sobota, 20 kwietnia 2019

Płonąca katedra

 Ilustracja muzyczna: Indila - Dernier Danse






Pożar paryskiej katedry Notre Dame to z pewnością wielki symbol. Jak słusznie jednak zauważył Chehelmut nie tyle upadku dawnej "katolickiej" Francji (bo ten upadek był procesem trwającym etapami od XVIII w. - ale też przerywanym chwilami wielkości, takimi jak epopeja napoleońska czy budowa imperium kolonialnego), co raczej podzwonnym dla tej "pierwszej córy Kościoła". No cóż, nie będę się na ten temat wyzłośliwiał, ani jojczył nad "upadkiem cywilizacji łacińskiej". Mam tylko takie wrażenie, że to francuski 11 września.



Oczywiście pożar mógł być spowodowany niechlujstwem pracowników remontujących katedrę. Ponoć podobne incydenty już się wcześniej zdarzały a rozmiłowane w regulacjach państwo francuskie (które mocno skąpi pieniądze na ochronę zabytków) jakoś nie potrafi wyegzekwować podstawowych norm bezpieczeństwa przy tego typu przedsięwzięciach. Różnego rodzaju firemki-krzaki zatrudniające po taniości nielegalnych imigrantów z Afryki Północnej mają tam sporą niszę do rozwoju.

Jeśli jednak pożar wywołano celowo (były trudne do zweryfikowania doniesienia, że rozpoczął się on w dwóch miejscach), to zapewne francuskie władze sprawę zatuszują dla "dobra pokoju społecznego".  I podobnie jak w przypadku Smoleńska, wersję o "wypadku" zaczęto forsować od samego początku.  Teorie o celowym podpaleniu są zaś tłumione nawet w amerykańskich, konserwatywnych mediach. 

 No cóż, w 2016 r. przyłapano Państwo Islamskie na próbie dokonania zamachu bombowego na katedrę Notre Dame.  Część muzułmanów na pewno świętowała - choćby w necie - pożar katedry. Christopher Hale, publicysta "Time" napisał na Twitterze, że znajomy jezuita powiedział mu, że usłyszał od pracowników katedry, że ogień został podłożony celowo.   Były główny inspektor francuskich zabytków twierdzi, że 800 letnie, wielkie dębowe belki same z siebie nie palą się tak szybko. Wątpi on również w teorię o zapaleniu się dachu katedry od iskry elektrycznej. Instalację elektryczną wymieniano tam w latach 90. Pożar zaczął się na długo po tym jak robotnicy zeszli z rusztowań. W sieci krąży za to film pokazujący jak przed wybuchem pożaru (po 17:00, chyba że kamera jeszcze wskazywała czas zimowy) ktoś chodzi po dachu i w pewnym momencie widać na wysokości jego rąk krótki błysk.



Alarm przeciwpożarowy w Notre Dame odezwał się o godzinie 18:20. O 18:35 policja ewakuowała uczestników mszy św. w katedrze, bez podania przyczyn. Źródła pożaru nie znaleziono. Aż o 18:50 ogień zaczął ogarniać dach.

Tak się dziwnym trafem złożyło, że na luksusowym statku na Sekwanie bawił się wówczas z przyjaciółmi Michelle Obama. I później z dużym zdziwieniem obserwował płonącą katedrę.

Tak się składa, że przez Francję przetacza się fala podpaleń i profanacji zabytkowych kościołów.     Jak stwierdził pewien francuski dziennikarz: są profanowane dwa kościoły dziennie a władze - w tym władze kościelne - mają to gdzieś. Ataki te przypisywane są radykalnie lewicowym pojebom, feminazistkom czy narkomanom. I często mają charakter wyraźnej, satanistycznej profanacji. (Równolegle do tego, atakowane są synagogi i żydowskie cmentarze, ale tutaj sprawcy są raczej oczywiści - i mają pochodzenie bliskowschodnie lub północnoafrykańskie.) Kojarzy mi się to z podpaleniem w 1997 r. kaplicy w Turynie, w której przechowywano Całun. (Oficjalnie pożar ten jest wciąż "tajemnicą". Nieoficjalnie w grę wchodziła bomba zapalająca. ) Tak jak wówczas Całun został ocalony przez bohaterskiego strażaka, tak teraz domniemane relikwie Korony Cierniowej zostały uratowane przez tradsowskiego kapelana paryskich strażaków (udzielającego absolucji ofiarom masakry w Bataclan).

Chehelmucie - pilnuj więc Świętokrzyskich Relikwii Krzyża. 

