sobota, 16 listopada 2019

Phobos: Duchy Pentagonu


Jaki jest życiowy cel ponad 80-letnich staruszków? Dla znacznej większości z nich jest nim cieszenie się drobnymi przyjemnościami ostatnich dni życia. Ludzie w tym wieku obawiają się, że stracą władzę nad swoim ciałem i umysłem. Oswajają się przy tym z perspektywą śmierci. Czasem stają się przez to bardziej religijni. Nie gonią za sławą i pieniędzmi. Zwłaszcza, jeśli mają życiorysy, którymi można by obdzielić kilka "zwykłych" osób.



O czym więc myślał w wieku 82 lat pułkownik Philip J. Corso? Na pewno wojennej sławy mu nie brakowało. Zdobył w armii USA 19 odznaczeń. Był weteranem II wojny światowej i Korei. W latach 1944-1945 kierował amerykańskim kontrwywiadem wojskowym w Rzymie. W Korei służył w sztabie gen. MacArthura. Za Eisenhowera pracował w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego (NSC), gdzie poznawał kulisy Zimnej Wojny. Później pracował w Pentagonie w Biurze ds. Obcej Technologii (obcej w znaczeniu zagranicznej). W swoim życiu codziennie się stykał z osobami tworzącymi historię. Weteranom zdarza się podkręcać opowieści o swoich dokonaniach - zazwyczaj zawyżają liczbę Niemców, których zabili i kobiet, z którymi się przespali. Corso sprawiał jednak wrażenie człowieka, który z zawodowego przyzwyczajenia wieloma ze swoich dokonanań się nie chwali. Trudno go też uznać za dezinformatora oddanego amerykańskiemu Głębokiemu Państwu. Był bardzo krytyczny wobec CIA, którą atakował z pozycji antykomunistycznych. W 1994 r. naraził się establiszmentowi zeznając w Kongresie w sprawie zaginionych jeńców z Korei (a właściwie pozostawionych Sowietom i Chińczykom). Dość powiedzieć, że jego zeznania wywołały wściekłość senatora Johna McCaina, który argumentował, że "znał Eisenhowera, i że Eisenhower, by do czegoś takiego nie dopuścił" (Corso też jednak znał Eisenhowera - zdecydowanie lepiej niż McCain, bo od co najmniej 1944 r.) Pułkownik Corso zachował też do końca życia dużą sprawność umysłu. Nie zachowywał się jak osoba z demencją czy ze schizofrenią. Nie był też żadnym szalonym newage'owym okultystą. Był katolikiem, który miał okazję poznać dwóch papieży. W każdej sprawie zostałby uznany za ultrawiarygodnego świadka. Co więc sprawiło, że w 1997 r., na rok przed śmiercią napisał wspomnienia "Day after Roswell" opowiadające o jego udziale w tajnej wojnie przeciwko tajemniczemu wrogowi zagrażającemu ziemskiej cywilizacji?


Ilustracja muzyczna: Harry Gregson- Williams - Life - Prometheus OST



Corso opisuje w tych wspomnieniach swoją pracę w Biurze ds. Obcej Technologii w Departamencie Obrony na przełomie lat 50. i 60. Zajmował się tam głównie analizowaniem sowieckiej i sojuszniczej technologii zbrojeniowych. Jeśli Sowieci mieli nowe rakiety przeciwlotnicze lub Francuzi nowe śmigłowce, to ich dokonaniom przyglądał się właśnie płk Corso ze swoim zespołem. Jego zwierzchnikiem był gen. Arthur Trudeau, bohater wojny w Korei, szef Działu Badań i Rozwoju Armii USA. Pewnego dnia Trudeau przyszedł do gabinetu Corso i poinformował go o pewnych artefaktach, które zalegają od ponad dekady w jednej z szaf, bo poprzednicy za bardzo nie wiedzieli co z nimi robić. Wówczas były zbyt zaawansowane technologicznie, by je skopiować, ale może teraz się uda. Trudeau nakazał potraktować zadanie z najwyższą tajnością. Te przedmioty byłyby bowiem nie tylko łakomym kąskiem dla sowieckich szpiegów. "Siły powietrzne będą tego chciały, bo uważają, że to do nich należy. Marynarka Wojenna, będzie tego pragnęła, bo chce wszystkiego, co mają siły powietrzne. CIA chce tego, by natychmiast to przekazać Sowietom" - stwierdził gen. Trudeau. Wyjaśnił, że chodzi o szczątki z katastrofy UFO w Roswell z lipca 1947 r.


W lipcu 1947 r. amerykańska prasa donosiła o rozbiciu się "latającego spodka" na ranczu pod Roswell. Początkowo potwierdzały to siły powietrzne armii USA. Porucznik Walter Haut, rzecznik bazy w Roswell (w której stacjonowała jedyna na świecie eskadra uzbrojona w bomby atomowe) wydał, na polecenie dowódcy bazy pułkownika Williama Blancharda (późniejszego zastępcy dowódcy amerykańskich sił powietrznych) oficjalny komunikat mówiący o znalezieniu wraku "latającego spodka". (Dlaczego podano tę wiadomość wyjaśnię w następnym odcinku.) Generał Roger Ramey, dowódca Eighth U.S. Army Air Force z Fort Worth, nakazał jednak szybko szybko zmienić wersję. Haut został zmuszony do zwołania konferencji, na której tłumaczył, że doszło do żenującej pomyłki - na ranczu pod Roswell znaleziono szczątki balonu meteorologicznego. (W ostatnich latach życia Haut utrzymywał, że pierwszy komunikat był prawdziwy. Widział wrak i ciała załogi tego pojazdu. W sprawie Roswell zebrano wiele relacji wojskowych i cywilów, które są zbieżne w najdrobniejszych szczegółach i potwierdzają wersję porucznika Hauta.) W latach 90. siły powietrzne ogłosiły, że pod Roswell rozbił się nie balon meteorologiczny ale balon do wykrywania sowieckich prób jądrowych z Projektu Mogul a poza tym wiatr tam przywiał manekiny wykorzystywane do testów... Nie wyjaśniono dlaczego wydano rozkazy dotyczące przewiezienia szczątków tego "balonu" do bazy w Fort Worth a stamtąd do bazy Wright-Patterson w Ohio, będącej miejscem, w którym analizowano przechwyconą zagraniczną technologię lotniczą. Zachowały się relacje pilotów - oficerów wysokiej rangi - który lecieli z wrakiem "balonu" do  bazy Wrigh-Patterson. Nie wiadomo również dlaczego gen. Nathaniel Twinning, szef Dowództwa Materiałowego Sił Powietrznych Armii USA, późniejszy dowódca sił powietrznych i szef połączonych sztabów, na początku lipca 1947 r. nagle przerwał zaplanowaną podróż do zakładów lotniczych w Seattle i zamiast tego poleciał do Nowego Meksyku, zapoznać się ze znalezionym "balonem". (Twinning we wrześniu 1947 r. napisał memorandum, w którym stwierdzał, że "latające spodki" to "realny fenomen" a nie wynik anomalii meteorologicznych czy przywidzeń.) Nie wiadomo też dlaczego o katastrofie "balonu" zbriefowano gen. Curtisa LeMaya i gen. Dwighta Eisenhowera. Nie wiadomo też dlaczego do bazy w Roswell nagle przywieziono kilku prominentnych niemieckich naukowców sprowadzonych do USA w ramach Operacji Paperclip. Trudzono ich tylko po to, by zapoznali się ze szczątkami balonu?



