sobota, 21 listopada 2020

Wenezuelskie wybory w USA, czyli głęboka konwergencja


Ilustracja muzyczna: Alan Silvestri - End Credits - Predator OST

W ostatnich latach niektórzy z Was mogli się zastanawiać, czy mieszkańcy Wenezueli są kompletnymi debilami? Gospodarka ich kraju została totalnie zniszczona, a oni nadal głosują na ekipę która doprowadziła do takiej katastrofy. O ile można zrozumieć, że Hugo Chavez przyciągał ludzi swoją charyzmą i hojnym socjałem, to trudno wytłumaczyć dlaczego wybory wygrywa Nicolas Maduro - były motorniczy z metra, którego wenezuelski lud nazywa "ma buro", czyli "mój osioł"? Jak wytłumaczyć tę zagadkę? Rozwiązaniem, które samo się narzuca jest fałszowanie wyborów.


Sidney Powell, prawniczka generała Flynna i zarazem członek zespołu prawnego prezydenta Trumpa próbującego podważyć wynik wyborów w USA, opisała list jaki dostała od wenezuelskiego wojskowego, byłego ochroniarza Chaveza. Ów wojskowy opisał jak dwóch wenezuelskich inżynierów stworzyło na polecenie prezydenta Chaveza firmę, która opracowała software do zliczania głosów. Firma ta nazywała się Smartmatic. Co ciekawe założono ją w Delaware a siedzibę miała na Florydzie. Jednocześnie jej udziałowcami były wenezuelskie państwowe spółki. Wenezuelski wojskowy stwierdził, że software spółki miał zapewnić, by Chavez nigdy nie przegrał wyborów. I tak było w istocie. Program przesuwał głosy z kandydata opozycji na Chaveza/Maduro. W 2013 r., gdy Henrique Capriles Radonski prowadził w wyborach prezydenckich zbyt dużą przewagą nad Maduro, w całej Wenezueli wyłączono internet na dwie godziny. Po przywróceniu sieci, Maduro wygrał niewielką przewagą nad przywódcą opozycji. Wenezuelski sygnalista miał więc oczywiste skojarzenia, gdy w sześciu kluczowych stanach USA nagle wstrzymano liczenie głosów, po tym jak okazało się, że Trump ma tam pokaźną przewagę.




Dlaczego jednak zajmuje się jakąś wenezuelską spółeczką od liczenia głosów? Bo Chavez eksportował tę technologię do innych krajów. Głównie do Ameryki Łacińskiej, ale nie tylko. W 2019 r. prawdopodobnie  pomogła ona sfałszować wybory w Boliwii. Zaobserwowano tam podobne anomalie statystyczne jak po ostatnich wyborach w USA. Software do kradzieży wyborów dostarczano zarówno rządom lewicowym jak i prawicowym.  Na Filipinach miał on działać na korzyść liberalnych kandydatów - tak, że prezydent Duterte nakazał komisji wyborczej pozbyć się maszyn Smartmatic w ciągu trzech lat. Smartmatic działa obecnie na skalę globalną. Dostarcza swoją technologię nie tylko do państw Trzeciego Świata, ale również do Belgii, Estonii, Singapuru czy... USA. Ponadto, z software'u opracowanego przez Smartmatic korzysta kanadyjska firma Dominion Voting Systems. Ta sama, którą przyłapano na przesuwaniu głosów w Michigan z Trumpa na Bidena. 

W 2005 r. Smartmatic kupiła amerykańską firmę Sequoia Voting Systems, zajmującą się liczeniem głosów. Gdy sprawa wyszła na jaw, wywołało to oburzenie. Oto bowiem spółka powiązana z wenezuelskim reżimem uzyskała wpływ na przebieg amerykańskich wyborów. Zagrożenie było realne. W 2006 r. wenezuelscy eksperci serwisowali bowiem maszyny wyborcze w Chicago. Do gry wkroczył Komitet ds. Inwestycji Zagranicznych w USA i Smartmatic sprzedała Sequoię, grupie inwestorów private equity powiązanej z... Mittem Romneyem. W 2010 r. Sequioa została odsprzedana kanadyjskiej spółce Dominion Voting Systems, za którą oficjalnie stoi grupa inwestorów private equity powiązanych z Carlyle Group - firmą w której zasiadał kiedyś George H.W. Bush razem z członkami rodziny bin Ladenów. W 2016 r. profesor Andrew Appel z Princeton zademonstrował w Fox News jak łatwo można zhakować maszyny wyborcze Dominion, a rok później zeznawał na ten temat w Kongresie.





