sobota, 9 lutego 2019

Restituta: Zamach



Podczas osławionej operacji polskiej NKWD, w ręce oprawców z Łubianki dostało się wielu sowieckich prominentów pochodzenia polskiego. Działacze partyjni, wojskowi, funkcjonariusze tajnych służb, inżynierowie, ludzie kultury... Wśród nich był kombryg (generał brygady) Aleksander Wierchowski, były rektor Akademii Sztabu Generalnego, ceniony teoretyk wojskowości, minister wojny w Rządzie Tymczasowym w 1917 r. Podczas brutalnego przesłuchania Wierchowski w pewnym momencie zaczął dzielić się ze śledczymi historią... zamachu w Sarajewie z 1914 r. Ten generał polskiego pochodzenia był bowiem wówczas oficerem łącznikowym pomiędzy rosyjskim i serbskim Sztabem Generalnym a zarazem jednym z organizatorów zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda.

Ilustracja muzyczna: Audiomachine - Dauntless

Wszyscy się uczyliśmy w szkole, że zamachu w Sarajewie dokonał młody serbski terrorysta Gavrilo Princip. Należał on do organizacji "Młoda Bośnia", którą sterowała organizacja "Czarna Ręka"., którą z kolei sterował serbski wywiad wojskowy dowodzony przez płka Dragutina Dimitrijevicia "Apisa".  Pułkownik "Apis" ponad dekadę wcześniej wymordował dynastię Obrenoviciów i osadził na tronie ród Karadziordżewiczów. To on de facto rządził Serbią. Z zeznań generała Wierchowskiego wynika jednak, że płkiem Dmitrijewiciem kierował rosyjski attache wojskowy płk Wiktor Artamonow.  To on uzgadniał wszystkie szczegóły zamachu.

Flashback: Kryptonim Βασιλευζ



Prawdziwym "kingmakerem" w Serbii był też rosyjski ambasador Nikolaus von Hartwig. Urodzony w Gori (!) miał naprawdę dziwną karierę dyplomatyczną. Mimo niemieckiego pochodzenia był nastawiony karykaturalnie panslawistycznie. W latach 1900-1906, czyli w czasie gdy Rosja wpierdoliła się w niepotrzebną wojnę przeciwko Japonii, kierował departamentem azjatyckim w MSZ. Później został ambasadorem w Teheranie, gdzie... sabotował brytyjsko-rosyjskie negocjacje w sprawie Persji. Zamiast wywalić tego szkodnika na zbity pysk z MSZ, skierowano go do Belgradu, gdzie zorganizował on koalicję państw, która rozpoczęła pierwszą wojnę bałkańską. Nic w Serbii nie mogło odbyć się bez jego zgody a rosyjskie dotacje finansowały sporą część serbskiego budżetu (i 80 proc. budżetu Czarnogóry). Serbski premier Nikola Pasić nie mógł prowadzić suwerennej polityki.



Jak już pisałem na tym blogu: "Premier Nikola Pašić dowiedział się o szykowanym zamachu od ministra edukacji Ljuby Jovanovića. 18 czerwca serbski rząd wysłał telegram do ambasadora Serbii w Wiedniu Jovana Jovanovića nakazujący mu ostrzec władze CK-monarchii przed szykowanym zamachem. Ostrzeżenie zostało dostarczone austrowęgierskiemu ministrowi skarbu Leonowi Bilińskiemu. (...) Serbski rząd bał się podjąć bezpośrednich kroków przeciwko organizatorom zamachu, gdyż bał się, że spotka go to samo co króla Aleksandra. Pašić wiedział, że "Apis" i jego ludzie to bezwzględni mafiozi i drżał o swoje życie."









Zatrzymajmy się na chwilę przy osobie Leona Bilińskiego. To był polski arystokrata, profesor ekonomii, bankier, długoletni poseł do parlamentu austriackiego (szef Koła Polskiego), austriacki i austro-węgierski minister skarbu, prezes Banku Austro-Węgierskiego, a później prezes Naczelnego Komitetu Narodowego i minister skarbu w gabinecie Paderewskiego. W 1914 r. jednym z zajmowanych przez niego stanowisk było cywilne namiestnictwo Bośni i Hercegowiny. To z tego tytułu Pasić przesłał mu ostrzeżenie przed zamachem w Sarajewie. Biliński wyrzucił to ostrzeżenie do kosza. A później był jednym z przywódców stronnictwa prowojennego. "W Wiedniu tylko cesarz ma wątpliwości, lecz pozostaje bierny. 28 lipca zostaje ogłoszony manifest, sygnowany przez niego, lecz napisany przez ministrów Berchtolda i Bilińskiego: monarchia jest w stanie wojny z królestwem Serbii."

Biliński reprezentował prometejską konspirację. Miał też bardzo ciekawe koneksje rodzinne: "syn Wiktora Bilińskiego z Grodziska koło Leżajska i Żydówki Malwiny Brunickiej-Brunstein, neofitki". Neofiki, czyli zapewne frankistki...



Stawiam hipotezę, że wywiad austro-węgierski doskonale był zorientowany w planach zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. 10 lipca 1914 r. ambasadorowi von Hartwigowi złożył bowiem wizytę austro-węgierski ambasador w Belgradzie baron Wladimir Giesl von Gieslingen (człowiek służb, były attache wojskowy w Konstantynopolu, Atenach i Sofii) i prawdopodobnie uświadomił mu ile wie na temat zleceniodawców zamachu. Von Hartwig zmarł podczas tej rozmowy na zawał serca.





A tak właściwie to czemu Ruscy chcieli zabić arcyksięcia Franciszka Ferdynanda? Tak się bowiem składało, że austro-węgierski następca tronu był człowiekiem, który otwarcie zapowiadał, że będzie dążył do dobrych relacji swojego kraju z Rosją. "Nigdy nie będę prowadził wojny przeciw Rosji. Uczynię wszelkie ofiary, aby do niej nie dopuścić, bo wojna między Austrią i Rosją zakończyłaby się obaleniem Romanowych lub obaleniem Habsburgów czy nawet obaleniem obu dynastii" - trafnie przewidywał arcyksiążę. Zabicie go oznaczało otwarcie drogi do samobójczej wojny, do której Rosja nie była przygotowana. Kto więc w Petersburgu wpadł na tak "genialny" pomysł? Czyja w tym była inspiracja?



W tej historii jest wiele zadziwiających anomalii. Nie tylko kariera ambasadora-prowokatora von Hartwiga. Również kariera Aleksandra Wierchowskiego. Był on oficerem znanym z socjalistycznych poglądów i do tego mającym polskie korzenie. W 1905 r. odmówił strzelania do robotników podczas osławionej Krwawej Niedzieli w Petersburgu. Wyrzucono go za to ze szkoły oficerskiej. A mimo to niecałe dziesięć lat później Wierchowski pełni strategicznie ważną funkcję łącznika między rosyjskim a serbskim Sztabem Generalnym i współorganizuje zamach w Sarajewie. Po Rewolucji Lutowej zostaje on zastępcą szefa rady delegatów robotniczych i żołnierskich w Sewastopolu a potem ministrem wojny. Na tym stanowisku opowiada się za włączeniem bolszewików do rządu i jest ślepy na bolszewicką infiltrację armii. Wierchowski jest uznawany przez część rosyjskich badaczy za jednego z ojców "sukcesu" Rewolucji Październikowej. W 1917 r. pełnił rolę sabotażysty w Rządzie Tymczasowym. Czy taką samą rolę odgrywał również w 1914 r. w Belgradzie?

Zastanówmy się jednak jeszcze nad tym dlaczego czynniki kierownicze w rosyjskim wywiadzie wojskowym zaakceptowały plan zabójstwa austriackiego arcyksięcia? Czyżby sprzedano im ten plan jako zemstę za próby zamachów na cara?

