sobota, 12 października 2019

Matrioszka: Inteligent w armii

"W czasie Zimnej Wojny CIA była lojalna wobec KGB a KGB wobec CIA"
                                     Płk Philip J. Corso



Generał Iwan Sierow, zastępca szefa NKWD/MWD w latach 1941-1947, pierwszy szef KGB w latach 1954-1958 i szef GRU w latach 1958-1963, jest znany Polakom głównie jako człowiek, który aresztował 16 przywódców Polski Podziemnej i brał udział w tłumieniu Powstania Węgierskiego w 1956 r. Panuje więc opinia, że nienawidził on Polaków i Węgrów. Z lektury jego wspomnień ("Tajemnice walizki generała Sierowa") można się jednak przekonać, że prawdziwą niechęcią darzył on Ormian. I przedstawicieli innych narodów Kaukazu.


Ilustracja muzyczna: Serj Tankian feat Petros Tomavsyan & ks. Isakowicz-Zaleskian - Empty Walls - Symphonical Version

Nienawidził ich przede wszystkim dlatego, że czuł że cały czas przeciwko niemu - etnicznemu Rosjaninowi - knują. W swoich wspomnieniach często skarży się na funkcjonowanie wewnątrz sowieckich tajnych służb gruzińskich i ormiańskich klanów, które stawiały interesy ZSRR na ostatnim miejscu a na pierwszym lojalność wobec swoich grup etnicznych. Szczególnie mocno to widać w opisach dotyczących obrony Kaukazu w 1942 r.



Sierow został wówczas wysłany na przełęcze. Ryzykował życie w starciach z niemieckimi zwiadowcami, brodził po kolana w śniegu, mieszkał w lichym namiocie a odżywiał się konserwami i sucharami zrzucanymi od czasu do czasu z samolotów. Beria wysłał go tam na śmierć. Obrona przełęczy była przygotowana fatalnie. Jeden batalion bronił frontu o długości 70 km a tam gdzie drogę Niemcom powinien blokować co najmniej pułk, tam stała kompania świeżych rekrutów bez przeszkolenia. Żołnierze z ormiańskich dywizji bez większego skrępowania przechodzili na stronę Niemców a dowódcy wojsk NKWD chcieli oddać Niemcom Władykaukaz. Niemcy bez problemu zdobyli kaukaskie przełęcze. Nie poszli jednak dalej, bo zmarnowali siły do natarcie na Stalingrad, osłabiając natarcie na południe. Poza tym Niemcom przydarzyło się dokładnie to, co w Ardenach - zabrakło im paliwa tuż przed polami naftowymi, które chcieli zdobyć.







Jak pisałem już na tym blogu, w serii Prometeusz: "Druga szansa na zniszczenie ZSRR pojawiła się w 1942 r. Marszałek Bagramian doprowadził do zagłady dwóch frontów pod Charkowem. Niemieckie wojska ruszyły na Kaukaz, by zdobyć azerskie złoża ropy w Baku. Spanikowany marszałek Budionny przekonywał: „Zostawmy w cholerę te mandarynkowe sady Abchazji! Po co nam ich bronić?”. W tym czasie Beria poprzez swoje gruzińskie siatki w Berlinie i Paryżu prowadził ożywioną wymianę z Niemcami. Obiecywał, że w zamian za niepodległość Gruzji podda Rzeszy cały Kaukaz. Jednocześnie wziął się za własne porządki. W Gruzji wypuszczono na wolność więźniów politycznych, powstały rady narodowe a na ulicach Tbilisi słychać było, że ze strony Niemców nie należy się niczego obawiać, bo Hitler chce zjednoczyć cały Kaukaz. Utworzono kaukaskie narodowe jednostki wojskowe w Armii Czerwonej, w których rugowano język rosyjski. Gdy dowódca 46. Armii gen. Sergackow chciał przesunąć dywizje strzelców górskich z nad południowej granicy na kaukaskie przełęcze, został spoliczkowany przez Berię, który powiedział mu: – Chcesz wydać Batumi Turkom?! Sergackow został wkrótce potem zastąpiony znajomym Berii gen. Leslidze. Przełęcze obsadziły gruzińskie jednostki, które we wrześniu 1942 r. oddały je bez walki Niemcom. Przygotowywano w Tbilisi rząd kolaboracyjny z prof. Konstantinem Gamsachurdią na czele. W sierpniu wybuchło w Czeczenii powstanie, za którym oficjalnie stała Narodowo-Socjalistyczna Partia Braci Kaukaskich. Sultan Albogaczew, szef czeczeńsko-inguskiej NKWD pisał wówczas do dowódcy powstania Tierłojewa, że rozpoczął walkę zbyt wcześnie i radzil mu się dobrze ukryć. Pisał, że dla niepoznaki każe spalić jego dom i aresztować rodzinę. Spora część czeczeńsko-inguskiego NKWD, w tym kierownik wydziału ds. walki z „bandytyzmem” przeszła na stronę powstańców."



Sierow był mocno zszokowany, gdy zszedł z gór i udał się do sztabu w Suchumi. Miasto pięknie rozświetlone, życie tam w miarę dostatnie i spokojne, niemal nie widać śladu wojny. W ogrodzie jednego z pałacyków, pod palmami siedzi Beria otoczony dowódcami odpowiedzialnymi za obronę Kaukazu. Ucztują i dobrze się bawią. Generał Tielegin, współodpowiedzialny za wielką klęskę wojsk sowieckich nad Donem (po której doszły one na Kaukaz), całuje Berię po rękach. Scena jak z "Ojca chrzestnego". Tielegin był akurat jednym z generałów wywodzących się z NKWD i prawdopodobnie wpuścił Niemców na Kaukaz na polecenie Berii. Po tym jak rozpocznie się odwrót Niemców z Kaukazu "nieudolnie" będzie próbował odciąć im drogę inny generał wywodzący się z NKWD - Iwan Maslennikow. Pozwoli im on skonsolidować przyczółek na Kubaniu a potem spokojnie się z niego wycofać. Maslennikow w 1954 r., gdy będą trwały czystki wymierzone w agentów Berii, popełni samobójstwo.

Sierowowi wbiła się też mocno w pamięć narada, do której doszło w 1943 r., już w trakcie operacji pościgu za niemieckimi wojskami na Kaukazie. Obok Berii, za biurkiem, stał wówczas młody pułkownik z rudymi, sumiastymi wąsami. Generał Andriej Grieczko (etniczny Ukrainiec, późniejszy dowódca wojsk Układu Warszawskiego i minister obrony ZSRR w latach 1967-1976, użył podczas tej narady sformułowania: "Jak Bóg da"), spytał się wówczas Sierowa kim jest ten oficer. Sierow dopytał się Sarkisowa i otrzymał odpowiedź: pułkownik Siergiej Sztiemienko.



Sztiemienko był Kozakiem z okolic Wołgogradu. (A Kozacy jak wiadomo byli jednym z narodów najmocniej represjonowanych przez bolszewików. ) W czasie I wojny światowej, z nieznanych przyczyn jego matka zukrainizowała jego nazwisko "Sztemienkow" na "Sztiemienko". W Armii Czerwonej służył od 1926 r. Początkowo jego kariera przebiegała w wojskach technicznych a później w sztabach (także podczas wojny przeciwko Polsce i Finlandii). Został w 1942 r. przydzielony do sztabu obrony Kaukazu a Beria bardzo go polubił, dostrzegł jego wielką inteligencję i promował jego karierę. W maju 1943 r. Sztiemienko był już naczelnikiem Wydziału Operacyjnego Sztabu Generalnego. Wiktor Suworow rozpisuje się o jego ówczesnej pracy w samych superlatywach. Sztiemienko był "inteligentem w armii" i chyba jako jedyny ogarniał totalny burdel panujący w sowieckich siłach zbrojnych. Znał nazwisko dowódcy każdej dużej jednostki, wiedział gdzie ona stacjonuje i jakie ma stany. Wszystko to potrafił powiedzieć z pamięci. Gdy w listopadzie 1943 r. Stalin udawał się na konferencję w Teheranie, wziął ze sobą Sztiemienkę, by być na bieżąco z sytuacją na frontach i mieć wsparcie merytoryczne. To Sztiemienko planował i koordynował wszystkie zwycięskie (i przegrane) sowieckie ofensywy z lat 1943-1945. Po jego przejściu do Sztabu Generalnego, panujące tam standardy planowania operacji gwałtownie się polepszyły. Największym sukcesem Sztiemienki była operacja Bagration - rozbicie wojsk Grupy Armii Środek na Białorusi latem 1944 r., które otworzyło gigantyczną wyrwę w niemieckim froncie prowadzącą aż do Warszawy.




Pamiętajmy jednak, że Sztiemienko odpowiadał też za plany obrony Krymu i Kaukazu w 1942 r. - czyli za gigantyczne sowieckie klęski. Jak to się stało, że w 1942 r. efektem jego pracy były olbrzymie wojskowe katastrofy a w latach 1943-1945 wielkie zwycięstwa. Czy tak szybko nauczył się walczyć? Czy też może klęski z 1942 r. były na polecenie Berii, który chciał wyzwolenia Kaukazu przez Niemców? To był ostatni moment na rozstrzygnięcie wojny na Wschodzie. Niemcy go jednak nie wykorzystali a po ich klęskach pod Stalingradem, w Tunezji, na niebie nad Rzeszą i przede wszystkim w bitwie o Atlantyk - było już jasnym, że Niemcy tę wojnę sromotnie przegrają i że głupotą jest dogadywanie się z nimi. Trzeba wdrożyć inny scenariusz - przygotować się na sowieckie zwycięstwo i wypromować odpowiednich ludzi, którzy po tym zwycięstwie znajdą się na szczytach władzy w ZSRR. Jednym z takich ludzi przez Berię - cały czas dążącego do zniszczenia ZSRR od środka - był właśnie Sztiemienko.


