sobota, 11 września 2021

11: NORAD

 


Ilustracja muzyczna: Two Steps from Hell - Forgotten September

There must have been a military order...



NORAD to Dowództwo Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej, wojskowa jednostka organizacyjna odpowiedzialna za ochronę nieba nad USA i Kanadą, funkcjonująca od 1957 r. i mająca swoją kwaterę główną w bunkrze wydrążonym w Górze Cheyenne w Kolorado.



Po zakończeniu Zimnej Wojny stale obniżano gotowość bojową NORADu. Dokonano ogromnych redukcji liczby samolotów patrolujących amerykańskie niebo i planowano kolejne cięcia. Mimo to NORAD sobie świetnie radził. Myśliwce pojawiały się zawsze, gdy obiekty na radarze schodziły z kursu lub tracono z nimi łączność radiową. W zasięgu Nowego Jorku i Waszyngtonu znajdowały się 3 bazy włączone do systemu NORADu – z myśliwcami gotowymi do startu w ciągu 5 minut: Otis AFB, Andrews AFB i Lngley AFB. W tym rejonie znajdowało się też kilkanaście innych baz lotniczych. Wiele z nich na swych stronach internetowych podawało, że ich samoloty są w stanie znaleźć się w powietrzu w ciągu 10-15 minut. Po 11 IX 2001 r. stwierdzenia te zniknęły ze stron internetowych.




 W czasie zamachów komendantem amerykańskiego obszaru NORADu był gen. Larry Arnold . Podlegał on dowódcy NORADu gen. Ralphowi Ebaerhardtowi. Funkcję Szefa Połączonych Sztabów,  sprawował wtedy gen. Hugh Shelton, jednakże wobec tego, że przebywał on wtedy na pokładzie samolotu zmierzającego do Europy, jego obowiązki pełnił jego zastępca gen. Richard Myers -  były dowódca NORADu.

Rankiem 11 IX NORAD był w trakcie ćwiczeń ,,Vigilant Guardian” – w związku z tym wszystkie stanowiska były obsadzone a ich załogi w gotowości. W stanie alertu znajdowało się kilka dodatkowych myśliwców. Jak mu te ćwiczenia poszły?



Zacznijmy od lotu nr 11. Kontrolerzy lotniczy z Bostonu już o 8:15, wobec braku kontaktu radiowego, zaczęli rozważać możliwość porwania.  Prawie jednocześnie z brakiem kontaktu radiowego wyłączono transponder. Nie działał też ELT. O 8:20 lot 11 zbacza z kursu. Zostaje wyłączony sygnał identyfikacyjny ,,Wróg czy Przyjaciel”. Samolot zostaje uznany za prawdopodobnie porwany. Reguły FAA mówią, by samoloty ,,prawdopodobnie porwane” traktować jak porwane. O 8:24 zostają rozwiane wszystkie wątpliwości kontrolerów. Słyszą przez radio głos Mohameda Atty :,,Nie ruszać się. Wszystko będzie w porządku. Wracamy na lotnisko. Niech nikt nie wykonuje żadnych głupich ruchów.” To kapitan lotu John Ogonowski przełączył mikrofon wewnętrzny, tak aby głos porywaczy trafiał nie do kabiny samolotu, ale był transmitowany w eter. FAA miała teraz obowiązek powiadomić NORAD. Tymczasem NORAD twierdzi, że powiadomiono go dopiero o 8:40. Czemu czekano aż 15 minut? Według NORADu samoloty z bazy Otis mogły wystartować w ciągu 5 minut a nad Nowy Jork dolecieć mogły w 12 minut. Lot nr 11 rozbił się o WTC o 8:46. Podliczmy: 8:25 + 15 min + 5 min + 12 min = 8:57. Te 15 minut okazało się kluczowe. Czy jednak rzeczywiście NORAD został powiadomiony o 8:40? ABC podawała w 2002 r., że nastąpiło to o 8:31. W tym wypadku północna wieża WTC zostałaby ocalona, gdyby NORAD poderwał samoloty natychmiast. Tymczasem jak zeznał pilot jednego z poderwanych F-16 ppłk. Tim Duffy, samoloty z bazy w Otis zostały zaalarmowane dopiero o 8:52. Lecieli jakieś 1875 mil/h. Według generała Arnolda – 1100 mil/h. Jednakże według NORADu lecieli 19 minut, co daje 600 mil/h! Coś tu nie pasuje...

 Gdyby samoloty z bazy Otis doleciały tam o 8:57 mogłoby to zapobiec uderzeniu lotu 175 o południową wieże WTC o 9:03.



  NORAD twierdzi, że powiadomiono go o porwaniu lotu nr 175 dopiero o 9:05. 2 minuty po jego rozbiciu! W dodatku utrzymuje, że nigdy nie wyłączono w tym locie transpondera. Tymczasem już o 8:42 kontrolerzy lotów z Bostonu zauważyli, że wyłączono transponder, lot 175 zbacza z kursu i stracono z nim komunikację. Według FAA natychmiast powiadomiono NORAD. Jeszcze w tydzień po zamachach NORAD twierdził, że został powiadomiony o 8:43.  Później zmienił zdanie i przesunął to na 9:05. Warto pamiętać, że NORAD był wtedy w kontakcie z kontrolerami z Bostonu – wspólnie śledzili lot nr 11. Samoloty poderwane z bazy Otis mogły jeszcze zapobiec uderzeniu w drugą wieże WTC. Ale ich piloci twierdzą, że nie powiadomiono ich o uderzeniu lotu nr 11 w WTC ani o tym, że mają ścigać lot nr 175. Co więcej, o locie 175 nie powiadomiono nikogo w Nowym Jorku. O 8:55 ludzie ewakuujący się z południowej wieży WTC usłyszeli komunikat, że jest bezpiecznie i mogą wracać.

 Tymczasem o 8:50 stracono komunikację z lotem nr 77. Ponadto wykonał on skręt o 90 stopni. O 8:56 wyłączony został transponder i lot 77 został zagubiony. Odnalazł się dopiero o 9:05, gdy wszedł w przestrzeń powietrzną nad Zachodnią Wirginią. Tymczasem NORAD twierdzi, że został powiadomiony o porwaniu o 9:24. 30 minut później! Mimo, że trwała już konferencja z udziałem szefowej FAA Jane Garvey, przedstawicielami Secret Service i kilku innych służb. Mimo płonących wież WTC.

   O 9:24 ogłoszono alarm w bazie Langley. Wystartowały 2 myśliwce. Z umiarkowaną prędkością 1100 mil/h mogły przybyć nad Waszyngton w ciągu 7 minut. Tymczasem według NORADu leciały one 660 mil/h. A gdy się przyjrzeć uważnie ich wcześniejszej chronologii, można obliczyć, że leciały one 180 mil/h. Wyjaśnił tę zagadkę pilot jednego z myśliwców o ksywcę ,,Honey”. Według niego wysłano ich nie nad Waszyngton, ale nad Nowy Jork. Tymczasem do gen. Arnolda zaczęli dzwonić dowódcy innych baz lotniczych. ,,Daj mi 10 minut a będziesz miał w powietrzu gorące działa” – deklarował komendant bazy lotniczej Gwardii Narodowej w Syracuse w stanie Nowy Jork. Nie skorzystano z żadnej z propozycji. 

Co więcej, o 9:26 został wydany rozkaz zakazujący startu jakichkolwiek samolotów – w tym wojskowych. Ten niespotykany od 1903 roku rozkaz został wydany najprawdopodobniej przez BenaSlineya – Narodowego Zarządcę Operacji FAA. Trwał do około 10:30.  Co ciekawe był to pierwszy dzień w pracy Slineya. 


Tymczasem Secret Service na bieżąco informowała Dicka Cheneya o zbliżającym się do Waszyngtonu locie 77. Według Sekretarza Transportu Normana Minety Cheney wydał rozkaz zestrzelenia porwanych samolotów. Gen. Arnold później stwierdził: ,,Nie mogliśmy zestrzelić lotu nr 77, gdyż nie byliśmy pewni, czy to był skoordynowany atak na USA." Płonęły już 2 wieże WTC, trzeci porwany samolot zbliżał się do Waszyngtonu a on nie był nadal pewny! Tymczasem ludzie w Pentagonie nie byli świadomi niebezpieczeństwa. Nie informowano ich o zbliżającym się samolocie, mimo że w tym samym budynku w National Military Command Center trwała konferencja śledząca porwane samoloty. O 9:38 lot nr 77 uderzył w Pentagon. Nie użyto znajdujących się w pobliżu wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. Secret Service nie użyła też posiadanej przez siebie baterii Stingerów. Ewakuację ważnych gmachów w Waszyngtonie zarządzono dopiero po ataku na Pentagon. Dlaczego nie zrobiono tego wcześniej, gdy obserwowano na radarze jak lot 77 zbliża się do Waszyngtonu?

Według późniejszego zeznania gen. Myersa jak i rzecznika NORADu mjr Mike’a Snydera samoloty NORADu wzbiły się w powietrze dopiero po ataku na Pentagon. Przeczy to naszej całej wiedzy dotyczącej działań NORADu w dniu 11 IX. Ale jak wiemy jest to instytucja rozmiłowana w dezinformacji.