Co ciekawe we władzach Smartmatic zasiada Lord Mark Malloch Brown, były brytyjski minister, były wiceszef Banku Światowego, a także bliski współpracownik i partner biznesowy George'a Sorosa. Ten arcyglobalista  był mediatorem pomiędzy Chavezem i opozycją. Jako administrator UNDP wysłał obserwatorów mających badać uczciwość referendum dotyczącego odwołania Chaveza - jak można się było spodziewać, Chavez pozostał na stanowisku, bo referendum zostało sfałszowane a obserwatorzy ch... zobaczyli. Ciekawa jest również postać przewodniczącego zarządu Smartmatic w USA. To Peter Neffenger, admirał Straży Przybrzeżnej, były administrator TSA (agencji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo na amerykańskich lotniskach) i zarazem członek grupy doradców Bidena. 




Różnych naiwniaków biorących wiedzę o świecie z "Nowego Obywatela" czy xxxportalu lub liberalnych mediów mogą dziwić związki z socjalisty Chaveza z anglosaskimi kapitalistycznymi globalistami. Naiwniacy jakoś nie zwracali uwagi na to, że reżim Chaveza/Maduro niemal aż do końca spłacał wenezuelskie obligacje bankom z Wall Street, choć nie miał pieniędzy, by sprowadzać do szpitali leki. Reżim Chaveza/Maduro był też umoczony aż po czubek nosa w handel narkotykami - Chavez był prawdopodobnie przywódcą Kartelu Słońc, czyli grupy narkotykowej założonej przez wenezuelskich generałów. Jak się można domyślić Kartel Słońc nie opylał swojej kokainy biedakom w Trzecim Świecie, tylko wysyłał ją na rynek amerykański a zarobione w ten sposób pieniądze nie lokował w Iranie czy w Zimbabwe tylko na Wall Street, w City i w szwajcarskich bankach. Siłą rzeczy musiał więc mieć dobre relacje z CIA, która jest umoczona w handel narkotykami od początku swojego istnienia. Ta sama CIA przez ostatnie 20 lat udawała, że próbuje obalić Chaveza/Maduro - tak jak przez parę dekad udawała, że próbuje obalić Castro, którego wcześniej wspomagała dostawami broni, gdy walczył przeciwko socjalistycznemu dyktatorowi Batiście. Pamiętajmy też, co pisał płk Corso: "CIA była lojalna wobec KGB, a KGB wobec CIA".

I znów sobie zadajmy pytanie: jak to się stało, że firemka powiązana z wenezuelskim reżimem dostarcza software'u wykorzystywanego do liczenia głosów w USA oraz w innych krajach "demokratycznych"?

Powtarzajcie za mną: Kon-wer-gen-cja!




Skoro jednak rzeczywiście doszło do kradzieży wyborów w USA, to dlaczego nie przedstawiono na ten temat dowodów? No cóż, od lat słyszymy, że "nie przedstawiono dowodów" na to, że JFK został zabity w wyniku spisku lub że pogrom kielecki został zorganizowany przez bezpiekę. Długo nie było też dowodów na to, że Sowieci zabijali naszych oficerów w Katyniu i na to, że papierosy powodują raka. A jednocześnie jakoś powszechnie się przyjęło, że Hitler popełnił samobójstwo w Berlinie w 1945 r., choć dowody na to są bardzo wątpliwe. :) Kiedyś miałem okazję rozmawiać z prokuratorem mającym m.in. wgląd w akta sprawy Nangar Khel. Mówił, że zgromadzony materiał jednoznacznie wskazywał na zbrodnie wojenną, no ale trudno pewne rzeczy w 100 proc. udowodnić w sądzie. I tak może być również w przypadku wyborów prezydenckich w USA. Zwłaszcza, że czas na zebranie dowodów był ekstremalnie krótki - od wyborów minęły niecałe trzy tygodnie. (Wyobraźcie sobie zebranie w takim czasie dowodów i zeznań np. w sprawie oszustw giełdowych na dużą skalę.) W Georgii wybory certyfikowano, choć w trakcie recountu znaleziono w trzech hrabstwach kilkanaście tysięcy głosów, które się jakoś zgubiły. Policzono same głosy, a podpisom się już nie przyglądano. Zwłaszcza tym podpisów z dużych "zrzutów", w których po 98 proc. szło na Bidena. Sidney Powell zapewnia, że w ciągu dwóch tygodni dowody trafią do sądów.   Media starają się oczywiście sprawę przemilczać. W ich relacjach z ostatniej konferencji Rudy'ego Giulianiego dominowały heheszki z tego, że mu farba do włosów spływała po policzkach. Do konkretnych zarzutów mówiących o nieprawidłowościach wyborczych niemal nikt się nie odniósł.  A było ich sporo. Choćby składane pod przysięgą zeznania czterech świadków z Michigan mówiących o tym, że pod centrum zliczania głosów przyjechała o 4:30 nad ranem ciężarówka z dziesiątkami tysięcy głosów korespondencyjnych - niemal każdy na Bidena, a na żadnym z nich nie było zaznaczonych głosów oddanych na senatorów i kongresmenów. Sidney Powell potwierdziła również, że serwery należące do Dominion zostały skonfiskowane w Niemczech. Enigmatycznie dodała jednak, że nie wie, czy zajęli je "dobrzy, czy źli kolesie".  Wcześniej pojawiały się niepotwierdzone doniesienia, że armia USA dokonała rajdu na biura we Frankfurcie, gdzie zajęto serwery pokazujące prawdziwy wynik wyborczy.