Corso był wówczas oficerem ds. bezpieczeństwa w bazie w Fort Riley w Kansas. Opisał jak w lipcu 1947 r. do bazy przyjechała wojskowa ciężarówka zmierzająca do Wright- Patterson. Oficjalnie wiozła "złom lotniczy". Zapewne będący szczątkami "balonu", których nie zebrano za pierwszym podejściem. Jedną ze skrzyń z ciężarówki przeniesiono jednak na jedną noc (podczas postoju) na teren laboratorium medycznego. Corso podczas nocnego obchodu bazy zauważył, że wokół tego budynku kręci się jeden ze znajomych podoficerów. Opowiedział on mu, że słyszał od kierowców ciężarówki o niesamowitej rzeczy kryjącej się w skrzyni. "Pan może to sprawdzić majorze!" . Corso na wszelki wypadek przyjrzał się tajemniczemu ładunkowi. Uchylił wieko skrzyni. Był zszokowany. Zobaczył zatopione w jakimś pojemniku humanoidalne ciało. Miało ono dużą głowę i wielkie, czarne, skośne oczy, mały otwór gębowy, niemal niewidoczny nos i brak uszu. Odcień jego skóry był zbliżony do szarego. Corso pomyślał w pierwszej chwili, że to jakaś medyczna anomalia lub zwłoki z Hiroszimy. Zajrzał do listu przewozowego przytwierdzonego do wewnętrznej ścianki skrzyni. Była w nim mowa o zwłokach znalezionych w okolicach Roswell w Nowym Meksyku. (Były funkcjonariusz CIA o pseudonimie "Kewper" w ostatnich latach życia udzielił wywiadu znanej ufolog Lindzie Moulton Howe, w którym potwierdził, że część szczątków z Roswell wieziona była poprzez Fort Riley.)



Gdy więc gen. Trudeau pokazał płkowi Corso szczątki z pojazdu, który rozbił się w Roswell, nie wywołał tym już większego szoku u niego. Co jednak te szczątki robiły w jednej z szaf w Pentagonie? No cóż, w 1947 r., w kilka miesięcy po katastrofie w Roswell, siły powietrzne oddzieliły się od armii i stały się samodzielnym rodzajem sił zbrojnych. Przed tym rozdzieleniem badaniem wraku i ciał z Roswell zajmowali się ludzie gen. Twinninga w bazie Wright-Patterson. Gdy doszło do wydzielenia sił powietrznych jako odrębnego rodzaju sił zbrojnych, siły powietrzne zatrzymały sobie wrak z Roswell i największą część z rozproszonych szczątków. Ale by nie wywoływać gniewu innych rodzajów sił zbrojnych, przekazały część szczątków i artefaktów Marynarce Wojennej i Armii. To co zobaczył płk Corso było właśnie "nędznymi ochłapami" przekazanymi przez siły powietrzne. No cóż, te ochłapy nie były takie "nędzne" jak wyglądało to na pierwszy rzut oka. Siły powietrzne skupiły się na analizie systemu napędowego statku obcych, armia dostała artefakty znalezione wewnątrz wraku. Było tam trochę szczątków wykonanych z cienkiego i lekkiego "metalu z pamięcią", który po próbach odkształcenia wracał do pierwotnego kształtu. Z dokumentacji wynikało, że we wraku nie zaleziono przewodów elektrycznych, były za to "dziwne kable" przewodzące światło. W szczątkach z Pentagonu były też coś wyglądającego na obwody scalone, mała "latarka" emitująca wiązkę światła, która potrafiła zapalać różne przedmioty, noktowizor oraz opaskę na głowę, co do której domyślano się, że pozwala na sterowanie pojazdem za pomocą fal mózgowych.



Corso skontaktował się z nazistowskimi naukowcami z Projektu Paperclip - a także ze współpracującymi z nimi doktorem Robertem Sarbacherem.  Część z nich przyznała, że zetknęła się z tymi szczątkami już w 1947 r. Według Corso UFO, które rozbiło się pod Roswell miało kształt nie tyle dysku, co półksiężyca. Dokładnie takie same pojazdy widział Kenneth Arnold, w czerwcu 1947 r. nad stanem Waszyngton, podczas incydentu, który dał początek manii "latających spodków". Gdy pytał niemieckich naukowców, czy to przypadek, że pojazd obcych był podobny do latającego skrzydła Hortena opracowanego przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej, nazistowscy naukowcy uśmiechali się i odpowiadali, że to nie przypadek.



Corso i Trudeau postanowili, że najbardziej efektywnym sposobem na wykorzystanie artefaktów z Roswell będzie ich przekazanie do zaufanych ludzi w wybranych firmach zbrojeniowych. Naukowcy zatrudnieni w sektorze prywatnym mieli przyjrzeć się tym technologiom a jeśli ich one do czegoś zainspirują, to Pentagon nie widziałby problemu w tym, by wzięli oni dla siebie całą zasługę i zyski z patentów. Oczywiście pożądane było znalezienie wojskowych zastosowań dla tych technologii. Zaczęła się więc operacja "zasiewania" i okazała się bardzo owocna. Stosunkowo łatwo poszło z noktowizorem - obce rozwiązania technologiczne pomogły przyspieszyć amerykańskie prace nad doskonaleniem tych urządzeń. Akurat udało się je dopracować na potrzeby sił specjalnych w wojnie wietnamskiej. "Dziwne kable" przewodzące światło oczywiście pomogły w badaniach nad światłowodami. "Drukowane układy" przyspieszyły w latach 60. prace nad pierwszymi układami scalonymi. Naukowcy z Bell Laboratories nie byli jednak szczególnie zdziwieni, gdy Corso im je pokazał. Twierdzili, że widzieli je już w 1947 r. I ponoć bardzo ich zainspirowały podczas prac nad pierwszymi tranzystorami. "Latarka" pomogła oczywiście w pracach nad laserami. Tylko nad "metalem z pamięcią" głowiono się jeszcze w latach 90. Badając tę technologię przy okazji osiągnięto jednak postęp nad technologią stealth i zainspirowano się do stworzenia amunicji ze zubożonego uranu (punktem wyjścia były prace nad "niewidzialnym pociskiem"). Coś podobnego do opasek sterujących różnymi przedmiotami za pomocą fal mózgowych zostało opracowane zaś w latach 90. Dzisiaj można np. sterować za ich pomocą małymi dronami. ("Kewper" twierdził, że zetknął się z taką opaską w Strefie 51 na początku lat 60.) "Nędzne ochłapy" przekazane armii przez siły powietrzne przyczyniły się więc co znacznego przyspieszenia rewolucji w technice wojskowej i cywilnej. Corso nie widział jaki użytek ze swojej części szczątków zrobiły siły powietrzne i marynarka wojenna. Wskazywał jednak, że badania nad systemem napędowym statków obcych prowadzone były początkowo w bazie Wright-Patterson, a później także w bazie Norton w Kalifornii i w słynnej Strefie 51 w Nevadzie. Wrak z Roswell miał spocząć w bazie Norton, gdzie stanowił część swoistego "muzeum". A przynajmniej był tam na pod koniec lat 50., gdy Strefa 51 dopiero się rozbudowywała.



Pułkownik Corso przeglądał również dokumentację z sekcji zwłok załogi pojazdu z Roswell. Siły powietrzne podzieliły się z innymi rodzajami sił zbrojnych tymi raportami. Patolodzy przeprowadzający sekcje byli zaszokowani tym jak bardzo podobne organy wewnętrzne obcych były podobne do ludzkich. Oczywiście były też spore różnice w anatomii. Istoty z tamtego pojazdu nie posiadały np. układu pokarmowego i wydalniczego. Podejrzewano, że mogły odżywiać się przez skórę. Nie miały też układu rozrodczego. Wysunięto więc teorię, że były biorobotami stworzonymi specjalnie na potrzeby podróży kosmicznych. Jak wyglądali ich twórcy? Tego wówczas nie było wiadomo. (Corso zastanawiał się, czy ich panami nie były... układy scalone. Sztuczna inteligencja mogłaby przejąć kontrolę nad życiem biologicznym a katastrofa w Roswell i inne katastrofy UFO byłyby w takim scenariuszu próbą "zasiania zarodków" tej cywilizacji na Ziemi, tak by przejęły one kontrolę nad życiem biologicznym. Nie trudno zauważyć, że przekazanie nam w ten sposób układów scalonych, światłowodów i laserów stworzyło technologię, która nas coraz bardziej uzależnia...) Wysunięto koncepcję, że obcy stanowili "element spajający" ich pojazdu. Sterowali nim za pomocą mentalnego interfejsu. Z licznych relacji wynika też, że te "klasyczne szaraki" dysponują zdolnościami telepatycznymi. Jeden z żołnierzy zabezpieczających wrak w Roswell postrzelił uciekającą z niego obcą istotę. Chwilę potem poczuł w swoim umyśle, że ta istota czuje "ból i rozpacz".