Henryk Głębocki znalazł w dawnych zasobach archiwalnych Ochrany, carskiej tajnej policji, niezwykle ciekawy dokument:




"6/19 maja 1913 r., Wilno – Ostrzeżenie naczelnika wileńskiej
żandarmerii przed zamachem planowanym na cara
skierowane do ochrony stacji kolejowej w Bezdanach

Do podoficera na stacji Bezdany

Dotarła do mnie informacja, że w celu dokonania zamachu na Świętą Osobę
Imperatora organizowany jest oddział złożony z 25 osób spośród członków
jednej z polskich partii rewolucyjnych, na czele którego stoi człowiek, mający
następujący rysopis: ciemny szatyn, 30 lat, szczupły, twarz pociągła, śnia-
da, nosi wąsy, na twarzy blizny zagojonych ran, jedno oko, zdaje się lewe,
uszkodzone, chodzi szybko [rysopis ten odpowiada Waleremu Sławkowi]. Jego
pomocnikiem jest osoba z następującym rysopisem: lat 42, wysokiego wzrostu,
brunet, gładka twarz, wąsy i broda czarne, szczupły.
Polecam zapoznanie się z wyżej podanymi rysopisami oraz w tym celu
niezwłocznie przekazanie informacji podoficerom innych posterunków.
W przypadku pojawienia się wyżej wymienionych osób w rejonie posterun-
ków, zatrzymać je natychmiast i dostarczyć pod wzmocnionym konwojem do
mnie, na stację Wilno, przy czym w razie zatrzymania, niezwłocznie do mnie
telegrafować."

Inny interesujący dokument:

"26 lutego/11 marca 1914 r. – Polecenie Departamentu
Policji skierowane do żandarmerii i Ochrany w sprawie
poszukiwania przybywającego do Rosji z zagranicy Józefa
Piłsudskiego oraz jego współpracowników
Tajne
Według cyrkularza
Według danych Departamentu Policji, w najbliższej przyszłości do Rosji zamie-
rzają przyjechać z zagranicy wybitni działacze rewolucyjni Polskiej Partii Socja-
listycznej (byłej Frakcji Rewolucyjnej) Józef, syn Józefa, Piłsudski (pseudonimy
„Ziuk”, „Mścisław”, „Ludwik”, „Martyn” i „Justyn”), Tytus Antoni, syn Kazimierza, Filipowicz (pseudonimy „Tytus”, „Karski” i „Stefan”), Wacław, syn Tomasza, Biernacki (pseudonimy „Kostek”, „Czesław” i „Bruno”), oraz literat Wacław Sieroszewski dla zrealizowania zbrodniczych planów „Komisji Konspiracyjnej”,stworzonej przy Komitecie Centralnym wymienionej partii."

I kolejny:

"22 lutego/ 7 marca 1914 r. – Informacja Departamentu Policji
dla wysłannika Ministerstwa Spraw Zagranicznych
na temat rzekomych przygotowań Józefa Piłsudskiego
oraz jego współpracowników do zamachu na życie Mikołaja II
podczas wizyty cara w Paryżu
Tajne
Według danych Departamentu Policji, znany działacz Polskiej Partii Socjalistycz-
nej Józef Piłsudski obecnie mieszka w Paryżu, gdzie wspólnie z [Wacławem]
Sieroszewskim oraz członkami Partii Socjalistów-Rewolucjonistów prowadzi
przygotowania do zamachu na życie Najjaśniejszego Pana, w czasie jakoby
zbliżającego się pobytu Jego Cesarskiej Mości w Paryżu.
Według tych informacji inny znany działacz Polskiej Partii Socjalistycznej,
Tytus Filipowicz udał się do Londynu, skąd zamierza jechać do Rosji, najpraw-
dopodobniej do Sankt Petersburga.
Tą samą drogą przez Londyn udał się do Rosji znany bojowiec Polskiej Partii
Socjalistycznej [Wacław] Biernacki (pseudonim „Kostek”), który w roli czyn-
nego bojowca będzie brał udział w wykonaniu zbrodniczych planów „Komisji
Konspiracyjnej”."




Stacja Bezdany to miejsce słynnej akcji na pociąg z rosyjskimi pieniędzmi dokonanej przez Józefa Piłsudskiego i trzech przyszłych premierów II RP. Czy rzeczywiście szykowano tam w 1913 r. spektakularny zamach na cara? Czy I wojna światowa miała się zacząć nie w Sarajewie a na tej podwileńskiej stacji? Czy Wacław Kostek-Biernacki miał zostać naszą wersją Gavrilo Principa? Czy też te doniesienia były tylko dezinformacją mają skłonić rosyjskie tajne służby do odwetu przeciwko Austriakom? Już w 1906 r. Ochrana zwracała uwagę służbom CK-Monarchii, że w Galicji, szkolą się polscy rewolucjoniści prowadzący działalność terrorystyczną przeciwko Imperium Rosyjskiemu. Austriacy olewali te ostrzeżenia, wyraźnie chroniąc polskie organizacje zbrojne. To trochę tak jakby w Meksyku, tuż przy granicą z USA szkoliła się ISIS i organizowała zamachy na amerykańskich policjantów, wojskowych i polityków a rząd Meksyku olewał prośby USA o współpracę w walce z tym zagrożeniem. Czy do zamachu w Sarajewie doszło więc w ramach zemsty za polską wojnę hybrydową?


***

A w następnym odcinku serii "Restituta" zajmiemy się austro-węgierskimi tajnymi służbami i ich wpływami w II RP. Hrabiemu Jędrzejowi Zdzisławowi Stefanowi Pafnucemu Kalasantemu Heliogabalowi etc. Resortowemu na pewno się nie spodoba...


sobota, 2 lutego 2019

Przeciw duporealizmowi


Ilustracja muzyczna: Clean Bandit feat Demi Lovato - Solo




Gdyby Władysław Studnicki, Adolf Bocheński i bracia Mackiewiczowie zobaczyli, co wypisują "kontynuatorzy" ich myśli w Polsce, to by się chyba w swoich trumnach sfajdali... Oczywiste, pozbawione logiki kretynizmy nazywa się u nas bowiem "polityką realną" a na politykę realną psioczy.



Czym jest jednak polityka realna? Dobrze ją zdefiniował Ho Chi Minh. Był on co prawda komuchem, ale bardzo mądrym komuchem - i przez pewien czas amerykańskim agentem. Powiedział kiedyś: "Lepiej przez 100 lat wąchać gówna Francuzów, niż przez 1000 lat zjadać gówna Chińczyków". O co mu chodziło? W 1945 r. na północ Wietnamu wkroczyły wojska Republiki Chińskiej i miały ją czasowo okupować aż do nadejścia wojsk francuskich. Francuzi byli nielubianym kolonizatorem, więc niektórzy Wietnamczycy uważali, że trzeba się dogadać z Chińczykami, tak by ci zostali dłużej. Wujek Ho widział jednak w Chinach wroga geopolitycznego na wiele stuleci. Wolał (jak się okazało tylko kilkuletnią) obecność irytujących Francuzów od groźniejszej obecności Chińczyków.

U nas znalazło się mnóstwo mędrków, którzy psioczą na to, że Polska znalazła się jednoznacznie w amerykańskiej strefie wpływów. Słusznie wskazują, że ambasador Mośbacher i paru dupków z Departamentu Stanu tudzież amerykańskich służb traktuje nasz kraj tak jeszcze jedną republikę bananową. Co więc powinniśmy zrobić? Według tych mędrków, oczywiście pokazać Amerykanom fucka i zacząć prowadzić "politykę realną w stylu Cata-Mackiewicza, Studnickiego czy Adolfa Bocheńskiego". Czyli co tak właściwie mamy robić?

  
Powyżej: Armia europejska Mutti Angeli

Odpowiedzi udziela m.in. Piotr Zychowicz, sugerując, że powinniśmy się bliżej związać z Niemcami. Ten zwolennik "polityki realnej" widzi pewnie oczami wyobraźni Wojsko Polskie wspólnie z "niezwyciężonym Wehrmachtem" szturmujące Stalingrad, ale problem w tym, że ta wizja jest mocno nieaktualna. Nie mamy roku 1942. Mamy 2019 r. Niemcy przez ostatnie 75 lat zmieniły się nie do poznania. Stały się społeczeństwem ciot. I to nie bynajmniej ciot w stylu Ernsta Roehma. Niemcy są niemal pozbawieni obecnie siły militarnej. Nie byliby w stanie bronić Polski np. przed Rosją i nie mieliby też pewnie chęci tego robić. Może by bronili linii Odry, a może by się z najeźdźcą dogadali, że kopsną mu parędziesiąt miliardów euro dla świętego spokoju. Może tak wytrawny praktyczny historyk jak Piotr Zychowicz tego nie zauważa, ale Niemcy chorują na fatalne zauroczenie Kremlem i marzą o zbudowaniu bloku kontynentalnego Paryż-Berlin-Moskwa-Pekin, w którym rola Polski sprowadzałaby się jedynie do gospodarczej kolonii, w jakiejś nowej wersji Mittleuropy. Niemcy nie są więc w stanie zaakceptować żadnego rządu w Polsce, choć trochę odbiegającego swoją polityką od celów wyznaczonych przez Berlin. (Zachowując proporcje: przypomnijcie sobie jak spacyfikowali grecki rząd Tsiprasa lub jak ryją pod włoskimi władzami.) Opcja niemiecka w naszej sytuacji jest więc podobnym "politycznym realizmem" jak działania węgierskich strzałokorzyżowców w 1944 r. Ustawianiem się po stronie kraju, który nie obroni nas przed Rosją, wykorzysta nas do cna a za jakiś czas i tak skończy jako trzecioświatowy shithole.