Ciekawie to współbrzmi m.in. ze słowami dra Stevena Pieczenika mówiącymi o wewnętrznej wojnie w USA pomiędzy CIA a wywiadem wojskowym. I to by pasowało. Także niedawne zmiany w Pentagonie i w podległości operacyjnej sił specjalnych. Generał Flynn to przecież były szef DIA, architekt programu likwidowania terrorystów na Bliskim Wschodzie. A Sidney Powell to jego prawniczka. A skoro już przy prawnikach jesteśmy - konserwatywni sędziowie Sądu Najwyższego dostali dystrykty obejmujące cztery z sześciu stanów, w których toczą się spory wyborcze. 

Czy jednak prawda o ukradzionych wyborach ma szansę, by wyjść na jaw? To przecież podważyłoby wiarę w System. Zaczęłyby się pytania o inne grzeszki Głębokiego Państwa. Kto chroni kartele narkotykowe? Dlaczego system edukacji publicznej ogłupia młodych ludzi - zwłaszcza tych z mniejszości? Czy CIA pozwoliła na zamachy z 11 września? Czy CIA stała za zamachami na JFK, RFK, Geralda Forda i Richarda Nixona? I kto tak naprawdę rządzi Ameryką i światem?

***

Następny odcinek zależny oczywiście od okoliczności. Ale bardzo chcę wrócić do serii Phobos...

sobota, 14 listopada 2020

Steal with the Hammer

 


Ilustracja muzyczna: Hans Zimmer & Junkie XL - The Red Capes Are Comming - Batman vs Superman OST

Hammer i Scorecard - tak mają się nazywać programy stworzone przez CIA i NSA, które jakoby rzekomo pozwoliły Joe Bidenowi na kradzież głosów w wyborach prezydenckich w USA. O programach tych mówił generał sił powietrznych (w stanie spoczynku) Thomas McInerney, mówiła też Sidney Powell, była prokurator a obecnie prawniczka generała Michaela Flynna. O programach Hammer i Scorecard wspominał także były pracownik NSA Kirk Wiebe. Ich słowa zostały uwiarygodnione po wyjściu na jaw anomalii z hrabstwa Antrim w Michigan. Dzięki przytomności lokalnych władz zauważono tam, że program do liczenia głosów przerzucił 6000 głosów oddanych na Trumpa do puli głosów oddanych na Bidena. Program ten był wykorzystywany w 47 hrabstwach Michigan i w 30 stanach. Został stworzony przez firmę Dominion Voting Systems, należącą do byłych czlonków Carlyle Group, powiązaną z Nancy Pelosi i będącą donatorką dla Fundacji Clintonów. Niektórzy starają się "obalać" teorie spiskowe mówiąc, że incydent w Antrim był po prostu głupim błędem software. No cóż, podobne - ale dużo większe - podmienianie głosów przez Dominion Voting Systems odkryto w jednym z hrabstw Wisconsin.  Z analizy instrukcji do maszyn wyborczych tej firmy wynika, że mogły one dosyć łatwo zostać zhakowane.

Wygląda też na to, że proces podmieniania głosów można było zaobserwować na żywo - w telewizji. Wielkie sieci telewizyjne pokazywały dane z liczenia głosów przesyłane im w czasie rzeczywistym przez firmę Edison Systems, która miała dostęp do danych z komisji wyborczych. Czujni widzowie mogli się dopatrzeć w tych danych anomalii. Na tym filmie widzimy dane dotyczące wyścigu gubernatorskiego w Kentucky. Na początku demokrata ma niemal 674 tys. głosów a republikanin 662 tys. Półtorej minuty później demokrata ma już 674,5 tys. głosów a republikanin 661,7 tys. Jakim cudem ilość głosów na kandydata republikańskiego SPADŁA? Coś podobnego wychwycono w przypadku głosów w wyborach prezydenckich oddanych w Pennsylwanii. Klip z CNN trwa zaledwie 42 sekundy. Na jego początku Trump ma w tym stanie 1 690 589 głosów a Biden 1 252 537. Chwilę później głosów na Trumpa jest 1 670 631 a na Bidena 1 272 495. W 40 sekund Biden zyskał 19 958 głosów, a Trump stracił 19 958. Jak to możliwe?