Cofnijmy się trochę w czasie – do 9:16. Wtedy to FAA miało zgłosić NORADowi porwanie lotu nr 93. Transponder został wyłączony o 9:30 lub 9:40 – brak transkryptów rozmów kontrolerów lotów utrudnia zadanie. W tym przypadku NORAD najbardziej kręci. Według niego lot 93 miał się rozbić o 10:03. Tymczasem według Studium Sejsmicznego Armii USA nastąpiło to o 10:06:05. 50 minut reakcji. NORAD znowu się nie spieszył. Ale właściwie nie wiemy jaka w tym przypadku była reakcja tej instytucji. Jeśli jej wierzyć, myśliwce były 11 minut lotu od porwanej maszyny. Tymczasem kontrolerzy lotu z New Hempshire twierdzą, że myśliwiec F-16 podążał tuż za lotem 93. NORAD temu przeczy i dodaje, że wysłane myśliwce były nieuzbrojone. Właściwie to ich rozumiem. Nie chcą przyznać, że nie wysłali myśliwców, nie chcą też przyznać, że zestrzelili samolot w czasie, gdy znajdował się on pod kontrolą pasażerów. A to bardzo prawdopodobne. Od 8:43 pasażerowie lotu 93 zaczęli powiadamiać swoje rodziny, że chcą odbić samolot. Akcja ta rozpoczęła się prawdopodobnie o 9:57. Zapewne dlatego NORAD podaje 10:03 jako datę rozbicia się lotu 93. Myśliwce w pobliżu w powiązaniu z rozkazem Cheneya dają jednoznaczną konkluzję. 

,,Czy go zestrzeliliśmy?” – spytał prezydent Bush, wkrótce po tym jak doniesiono mu o losie lotu nr 93.  Jeszcze przez kilka dni władze wydawały się nie być pewne co się stało z tym samolotem. Wkrótce jednak ogłoszono, że rozbił się w wyniku szamotaniny miedzy bohaterskimi pasażerami a terrorystami. W ten sposób miano ocalić Biały Dom. Skąd wiemy o zdarzeniach na pokładzie tego lotu? Głównie z treści ok. 30 rozmów telefonicznych między pasażerami a ich rozmówcami na ziemi oraz z zapisu z czarnej skrzynki.

Lot 93 wystartował z Newark o 8:42. Był on opóźniony o 40 minut i to mogło zadecydować o fiasku planu terrorystów.  O 9:34 pasażer Tom Burnet rozmawiał telefonicznie z żoną. Dowiedział się o ataku na WTC. Wkrótce wieść się rozeszła. Potem usłyszano o ataku na Pentagon. Tak więc o 9:47 pasażer Jeremy Glick powiadomił swych bliskich, że na pokładzie samolotu odbędzie się głosowanie nad zaatakowaniem porywaczy. Jeden z nich pilnował 10 pasażerów i 5 stewardes z tyłu samolotu, drugi czuwał nad 27-ma pasażerami w I-szej klasie, trzeci wraz z czwartym, który uszedł ich uwadze zajmowali kokpit. ,,Nic nie mamy do stracenia a warto spróbować” – taka myśl zapewne kierowała bohaterskimi pasażerami. Gdzieś mniej więcej o 9:57 rozpoczęła się śmiała akcja odbicia samolotu. Jakiś czas wcześniej Tod Beamer zakończył naradę pasażerów słynnymi słowami: ,,Jesteście gotowi? Okay. Let’s Roll!” Na zachowanym nagraniu z kokpitu słychać porywaczy zaniepokojonych hałasem. ,,Co się dzieje?!”. Słychać brzęk naczyń – pasażerowie wykorzystali wózek z jedzeniem jako taran i tarczę. Słychać głosy: ,,W kopcie! W kokpicie!” , ,,Łapać ich!”, ,,Allahu Akbar!”. Porywacze zastanawiają się nad odcięciem tlenu w kabinie. Pada tajemnicze: ,,Czy już kończyć?”, ,,Jeszcze nie!”. Po czym odgłosy szamotaniny: ,,Jestem ranny!”, ,,Trzymaj to!”. W telefonach komórkowych słychać głuchą ciszę, od czasu do czasu urozmaiconą podmuchami wiatru.

     Co się działo dalej? Tego nie wiemy. FBI zgodziło się udostępnić rodzinom ofiar taśmę z kokpitu dopiero w VII 2002 r. Puszczono im 31 minut nagrania. Zaczynało się ono o 9:31. Jak wiemy, NORAD twierdził, że samolot rozbił się o 10:03 a według Studium Sejsmicznego Armii USA nastąpiło to o 10:06:05. Gdzie się podziały zaginione 4 minuty? Co się w ciągu nich zdarzyło? Czy pasażerowie zdołali w tym czasie opanować samolot?


Zastanawiano się nad rozrzutem szczątków wraku. Leżały one często w odległości kilku kilometrów od siebie. Sugerowałoby to eksplozję lub uszkodzenie samolotu w powietrzu. FBI sugerowało przez pewien czas, że porywacze mieli bombę na pokładzie. Wynika to z kilku telefonów wykonanych przez pasażerów lot 93. Jednakże jak z tego samego źródła wynika, pasażerowie szybko zrozumieli, że ta bomba była tylko bluffem porywaczy. FBI szybko wycofało się z tej wersji.

   Samolot rozbił się koło Shanksville w Pennsylwanii. Burmistrz tego miasta powiedział później, że zna 2 ludzi, którzy słyszeli dźwięk pocisku rakietowego. Jeden z nich służył wcześniej w Wietnamie. Widzieli też F-16 bardzo bardzo blisko lotu 93. Jednakże zeznania innych świadków wydają się sprzeczne. Jedni z nich mówią, że lot 93 leciał bardzo nisko, inni że wysoko, czasem leciał do góry brzuchem, czasem dziwnie się kołysał. Lee Purbauch będący wtedy 300 jardów od miejsca katastrofy usłyszał dziwny huk, po czym zobaczył spadający samolot pasażerski. Inny świadek- Tom Fritz usłyszał coś podobnego i zobaczył jak Boeing spada jak kamień z nieba. Te relacje nie muszą być wcale sprzeczne. Czasem samolot trafiony pociskiem rakietowym może przelecieć jeszcze kilka kilometrów wykonując dziwne ewolucje.  Tak było w przypadku zestrzelonego nad Sachalinem lotu KAL 007.

    Lee Purbauch widział następnie jak biały odrzutowiec kręcił się przez kilka minut nad miejscem katastrofy. FBI ustaliła, że był to prywatny Fairchaild Falcon. W istocie zachowała się radiowa prośba wystosowana do jego pilota, by zniżył się z 37 000 do 5000 stóp. Jednakże według świadków ów biały odrzutowiec leciał bardzo nisko. Następnie próbowano dopasować do tej historii znajdujący się kilkanaście kilometrów dalej C-130. Całkowicie nie pasował do opisu, ale ,,The Independent” zasugerował, że na pokładzie tej maszyny znajdowały się urządzenia do walki elektronicznej  wysyłające EMP, które zakłóciły system elektroniczny lotu 93. Ciekawa teoria, lecz mamy za mało danych, by ją zweryfikować...



    Jak wiemy, według NORADu 2 ,,nieuzbrojone” myśliwce były 11 minut od lotu 93. Według kontrolera lotów z New Hempshire F-16 podążał za porwanym samolotem. Był też rozkaz zestrzelenia. Sekretarz Transportu Mineta twierdzi, że wydano go o 9:26 – inni, że Dick Cheney wydał go koło 9:50 po konsultacji telefonicznej z prezydentem Bushem. W każdym bądź razie gdy doradca militarny o 9:56 oznajmił Cheneyowi, że 80 mil od Waszyngtonu znajduje się porwany samolot i spytał, czy go zestrzelić, Cheney odparł: ,,Tak!”. I powtórzył to jeszcze dwukrotnie. Gdy o 13:30 ,,Nasty” – jeden z pilotów patrolujących wówczas amerykańskie niebo wylądował na lotnisku, poinformowano go, że zestrzelono samolot pasażerski w Pennsylwanii.

        Nasuwa się pytanie: Czy wiedziano wtedy o tym, że pasażerowie lotu 93 zamierzają opanować samolot? Jeżeli udałoby mi się obezwładnić porywaczy i dowieść ich żywych na lotnisko, uzyskano by prawdziwą kopalnię informacji o 11 IX. Nie udałoby się zatuszować wiadomości o ich pojmaniu. Wiele tajemnic zostałoby wyjaśnionych.

   Czy kogokolwiek z ludzi odpowiedzialnych za stan ochrony powietrznej USA w dniu 11 IX 2001 r. pociągnięto w jakikolwiek sposób do odpowiedzialności? Nie. Na dodatek niektórzy jak np. gen. Richard Myers zostali awansowani. Zupełnie jak agenci FBI chroniący potencjalnego porywacza Zacariasa Moussaoui. Jak widać, zamachów z 11 września 2001 r. nie uznano za porażkę US Air Force i NORADu...

***

Niektórzy narzekali: "Kiedy będzie nowa seria blogowa?". Zaczynam więc rocznicową serię "11" poświęconą tajemnicom zamachów z 11 września 2001 r. Następny odcinek być może za dwa tygodnie - bo w nocy z 16-go na 17-go września (symboliczna data...) wybieram się na tydzień do Gruzji.

sobota, 4 września 2021

Wrzesień generała Stachiewicza

 

Ilustracja muzyczna: Two Steps from Hell - To Glory

Mogłoby się wydawać, że relacja szefa sztabu Naczelnego Wodza z 1939 r. będzie jednym z podstawowych źródeł do historii Kampanii Polskiej. A jednak nie jest. Zbiór prac, wspomnień i listów generała Wacława Stachiewicza "Wierności dochować żołnierskiej" został wydany w Polsce w latach 90-tych. Nie był wznawiany i jest przez to obecnie trudno dostępny. Na Allegro można znaleźć kilka sztuk tej książki - zwykle po około 100 zł. W bibliotekach też jest ich KILKA - np. w województwie mazowieckim (poza Biblioteką Narodową) jest jej jeden egzemplarz - w Grodzisku Mazowieckim. Ciut zjechany, piracki pdf z tą książką można jednak znaleźć w necie (i z niego korzystałem). Skoro wartościowe publikacje dotyczące II RP i Września '39 są tak trudno dostępne, to nic dziwnego, że sukces rynkowy odnoszą kocopały różnych "demaskatorów zbrodniczej polityki Becka i Rydza".