W 1946 r. Sztiemienko został zastępcą szefa Sztabu Generalnego a w 1948 r. Szefem Sztabu Generalnego i wiceministrem obrony ZSRR. W 1952 r. został on jednak nagle przesunięty na stanowisko dowódcy wojsk okupacyjnych w NRD. Zaszkodziła mu zbytnia bliskość z Berią. Stalin planował uczynić go jedną z ofiar czystki związanej ze sprawą lekarzy kremlowskich. Po tym jak Beria zabił Stalina, Sztiemienko znów wrócił do łask, ale w czerwcu 1953 r., po upadku Berii został zdegradowany i przeniesiony ze Sztabu Generalnego na dowódcę Wschodniosyberyjskiego Okręgu Wojskowego, co uznawano za służbowe zesłanie.

Flashback: Prometeusz - Kiedy znowu będzie wojna

Flashback: Prometeusz - Purim 1953

Flashback: Prometeusz - Pederasta zdycha, musimy działać szybko...

Flashback: Prometeusz - 113 dni Berii

Flashback: Prometeusz - Ostatni bój

Sierow odgrywa w obaleniu Berii rolę jedynie pomocniczą. Bierze udział w rozbrojeniu jego ochroniarzy a informacje o tym, co spotkało "Prometeusza" zna jedynie z drugiej ręki. Jest jednak jednym z głównych beneficjentów upadku Berii. W jego ręce dostaje się Resort i to on przeprowadza krwawe czystki wśród ludzi swojego dawnego szefa. Sztiemienko musiał wówczas mieć wiele nieprzespanych nocy. Często pewnie myślał, że grozi mu aresztowanie... A był osobą pamiętliwą a przy tym cierpliwą i spokojnie planującą zemstę.

Z zesłania ściąga Sztiemienkę do Moskwy marszałek Żukow, minister obrony ZSRR. Ma on napoleońskie plany przejęcia władzy w państwie i przeprowadzenia nuklearnego "marszu wyzwoleńczego" w Europie. Potrzebuje jednak kogoś inteligentnego, kto mógłby go w tych planach wspierać. Naturalnym wyborem jest Sztiemienko. W sierpniu 1956 r. nasz "inteligent w armii" zostaje więc szefem GRU, sowieckiego wywiadu wojskowego. Zastępuje tam skrajnie nieudolnego Michaiła Szalina, który z powodu choroby jest w pracy tylko dwa-trzy dni w tygodniu.



Żukow jest powszechnie uznawany za człowieka, który aresztował Berię. To bzdura - sam Żukow zaprzeczał temu w rozmowie z Sergo Berią. A Ławrientij Beria nie został w czerwcu 1953 r. aresztowany - tylko zabity w swoim domu w Moskwie, podczas strzelaniny z komandem, które chciało go aresztować. Żukow miał wcześniej proponować Berii zamach stanu przeciwko Chruszczowowi.



I kwestia zamachu stanu ponownie pojawia się w październiku 1957 r. Żukow, podczas wizyty w Jugosławii, zostaje pozbawiony stanowiska ministra obrony i kończy swoją karierę. Główny partyjny ideolog Michaił Susłow, tłumaczy na KC, że towarzysze Żukow i Sztiemienko bez zgody Partii chcieli utworzyć szkołę dla dywersantów liczącą 2 tys. słuchaczy. Dywersanci ci mieli mieć swoje obozy wokół Moskwy...w pobliżu dacz kierownictwa partyjno-państwowego. Czyli obawiano się, że aresztują lub zabiją to kierownictwo. Według Susłowa, sprawa wyszła na jaw, bo towarzysz Chadżi-Umar Mamsurow, zastępca szefa GRU, "jako dobry komunista" powiadomił partię o wszystkim.

Mamsurowa - Osetyńca - sprowadził z powrotem do GRU akurat Sztiemienko. Według Suworowa, był to jeden z warunków przyjęcia przez niego stanowiska szefa GRU. Rola Sztiemienki w obaleniu Żukowa jest mocno niejasna. Suworow opisuje, jak Chruszczow go nachodził w gabinecie lekarskim  wymusił na nim przyznanie się do antypartyjnego spisku. A jeżeli sprawa szkoły dywersantów była celowym przeciekiem mającym na celu pokrzyżować wojenne plany Żukowa? A co jeśli Sztiemienko uznał, że nie należy dopuścić, by ten sadysta i szaleniec doprowadził do wybuchu wojny nuklearnej? W każdym bądź razie Sztiemienko zapłacił za to kolejną degradacją i ponownym odsunięciem na boczny tor kariery na kilka lat. Zostawił jednak w GRU wiernych sobie ludzi. Zwłaszcza, że jego następcą uczyniono Szalina, który kompletnie nie kontrolował sytuacji.



W grudniu 1958 r. szefem GRU zostaje Sierow. Jego ocena zastanej sytuacji jest surowa - służba leży i kwiczy. Nie ma żadnych sukcesów a tacy ludzie jak Mamsurow uczą agentów anachronicznych metod z 1937 r. Po miesiącu pracy Sierowowi udaje się zdemaskować płka Piotra Popowa, funkcjonariusza GRU od 1954 r. pracującego dla CIA. Popow za symboliczne wynagrodzenie (na początku poprosił o 100 dolarów na aborcję dla kochanki!) przekazuje Amerykanom tajemnice GRU i sowieckiej armii. Sierow już jako szef KGB podejrzewał istnienie takiego kreta, gdyż od swoich szpiegów z USA dostał tekst referatu Żukowa wygłoszonego w wąskim gronie najwyższych dowódców armii sowieckiej. Informował o sprawie kierownictwo GRU, ale Szalin i Sztiemienko nic w tej sprawie nie zrobili.



Przez następne cztery lata Sierow przekształca GRU w groźną i profesjonalną służbę, która odnosi wiele sukcesów. Cały czas działa jednak przeciwko niemu machina, którą odziedziczył. I w końcu machina ta doprowadza do spektakularnej afery...


***

A o tej aferze i jej zadziwiających kulisach w kolejnym odcinku serii "Matrioszka".

***

Ostatni tydzień przyniósł ogromny wysyp jojczenia, że "Polacy są w takim samym położeniu jak Kurdowie" i że "USA nas zdradzą tak jak Kurdów". Oczywiście gadanie o tym, że jesteśmy "jak Kurdowie" świadczy głównie o głupocie ludzi wygłaszających takie kretyńskie komentarze. W odróżnieniu od nas Kurdowie nie mają przecież własnego państwa, ich terytorium etniczne jest podzielone pomiędzy kilka krajów a ich quasi-państewko w Rojawie jest czymś podobnym do Siczy Karpackiej z 1939 r. Kierująca nim organizacja jest ściśle powiązana z radykalnie lewicową ( o korzeniach stalinowskich) grupą terrorystyczną PKK. Tak jak Polska i Węgry miały w 1939 r. uzasadnione obawy co do Siczy Karpackiej i jej OUN-owskich władz, tak żaden turecki rząd nie tolerowałby obecności u swoich granic podobnego tworu PKK. Turcja jest bądź co bądź naszym sojusznikiem - sojusznikiem USA - z NATO. Wsparcie amerykańskich tajnych służb i Pentagonu dla Rojawy było stałym elementem zadrażniania relacji z Turcją i wpychania jej w objęcia Rosji i Chin.
A to groziło rozpadem NATO i utratą kontroli nad cieśninami czarnomorskimi.

Owszem kurdyjska milicja YPG bardzo pomogła w zniszczeniu Państwa Islamskiego w Syrii, ale Państwo Islamskie nie było dla USA ani dla Polski zagrożeniem strategicznym. Było problemem dla państw Bliskiego Wschodu, Europy Zachodniej oraz Rosji. Dla nas nie. To, że Amerykanie pomogli Kurdom w walce z ISIS - dostarczając im hojnie broni, amunicji, wsparcia sił specjalnych i ogromnego wsparcia lotniczego - to i tak było bardzo dużo i świadczyło o dobrej woli Amerykanów. USA nie mogą jednak wiecznie walczyć na skrawku pustyni w obronie kurdyjskiej niepodległości. Przypominam, że mowa tutaj nie o państwie mającym układy sojusznicze z USA - tylko o quasi-państewku, kierowanym przez organizację mającą na koncie liczne zamachy terrorystyczne. Robienie analogii z sojuszem pomiędzy Polską a USA jest więc skrajną głupotą. (Zwłaszcza, że autorzy takich komentarzy jednocześnie mówią, że "USA porzucą nas wrogom tak jak Kurdów" i jednocześnie przekonują, że "Rosja nie stanowi dla nas żadnego zagrożenia". Skoro więc Rosja nie jest zagrożeniem, to kto na nas napadnie: Czechy? Litwa? Szwecja?)

Trump ogłaszał decyzję o wycofaniu wojsk USA z Syrii już w grudniu 2018 r. Wówczas została ona zasabotowana przez cały aparat Głębokiego Państwa i lobby izraelsko-saudyjskie. Teraz mamy do czynienia z podobnym mechanizmem. Więc nie jojczcie też, że "Kurdów porzucają".