Zespół naukowców z MIT kierowany przez dra Shivę Ayyaduraia przyjrzał się uważnie danym z Michigan i doszedł do wniosku, że tylko w trzech wielkich hrabstwach tego stanu algorytm przerzucił 69 tys. głosów z Trumpa na Bidena. Inni naukowcy wskazują, że dane dotyczące Michigan, Wisconsin, Pennsylwanii i nawet Wirginii kłócą się z prawami statystyki, w tym z prawem Benforda. Zwykle prawo Benforda jest wykorzystywane do wykrywania oczywistych przekrętów wyborczych. 

Wyborczy fałszerze nie dopilnowali też kolejnej ważnej kwestii - sfałszowania wyborów do Senatu oraz Izby Reprezentantów. Na kartach wyborczych oddawano głosy nie tylko na prezydenta, ale też na senatorów i kongresmenów. Wiemy więc, że w Georgii spośród blisko 2,5 mln osób, które oddały głos na Trumpa, tylko 818 nie oddało głosów na senatorów. Wśród podobnej liczby wyborców Bidena, aż 95801 nie zagłosowało na senatorów.  Dla porównania w Wyoming, tylko 725 spośród 73,4 tys. wyborców Bidena nie zagłosowało w wyborach senackich. Przypominam, że Georgia to stan, w którym Biden "wygrał" 14 tys. głosów. (A doszło tam w noc wyborczą do poważnych opóźnień w liczeniu głosów w Atlancie. Opóźnienia te były oficjalnie tłumaczone awarią rury - okazuje się, że żadnej awarii tam nie było.) Sidney Powell twierdzi, że jej zespół śledczy zidentyfikował w kluczowych stanach aż 450 tys. głosów, które zostały oddane na Bidena i na żadnego z kandydatów w wyborach do Senatu czy do Izby Reprezentantów. Są oczywiście też inne anomalie - np. to, że dziesiątki tysięcy głosów korespondencyjnych w Pennsylwanii trafiło do komisji wyborczych wcześniej zostały wysłane (o dacie wysłania informował stempel).




Niektórzy zadali sobie trud przeanalizowania danych wyborczych z Edison, z których korzystały amerykańskie sieci telewizyjne w relacjach na żywo. I wyszło im, że z Trumpa na Bidena przerzucono ponad 500 tys. głosów.  Powstała strona EveryLegalVote, która pokazuje te dane - również z podziałem na hrabstwa. Z przedstawionych tam danych wynika, że Trumpowi przysługuje 306 głosów elektorskich. Wygrał on m.in.: w Michigan, Wisconsin, Pennsylwanii, Georgii oraz Arizonie a Biden najprawdopodobniej zwyciężył niewielką różnicą głosów w Nevadzie. Rudy Giuliani twierdzi, że sygnaliści z Dominion Voting Systems zaczną wkrótce mówić o oszustwach. Miejmy nadzieję, że to nie blef a ci sygnaliści przeżyją. Okazało się już bowiem, że agent FBI zastraszał sygnalistę z poczty, który był świadkiem antydatowania głosów korespondencyjnych w Pennsylwanii.  Media, portale społecznościowe a nawet operatorzy telefonii komórkowej cenzurują oczywiście informacje dotyczące fałszerstw wyborczych. Odważnie zabrzmiały więc słowa Treya Trainora, szefa Federalnej Komisji Wyborczej mówiące, że w kilku kluczowych stanach zachodzą poważne podejrzenia oszustw. Cóż z tego jednak skoro, Komisja tak naprawdę ma niewiele władzy a o przebieg wyborów decydują władze stanowe. 

Bez wątpienia jednak tegoroczne wybory w USA nie spełniały standardów, które Stany Zjednoczone stosują do innych państw - takich jak Iran czy Białoruś. W wytycznych Departamentu Stanu jest przecież mowa, że nie dopuszczanie obserwatorów do liczenia głosów czy też opowiadanie się przez przytłaczającą część mediów za jednym kandydatem to przejawy nieuczciwości wyborów. Skoro anomalie statystyczne wskazują na to, że wybory w Rosji są fałszowane, to dlaczego nie mogą one wskazywać na ich fałszowanie w Michigan? Napiszcie tylko coś takiego na Fejsie czy Twitterze a natychmiast pojawi się pod wpisem adnotacja: "Niezależni weryfikatorzy wykryli wielkiego czarnego k... w swojej d...".

Co będzie więc dalej?


Zapewne na poziomie stanowym kampania Trumpa przegra pozwy. Zostaną one uwalone a władze stanowe wydadzą Bidenowi oficjalne certyfikaty zwycięstwa. Dalsza ścieżka będzie zależała od wielu kruczków prawnych. Ale załóżmy, że sprawa pójdzie do Sądu Najwyższego. 6 na 9 sędziów to republikańscy nominaci, z czego 4 to nominaci Trumpa. Sędzia John Roberts jest dosyć niepewny - bushowski. Mamy tam jednak dwóch sędziów ciętych na duet Biden-Harris. Clarence Thomas, to czarnoskóry sędzia, którego w latach 90-tych próbowano uwalić fałszywymi oskarżeniami o molestowanie seksualne. Jedną z osób, która prowadziła wówczas przeciwko niemu kampanię nękania był senator Joe Biden. Sędzia Brett Kavanaugh również był atakowany fałszywymi oskarżeniami o molestowanie. A w Senacie ostro go grillowała Kamala Harris. 