"Wierności dochować żołnierskiej" to publikacja licząca ponad 800 stron, oparta głównie na wyjaśnieniach składanych przez Stachiewicza dla londyńskiej Komisji Historycznej, jego artykułach w "Kulturze" paryskiej, prywatnej korespondencji i zapiskach. Stachiewicz był cholernie metodyczny. Opisując więc np. kwestię mobilizacji, omawia najpierw kwestię przepustowości linii kolejowych oraz dostępności taboru a następnie, na podstawie tych danych rozbija w pył argumenty krytyków. W podobny sposób obala mity dotyczące eksportu polskiego uzbrojenia oraz wydatków wegetacyjnych w armii. Wdaje się też w polemiki z konkretnymi publikacjami - np. bezlitośnie orze wspomnienia gen. Rómmla "Za honor i ojczyznę", na podstawie dokumentów wskazując, w których miejscach Rómmel w nich konfabuluje. (Obala m.in. twierdzenia dowódcy Armii "Łódź" o tym, że do Warszawy wezwał go rozkaz marszałka Śmigłego. Wyjaśnia, że przekazał Rómmlowi dowodzenie nad Armią "Warszawa" jako najstarszemu rangą generałowi w mieście i biorąc za dobrą monetę jego tłumaczenie "odcięcia" od Armii "Łódź".) 



Stachiewicz burzy również narrację generała Kutrzeby dotyczącą Bitwy nad Bzurą. Jak zapewne pamiętamy (jak nie z lektury wspomnień dowódcy Armii "Poznań", to z programu Wołoszańskiego), Kutrzeba miał już 3 września prosić Stachiewicza i Śmigłego o zgodę na zwrot zaczepny Armii "Poznań" przeciwko niemieckiej 8 Armii atakującej Armię "Łódź". Stachiewicz wyjaśnia jednak, że owa prośba dotyczyła ataku zaledwie dwiema dywizjami na okolice przedmościa sieradzkiego, czyli ataku zbyt słabego. Czemu tylko dwiema dywizjami? Bo Kutrzeba miał świadomość, że jak rzuci do walki dywizje z północy Wielkopolski, to powstanie luka, przez którą Niemcy mogą obejść Przedmoście Bydgoskie i Armię "Pomorze". Druga prośba o zwrot zaczepny - siłami całej Armii "Poznań" i Armii "Pomorze" została przyjęta przez Stachiewicza i Śmigłego entuzjastycznie. (Świadczy o tym też relacja płka Mareckiego.) Wydano na nią zgodę jeszcze tego samego dnia. Dlaczego więc ze wspomnień Kutrzeby można odnieść wrażenie, że szef Sztabu Naczelnego Wodza i Naczelny Wódz byli niechętni pomysłowi na zwrot zaczepny? Bo Kutrzeba narobił błędów w swojej relacji - do czego sam się przyznał. Wspomnienia spisywał bez dostępu do dokumentów a ich kopię przesłał do konsultacji innym generałom. Wskazali mu oni na poważne nieścisłości. Kutrzeba postanowił więc nie publikować tej wersji wspomnień. Została ona jednak wydana wiele lat po jego śmierci - w PRL, w 1957 r. Z błędami, których autor nie miał szans poprawić. Znajomi Kutrzeby wspominali zaś, że koncepcja wydania Niemcom walnej bitwy we Wrześniu była późniejszą teoretyczną projekcją dowódcy Armii "Poznań". W 1939 r. wyraźnie mu Śmigły bowiem powiedział, że kampania polska będzie wojną bez ważnej bitwy a wszelkie zwroty zaczepne będą miały za zadanie jedynie kupowanie czasu na przesuwanie wojsk na południowy-wschód kraju.

Dlaczego jednak marszałek Śmigły-Rydz nie chciał walnej bitwy? Bo zdawał sobie sprawę, że Niemcy mają zbyt dużą przewagę ilościową, techniczną i geograficzną, byśmy taką bitwę na zachód od Wisły wygrali. I tu dochodzimy do innej kluczowej kwestii związanej z Wrześniem '39 - zarzutów, że Śmigły-Rydz "nie doceniał wroga" i "nie doceniał związków pancerno-motorowych".

Stachiewicz zwraca uwagę na to, że przed 1939 r. przykłady użycia wielkich jednostek pancernych nie były zachęcające. Podczas manewrów kijowskich w 1936 r. doszło do totalnego chaosu z ich udziałem. Do podobnych zdarzeń dochodziło na manewrach w Niemczech. Podczas Anschlussu czołgi Guderiana głównie wprowadzały chaos na drogach lub stały na poboczach pozbawione paliwa. Włoskie doświadczenia w Etiopii były mało miarodajne a w Hiszpanii, pod Guadalajarą włoska dywizja zmechanizowana się skompromitowała. Niemcy w Hiszpanii używali czołgów na małą skalę, a Sowieci robili to w sposób mało przemyślany. Generał Ludwig Beck, szef niemieckiego sztabu generalnego pisał więc w 1938 r., że nie widzi dla czołgów innej roli, niż bezpośrednie wsparcie piechoty. Generał Władysław Sikorski w "Przyszłej wojnie" pisał, że może w dalekiej przyszłości czołgi będą działać samodzielnie, ale obecnie mają znaczenie tylko pomocnicze. Dywizji pancernych nie doceniano  wówczas powszechnie. Użycie w 1939 r. przez Niemców mas czołgów do przełamywania obrony było więc rewolucją na polu walki porównywalną z użyciem bomb atomowych w 1945 r.

Ze wspomnień Stachiewicza można odnieść wrażenie, że Śmigły-Rydz nigdy nie lekceważył niemieckiego zagrożenia pancernego i lotniczego. O tym świadczyła zresztą strategia wojny bez walnej bitwy, polegającej na kupowaniu czasu. Stachiewicz niestety o tym nie pisze, ale wojsko II RP opracowało skuteczniejszą doktrynę walki z czołgami niż armie państw Zachodu. Dobre działa przeciwpancerne Boforsa, wspomagane działami 75 mm, karabinami przeciwpancernymi oraz minami, a także improwizowanymi środkami przeciwpancernymi. Gdy czytamy opis typowego wrześniowego starcia widzimy zwykle taką sytuację: Niemcy rzucają na nasze pozycje pięć czołgów. Wszystkie zostają zniszczone lub uszkodzone. Parę godzin później Niemcy nadchodzą z 50 czołgami. Co z tego, że rozwalamy im kolejne 5 czy 10, jak pozostałe obchodzą nas jak mrowie, a do tego walą do nas sztukasy i ciężka artyleria. Stachiewicz przypomina jak niemiecki system okazał się skuteczny w bitwie pod Sedanem w 1940 r. - 25 km odcinek szerokiej rzeki został tam obsadzony przez 5 dywizji francuskich, mających do dyspozycji bunkry znajdujące się co 150 m. I Niemcy taką obronę przełamali już pierwszego dnia walki, tworząc przyczółki po drugiej stronie Mozy. Problemy z zatrzymywaniem niemieckich czołgów mieli jeszcze choćby Amerykanie w lutym 1943 r. w Tunezji. Oczekiwanie, że Blitzkrieg zostałby powstrzymany już w Polsce jest szczytem infantylizmu.


Dlaczego więc II RP nie stworzyła własnych dywizji pancernych? Bo nie było nas na to stać. I Stachiewicz precyzyjnie to wyjaśnia. "Fox, ty sanacyjny socjalisto, jak możesz tak pisać, przecież brygada kawalerii była droższa w utrzymaniu od brygady zmechanizowanej, co wykazał już generał Sikorski?!". Zwolennicy tej tezy pomijają jeden, ekstremalnie ważny czynnik: mobilizację. Podczas mobilizacji wcielano do armii nie tylko ludzi, ale również pojazdy. W Polsce było mnóstwo koni, ale mało samochodów. Zwłaszcza zdatnych do przewożenia wojska. Było też mało rezerwistów potrafiących prowadzić samochód. Tej bariery nie dało się przeskoczyć. Ale mimo to rozwijaliśmy własne wojska pancerne, na tyle na ile mieliśmy na to możliwości. Za czasów Śmigłego-Rydza gruntownie zmieniono też politykę motoryzacji kraju - przestano traktować samochody jako luksus do opodatkowania i zaczęto uruchamiać licencyjną produkcję nowoczesnych modeli zagranicznych. W 1939 r. mieliśmy dwie brygady kawalerii zmotoryzowanej, które dobrze sprawdziły się w boju oraz bataliony czołgów przydzielone do poszczególnych armii. W 1940 r. mieliśmy mieć dwie kolejne brygady kawalerii zmotoryzowanej. Czy to świadczy o lekceważeniu wojsk pancernych? Niemcy stracili podczas walk w Polsce kilkaset czołgów i samochodów pancernych (padają różne liczby, a chaos w tej kwestii jest związany z tym, że wiele wraków Niemcy ściągnęli później z pobojowisk i wyremontowali) czy to świadczy o tym, że lekceważyliśmy ich siły pancerne?

Stachiewicz przekonuje, że Kampania Polska została przegrana na Zachodzie, przez generała Gamelina. Przekonywał on stronę polską, że chce nadać armii francuskiej bardziej ofensywnego ducha i że ofensywa na Zachodzie ruszy 15 dni po mobilizacji, czyli 16 września. Później mówił o opóźnieniach, i że przełamanie Linii Zygfryda zacznie się 21 września. Stachiewicz szczegółowo analizuje jego wspomnienia, niemieckie i francuskie dokumenty i nie ma wątpliwości, że Francja dała wówczas d... na całej linii. Linia Zygfryda nie była w całości nawet obsadzona i Francuzi bez żadnego problemu by ją przełamali. Niemcy nie zdołaliby przerzucić tam szybko sił z frontu polskiego - zniszczenia w infrastrukturze kolejowej im w tym przeszkadzały. Stachiewicz przytacza też ciekawą relację mówiącą o tym, że RAF chciał bombardować Niemcy we Wrześniu '39, ale Francuzi mu to wyperswadowali obawiając się o odwetowe niemieckie bombardowania swoich fabryk. Generał Carton de Wiart, szef brytyjskiej misji wojskowej w Polsce, powiedział Stachiewiczowi: "Wstydzę się za mój rząd". 