***

O głupocie Jasia Kapeli krążą od dawna legendy. Gostek cały czas jednak udowadnia, że są one prawdziwe. Kiedyś wymyśliłem zarys scenariusza będącego parodią "Matki Królów". Jaś Kapela zostaje w nim zadenuncjowany Sławomirowi Sierakowskiemu przez Cezarego Michalskiego jako ten, który postawił kloca w pisuarze Świetlicy Krytyki Politycznej. Oczywiście kloca postawił Michalski, ale nie przeszkodziło mu to popełnić długaśnego eseju, w którym oskarżając Kapelę o tę defekacyjną zbrodnię nazwał go "kontynuatorem polityki historycznej Lecha Kaczyńskiego, homofobem, alt-rightowcem, sanacyjnym i hitlerowskim agentem, rewizjonistą, trockistą i titowskim sprzedawczykiem". Jaś Kapela był później zmuszany do samokrytyki i publicznie upokarzany w stylu chińskim. Wilhem Sasnal namalował mural, na którym Jaś Kapela w mundurze generała Franco, spoglądając na klucz bombowców na niebie, wcina kloca. Młodszy brat Jasia Kapeli (nie wiem, czy go ma...) musi się go wyrzec podczas apelu w Multikulturowym Gimnazjum im. Jacka Kuronia. Jaś Kapela zostaje potem zamęczony w więzieniu przez zboczonych niemieckich, turobogejowskich antifiarzy. W protokole zapisano, że nadział się odbytem na metalowe ogrodzenie podczas próby ucieczki. W ostatniej scenie filmu Cezary Michalski snuje się po podwórkach Powiśla i widzi jak mama Jasia Kapeli modli się pod kapliczką. Spogląda na nią z pogardą, ale ma lekkie wyrzuty sumienia...

***

Gdy okazało się, że raport prokuratora Roberta Muellera okazał się bardzo korzystny dla Trumpa (przyznano w nim, że nie ma żadnych dowodów na związki jego kampanii z Rosją ani na obstrukcję sprawiedliwości przez prezydenta), to zastanawiałem się, czy to oznacza, że Trump poszedł na jakąś nieformalną ugodę z Głębokim Państwem. Sygnałem, że do takiej ugody mogło dojść był wybór Williama Barra na prokuratora generalnego. Barr był zastępcą prokuratora generalnego już za Busha seniora. I jest też dobrym znajomym... Roberta Muellera.



Nie zdziwiło mnie więc, gdy Trump powiedział, że "nic nie wie o WikiLeaks" i umył ręce od sprawy Assange'a. Może i Assange pomógł mu wygrać wybory, ale wielokrotnie naruszył interesy Imperium. (Assange wychował się w dziwacznej, neonazistowskiej sekcie. Prywatnie ponoć uważał, że władzę Waszyngtonu należy złamać. Wolał Trumpa od Hillary, gdyż uważał Clintonową za "socjopatkę", które wywoła szereg nowych wojen.)  Wypowiedzi Pence'a, Pompeo i innych przedstawicieli republikańskiego establiszmentu nie zostawiały wątpliwości, że chcą uciszyć szefa WikiLeaks. Chcą go więc wsadzić do więzienia za "próbę załamania hasła" do komputera z Departamentu Obrony. Oskarżenie opiera się na jednej sugestii, która padła podczas wymiany zdań przez komunikator internetowy pomiędzy Assangem a Bradleyem Manningiem.




Na pewno Assange zrobił poważny błąd antagonizując prezydenta Ekwadoru Lenina (!) Moreno. Ekwador dostał w zamian umowę handlową z USA, co wskazuje, że Amerykanom bardzo zależało na Assange'u.  Teraz ekwadorskie władze twierdzą, że doktor Targalski Assange szpiegował personel ambasady za pomocą swojego flerkena kota. Zobaczymy, czy WikiLeaks dokona jakiegoś awaryjnego zrzutu dokumentów...

***

Gdy byłem w Tajlandii bardzo podobała mi się obfitość obiektów kultu buddyjskiego w tamtejszych miastach i na prowincji. Buddyjskie ołtarzyki były nawet w salonach masażu :) W Japonii podoba mi się wykorzystanie motywów szintoistycznych w popkulturze i popularność szintoistycznych amuletów. W Libanie mój podziw budziło to, że na terenach chrześcijańskich często widziało się wizerunki św. Charbela i Matki Boskiej. W Izraelu lubiłem to, że przy framugach drzwi są mezuzy. Obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej świadczy o tym, że naród nie odcina się od swoich korzeni kulturowych a także o tym, że miejscowi ludzie (a przynajmniej część z nich) myśli o sprawach ponadnaturalnych. Jeśli kogoś symbole religijne obrażają - obojętnie jakiej religii (no poza satanizmem i podobnymi pojebanymi sektami) - to oznacza, że jest żałosną ciotą. Tolerancja nie powinna oznaczać orwellowskiego czyszczenia historii i kultury z rzeczy, które mogą razić liberalnych zamordystów. W imię tolerancji z zaciekawieniem zwiedzam meczet czy synagogę, choć ostro krytykuje islam i judaizm. Odwiedzam i buddyjską świątynię, i sikhijską gurudwarę i rodzimowierczy chram. Liberalny zamordyzm żadnej tolerancji jednak nie uznaje. Co najwyżej strach wymuszający polityczną poprawność. Zależy mu zrównaniu z ziemią wszelkiej autentycznej różnorodności i zastąpieniu jej podszytą hipokryzją, plastikową tolerancją na pokaz.