Załóżmy więc, że Sąd Najwyższy podważy wybory. Wówczas zwolennicy demokratów/BLM/Antifiarze wyjdą na ulice demolować amerykańskie miasta. Uznają, że to zamach stanu. USA nie będą zaś mogły pouczać różnych państw Trzeciego Świata w sprawie uczciwości wyborów.



Czy Trump przygotowuje się na taki scenariusz? Mogą o tym świadczyć zmiany w Pentagonie. Poleciał ostatnio sekretarz obrony Mark Esper. P.o. sekretarza został Christopher Miller, pułkownik sił specjalnych w stanie spoczynku, ekspert ds. walki z terroryzmem. Demokraci niepokoją się jednak bardziej zmianami na średnich szczeblach w Departamencie Obrony.  Szefem departamentu polityki został gen Anthony Tata, który wcześniej nazywał Obamę "muzułmańskim terrorystą" i twierdził, że CIA chce zabić Trumpa. Podsekretarzem ds. wywiadu został Ezra Cohen-Watnick, człowiek generała Flynna.



A co jeżeli ścieżka prawna do podważenia oszukańczego wyniku wyborczego zostanie zamknięta? Wówczas Trump może w ostatnich tygodniach swoich rządów sprawić parę niespodzianek Głębokiemu Państwu. Don Jr. już go namawia, by "Declasify everything!" Akta JFK/RFK? Martina Luthera Kinga i Malcoma X? WTC? Roswell? Możemy pomarzyć, ale fajnie byłoby gdyby odtajnił "bezpieczniejsze" tematy. Np. pokazał jak administracja Johnsona odstrzeliła dra Kinga. Trump może również strollować Głębokie Państwo ułaskawieniami - np. Assange'a, generała Flynna, Manaforta czy Rogera Stone'a. John Brennan, były komunista i zarazem były szef CIA, już z tego powodu dostał bólu d... i wzywa do zamachu stanu, tak by usunąć Trumpa z urzędu i nie mógł on niczego ujawnić.  Niektórzy przedstawiciele Głębokiego Państwa obawiają się też, że Pentagon rozpocznie nowe operacje przeciwko Iranowi - które pozostawi nowej administracji. Chiny też obawiają się incydentów, które popsułyby planowany reset. Nie można wykluczyć też ogłoszenia wycofania wojsk USA z Syrii.

Można się spodziewać, że po czymś takim Głębokie Państwo kontratakowałoby. Dążyłoby do zniszczenia finansowego Trumpa, wsadzenia go do więzienia czy też zabicia go i członków jego rodziny. Ale mogłoby też zastosować inną opcję. I tu otwiera się droga do planu C.



Już pojawiają się przecieki, że Trump dostaje mnóstwo ofert na napisanie wspomnień i prowadzenie programu w telewizji. Pozostanie mu na pewno ogromna baza wyznawców przekonanych o tym, że okradziono go ze zwycięstwa wyborczego. Pojawiają się też doniesienia, że chce stworzyć własną wersję Fox News.  Będzie więc kimś w rodzaju prezydenta USA na uchodźstwie. Stąd np. Steve Bannon mówi, że prezydent Trump będzie chciał ponownie wystartować w wyborach - w 2024 roku. Podobne prognozy snuje lewicowy filozof Sławoj Żiżek.

Czy jednak zwycięstwo wyborcze w 2024 roku będzie możliwe? Można się spodziewać, że cenzura internetu znacznie się nasili. Demokraci będą też próbowali odebrać Amerykanom broń palną. To zaś może doprowadzić do insurekcji wcześniej. Wszak Wielki Reset pod pandemii uczyni życie wielu ludzi nędznym. Jak przewidywało Światowe Forum Ekonomiczne (WEF), w 2030 r. nie będziesz nic posiadał, będziesz nadzorowany i zarazem szczęśliwy jak nigdy. (Polecam lipne konta Klausa Schwaba, przewodniczącego WEF :) Tak jak to opisywaliśmy w serii eXtinction. I po to były te wybory w USA i ta pandemia. 