Stachiewicz omawia też sprawę przekroczenia granicy rumuńskiej przez Naczelnego Wodza. Przytacza relację jednego z przyjaciół Rydza-Śmigłego, o tym że marszałek polecił zebrać pięciu oficerów sztabu, do przebicia się do wojsk polskich pod Lwowem. Przyjaciel zwrócił uwagę Śmigłemu, że "sześć osób to za mało jak na wojsko, a za dużo jak na konspirację". "Masz rację, trzeba się przedrzeć w dwie osoby" - odpowiedział Śmigły. Tyle o "tchórzostwie" Naczelnego Wodza. Stachiewicz przytacza też relację z posiedzenia rządu, podczas której Beck połączył się telefonicznie z rumuńskim ministrem spraw zagranicznych Gafencu, a ten zapewnił prawo przejazdu dla polskich władz przez Rumunię. Gafencu mówił, że problem byłby z Naczelnym Wodzem, ale dałoby się to jakoś załatwić. Stachiewicz poprosił Śmigłego o samolot, by mógł dostać się do Lwowa. Śmigły odparł - po chcesz tam lecieć, skoro będziemy razem odtwarzać armię we Francji? Gen. Faury, szef francuskiej misji wojskowej, wskazywał zaś w swoim liście, że Wojsko Polskie mogło się jeszcze skutecznie bronić przed Niemcami, ale sowiecka agresja pokrzyżowała możliwości obrony i że Śmigły-Rydz będzie mógł odtwarzać armię u boku Francuzów i Brytyjczyków.

Stachiewicz zwraca uwagę, że dostanie się Śmigłego-Rydza do Francji było o tyle ważne, że znał on szczegóły uzgodnień z sojusznikami. Gdy Naczelnym Wodzem został Sikorski, dotarł do niego płk Jaklicz i przekazał mu umowy wojskowe z Francją. Sikorski nawet nie wiedział, że takie umowy istniały! Gdy tragikomiczna komisja ds. zbadania odpowiedzialności za klęskę wrześniową przesłuchiwała oficerów Sztabu Naczelnego Wodza, nie mogła uwierzyć, że istniała polsko-francuska umowa międzysojusznicza. Jak się okazało, zniknęła ona z archiwów!

Stachiewicz sam miał przykre przejścia z pajacami od generała Sikorskiego. Po ucieczce z rumuńskiego obozu internowania, wysłano go do Algierii, gdzie miał być mieszkać w jakiejś mieścinie. Tak jakby unikalna wiedza o Kampanii Polskiej nie była im do niczego potrzebna. Ludziom Sikorskiego jakoś nie przyszło do ich pustych łepetyn, że były Szef Sztabu Głównego mógł mieć np. wiedzę o złamaniu Enigmy, więc pozostawili go pod jurysdykcją niemieckich sojuszników z Vichy. Dopiero gdy do Algierii wkroczyli Amerykanie, nowe władze uwolniły Stachiewicza i pozwoliły mu udać się do Londynu. 

Różni korwiniści i duponarodowcy jojczą, że to wielka szkoda, że w 1939 r. lub wcześniej nie zabito "sanacyjnych generałów odpowiedzialnych za klęskę". A moim zdaniem, generała Sikorskiego należało zabić 4 lata wcześniej - uniknęlibyśmy przez to wielu błędów, draństw i tragedii w okresie wojny.




We wspomnieniach Stachiewicza znalazła się też szokująca informacja dotycząca z czasów internowania w Rumunii. Napisał on, że zawiązała się grupa oficerów planujących stworzenie oddziałów polskich u boku Sowietów. W grupie tej były tak zasłużone postacie jak generał broni Leon Berbecki (ciekawa biografia: armia rosyjska, wojna z Japonią, Legiony, Polnische Wehrmacht, 1920 r. - ale w swoich wspomnieniach napisał mnóstwo głupot) i płk Tadeusz Kossakowski (armia rosyjska, dowborczyk, POW, spec od broni pancernych, PSZ na Zachodzie, cichociemny, powstaniec warszawski). Co ciekawe na dowódcę Polskiego Legionu w Sowietach typowali płka Jana Kowalewskiego, czyli współtwórcę naszego zwycięstwa wywiadowczego z 1920 r.! Wyobraźcie to sobie: na kilka tygodni po sowieckiej inwazji na Polskę, grupa zasłużonych oficerów chce tworzyć w ZSRR Legion Polski pod dowództwem asa naszego wywiadu! I żaden historyk tego nie bada!

(Jeśli informacja o Kowalewskim w tym kontekście Was nie zelektryzowała, to przeczytajcie sobie zlinkowany poniżej wpis.)

Flashback: Niepodległość - Głębokie Państwo Polskie

***

Miałem ostatnio całą masę lektur partyzanckich, dotyczących szczególnie wojny na Kielecczyźnie (szczególnie polecam wspomnienia Antoniego Hedy-Szarego - jest tam też ciekawie o Wrześniu '39), a także kilka pozycji o Kampanii Polskiej.

Ostatnią, którą przeczytałem była "Szosa Piotrkowska" Leszka Moczulskiego - "Żółty Tygrys" z lat 60-tych. Pięknie napisany i w dobry sposób tłumaczący serię bitew od Krzepic i Mokrej aż po warszawską Ochotę. Był taki film: "Gdyby ulica Beale umiała mówić". U nas trzeba by zrobić "Gdyby Szosa Piotrkowska umiała mówić".

***

Jak myślicie, co by się stało gdyby Fucksyniuk żył w czasach II RP i nazwał wówczas w mediach polskich żołnierzy "śmieciami"? Zapewne w środku nocy złożyłoby mu spontaniczną wizytę kilku oficerów odznaczonych VM i urządziło jak Jerzego Zdziechowskiego. Po opatrzeniu na SORze zostałby wysłany do Berezy, a po drodze konwojenci spuściliby mu wpierdol jak Hermanowi Liebermanowi i kazali mu przepraszać polską ziemię całując ją. 

No ale sanacyjna II RP była czasem straszliwego autorytaryzmu. Nie to co arcydemokratyczna i arcylibkowska III RP w której żadni "nieznani sprawcy" nie gnębili opozycji demokratycznej (nie licząc śrub odkręcanych w kołach samochodowych w pierwszej połowie lat 90.). Nie gnębili bo oczywiście byli zajęci zleceniami na premiera Piotra Jaroszewicza czy generała Petelickiego.

Ale nie o "nieznanych sprawców" tutaj chodzi. Tym, na co powinniśmy zwrócić uwagę jest wojna psychologiczna prowadzona przeciwko Polsce, której celem jest zniszczenie naszego morale. Tak, byśmy w przypadku ewentualnej agresji zbrojnej byli równie gotowi psychicznie do obrony jak Francuzi w 1940 r. Ta operacja jest prowadzona już od zarania III RP, ale kryzys na granicy białoruskiej wyraźnie zaktywizował agenturę. Mamy więc kretyńskie opowiastki o "głodujących uchodźcach z Afganistanu", za którymi przez kilka tysięcy kilometrów podążał rasowy, drogi kot. Mamy pielgrzymujących nad granicę bojówkarzy z chuj wiadomo przez kogo finansowych fundacji. Mamy ekologów płaczących, że leśne zwierzątka mogą się zaplątać w concertinę. Mamy osłów i oślice pajacujących nad granicą i grożących polskim żołnierzom. Robiących tę szopkę wbrew stanowisku Brukseli, Merkel a nawet sporej części własnego elektoratu. Totalne zidiocenie czy element duchowej kolonizacji?

Najbardziej mnie rozwaliło uaktywnienie się "Grupy Performatywnej Chłopaki". Zrobiła ona "manifest" mówiący, że w razie agresji wroga nie będzie przelewać krwi za Ojczyznę, bo brzydzi ją wojna. (No ja też pewnie nie biegałbym z karabinem po lesie - bo jestem już na to za stary. Najlepiej nadawałbym się do propagandy albo na analityka do służb - zakładając oczywiście racjonalność przydziałów. Ale jakbym miał wybrać przydział bojowy, to chętnie zostałbym operatorem drona. Nazwałbym swojego Bayraktara "Witold Repetowicz" :)) Poza tym na jej wallu rozstrząsane są problemy takie jak: "jak nazywasz swojego penisa?", "wszystkie penisy są piękne", "mam obrzezanego", lub "czy dotykacie się i masujecie?". Zwróciłem więc tej Grupie Performatywnej uwagę, że stanowiłaby świetny Legion Tebański. Każdy wróg bałby się, że zajdą go oni od tyłu. Wyobraźcie sobie specnazowców Łukaszenki spieprzających na myśl o tej perspektywie...




sobota, 28 sierpnia 2021

Papież peronista i najważniejszy Giertych (Gertich)

 


Ilustracja muzyczna: Max Cameron - Beat the clock

Czy papież Franciszek jest katolikiem? Prawdę mówiąc, nie wiem. Wielu tradsów i konserwatystów uważa, że obecny papież katolikiem nie jest. Rozmywa przecież i łamię Doktrynę, zwalcza tradycyjną, trydencką Mszę Św., czy ukłony wobec obłędnej lewackiej ideologii rządzącej Zachodem oraz idzie na zbyt duże ustępstwa w relacjach z komunistycznymi Chinami. Z drugiej strony jednak ten sam papież pozwala sobie na zachowania szokujące libków i lewactwo - a to potępi lichwę, a to skrytykuje gejowskie małżeństwa, a to określi transgenderyzm jako zło, a to wbiję szpilę lobby gejowskiemu, Żydom lub masonom. Czy papież-lewak prywatnie wyzłośliwiałby się, że "gdy mówi o lewicowcu ma na myśli homoseksualistę"? Czy papież-libek wspierałby beatyfikację Edvige Carboni, włoskiej mistyczki, która miała wizję duszy Mussoliniego odwiedzającej ją z Czyśca, a później idącej do Nieba?