Pułkownik Corso oraz inni wojskowi zaangażowani wówczas w tematykę UFO nie mieli żadnych wątpliwości, że owi obcy i ci, którzy za nimi stoją stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Corso dowodził bateriami rakiet przeciwlotniczych w Kalifornii i w RFN w latach 50. Wielokrotnie widział jak tajemnicze obiekty na radarach testują amerykańskie systemy obrony powietrznej. Dochodziły do niego informacje o tego typu incydentach z całego świata. O testowaniu przez UFO możliwości myśliwców, skanowaniu przez nich baz z bronią nuklearną, o niebezpiecznych incydentach i wypadkach sprowokowanych przez tych tajemniczych intruzów. Informacje o tym docierały również zza Żelaznej Kurtyny. W latach 50. zaczęto też zbierać informacje o okaleczeniach bydła dokonywanych przez obcych (później pod nich zapewne podszywały się siły powietrzne prowadzące tajne badania dotyczące skażenia nuklearnego) a także o porwaniach ludzi i przeprowadzanych na nich eksperymentach. Istniało dosyć silne podejrzenie, że obcy pracują nad bronią biologiczną mającą prowadzić do eksterminacji ludzi. W Pentagonie obawiano się też, że obcy... zawrą tajny pakt z Chruszczowem :) Jednocześnie jednak ponad zimnowojennymi podziałami istniało ciche porozumienie w kwestii obrony przed zagrożeniem z Kosmosu. Corso twierdził, że w razie gdyby obcy zajęli część ziemi, to to supermocastwo, które przetrwałoby pierwszą falę ataku, użyłoby całego swojego arsenału nuklearnego, by zniszczyć część planety okupowaną przez obcych.



Jednocześnie zaczęto prace nad systemami mającymi chronić Ziemię przed inwazją. O możliwości stoczenia w przyszłości wojny ze "złowrogimi siłami z jakiejś innej galaktyki" mówił w 1962 r. gen. Douglas MacArthur przemawiając do kadetów z West Point. A przynajmniej zadać obcym tak duże straty, by inwazja była dla nich mało opłacalna. Te tajne programy zaowocowały w latach 80. Przykrywką dla nich była SDI, czyli Gwiezdne Wojny Reagana. Oficjalnie ten program był wymierzony w Sowietów, ale Reagan zaproponował przecież Gorbaczowowi, że obejmie nim również terytorium ZSRR. Wcześniej Reagan dwukrotnie w swoich przemówieniach mówił o "teoretycznym" zagrożeniu z Kosmosu dla całej ludzkości.  Według pułkownika Corso lata 80. przyniosły przełom. To wtedy zaczęliśmy z Nimi wygrywać kosmiczną wojnę.

Oczywiście ta tajna wojna w przestworzach była utrzymywana z dala od opinii publicznej. Mniej więcej do 1953 r. "latające spodki" były tematem pojawiającym się mainstreamowych mediach a debatowali o nich poważni naukowcy. W 1953 r.  rządowe ciało doradcze znane jako Panel Robertsona (kierowane przez konsultanta CIA Howarda Robertsona) zarekomendowało, by prowadzić kampanię psychologiczną podważającą wiarę w obce cywilizacje. Każdy kto zgłębiał temat UFO miał być przedstawiany jako świr a realne obserwacje miały utonąć w absurdalnych opowiastkach o "zielonych ludzikach". Środowisko ufologiczne miało zostać poddane obserwacji i dezintegracji. Miano też przemycać do scenariuszów filmowych autentyczne informacje dotyczące UFO, tak by w razie przecieku tych informacji mogły zostać one łatwo zdyskredytowane jako fantazje człowieka, który "naoglądał się za dużo sci-fi". (O tym, które filmy i książki w ten sposób zainspirowano będzie być może w jednym z następnych odcinków.) Kwestię UFO potraktowano dokładnie tak samo jak wiele innych spraw kluczowych dla naszej cywilizacji: profanom rzucono tylko ochłapy. Na szczęście jednak tematyka ufologiczna nie pozostała jedynie w rękach prowokatorów i świrów. Byli też autentyczni, ultrawiarygodni świadkowie tacy jak płk Corso.

***

W kolejnym odcinku serii "Phobos" dowiemy się nieco więcej o tajnej wojnie w przestworzach toczącej się równolegle do Zimnej Wojny i... drugiej wojny światowej. A także dlaczego doszło do katastrofy w Roswell i dlaczego ją ujawniono.

***

Zacząłem pisać tę serię z pełną świadomością, że przyciągnie ona więcej świrów niż wszystkie moje pozostałe wpisy na tym blogu. Ale cóż, czytelnicy bardzo nalegali. Więc spełniłem ich życzenie :)

Zdaję sobie też sprawę z tego, że za chwilę pojawią się komentarze osób przekonujących, że "żadne UFO nie istnieje" a w Roswell "rozbił się balon" lub "eksperymentalny samolot pilotowany przez dzieci z wodogłowiem".  Mogą się też pojawić komentarze przekonujące, że UFO to zjawisko demoniczne, bo Aleister Crowley utrzymywał w latach 40. telepatyczny kontakt z istotą przypominającą "szaraka" a kompletny laik w sprawach ufologiczno-wojskowo-wywiadowczych, czyli prawosławny mnich z Kalifornii o. Serafin Rose twierdził, że UFO to demony. (A propagowała to jego teorię w Polsce w latach 90. "Fronda", która obok wielu wartościowych tekstów zastanawiała się nad demonicznością... Pokemonów.)  No cóż, a co jeśli zjawiska przez wieki uważane za demoniczne (dziwne światła na niebie, porwania małych dzieci, tajemnicze okaleczenia zwierząt) były przejawem działalności obcej cywilizacji? A co jeśli czciciele demonów tacy jak Crowley są po prostu kolaborantami pracującymi dla obcych istot (a wydaje im się, że kontaktują się z Szatanem)? Mam nadzieję, że Analbaptysta tego nie czyta...

sobota, 9 listopada 2019

Studnicki - ślepy "prorok"


Władysław Studnicki napisał kilka bardzo dobrych książek, z których najlepszą była "Sprawa Polska" (będąca błyskotliwą obroną naszej tradycji insurekcyjnej). Napisał też jednak co najmniej jedną kiepską książkę - wydaną w 1939 r. "Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej".

Dlaczego piszę, że akurat ta pozycja była kiepska? Przecież Bartłomiej Radziejowski (z tych Radziejowskich), że to była "praca, która najlepiej i najtrafniej przewidywała rozwój międzynarodowych wypadków" a Piotr Zychowicz, że to "najbardziej prorocza książka polityczna, jaka kiedykolwiek została napisana w Polsce". Jak śmiem ("how dare you!") kwestionować zdanie takich wybitnych prawicowych autorytetów? No cóż, robię to, bo uważam, że te autorytety książki Studnickiego nie czytały a znają ją tylko z omówień. A jeśli jednak ją czytały i wciskają nam kit o jej profetyzmie, to również źle o nich świadczy...

Ilustracja muzyczna: Steven Price - April 1945 - Fury OST

W popularnym dyskursie słyszymy, że Studnicki przewidział Pakt Hitler-Stalin i to, że stracimy Kresy na rzecz Sowietów. No cóż, może i przewidział porozumienie niemiecko-sowieckie, ale w książce "Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej" jakoś nie ma o nim mowy...



Studnicki w "najbardziej proroczej książce kiedykolwiek wydanej w Polsce" przewiduje, że druga wojna światowa zacznie się od sporu kolonialnego pomiędzy Włochami a Francją. Spór ten ma zostać wywołany przez włoskie ambicje imperialne i niemiecką chęć odzyskania kolonii. Anglia i Francja mają przegrać na Morzu Śródziemnym z Włochami a następnie ma dojść do wojny pozycyjnej na pograniczu niemiecko-francuskim. (Studnicki przewiduje, że Hiszpania zaatakuje Francję a Niemcy za to nie zaatakują Holandii, bo łączą je z tym krajem zbyt głębokie interesy gospodarcze.) Wielka Brytania i Francja będą szukały ratunku w przyciągnięciu Polski i ZSRR na swoją stronę, płacą Sowietom za pomoc naszymi Kresami. Według Studnickiego, Polska powinna zachować życzliwą neutralność wobec Niemiec i nie przepuszczać wojsk sowieckich przez swoje terytorium. Gdyby doszło do wojny polsko-niemieckiej, to genialny geopolityk Studnicki widzi dwa scenariusze: albo wygramy, albo przegramy. Gdybyśmy przegrali, to groziłaby nam kilkuletnia okupacja niemiecka, a w razie zwycięstwa bylibyśmy w fatalnej sytuacji, bo pokonane Niemcy szukałyby porozumienia z Rosją. Studnicki twierdzi przy tym, że nie powinniśmy ustępować Niemcom na Zachodzie żadnego terytorium i że sprawę Gdańska powinno się rozwiązać tworząc polsko-niemieckie kondominium pod kaszubskim zarządem powierniczym.