***

Co do kolejnych wpisów, nic nie obiecuj, bo sytuacja w USA dynamiczna. Cały czas mam jednak nadzieję wrócić do bonusowych odcinków serii Phobos.

niedziela, 8 listopada 2020

Nekromanta Biden

 


Ilustracja muzyczna: Metallica - The Memory Remains (od 3:31 - oficjalna piosenka wyborcza Joe Bidena :)

Na początek nieco arytmetyki wyborczej. Trump, mimo pandemii, kryzysu i trwającego od pięciu lat medialnego ostrzału, zdobył o 4 mln głosów więcej niż w 2016 r. Ten "rasista" zdobył więcej głosów mniejszości niż jakikolwiek republikański kandydat od 1960 r. Bardzo dobrze poradził sobie w elektoracie latynoskim - oczywiście głosowali na niego Kubańczycy z Florydy, ale też dużo Chicanos. Wygrał też z Bidenem wśród kobiet - ale tylko tych zamężnych. Wbrew medialnej maszynce, republikańscy nevertrumpersi stanowią niewielką cząstkę elektoratu. Wśród ewangelikalnych protestantów poparcie dla Trumpa spadło tylko z 81 proc. do 77 proc. Trump nadal też przyciąga biały robotniczy elektorat - tak mocno, że mówi się o tym, że Partią Republikańska stanie się partią ludzi pracy. Jeśli patrzymy na wyniki wyborów do Kongresu, to widać, że demokraci je przerżnęli. Zmniejszyli przewagę w Izbie Reprezentantów, nie przejęli kontroli nad Senatem. Mimo ogromnych pieniędzy rzuconych na kampanię, przegrali 6 kluczowych wyścigów senackich. Umiarkowani demokraci są przez to wściekli na Pelosi i ostrzegają ją, że przechył partii na lewo doprowadzi do tego, że w wyborach midterms w 2022 r. zostanie ona zmiażdżona.

No, ale jakimś cudem w tych warunkach Joe Biden zdobył więcej głosów niż Donald Trump. Zdobył ich więcej w tych samych stanach, w których demokraci przerżnęli wybory do Senatu.  W niektórych hrabstwach dostał więcej głosów niż Obama w 2008 r. A mówimy cały czas o kolesiu, który startował w wyborach prezydenckich czterokrotnie a w ostatnich demokratycznych prawyborach wypadł tak sobie. Nie przyciągał tłumów na wiece a przez większą część kampanii siedział w piwnicy. Gdy z niej wychodził zaliczał wpadki - np. przedstawił swoją wnuczkę jak swojego zmarłego syna! Swoje przemówienie zwycięstwa wygłosił do tuzina pustych samochodów. Coś tutaj wyraźnie nie pasuje.

Ros Blagojevich, były demokratyczny gubernator Illinois, spytany czy demokraci dopuścili się fałszerstw, odparł: "A czy papież jest katolikiem?". Blagojevich wie, co mówi, bo siedział w środku tej machiny, aż po wyborach z 2008 r. jej podpadł. (Mandat senatorski zwolniony przez Obamę przekazał innej osobie, niż chciał Obama, więc FBI zarzuciła mu sprzedaż tego mandatu. Blagojevich trafił do więzienia i został ułaskawiony przez Trumpa.) O oszustwach wyborczych mówi otwarcie Newt Gingrich, były przewodniczący Izby Reprezentantów. Senator Lindsey Graham wzywa natomiast stanowe legislatywy do unieważniania wyborów i wskazuje m.in. Filadelfię jako miejsce dokonywania oszustw. 

Fałszerstwa w amerykańskich wyborach zdarzały się już wcześniej. Stosował je np. Lyndon Johnson. Sam pisałem na tym blogu o republikańskiej strategii wyborczych manipulacji takich jak voter supression czy głosy tymczasowe. To były jednak techniki fałszerstw w "białych rękawiczkach". Tym razem demokraci poszli na rympał.

Flashback: Kto ukradnie wybory w Ameryce?

Jednym z poziomów fałszerstw, były manipulacje dokonywane drogą elektroniczną. Wiemy o nich dzięki czujności władz hrabstwa Antrim w Michigan. Tam software liczący głosy "omyłkowo" zaliczył Bidenowi 6000 głosów oddanych na Trumpa.  To samo oprogramowanie było zastosowane w 47 hrabstwach stanu Michigan. Gdyby w każdym z nich w podobny sposób przemieścił 6000 głosów, Biden zyskałby 282 tys. głosów. To oprogramowanie było stosowane w 30 stanach - w tym wszystkich swing states. Wiemy, że doprowadziło ono do opóźnień liczenia głosów w Georgii. Jego producent, firma Dominion Voting Systems była wcześniej donatorem Fundacji Clintonów a w swoich maszynach wyborczych wykorzystuje części wyprodukowane w Chinach. Arizona została przedwcześnie przyznana Bidenowi, po tym jak błąd w oprogramowaniu firmy Edison Research pokazał, że przeliczono tam 98 proc. głosów, gdy naprawdę przeliczono ich 86 proc. W jednym z okręgów w Virginii, wybory do Izby Reprezentantów wygrała kandydatka demokratów będąca wcześniej funkcjonariuszką CIA. Jej zwycięstwo ogłoszono, po tym jak nagle znaleziono 14 tys. głosów... na pendrvie.  Sidney Powell, była federalna prokurator i zarazem prawniczka gen. Flynna, twierdziła jeszcze przed wyborami, że zostaną one zhakowane przez programy Scorecard i Hammer stworzone przez CIA.