Papieża Franciszka trudno nam sklasyfikować ideowo, gdyż żyjemy w kraju w którym scena polityczna jest niesamowicie prymitywna i w którym na doświadczenia ludzi z odległych miejsc na świecie patrzymy przez swoje prowincjonalne schematy. Poglądów papieża Franciszka nie należy zaś analizować tak jakby był on Europejczykiem czy Amerykaninem. On jest Argentyńczykiem i ukształtowała go tamtejsza kultura polityczna.




Moim zdaniem najbliższy prawdy w ocenie papieża Franciszka był Marcantonio Collona (to pseudonim) w książce "Papież dyktator". Określił on Franciszka jako "peronistę". Oczywiście nie oznacza to, że Franciszek jest zwolennikiem jednej z kilku peronistycznych partii w Argentynie. Oznacza to, że Franciszek został ukształtowany przez polityczne doświadczenia peronizmu i w wielu miejscach peronizm naśladuje. Peronistyczny jest więc styl sprawowania władzy przez Franciszka, gdzie dyktatorskim zachowaniom towarzyszy budowa wizerunku "przyjaciela ludu" i "postępowca", który jednocześnie docenia pewne elementy tradycji. Peronistowska mentalność daje Franciszkowi możliwość manewru zarówno w lewo jak i w prawo. Tak jak Evita Peron pracowała dla SD i Stasi, a jednocześnie składała wizyty Piusowi XII, tak Franciszek może rozmawiać z globalistami oraz ich chińskimi sojusznikami a jednocześnie czynić gesty wobec prawicy. Zastanawia mnie, co papież Franciszek sądzi o Hitlerze? Czy tak jak wielu mieszkańców Ameryki Łacińskiej z jego pokolenia postrzega go jako silnego przywódcę, który stawił opór "Gringo"? Mamy papieża, który w wielu sprawach ma stanowisko dokładnie odwrotne niż Pius XII. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby było ono takie również w kwestii Hitlera. (Nieukom przypominam: Pius XII uczestniczył w grze wywiadowczej przeciwko III Rzeszy i wspierał organizację zamachów na Hitlera.)  Oczywiście nigdy nie powie tego na głos, tak jak Pius XII w czasie wojny nigdy po imieniu nie potępił niemieckiego przywódcy. Inny ma się bowiem przekaz dla świata, a inny dla swoich. Franciszek niby od czasu do czasu potępi nacjonalizm, by głupie libki się cieszyły, jak małpy, którym rzuci się banana, ale jakoś do argentyńskich weteranów wojny o Falklandy/Malwiny powie: "Walczyliście o swoje".



Szokująco wygląda portret papieża Franciszka w książce "Milczenie" Horatio Verbitsky'ego. Przytoczone są tam świadectwa mówiące, że Bergoglio pomagał komunizującym jezuitom gnębionym przez antyperonistyczną juntę argentyńską. Verbitsky przytacza też jednak list, w którym Bergoglio zwraca się do argentyńskiej junty, by ignorowała jego publiczne działania w obronie tych osobników, i wzywa do tego, by ich ostro potraktowano. Człowiek o dwóch twarzach? Na tym właśnie polega peronistyczna kultura polityczna.



Polscy tradsi rzadko kiedy przyglądają się działalności jednego z polskojęzycznych doradców Franciszka - o. Wojciecha Giertycha OP, teologa Domu Papieskiego, zwanego przez Eugeniusza Sendeckiego "Najważniejszym Giertychem". Jeden z księży zaangażowanych w sprawy tropienia gejowsko-pedofilskiej mafii nazywa wprawdzie o. Giertycha "postacią bez znaczenia", ale jednak Giertych spełnia pewną ważną funkcję w Watykanie - tworzy teologiczne uzasadnienia dla decyzji papieża Franciszka. Jeśli więc Franciszek zbliża Kościół do libkowsko-lewackiego świata, to o. Giertych mu w tym pomaga. Gdy przyglądamy się bliżej jego pisaninie, widać że dominuje w niej idea mówiąca, by katolicy nie próbowali wpływać na otaczającą ich rzeczywistość polityczną. Podczas zeszłorocznego Strajku K..., pisał nawet do swojego bratanka - Romcia-Pompcia (a bratanek poleciał z listem do "Wyborczej") - że nie powinno się rozszerzać przepisów antyaborcyjnych i powoływał się przy tym na św. Tomasza z Akwinu. Oczywiście mocno przeinaczając słowa św. Tomasza.   "Najważniejszy Giertych" krytykuje też w korespondencji z Romciem-Pompciem "polski, po-trydencki, barokowy katolicyzm". 

Po przeczytaniu książki "Sodoma" zastanawiałem się, czy o. Giertych też należy do lawendowej mafii i czy mógłby robić karierę w Watykanie bez jej wsparcia czy przynajmniej neutralności. Nie znalazłem jednak żadnych poszlak w tej kwestii. Ktoś mógłby jednak podrążyć relacji o. Giertycha z polską gałęzią dominikanów. Był on wszak asystentem generała ds. Europy Środkowo-Wschodniej. Czy wiedział więc coś o skandalu seksualno-sekciarskim we wrocławskim duszpasterstwie akademickim? Dominikański wątek pojawia się również w aferze Amber Gold (być może powiązany z wątkiem lawendowej mafii).


Jeśli chodzi o afery finansowe, to pamiętajmy o rodzinie "Najważniejszego Giertycha". Gdy CBA przeszukiwała dom Romcia-Pompcia, to nie chciał on wpuścić funkcjonariuszy do swojej prywatnej kaplicy mówiąc, że ma "dekret z Watykanu" o jej eksterytorialności. Dla każdego, kto liznął trochę prawa międzynarodowego, tłumaczenia Romcia są oczywistą bzdurą, ale być może wuj załatwił mu jakiś ładnie wyglądający papierek ze Stolicy Apostolskiej. (Ciekawe co Romcio-Pompcio w swojej kaplicy trzymał? Wszystkie numery czasopisma "Laski z fiutami"?) Przypomnijmy, że przeszukano również willę Giertychów pod Rzymem. Dosłownie klimaty z "Nowego papieża"...

O ile polscy narodowcy i ogólnie prawicowcy mają bardzo złą opinię o Romciu-Pompciu (a szczególnie byli Wszechpolacy, których zostawił na lodzie), to jednak ta niechęć w małym stopniu obejmuje innych przedstawicieli rodu - Jędrzeja i Macieja. W prawicowych księgarniach internetowych można więc natknąć się na spore ilości giertychowej makulatury. Cały czas powtarzam: endek to prawicowiec, który słabo zna historię. I jak się okazuje endecy słabo znają nawet endecką literaturę. Oto bowiem Leszek Żebrowski, w posłowiu do wspomnień zasłużonego kombatanta z NSZ, mjra Władysława Kołacińskiego "Żbika" podzielił się szokującą historią o profesorze Macieju Giertychu.


W 1990 r., po powrocie do Polski, "Żbik" szykował nowe wydanie swojej książki. Niestety na wydawcę wybrano prof. Macieja Giertycha. Giertych zaśpiewał sobie kilka tysięcy dolarów na pokrycie kosztów wydania. Wydanie się opóźniało, Giertych mówił, że ma problemy i zażądał kolejnych kilku tysięcy dolarów. I nic. Książka nie wychodziła. Żebrowski przypadkiem dowiedział się, że cały jej nakład leży w drukarni w Krakowie i czeka na przemiał, bo Giertych nie opłacił druku. Wydanie zostało zrobione na odpierdol: najtańszy papier gazetowy, nędzna okładka, brak indeksów, poprawki autora gdzieś zginęły. Żbik po raz trzeci wyłożył pieniądze i uratował książkę a dochód z jej sprzedaży przeznaczył na domy dziecka. Pytanie: ile podobnych numerów Giertych zrobił w swoim życiu? 

Żeby było bardziej ironicznie: istnieje na rynku Wydawnictwo Giertych. Tak, to wydawnictwo tych Giertychów. I wydają m.in. książki Macieja Giertycha o dinozaurach.

Właściwie to ich nazwisko powinno się pisać jako "Gertich". W XVI w. i XVII w. przedstawiciele rodu byli ważnymi osobami w społeczności Braci Czeskiej w Lesznie. Ta społeczność akurat mocno wspierała Szwedów w trakcie Potopu. Gertichowie współpracowali z Janem Amosem Komenskym, którego Jędrzej Giertych oskarżał później w swojej odrzuconej pracy doktorskiej o knucie rozbioru Polski i zniszczenia katolicyzmu. No cóż, w ostentacyjnym katolicyzmie Gertichów zawsze było coś marrańskiego...

***

Pamiętacie może jeszcze byłego kardynała Theodore'a McCarricka, wydalonego ze stanu duchownego za turbogejowsko-pedofilskie molestowanie? Koleś pojawiał się na propagandowych imprezach organizowanych przez chińską spółeczkę powiązaną z bezpieką ChRL. We władzach tej chińskiej spółeczki zasiadał Hunter Biden, syn zdemenciałego dziadzia będącego prezydentem USA.

McCarrick był świetnie ustosunkowany politycznie. Jak czytamy:


"Jako arcybiskup Waszyngtonu współpracował z administracją prezydenta Obamy, m.in. w kwestii stosunków amerykańsko-kubańskich. Miał świetne relacje – jak twierdził w jednym z listów przytoczonych w raporcie – z Joem Bidenem, kiedy był on senatorem i wiceprezydentem USA. McCarricka cenił Bill Clinton. Na przykład gdy w grudniu 2000 roku hierarcha otrzymał z rekomendacji amerykańskiego departamentu stanu nagrodę za obronę praw człowieka, w czasie uroczystości jej przyznania przemawiał osobiście właśnie Clinton. Chwalił zaangażowanie humanitarne McCarricka na świecie i wspominał, że w 1998 roku „był zaszczycony, że mógł go wysłać jako swojego przedstawiciela na rozmowy o wolności religii w Chinach”. Dziękował mu za „jego oddanie wszystkim dzieciom Bożym”."