Jan Paweł II powiedział kiedyś, że demokracja bez wartości zamienia się w zakamuflowany totalitaryzm. Chyba dopiero teraz w pełni rozumiemy jego słowa.

Będąc w Libanie usłyszałem od falangistowskiego weterana, że w czasach współczesnych Jezus zapewne wziął by do ręki karabin maszynowy i walczył.
Być może więc wizja Jezusa z trailera "Iron Sky 2", strzelającego z dwóch karabinów maszynowych przy muzyce Leibacha, jest prawdziwsza niż myślimy?



***




Czytelnikom mojego bloga życzę więc szczęśliwych świąt Wielkiej Nocy!


niedziela, 14 kwietnia 2019

Z wizytą w Libanie




Ostatnie dwa tygodnie spędziłem w Libanie. Pięknym i niezwykle zróżnicowanym (przyrodniczo, religijnie, kulturowo i politycznie) kraju. O ile na studiach napisałem magisterkę o libańskiej wojnie domowej, to tym razem zyskałem możliwość obejrzenia miejsc, w których toczyły się wydarzenia opisywane w tej pracy a także rozmowy z uczestnikami wydarzeń. Poniżej wklejam część własnych zdjęć (więcej na Fejsie) i fragmenty relacji, którą publikowałem codziennie podczas wyjazdu w mediach społecznościowych:




"Odbyłem niesamowitą rozmowę z weteranem wojny domowej, który walczył po stronie chrześcijańskich Falang. "Arafat powiedział w 1975 r., że zje śniadanie w Baalbek, obiad w Junieh a kolację w Bejrucie. Nie ukrywali tego, że chcą tu zbudować nową Palestynę. To tak jakby Twój krewny poprosił Cię o przenocowanie przez parę dni, został na miesiąc i kazał Ci się wynosić z domu". Mój rozmówca brał udział w epickiej walce o hotel Holliday Inn. 20 falangistów broniło się przeciwko setkom Palestyńczyków. Gdy odsiecz nie nadeszła, musieli się ewakuować kanałami. Był też na ostatnim spotkaniu Baszira Dżemajela z Arielem Szaronem. Omawiano tam kwestię odbicia uniwersytetu. Szaron chciał wezwać lotnictwo i wszystko zrównać z ziemią. Dżemajel się sprzeciwił. Wysłał tam swoich ludzi, którzy oczyścili teren w godzinę. Szaron był zszokowany ich sprawnością i... wściekły. Liczył na to, że Dżemajel będzie jego marionetką a libański przywódca stawiał swój kraj na pierwszym miejscu i nie chciał, by mu rozkazywano. Wkrótce potem Baszir Dżemajel zginął w zamachu bombowym. "To syryjskie służby, ale izraelskie mogły temu zapobiec. Zrzucili później winę na Hobeikę". Śmierć Baszira oznaczała jednak też załamanie izraelskiej strategii, gdyż zabrakło sprawnego sojusznika, który mógłby uporządkować sprawy w Libanie. Z chaosu tym spowodowanego zrodził się zaś Hezbollah. "Jan Paweł II świetnie to określił mówiąc, że "Liban stanowi przesłanie dla świata". Jeśli tutaj skończy się chrześcijaństwo, to również skończy się na całym Bliskim Wschodzie. Gdyby Jezus żył w naszych czasach, to wziąłby karabin maszynowy i walczył u naszego boku". Liban bez chrześcijan na pewno byłby też krajem, w którym muzułmanie cieszyliby się mniejszą wolnością. Coś co w Europie umiera, tutaj podtrzymuje cywilizację..."







"Tutaj chrześcijaństwo kojarzy się z prestiżem. Z dobrą edukacją, pracowitością i dobrze ubranymi dziewczynami. Odwiedziłem Harrisę, górską miejscowość, gdzie znajduje się siedziba patriarchy maronickiego, piękna katedra św. Pawła i posąg Naszej Pani Libanu, spod którego rozciąga się spektakularny widok na morze. Odwiedziłem też klasztor św. Charbela w Annaya. Św. Charbel to najpopularniejszy libański mistyk, wielki cudotwórca, specjalista od spraw beznadziejnych którego wizerunki są na terenach chrześcijańskich wszędzie. Potem zwiedziłem Byblos, gdzie twierdza krzyżowców sąsiaduje z ruinami fenickiego miasta mającego 8 tys. lat, w którym faraonowie zaopatrywali się w cedry i czczono boginę Ballat ("Pani", imię przypominające al-Lat, "córkę Allaha"). Wracając z tej wyprawy, w centrum Bejrutu minął siedzibę Partii Kataeb - czyli chrześcijańskich Falang kontrolowanych przez rodzinę Dżemajel. "82 lata dla Libanu" mówił banner na tym budynku. Fotki niestety nie zrobiłem, bo nie chciałem zwracać uwagi strażników tej partyjnej twierdzy. Widok tej umocnionej siedziby przywiódł mnie do wniosku, że libańscy chrześcijanie to twardzi i mądrzy ludzie. Gdyby byli takimi miękkimi fajami jak Marek Jurek czy Szymon Hołownia, zjedzono by ich tu żywcem. Selekcja naturalna od tysięcy lat odrzuca tu słabych. A gdyby Mirosław "Brawario" Salwowski wpadł tu i zaczął robić wyrzuty chrześcijańskim dziewczynom jak się ubierają, to by go wzięli za członka Państwa Islamskiego i odstrzelili".