Jak więc widzimy Studnicki był wielkim prorokiem i politycznym realistą. A przynajmniej może za takiego uchodzić, bo jego książki czyta o wiele mniej osób niż facebookowe wpisy Zychowicza.

"Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej" pokazuje, że Studnicki był zupełnie nie zorientowany w naturze konfliktu, który miał się przetoczyć przez Europę. Kwestie kolonialne nie odegrały znaczącej roli w motywacjach  przystąpienia do wojny Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji. Owszem okazały się kluczowe w przypadku Włoch, ale Mussolini starał się przystąpić do wojny w ostatnim możliwym momencie, czyli gdy Francja była już pokonana i gdy wydawało się, że Wielka Brytania będzie zmuszona zawrzeć pokój z Niemcami. "Wielki geopolityk" nie zauważył nawet tego, że to kryzys środkowoeuropejski był głównym katalizatorem wojny. Wielka Brytania znalazła się na kursie wojennym po kryzysie czechosłowackim, gdy stało się jasnym, że Hitler dąży do zbudowania kontynentalnego imperium. Polska weszła na ten kurs kolizyjny dużo wcześniej...



Uderza również to, że Studnicki w swoich analizach geopolitycznych nie zauważa najważniejszego czynnika: Stanów Zjednoczonych. A tymczasem USA już od kilku lat przygotowywały się na globalny konflikt i nawet informowały polskie, sanacyjne władze, że w pewnym momencie przystąpią do wojny "by ją zakończyć" i by przejąć kontrolę nad połową Europy.

Flashback: Dies Irae - Ambasador Bullitt

To, że mieliśmy informacje o tym, że USA przystąpią do wojny (a jest to potwierdzone dokumentami!), stawia podjęte przez nas decyzję w 1939 r. w zupełnie odmiennym świetle, niż widzą je nasi "realiści". W takiej konfiguracji bowiem Niemcy nie miały szans na zwycięstwo w drugiej wojnie światowej a sojusz z nimi od razu skazywałby Polskę na rolę przegranego.

Dlaczego twierdzę, że Niemcy nie mogły wygrać wojny? Bo, podobnie jak Japonia i Włochy, były krajem o niewystarczających zasobach gospodarczych. Jeśli ciekawią Was szczegóły, to odsyłam do znakomitej książki Adama Tooze, "Cena zniszczenia". Na podstawie bardzo szczegółowych statystyk pokazuje on Niemcy jako kraj zacofany, który kroczył od kryzysu do kryzysu. W konfrontacji z USA  III Rzesza nie miała najmniejszych szans. Dlaczego? A choćby dlatego, że łączny PKB Niemiec, Włoch, Japonii i ZSRR był mniejszy od amerykańskiego. USA były krajem, który sfinansował niemal cały wysiłek militarny aliantów, uzbroił ich i wyżywił.



Najważniejszą bitwą drugiej wojny światowej nie był Stalingrad ani Kursk. Była nią bitwa o Atlantyk. A Niemcy nie byli w stanie jej wygrać zaczynając wojnę z garstką oceanicznych okrętów podwodnych. Nie radzili sobie z Royal Navy, a jej sił połączonych z US Navy nie byli w stanie pokonać. Bitwa o Atlantyk miała kluczowe znaczenie, gdyż uchroniła połączenia morskie pomiędzy Ameryką a Wielką Brytanią. Po jej wygraniu, było tylko kwestią czasu, aż Amerykanie wylądują na europejskich brzegach.



Niemcy nie miały też szans wygrać bitwy w powietrzu z Amerykanami. Mało brakowało a ich przemysł zbrojeniowy załamałby się pod bombami już w 1943 r. (Uratowało ich tylko to, że Brytyjczycy przerwali bombardowania strategicznie ważnych zakładów produkujących łożyska kulkowe i przerzucili się na bombardowania Berlina.)



Być może jednak Niemcom by się "ślizgnęło" i wyprodukowaliby bombę atomową przed Amerykanami. A następnie zrzucili ją na Londyn lub Nowy Jork, wykorzystując do tego swoje awangardowe samoloty, rakiety balistyczne lub "hitlerowskie UFO". Czy alianci po czymś takim byliby skłonni na zawarcie honorowego pokoju z III Rzeszą? Nie. W takim scenariuszu Amerykanie wkurwiliby się na Niemców 1000 razy bardziej niż na Japończyków po Pearl Harbor. Pierwsze amerykańskie bomby atomowe spadłyby nie na Hiroszimę i Nagasaki, ale na Berlin i Wiedeń. Nad innymi niemieckimi miastami zrzucano by bomby z gazem a wziętych do niewoli niemieckich żołnierzy masowo by rozstrzeliwano. Nie pozwolono by niemieckim dygnitarzom ewakuować się wraz z ukradzionym kapitałem do Argentyny. W okupowanych Niemczech wdrożono by Plan Morgenthaua. Ale wpierdol dostałyby też kraje sprzymierzone z Niemcami. Gdybyśmy wówczas byli sojusznikiem Rzeszy, to po wojnie na pewno stalibyśmy się częścią ZSRR.



No dobrze, ale może wojna zakończyłaby się już w 1940 r., pokojem pomiędzy Niemcami a Wielką Brytanią? Niemcy nie mieli środków na przeprowadzenie inwazji Wielkiej Brytanii. Nawet gdyby wygrali bitwę o Anglię, to Royal Navy zmiotłaby ich flotę inwazyjną. To byłaby powtórka z klęski Wielkiej Armady. Hitler zresztą liczył na to, że nie będzie konieczności inwazji i że jak się Brytyjczyków trochę przyciśnie to przyjmą jego oferty pokojowe. Frakcja pokojowa w Wielkiej Brytanii była jednak latem 1940 r. w wyraźnej mniejszości. Hitler dopiero co zajął Norwegię, Holandię, Belgię i Francji. Niemiecka oferta sprowadzająca się do "my dominujemy na kontynencie a wy sobie zatrzymujecie kolonie", była dla Brytyjczyków nie do przyjęcia. Od XVI w. Wielka Brytania walczy z każdym mocarstwem próbującym zdominować kontynent - czy to z Hiszpanią Habsburgów, czy to z Francją Burbonów i Napoleona, czy to z II Rzeszą, III Rzeszą i ZSRR... Bo wie, że każde mocarstwo dominujące na kontynencie automatycznie stanowiłoby zagrożenie dla jej morskich szlaków komunikacyjnych. Wielka Brytania nie mogła więc zawrzeć pokoju z Niemcami, gdy kontrolowały one wybrzeża Norwegii, Holandii, Belgii i Francji.



No dobrze, a może Niemcy zwyciężyłyby na Wschodzie i jakoś dogadały się z aliantami pozbawionymi sowieckiego sojusznika? Gdyby Niemcy były sprzymierzone z Polską, to pewnie udałoby im się zająć Moskwę w 1941 r. a gdyby prowadziły odrobinę mądrzejszą politykę okupacyjną i przekształciły miliony wziętych do niewoli sowieckich sołdatów w rosyjskie, antykomunistyczne wojsko, to pewnie udałoby się im rozbić ZSRR. Problem jednak w tym, że ci Niemcy, którzy opowiadali się za rozsądną polityką w ZSRR byli w wyraźnej mniejszości. Dominowało postrzeganie mieszkańców krajów leżących na wschód od Rzeszy jako podludzi i przyszłych niewolników.



