimo to można tam dokonać ciekawych obserwacji. Centrum muzeum stanowi rekonstrukcja kaplicy służącej jeńcom - takich kaplic było kilka a do tego synagoga. Jak zauważył jeden z kapelanów, mężczyźni wycieńczeni po całym dniu pracy, przy głodowych racjach nie braliby się spontanicznie do budowy kaplic, gdyby nie czuli, że są im potrzebne. A oni nawet tworzyli prawdziwe dzieła sztuki religijnej - np. murale przedstawiające Drogę Krzyżową. Jeńcom służyło trzy tuziny kapelanów, w tym kilku czeskich (!) księży katolickich. Opisana jest tam historia jak podczas Mszy wszedł do kaplicy japoński oficer z grupą żołnierzy - jeńcy obawiali się najgorszego, ale on uznał puszki z komunikantami za urny z popiołami zmarłych i zasalutował Najświętszemu Sakramentowi. Niestety mało miejsca poświęcono antychińskiej czystce Sook Ching, w której zginęło zapewne ponad 5 tys. ludzi (oficjalna singapurska historiografia mówi, że nawet 70 tys. - w trzy dni!). Lee Kuan Yew, premier Singapuru przez trzy dekady, twierdził niemal go wówczas nie zabito, ale przecież pracował wtedy w kolaboracyjnej administracji a później wspominał, że podobało mu się to, że japońska bezpieka skutecznie walczyła z przestępczością. Odkrycie masowych grobów w Changi w latach 60-tych było dla niego nieco kłopotliwe... Baj de lej - w parku w centrum Singapuru jest pomnik utworzonej przez Japończyków Indyjskiej Armii Narodowej."

"Fort Siloso na wyspie Sentosa gwarantuje dobre wrażenia każdemu miłośnikowi historii. To tam znajdowały się słynne działa, które miały w 1941 r. obronić Singapur przed inwazją. Nie obroniły, bo nie było dla nich odpowiedniej amunicji (a poza tym same niewiele mogły zdziałać na lądzie) ale przynajmniej pomogły zniszczyć rafinerię naftową, by nie dostała się w ręce Japończyków. Świetna interaktywna ekspozycja pozwala poznać klimat życia w forcie od lat 80-tych XIX-wieku do 1941 r. ( Ciekawostka: twierdza Singapur powstała dla obrony przed... rosyjskim imperializmem.) Figury woskowe odtwarzają tam sceny podpisania dwóch aktów kapitulacji - z 1941 i 1945 r. Fort jest częścią... parku rozrywki Sentosa. Warto też tam zobaczyć muzeum Images of Singapore, w którym multimedia i aktorzy odtwarzają sceny z historii Singapuru. Od malajskiej wioski po lata '60-te. Np. zostajecie usadzeni na sali kinowej, by obejrzeć kronikę filmową i film z Bogartem, a tu seans zostaje przerwany przez alarm lotniczy i wiadomość o japońskiej inwazji. Naprawdę fajnie zagrała dziewczyna obsadzona w roli robiącej wprowadzenie do show urzędniczki z kapitanatu portu z 1912 r..."

W mieście Singapur warto też przyjrzeć się tamtejszej unikalnej mieszance kulturowo-etnicznej. Przyjrzeć się dawnemu kolonialnemu centrum miasta, Chinatown, Bugis, Little India... "Na ulicach Singapuru słychać angielski, kantoński, mandaryński, malajski, bahasa indonesia oraz języki indyjskie. Od czasu do czasu można dostrzec jakiegoś Białego - najczęściej turysta, lub pracownik branży finansowej. Czasem widać blondwłosą Brytyjkę z wyłupiastymi oczami. Jeśli chodzi o Chińczyków, to jest pełen przekrój typów ludzkich - od chińskich dziadziów po atencyjne panienki okraszające króliczo-kocimi emotikonami wiadomości w smartfonowych komunikatorach. Zdarzyło mi się, że młode kelnerki w knajpach nie znały angielskiego i próbowały się porozumieć ze mną po mandaryńsku. Są jeszcze Perankan - tutejsza arystokracja, potomkowie chińskich kupców oraz ich malajskich żon. Chyba widziałem dzisiaj panienkę należącą do tej społeczności... Rzucają się w oczy Hindusi, ale nie ci wąsaci aryjscy spod Himalajów, tylko ci ciemniejsi z południa. Dzisiaj zobaczyłem jak Sikh jadł rękami ze swoją ukochaną ubraną w powłóczyste szaty hinduski obiad na ławce parkowej a w tle snuł się paw... Singapur to jednak w ogromnym stopniu też ciemnoskórzy Malajowie i Malajki w hidżabach. Do tego dochodzą gastarbeiterzy. Na skwerkach w okolicy mojego hotelu miałem dzisiaj istną inwazję pokojówek - niestety nie tych moe, kocio-króliczych (nya!), tylko Indonezyjek w chustach na głowach..." (To były jednak Malajki, a nie Indonezyjski, z czego sobie zdałem sprawę po odwiedzeniu Jakarty i przyjrzeniu się tamtejszym kobietom.)