"W jednym z druzyjskich miasteczek w górach Chouf zauważyłem banner z Kamalem Dżumblattem. Towarzysz Dżumblatt był przedstawicielem wielkiego feudalnego rodu przewodzącego libańskim Druzom przez setki lat. Był też komunizującym socjalistą, laureatem Nagrody Leninowskiej. Ów czerwony feudał mocno przyczynił się do wybuchu wojny domowej w 1975 r. Był jednak politykiem zbyt niezależnym, więc go Syryjczycy zastrzelili na checkpoincie w 1977 r. Syryjczycy zabijali zbyt niezależnych libańskich polityków z wszystkich grup konfesyjnych: imama as-Sadra (rękoma Libijczyków), Baszira Dżemajela, Raszida Karame. W 2004 r. niedaleko mojego hotelu zabili premiera Harririego. Wysadzili jego konwój razem z kawałem ulicy. Gdy zrobiła się z tego wielka międzynarodowa afera, gen. Ghazi Kanaan, przez ponad 20 lat odpowiedzialny za operacje syryjskich służb w Libanie, strzelił sobie w głowę w swoim gabinecie. Strzelił do siebie trzykrotnie. Prawa karmiczne jednak działają (w straszny sposób) i w ostatnich latach to Syria stała się polem wojny hybrydowej państw silniejszych od siebie. Kiedyś to samo może stać się z Iranem, Arabią Saudyjską, Rosją, USA czy Chinami..."

 

Dodam, że w Libanie bardzo łatwo jest się zorientować, wyznawcy jakiej religii zamieszkują daną okolicę. Tam gdzie dominują sunnici widać bannery z premierem Saadem Harririm. Tam, gdzie szyici - Nasrallah lub przewodniczący parlamentu Nabih Berri. Tam gdzie druzowie - towarzysz Kamal Dżunblatt. Tam gdzie chrześcijanie - św. Charbel, Matka Boska lub dużo rzadziej prezydent gen. Michel Aoun czy symbol Lebanese Forces. Szybko można zauważyć, że obszary zamieszkałe przez poszczególne konfesje stanowią niezły przekładaniec i nie dałoby się przeprowadzić prostego podziału - np. wyodrębnienia państwa szyickiego czy chrześcijańskiego.

"W Bejrucie . Taksiarz, który zabrał mnie z lotniska był fajnym dziadziem Maronitą. Podpytywałem go o sympatie polityczne, a on odpowiadał: "Pope Jean Paul II - love him, best pope!", "Bashir Gemayel good!", "Samir Geagea perfect!" Siedzę teraz w bardzo oldschoolowym hotelu. Budynek z lat 60, w windzie francuska tabliczka znamionowa. Z balkonu widać pomiędzy blokami Morze Śródziemne."







"Bejrut pod pewnym względem przypomina mi Warszawę - to urbanistyczny misz-masz. W centrum miasta sąsiadują ze sobą pięknie odnowione kamieniczki (na widok których śliniłaby się HGW ; ), szklano- marmurowe biurowce i wybebeszone ruiny (nie wiadomo, czy będące pozostałościami po wojnach czy też po nietrafionych inwestycjach). Starówka jest ładnie odnowiona a można ją obejść w pół godziny. O rzut kamieniem od siebie są: ruiny rzymskiej szkoły prawniczej, katedra maronicka, katedra grecka oraz imponujący meczet z XVII w. Kilka minut dalej kościół z czasów krucjat, który mamelucy zmienili w meczet. Na kościelnej wieży półksiężyc. Patroni ulic w centrum: marszałek Foch i gen. Weygand. Niezła historyczna i konfesyjna mieszanka. Od czasów fenickich nawarstwiały się tu różne tradycje." 