No z tymi dziećmi to się Clintonowi żarcik udał...

***

Skoro już jestem ostrzegany, że mój blog jest "ściśle monitorowany przez służby", to mam dla czytających mnie funkcjonariuszy (wpisujcie departamenty!) małą podpowiedź:

Ambasadorem USA w Warszawie ma wkrótce zostać Mark Brzeziński, syn Zbigniewa Brzezińskiego (najbardziej przereklamowanego politologa w dziejach świata) i krewny ultraśmiecia Edwarda Benesza, agenta NKWD będącego prezydentem Czechosłowacji. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że ekscelencja-ambasador brał kasę od Chińczyków za udział w ich propagandowych imprezach. Występował też w ich propagandowych mediach. Co  więcej, chwalił się, że jego firma konsultingowa zapewnia dostęp do decydentów w Chinach i bazuje na "dobrych relacjach" jakie nawiązał jego ojciec z tamtejszą partyjną wierchuszką. Koleś może nie jest tak ekstrawagancki jak Hunter Biden, ale ma słabości, które można wykorzystać.

***

Joe Biden: Talibowie tego pożałują...

Dziennikarz: Panie prezydencie, czego pożałują?

Biden: Co czego?

sobota, 21 sierpnia 2021

Biden się zesrał

 


Ilustracja muzyczna: Iron Biden - One

Pamiętacie może jeszcze jak kilka miesięcy temu różni "eksperci" przekonywali, że rządy Bidena będą czasem odbudowy potęgi Ameryki? No cóż, okazali się oni po raz kolejny debilami. I już chyba tylko Witold Repetowicz wierzy w to, że Biden będzie libkowskim mesjaszem :)

Joe Biden został już nazwany "monumentalną porażką" w "The Telegraph", biją w niego z prawej i z lewej strony politycznego spektrum, a jego działania w Afganistanie są oceniane jeszcze gorzej niż działania Busha.

Żeby była jasność: decyzję o wycofaniu wojsk USA z Afganistanu uważam za słuszną a za błąd to, że siedziały tam one przez 20 lat próbując budować państwowość kraju, w którym niemal zawsze panowała anarchia. Nie uważam też talibów za szczególnie duże zagrożenie dla świata - jeśli komuś zagrażają to głównie samym Afgańczykom. (Swoje argumenty podałem w tym wpisie.)

Uważam jednak, że administracja Bidena przeprowadziła wycofanie się z Afganistanu w najgorszy możliwy sposób - chaotyczny, bezplanowy i tworzący wrażenie totalnej słabości USA. Trump słusznie stwierdził, że nie był to odwrót, tylko kapitulacja. 

Naprawdę nie sądzę, by coś takiego mogło się wydarzyć za rządów poprzedniej administracji. Trump rozmawiając telefonicznie z przywódcą talibów, powiedział mu, że jeśli zrobią mu jakiś numer i złamią porozumienie pokojowe, to w pierwszej kolejności zmiecie z powierzchni ziemi jego wioskę. Trump miał opinię człowieka całkowicie nieobliczalnego - którą utwierdził zamieniając (ku rozpaczy różnych libków) gen. Sulejmaniego w mokrą plamę. Przywódcy talibów nigdy nie mogli być pewni, czy w momencie, gdy będą robić sobie konferencję prasową w pałacu prezydenckim w Kabulu, to "Orange Man" nie poślę im jakiejś rakiety. Afgańscy oficjele twierdzą teraz, że jeśliby Biden wstrzymał się z odwrotem o jeden miesiąc, to talibowie zmuszeni byliby do zawarcia porozumienia pokojowego na lepszych, bardziej kompromisowych warunkach.  

Sam proces ewakuacji został przeprowadzony w sposób idiotyczny. Za czasów Trumpa, gdy wojska koalicji wycofywały się z jakiegoś posterunku na afgańskiej prowincji, to najpierw ewakuowały cywilów współpracujących z ich armią. Teraz zupełnie o tym nie pomyślano a Pentagon nie wie nawet ilu Amerykanów jest na terenie Afganistanu.  Ewakuacja jest  de facto na łasce talibów. Wystarczyłoby, że pokryliby pas startowy ostrzałem z moździerzy i cała operacja posypałaby się. Cudzoziemcy będący w Afganistanie są więc de facto zakładnikami, podobnie jak Afgańczycy próbujący dostać się na lotnisko. Biały Dom stwierdził, że nie ma planów ewakuacji Amerykanów spoza Kabulu. Świat obiegły dramatyczne ujęcia pokazujące Afgańczyków próbujących dostać się do amerykańskich samolotów i spadających z nich kilkaset metrów na ziemią. 

Joe Biden spytany podczas wywiadu o te drastyczne filmy, odparł: Dajcie spokój, to było jakieś cztery, pięć dni temu! Twierdził też, że nikt nie zginął na lotnisku w Kabulu i że nie pamięta, by ktoś go ostrzegał, że afgańskie państwo tak szybko się załamie. Tymczasem ostrzegała go CIA, ostrzegał Pentagon a dyplomaci pisali do sekretarza stanu Anthony'ego Blinkena, że trzeba ewakuować wszystkich Amerykanów przed 1 sierpnia.  Analitycy z CIA wysyłali do Białego Domu kolejne plany ewakuacji - wszystkie zostały olane. Dodatkowo administracja Bidena ułatwiła talibom zadanie odcinając afgańskie lotnictwo od wsparcia technicznego. Reakcja Białego Domu na kryzys w Afganistanie była opóźniona o jakieś 72 godziny. Teraz każda z frakcji zrzuca winę na inną. Biden miał się nie słuchać doradców, tylko Kamali. Kamala twierdzi zaś, że nie zajmowała się Afganistanem, bo jej uwagę zajęło trzęsienie ziemi na Haiti. Departament Stanu dodatkowo się ośmieszył wysyłając talibom list (podpisany również przez UE, Honduras, Macedonię Północną i kilka innych krajów), w którym wzywa ich do respektowania praw Afgańczyków.


Nic dziwnego więc, że talibowie trollują Bidena. Powinni mu jednak być wdzięczni, bo zostawił im kupę nowoczesnego sprzętu wojskowego. 

Ilustracja muzyczna: Iron Biden - Hardwired


Biden twierdzi, że talibowie przeżywają teraz kryzys egzystencjalny. No zapewne tak, bo właśnie podbili niemal cały kraj i mają do przeprowadzenia krwawe czystki. Czeka też ich ciężka praca w postaci budowania koalicji politycznych - choćby z byłym prezydentem Hamidem Karzajem. Ruch mogą czekać też wewnętrzne podziały - bardziej anarchistyczne doły kontra wierchuszka (standard przy każdej rewolucji). Zaiste kryzys egzystencjalny. Ale to już nie są ci sami talibowie co w latach 1996-2001. Poszli oni trochę z duchem czasu, o czym świadczy choćby wygląd i wyposażenie żołnierzy ich jednostki specjalnej Badri 313 (na zdjęciu powyżej). Wyraźnie inspirowali się jakimś Blackwater. 

Tak jak wspominałem, teraz afgański pierdzielnik będzie porządkowany przez Pakistan oraz przez Chiny. Niech sobie Chińczycy wydają tam miliardy i wysyłają wojska do ochrony budowanych dróg i kopalń odkrywkowych. Ciekawie zagrała tam też Turcja (muszę ją pochwalić, skoro Repetowicz pisze, że Erdogan jest moim "bossem" - szkoda tylko, że mi płaci w lirach tureckich) pozycjonując się jako pośrednik a zarazem sojusznik Pakistanu

Sama utrata afgańskiego pierdzielnika przez USA nie jest aż taka straszna. Sposób w jaki Amerykanie stamtąd się wycofywali wywołał jednak wrażenie, że Ameryka jest słaba i rządzona przez zdemenciałego idiotę. Biden już został olany m.in. przez OPEC. To ośmieli też do działania Chiny, które już wysyłają sygnał do Tajwanu, że USA im nie pomogą. Tajwańczycy są jednak gotowi walczyć sami, czego Pekin nie rozumie i co może sprawić, że przesadzi on z prowokacjami zbrojnymi. Biden ostatnio powiedział, że USA będą bronić Tajwanu, co jednak zostało zdementowane i tylko powiększyło konfuzję. Na pewno USA będą miały utrudniony "zwrot ku Pacyfikowi". Rosja też będzie ośmielona słabością USA i może przetestować ich reakcję np. zajmując część czarnomorskiego wybrzeża Ukrainy. Paradoksalnie jednak sprawa Afganistanu może nieco przesunąć inwazję na Ukrainę. Rosja robi teraz dobrą minę do złej gry z Talibami, ale może się obawiać o sytuację na granicy Afganistanu z byłymi republikami sowieckimi. Rosyjska diaspora w tych republikach autentycznie się boi. Armia uzbecka czy kirgiska mogłaby sobie bowiem nie poradzić z talibami.

Naprawdę martwi mnie jednak, że Angela Merkel nie chce przyjąć do Niemiec co najmniej 1 mln Afgańczykom. Niemiecki system opieki społecznej, służba zdrowia i szkolnictwo na pewno by to wytrzymały. A miłośnicy tańczących chłopców bardzo wzbogaciliby tamtejszą społeczność LGBT. 


Sami talibowie odnieśli bez wątpienia ogromne propagandowe zwycięstwo. Jeden z ich liderów triumfalnie przypominał w pałacu prezydenckim w Kabulu, że siedział osiem lat w Guantanamo i że doczekał się wygranej. Niezależnie jak długa i trudna będzie walka, niezależnie od tego jak silny jest przeciwnik, nigdy nie jesteś z góry skazany na klęskę. Talibowie mają więcej mądrości do przekazania niż hordy tych wszystkich coachów-szarlatanów. Zwycięstwo talibów jest też klęską liberalnej demokracji, ale paradoksalniejest  zwycięstwem demokracji klasycznej. Według sondażu Pew, 99 proc. mieszkańców Afganistanu popiera przecież rządy prawa szariatu - czyli to co proponują im talibowie. Talibowie są na pewno okrutni i obskuranccy, ale nie odbiegają zbytnio od większości mieszkańców swojego kraju. Już są chwaleni za zaprowadzenie porządku na ulicach i powstrzymanie szabrowników od łupienia własności publicznej. 