Stanisław Michalkiewicz, szebes goj Putina (zawsze stojący na baczność, gdy słyszy  słowo "Putin"), zaproponował natomiast byśmy zaprosili do Polski rosyjskie wojska, a przynajmniej postraszyli tym Amerykanów, by więcej od nich uzyskać. No cóż, coś takiego przerabiamy już od początków XVIII w. i zawsze się dla nas źle kończyło. Trzeba być historycznym analfabetą, by uwierzyć, że tym razem będzie inaczej. Nie jesteśmy peryferyjną Finlandią czy Węgrami, by bawić się w "opcję rosyjską". Przeciwko temu przemawia sama geopolityka. Dla Rosji jesteśmy przede wszystkim "przegrodą" na drodze do Europy Zachodniej. Geopolitycznym problemem na pomoście bałtycko-czarnomorskim, który trzeba zlikwidować.Różne leśne dziadki z "Myśli Polskiej" oraz korwinowskie kuce twierdzą, że to Polska zepsuła sobie relacje z Rosją. A jest dokładnie odwrotnie. To Rosja ćwiczy uderzenia nuklearne na Warszawę, dokonała zamachu w Smoleńsku, napadła na jednego z naszych sąsiadów a drugiego próbuje anektować, prowadzi wobec nas nieprzyjazną politykę gospodarczą, patronuje tutaj najróżniejszym esbecko-trepowskim mafiom i ciągle ma ból dupy o jakieś obskurne stalinowskie pomniki. Jeśli ktoś twierdzi, że powinniśmy się z Rosją dogadać, to trzeba go zapytać, czy Rosja wyraża w jakikolwiek sposób gotowość do porozumienia? I na jakich warunkach ma być to porozumienie? Na lepszych niż miał Janukowycz? Co Rosja ma nam właściwie do zaoferowania? Gaz po cenie wyższej niż dla Niemców? Przed kim nas będzie bronić? Raczej nie przed Niemcami, bo się z nimi kumpluje. Może więc przed mitycznymi banderowcami, którzy lada chwila powtórzą nam rzeź wołyńską zachęceni do tego muzyką zespołu Enej? A może Rosja, w majestacie syna Wiery Szełomowej Putiny,  ochroni nas przed Izraelem? Tak skutecznie jak syryjską przestrzeń powietrzną? Tak, że żaden Abramowicz, Mogilewicz, Rottenberg czy Kantor się nie prześlizgnie? No jak szebes goje z kresów.pl, "Myśli Polskiej" i "Najwyższego Czasu!"?

Oczywiście zwolennicy opcji rosyjskiej twierdzą, że w Gruzji i na Ukrainie Rosja nie była agresorem. Tylko  reagowała na złowrogie natowsko-żydowsko-banderowskie spiski. I biedaczka dała się wciągnąć w konflikty, których nie chciała. Załóżmy, że tak rzeczywiście było. Co mamy więc sądzić o kraju, który cały czas daje się tak prowokować i wciągać w niepotrzebne wojny z sąsiadami? Jakim cudem uwierzył, że malutka Gruzja może mu zagrozić? Czemu tak wielkie mocarstwo widzi zagrożenie w Estonii? Czy taki paranoiczny kraj nie jest zagrożeniem dla innych? Czy nie jest podobny do seryjnego mordercy, który słyszy głosy w głowie i pod ich wpływem zabija ludzi? Jaką mamy gwarancję, że  kiedyś np. nas nie zaatakuje, bo kolesie z Kremla wezmą na poważnie teksty Zychowicza o pakcie Ribbentrop-Beck i pomyślą, że naziści z "Iron Sky" budują swoją bazę w Polsce?



Jeśli nie Rosja, to może więc Chiny? Jesteśmy dla Chin ponoć krajem ważnym z racji naszego położenia geopolitycznego. Tyle, że jakoś tego jeszcze nie widać, jeśli patrzymy na wielkość chińskich inwestycji w naszym regionie. Owszem pomysł Nowego Jedwabnego Szlaku fajnie brzmi, ale nie łudźmy się - ten projekt będzie realizowany przez wiele dziesięcioleci. O ile oczywiście powstanie, bo jak na razie to zaczął on wzbudzać opory w chińskiej "bliskiej zagranicy". Chińczycy powtarzają błędy Amerykanów, ale są jeszcze bardziej od nich pazerni i wykorzystali projekt Nowego Jedwabnego Szlaku głównie do zadłużania różnych kraików i przejmowania w nich infrastruktury.  Chińskie inwestycje jakoś nie skłoniły zaś Pekinu do obrony interesów Ukrainy czy Białorusi przed Rosją. Pekin nie kiwnął w ich obronie palcem, bo w sumie Rosja to jego najbliższy sojusznik - takie Austro-Węgry. (I wbrew opiniom różnych "realistów" krzyczących nieustannie, że "ruski agent Trump" zaraz dogada się z Putinem, by oderwać Rosję od Chin, to taki scenariusz jest mało realny. Sojusz rosyjsko-chiński jest zbyt trudny do rozerwania. Oba kraje chcą stawić czoła amerykańskiej supremacji i budować blok kontynentalny od Lizbony do Seulu. By nastąpił reset amerykańsko-rosyjski, Chiny musiałyby naprawdę zajść Rosji za skórę a na Kremlu musiałaby się zmienić władza. Lub w Białym Domu zasiąść Hillary czy równie popieprzona kreatura wyciągnięta z kanału burzowego pod domem Johna Podesty.)

Co więc nam pozostaje? Mamy więc wybór między "wąchaniem g..." Amerykanów a "zjadaniem g..." Niemców, Ruskich i Chińczyków. Tak się składa, że zarówno w naszym interesie jak i interesie Amerykanów jest to, by nie powstał blok kontynentalny Francja-Niemcy-Rosja-Chiny. Współpraca narzuca się sama, ale Amerykanie niestety są stroną silniejszą. Musimy więc przeczekać pewne niedogodności takie jak agresywny lobbing ambasador Mośbacher za różnymi amerykańskimi korporacjami. (To zasłyszałem w pewnym źródle:  Mośbacher zna Trumpa na tej zasadzie, że parę razy pojawiła się na tych samych przyjęciach co on i zrobiła sobie z nim fotkę. A później podobnie jak Johny Danniels chwaliła się kogo to ona nie zna i co ona nie może. Należy jednak do organizacji biznesowej blisko powiązanej z armią i służbami, więc latała z generałami do Afganistanu. Udaje idiotkę, ale rzeczywiście nie ma żadnej wprawy w służbie dyplomatycznej a personel ambasady ją chyba olewa, bo nie sprawdza, co ona wypisuje w oficjalnej korespondencji. Wszystkie istotne sprawy w relacjach między USA a Polską odbywają się bowiem w ramach kontaktów międzyresortowych a nie poprzez ambasadę.)



Zresztą czy Amerykanie zaczęli u nas taki lobbing dopiero teraz? A jak było z tajnymi więzieniami CIA i operacją Samum? Ubectwo, które latało dla Amerykanów na posyłki robi do dzisiaj za wielkich bohaterów. Każdy co bardziej kumaty z nich, niczym Hans Landa z "Bękartów Wojny" marzył o tym, by po zakończonej Zimnej Wojnie ustawić się w Ameryce. Kiszczak taki wierny sołdat Moskwy, a swoje archiwum sprzedał do Instytutu Hoovera. Jakoś po sprawie tajnych więzień nie słychać było wezwań, by zrywać sojusz z USA. Generałowie Różański i Skrzypczak też jakoś szczególnie nie protestowali. Żaden z nich nie złożył dymisji, jak wysyłano nasze wojska do Iraku i Afganistanu. Nie psioczyli na zakupy amerykańskiego uzbrojenia. A jak wchodziliśmy do NATO usilnie nie przekonywali, że "Amerykanie nas sprzedadzą". Ciekawe ile wódki wypili z amerykańskimi generałami? Teraz za to biegają od redakcji do redakcji i jojczą jacy ci Amerykanie straszni, jak nas zostawią, a w związku z tym, że nas zostawią, to już lepiej nie zabiegać o ich stałą obecność w naszym kraju, po prostu wycofajmy wojska na linię Odry i oddajmy bez walki kraj Ruskim, którzy oczywiście lada chwila tu wejdą, bo lada chwila Trump dogada się z Putinem...