Powodem dla którego Niemcy zagłodziły w 1941 r. setki tysięcy sowieckich jeńców, zamiast tworzyć z nich antykomunistyczną armię, jest jednak głównie to, że Niemcy nie mieli czym ich wykarmić! Niemiecki łańcuch logistyczny był słaby a Rzesza przeżywała kryzys żywnościowy. Pojawienie się "kilku milionów nowych gęb do wykarmienia" sprawiło, że podjęto najprostszą decyzję: postanowiono zagłodzić sowieckich jeńców na śmierć. (Podobny był motyw intensyfikacji mordu na Żydach w 1942 r. - chciano zaoszczędzić na jedzeniu!) Z tego samego powodu Niemcy planowali zagłodzić populację dużych sowieckich miast. Kołochozów nie rozwiązywali, bo uznali, że tak im łatwiej będzie konfiskować żywność.



Niemcy rozpoczęli wojnę z ZSRR totalnie do niej nieprzygotowani. Ich wywiad "przegapił" 80 dywizji sowieckich i kilkanaście tysięcy czołgów. Licząc, że zima będzie łagodna (kilka poprzednich było wyjątkowo ostrych) zaniedbano sprawę zaopatrzenia wojska w ciepłą odzież. Łańcuch logistyczny funkcjonował na granicy załamania. A nade wszystko niemieckie wojska doświadczały braków paliwa. Zdobycie Moskwy nie gwarantowało pokonania ZSRR a na zrealizowanie swojego celu w postaci dojścia do linii Archangielsk-Astrachań Niemcy nie mieli szans.



Jakie wiec byłyby skutki opowiedzenia się Polski po stronie III Rzeszy w drugiej wojnie światowej? Zapewne uniknęlibyśmy niemieckich ludobójczych represji a Holokaust na ziemiach polskich odbyłby się na o wiele mniejszą skalę (ale byśmy w nim współuczestniczyli). Warszawa nie zostałaby zniszczona w czasie Powstania, ale w trakcie zaciętych walk ulicznych - podobnie jak Mińsk, Budapeszt, Królewiec, Gdańsk, Wrocław, Kostrzyń i Berlin. Straty ludzkie i materialne byłyby więc ogólnie mniejsze niż w scenariuszu zrealizowanym w latach 1939-1945. Ale scenariusz powojenny byłby dużo koszmarniejszy...



Ponieważ Polska "od początku stałaby po stronie Hitlera", pozbawiona zostałaby Kresów. I nie dostałaby rekompensaty w postaci Ziem Odzyskanych. Łomża i Białystok byłyby dzisiaj częścią Białorusi, Przemyśl Ukrainy a Gdańsk, Wrocław i Opole Niemiec (do 1990 r. częścią NRD). Polska byłaby słabym gospodarczo i przeludnionym organizmem ograniczonym do niecałej Kongresówki, połowy Galicji, kawałka Śląska i zaboru pruskiego. Na tym małym obszarze żyłaby kilkomilionowa mniejszość żydowska, która dyszałaby do nas żądzą zemsty za "udział w Holokauście". Procent towarzyszy o żydowskim pochodzeniu w Partii i bezpiece byłby jeszcze wyższy niż w latach 40. a jidysz byłby obok polskiego drugim językiem urzędowym. Stalinizm byłby u nas podobnie ostry jak na Węgrzech lub nawet ostrzejszy. Możnaby się więc spodziewać masowych wysiedleń inteligenckich rodzin z Warszawy i Krakowa do obozów pracy na prowincji. Kolumna Zygmunta zostałaby wysadzona w powietrze i zastąpiona pomnikiem Stalina (a potem zapewne pomnikiem ofiar Holokaustu) a Klasztor Jasnogórski zastąpiony muzeum ateizmu. (Zapomina się często o zniszczeniach, które komunizm przyniósł tkance europejskich miast. W Bratysławie poprowadzono trasę szybkiego ruchu obok kościoła koronacyjnego królów węgierskich i postawiono przęsła obskurnego mostu w miejscu, gdzie była dzielnica żydowska. W Budapeszcie zburzono najładniejszy kościół, by postawić tam pomnik Stalina. W Grodnie fara witoldowa została zburzona za czasów Chruszczowa.)  Setki tysięcy polskich żołnierzy siedziałyby w łagrach a nieliczni z nich dotrwaliby do amnestii z lat 50. O ile w scenariuszu bazowym po 1945 r. wielu polskich żołnierzy, oficerów i generałów przetrwało na emigracji, to tym razem nie moglibyśmy liczyć nawet na minimalną pomoc aliantów. Polskich jeńców oddawano by w ręce NKWD podobnie jak Kozaków. Nikt by się naszym losem nie przejmował. O ile w LWP znalazło się miejsce dla niektórych dowódców armii II RP, PSZ na Zachodzie czy nawet AK, to w tym scenariuszu nie byłoby szans na takie oazy normalności. Nie byłoby żadnego PAXu a Kościół zostałby zmiażdżony. Nie byłoby żadnych akcentów narodowych w propagandzie, tylko pedagogika wstydu. Polska prawica przypominałaby obecnie węgierski Jobbik i za każdym razem, gdyby zbliżała się do dobrego wyniku w wyborach, groziłby nam międzynarodowe sankcje.



Można też sobie wyobrazić scenariusz, w którym Polska zostaje wcielona po wojnie do ZSRR. Tak jak np. pokazywała osławiona Mapa Gomberga. W takim scenariuszu kraj zostałby poddany rusyfikacji. Podobnie jak w państwach bałtyckich, na Białorusi, Ukrainie i w Mołdawii zwożono by do nas tysiące rosyjskich osadników. Nie wykluczone, że po upadku ZSRR skończyliby się podobnie jak Mołdawia - z własnym Naddniestrzem np. na Lubelszczyźnie i z Gagauzją na Śląsku...




Ale, co by się stało gdyby jednak Niemcy w trakcie wojny wykazali się strategicznym geniuszem, mieli ogromne szczęście i wygraliby z aliantami i ZSRR? To wówczas też mielibyśmy przesrane. Niemcy planowali bowiem masowe przesiedlenia nawet tych narodów, które były ich sojusznikami.
W Generalplan Ost przewidziano np., że eksterminacji lub przesiedleniom zostanie poddanych 100 proc. Łatgalów, czyli mieszkańców jednego z łotewskich regionów. A przecież ci Łotysze nie byli wrogami Niemiec. Masowo służyli w batalionach policyjnych, które eksterminowały Żydów i ludność wiejską na terenach okupowanych. A jednak Niemcy uznawali ich za podludzi i chcieli wytępić. Litwini podobnie chętnie kolaborowali, a Niemcy chcieli się pozbyć 85 proc. z nich. Czechów represje miały dotknąć w 50 proc., a przecież oni tak pilnie pracowali dla ich przemysłu zbrojeniowego. Ukraińcy wybrali opcję "zychowiczowską" i tworzyli formacje zbrojne u boku Niemców. I co z tego mieli? Niemcy chcieli przesiedlić lub eksterminować 65 proc. z nich a resztę zamienić w ogłupione bydło robocze pracujące dla latyfundystów z SS. I my mamy wierzyć "opcji niemieckiej", że po wygranej wojnie Niemcy nie połasiliby się na ziemie, które uważali za swoje - Pomorze, Wielkopolskę, Śląsk, północne Mazowsze. Kto by stanął wówczas w naszej obronie?



Może ambasador Bullitt i ambasador Kennedy jednak nie byli złymi ludźmi, skoro poinformowali nas o tym jak ma przebiegać druga wojna światowa? Oczywiście mieli w tym swój interes, ale i tak przekazane przez nich informacje były dla nas bezcenne. Może decyzje podjęte przez nas w 1939 r. nie były aż tak tragiczne? Może nasze ówczesne władze nie były tak głupie jak sądzą "gimborealiści"? Oczywiście można było ocalić naszą niepodległość w inny sposób - realizując jeden z planów wojny prewencyjnej, które wysuwaliśmy w latach 1932-1939. Ale o tym już się nie dowiemy z książek Zychowicza, Cenckiewicza czy Cata-Mackiewicza...