Z tego co obserwuję, talibowie mogą też zyskać sympatię prawicowych antysystemowców na Zachodzie. Nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy się słyszy jak rzecznik talibów, pytany o wolność słowa, przypomina, że Facebook stosuje cenzurę polityczną.  Nie da się ukryć, że liberalno-demokratyczne reżimy na Zachodzie przypominają coraz bardziej lustrzane oblicze talibów, z tymi swoimi fanaberiami ideologicznymi, cenzurą i seksualnymi obsesjami. Tak jak w 2001 r. wzywano do wojny przeciwko talibom, by "oswobodzić kobiety", tak talibowie mogą wzywać do dżihadu, by wyswobodzić zachodnich mężczyzn z tyranii feminizmu i marksizmu kulturowego. Być może więc alt-right uzna, że ci talibowie wcale nie są tacy źli...


Moim zdaniem talibowie popełniają jeden wielki błąd wizerunkowy. Niepotrzebnie wciskają kobiety w te kretyńskie burki. Lepiej żeby kazali im nosić przezroczyste lub cosplayowe ciuszki. Kawaii taliban szybko by się wówczas rozprzestrzeniał po świecie...


sobota, 14 sierpnia 2021

Dlaczego wszyscy umrzecie

 


Ilustracja muzyczna: Pikotaro - Everyone Must Die

W maju 2020 r. rosyjscy oligarchowie, wysokiej rangi urzędnicy oraz ich współpracownicy szczepili się w moskiewskim Instytucie im. Gamaleja EKSPERYMENTALNĄ szczepionką na Covid-19. Szczepionka ta nie tylko nie była wówczas jeszcze oficjalnie zatwierdzona do użytku w Rosji, ale nie zaczęły się jeszcze nawet jej badania pierwszej fazy. I jakoś żaden z nich nie wyraził obaw, że jest szczepiony eksperymentalnym preparatem, który może ich "zmodyfikować genetycznie", zabić, wysterylizować czy też sprawić, że się zesrają. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie bogaci często leczą się terapiami i lekami, które są jeszcze "eksperymentalne". Te leki działają, ale nie są one jeszcze dostępne dla zwykłych zjadaczy chleba, bo biurokraci z urzędów regulacyjnych nie przystawili jeszcze odpowiedniej pieczątki na świstku papieru. Plutokraci jednak ryzykują i sięgają po takie eksperymenty.

Zaszczepił się również najbogatszy mieszkaniec Rosji - Putin-Hujło. Niektórzy spekulują co prawda, że dostał zastrzyk z soli fizjologicznej lub inne placebo, ale to nie jest ważne. Car szczepiąc się przed kamerami dał sygnał poddanym, że zaszczepić się trzeba. Do tego potępił antyszczepionkowy sceptycyzm. Aluzję zrozumiano i zaszczepiono funkcjonariuszy resortów siłowych. W Moskwie wprowadzono na pewien czas paszporty covidowe. Na prowincji nawet o tym nie myślano, bo Kreml sra na rosyjską prowincję.

W Chinach latem zeszłego roku zaczęto szczepić przedstawicieli resortów siłowych. Program szczepień całej populacji wlókł się jednak i dopiero w ostatnich miesiącach ostro przyspieszył. O ile do maja podano 270 mln dawek szczepionek, to obecnie ich liczba sięgnęła 1,8 mld. W Chinach rozprzestrzenia się teraz wariant Delta i pomimo tego, że ponad 40 proc. populacji jest w pełni zaszczepione, to rząd sięga po drakońskie lockdowny. Trzeci pod względem wielkości morski terminal kontenerowy został tam zamknięty po wykryciu JEDNEGO zakażenia Covid-19. Co ciekawe Chińczycy o pojawieniu się w ich kraju Delty obwiniają rosyjskiego pasażera samolotu. 

Jeden z polskich liderów ruchu antylockdownowego, w internetowej wymianie myśli ze mną, napisał: "Gdyby był Chińczykiem, to bym się szczepił. Bo porządek musi być". W Chinach musi być porządek, a w Polsce widocznie powinna być anarchia tak jak w czasach saskich...

Kwestią, którą poruszam w tym wpisie nie jest  to, czy szczepionki są skuteczne przeciwko wariantowi Delta czy nie. Jakimś dziwnym trafem skok zachorowań mamy obecnie w Izraelu w pełni zaszczepionym w 60 proc. a nie w Autonomii Palestyńskiej, zaszczepionej w 8 proc. (Trzeba jednak brać pod uwagę to, że dane mogą być zafałszowne przez testy. Być może nawet 90 proc. wskazań tych testów jest gówno warte. W Izraelu robi się ich dużo więcej niż w Palestynie, i stąd pewnie nagle ten przyrost tysięcy zakażonych, z których umierają pojedynczy ludzie.) Kwestią, którą chce się zająć jest to, czy szczepionki przeciwko Covid-19 nadawałyby się do depopulacji ludzkości.

Jeśli porównujemy geografię szczepień z geografią wyborczą, to widzimy, że szczepień przeciwko Covid-19 unika się najczęściej na terenach, gdzie wygrywa prawica. Tam gdzie ludność jest nastawiona bardziej tradycjonalistycznie, bardziej religijna i bardziej nieufna do rządu, szczepień jest wyraźnie mniej. Masowo się szczepią za to liberalne wielkie miasta. Tę prawidłowość widać zarówno w Polsce, jak i w USA, Wielkiej Brytanii czy we Francji. Gdyby szczepionki zadziałały, tak jak myśli część antyszczepionkowców - czyli w ciągu trzech lat zabiłyby lub poważnie spustoszyły organizmy ludzi, którzy je przyjęli - to  w krótkim czasie zostałby wybity elektorat, który głosuje na libków/lewaków/illuminatów. Przetrwałby natomiast elektorat wrogo nastawiony do tych grup. Poza tym grupy przestępcze rządzące w Rosji i w Chinach eksterminowałyby własne siły zbrojne i funkcjonariuszy bezpieki. Czy ma to więc sens? 

Gdybym był illuminatą, rozegrałbym wszystko nieco inaczej:

Covid byłby zasłoną dymną. Wirus stworzony w chińskim laboratorium, za granty z instytutu dra Fauciego, byłby wykorzystany przede wszystkim jako element testu. Testu tego jak działają procedury medyczne, państwowe służby i propaganda na całym świecie.

Szczepionki też byłyby testem. Nie ważne, czy chroniłyby przed covidem czy nie. Nie ważne, czy wywoływałyby skutki uboczne, czy nie. Ważne byłoby to, kto ich nie będzie chciał przyjąć. W ten sposób zidentyfikowane zostałyby osoby nie ufające władzy, wierzące w teorie spiskowe, przedstawiciele elektoratu, którego należałoby się pozbyć. Na tych bardziej umiarkowanych wpływałoby się za pomocą zachęt i gróźb. A jednocześnie promowało najbardziej foliarskie teorie o szczepionkach, by utwierdzić w oporze tych najbardziej niepożądanych. Nie kosztowałoby wiele, by zapłacić jakimś doktorkom czy pielęgniarkom za opowiadanie kocopałów na YouTubie a zjeb w furażerce jeszcze by to podkręcił. (Zauważcie, że rządy jakoś nie wprowadzają przymusu szczepień na Covid-19. Zamiast tego stosują różne perswazje. Starają się, by zaszczepić jak najwięcej ludzi, ale nie wszystkich.)

A później przyszedłby dużo bardziej śmiercionośny wirus. Ten przed którym z chytraśnym uśmieszkiem na ustach przestrzega dr Fauci oraz inni "eksperci". Szczepionki chroniłyby właśnie przed tym wirusem trzymanym w lodówkach. Prawicowi antyszczepionkowcy zostaliby wybici nowym choróbskiem. Ci którzy przeżyliby, straciliby wiarę w dotychczasowe autorytety. Libki i lewactwo triumfowałoby mając zapewnione zwycięstwo w każdych wyborach w nadchodzących dekadach. Świat zostałby przebudowany. Build back better. Lewactwo i libkostwo, nic by nie posiadało na własność, wpierdalałoby zieloną pożywkę i było z tego powodu szczęśliwe. 


Ja tak bym to zrobił, gdybym był illuminatą. Ale może illuminaci to kretyni i trzymają się scenariusza, który został opisany na każdej foliarskiej stronce. 

***



Jakiś czas temu Joe Biden przyjął w Białym Domu 18-letnią piosenkarkę Olivię Rodrigo. Dziadzio z pewnością miał dużo frajdy będąc tak blisko niej. Z pewnością powiedział później współpracowników: "Może byśmy częściej zapraszali różne nastoletnie gwiazdki, które, by przychodziły tutaj... ehhhmm... promować.... różne rzeczy". Rodrigo (pół-Filipinka) powiedziała wówczas, że szczepionki są "good for you". Była to ciekawa aluzja. W swoim teledysku "good 4 you" Rodrigo odgrywa przecież licealną yandere odpierdalającą jakieś psychopatyczne akcje. Niezłe "mrugnięcie okiem". No, ale wchodzę już chyba w obszary typowe dla QAnona...

***

Tymczasem Afganistan sypie się szybciej, niż przewidywałem. W ambasadzie USA palą dokumenty i niszczą twarde dyski. A Talibowie wprowadzają całkiem ciekawe prawo karne - tarzanie przestępców w smole. Możemy uznać to za barbarzyństwo, ale w krajach takich jak Afganistan tylko takie kary się sprawdzają. Przydaliby się tacy Talibowie w zachodnioeuropejskich no-go zones...