Same w sobie wycofanie się USA z Syrii miałoby dużo sensu. To krok w dobrym kierunku - wycofania USA z bliskowschodniego pierdzielnika i przekierowania ich zasobów w dużo ważniejsze regiony: Azji Wschodniej i Europy Środkowo-Wschodniej. Ani Państwo Islamskie, ani Syria, ani Iran nie są żadnymi strategicznymi wyzwaniami dla USA. Takimi wyzwaniami są: Chiny, Rosja i Niemcy. To zaś sprawia, że USA nie mają interesu w wycofywaniu się z Europy Srodkowo-Wschodniej - pasa lądu, uniemożliwiającego powstanie zwartego bloku od Paryża po Pekin.
Czy kiedyś ten interes jednak stracą? Nic nie jest w polityce pewne. Może za 20 lat nie będzie USA? Teraz jednak powinniśmy wykorzystać geopolityczne okienko i cieszyć  się z tego, że Trump nie chce się angażować w bliskowschodnim pierdzielniku. Niech martwi się Izrael i Arabia Saudyjska.

***

Po przyznaniu literackiego Nobla (to takie 500+ dla lewackich pisarzy, których mało kto czyta) Oldze Tokarczuk, pomyślałem o napisaniu prequelu do "Ksiąg Jakubowych". Będzie on opisywał czasy przed nadejściem Jakuba Franka i nosił tytuł: "Jaja Sabbataja". :)

sobota, 5 października 2019

Powrót Hillary i ukraińska afera Bidena



Bernie Sanders - rocznik 1941 - przeszedł zawał serca.  Kampanii jeszcze nie zakończył, ale jest ona już de facto martwa. Nigdy w historii USA nie wybrano przecież na prezydenta kogoś, kto dostał w trakcie kampanii zawału. Hillary na wieść o tym, że Bernie trafił do szpitala, zareagowała w podobny sposób jak po zabójstwie Kaddafiego. Niedawno stwierdziła też, że nie popiera żadnego z kandydatów demokratów.  Od paru miesięcy chodzą plotki, że wystartuje ona w wyborach - najpewniej jako kandydatka na wiceprezydenta, u boku jakiegoś figuranta. Jeśli to prawda, to dowiemy się o tym pewnie dopiero w sierpniu, na konwencji demokratów. Niektórzy, np. Steve Bannon sugerują jednak, że Hillary będzie startowała na prezydenta. Afera wokół impeachmentu Trumpa na pewno jej sprzyja.  A na Amazonie można już kupić koszulki "Hillary 2020". 



Rozpoczęcie śledztwa ws. impeachmentu prezydenta, na pierwszy rzut oka to najgłupsza rzecz, którą demokraci mogli zrobić w tej kampanii wyborczej. Sama procedura impeachmentu może się ciągnąć miesiącami - nie zdążą z nią do wyborów - a do odwołania Trumpa potrzebne będzie dwie trzecie głosów w Senacie, czyli poparcie sporej części republikanów. Sukces nie jest więc gwarantowany. Co więcej impeachment mobilizuje zwolenników Trumpa. Tę mobilizację widać już choćby w dynamice wpłat na kampanię. W ciągu 72 godzin od ogłoszenia śledztwa ws. impeachmentu, na konta kampanii Trumpa wpłacono 15 mln USD, do 50 tys. osób ze wszystkich 50 stanów. 



Impeachment jest jednak wymierzony nie tyle w Trumpa, co w Bidena. "Creepy Joe" po prostu jest bardzo mocno uwikłany w ukraińską aferę będącą podstawą do wszczęcia śledztwa wobec Trumpa. Jak czytamy:

"W lutym 2014 r., wkrótce po ucieczce ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowycza do Rosji, londyńskie Biuro ds. Poważnych Oszustw (SFO) zostało poinformowane przez bank BNP Paribas o podejrzanej transakcji. Chodziło o przelew na 23 mln USD do dwóch ukraińskich spółek gazowych: Brociti Investments i Burisma Holdings należących do oligarchy Mykoły Złoczewskiego. Złoczewski był wcześniej przez pewien czas ministrem ds. ochrony środowiska w ekipie Janukowycza. 16 kwietnia 2014 r. SFO uzyskała w londyńskim sądzie zgodę na zamrożenie tych środków. Dwa dni później Burisma Holdings ogłosiła, że w skład jej rady dyrektorów wszedł amerykański prawnik Hunter Biden, syn wiceprezydenta Joe Bidena. Do władz tej spółki trafił wówczas były prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski.

Hunter Biden miał wcześniej małe doświadczenie w branży energetycznej, ale w Burisma Holdings zarabiał 50 tys. USD miesięcznie. Dodatkowo zarabiał na prowizjach wypłacanych mu przez spółkę. Przez 16 miesięcy od kwietnia 2016 r. na konta związane z jego działalnością biznesową trafiło z Burismy 3,1 mln USD. Jaką pracę wykonywał syn Joe Bidena dla tej spółki? Według "New York Timesa", zorganizował dla niej zespół prawników z dobrych amerykańskich kancelarii i firm konsultingowych, w tym byłego oficjela z Departamentu Sprawiedliwości z czasów Obamy. Jego ojciec nieformalnie odpowiadał zaś w jego administracji za politykę związaną z Ukrainą. Obecność Huntera Bidena w jego spółce bardzo się więc Złoczewskiemu opłacała.

(...)

10 lutego 2015 r. nowym ukraińskim prokuratorem generalnym został Wiktor Szokin. Był on postacią kontrowersyjną (w listopadzie 2015 r. stał się celem zamachu z użyciem karabinu snajperskiego), ale poważnie podszedł do śledztwa w sprawie Burismy. Chciał m.in. przesłuchać Huntera Bidena w sprawie pieniędzy, które mu wypłacała ta spółka. - Kilkakrotnie prezydent Petro Poroszenko prosił mnie, bym przyjrzał się sprawie Burismy i rozważył możliwość zmniejszenia intensywności działań śledczych, ale odmówiłem zamknięcia tego śledztwa - zeznał później Szokin.



Później do akcji włączył się Joe Biden. W lutym 2016 r. zagroził, że USA nie dadzą Ukrainie gwarancji kredytu opiewającego na 1 mld USD, jeśli Szokin nie zostanie odwołany ze stanowiska. Spełnienie tej groźby mogłoby zagrozić bankructwem Ukrainy. Szokin podał się więc do dymisji 15 lutego 2016 r. Skąd jednak wiemy, że Biden posunął się do tak daleko idących gróźb? Sam się tym chwalił w 2018 r. podczas wystąpienia w Radzie ds. Stosunków Międzynarodowych (CFR). - Oczekiwano, że ogłoszę kolejną opiewającą na 1 mld USD gwarancję kredytu. I miałem zobowiązanie od Poroszenki i premiera Arsenija Jaceniuka, że podejmą działania przeciwko prokuratorowi generalnemu. A oni tego nie zrobili - wspominał Biden. Potwierdził to też w rozmowie z Głosem Ameryki. - Powiedziałem: jeżeli w ciągu sześciu godzin wasz prokurator generalny nie zostanie odwołany, nie otrzymacie pieniędzy. I ten sukinsyn został odwołany -mówił Biden. Oficjalnie twierdził on, że naciskał na dymisję Szokina, bo ukraiński prokurator generalny był bardzo skorumpowany. Z dokumentów ujawnionych przez portal The Hill wynika jednak, że dzień po dymisji Szokina amerykańscy prawnicy Burismy spotkali się z jego tymczasowym następcą i stwierdzili, że informacje o korupcji Szokina były dezinformacją. "



Joe Biden twierdzi oczywiście, że z ukraińskim oligarchą nie miał nic wspólnego, ale wyszła na jaw fotka, pokazująca, że Bidenowie wspólnie z nim grali w golfa. 

Z tą sprawą wiążą się również machinacje amerykańskiej ambasady w Kijowie. W kwietniu 2019 r. Konstantin Kułyk, zastępca departamentu międzynarodowej współpracy prawnej w biurze prokuratora generalnego Ukrainy, powiedział w rozmowie z serwisem The Hill, że w 2017 r. chciał wraz z grupą prokuratorów dostarczyć do Waszyngtonu dowody na przestępczą działalność przedstawicieli administracji Obamy na Ukrainie. Dokumenty te dotyczyły m.in. Burismy, sprawy Bidena, szukania brudów na Trumpa i Manaforta. Prokuratorzy nie chcieli załatwiać tego przez ambasadę ani przez policję antykorupcyjną NABU, która w ich opinii zbyt blisko współpracuje z FBI w tuszowaniu korupcji demokratów na Ukrainie. Prokuratorom.... odmówiono jednak wizy do USA. Jak sprawa wyszła na jaw, amerykańska ambasador Marie Yovanovitch została odwołana "na konsultacje" do Waszyngtonu.

Ukraiński prokurator generalny Jurij Łucenko w międzyczasie przekazywał Rudy'emu Gulianiemu informacje na temat śledztw dotyczących Bidenów. Spotkali się oni m.in. w Warszawie. Guliani później twittował o 3-4 mln USD dodatkowo wypranych dla Joe Bidena i o przepływach kapitału idących do Bidenów z Ukrainy poprzez Cypr i Łotwę do USA.  A gdy Demokraci z Kongresu zażądali od Departamentu Stanu informacji o poszukiwaniach przez Trumpa brudów na Bidena, Pompeo złośliwie im przysłał dokumenty z brudami na Bidena :)

Peter Schweitzer twierdzi zaś, że na konto założone na nazwisko "Robert H. Biden" (Robert Hunter Biden) płynęło dużo kasy z Ukrainy, Kazachstanu i Chin. 