 "Pierwsze doświadczenia z życiem nocnym Bejrutu. Wybrałem się na Rue Gouraud w dzielnicy Gemmayzeh. Uliczka pełna knajp i hipstersko odpicowana, tylko że bez tych pieprzonych hipsterów. : ) W bardzo klimatycznym barze jakimś cudem wdałem się w dwugodzinną rozmowę z Niemcem prowadzącym tu biznes od 25 lat. On ostro cisnął temat integracji europejskiej, ale pod koniec był przerażony jak zacząłem mu tłumaczyć wątek wojny prewencyjnej przeciwko Rzeszy w 1934 r. Pierwszy raz coś takiego słyszał i pomyślał że jestem polskim ultranacjonalistą. Ale spodobało mu się wykroczenie poza schemat i zapłacił za moją wódkę. I w ten sposób Niemcy sfinansowali polską propagandę tak jak oddziały podporucznika Palucha : ) Wcześniej wpadłem na jedno piwo do innego baru. Po prostu barmanka była ładna. Oczywiście preferuje rude i blondynki, ale ta brunetka o czarnych, tęskno patrzących oczach miała fajną figurę. I sądząc po jej uśmiechu, gdy wydawała mi resztę, domyśliła się, że była jedynym powodem, dla którego wszedłem do tego lokalu : )"

 ""Nie karmić kotów" - taką tabliczkę widziałem na Amerykańskim Uniwersytecie Bejruckim. Założona przez protestanckich misjonarzy (nie, nie przez pastora Chojeckiego) uczelnia konkurowała z jezuickim uniwersytetem. Na pierwszy rzut oka widać, że w ostatnich latach szła do niej ogromna kasa. Budynki kampusu projektowali światowej sławy architekci. Ta uczelnia musi być silnym narzędziem budowania amerykańskiej soft power. (Baj de łej : marines do Bejrutu wysłał Eisenhower a potem Reagan. ) Czytałem w necie, że wpuszczają na ten kampus tylko po pokazaniu legitymacji. Przy głównym wejściu rzeczywiście stoi wielki strażnik i robi selekcję. Ale ja wszedłem wejściem od strony nadmorskiej promenady, gdzie nie ma żadnej ochrony. Na miejscu swobodnie sobie łaziłem - może brali mnie za wykładowcę?"





"Byłem w odwiedzinach u Baala. A konkretnie w miejscu jego dawnej świątyni w Baalbek, na którym Rzymianie zbudowali ogromne świątynie Jupitera i Bachusa. Te monumentalne ruiny naprawdę dają poczuć sacrum, a widok ośnieżonych gór i zielonych sosenek (?) tylko je pogłębia. Najciekawsza jest tam jednak najniższa warstwa kamieni - fundament zbudowany z bloków liczących po kilkaset ton. Legendy mówią, że na tej kamiennej platformie lądowali bogowie po Potopie, by przywrócić rolnictwo. Kilkaset metrów dalej leży w kamieniołomie dosyć precyzyjnie obrobiony kamień mający 1100 ton. Jak zamierzano go przenieść i po co? Może Lech Wałęsa wie? (Niech ktoś puści motyw z "Prometeusza".) Samo miasto Baalbek to kolebka Hezbollahu i z przydrożnych plakatów uśmiecha się do nas Hassan Nasrallah. Czasem wpisany w serduszko : ) Widziałem też wizerunki zagionionego muły Musy al-Sadra i Chomeiniego. Niecałe pół godziny drogi dalej jest piękne miasteczko Zahle przypominające mi trochę gruzińskie miasta. Pełno tam chrześcijańskich kapliczek a dziewczyny chodzą bez hidżabów. Tam czci się Baszira Dżemajela. (Tego z "Walca z Baszirem".) W pobliskiej miejscowości Ksara robią od 160 lat dobre wino. Kawałek dalej są już tereny sunnickie a na nich billboardy z Saadem Harririm i jego ojcem, premierem który zginął w zamachu bombowym. Jedziemy jeszcze kilkanaście minut dalej i jesteśmy w Anjar, tuż przy syryjskiej granicy. Są tu ruiny pałaców z czasów Ummajadów (z VIII w.). Miasto zamieszkują zaś Ormianie. Akurat do ruin w Anjar przyjechał ambasador Armenii z dwudziestoparoletnią córką (?). Oczywiście przyjechał stereotypowym czarnym mercedesem."




"Trafił mi się naprawdę fajny kierowca, który kilka razy był w Polsce. W latach 80-tych! Pochodzi z okolic Zahle, ale przed wojną domową jego rodzina przeprowadziła się do Pakistanu w celach biznesowych. Jego kolega miał żonę Polkę, więc zapraszali go do Warszawy, Torunia i Ciechocinka. Fan byłego premiera Harririego, sunita. Dużo opowiedział mi fajnych rzeczy o libańskiej polityce. Popiera obecny rząd, w którym zasiadają wszyscy od Hezbollahu po dawnych Falangistów. "Wszyscy z nich kiedyś walczyli ze sobą, ale każdy z nich walczył o dobro Libanu, tak jak je postrzegał. Teraz jest zgoda i możemy zająć się rozruszaniem gospodarki". Hezbollah jest dla niego zbyt blisko Iranu, ale uważa że paradoksalnie siła Hezbollahu sprawia, że Izrael boi się angażować w Libanie. "Na granicy jest spokój." Pytany o zabójstwo premiera Harririego: "Mówi się że to Hezbollah i Syria. Ale przecież wielkie mocarstwa: USA, Francja, Rosja zapewne wpadły na trop spisku i mogły próbować ratować Harririego. Ale tego nie zrobiły. Izrael tez pewnie wiedział, ale Syria i Hezbollah może dały mu coś w zamian, by nie przeszkadzał." Zrobiłem aluzję do teorii o zamachu w Smoleńsku, opowiadając o zdarzeniach z kwietnia 2010 r. "Pewnie waszego prezydenta zabiła Rosja, bo chciała mieć swojego człowieka na tym stanowisku". Pyta mnie się czy Polacy są proamerykańscy. Mówię, że nie wszyscy. Część jest proniemiecka lub prorosyjska. "Ktoś u was kocha Rosję?", "No np. część dawnych komunistów", "A tych, co zamiast w Boga wierzą w Rosję". : )"