Oczywiście, przekonuje się nas, że Biden wygrał głosami seniorów. To prawda. Niektórzy z tych seniorów mieli po 120 lat lub więcej. Wszyscy oczywiście głosowali korespondencyjnie. Trump od miesięcy ostrzegał, że głosowanie korespondencyjne będzie wiązało się z ogromnymi oszustwami. Wyśmiewano go wówczas jako paranoika. Niewiele mógł jednak w tej sprawie zrobić, gdyż wybory w USA organizują władze poszczególnych stanów. A one np. nie usuwały z list wyborczych ludzi zmarłych na Covid-19. A nawet osób nie żyjących od ponad 20 lat.  W Pennsylwanii w rejestrach wyborczych figurowało co najmniej 21 tys. osób zmarłych. W Detroit w 2019 r. zidentyfikowano na listach 2500 takich zombie - w tym jedną osobę urodzoną w 1823 r. Ciekawe, czy w tych wyborach głosowała na "młodego panicza Joe"? W Nevadzie jeden z wyborców wybrał się do komisji, by odkryć, że ktoś już za niego zagłosował korespondencyjnie. Przykładem anomalii może tyć też frekwencja: w Wisconsin sięgnęła aż 89 proc., gdy w 2016 r. wynosiła 67 proc. Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ktoś za część z tych nowych wyborców zagłosował.





Już w dzień po wyborach wielu ludzi zwróciło uwagę na dziwne "zrzuty głosów" w Michigan i w Wisconsin. Nad ranem nagle przybywało po kilkadziesiąt tysięcy głosów na Bidena i zero na innych kandydatów. W Michigan jeden z takich zrzutów wytłumaczono "literówką" - urzędniczka pomyliła się o rząd wielkości i wpisała 138 tys. zamiast 13,8 tys. W Detroit do centrum liczenia głosów, jeden z takich "zrzutów" trafił o 3:30 nad ranem. Było to 38 tys. głosów. Stanowe prawo mówi, że głosy korespondencyjne mogą trafiać do liczenia najpóźniej do 20:00 w dniu wyborów. Są już dwie relacje z Detroit mówiące o tym, że nakazywano uczestnikom procesu liczenia głosów antydatować głosy korespondencyjne. Republikańskim obserwatorom nie pozwalano zbliżać się do liczonych głosów. Do blokowania pracy obserwatorów dochodziło też w Pensylwanii. A tymczasem kamery wyłapały jak urzędnicy sami wypełniają otrzymane głosy. Na granicy amerykańsko-kanadyjskiej złapano zaś pracownika poczty, który chciał wywieźć 800 głosów korespondencyjnych.

Na ile te oszustwa wpłynęły na wynik wyborczy? Czy Biden bez nich by wygrał? 

Wszyscy skupiają się teraz na procesie przekazywania władzy w USA. On jednak będzie mocno zakłócony. W Georgii będzie ponowne przeliczenie głosów. Do sądu trafią pozwy dotyczące kolejnych stanów. Być może sprawa pójdzie aż do Sądu Najwyższego, jak w 2000 r. Do tego dojdzie kryterium uliczne. Rednecy tego tak nie zostawią. Nie wykluczałbym amerykańskiego Majdanu - z BLM i Antifą w roli "tituszek". 



Powyżej: Rysunek, który przed wyborami wykonał i zamieścił na stronie Rense.com Dick Allgire, "remote viewer".

Załóżmy jednak, że przejęcie władzy przez Bidena dokona się w łagodniejszy sposób. Czego się spodziewać po nowej administracji? Szczęściem w nieszczęściu jest to, że republikanie nadal kontrolują Senat, co będzie ograniczało co głupsze inicjatywy demokratów. Jednakże można się spodziewać prób powrotu do Chimeryki. Prochińskie "dokonania" rodzinki Bidenów są znane. Tymczasem jednym z triumwirów rządzących USA będzie Mitch McConnell, republikański przywódca senackiej większości. A to polityk prochiński, powiązany rodzinnie i biznesowo z ChRL. Jego żoną jest Elaine Chao, córka propekińskiego magnata okrętowego, będąca sekretarzem pracy w administracji Busha Jra. Wszyscy, którzy łudzą się wizją świata wielobiegunowego, w którym Chiny będą przeciwwagą dla USA, powinni skończyć ze złudzeniami. Chiny stanowią serce totalitarnego globalizmu a pomiędzy nimi a Zachodem będzie dokonywać się konwergencja. Ten system się domyka. Zmierzamy w stronę świata "zerobiegunowego". 