Chińskie transakcje Huntera Bidena są oczywiście też bardzo nie jasne. Syn byłego wiceprezydenta zasiada w radzie dyrektorów chińskiego funduszu, oczywiście powiązanego z państwem. Odegrał też rolę przy sprzedaży Chińczykom amerykańskiej spółki posiadającej technologie o podwójnym zastosowaniu cywilno-wojskowym.


Powyżej: ciekawostka, młoda Nancy Pelosi z JFK na jego balu inauguracyjnym w styczniu 1961 r.

Dlaczego więc Nancy Pelosi postanowiła uruchomić lawinę, która może pogrzebać Joe Bidena, kandydata mającego największe szanse wygrać z Trumpem? Być może obawiała się, że Trump szukał też brudów na jej syna, Paula Pelosi Jra, który też robił interesy gazowe na Ukrainie. (a kilka lat wcześniej jego firma była karana w USA za oszustwa giełdowe.)



Niektórzy podejrzewają, że Adam Schiff, przewodniczący Komisji ds. Wywiadu Izby Reprezentantów, "odwalił Jussiego Smoletta"i wymyślił "sygnalistę", który złożył skargę w sprawie rozmowy Trumpa i Zełenskiego. (Jeden z analityków CIA i NSA wskazuje, że raport "sygnalisty" był "zbyt dokładny" i jego autor musiał mieć pomoc od lepiej poinformowanych ludzi.) Tak się składa, że jednym z większych sponsorów kampanii Schiffa jest Igor Pasternak, handlarz bronią urodzony na Ukrainie (ale będący obywatelem USA). Konspirolog Yoichi Shimatsu (któremu się zdarza mieszać głupoty z ciekawymi wątkami) pisze o związkach Schiffa z Pasternakiem i z Edem Buckiem, milionerem i sponsorem demokratów, który niedawno został oskarżony o udział w śmierci dwóch bezdomnych Murzynów, których narkotyzował i posuwał w swoim domu.  Według Shimatsu, Schiff też ma na koncie śmierć kochanka, w podobnych okolicznościach - tyle, że w pokoju hotelowym.

Czy jednak demokraci postanowili zatopić Bidena, po to by zrobić miejsce dla Hillary? Skoro w 2016 r. zatopili Berniego, to mogą tak samo zrobić z Bidenem. Pompują teraz Elizabeth "Pocahontas" Warren, z którą się dogaduje Hillary.  Pytanie jednak co stałoby się z "Pocahontas" po wyborach? Jak długo by przeżyła, zanim zginęłaby w zamachu, katastrofie lotniczej lub dostała zawału serca. No może bardziej opłacałoby się Hillary wystartować razem z Berniem...

***

Mój ostatni wpis, poświęcony mitowi "ucieczki przez Zaleszczyki" wywołał spory ból d... u niektórych wyznawców liberalnego paździerza. Parę dni później Romuald Szeremietiew napisał podobny, nieco uzupełniający., co z radością odnotowuje.

***
A oczywiście niedługo nowa seria blogowa - "Matrioszka". W pierwszy odcinku wrócimy na chwilę na Kaukaz.

sobota, 28 września 2019

Mit wrześniowej ucieczki


Wydawałoby się, że 80 lat to czas, po którym na wydarzenia historyczne patrzy się już tylko i wyłącznie chłodnym okiem i bez emocji. Nic bardziej błędnego. Polacy w ocenie swojej historii kierują się emocjami dużo mocniej niż rozumem. Trudno ich zresztą winić za to, że rozumu nie używają, gdyż byli przez ostatnie kilkadziesiąt lat systematycznie ogłupiani - i są nadal. Przykładów na to nie muszę dużo przytaczać (wystarczy przypomnieć pewnego matoła, który wypisywał w komentarzach na tym blogu, że w II RP była większa nędza niż w stalinowskim ZSRR i że u Sowietów było więcej "wolnego rynku"). Ignorancja narodu jest zaś wykorzystywana do rozpowszechniania pewnej specyficznej propagandy. I tak np. możemy przeczytać w wydawałoby się poważnej gazecie, że Polska niepotrzebnie budowała COP, "bo lepiej było kupić nowoczesne uzbrojenie za granicą" a "z tych fabryk korzystali później Niemcy". Wielu "ekspertów" robi też analogie pomiędzy obecnym sojuszem z USA a dawnym sojuszem z Anglią i Francją (pomijają przy tym ważny szczegół: amerykańskie wojska już u nas są, a francuskich i brytyjskich w 1939 r. u nas nie było). Najgłupsze jest jednak to, że bawiąc się w Studnickiego i Cata-Mackiewicza stawiają znak równości pomiędzy III Rzeszą i współczesnymi Niemcami sugerując, że Niemcy są militarnym mocarstwem równym USA :) Oczywiście o słuszności naszych wyborów geopolitycznych w 1939 r. można dyskutować całymi dniami, ale nasi współcześnie domorośli "stratedzy" sprowadzają całą narrację o wrześniu 1939 r. do tezy "a głupia sanacja  dała się wciągnąć Anglikom do wojny, Niemców sprowokowała a potem uciekła do Rumunii przez Zaleszczyki". O tym kto kogo wciągnął do wojny rozpisywałem się już na tym blogu w serii Wrześniowa Mgła (linki macie poniżej). Teraz więc pora na rozprawienie się z mitem "szosy zaleszczyckiej".

Flashback: Wrześniowa burza (tutaj macie linki do prawie wszystkich wpisów poświęconych wrześniowi 1939 r.)

Flashback: Wrześniowy biały dym (ważny wpis uzupełniający)

Na początku wyjaśnijmy jedną drobną rzecz - Zaleszczyki nie były miejscem przekroczenia granicy przez polskie władze. Przez Zaleszczyki na Węgry zmierzali głównie cywilni uchodźcy. Pojęcie "szosa zaleszczycka" sformułował Stanisław Stroński - mason Wielkiego Wzwodu Wschodu pochodzenia żydowskiego, poseł Stronnictwa Narodowego, główny organizator hejtu na prezydenta Narutowicza i bliski współpracownik gen. Sikorskiego. Stroński był jednym z uczestników profrancuskiego zamachu stanu z jesieni 1939 r. Pisał o "szosie zaleszczyckiej", bo sam nią uciekał z Polski.

Naczelny Wódz, prezydent i rząd przekraczali granicę w Kutach  w nocy z 17 na 18 września 1939 r., czyli już po sowieckiej inwazji. Historiografia PRL oczywiście podawała, że nasze władze opuściły kraj tak bez powodu, w czasie gdy w centrum Polski nadal trwały walki. Współcześnie wątek sowieckiej inwazji jest uwzględniany w narracji (w "Bitwach polskiego września" Apolloniusza Zawilskiego znalazł się nawet w przypisie - autorowi nie chciało się za bardzo korygować tego, co pisał w czasach PRL), ale podkreśla się, że "ucieczka Rydza-Śmigłego stanowiła hańbę i zaprzeczenie tysiącletniej polskiej tradycji".


Jak więc z tą tradycją było? Tak się akurat składa, że w naszej historii władcy i wodzowie wielokrotnie opuszczali kraj, by po przegranych kampaniach walczyć dalej. Zrobili tak: Mieszko II, Władysław Łokietek i Jan Kazimierz (nie wspomnę już o Auguście II). Kazimierz Pułaski i władze Konfederacji Barskiej też jakoś nie chciały "polec z honorem", tylko udały się na emigrację szukając tam możliwości godzenia w Rosję. Podobnie jak książę Józef Poniatowski, wraz z armią Księstwa Warszawskiego w 1812 r. I jak rząd polski po klęsce Powstania Listopadowego. I jak gen. Marian Langiewicz. I jak Józef Piłsudski po klęsce rewolucji z lat 1904-1908. W sierpniu 1920 r. Roman Dmowski na wszelki wypadek wyjechał do Poznania, by w razie zajęcia Warszawy przez bolszewików tworzyć tam nowy rząd.



Zresztą trochę żałosne było, że  środowisko gen. Sikorskiego tak gotowało się z oburzenia na "dezercję Naczelnego Wodza", a gen. Sikorski sam przecież zrobił to samo w 1940 r. podczas kampanii francuskiej. Oj, przepraszam... Nie powinienem pisać, że "zrobił to samo", bo w odróżnieniu od Śmigłego-Rydza kompletnie wówczas zaniedbał ewakuację wojska i polskiego złota... I w odróżnieniu od Śmigłego-Rydza w pewnym momencie podczas ewakuacji zrzucił mundur i przebrał się w ubrania cywilne.


Zarzutów o "dezercję Naczelnego Wodza" nie powinni wysuwać też fani gen. Sosnkowskiego. Oburzają się oni na to, że np. gen. Dąb-Biernacki, dowódca Frontu Północnego, pod bitwie pod Tomaszowem Lubelskim odmówił kapitulowania przed Niemcami, rozwiązał Front i kazał oddziałom na własną rękę przebijać się do granicy w rozproszonych grupkach. Dąb-Biernacki był "dezerterem" bo zrzucił mundur i w cywilnym ubraniu przedarł się przez granicę. Zdaniem wielu historyków to hańba niesłychana i dezercja. Jak więc ocenić gen. Sosnkowskiego, który porzucił wojska Frontu Południowego, zrzucił mundur i w cywilnym ubraniu przedarł się przez granicę?