***

Ten wpis to oczywiście filer na Święto Niepodległości. A już wkrótce zaczynam serię "Phobos". Ostrzegam jednak, że musicie podejść do niej z otwartym umysłem. Inaczej skończycie jak niesławny Analbaptysta (przebywa obecnie w "biblijnym pierdlu") czy inni debile dostający sraczki w komentarzach...



sobota, 2 listopada 2019

Matrioszka: Konwergencja


Pułkownik Philip J. Corso był 19 razy odznaczanym weteranem II wojny światowej (frontu afrykańskiego i włoskiego), Korei i Zimnej Wojny.  Gdy w 1944 r., w wieku 29 lat, został szefem amerykańskiego kontrwywiadu wojskowego w Rzymie (na ziemi swoich przodków), bardziej doświadczeni i starsi od niego funkcjonariusze brytyjskich tajnych służb, śmieli się z jego młodego wieku. Przestali się śmiać, gdy dzięki działaniom Corso została zlikwidowana siatka niemieckich dywersantów. Zlikwidowana we włoskim stylu: w bocznych zaułkach "zakazanych" dzielnic. Corso w ramach swojej pracy widywał się m.in. z papieżem Piusem XII i abpem Montinim, czyli późniejszym papieżem Pawłem VI. 



W czasie wojny w Korei służył w sztabie gen. MacArthura i przekonał się tam, że Sowieci i Chińczycy byli nieustannie karmieni przeciekami tajnych informacji z Waszyngtonu. Potem pracował w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w administracji Eisenhowera, w Biurze ds. Obcej Technologii w Pentagonie (obcej w znaczeniu "zagranicznej") a po przejściu w stan spoczynku przez wiele lat doradzał senatorowi Stromowi Thurmondowi (niesamowitej postaci - weteranowi kampanii europejskiej z 82 Powietrzdnodesantowej, gubernatorowi Karoliny Płd. w latach 1947-51, kandydatowi na prezydenta w 1948 r., senatorowi w latach 1954-2003). W latach 90. Corso składał przed Kongresem zeznania, w których twierdził, że część amerykańskich jeńców z Korei trafiła do Gułagu na Syberię a rząd USA to zatuszował. (Jego zeznania wywołały wściekłą reakcję senatora Johna McCaina) Corso cytował też konkretne dyrektywy Rady Bezpieczeństwa Narodowego z czasów Trumana i Eisenhowera nakreślające amerykańską zimnowojenną strategię mówiącą, by "nie wygrywać" w takich wojnach jak Korea czy Wietnam i wykorzystywać te wojny jak okazję do wprowadzania zmian społecznych.  Pułkownik Corso był dobrym antykomunistą. A w swoich kontrowersyjnych wspomnieniach (o których będzie więcej w następnej serii blogowej...) napisał m.in., że "w trakcie Zimnej Wojny CIA była lojalna wobec KGB a KGB wobec CIA".



Corso twierdził, że organizacje wywiadowcze takie jak CIA, KGB czy MI6, są w pierwszej kolejności lojalne wobec siebie samych. Na drugim miejscu stawiają lojalność wobec swojemu szpiegowskiemu rzemiosłu. Na trzecim lojalność wobec wrogów. A dopiero na ostatnim lojalność wo wobec własnych państw. Przesada? Jego zwierzchnik z Pentagonu, gen. Arthur Trudeau (bohater bitwy pod Pork Chop Hill), omawiając z nim pewną arcytajną rzecz mówił: "siły powietrzne chcą się do tego dorwać, bo myślą, że się to im należy, marynarka wojenna chce to mieć, bo chce ona dla siebie wszystko, co mają siły powietrzne, a CIA też tego chce, by szybko przekazać to Sowietom". W Pentagonie i w wojskowych służbach panowała więc wówczas głęboka nieufność dotycząca CIA. Zbyt dużo było wycieków informacji z tej agencji, zbyt dużo dezinformacji zaserwowała ona kolejnym administracjom prezydenckim.



Latem 1962 r. jeden ze znajomych płka Corso z Rady Bezpieczeństwa Narodowego pokazał mu kopie zdjęć lotniczych pokazujących sowieckie rakiety na Kubie. Powiedział mu, że CIA zaleca prezydentowi Kennedy'emu, by ten nie reagował zbyt ostro! Corso spotkał się potem z prokuratorem generalnym Robertem Kennedym i zapoznał go z licznymi przypadkami przekazywania prezydentowi przez CIA fałszywych informacji. JFK nie posłuchał co prawda rad gen. Curtisa "Bombs away!" LeMaya, mówiących, że należy zbombardować sowieckie wyrzutnie, ale zdecydował się na skuteczne rozwiązanie pośrednie: morską blokadę Kuby i publiczne ujawnienie obecności na niej sowieckich rakiet balistycznych.



A incydent z 1960 r., z zestrzeleniem samolotu szpiegowskiego U2 nad Swierdłowskiem? Prezydent Eisenhower chciał ograniczyć program lotów U2 nad Związkiem Sowieckim, bo był świadom tego, że Sowieci zdobyli lepsze rakiety przeciwlotnicze, umożliwiające zestrzeliwanie tych samolotów. Chciał zastąpić loty U2 programem szpiegostwa satelitarnego. CIA nalegała jednak, by je kontynuować. Według płka Corso, kazała też Francisowi Gary'emu Powersowi, pilotowi feralnego U2, przelecieć nad okolicami Swierdłowska na odpowiednio niskiej wysokości - umożliwiającej Sowietom zestrzelenie. W ten sposób Agencja pozwoliła Chruszczowowi zatriumfować nad Eisenhowerem. Zestrzelenie Powella dało też Sowietom dostęp do amerykańskiej technologii oraz jeńca, którego mogli wymienić na swojego superszpiega Rudolfa Abla.



Płk Corso opisał też w swoich wspomnieniach dający do myślenia incydent z Waszyngtonu z 1958 r. W pewnym momencie zauważył, że śledzi go dwóch ludzi. Domyślił, że są z CIA. Udał się więc do Franka Wisnera, wiceszefa Wydziału ds. Planowania w CIA. Położył przed nim na biurku swój pistolet i powiedział, że jeśli jego ludzie nadal będą go śledzić, to ich zwłoki zostaną wyłowione z Potomacu. W swoich wspomnieniach określił Wisnera jako szkodnika bardzo bliskiego Sowietom. Wisner był wówczas numerem 3 w CIA i brał udział w planowaniu wielu operacji specjalnych. To on wcześniej m.in. dał się złapać na ubecką prowokację z fałszywą V-tą Komendą WiN. Prawą ręką Wisnera był opisany w poprzednim odcinku serii "Matrioszka" James Jesus Angleton. Obaj się przyjaźnili z Kimem Philbym. J. Edgar Hoover nazywał Biuro Koordynacji Polityki CIA "bandą świrów Wisnera" i podejrzewał wielu jej pracowników o komunistyczne sympatie. W czasie drugiej wojny światowej Wisner służył w OSS, m.in. w Rumunii, gdzie wdał się w romans z sowiecką agentką, księżną Ecateriną Olimpią Cretulescu. Wisner przeżył załamanie nerwowe we wrześniu 1958 r. i był leczony elektrowstrząsami. Mimo, że zdiagnozowano u niego chorobę psychiczną, to po pewnym czasie został... szefem placówki CIA w Londynie a w 1961 r. w Gujanie Brytyjskiej. W 1962 r. odszedł ze służby w Agencji a w 1965 r. popełnił samobójstwo.



Na ludzi z OSS mówiono: "Oh So Social!" - "Och tacy elitarni!". Organizacja ta rekrutowała swoją wierchuszkę głównie wśród przedstawicieli liberalnych elit ze Wschodniego Wybrzeża. Gen. Douglas MacArthur i szef jego wywiadu gen. Charles Willoughby nie chcieli dopuszczać OSS na swój obszar operacji, gdyż uznawali jej funkcjonariuszy za bandę liberalnych pajaców i potencjalnych sowieckich szpiegów. Również szef FBI J. Edgar Hoover darzył OSS ogromną nieufnością a jej szefa płka Williama "Dzikiego Billa" Donovana uważał za niekompetentnego idiotę oraz sympatyka komunizmu. Donovan zaszokował w 1942 r. wielu ludzi w Waszyngtonie, gdy po wizycie na Łubiance, stwierdził, że USA powinny mieć taką tajną służbę jak NKWD.