"Koleś pilnujący kasy w najlepszym bejruckim punkcie małej gastronomii (Phoenicia Saj) wdał się ze mną w rozmowę. Okazał się być Syryjczykiem. Prawdziwym. Nie jednym z tych AfroSyryjczyków. I podzielił się ze mną swoimi myślami na temat tego konfliktu: "Moja rodzina jest w Niemczech. Chcą załatwić mi wizę, ale ja nie chcę tam jechać. Nie biorę pomocy od UNHCR. Uczciwie pracuje po 10 godzin dziennie za 400 dolarów miesięcznie. Chciałbym wrócić do Syrii. Kocham swój kraj i Damaszek, najpiękniejsze miasto na świecie. Ale nie mogę wrócić, bo szuka mnie wojsko. Studiowałem a oni chcieli mnie wcielić do armii. Nie widziałem sensu w zabijaniu ludzi dla Assada, ani przeciw Assadowi. Oni wszyscy zabijają ludzi o nic. Właściwie to Rosja i USA biją się o Syrię. Ja tutaj czekam, co z tego wyjdzie. Chcę uczyć się i uczciwie pracować a wszyscy jak słyszą, że jestem Syryjczykiem, myślą, że jestem terrorystą." Mój rozmówca był sunnitą. I rzeczywiście nie widział sensu w narażaniu życia i zabijaniu innych w imię utrzymania u władzy upartego dyktatora. W odróżnieniu od alawitów czy syryjskich chrześcijan nie postrzegał tego jako desperackiej walki o przetrwanie. Nie identyfikował się też z rebeliantami a jako źródło największych problemów na Bliskim Wschodzie wskazał Arabię Saudyjską. Jego przypadek dobrze ilustruje do jakiego stopnia kruche było społeczeństwo syryjskie. Społeczeństwo to łączyła tylko ziemia. Teraz usunęła się im spod nóg. W Libanie są teraz 2 mln uchodźców z Syrii. Prawdziwych uchodźców, którzy pracują, by przetrwać."





"Odwiedziłem Muzeum Hezbollahu w Mleecie, w południowym Libanie. Muszę przyznać, że muzealnictwo dobrze wychodzi tej organizacji terrorystycznej. Za pieniądze irańskich podatników zbudowała nowoczesną placówkę - może nie w stylu Polin, ale np. Muzeum Czołgów w Latrun. Na początku zwiedzania wyświetlany jest bardzo profesjonalnie zrobiony film propagandowy. Dynamicznie zmontowane archiwalne relacje filmowe są przesłaniem mówiącym: "jako pierwsi pokonaliśmy Izrael i możemy go jeszcze raz wykrwawić". Przekaz ten wzmacnia ekspozycja poświęcona nieudanym akcjom izraelskich sił specjalnych. Na niej zdobyczny izraelski sprzęt i cytaty z izraelskich polityków - od Moshe Arensa po Ariela Sharona - mówiące, że Izrael przerżnął w Libanie. Nasuwa się myśl, że izraelscy politycy i generałowie rzeczywiście popełnili koszmarny błąd pozwalając wyrosnąć potworowi na północnej granicy. W muzeum mamy też wymowną instalację artystyczną - pomnik zrobiony z rozrzuconych na dużej przestrzeni szczątków izraelskich czołgów, transporterów i śmigłowców. Jest też leśna ścieżka ze zrekonstruowanymi bunkrami i pokazem uzbrojenia. W Muzeum spotkałem libańskich bikersów noszących kurtki "Sons of Anarchy" )))) Cała okolica to bastion Hezbollahu. Wszędzie podobizny Nasrallaha, Musawiego i innych dowódców. Na wiaduktach nad autostradą irańskie flagi. W jednym miejscu bannery osławionej Syryjskiej Partii Narodowo-Socjalistycznej i podobizna Assada. Zwolennicy tej partyjki jakoś się nie chcą jednak przeprowadzić do Syrii..."