Zarzut o "porzuceniu kraju" jest o tyle absurdalny, że wielu generałów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie przedostało się do Francji przez Rumunię lub Węgry, czyli opuszczając kraj wraz ze swoimi wojskami - wypełniając rozkazy Naczelnego Wodza. Maczek, Kopański, Duch... Kopański nawet opuszczał Polskę wraz z marszałkiem Śmigłym-Rydzem. Nikt go jednak jakoś nie oskarża o dezercję.




Spójrzmy też jak kwestia ewakuacji władz wyglądała w innych krajach. W Belgii bohaterem narodowym stał się premier Hubert Pierlot, który opuścił kraj i udał się do Londynu, by stamtąd kontynuować opór. Król Leopold III był zaś powszechnie potępiany, bo został w okupowanej Belgii. W Holandii za bohaterkę wojny jest uznawana królowa Wilhelmina, która "zdezerterowała" do Wielkiej Brytanii już w pierwszym dniu niemieckiej inwazji i z Londyniu kierowała oporem narodu. Z Luksemburga "uciekła" cała rodzina wielkoksiążęca - a wróciła wraz z alianckimi wojskami. Z Norwegii "zdezerterował" król Haakon VII. Z Jugosławii "uciekł" młody król Piotr II.  Z Grecji ewakuował się król Jerzy II. Pozostawił jednak na miejscu dowódcę armii, który skapitulował przed Niemcami i wszedł do rządu kolaboracyjnego.


Ewakuować się z Filipin musiał też gen. Douglas MacArthur, dowódca sił amerykańskich na Filipinach i zarazem marszałek armii filipińskiej. MacArthur nie chciał początkowo płynąć do Australii, ale prezydent Roosevelt wydał mu rozkaz ewakuacji. Zabrano wówczas do Australii również prezydenta Filipin Manuela Quezona. Była to decyzja słuszna. Po kapitulacji Corregidoru Japończycy wymusili na wziętym do niewoli gen. Wainwrightcie kapitulację całych Filipin. MacArthur i Quezon są dzisiaj uznawani za bohaterów.

Tylko my Polacy jojczymy, że nasz Naczelny Wódz "zdezerterował"...

Zacytujmy więc prof. Wieczorkiewicza:

"Trzeba być człowiekiem zupełnie nieznającym historii Polski, aby widzieć w niej coś złego. To samo zrobił w 1809 i później w 1813 książę Józef Poniatowski, a w 1831 naczelny wódz powstania listopadowego. Gdy walka militarna nie ma szans, trzeba opuścić kraj i próbować kontynuować ją gdzie indziej. Warto zwrócić uwagę, że w PRL kłamliwie nie łączono wyjścia naczelnego wodza z atakiem sowieckim. Przedstawiano to jako ucieczkę, a nie tak, jak było w rzeczywistości, reakcję na 17 września. Stalin marzył o złapaniu Mościckiego, Rydza czy Becka i należało zrobić wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Mam tylko jedno zastrzeżenie do naczelnego wodza, który się wahał, co ma robić. Wracać do okupowanej Warszawy i walczyć do końca czy też, na co namawiali go wszyscy, wyjechać. Chociaż opuścił kraj później niż Mościcki i rząd, to powinien był to zrobić jeszcze później. Proponowano mu, i to było genialne, żeby przekroczył granicę z karabinem w ręku, ostrzeliwując się symbolicznie nadciągającym oddziałom sowieckim. Byłby to piękny czyn i myślę, że wtedy nikt nie mógłby mieć do niego nawet cienia pretensji".

Oddajmy też głos gen. Sosnkowskiemu:

"W ówczesnych warunkach przekroczenie granicy było smutną koniecznością podyktowaną przez interes Państwa, który wymagał aby została zachowana legalna ciągłość jego najwyższej instytucji, a także utrzymana była ciągłość polskiego wysiłku zbrojnego przez odtworzenie armii na obczyźnie dla kontynuowania walki razem z Francją i Wielką Brytanią. Nikt nie mógł wówczas przewidzieć, że Rząd Rumuński ... złamie przyrzeczenie, złożone przed niespełna dziesięciu dniami w sprawie wolnego przejazdu dla państwowych władz polskich oraz przekraczających granicę resztek Wojska Polskiego.."

Kiedy jednak została podjęta decyzja o ewakuacji i jakie były jej okoliczności?



Dariusz Baliszewski w bardzo ciekawym artykule "Wrzesień wstydu" w numerze "Uważam Rze. Historia" z września 2019 r. wskazuje, że plan ten istniał najprawdopodobniej jeszcze przed wojną. W lipcu 1939 r. Józef Ołpiński, dyrektor z Prezydium Rady Ministrów, wizytował miejscowości na Kresach, do których przewidziano ewakuację urzędów centralnych. 30 sierpnia prywatny majątek marszałka Śmigłego-Rydza zostaje wywieziony z Warszawy pod Nowy Sącz a w pierwszych dniach września do Rumunii. (To prawdopodobnie skutek zapobiegliwości jego żony - Marty Rydz). To, że był plan ewakuacji nie powinniśmy się dziwić - mieliśmy też pewnie plan okupacji Niemiec. Wdrożenie poszczególnych planów było zależne od okoliczności. 6 września, w związku z dobiegającymi do nas informacjami wywiadowczymi o zbliżającej się sowieckiej inwazji, marszałek Śmigły-Rydz naradza się m.in. z gen. Sosnkowskim. Sosnkowski proponuje ewakuację. 9 września ambasador francuski Leon Noel proponuje polskim władzom pobyt na terytorium Francji.

Po inwazji sowieckiej zostaje wydana Ogólna Dyrektywa nakazująca wojsku zmierzać w stronę granic z Rumunią i Węgrami i walczyć z Sowietami jedynie w razie konieczności. Jednocześnie zostają wydane do poszczególnych oddziałów szczegółowe rozkazy dotyczące obrony przed Sowietami m.in. Przedmościa Rumuńskiego, tak by umożliwić ewakuację jak największej ilości polskich wojsk i uchodźców cywilnych. Opór Wojska Polskiego i nieudolność sowieckich dowódców powodują, że Armia Czerwona wkracza do Kut dopiero 21 września. Czemu więc władze przekroczyły granicę już w nocy z 17 na 18 września? 17 września o 16 podjęto decyzję,że Naczelny Wódz przekroczy granicę dopiero wówczas, gdy bolszewicy będą już w Kutach. Później pojawiła się jednak fałszywa informacja, że są już w Śniatyniu, czyli kilka kilometrów dalej.



Jak pisze Bogdan Konstantynowicz:

"Po godz. 12.00 w kwaterze Marszałka w Kolomyi odbylo sie drugie juz spotkanie generala Stachiewicza z Marszałkiem Rydzem Śmigłym, podczas którego Naczelny Wódz powiedział, że
"postanowiono zwolnić rząd rumuński z sojuszniczego obowiązku wypowiedzenia wojny Sowietom, natomiast żądać od niego przepuszczenia rządu i wojska przez teren Rumunii, aby umożliwić nam dostanie się do Francji". (...)

"Według O. Terleckiego kolumna Naczelnego Wodza ruszyła ku przejściu granicznemu o godz. 22.30 po otrzymaniu informacji o zajęciu Śniatynia. Zmianę decyzji Marszałka opisują Moczulski, Terlecki, T. Jurga i płk. Jaklicz oraz Pobóg - Malinowski, który nadmienia o wątpliwościach, co do tego, jak zachowają się Rumuni, a to wobec postanowień konwencji haskiej ograniczonej do Prezydenta i rządu. "Wódz Naczelny, marszałek Rydz Śmigły przeszedł ... granice po hamletowskich wahaniach i kilkakrotnej zmianie decyzji. Kilkakrotnie chciał wracać, zakończyć walkę i życie w kraju, wybrał nawet 50 ochotników z towarzyszących mu oficerów i pobrał dla siebie i nich broń długą. Ostatecznie dał się przekonać, że będzie bardziej potrzebny na emigracji i musi kierować tam dalszą walką. To był oczywiście najbardziej tragiczny błąd jego życia. Dyplomaci i prawnicy rządowi wmówili mu, że ponieważ to on podpisywał umowy sztabowe, stanowiące załączniki traktatów, jest nieodzowne, żeby wystąpił osobiście przed rządem francuskim jako sojusznik i strona. Może w ten sposób osiągnąć szybsze odtworzenie polskiej armii i polepszyć jej status, a także los żołnierzy i oficerów, którzy też opuszczają kraj, aby kontynuować walkę. ..."