OSS i Donovan pojawiają się też w tle zabójstwa generała Pattona. Jak pisałem na tym blogu: "amerykański dziennikarz Robert Wilcox opublikował znakomitą książkę "Cel Patton" wskazującą, że legendarny generał został zabity w zamachu. Wilcox dotarł do jednego z zabójców: agenta OSS Douglasa Bazaty. Bazata, snajper i bokserski mistrz z marines, po raz pierwszy zetknął się ze służbami specjalnymi w latach '30-tych, gdy przełożeni z marines wciągnęli go do spisku przeciwko kubańskiemu dyktatorowi Fulgencio Batiście. W 1944 r. Bazata odznaczył się jako dywersant z OSS we Francji a po wojnie pracował jako zabójca dla amerykańskich służb specjalnych. Po jakimś czasie zaczęło go gryźć sumienie, więc podzielił się swoimi przeżyciami, przed śmiercią dając dostęp Wilcoxowi do swoich dzienników. Z relacji Bazaty wynika, że w 1945 r. kilkakrotnie spotkał się z szefem OSS Williamem "Dzikim Billem" Donovanem. Donovan zlecił mu zabójstwo Pattona uzasadniając to tym, że Patton jest szaleńcem, który chce wywołać nową wojnę. (...) O tym, że Patton został zabity był przekonany major Stephen Skubik, w czasie II wojny światowej oficer amerykańskiego kontrwywiadu wojskowego, autor książki "Death: The Murder of General Patton December 21, 1945". Skubik dostawał w 1945 r. sygnały od swoich informatorów, o tym że Sowieci szykują zamach na generała Pattona. Zdał z tego sprawozdanie Pattonowi, który najwidoczniej uwierzył w te doniesienia - latem 1945 r. zaczął mówić, że nie wróci z Niemiec żywy. Nieco wcześniej doszło do dwóch dziwnych incydentów mogących zakończyć się śmiercią Pattona. (...) Skubik miał ukraińskie pochodzenie i w związku z tym zdołał zbudować dużą siatkę wśród Ukraińców przebywających w Niemczech. Wśród osób ostrzegających go przed planowanym zamachem na gen. Pattona znaleźli się m.in.: Stepan Bandera (tak, ten Bandera), prof. Roman Smal-Stocki (Ukrainiec z ruchu prometejskiego, czyli polskich służb wywiadowczych) i gen. Pawło Szandruk (kawaler Virtuti Militari, bohater z roku 1920 i 1939, dowódca Ukraińskiej Armii Narodowej, ostatni dowódca dywizji SS-Galizien). Ukraińscy nacjonaliści mieli swoje wtyczki w NKWD i stąd ich wiedza na temat planu zabójstwa gen. Pattona. Gdy Skubik powiadomił o sprawie przełożonych, wpakował się w potężne kłopoty. Jego bezpośredni zwierzchnik oskarżył go o... dyskredytowanie sowieckiego sojusznika i pracę na rzecz UPA! Jak się okazało ten biurokrata z wywiadu wojskowego przyjaźnił się z Billem Donovanem, szefem OSS. Wspólnie koordynowali swoje działania wobec Skubika. Skubik w czasie swojego śledztwa doszedł do wniosku, że zabójstwo gen. Pattona było wspólną operacją OSS i NKWD. Thompson - kierowca ciężarówki, która zderzyła się z samochodem Pattona - był wcześniej widziany w siedzibie sowieckiej misji łącznikowej we Frankfurcie. Według Skubika OSS była mocno zinfiltrowana przez Sowietów a Donovan mocno sprzyjał komunizmowi."



W książce Skubika znajduje się też szokująca relacja mówiąca, że w 1945 r. widział Waltera Ulbrichta - przywódcę enerdowskich komunistów - w towarzystwie funkcjonariuszy OSS. Ulbricht był twardogłowym komunistą, którego Beria nazwał "największym idiotą, jakiego kiedykolwiek spotkałem". W czasie wojny OSS zatrudniała wielu niemieckich i włoskich komunistów a także miała swoje misje przy albańskich, jugosłowiańskich i greckich komunistycznych partyzantach. Przy sztabie Mao też działała misja OSS.  Ho Chi Minh, przywódca wietnamskich komunistów był regularnym agentem OSS. W tej historii OSS/CIA i międzynarodowy komunizm zlewa się więc tak, że nie możemy ich oddzielić...




Wspomniałem, że Bazata - ten od zamachu na gen. Pattona - był zaangażowany w latach 30. w próbę zamachu na kubańskiego dyktatora gen. Batistę. Batista - przedstawiany obecnie jako "straszny, prawicowy dyktator" - był radykalnym socjalistą, który przeprowadził na Kubie szereg reform (m.in. zbudował tam silną służbę zdrowia). Został jak wiemy obalony w 1959 r. w wyniku rewolucji kierowanej przez braci Castro. Bracia Castro (synowie latyfundysty) zostali wcześniej wypromowani przez amerykańskie, liberalne media - np. "New York Timesa" - na "romantycznych bohaterów" walczących przeciwko "strasznemu tyranowi". Administracja Eisenhowera nie pomagała specjalnie Batiście w tej walce, a nawet wycofała się ze sprzedaży mu uzbrojenia z demobilu. Są natomiast pewne poszlaki wskazujące, że CIA dostarczała funduszów... Fidelowi Castro. Ludzi Castro w górach Sierra Maestra szkolił legendarny funkcjonariusz CIA Frank Fiorini vel Frank Sturgis. (później zaangażowany w operacje przeciwko Castro, zamach na JFK i włamanie w Watergate). Razem z gangsterem Santo Trafficante (też zaangażowanym później w operacje przeciwko Castro i zamach na JFK) dostarczał broń jego partyzantom. Po zwycięstwie rewolucji, Fidel Castro uczynił Sturgisa nadzorcą biznesu hazardowego na Kubie i... szefem bezpieki sił powietrznych. Sturgis po kilku miesiącach uciekł z Kuby i przyłączył się do antykomunistycznej opozycji. Warto więc zapytać: czy CIA celowo doprowadziła do klęski w Zatoce Świń i czy wszystkie późniejsze zamachy na Fidela Castro były udawane? Czy w ten sposób robiono przysługę Kremlowi czy też może Fidel Castro był najwyżej postawionym agentem CIA w bloku sowieckim? 



No cóż, jako dzieciak Fidel napisał list do prezydenta Roosevelta, w którym poprosił go, by mu przysłał banknot studolarowy, "bo nie wiem jak wygląda, a chciałbym zobaczyć". Może CIA spełniła jego prośbę? Po przeprowadzeniu wspieranej przez CIA rewolucji został największym (i jedynym) posiadaczem ziemskim na Kubie - skutecznie wykończył całą konkurencję. Żył jak milioner, nie mógł się odgonić od lasencji, a głupi lewacy z całego świata czcili go jak boga. Rządząc Kubą bez wątpienia zrobił jedną dobrą rzecz - posłał tego pojeba Che Guevarę na pewną śmierć do Boliwii. :)



O wiele poważniej niż zamachy przeciwko Castro, CIA przeprowadziła zabójstwo dominikańskiego dyktatora Rafaela Trujillo. Tak się składało, że Trujillo był jednym z największych przeciwników Castro. Motywy dokonania zamachu wciąż są bardzo niejasne. Oficjalnie przeprowadzono go dlatego, że Trujillo był "strasznym dyktatorem", który prześladował opozycję. Tak jak wielu innych dyktatorów, których CIA nie tylko nie zabiła, ale też wspierała.






Przypadków, gdy działania CIA i KGB nakładały się na siebie i prowadziły do zbieżnych celów było oczywiście więcej. Jednym z nich było obalenie szacha Iranu w 1979 r. - "nie-Irańczyka, brytyjskiego agenta i homoseksualistę" Chomeiniego solidarnie wspierały tajne służby z obu stron Żelaznej Kurtyny. Licio Gelli, wielki mistrz loży P2 i główna postać włoskiej siatki Gladio, robił wspólne interesy z sandinistami. W zamachu na Jana Pawła II widać zarówno ślady działania sowieckich służb jak i... siatek Gladio z Turcji, Austrii i Włoch oraz służb Chomeiniego. No i też sprawa zestrzelenia lotu KAL 007 też wygląda na taką kooperację pomiędzy tajnymi służbami. Celem był kongresmen Lawrence Patton McDonald, kuzyn generała Pattona.