Niestety, temu zarządzanemu de facto na sposób faszystowski, za pomocą inżynierii społecznej, miastu-państwu czegoś brakuje. Zwłaszcza jeśli porównujemy je z Hongkongiem.
"Geylang Road, czyli tam gdzie mam hotel jest uznawana za bardziej niegrzeczną okolicę w Singapurze. Zrobiłem sobie w sobotnią noc rundkę po klubach i mam mieszane uczucia. W pierwszym klubie sadzają gościa przy określonym stoliku, tak by się nie integrował z pozostałymi. Są tam panienki o wyglądzie modelek mające na nogach szpile jak u striptizerek i króciutkie szorty wpijające się im w oba otwory. Zamiast jednak podejść do klienta, gapią się w smartfony. W drugim klubie nieźle nawalone chińskie towarzystwo śpiewające karaoke w rytmach canto pop. Panienki i barmanki bardziej aktywne. W trzecim zabawa jeszcze lepsza - canto disco i młodzi Chińczycy macający hostessy, które grają z nimi w kości. Gdy wypiłem piwo, jedna hostessa-okularnica nalała mi drugie za darmo z puli swojego klienta. Mimo wszystko niegrzeczna okolica Singapuru wypada blado w porównaniu ze zwykłą okolicą w Hongkongu. W HK było uliczne jedzenie, uliczny handel a idąc do swojego hostelu cały czas byłem zaczepiany przez panie z salonów masażu. W takiej wielkiej metropolii jak Singapur nie widziałem żadnego żula, nawet w indyjskiej dzielnicy. A sex shop obok mojego hotelu ogłasza na swoich drzwiach, że nie sprzedaje materiałów obscenicznych. Tu jest podejrzanie grzecznie!".

Po Singapurze przyszedł czas na Jakartę. Choć miasto jest wyraźnie zaniedbane a ruch uliczny jest tam przerażający, to jednak narobiłem sobie po dwóch dniach pobytu tam smaku na resztę Indonezji. Kraj ten okazał się mniej islamski niż myślałem - pod względem tego jaki odsetek kobiet nosi tam chusty, pod względem dostępności alkoholu i pod względem życia nocnego (są tam nawet kluby ze striptizem!). Naród indonezyjski to właściwie cała mozaika najrozmaitszych ludów posługujących się ponad 2,6 tys. językami. Tyle różnych tradycji, kuchni, zwyczajów i typów antropologicznych. Mnie zainteresował pewien typ Indonezyjek, wysokie, długonogie dziewczyny, z "opaloną" ale nie bardzo ciemną skórą...