Pseudorealiści twierdzą: "USA są naszym jedynym sojusznikiem, a z wszystkimi innymi się skłóciliśmy". I np. Zychowicz wylicza, że jesteśmy skłóceni z : Rosją, Niemcami, Francją, Komisją Europejską, Izraelem i Ukrainą. Po czym radzi byśmy się skłócili z USA. Zajebiście to mądre i realistyczne. Skłóćmy się mocarstwem silniejszym od wszystkich wymienionych podmiotów razem wziętych. Ale oczywiście wyliczając kraje, z którymi jesteśmy skłóceni, Zychowicz pomija te z którymi mamy bardzo dobre lub dobre stosunki: z niemal wszystkimi państwami naszego regionu (zobaczcie jak się poprawiły w ostatnich latach z Litwą czy z Czechami...), nawet z Ukrainą (na płaszczyźnie wojskowej, gospodarczej i społecznej a nie na płaszczyźnie agenturalno-frustrackich wysrywów Wiatrowycza i ks. Isakowicza, czy też rytualnego jojczenia Agnieszki Romaszewskiej i jej kolegów), z krajami skandynawskimi, z Włochami, z Wielką Brytanią... Oczywiście żaden z tych krajów nie posiada takiego potencjału wojskowego jak USA, Chiny czy Rosja. Ale głupotą jest mówienie, że "USA są naszym jedynym sojusznikiem". Te wszystkie kraje europejskie, z którymi mamy dobre stosunki, mogą być dla nas o wiele bardziej pomocne niż Niemcy czy Francja.

Ci którzy mówią, że "USA jest jedynym naszym sojusznikiem" a przy tym wzywają do zerwania tego sojuszu chcą de facto wyjścia Polski z NATO. Zerwanie sojuszu z USA, głównym filarem NATO, narazi na szwank nasze stosunki z innymi państwami zainteresowanymi powstrzymywaniem Rosji. A w zamian ani Komisja Europejska, ani Macron, ani Merkel, ani Putin nie będą dla nas milsi.



Jojczenie słyszymy też przy okazji sprawy Huawei. "Jak mogliśmy aresztować chińskiego szpiega, teraz Chińczycy się na nas obrażą i Nowego Jedwabnego Szlaku nie zbudują." Sprawa Huawei, to oczywiście element starcia supermocarstw o supremację technologiczną w XXI w. To dla Amerykanów na tyle kluczowe, że do uderzenia w Huwei przekonali nawet Kanadę, której premier Justin Castro Trudeau uchodził wcześniej za wielkiego chińskiego lobbystę. A Kanada z jakiegoś powodu naraziła na szwank swoje kontakty handlowe z Chinami. Podobnie zrobiły m.in.: Australia, Wielka Brytania, Japonia, Czechy - kraje które trudno podejrzewać o głupie poświęcanie swoich interesów gospodarczych. Skoro nawet Babisz i Trudeau dystansują się od Huawei, to widocznie wiedzą coś o działalności tego koncernu, co nie zostało ujawnione opinii publicznej i mają powody do tak ostrych działań. U nas też nagle odcięto się od tego Huawei (a rykoszetem dostają postacie rzucone wcześniej na odcinek "pojednania z Chinami" takie jak poseł Marek Suski). Sprawa Huawei nie jest więc jakąś straszną fanaberią naszego rządu, tylko elementem większego globalnego starcia supermocarstw. Starcia, w którym jest niewiele miejsca dla państw neutralnych. A już nie ma miejsca na neutralność w państwach frontowych takich jak Polska.



Pretekstem do jojczenia stała się też planowana w Warszawie bliskowschodnia konferencja. "To straszne! Skłócamy się z Iranem! Będzie wojna! Taka jak na filmie "300"! Przyjedzie do nas Murzyn na koniu z wianuszkiem czaszek greckich królów i zażąda ofiary z ziemi i wody! A później pojawi się Kserkses!" :))))) No cóż, na tej konferencji mało tracimy. Iran jest krajem z gospodarką głęboko pogrążoną w kryzysie i objętym sankcjami. Nie zrobimy w tych warunkach tam kokosów. Iran jest też bliskim sojusznikiem Rosji a jego relacje z nami były jak dotąd mocno ograniczone. Nie może on nam też jakoś szczególnie zaszkodzić. Zapewne się skończy na retoryce w stylu "nasze strzały zasłonią Słońce!". Na konferencję przyjadą jednak zapewne Saudowie i przedstawiciele innych bogatych monarchii znad Zatoki Perskiej. A oni mają mnóstwoooooooooo kasy, "G5 and all of the goodies, welcome to the goodie room!". Można to wykorzystać. Skoro Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, Ruscy i Chińczycy nie gardzą saudyjską kasą, to czemu my mielibyśmy słuchać się ideologów jojczących, że saudyjscy książęta wspierają ISIS? Iran też wspiera islamski terroryzm, tyle że mam mniej pieniędzy do zainwestowania. Czemu mielibyśmy więc rzucać się w ramiona biednego, sprzymierzonego z Rosją Iranu a gardzić bogatą i lawirującą pomiędzy USA a Rosją Arabią Saudyjską? Gdzie by w tym był realizm polityczny? Można by zresztą wspólnie z Saudami stworzyć jakiś projekt mający na celu wsparcie dla islamu w Niemczech. Można by to omówić z saudyjskimi książętami na wielkiej imprezie z tabunem modelek.



Ale co zrobić, gdy USA nadużywają swojej pozycji w sojuszu? A co robił Izrael, co robiła Japonia, Turcja czy Arabia Saudyjska w takiej sytuacji? Są sposoby na tego typu problemy. Budowanie osobistych relacji z decydentami, drobne przysługi, korupcja, przecieki, sztuczne gównoburze...
Niektórzy już twierdzą, że powinniśmy natychmiast zerwać sojusz z USA, bo ambasador Mośbacher zachowuje się w sposób chamski oraz irytujący. A myślicie, że co czuł premier Izraela Begin, gdy w 1982 r. USA odebrały mu zwycięstwo w Libanie? Co czuł Szamir, gdy mu Bush narzucił proces pokojowy z Madrytu? Czy Izrael był "sługusem USA", gdy potulnie ewakuował swoje osiedla ze Strefy Gazy i zostawił ją Hamasowi? Czy Wielka Brytania była "amerykańskim lokajem", gdy na żądanie Waszyngtonu wycofała się z Suezu? Czy Brytyjczycy zerwali wówczas sojusz i przeorientowali się na Moskwę? Nie.

Reakcją na głupie działania ambasadora supermocarstwa nie powinny być równie głupie fochy (a to chyba proponują nasi "realiści"). Można mu próbować przemówić do rozsądku, a jak to nie pomoże to można obsmarować go w prasie krajowej (to się już dzieje) i zagranicznej. "New York Times" czy "Washington Post" wykorzystają każdą amunicję, by dowalić obecnej administracji, można więc sprawić, że ambasador stanie się obciążeniem wizerunkowym dla Białego Domu. Może WikiLeaks byłaby zainteresowana  tajną korespondencją pani ambasador? Czy nie wyglądałoby zabawnie omawianie tych depesz u Alexa Jonesa? Dyplomatom na zagranicznych placówkach może przydarzyć się też wiele nieprzyjemnych wypadków. Mogą zostać skompromitowani seksualnie, może na nich paść cień podejrzenia o szpiegostwo dla innego państwa, mogą się zesrać podczas składania wieńca pod Pomnikiem Bohaterów Getta, mogą doznać uszkodzeń słuchu (jak amerykańscy dyplomaci z Hawany i Pekinu), czy dostać raka (jak niemal cały personel sowieckiej ambasady w Pekinie na początku lat 80-tych). Strzelanie fochów i zrywanie sojuszów to naprawdę głupia rzecz, po którą nie należy sięgać...