U Huntera Bidena też ciekawie. Nagrano go, gdy zwierzał się dziwce, że rosyjscy dilerzy narkotykowi ukradli mu laptopa, na którym były "naprawdę szalone" filmy z nim w roli głównej. To już drugi laptop z kompromitującymi materiałami, który stracił prezydencki syn.

***

A za tydzień lub dwa będzie wpis poświęcony Watykanowi...


sobota, 7 sierpnia 2021

Andrzej Lepper nie zabił się sam

 


 Pamiętam jak dziesięć lat temu rozmawiałem z Witoldem Michałowskim o śmierci Andrzeja Leppera. To był kilka dni po tym szokującym zgonie, a dzień wcześniej u Michałowskiego spotkało się kilku wysokiej rangi polityków Samoobrony. Mój przyjaciel blisko znał Leppera i obserwował początki jego kariery. Ciekawy więc byłem jego zdania na temat okoliczności śmierci byłego wicepremiera. Wyraziłem wątpliwość w to, że łatwo dałoby się upozorować powieszenie. Zostałyby przecież na zwłokach ślady po walce. Michałowski odparł: - Bardzo łatwo jest powiesić bezwładne ciało. 

- Ale wcześniej musieliby go czymś sparaliżować...

- Podaj mi rękę

Podałem. Michałowski wówczas powiedział:

- I zostałeś teraz ukłuty. 

Zrozumiałem, że w zabójstwie Leppera musiał uczestniczyć ktoś, kogo on dobrze znał i do kogo miał zaufanie.

Michałowski poznał przywódcę Samoobrony w latach 90. Zaproponował mu wówczas organizację protestów przeciwko "tranzytowego przekrętowi stulecia", czy gazociągowi jamalskiemu. (Michałowski zwracał uwagę na kolonialne warunki działania tego gazociągu - brak realnej kontroli państwa polskiego nad nim, żałośnie niskie opłaty za tranzyt, bezprawne wywłaszczenia dokonywane przy okazji budowy i fuszerki techniczne grożące katastrofą.) Przeciwko rolnikom protestującym przeciwko wywłaszczeniom wysłano oddziały policyjnej prewencji - przeciwko którym polała się gnojówka pod ciśnieniem. Mundury i sprzęt mieli już do wyrzucenia. Jan Maria Władysław Rokita jeszcze wiele lat później bóldupił, że "Michałowski wynajął Leppera, by protestować przeciwko Jamałowi".

Lepper w ówczesnych czasach był innym człowiekiem, niż pokazywały to media. Podczas wizyty w USA, przed snem klękał przy łóżku i odmawiał różaniec. Michałowski mówił, że to była autentyczna pobożność polskiego chłopa. Podczas wizyty w Brazylii - u szefa miejscowych związków zawodowych, niejakiego Luli da Silvy, późniejszego prezydenta  - delegacja Samoobrony dostała dobry hotel, w którym do klucza dodawano "czekoladkę" - panienkę do nocnej zabawy. Odmówił ponoć Michałowski (bo miał robotę do wykonania), odmówił Witaszek (bo był monstrualnie gruby) i odmówił Lepper. Ciekawie to brzmi w świetle późniejszej "seksafery" opartej na zeznaniach Anety Krawczyk - osoby skazanej za oszustwo, której zeznania zostały podważone testami DNA jej dziecka. (Co ciekawe w rozpowszechnianiu seksualnych wrzutek na Leppera brał udział Zbigniew Stonoga, o czym pisze Wojciech Sumliński.)

Zdaniem Michałowskiego, po protestach w sprawie Jamału Lepper został zauważony. I zaczęła się akcja jego kupowania. Akcja, która okazała się skuteczna i doprowadziła do uwikłania przywódcy Samoobrony.

Lepper był traktowany w III RP jako polityczny barbarzyńca. Bo powiedział coś złego o Baalcerowiczu. Po wielu latach prezentuje się on jednak jako zupełnie normalny polityk - górujący kulturą nad różnymi Nitrasami, Niesiołowskimi, Palikotami nie mówiąc już o obecnie promowanych "buntownikach" - Marcie Lempart, UBywatelach czy pajacu będącym liderem Agrochujni. Jakimi ciotami oraz intelektualnymi amebami muszą być Priwislańczycy, skoro 20 lat temu uważali słowa "Balcerowicz musi odejść" za przejaw "brutalizacji życia publicznego". Wiele z ówczesnych poglądów Leppera - takich jak krytyka polityki Baalcerowicza - jest dzisiaj mainstreamowa.

Ale przecież w Samoobronie był mnóstwo aferzystów? Zgoda. Ale czy było ich więcej niż w PO? Największa afera z udziałem Samoobrony - afera gruntowa - wygląda wręcz śmiesznie choćby w porównaniu z tym co odwalał Sławomyr Nowak. Owszem w Samoobronie byli postkomuniści (zwykle ze stażem w ZSL), ale było ich bardzo dużo też w "obozie postępu", a niektórzy z nich (Kuroń, Geremek, Mazowiecki) zaczynali kariery w czasach stalinowskich. Stalinowcy w Unii Wolności i ludzie gejnerała Jarucwelskiego w SLD byli w oficjalnej narracji "światłymi Europejczykami", a byli PZPR-owcy czy ZSL-owcy szczebla powiatowego w Samoobronie "straszliwymi komuchami". Samoobrona była zresztą zlepkiem różnych grup i byli w niej także działacze o przeszłości w Solidarności czy KPN, a także tacy bohaterowie jak gen. Antoni Heda "Szary" czy gen. Stanisław Skalski. No cóż, z podobnymi politycznymi zlepkami mamy wciąż do czynienia - wystarczy wspomnieć Polskę 2050.

Nie da się jednak ukryć, że Lepper fatalnie wybierał sobie współpracowników.  (Michałowski mówił, że w Samoobronie z największym niesmakiem podawało się rękę dwóm ludziom: Tymochowiczowi i Stonodzę.) Chodzi m.in. o Mateusza Piskorskiego, dupowidza Krzysztofa Jackowskiego (znajomego "Pershinga") czy Janusza Maksymiuka, związanego z Fundacją Pro Civili. I tutaj wracamy do sprawy kupowania Leppera i otoczenia go "właściwymi ludźmi".



Możecie sobie mówić o Sumlińskim co chcecie, ale w swojej książce "Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera" zdołał on najlepiej nakreślić motyw zabójstwa szefa Samoobrony. (Sumliński korzystał m.in. z dokumentów dostarczonych przez Michałowskiego.) Lepper był ofiarą własnych uwikłań. Gdy znalazł się w politycznym niebycie i popadł w problemy finansowe, postanowił zawalczyć o powrót do gry. Jego asem w rękawie były kompromaty, które uzyskał od swoich znajomych ze Wschodu, za pośrednictwem prawosławnego ukraińskiego księdza Mykoły Hynajło. Według Sumlińskiego, kompromaty te dotyczyły najprawdopodobniej korupcji na ogromną skalę przy kontraktach gazowych z Rosją zawartych przez Waldemara Pawlaka, wicepremiera w rządzie Tusska. Faktem jest, że Lepper w ostatnich tygodniach życia szukał kontaktu z Jarosławem Kaczyńskim.  Niestety, zorganizowano mu wcześniej "samobójstwo".

"Samobójstwo" to zapewne nie zostałoby zorganizowane, gdyby nie współpraca zdrajcy, który udawał bliskiego przyjaciela Andrzeja Leppera. 

***

Zauważyliście pewnie, że "seryjny samobójca" jakoś się "uspokoił" po 2015 r.? Być może jego ostatnią robotą było samobójstwo płka Sławomira Berdychowskiego, twórcy jednostki specjalnej AGAT, w lutym 2016 r. (czyli w okresie, gdy nowa ekipa w służbach dopiero meblowała swoje biura). Dziwne, że nikt tej sprawy nie bada. Zgony radnego Chruszcza i Pawła Adamowicza to raczej sprawka układów lokalnych, a tezie o zabójstwie cygańskiego recydywisty Dawida Kosteckiego przeczą nagrania z jego celi. Nie wiem się więc, czy cieszyć z tego, że obecny służby wierzą w demokrację i nie mają swojego "seryjnego samobójcy" czy raczej martwić, że są pierdołami nie sięgającymi po skuteczne wzorce postępowania z wrogami...

***

Jeden z wiodących brytyjskich antyszczepionkowców - Piers Corbyn (brat byłego szefa Partii Pracy, przyjaciela wszystkich terrorystów Jeremy'ego Corbyna) dał się zrobić w bambuko dwóm dowcipnisiom udającym przedstawicieli koncernu AstraZeneca. Zaproponowali mu 10 tys. funtów za to, by przestał krytykować szczepionkę AstraZenecki a mocniej atakował preparaty konkurencji, czyli Pfizera i Moderny. Corbyn entuzjastycznie się zgodził. Był tak uradowany, że nie zauważył, że zapłacono mu pieniędzmi z Monopoly.

Tymczasem Justyna Socha z organizacji antyfaszystowskiej antyszczepionkowej STOP-NOP ("Wstąp do NOP, albo NOP wstąpi do Ciebie") zepsuła sprzęgło i poprosiła swoich fanów o 1 tys. zł na jego wymianę. Wpłacili jej dziesięć razy więcej. Ktoś jej zwrócił uwagę, że zamiast na sprzęgło, mogłaby prosić o zrzutkę na nowy samochód. Odpowiedziała, że jej obecny samochód jest już kupiony za pieniądze ze zrzutki. Polska jak widać to wspaniały kraj, w którym można żyć jako pasożyt. Zawsze się znajdą jelenie, które ci prześlą pieniądze. Zabawne, że te same jelenie zwykle strasznie jojczą, że wykańczają je podatki oraz inflacja. Mimo "podatkowo-inflacyjnego holokaustu na klasie średniej" jakoś mają pieniądze, by finansować pasożytów.