Oddajmy głos płkowi Józefowi Jakliczowi:

"Można z całą pewnością przyjąć, ze Marszałek był nieustraszonym żołnierzem. Dał tego dowody w okresie Legionów, następnie w czasie wojny polsko-sowieckiej 1919-1920 r. Dnia 8 września, w czasie bombardowania Brześcia, z trudem udało mi się go nakłonić, aby schronił się do wykopu, ubezpieczającego od odłamków. Ustąpił pod naciskiem argumentu- kto pokieruje losami wojny, gdy jego braknie. Niezależnie od osobistej odwagi, cechowało go w najwyższym stopniu, poczucie odpowiedzialności za włożony na niego obowiązek.
W czasie ofensywy Budiennego i mającego się rozpocząć odwrotu w 1920 r., towarzyszyłem gen. Romerowi, dcy świeżo stworzonej Grupy Operacyjnej, udającemu się po instrukcje do Dcy Frontu Południowego , gen. Listowskiego. W rozdrażnieniu informował gen. Listowski mego dcę , o dwukrotnym wysłaniu rozkazu gen. Rydz-Smigłernu odwrotu z Kijowa, a Śmigły dwukrotnie odpowiedział, że opuści Kijów tylko na pisemny rozkaz Piłsudskiego. Dlaczego Śmigły nie wykonał rozkazu Dcy Frontu Płd ., któremu podlegał? Albowiem jeszcze przed stworzeniem Frontu Południowego, otrzymał decyzję Piłsudskiego: Kijów wolno opuścić tylko na jego pisemny rozkaz. I opuścił Kijów dopiero wtedy, gdy lotnik zrzucił mu rozkaz podpisany przez Naczelnego Wodza.
Marszałek powziął decyzję wykonawczą przejścia do Rumunii w Kołomyi przedpołudniem. Potwierdził mi ją osobiście w Kosowie. Następnie, a może już uprzednio, toczył w swoim wnętrzu niedostrzegalną dla otoczenia walkę. Nie mógł się pogodzić z błyskawicznym rozwojem wypadków tego dnia, z wynikającymi z niego konsekwencjami , nie nadążał za nimi psychicznie. Pragnął ten rozwój zahamować, powstrzymać lub przynajmniej opóźnić. Zapadały się w jego urmyśle i w jego duszy elementy, które przygotował, przemyślał , zdecydował, a które w wykonaniu nie przyjęły formy, jaką im nakazał. Toczył walkę między powziętą i wydaną już decyzją a osobistym jej wykonaniem.
Dowódcą kierowało szlachetne uczucie dzielenia losu walczącego
jeszcze żołnierza. Żołnierza, artystę , pociągała romantyczna śmierć na polu chwały. Lecz ta śmierć zwalniała go równocześnie ze straszliwej odpowiedzialności, jaką przyjął na siebie wobec Państwa , wobec Narodu, wobec Żołnierza.
Pod Kijowem, żołnierskie poczucie spełnienia włożonego na niego obowiązku, nakazało mu odmówić wykonania rozkazu Dcy Frontu.
W Kosowie, tęsknotę za romantyczną śmiercią na polu chwały , pokonało poczucie odpowiedzialności Nacz. Wodza, którego rola nie kończyła się na tragicznym zakończeniu Kampanii Wrześniowej w Polsce."

I znów Bogdan Konstantynowicz:

"Dopiero równą dobę po agresji sowieckiej, tj.  ok. godziny 00.30 dnia 18 września 1939 roku
zgodnie z umowami sojuszniczymi z Rumunią i Francją, granice Rumunii w Kutach przejechali prezydent Ignacy Mościcki w towarzystwie Józefa Becka, premier Felicjan Sławoj Składkowski i Rada Ministrów - setki samochodów ok. 1 godziny przekraczały most na Czeremoszu.
Przed Naczelnym Wodzem jechała ogromna liczba ciężarówek. Według autorów PSZ w tomie I, marszałek Edward Rydz Śmigły przekroczył już granice okolo 23.00, a przez następne kilka godzin przebywał na granicy, m.in. w budynku urzędu celnego w Wyznicy, gdzie działała rumuńska centrala telefoniczna - według premiera Składkowskiego. Oczywiście nie jest to prawda, ponieważ marszałek Edward Rydz Śmigły był wówczas w Kosowie. Tego typu fałszywe informacje miały na celu podkreślenie, ze ewakuacja władz polskich nastąpiła 17 września, a nie dnia 18 września 1939 roku. Marszałek Śmigły Rydz podjechał do granicy rumuńskiej o godzinie 01.30 w nocy 17 na 18 września 1939 roku i pozostawał po polskiej stronie tej granicy do godziny 04.00 / 04.30 dnia 18 września. Następnie od godziny 04.30 dnia 18 września 1939 roku przebywał w Wyznicy, m.in. w rumuńskiej komorze celnej korzystając z jej środków łączności. Był - jak i premier Felicjan Sławoj Składkowski - w kontakcie z ministrem Józefem Beckiemmw Czerniowcach. Wahano się, czy nie powrócić na stronę polska do Kut. Po godzinie 06.00 rano dnia 18 września 1939 roku nawiązano łączność z generałem Stachiewiczem, który przybył z Kołomyi - poprzez Kosowo - do przygranicznych Kut. Premier Sławoj Składkowski wraz z marszałkiem Edwardem Rydzem Śmigłym opuścili Wyznice po godzinie 10.00, aby o godzinie 12.00 dnia 18 września w Czerniowcach uczestniczyć w naradzie z Mościckim i Beckiem. Przez cały dzień 18 września w Kutach stal drugi rzut Sztabu Naczelnego Wodza, mając kontakt z calom byłym Przedmościem Rumuńskim i organizując skuteczna obronę przed Armia Czerwona, mimo utraty Kołomyi o godzinie 16.00 dnia 18 wrześnią 1939 roku. Utrzymaliśmy dnia 18 wrześnią łączność z Wilnem, Grodnem, Piaskiem, Warszawą i pośrednio z Modlinem, także z Frontem Północnym generała Dębą Biernackiego, a radiodepesza Stachiewicza dotarła do generała Piskora oraz rozkazy do walki z sowietami - nawet do placówki w litewskim Kownie. Tym samym przeciwdziałano zgubnym skutkom wysłanej z Kut o godzinie 21.30 dnia 17 września 1939 roku "okrojonej" Dyrektywy Naczelnego Wodza. Odzyskaliśmy Sniatyn i Horodenke - były w polskich rekach przed południem 18 września 1939 roku. Zorganizowano obronę wschodniego przedpola Stanisławowa, tak aby w dniu 19 września przed południem mogły tamtędy wycofywać się polskie oddziały na Węgry."

Sztab Naczelnego Wodza działał więc nadal - z terytorium Rumunii!

I znów Józef Jaklicz o wydarzeniach z 18 września 1939 r.:

"Marszałek zmęczony, odpoczywał w samochodzie. Miał prosić, aby go nie niepokoić. Po przejeździe przez most stwierdził, że warty rumuńskie rozbrajają naszych wojskowych. Interweniował gwałtownie, zaprzestano rozbrajania. Ruszyliśmy na Starożyniec, do którego przybyliśmy w godzinach przedpołudniowych. Na rynku zastaliśmy stłoczone dziesiątki samochodów, których pasażerowie nie orientowali się dokąd się kierować. W porozumieniu z miejscowymi władzami i przybyłym wkrótce z Bukaresztu, niezwykle nam życzliwym senatorem, który potwierdził mi znane już instrukcje kierowania wozów, rozładowywaliśmy Starożyniec. Mniej więcej do godz. 14 wszystko szło składnie i spokojnie.
Lecz popołudniu zjawił się oddział żandarmerii z oficerem rumuńskim. Otrzymaliśmy polecenie składania na miejscu sprzętu wojskowego. Żandarmeria zaczęła rozbrajać oficerów i żołnierzy. Gdy szukaliśmy senatora, okazało się, że nagle gdzieś znikł. Dzięki naszej interwencji, uzyskaliśmy pozostawienie oficerom broni bocznej, żołnierzom pasów. Cały sprzęt składany był początkowo w najbliższych domach, następnie, gdy brakło tam miejsca, wprost na rynku. Odbierano kompaniom telegraficznym aparaty telefoniczne, juzy, aparaty radiowe. Zdejmowano z wozów motocykle, nawet rowery. Nie odbywało się to jednak spokojnie. Żołnierze z wściekłością rozbijali sprzęt. Wobec stałego, licznego napływu wozów, rozbrajanie początkowo dokładne, stawało się coraz więcej powierzchowne i większość sprzętu jechała dalej. Około godz. 17 znudziło się żandarmerii szczegółowe sprawdzanie samochodów, operacja stawała się formalnością.
W ciągu dnia 18-go napływały do Starożyńca, liczne, sprzeczne wiadomości:
- król rumuński wysłał do Czerniowiec swego delegata do Marszałka, oddając do jego dyspozycji specjalny pociąg i zapraszając go do swej rezydencji, do Sinaja.
- Marszałek po przybyciu do Czerniowiec, skierowany został do pałacu biskupiego, gdzie miał oczekiwać na dalsze decyzje. Wiadomość ta była komentowana jako jego bliskie internowanie,
- Marszałek ma się udać do Constanzy, skąd drogą morską uda się do Francji,
- członkowie Rządu, w miarę przybywania do Czerniowiec zostają internowani i oczekują na pociąg, który ma ich odwieść wieczorem w niewiadomym kierunku,
- odnośnie osoby Prezydenta potwierdzały się pogłoski, że jest już w drodze do Bukaresztu,
- wreszcie, że Niemcy wywierają nacisk na rząd rumuński, żądając rozbrajania i internowania wojska polskiego."