Skoro jednak pojawił się już temat właściwej strategii wobec USA, to jaka ona powinna być? Jedni mówią, że polska polityka powinna być piastowska (czyli zapewne naśladująca Bolesława Rogatkę), inni, że jagellońska. Ja uważam, że powinna być prometejska: przeczekać pewne rzeczy, zgadzać się na pewne kwestie, inne sprawy sabotować, zbliżyć się do Amerykanów, przyciągnąć tutaj jak najwięcej ich wojska (zanim się nie zmieni administracja na gorszą), przeniknąć do ich systemu, zinfiltrować go a w przypadku pojawienia się nieprzyjaznej administracji w Waszyngtonie, zrobić jej rozpierduchę pod fałszywą flagą w stylu WikiLeaks czy pułkownika Kuklińskiego. Bogdan Hutten-Czapski i Bolesław Piasecki reprezentowaliby dzisiaj opcję amerykańską. Oczywiście w wydaniu prometejskim.

Musimy też myśleć o świecie postamerykańskim. Ale nie popadać w iluzję, że będzie to świat, w którym prosperity będą przechodziły Europa Zachodnia, Rosja, Iran czy Wenezuela. A co jeśli np. w Chinach straci władzę partia komunistyczna? Co jeśli w Iranie upadnie mentalnie semicki reżim tłamszący rozwój tego aryjskiego kraju? Co jeśli Indie staną się supermocarstwem? Co jeśli muzułmanie uzyskają dominację nad Rosją? Czy z taką kaukaską Rosją będziemy mogli się dogadać? Czy Kadyrow czy Szojgu będą lepsi od Putina? A co jak Niemcy staną się trzecioświatowym shitholem? Czy odzyskamy wreszcie pradawne słowiańskie tereny i odgrodzimy się murem od zwierząt zza Łaby?

***

Debata geopolityczna w Polsce polega głównie na tym, że część "ekspertów" powtarza wyświechtane slogany z zeszłej dekady, czy nawet z lat 90. Inni się snobują na kontynuatorów Giedroycia, Mieroszewskiego, Mackiewiczów, Bocheńskiego, Studnickiego czy Dmowskiego i ślepą się trzymają tego, co oni pisali kiladziesiąt lat temu. Mamy też grupkę turbochrześcijan uważających, że przed 966 r. w Polsce nie było żadnej cywilizacji i że interes naszego kraju jest tożsamy z interesami Kościoła (czy też małego, apokaliptycznego zboru).



Na pierwszy rzut oka do tej ostatniej, turbochrześcijańskiej kategorii można zaliczyć Grzegorza "Szanuję anime" Brauna. Braun stworzył ostatnio coś takiego jak "Konfederacja Gietrzwałdzka". Chehelmut popełnił ostatnio znakomity wpis na temat tej inicjatywy.  Odkrył bliskie powiązania Brauna z pewnym resortowym aferzystą oraz ze środowiskami... kabalistyczno-sabatejskimi. Zażartował (?) przy tym, że frankiści chcą pewnie zbudować swoje centrum kultowe wokół Gietrzwałdu, gdzie Matka Boska Gietrzwałdzka (rudowłosa) będzie odgrywała rolę Szechiny (kobiecego aspektu J***), tak jak dla Jakuba Franka rolę tę pełnił obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.


No cóż, tam gdzie "mafie, służby, loże", tam elementem teatrzyku bywa też "Szczęść Boże!".

***

Wypowiedź Ewy Kopacz o dinozaurach przykryła chyba wszelkie afery z ostatniego tygodnia. I może również przykryć zabójstwo Adamowicza. Mi przypomniała scenę z "Idiokracji" w parku rozrywki, gdzie przebieg drugiej wojny światowej jest opisany za pomocą figurek dinozaurów :) Drugie skojarzenie - Iron Sky 2 i dinozaur Hitlera :)

sobota, 26 stycznia 2019

Adamowicz 1933


To było szokujące morderstwo. Liberalny burmistrz wielkiej metropolii, szczery demokrata, zginął na oczach tłumu zabity przez "samotnego szaleńca". Nie mam w tym przypadku na myśli zamachu na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Mówię o zamachu na burmistrza Chicago Antona Cermaka dokonanym w lutym 1933 r.



Ilustracja muzyczna: Apteka - Wiesz rozumiesz

Burmistrz Cermak był wielką gwiazdą Partii Demokratycznej i popularnym włodarzem miasta. Strzelono do niego podczas wiecu politycznego, gdy stał obok prezydenta-elekta Franklina Delano Roosevelta. Dostał kulę w płuco i zmarł po dwóch tygodniach. Rooseveltowska propaganda puściła w obieg wrzutkę mówiącą, że powiedział do FDR: "Cieszę się, że to ja przyjąłem tę kulę za ciebie". Wydaje się jednak mało prawdopodobne, by Cermak rzeczywiście coś takiego powiedział, gdyż relacje między oboma politykami były napięte.



Zamachowcem był włoski imigrant Giuseppe Zangara. Śledczy szybko przyjęli wersję, że był on jedynie niezrównoważonym, samotnym mordercą.

Po latach wyszło jednak na jaw, że Zangara tylko udawał szaleńca. Tak naprawdę pracował dla chicagowskiego gangstera Franka Nittiego. Cermak był ekstremalnie skorumpowanym politykiem, którego można by właściwie zaliczyć do grona gangsterów. Kilka miesięcy wcześniej burmistrz Chicago zorganizował nieudaną próbę zabójstwa Nittiego. Zangara w trakcie pierwszej wojny światowej walczył w armii włoskiej na froncie alpejskim i miał opinię dobrego strzelca wyborowego.

Z czymś się Wam to kojarzy?

Niezależnie od tego kto stał za zabójstwem Pawła Adamowicza, można uznać prezydenta Gdańska za kolejną ofiarę "wolnych sądów". Sędziowska nadzwyczajna kasta skazała przecież wcześniej jego zabójcę za cztery napady na banki (z bronią!) jedynie na 5,5 roku więzienia (na Węgrzech sławny rabuś-dżentelmen Whiskey Robber dostał 17 lat więzienia za serię napadów na banki, podczas których nikomu nic się nie stało). Niski wyrok dla tego niebezpiecznego bandyty sędzia uzasadnił tym, że on dobrze rokuje na poprawę...

***



Aresztowanie Rogera Stone'a to oczywiście kolejny przykład skandalicznego działania prokuratora Roberta Muellera (tego gostka, co wraz z ekipą FBI wyjechał z Londynu do Lockerbie zanim jeszcze lot Pan Am 103 eksplodował w powietrzu).W ciągu dwóch lat śledztwa Mueller nie znalazł niczego, co by wskazywało na "russian collusion" i teraz próbuje przycisnąć kolejną osobę, by zeznała cokolwiek na temat Trumpa. Wcześniej śledczy Muellera szukali m.in. nieślubnych dzieci Stone'a i dopytywali się jego sprzątaczki, czy widziała kiedykolwiek, by spiskował z Rosjanami.

***

W zeszły weekend byłem w Budapeszcie. Wielkie wrażenie zrobiło tam na mnie m.in. muzeum Terrohaza (dawna siedziba strzałokrzyżowców i stalinowskiej bezpieki, w której świetnie pokazano symbiozę między oboma ustrojami totalitarnymi). Poniżej garść wrażeń, którymi dzieliłem się na Fejsie:




"Budapeszt zadziwia swoją "imprezowością". Lokale w centrum miasta pękają w szwach. Czy miejscowi nie mają nic innego do roboty? To okazja do obserwacji antropologlogicznych. Węgierki mają charakterystyczne kości policzkowe. Ugrofińskie. Ale część z nich ma domieszkę krwi słowiańskiej."



"Najpierw toasty w Baszcie Rybackiej na Wzgórzu Zamkowym (fajny widok na Dunaj i parlament), później w okolicach rezydencji Orbana, przejazd do Pesztu, knajpa o nazwie "Getto Gulyas" (nie, nie ten klimat co u Moonmana...), spacer obok wielkiej synagogi i rzut oka na życie klubowe. Kolejki do lokali o 2 w nocy. Potężny kombinat klubowy w jednej kamienicy. A po 3 wszystko zaczyna zamierać. Puls środkowoeuropejskiego miasta..."