Komunistyczna propaganda i chciejstwo środowisk niepodległościowych przedstawia funkcjonariuszy CIA jako twardych "cold warriors", niemal mackartystów, republikańskich konserwatystów, oddanych amerykańskim wartościom. Antyamerykańska prawica (ta co podczas rozmowy o walorach cielesnych lasencji, przytacza to co o seksie pisali Evolla i Dugin lub czerwieni się i wścieka rzucając cytatami ze św. Pafnucego o tańcach damsko-męskich) widzi w nich gwardię pretoriańską imperium amerykańskiego. No cóż, te wyobrażenia są błędne. Co prawda w CIA znalazło się też wielu antykomunistycznych amerykańskich patriotów a sama Agencja czasem potrafiła wyrządzić spore straty Sowietom - np. w Afganistanie i czy przy sprawie płka Kuklińskiego (czyli wtedy, kiedy trzeba było uspokoić dążących do wojny debili takich jak marszałek Kulikow), ale ogólnie jej wyższe kadry stanowili przeważnie przedstawiciele lewicowo-liberalnego establiszmentu ze Wschodniego Wybrzeża. Niektórzy z nich - np. Cord Mayer (przyjaciel Jamesa Angletona, uczestnik spisku na życie JFK, przewodniczący organizacji Światowych Federalistów) - specjalnie nie kryli się ze swoimi globalistycznymi poglądami. Pamiętajmy zaś, że przedstawiciele tego środowiska w latach 20. narzekali, że USA pozostają w tyle za takimi postępowymi krajami jak faszystowskie Włochy czy ZSRR, i że potrzeba jakiegoś wielkiego wstrząsu (Wielkiego Kryzysu), by przeprowadzić w USA transformację (New Deal). Opisywałem ich m.in. w serii "Steamroller".
Oczywiście korzenie ich ideologii można zgłębiać na 200 lat wstecz (co robiłem w serii "Samael") lub nawet na 3 tys. lat wstecz (co robiłem w serii "Demiurg"). Faktem jest jednak to, że funkcjonariusze CIA i ludzie za nimi stojącymi nie byli żadnymi twardymi antykomunistami.



Jak więc należy traktować kwestię sowieckiej infiltracji wewnątrz CIA? Myślę, że na przełomie lat 50. i 60. sprawa wyglądała tak jak początkowo twierdził Golicyn: KGB nie miała żadnego kreta w CIA! Było tak jak mówił płk Corso: cała CIA była nastawiona na współpracę z KGB! A KGB na współpracę z CIA. Obie służby wymieniały się przysługami, tajnymi informacjami i "fałszywymi dezerterami" takimi jak Anatolij Golicyn czy Lee Harvey Oswald. Chodziło o to, by Zimna Wojna nie stała się gorąca i by Związek Sowiecki zbyt szybko się nie załamał. Jak zauważył Robert Kiyosaki, Sowieci trwali tylko dzięki technologiom, które Amerykanie pozwolili im ukraść. Jak się zabawa im znudziła, to po prostu przestali Sowietów finansować i ZSRR upadł.




Przyjrzyjmy się równoległej historii CIA i KGB (oraz jej następczyń) od lat 60. Gdy KGB spiskuje przeciwko Chruszczowi, CIA organizuje zamach na JFK. Później CIA niszczy administrację Johnsona, źle doradzając jej w sprawie Wietnamu i kreując kontrkulturową rewoltę (którą wspiera też KGB). Równolegle do buntu na Zachodzie, w bloku sowieckim zaczynają pojawiać się ruchy dysydenckie - wspierane przez CIA, ale też głęboko zinfiltrowane przez komunistyczne tajne służby. Gdy KGB spiskuje przeciwko Breżniewowi (i ostatecznie prawdopodobnie go zabija), CIA spiskuje przeciwko Nixonowi, jest zamieszana w zamachy na Geralda Forda, spiskuje przeciwko Carterowi ("październikowa niespodzianka" w Iranie) i jest zamieszana w zamach na Reagana. Tak jak Breżniewa chce zastąpić szef KGB Andropow, tak w miejsce Reagana chce wskoczyć były szef CIA Bush. Lata 80. i 90. to częściowo kontrolowana przez KGB transformacja ustrojowa w bloku sowieckim, którą wspiera też CIA przejmując część służb bloku wschodniego jako swoich nowych sojuszników. Zwieńczeniem tej transformacji jest prezydentura Putina, byłego funkcjonariusza KGB i byłego szefa FSB. W USA były szef CIA Bush zostaje prezydentem, po nim rządzi blisko związane z CIA małżeństwo Clintonów, po nich powiązany rodzinnie (i nie tylko) z CIA Bush Jr. a po nim powiązany z CIA Obama. Różnie możemy oceniać politykę tych ekip, ale trudno jest nazwać "konserwatywnymi antykomunistami". Zarówno Clintonowie jak i Bush Jr. oraz Obama mają - do pewnego czasu - znakomite relacje z Putinem. W 2016 r. przeciwko kandydatce CIA i globalistów Hillary Clinton startuje Donald Trump. Zaczyna się intryga CIA, która z rosyjską pomocą (!) próbuje z niego zrobić "rosyjskiego agenta" i "człowieka Putina". Jednym z architektów tej intrygi jest John Brennan, szef CIA, który przyznał się, że w latach 70-tych głosował w wyborach prezydenckich na Gusa Halla - kandydata Komunistycznej Partii USA. Jak pięknie ta historia kołem się toczy...

***

To już ostatni odcinek serii "Matrioszka". Mam nadzieję, że wbił Was w fotel! Potraktujcie go jako wstęp do następnej serii, która będzie nosiła nazwę: "Phobos". "Phobos" (Φόβος ) oznacza "strach", ale to też imię jednego z synów Aresa i nazwa jednego z dwóch księżyców Marsa. Jak się przekonacie, ta nazwa będzie w obu znaczeniach bardzo adekwatna...


***

Amerykańskie siły specjalne (przy wsparciu lotnictwa) zabiły Abu Bakra al-Baghdadiego, czyli przywódcę Państwa Islamskiego. Kolesia, który bardzo mi się kojarzył z Mandarynem z Iron Mana. Jest przy tym dużo szumu medialnego: o Kurdach, którzy ukradli Baghdadiemu majtki i o bohaterskim psie.  (Mało się zaś mówi o tym, że likwidacja szefa ISIS była zapewne elementem dealu Trumpa z Erdoganem.) Słyszymy też naszych "ekspertów" mówiących, że Państwo Islamskie było bardzo strasznym zagrożeniem dla całej ludzkości. Naprawdę? Większym niż Chiny czy Rosja? Owszem zabiło mnóstwo ludzi na Bliskim Wschodzie i zaszokowało wszystkich swoim okrucieństwem, ale przecież historia Bliskiego Wschodu pełna jest epizodów niewyobrażalnego okrucieństwa. Państwo Islamskie to nie pierwsza i nie ostatnia tyrania w tym regionie. Tak samo jak to nie pierwsza i nie ostatnia islamska organizacja terrorystyczna. Czy jednak ISIS zdołało przeprowadzić jakiś zamach na skalę tych z 11 września 2001 r.? Nie. Szczytem jego możliwości była masakra w Paryżu (Bataclan) i zamach bombowy na rosyjski samolot pasażerski. W historii terroryzmu to nic szczególnego - bywały bardziej spektakularne zamachy. ISIS była też przede wszystkim problemem dla państw Bliskiego Wschodu i Europy Zachodniej. W mniejszym stopniu dotykał ten problem Rosji, Azji i Afryki a w bardzo małym Ameryki. Skutkiem ubocznym działalności ISIS był oczywiście kryzys imigracyjny w Europie Zachodniej. Ale był on przecież dla Polski bardzo korzystny - destabilizował Niemcy i nieprzyjazne nam liberalne rządy. U nas przyczynił się do odsunięcia PO od władzy w 2015 r. Okrucieństwa popełniane przez Państwo Islamskie nastawiały Europejczyków negatywnie wobec islamu i wielokulturowości. Szkodziły więc planowi wymiany populacji w Europie.

Likwidacja Bagdadhiego jest jednak przede wszystkim wielkim zwycięstwem propagandowym Trumpa. Zwycięstwem, którego tak bardzo on potrzebował w tej kampanii wyborczej. Nie powinno więc nas dziwić, że amerykańskie liberalne media zaczęły pisać z sympatią o przywódcy Państwa Islamskiego i bóldupić z powodu jego zabicia :)