Wyraźnie więc liczono, że Marszałek Śmigły-Rydz uda się przez Rumunię do Francji - dopilnować sojuszu. Uruchomiony został jednak francuski spisek wykonany rękami środowiska gen. Sikorskiego i części piłsudczyków mający na celu internowanie władz polskich w Rumunii. Jak pisze Konstantynowicz:

"Obecność Marszałka Rydza Śmigłego, gdyby go faktycznie nie zatrzymano popołudniem dnia 18 września w Czerniowcach na wniosek Sikorskiego i Francuzów, miała doprowadzić do zwolnienia z internowania polskich żołnierzy (już rano 18 września Marszałek interweniował przeciwko rozbrajaniu polskich żołnierzy) i natychmiastowego unormowania sprawy zaopatrzenia w bron z portów Gałacz i Konstanca dla wojska w Rumunii i na Przedmościu Czeremosz. Wydarzenia z dnia 18 września 1939 roku popołudniem w Czerniowcach udowadniają, ze dopiero wówczas "zakończył się sojusz wojskowy polsko - francuski w tym swoim charakterze, w jakim był zawarty: treścią sojuszu i konwencji wojskowej z 1921 roku i 1939 ... było udzielenie sobie wzajemnej pomocy na wypadek wojny z Niemcami". "Plk. dypl. Jaklicz po przyjeździe do Francji wręczył tekst tajnej umowy wojskowej francusko - polskiej z maja 1939 roku osobiście generałowi Sikorskiemu w październiku lub listopadzie 1939 roku. ... o istnieniu tej umowy nikt nie wiedział (poza Sikorskim)... w Ministerstwie Obrony Narodowej oświadczono ..., ze takiego dokumentu nie ma...". 
Gdy okazało się, ze strona rumuńska w dniach 17 i 18 września 1939 roku nie dotrzymała - pod naciskiem politycznym Niemiec hitlerowskich i pod groźbą interwencji Związku Sowieckiego - przyrzeczenia danego Beckowi, co do zapewnienia ze strony króla Karola, ze "oddziały Wojska Polskiego, którym uda się przekroczyć granice przejdą z bronią do Konstancy, gdzie będą załadowane na statki", doszło wg Wedziakolskiego do kłótni Becka z Rydzem Śmigłym dnia 18 września 1939 roku wieczorem.

Jeszcze dnia 17 września 1939 roku gen. Faury byl "dobrej myśli", wg Józefa Jaklicza, co do rozwiązania trudności w sprawie przejazdu przez Rumunie w dniu następnym. W 1964 roku gen. Stachiewicz napisał: "Nie ma danych na to, żeby Francuzi z własnej inicjatywy sprzeciwiali sie ich przyjazdowi do Francji. Gen. Faury, w swym liście do mnie, pisanym w Kutach w nocy z 17 na 18 wrześnią, uważał za zupełnie oczywisty nasz przejazd do Francji, skąd marszałek Śmigły będzie prowadzi dalsza walkę z Niemcami".

Dnia 18 wrzesnia 1939 roku posel Hoare przekazal rządowi Rumunii note o umozliwienie kontynuowania podrózy naszym wladzom na Zachód, a Daladier napisal do Thierrego, ambasadora Francji w Rumunii dnia 19 wrzesnia o godz. 01.30 w nocy: "Prosze uprzedzic rząd rumunski, ze uwzglednienie ządan niemieckich odnosnie internowania rządu polskiego byloby sprzeczne tak ze zobowiązaniami zawartymi w przymierzu oraz wiezami przyjazni, które lączą go z Polska, jak i z zasadami prawa azylu...". Dlatego tez dnia 20 wrzesnia 1939 Thierry interweniuje u Calinescu."



21 września 1939 r. rumuński premier Armand Calinescu, człowiek sprzyjający Polsce (pozwolił na tranzyt naszego złota), ginie w zamachu przeprowadzonym przez niemieckie marionetki z rumuńskiej Żelaznej Gwardii (której dawny liderem Corneliu Cudreanu niestety pałuje się spora część naszej prawicy narodowej...) Ostatnia szansa na uwolnienie Śmigłego-Rydza z internowania upada. Marszałek wydaje ostatnie rozkazy 26 września. Dwa dni później rumuńskie tajne służby zaczynają go ściśle izolować.



27 września do oblężonej Warszawy przybywa wysłannik Naczelnego Wodza mjr Edmund Galinat z rozkazami dotyczącymi utworzenia organizacji konspiracyjnej na terenie obu okupacji. Nowa konspiracja opiera się w dużym stopniu na kadrach przygotowanych przed wojną w ramach Dywersji Pozafrontowej. Tak często jojczymy z powodu "dezercji" marszałka Śmigłego-Rydza a pomijamy to, że to on zainicjował utworzenie Polskiego Państwa Podziemnego. I że w 1941 r. udał się do okupowanej Warszawy, by stoczyć tam swoją ostatnią bitwę.



***

O Bidenie, Ukrainie, Trumpie i impeachmencie już niedługo.

Za jakiś czas też pojawi się nowa seria - Matrioszka. Michał Bąkowski dostanie rozwolnienia :)

sobota, 21 września 2019

Dla kogo pracuje ajatollah Chamenei?



Wrzesień chyba sprzyja spektakularnym zamachom, bo 14 września mieliśmy saudyjską wersję "9/11" czyli atak na rafinerię Abqaiq i pobliskie pole naftowe, w wyniku którego czasowo wyeliminowano 5 proc. globalnej produkcji ropy naftowej czyli 5,7 mln baryłek dziennie. Po krótkim szoku, rynek naftowy szybko się otrząsnął - przecież sytuacja jest zupełnie inna niż w 2008 r. i głównym problemem jest obecnie słabnący popyt na ropę, a nie jej podaż. Atak nie zaowocował też wojną. Wygląda na to, że Trump autentycznie nie chce się w ten konflikt angażować. Odwet ograniczył się więc jak na razie do sankcji nałożonych na irański bank centralny oraz wspólnym izraelsko-saudyjskim nalotem na bazę Sił Al-Kuds, czyli irańskiej jednostki specjalnej, w Syrii. Oczywiście wciąż trwają domysły, co się właściwie wydarzyło 14 września. Można wyróżnić cztery wersje:

1. Rebelianci Huti z Jemenu, w odwecie za kampanię saudyjskich bombardowań, wysłali przeciwko rafinerii 10 dronów, które tak sobie przeleciały 1,5 tys. - 2 tys. km i zaatakowały refinerię. To wersja Hutich oraz Iranu. Obciąża jednak ona Iran pośrednio, gdyż wszyscy wiedzą, że to Irańczycy dostarczają Hutim broni (drony, które się rozbiły w Arabii Saudyjskiej, były zaawansowane i wyprodukowano je w Iranie w 2019 r.) Poza tym trudno się spodziewać, by Huti zrobili coś takiego bez zgody Iranu.

2. Amerykańskie i saudyjskie tajne służby są ponoć przekonane, że atak na instalacje naftowe dokonano z dwóch kierunków. Rakiety cruise zostały wystrzelone z Chuzestanu, czylipołudniowo-zachodniej irańskiej prowincji a uzbrojone drony wystartowały z bazy w zachodnim Iraku. Baza ta jest zajmowana przez iracką szyicką milicję kontrolowaną przez irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. 12 pocisków rakietowych miało trafić w cele a pięć dronów chybiło. (Możliwe, że później znaleziono szczątki innych pocisków i dronów, więc ostatecznie Saudyjczycy doliczyli się do 25.) Za przeprowadzenie operacji byłodpowiedzialny gen. Qassem Soleimani, dowódca Sił Al-Kuds, czyli jednostki specjalnej wewnątrz Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej podległej bezpośrednio najwyższemu irańskiemu przywódcy ajatollahowi Alemu Chamenei. Chameneizatwierdził atak, ale pod warunkiem, że zostanie przeprowadzony tak, że nie będzie można go bezpośrednio powiązać z Iranem.



3. To był false flag! Iran nie miał żadnego interesu w przeprowadzeniu tego ataku, bo przecież kilka dni wcześniej Trump zakończył współpracę z Johnem Boltonem, swoim doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego i zaczął mówić o możliwym spotkaniu z irańskim prezydentem Rouhanim. Wysyłał też sygnały o możliwym złagodzeniu sankcji nałożonych na Iran, a sankcje jak wiadomo bardzo mocno dotknęły irańską gospodarkę. Poza tym to dziwne, że saudyjska obrona przeciwlotnicza przepuściła te wszystkie pociski i drony. Saudyjczycy 88 wyrzutni rakiet przeciwlotniczychPatriot (w tym 53 w najnowszej wersji PAC-3). Dodatkowo po Zatoce Perskiej pływają amerykańskie niszczyciele z systemem Aegis a amerykańskie satelity dostarczają Saudyjczykom danych zwiadowczych. Mike Pompeo twierdzi, że nawet najlepszym systemom obrony powietrznej nie udaje się wszystkiego wychwycić. (Widać to w Syrii, gdzie rosyjskie S-300 jakoś jeszcze nic nie zestrzeliły a lotnictwo Izraela i wszystkich innych krajów tam zaangażowanych swobodnie sobie bombarduje, co chce.) Być może zawiódł czynnik ludzki - dowodzenie i wyszkolenie saudyjskich żołnierzy. Być może brakuje w nim ogniwa pozwalającego na niszczenie nisko lecących celów. Być może ich obrona przeciwlotnicza za bardzo skoncentrowała się na zagrożeniach z Jemenu, a te idące z północy zlekceważono. Na konferencji prasowej sprzed kilku dni rzecznik saudyjskiego MON mówił jednak, że "ostatnio” system ten przechwycił 282 pociski balistyczne i 258 dronów.

4. Atak został przeprowadzony tak jak we wersji nr. 2, ale był "ustawką". Irańczycy wpisali się w scenariusz, którym im wyznaczono. Czasem można się spotkać z opinią, że to gen. Soleimani sprzeciwia się wznowieniu negocjacji z Amerykanami, więc dlatego przeprowadził ten atak. Soleimani sam jednak nie mógłby czegoś takiego zrobić. On jest lojalistą ajatollaha Chamenei. To Chamenei ma swoje zawołanie państwo w państwie jakim jest Korpus Strażników Rewolucji. Dysponuje też aktywami, które kilka lat temu szacowano na 96 mld USD. To czyni go jednym z najbogatszych przywódców świata. Naród klepie biedę z powodu sankcji i głupiej polityki a jego przywódca robi wszystko, by nie dopuścić do reform.