"W Budzie na jednym ze wzgórz znajduje się grobowiec sufickiego mistyka "Ojca Róż". Miał tam kiedyś swój ogród z różami, których sadzonki wykradł z Bułgarii. Rozciąga się stamtąd ładny widok na Peszt. W Budapeszcie można też znaleźć inne ślady Imperium Osmańskiego - tureckie łaźnie geotermalne. Architektura miasta (na czele z Parlamentem i okolicami) jest jednak głównie pomnikiem chwały CK-monarchii. Podobnie jak w Wiedniu te budynki powstały w czasie, gdy Austro-Węgry przeżywały geopolityczny schyłek. 50 lat po powstaniu większości tych budynków imperium już nie było. Gen. Bem spogląda z pomnika na Dunaj i Parlament. Za plecami ma Koszary Radeckiego, które w czasie I wojny światowej były szpitalem wojskowym a w czasie drugiej siedzibą Gestapo, w której więziono wielu Polaków. Pod tym pomnikiem zaczęła się rewolucja 1956 r. Architektura to język, w którym piszemy historię narodów."





"Na Placu Wolności pomnikowy Ronald Reagan dziarsko idzie ku pomnikowi sowieckich "oswobodzicieli", którzy w 1945 zniszczyli kawał Budapesztu. Po drugiej stronie placu pomnik ofiar niemieckiej okupacji. Archanioł na którego się rzuca niemiecki orzeł. Środowiska lewicowe i żydowskie protestują przeciwko temu pomnikowi twierdząc, że wybiela on Węgry Horthyego. Rozciągnęli przed pomnikiem drut na którym wieszają swoje pretensje i zdjęcia zabitych w holokauście. Przeciwko sowieckiemu pomnikowi kilkadziesiąt metrów dalej niestety chyba nikt nie protestuje." 

***

A już wkrótce seria "Resituta" i wkręcimy się mocniej w CK-klimaty... 

sobota, 12 stycznia 2019

Demiurg: Największa ofiara

"Izaak odezwał się do swego ojca Abrahama: «Ojcze mój!» A gdy ten rzekł: «Oto jestem, mój synu» - zapytał: «Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?» Abraham odpowiedział: «Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój». I szli obydwaj dalej" 
 Rdz 22, 7-8 

"Dla Polaków to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć, a dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym, czy nie wiem, w jaki sposób oni przeżywali tą śmierć."
  Barbara Engelking-Boni


Ilustracja muzyczna: Hans Zimmer & Junkie XL - The Red Caps Are Coming- Batman vs Superman OST





- Niezależnie od tego jak ten światowy konflikt się potoczy, jedna rzecz nie ulega już żadnej wątpliwości: Hitler już wygrał wojnę z polskimi Żydami - powiedział jeden z warszawskich rabinów podczas spotkania z oficerami polskiego podziemia w 1942 r. Prawdziwość słów tego mądrego człowieka potwierdzają statystyki dotyczące strat ludzkich w drugiej wojnie światowej. W stosunku do przedwojennej ludności Polska straciła około 17 proc. populacji (licząc łącznie z Żydami). Tuż za nami plasowało się Nauru z 14 proc. mieszkańców. Spośród republik sowieckich, największe straty poniosły: Białoruś (25,3 proc.) i Ukraina (16,3 proc.). Straty na takim poziomie można określić jako straszliwe. Ale i tak były one procentowo niższe od strat niemal wszystkich społeczności żydowskich Europy kontynentalnej. Niemcy (wraz z kolaborantami) zabili 89-94 proc. Żydów holenderskich, 84-92 proc. litewskich, 84-85 proc. czeskich, 83-92 proc. polskich, 82-96 proc. jugosłowiańskich, 81-92 proc. włoskich, 69-79 proc. węgierskich, 67-80 proc. słowackich, 29-30 proc. francuskich, 25-39 proc. sowieckich, 24-25 proc. niemieckich. Całe, liczące setki lat, społeczności żydowskie znikały z powierzchni ziemi. W języku hebrajskim ta rzeź została nazwana Szoach (שואה, "zagłada"). W jidysz mówiono na nią Kurban Eyrope ("zagłada Europy", חורבן אײראָפּע ). Niemcy przyjęli nazwę "Endlösung der Judenfrage" ("ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej"). W większości języków świata znana jest jednak jako Holokaust.  To określenie wywodzi się z języka greckiego (ὁλόκαυστος) i oznacza ofiarę całopalną. Ofiarę składaną bóstwu. Dokładnie tym słowem nazywane są w greckich przekładach Biblii ofiary całopalne składane J*** w Świątyni Jerozolimskiej i ofiary z dzieci dla Molocha ("Króla J***") sprawowane w Tofet.

Flashback: Demiurg - Tofet

 Kto więc wpadł na taki chory pomysł by zabicie milionów europejskich Żydów nazwać ofiarą całopalną złożoną dla niezidentyfikowanego bóstwa/demona?



Zagłada europejskich Żydów nazywana jest Holokaustem przez korespondentów wojennych wiosną 1945 r. Słowo to jednak nie występuje wówczas zbyt często. 22 maja 1943 r. "New York Times" w jednym z artykułów donosi o milionach europejskich Żydów "przeżywających Holokaust". "New York Times" to gazeta od zawsze reprezentująca nowojorski, lewicowo-liberalny establiszment. Przed drugą wojną światową często przedstawiała Hitlera i Stalina w pozytywnym świetle, m.in. negując Hłodomor na Ukrainie.  W 1922 r. na wczesnym etapie kariery Hitlera przekonywała, że jego antysemityzm to głównie zabieg pod publiczkę. W czasie wojny starała się zaś jak najmniej pisać, o tym co się dzieje z Żydami w Europie.  Nazwanie przez nią masowej rzezi "ofiarą całopalną" jest więc podejrzane. "New York Times" nie był jednak pierwszą gazetą, która sięgnęła po ten termin. W październiku 1941 r. pisał o "Holokauście" w Europie magazyn "The American Hebrew". Do tego periodyku jeszcze wrócimy...




W 1929 r. słowa "holokaust" użył Winston Churchill. Zrobił to w artykule poświęconym ludobójstwu Ormian. W 1923 r. ukazała się zaś broszurka o "holokauście w Smyrnie", czyli o spaleniu zamieszkałego głównie przez Greków miasta przez Turków. Za pierwszą z tych zbrodni była odpowiedzialna młodoturecka wolnomularska junta wojskowa, w której znalazło się parę osób o sabatejskich powiązaniach. Za drugą z tych rzezi jest obwiniany gen. Mustafa Kemal Ataturk, którego ojciec wywodził się sabatejskiej sekty donmeh. A skoro już jesteśmy przy takich klimatach, to może warto wspomnieć, że Adam Glauer, założyciel mocno wspierającego Hitlera (na wczesnym etapie jego kariery) okultystycznego Towarzystwa Thule, przebywał przez pewien czas jako imigrant w Turcji, zaznajomił się tam z miejscową masonerią wspierającą młodoturków, przeszedł na suficki islam oraz zmienił nazwisko na Rudolf von Sebottendorf. "Sebottendorf" da się przetłumaczyć jako... "wioska sabatejczyków".



Zanim jednak ludobójstwo dokonane na Ormianach i Grekach zaczęto nazywać "holokaustem", to słowo to zostało użyte w artykule z "The American Hebrew" z 31 października 1919 r. Artykuł miał tytuł "Ukrzyżowanie Żydów musi się skończyć!", a napisano w nim, że "6 mln Żydów" grozi śmierć głodowa i pogromy.  Jego autorem był demokratyczny gubernator Nowego Jorku Martin Glynn. Był on irlandzkim katolikiem, ale też straszliwym progressywistą. Glynn był człowiekiem płka Edwarda Mandella House'a, szarej eminencji administracji Wilsona.  Glynn jakimś cudem pisał o "ofierze całopalnej" z 6 mln Żydów na ponad 20 lat przed tym jak do tej ofiary doszło...

Słowo "holokaust" było wcześniej w anglojęzycznych publikacjach używane niezwykle rzadko. Ot w XIX w. jeden historyk określił tym mianem średniowieczną masakrę w kościele a w XVII w. użył go w jednym ze swoich wierszy parający się okultyzmem poeta John Milton.


Wzmianki o zagrożonych w różny sposób 6 mln Żydów w Europie Środkowo-Wschodniej pojawiały się natomiast w okolicach I wojny światowej bardzo często w liberalnej prasie ze Wschodniego Wybrzeża. Np. "New York Tribune" z 14 października 1915 r. podawała, że "to co Turcy robią Ormianom jest igraszką w porównaniu z tym, co Rosja robi 6 mln Żydów". "American Jewish Year Book 5672 (23 Sep 1911 - 11 Sep 1912)" podawał, że Rosja chce "wypędzić lub eksterminować 6 mln ludzi, bo nie zamierzają stać się częścią Kościoła Greckiego, ale chcą pozostać żydami". Publikacja "The Zionist Congress" z 1911 r. mówiła o "całkowitej anihilacji 6 mln ludzi". Najwcześniejsza wzmianka o 6 mln Żydów zagrożonych zagładą pojawiła się w 1900 r. Rabin Steven Wise napisał w "New York Timesie" z 11 czerwca 1900 r., że "istnieje 6000 000 żyjących, krwawiących i cierpiących argumentów za syjonizmem".