"Idąc malutką acz urokliwą starówką Tyru usłyszałem muzykę. Dziewczęcy śpiew, rytmiczne klaskanie, takie arabskie karaoke. Drzwi od jednego z domów były otwarte a przez nie widać było jadalnię a w niej stół zastawiony jadłem i napitkiem a przy nim dziewczynę z mikrofonem w ręku. Ładną lasencję z całkiem sporym biustem ukrytym pod podkreślającym jej figurę białym topem. Przyciągnęła moją uwagę. Byłbym ślepy, gdyby nie przyciągnęła. Bawiący się tam domownicy zachęcali ludzi zgromadzonych pod drzwiami do wspólnego śpiewu i zabawy. Zagadałem do starszego człowieka, że jestem z Polski. Zaproponował mi whiskey. Chętnie skorzystałem, ale nie nadużywałem gościnności. Na murze pobliskiego domu wisiała ludowa kapliczka z Jezusem, Maryją i jakimś lokalnym świętym. Przypominało mi się zajebiste wesele pod Miętnem, na którym byłem w lutym..."









"Trypolis (libański, nie libijski) to miasto, delikatnie mówiąc, bardzo różniące się od Bejrutu, Tyru czy Zahle. Jest chaotycznie bliskowschodnie. Kilka lat temu doszło w nim do walk z udziałem ISIS. Konflikt syryjski w ten sposób przelał się do Libanu. Ja nie natrafiłem w Trypolisie na ISIS, ale na coś gorszego - koszmarne korki. To co widzicie w Warszawie to naprawdę nic! Tam są węższe ulice, gorsza kultura jazdy a zabłądzić łatwo. Grunt, że jest tam Rondo Allaha. Gdy mój kierowca pytał o drogę podjechał do nas koleś na skuterze. Zaoferował, że będzie nas prowadził na stare miasto - sukk z czasów Mameluków. Na miejscu pokazał nam parę miejsc na starówce, m.in. meczet al-Manzouri ( świetny przykład mameluckiego kunsztu) oraz rzemieślniczą wytwórnię mydła (naprawdę wyszukanego mydła - fabryczka działa od 1937 r.). Potem ten koleś odprowadził nas na parking. Bronił się przed przyjęciem napiwku. Nie mam pojęcia kim był i dlaczego poświęcił nam tyle czasu. W Trypolisie jednak długo nie pobyłem bo musiałem zdążyć na wizytę u wiceszefa organizacji libańskich przedsiębiorców. Pogadałem z nim trochę o libańskiej gospodarce. Jego firma (Sonaco Al-Rabih) sprzedaje mezze, czyli libańskie przystawki. Chciałby je również wysyłać do Polski. Nad drzwiami do jego fabryki wisi krzyż. A w recepcji siedziała miła sekretarka o bardzo ładnych rysach twarzy."







"W pobliżu miasteczka Beit ed-Dine (gdzie jest ładny XVIII wieczny pałac druzyjskich emirów) znajduje niezwykła atrakcja turystyczna: Zamek Moussy. Został on zbudowany w XX w. przez hobbystę. Jego twórca w dzieciństwie był gnojony w szkole przez miejscowego Broniarza, który mówił mu, że do niczego w życiu nie dojdzie. Jego szkolna sympatia dała mu kosza mówiąc, że wyjdzie tylko za bogacza z własnym zamkiem. Gostek wówczas pomyślał: ok, to zbuduje własny zamek. Doszedł do wielkich pieniędzy i go postawił. Zamek Moussy wygląda z zewnątrz śmiesznie, ale wewnątrz jest niesamowita ekspozycja. Dziesiątki figur "woskowych" odgrywa scenki z życia dawnego Libanu. Wszystko od warsztatów rzemieślniczych po wesela i spotkania lokalnej starszyzny. Jest tam też zaprezentowana wielka kolekcja broni białej i palnej. Od średniowiecza po II wojnę światową. A także zbiory biżuterii oraz innych antyków. Moussa był naprawdę fajnym kolesiem. Zbierał to wszystko przez 60 lat. I miał dobre przygotowanie merytoryczne - nadzorował konserwację prawdziwych zamków krzyżowców. A o tym lokalnym nauczycielskim nieudaczniku, który go prześladował, nikt już dzisiaj nie pamięta."





"Widziałem dzisiaj zaśnieżony kawałek Libanu. W górach. 2000 m npm. I las cedrów. Tzw. Cedrów Boga. Po lesie niestety sobie nie pochodziłem (z powodu śniegu), ale ponoć w jego głębi są cedry mające ponoć 2000 lat. Oczami wyobraźni zobaczyłem tam przez chwilę barkę dla Ra, zbudowaną z drewna cedrowego przez Egipcjan. Las niby jak las, ale okolica jest naprawdę ciekawa. Iście północnowłoskie krajobrazy. Ośnieżone szczyty, przepaście, wodospady, miasteczka pstrzące się czerwoną dachówką, kościoły, klasztory, pustelnie... I żeby było ciekawiej to teren, na którym wiszą plakaty Lebanese Forces. Gdy zapytałem na straganie o pamiątki z Samirem Geageą, sprzedawcy oczy zaświeciły się z radości..."