I tutaj dochodzimy do pytania: dla kogo pracuje Chamenei? Ten nie-Irańczyk (jego rodzina miała pochodzenie azerskie) był bliskim współpracownikiem ajatollaha Chomeiniego. Chomeini pracował zaś kilku zagranicznych tajnych służb (Stasi, ale też miał wsparcie zachodnich. Propaganda szacha nazywała go "nie-Irańczykiem, brytyjskim agentem i homoseksualistą" - za pewne słusznie.) Przeprowadzona przez niego rewolucji islamska miała jeden cel wyznaczony przez globalistów: udupić szybko rozwijające się i dynamicznie modernizujące, nacjonalistyczne państwo jakim był Iran za czasów Szacha i zamienić go w trzecioświatowy shithole. Chomeini zrealizował tę misję koncertowo. A Chamenei ją kontynuuje.


Oczywiście wielu różnych dupoprawicowców i dupolewicowców oburzy się teraz, że "no jak to, przecież Iran pod rządami Chameneiego dzielnie postawił się amerykańsko-syjonistycznym imperialistom" i zaczną zaraz wychwalać siłę irańskiego riala, osiągnięcia gospodarcze, przewagi wojskowe i stroje irańskich kobiet. A ja im odpowiem: z Szachem u władzy Iran miałby bombę atomową już 30 lat temu i byłby państwem odwołującym się do dumy z aryjskiej przeszłości a nie kultywującym semickie, pustynne przesądy.

Przypomnijmy, co pisałem już na ten temat na tym blogu o Chomeinim



" Na wygnaniu w Paryżu otoczał go zawsze wianuszek agentów tajnych służb: KGB, Stasi, CIA, MI6, DGSE. Enderdowscy bezpieczniacy, w zaciszu jego wilii nagrywali na magnetofonach kasetowych przesłania ajatollaha, które przerzucali później do Iranu. Chomeini rozpoczął zresztą karierę u boku walczącego z reformą rolną ajatollaha pracującego dla Stasi. Płk Michał Goleniewski, dezerter z wywiadu wojskowego PRL, który zdemaskował wielu sowieckich agentów na Zachodzie i w Izraelu (m.in. George'a Blake'a), twierdził, że "Chomeini jest wśród pięciu źródeł wywiadowczych, które służby Bloku Wschodniego, posiadają wśród wyższego irańskiego kleru"."



Sporo o tym pisze również były agent WSI Krzysztof Mroziewicz (o dziwo!):

"Były rektor Uniwersytetu Teherańskiego prof. Houchang Nahavandi[1], uznawany przez Pierre Salingera za lojalnego opozycjonistę szacha, był on bowiem przewodniczącym grupy studyjnej, która zajmowała się nierozwiązanymi przez cesarza problemami Iranu, w książce „Upadek i śmierć szacha Iranu. Relacje i dokumenty”[2] ujawnia poza tą informacją wiele szokujących szczegółów na temat ajatollaha Chomeiniego, m.in. i tę, że najmłodszy premier w historii Iranu, 26 letni Amir Asadollah Amin aresztował w 1962 nikomu nieznanego mułłę Ruhollaha Chomeiniego, który przy poparciu komunistów i Egiptu Nasera podżegał do buntu przeciwko białej rewolucji szacha i narodu, zwłaszcza zaś przeciwko reformie rolnej i nadaniu praw kobietom. Sprzeciw partii Tudeh można zrozumieć – bo to nie jej pomysłu były reformy, skądinąd godne poparcia. Ale alians mułły i komunistów – tego zrozumieć nie podobna. Dopóki się nie wie, że Tudeh otrzymała instrukcję z ambasady ZSRR, albowiem Chomeini… był, mówiliśmy już, agentem Stasi. Dlaczego KGB i Stasi mąciły w Iranie na początku lat 60? Przypomnijmy – było to czas apogeum zimnej wojny po kryzysie rakietowym na Kubie. Gdzie mieli szukać lepszego miejsca na „zadymę” antyamerykańską w kraju sojuszniczym USA u granic ZSRR? Przecież nie w Turcji, bo tam znajdowały się już rakiety, które Chruszczow chciał zneutralizować, rozmieszczając swoje własne na Kubie. Lepszego miejsca na awantury uliczne od sąsiada Turcji nie było. Od początku lat 70 specjalistyczne publikacje na Zachodzie informują o powiązaniach Chomeiniego z NRD. Ale rewelacje te były znane Amerykanom – i tylko im - już od 1961 r. Pułkownik Michał Goleniowski, osoba druga co do rangi w kontrwywiadzie podówczas niemal wspólnym, polsko-radzieckim, zdezerterował w grudniu 1960. Przekazał CIA zaraz potem, że Chomeini był jednym z pięciu informatorów Moskwy donoszącym z samego centrum hierarchii szyickiej. CIA nigdy nie udostępniły tej informacji Iranowi. Ujawniono ją dopiero w 2000r.




A więc dowody na jego agenturalną przeszłość znane były już na początku lat 60., kiedy organizował rozruchy w świętym mieście Kom i w Teheranie. Skoro Amerykanie mieli twarde dowody od Goleniowskiego, to znaczy, że musieli natychmiast otoczyć Chomeiniego „specjalna troską”. Francuski biuletyn Europejskiego Ośrodka Informacji (CEI) czyli „pozarządowej” grupy studyjnej powiązanej z wywiadami wszelkiej maści z siedzibą w stolicy wolności, równości i braterstwa (albo śmierci), Paryżu, podał w 10 lat po rozruchach (dla wywiadu nigdy nie jest za późno), że oficerem prowadzącym mułłę był Amerykanin pochodzenia irańskiego, Ibrahim Jazdi. Po triumfie rewolucji islamskiej został u swego podopiecznego wicepremierem, szefem dyplomacji i prezesem Trybunału Rewolucyjnego, który posłał na drugi świat większość generałów armii szacha. Doradców Stasi, jak widać, nie zatrudnił, zresztą w stosunku do KGB pełniliby oni rolę służebną.

Przed powrotem do Iranu Chomeini mieszkał najpierw w Iraku, gdzie mógł się zetknąć bez trudu z Rosjanami czy też specjalistami z NRD, a nawet z PRL. Ale w Iranie był jeszcze nikim. Z Iraku pojechał, a raczej został przeniesiony przez dyskretnych manipulatorów z Waszyngtonu, Londynu i Paryża, którzy chcieli się pozbyć szacha, do Francji, gdzie urządzono mu rezydencję w Neauphle-de-Châteaux. Dookoła jego siedziby rozmieścili swoje „bezpieczne pudełka” czyli „kawalerki” obserwatorzy na usługach CIA, KGB, Savak i Stasi. Francuzi nie musieli mieć tam „kawalerki”, bo go nie spuszczali z oka, gdziekolwiek był, a był u nich.

Żona Chomeiniego – przypomina b.rektor Nahavandi - była uliczną tancerką. On sam okazał się nieukiem. Już jako ajatollah wydał rozkaz irańskim siłom powietrznym, aby zniszczyły amerykańskie satelity. I polecił zalać irańską pszenicą rynek USA, aby pogrążyć gospodarkę „Wielkiego Szatana”. W prasie francuskiej okrzyknięto go błyskotliwym filozofem. Uważał tak nawet Jean Paul Sartre. (...) Ten „błyskotliwy filozof i teolog” pisał także o właściwych sposobach oddawania moczu oraz defekacji, a także o należnym postępowaniu kobiet w czasie okresu. W jego osiągnięciach myśliciela znajdziemy setki takich mądrości.

Amerykanie – przypuszcza rektor Nahavandi – manipulowali Chomeinim w roku rewolucji 1978 mając na niego strasznego haka. Tę właśnie agenturalność na rzecz Stasi i Moskwy."


A teraz cytacik ze spiskowego bloga (link już niestety nie działa):


"Szach powiedział kiedyś: “Jeśli podniesiesz brodę Khomeiniego, zobaczysz na jego podbródku pieczątkę Made In England .”
Powiedział też Davidowi Frostowi: “Czy myślisz że pan Khomeini, człowiek bez wykształcenia… mógł to wszystko zaplanować, obmyślić spisek, stworzyć wszystkie te organizacje…”

“Wiem że wydano na to ogromne pieniądze…”

Wiem że czołowi eksperci od propagandy mieli przedstawić nas jako tyranów i potwory, a stronę przeciwną jako demokratycznych, liberalnych rewolucjonistów chcących ratować swój kraj.”

“Wiem jak podłe było wobec nas BBC… Wyglądało to na naprawdę dobrze zorganizowany spisek.”

Według dr. Ronena Bergmana, izraelskiego dziennikarza śledczego, to BBC wypromowało Khomeiniego. Napisał o tym w swojej książce ‘The Secret War with Iran’ z 2008.

Narzędziem propagandy Khomeiniego były programy w języku perskim transmitowane przez BBC.”

“BBC udostępniała Khomeiniemu darmowe godziny nadawania z Paryża.”
"
(koniec cytatu)


A teraz pomyślmy: Chamenei był jego najbliższym współpracownikiem. I pewnie ma podobną misję. Możliwe, że jego misja obejmuje też wciągnięcie USA w wojnę przeciwko Iranowi. W każdym bądź razie los Iranu go nie martwi...