"Jakarta - miasto kontrastów. Jest tu ładnie odnowiona starówka, przykład dobrej holenderskiej architektury kolonialnej. Masowo zjeżdżają się tu indonezyjscy turyści, dla których to namiastka Europy. Jest bazarowo-klubowo-dziwkarskie Chinatown. Są nowoczesne wieżowce i przerażająco zaniedbane budynki w centrum. Są ogromne korki i mnóstwo ulicznego jedzenia. Można tu zjeść mango i napić się krwi kobry. Miałem dzisiaj bardzo dużo zwiedzania - a nawet pływania łódką w porcie. Zacząłem od Monument Nasional - pomnika robiącego za wieżę widokową, zwanego Ostatnią Erekcją gen. Sukharto. W podziemiach jest muzeum a w nim bardzo klimatyczne dioramy przedstawiające historię Indonezji. Naprawdę mocne fragmenty - np. dotyczące 1965 r. czy aneksji Timoru. Przypominało mi to bardzo muzeum na zamku w Grodnie. W pobliżu pomnika płaskorzeźby w ciekawym stylu tutejszego realizmu socjalistycznego - robotnicy, chłopi, żołnierze obu płci plus postacie mitologiczne." "Masjid Istiqal, czyli Meczet Niepodległości w Dżakarcie to monumentalna, marmurowo, betonowo, stalowa budowla w stylu lat '60-tych. Architektura podobnie modernistyczna jak w LA, Bonn czy w Berlinie Wschodnim. To pomnik niepodległości zaprojektowany przez chrześcijańskiego architekta i wystawiony przez prezydentów Sukarno i Sukharto. Ciekawym akcentem jest tam wielki bęben obciągnięty krowią skórą - element dawnych, pogańskich wierzeń Indonezyjczyków, które zlały się z islamem. Indonezyjski przewodnik opowiadał o wizycie Obamy w tym meczecie. Gdy spytałem się, czy Obama jest według niego muzułmaninem, znacząco się zaśmiał... Obok meczetu katolicka neogotycka katedra, dosyć ładna w środku. Przy wejściu, pozują do zdjęć, zalotnie opierając się o filar z Matką Boską dwie Indonezyjki, późne trzydziestki bez chust na głowach. Są katoliczkami. Kościół dostosowuje się do lokalnych kultur i to świadczy o jego wielkości. :) "









Po zdecydowanie za krótkim pobycie w indonezyjskiej stolicy, przyszedł czas na Kuala Lumpur. Które też jest miejscem pełnym kontrastów, ale nie aż tak niegrzecznym jak Jakarta. Tam islam daje niestety mocniej o sobie znać. "Po Jakarcie, w której można było się świetnie zabawić, przyszedł czas na Kuala Lumpur. Miasto wygląda nowocześnie, ale coś za bardzo przypomina Europę Zachodnią: niemal wszystkie panienki noszą hidżaby (w Jakarcie tak mocno tego nie widać), meczety i bazary. Ciekawe, czy da się kupić piwo? Jak to czasem nowoczesność idzie w parze z ortodoksją..." "A jednak się udało! Siedzę przy pincie Tigera w Chinatown w Kuala Lumpur. Masz problem? Idź do Chinatown, spytaj o Kaine'a. :) :W chińskiej dzielnicy oczywiście świątynki, szamanko i handel. Obok jest Little India, a właściwie Little Afghanistan. I to mieszkańcy tej dzielnicy nadali miastu nieco londyńskiego kolorytu. Nie jest więc źle - tyle różnych klimatów w zasięgu pieciominutowego spaceru. Kupując sataya osiedlasz Malaja!" "Batu Caves na przedmieściach Kuala Lumpur to miejsce święte dla hinduistów. Jaskinie kryjące świątynie, do których prowadzą ciut strome schody. Po drodze czychają małpy - bardzo podobne do tych z "Kac Vegas w Bangkoku". Od czasu do czasu rzucają się na turystów, zwykle tych którzy noszą ze sobą plastikowe torby czy butelki. Samo miejsce trochę zaniedbane i w remoncie. Obok pieczara Ramayany z figurami odtwarzającymi sceny z eposu. Po zaliczeniu tej atrakcji, odwiedziłem Petronas Tower, całkiem przyjemne miejsce". "Jeśli szukacie w Kuala Lumpur lokalu, gdzie można się nawalić jak Zbigniew Stonoga, to polecam Thai's Chili w Chinatown, przy tej samej ulicy gdzie chińska i hinduska świątynka. Lokal prowadzi Marokańczyk, barmanami są gostkowie z Bangladeszu a kelnerkami Filipinki. Takie multi-kulti to ja popieram..." Tym, co jest dobre w Malezji, jest to, że jest krajem bardzo tanim - nawet tańszym od Tajlandii. A że kurs ringitta jest zbliżony do kursu złotego...

***

Podczas mojej nieobecności zabito sowieckiego żula o ksywce "Motorola". Zabito go zapewne Samsungiem Galaxy Note 7 :) Nie miałem również nic wspólnego ze śmiercią Andrzeja Wajdy, choć przyznaję bardzo go nie lubiłem (choćby za takie gnioty jak "Lotna") i choć nie wiem, gdzie go pochowali, to protestuję przeciwko jego pochówkowi.