O progresywistycznym rabinie Stevenie Wise pisałem już na łamach tego bloga:


Flashback: Sabatejskie obozy Zagłady



"Jedną z najmocniej zaangażowanych osób w blokowanie inicjatyw mających pomóc europejskim Żydom w trakcie wojny był reformowany rabin Stephen Wise, współtwórca Światowego Kongresu Żydów. Blokował on nawet wysyłanie paczek żywnościowych do gett w Polsce. W ciekawym świetle jego działalność opisał rabin Marvin Antelman, autor dwutomowego dzieła "To elimininate the opiate" poświęconego sabbatajczykom-frankistom, czyli zwolennikom fałszywego mesjasza z XVII w. Sabbataja Zevi i XVIII-wiecznego kontynuatora jego dzieła Jakuba Franka. Antelman wskazywał w swoich dziełach na sabbatajskie źródła judaizmu reformowanego czyli judaistycznego modernizmu. Dotarł też do relacji mówiących, że reformowany rabin Wise, był utajonym członkiem Komunistycznej Partii USA. Sekretarka Wise'a Helen Rawlinson opisała w swoich wspomnieniach "Stranger at the Party" swój romans z tym żydowskim przywódcą. Jest w tej książce scena, w której reformowany rabin Wise uprawia z nią seks na stole konferencyjnym w swoim biurze i w trakcie stosunku cytuje te fragmenty psalmów, które sabbatejczycy w XVII w. cytowali w trakcie swoich ceremonii opartych na magii seksualnej. Ta kobieta nie mogła czegoś takiego zmyślić - musiałaby posiadać ogromną wiedzę na temat tej niszowej żydowskiej herezji, by podać właściwe fragmenty psalmów podczas ceremonii."

Amerykańscy progressywiści należący do sekty sabbatejskiej już na cztery dekady przed Holokaustem mówili więc, że 6 mln Żydów z Europy Środkowo-Wschodniej grozi "całkowita anihilacja". Czy coś jednak robili, by tych Żydów ocalić? Jak pisałem na tym blogu:



"Najważniejszą i najbardziej przemilczaną książką o Holokauście jest "The Scared and the Doomed: Th Jewish Establishment vs the Six Million" N.J. Nurembergera. Jej autor był prawicowym syjonistą, założycielem Canadian Jewish News i zarazem uczestnikiem prób ratowania europejskich Żydów w trakcie drugiej wojny światowej. Nuremberger oskarża przywódców społeczności żydowskiej w USA (głównie przedstawicieli liberalnego, progressywistycznego nurtu społecznego) oraz lewicowych syjonistów z Mandatu Palestyńskiego nie tylko o obojętność wobec Zagłady, ale również o sabotowanie prób ratowania Żydów dokonywanych przez prawicowych syjonistów spod znaku Żabotyńskiego oraz przez religijne organizacje żydowskie. Opisuje on m.in. jak z inicjatywy prominentnych przedstawicieli liberalnego establiszmentu ze Wschodniego Wybrzeża blokowano w amerykańskiej prasie ogłoszenia społeczne informujące Amerykanów o trwającym w Europie Holokauście, jak działacze Amerykańskiego Kongresu Żydów i Światowego Kongresu Żydów urządzali pikiety przed amerykańskimi siedzibami ortodoksyjnej organizacji Agudat oskarżając ją o to, że "pomaga Hitlerowi wysyłając jedzenie Żydom do gett w Polsce" (!), i prowadzili kampanię przeciwko "nielegalnej żydowskiej imigracji do Palestyny". Gdy przedstawiciele prawicowego ruchu Irgun próbowali lobbować w administracji Roosevelta za akcjami mającymi utrudnić Niemcom wymordowanie europejskich Żydów, przedstawiciele liberalnych organizacji żydowskich publicznie ich szkalowali jako "współpracowników Hiltera". Organizacja charytatywna Joint sabotowała wysiłki szwajcarskiego komitetu religijnych Żydów próbującego pomagać głodującej ludności w gettach. Doskonale przy tym sobie zdawano sprawę z tego, że Żydzi są mordowani na masową skalę. Dr. Nahum Goldmann, współtwórca Światowego Kongresu Żydów, na wewnętrznych naradach przyznawał, że prawdopodobnie wszyscy Żydzi w Europie, poza ZSRR i Wielką Brytanią zostaną zabici. Chaim Weizmann, brytyjski agent wpływu i późniejszy pierwszy prezydent Izraela, był oklaskiwany, gdy podczas konferencji w Szwajcarii na początku wojny mówił, że tylko 1-2 mln młodych żydowskich idealistów z Europy przetrwa a reszta Żydów "zniknie jak kurz"."




Przeprowadzenie tego zniknięcia bardzo ułatwiła Niemcom lojalna współpraca policji żydowskiej w gettach i judenratów. Sprawili oni, że Niemcy nie musieli marnować sił na uganianie się za żydowskimi dziećmi ukrywającymi się w różnych dziurach, na strychach i w piwnicach. Policjanci z gett sami wyłapywali swoich rodaków i dostarczali ich Niemcom, wykazując się przy tym szokującą brutalnością. Policja żydowska i judenraty składały się z głównie z przedstawicieli inteligencji. Z relacji żydowskich wiadomo, że część osób wchodzących w skład tych instytucji początkowo się cieszyła, że stają na czele "żydowskiej autonomii". Niektórzy z nich stawali się prawdziwymi dyktatorami. Przykładem na to jest Chaim Mordechai Rumkowski, "fuehrer" getta łódzkiego, przedwojenny przemysłowiec, filantrop i członek zarządu łódzkiej gminy żydowskiej. Emanuel Ringelblum pisał o Rumkowskim: "człowiek o niezwykłych ambicjach i trochę stuknięty. Opowiadał cuda o łódzkim getcie. Jest tam państwo żydowskie z 400 policjantami, z trzema więzieniami (...) Uważa się za pomazańca bożego". Rumkowski otaczał się haremem ładnych dziewcząt, ale też był pedofilem i wykorzystywał seksualnie biedne dzieci z getta. Przed wojną ufundował internat dla żydowskich dzieci.



Oczywiście głównymi sprawcami Szoach byli Niemcy i ich Wódz Adolf Hitler. Niemiecki Fuehrer został jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności poczęty w dzień Tisha B'Av - w ortodoksyjnym judaiźmie dzień najgłębszej żałoby, poświęcony opłakiwaniu upadku Pierwszej i Drugiej Świątyni. (Dla sabatejczyków był to dzień, w którym urządzali orgie.) W W Tisha b'Av w 1941 r. Himmler dostał zgodę na przeprowadzenie "Ostatecznego Rozwiązania" a w ten dzień w 1942 r. dokonano wielkiej deportacji Żydów z Getta Warszawskiego. Oczywiście Hitler nie miałby żadnych szans przeprowadzenia ludobójstwa, gdyby jego karierze nie towarzyszyła seria dziwnych zbiegów okoliczności. Gdyby nie było ludzi, którzy go wspierali i finansowali, którzy pomagali się zbroić Niemcom i ZSRR i zadbali o to, by niemieckie zagrożenie nie zostało zduszone w zarodku. Ci ludzie zadbali o to, by nie wykorzystać szansy pokonania Niemiec w 1939 r., w 1940 r. i wcześniej. Pisałem o tym wszystkim w seriach: Wrześniowa Mgła, Steamroller, Dies Irae i Pontifex.
 





Flashback: Dies Irae - Hitler od NEETa do mandżurskiego kandydata


Flashback: Dies Irae - Baruch

Flashback: Dies Irae - Ambasador Bullitt



Intrygująco przedstawia się w tym kontekście zachowanie administracji Roosevelta. Przed 1941 r. robiła ona wszystko, by zamknąć europejskim Żydom możliwość imigracji do USA. Gdy Jan Karski mówił Franklinowi Delano Rooseveltowi o Holokauście, prezydent zbywał go pytaniami w stylu: "czy w Polsce jest dużo furmanek?". (Świetnie to zostało symbolicznie pokazane w IPN-owskiej animacji "Niezwyciężeni", od 2:17). W lutym 1945 r. przed spotkaniem z królem Arabii Saudyjskiej, Roosevelt zażartował: "Co mu damy w zamian za arabską ropę? Może 6 mln europejskich Żydów?". W domyśle martwych Żydów.