"Dzisiaj byłem w siedzibie papieża. Ormiańskiego papieża, czyli katolikosa. Ormianie mają aż dwóch papieży. Jeden rezyduje w Eczmiadzynie, w Armenii. Drugi w Antelias pod Bejrutem, a wcześniej rezydował w Sis w Cylicji (obecnie Turcja). Ormiańskim papieżem nie jest co prawda ks. Isakowicz-Zaleskian, ale Ormianie twierdzą, że każdy z ich dwóch papieży jest równy papieżowi rzymskiemu. Ciekawe czy jeździ białym mercedesem? W Antelias jest muzeum ormiańskich przedmiotów liturgicznych ocalałych z pogromów w Cylicji. Prawdziwe skarby kultury, ale podpisy pod eksponatami głównie po ormiańsku a dwa piętra ekspozycji otworzono na moje specjalne życzenie (wcześniej były zamknięte, by nikt nie zwiedzał). Panienka, która nas pilnowała podczas zwiedzania powiedziała: "Niestety w Libanie jest tylko 80 tys. Ormian. Kiedyś było dużo więcej. W trakcie wojny domowej mieliśmy własne milicje w celu obrony. W trakcie pierwszej wojny światowej też, ale nasze wojsko było kiepskie i Turcy zabrali nam nasze ziemie". Na pomniku koło katedry ormiańskiej jest mapa, na której obok Armenii jest Armenia Zachodnia obejmująca kawał Turcji i terenów kurdyjskich. Obok jest inny pomnik, a w nim wyeksponowane za szkłem czaszki i kości Ormian zabitych przez Turków. (Wyobraźcie sobie jakby Wyborcza bóldupiła na coś podobnego u nas!) Pojechałem do miejscowości Bzoummar, gdzie jest klasztor ormiańskich katolików a w nim cudowny wizerunek Maryji. Mają tam też muzeum, ale można go zwiedzać tylko po wcześniejszym umówieniu się. Ogólnie sprawiali wrażenie jakby nie chcieli, by ktokolwiek, poza Ormianami, ten klasztor zwiedzał. Nawet w sklepie z pamiątkami nie było nikogo a butelki z arakiem stały nie pilnowane na stole przykrytym gazetą. Wniosek: Ormianie nie znają się na prowadzeniu muzeów."



"Jak wiadomo, Juliusz Słowacki wieeeeelkim poetą był. A w trakcie swoich podróży odwiedził Liban. Zatrzymał się w klasztorze św. Antoniego Padewskiego w Ghazir. Wpadłem z odwiedzinami do jego celi. (Akurat była sprzątana odkurzaczem przez miłą panią . W celi zaś jest mała ekspozycja poświęcona Słowackiemu, który napisał tam "Anhellego", w którym znalazła się zapowiedź spustoszenia Rosji i zniszczenia rosyjskiego prawosławia. Słowacki polubił libańskich maronitów i nauczył się trochę arabskiego. Zagadywał do lokalnych dziewczyn przy źródle. Palił też sziszę. Dzisiaj upamiętnia go tablica na murach klasztoru. Ghazir to również miejscowość, w której w czasie drugiej wojny światowej mieszkali polscy uchodźcy uwolnieni z Bolszewii."




"Niektórzy arabiści przekonują, że hidżaby to po prostu bliskowschodni, przed islamski zwyczaj. Może i tak, ale tutaj dużo dziewczyn chodzi bez hidżabów. Oczywiście to głównie chrześcijanki, ale nie tylko. (Na terenach muzułmańskich można zaś zobaczyć czasem kombinacje w stylu: hidżab plus różowa bluzka i obcisłe dżinsy). Maronickie dziewczyny podążają za europejskimi mocami a niektóre mają rysy twarzy podobne do Francuzek. Inne mogłyby uchodzić za sefardyjki. (Jest tu trochę DNA sprzed czasów podboju islamskiego.) Kiecki prezentowane na wystawach w Junieh nie są bynajmniej brewarystyczne : ) Są też reklamy damskiej bielizny. I oczywiście jest dziwkarski biznes, ale specyficzny, bo nakierowany na bogatych Arabów. Jeden taksiarz mi opowiedział jak to działa. W klubach pracują dziewczyny z Rosji, Ukrainy czy Rumunii. Zapewniają "występy artystyczne" i rozmowy z klientami. Ale do niczego nie dochodzi w klubie. Klient może się umówić z panienką "na randkę" w hotelu następnej nocy. Dziwaczne? Ale kolesie znad Zatoki Perskiej się na to łapią. Dla nich jest tu Las Vegas. Dzięki temu, że kraj ma 30 proc. chrześcijan, mogą na legalu się napić alkoholu i zabawić. A później wracają do siebie i głoszą wyższość wahabickiego islamu."

 ***

A po krótkiej przerwie, być może już w święta, ostatni odcinek serii "Restituta" - Patriota. O prawicowcu, który 90 lat temu zmiażdżył narrację współczesnej dupoprawicy o "socjalistycznej sanacji".