Ludobójstwo dokonane na Żydach nazwali "holokaustem" czyli "ofiarą całopalną" dobrze wykształceni ludzie z elit, od których powinno się wymagać precyzyjnego posługiwania się uczonymi, obcojęzycznymi terminami. I oni tym terminem precyzyjnie się posłużyli. Ludobójstwo Żydów zostało nazwane "ofiarą całopalną", bo ofiarą całopalną być miało. Od początku było planowane jako ofiara dla bóstwa/demona. W starożytności palono w Jerozolimie dzieci w Tofet, by zyskać przychylność Molocha. Jefte złożył swoją jedyną córkę w ofierze dla J*** w podzięce za wygraną wojnę. Ofiary z ludzi spotykane były w wielu starożytnych religiach. Sięgają po nie również współcześni sataniści. A teraz pomyślmy: skoro ofiara z jednego człowieka ma zapewnić wdzięczność bóstwa/demona, to jakiej nagrody należało się spodziewać za złożenie w ofierze całopalnej 6 mln ludzi? Czy realizacja programu sabatejczyków po 1945 r. przyspieszyła czy też zwolniła? Czy udało im się wprowadzić zmiany społeczne, które chcieli? Czy ludzkość zrobiła "postępy" w poszukiwaniu iskier bożych w odmętach zła? Czy zachowania, które kiedyś były wstydliwym tabu są teraz promowane?

Dla żydowskich środowisk ortodoksyjnych ludobójstwo dokonane na Żydach nie było oczywiście ofiarą. Część z nich uważa je jednak za sprawiedliwą karę za grzechy, którą na naród zesłał J***. Grzechami tymi było odchodzenie od Talmudu i Tory, asymiliacja oraz mieszane małżeństwa z gojami. Ovadia Yosef, naczelny sefardyjski rabin Izraela w latach 1973-1983, twierdził, że Żydzi zabici w trakcie Szoach to zreinkarnowani grzesznicy, którzy odebrali słuszną zapłatę za to, co robili w poprzednich wcieleniach. John Hagee, judaizujący amerykański pastor (anal)baptystyczny twierdził natomiast, że Bóg zesłał Hitlera na Ziemię, po to by ukarał Żydów za to, że odrzucili syjonizm i nie chcieli zgodnie z biblijnymi proroctwami wracać do Izraela. Co ciekawe Hagee pisał, że Hitler był... żydowskim mieszańcem, nie podając na to żadnych dowodów.



Niewątpliwie powstanie państwa Izrael było jednym ze skutków Holokaustu. Establiszment nowego kraju był, według rabina Antelmana oraz izraelskiego konspirologa Barry'ego Chamisha, zinfiltorwany przez sabatejczyków. Dość wspomnieć o pierwszym prezydencie Chaimie Weizmannie. Podczas wojny z lat 1948-1949 kraj było zmuszonych opuścić setki tysięcy jego dotychczasowych mieszkańców (wybaczcie mi ten eufemizm, ale dobrze znacie tę historię). W obozach dla uchodźców stali się oni nowym narodem - Palestyńczykami, ziejącymi pragnieniem zemsty na Izraelczyków. Państwo Izrael miało już nie zaznać pokoju. Według prof. Shlomo Sanda sporą część z tych Palestyńczyków stanowili... Żydzi. Ludność żydowska zamieszkiwała Eretz Israel nieprzerwanie od czasów starożytnych, a Rzymianie generalnie zostawili większą jej część w spokoju, podobnie jak Bizantyńczycy i Persowie. Po podboju muzułmańskim, wielu miejscowych judaistów przeszło na islam z przyczyn podatkowych zachowując wiele żydowskich zwyczajów (np. noszenie szali modlitewnych). To właśnie potomków tych Żydów wypędzano z ich własnych wiosek w 1948 r. i to oni stali się później terrorystami z OWP, Czarnego Września czy Hamasu...



Powstanie Izraela sprowokowało arabski odwet w postaci wypędzenia setek tysięcy Żydów sefardyjskich mieszkających od setek lat na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Żydzi ci, zachowujący unikalną kulturę, byli traktowani aż do lat 70. w rządzonym przez lewicę Izraelu jak obywatele drugiej kategorii. Setki sefardyjskich (jemenickich) dzieci zaginęło w państwowych szpitalach. Rodzicom mówiono, że zmarły a później okazywało się, że ich groby były puste. Parlamentarna komisja w latach 90-tych orzekła, że w przynajmniej w przypadku 69 dzieci istnieje 100 procentowa pewność ich zaginięcia. Po prostu rozpłynęły się pod opieką państwa. (Tutaj macie mocny artykuł na ten temat z izraelskiej prasy.) Pojawiły się przecieki, że te dzieci były sprzedawane do USA. Komu sprzedawane i do jakich celów, tego nie wyjaśniono. Stały się "pizzą" czy pożarł je Moloch?

 Jeśli Holokaust był zaplanowany jako "ofiara całopalna" dla jakiegoś bóstwa/demona, to czy jednak w oczach tej istoty nadprzyrodzonej był on ofiarą wystarczającą? Z cytatów, które przytoczyłem wynika, że 6 mln Żydów było docelową liczbą, jaką miano "poddać całopaleniu". (Na conajmniej 2-3 mln sowieckich jeńców, 2 mln Polaków, 300 tys. - 500 tys. Serbów, 90 tys. - 220 tys. Romów, 150 tys. niepełnosprawnych, 1,4 tys. - 2,5 tys. Świadków Jehowy, tysiące więźniów politycznych z różnych narodów oraz homoseksualistów, którzy w jakiś sposób podpadli policji nie zwracano jak widać już takiej uwagi...) Czy jednak docelową liczbę 6 mln udało się osiągnąć? "The Columbia Guide to the Holocaust", publikacja z 2000 r., podaje jako najniższe szacunki liczby żydowskich ofiar 4,897 mln, jako najwyższe 5,895 mln. Z badań Petera Heyesa z 2015 r. wynika, że mogła ona sięgnąć 5,897 mln. Liczba 6 mln nie została więc przekroczona. Czy oznacza to, że dodatkowe 110 tys. - 1,1 mln Żydów ma stać się uzupełniającą "ofiarą całopalną" przyspieszającą sabatejskie czasy mesjańskie? Mająca 20 kt bomba atomowa zrzucona na Tel Aviv zabiłaby 122 tys. osób (według tej symulacji), 150 kt 285 tys., 800 kt rosyjski Topol-M 530 tys., 5 Mt chiński Dong Feng-5 1,02 mln... Czyżby dlatego różne służby z obu stron Żelaznej Kurtyny tak mocno się napracowały, by w 1979 r. obalić szacha Iranu a na jego miejsce wstawić Chomeiniego? Czy dlatego administracja Obamy była tak pobłażliwa wobec irańskiego programu nuklearnego? Czy założono, że Iran jednak zdobędzie bombę i ją kiedyś zrzuci?



Według różnych wyliczeń okupację na ziemiach polskich przeżyło w ukryciu od 40 tys. do 120 tys. Żydów. Ukrywani byli z narażaniem życia przez swoich polskich sąsiadów i Polskie Państwo Podziemne.   Możliwe więc, że tych 120 tys. polskich Żydów zabrakło do liczby 6 mln, która miała zginąć w ofierze całopalnej. Czy to dlatego sabatejczycy tak na nie lubią? Czy to przez nas muszą się znów napracować, by złożyć ofiarę uzupełniającą?

 ***

To już ostatni odcinek serii Demiurg. Niektórym się nie podobała ze względów religijnych, ale widzę też, że na wielu ludziach zrobiła wstrząsające wrażenie. Prawdopodobnie nie napisałbym jej gdyby nie zeszłoroczny spór o Holokaust. Benjamin Netanjahu, Yair Lapid i paru innych ludzi dostarczyło mi inspiracji :)
Na razie zrobię sobie przerwę od serii historycznych, bo to bardzo pracochłonne, ale myślę o cyklu dotyczącym pierwszej wojny światowej i okolic (w klimatach Archanioła). A w przyszłości będzie seria pt. "Shamballah".