Doktor Targalski zwrócił uwagę, że Biden sięgnie po reset z Niemcami. Następczyni Merkel już to zaproponowała. W jej wizji Niemcy mają "odciążyć" USA w Europie. Czyli przejąć na siebie jej obronę (!) i dominację. Pytanie tylko na ile Niemcy są do tego zdolne? Odbudowa ich sił zbrojnych to zadanie na wiele lat. Do tego będą silne naciski agentury rosyjskiej, by skłócać Niemcy z USA. Paradoksalnie działania tej agentury są w naszym interesie. Rosja też się próbuje odnaleźć w nowych realiach - więc balony próbne mówiące, że Putin zrezygnuje w styczniu z powodu choroby Parkinsona. Ciekawe czy Rosja będzie prowadziła tak samo głupią politykę jak przy poprzednim resecie i nadal zrażała sobie państwa, z którymi mogłaby mieć bardzo dobre stosunki (Gruzja, Ukraina...)? Jako możliwy następca Putina wymieniany jest Szojgu - a to byłby ciekawy powrót do mongolskiej przeszłości Rosji. 

Wielu ludziom u nas się nie podobało, że rząd ZP tak mocno nadskakiwał USA za rządów Trumpa. Wychodzi na to, że działał pod presją czasu, wiedząc, że pewne rzeczy trzeba załatwić jak najszybciej. Nie spodziewam się, by Amerykanie nagle przestali sprzedawać nam broń, gaz czy reaktory atomowe. Ale na wszelki wypadek powinniśmy zaprosić Huntera Bidena do Warszawy, przesłać mu okrągłą sumkę na konto i wynająć dla niego całe Cocomo. Joe powie wówczas, że Polska jest w sumie OK a Gierek to świetny przywódca.

***

W mediach społecznościowych dałem taki wpis, ;pokazujący "doświadczenie polityczne" Joe Bidena:


"Gdy Joe Biden w 1972 r. dostał się do Senatu i zaczął swoją karierę polityczną, Polską rządzili Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz, gensekiem w ZSRR był Leonid Breżniew, w Chinach wciąż rządził Mao a Państwo Środka wyniszczone maoizmem z konieczności zaczynało taktyczny zwrot ku USA, trwała wojna wietnamska, standard złota zerwano ledwo rok wcześniej, w Chile rządził Allende, w Hiszpanii Franco, w Etiopii cesarz Hajle Selasje, Afganistan był jeszcze w miarę normalnym krajem - podobnie jak Iran, w Indiach rządziła Indira Gandhi a w Izraelu Golda Meir, papieżem był Paweł VI. Donald Trump dopiero od roku kierował rodzinną spółką deweloperską a Melania miała dopiero dwa lata i żyła sobie w Jugosławii rządzonej przez marszałka Tito. Barack Obama miał lat 11 i dopiero co wrócił z Indonezji na Hawaje. George W. Bush studiował, imprezował i pilotował samoloty w gwardii narodowej stanu Alabama. Dick Chenney pracował już jednak w Białym Domu. John McCain siedział w "Hanoi Hilton". Hillary i Bill znali się dopiero od roku i jeszcze studiowali - od czasu do czasu angażując się w pomoc przy kampaniach wyborczych. Jeffrey Epstein też jeszcze studiował. George H.W. Bush był ambasadorem przy ONZ, Ronald Reagan gubernatorem Kalifornii, Jimmy Carter gubernatorem Georgii, Gerald Ford przywódcą mniejszości w Izbie Reprezentantów. Afera Watergate dopiero się rozkręcała a prezydent Nixon cieszył się wciąż bardzo dużą popularnością. Władimir Putin był wtedy studentem i marzył o pracy w KGB, Xi Jinping dopiero starał się o przyjęcie do KPCh, Angela Merkel działała w komunistycznej młodzieżówce w NRD, Emmanuela Macrona jeszcze nie było na świecie a jego małżonka dopiero studiowała, bracia Kaczyńscy byli skromnymi doktorantami, Mateusz Morawiecki miał dopiero 4 lata a Andrzej Duda kilka miesięcy. Bronisław Komorowski zawalił pierwszy rok studiów, Aleksander Kwaśniewski chodził do liceum a Lech Wałęsa był bardzo zajęty donoszeniem na kolegów ze stoczni. Oscara za najlepszy film dostał "Ojciec chrzestny" a na świecie żyło 3,8 mld ludzi. Ciekawe jak będzie wyglądał świat na koniec ewentualnej drugiej kadencji Bidena w 2029 r.?"

Ten wpis zyskał followersów... w Czechach. Jeden z nich napisał: "Korporacyjny socjalizm doczekał się swojego Jakesza"


***


Na rozluźnienie atmosfery: Lasencja w bikini w amerykańską flagę to Andrea Catsimatidis, szefowa Partii Republikańskiej na Manhattanie. Córka miliardera, była żona syna prezydenta Nixona. Mocno protrumpowska, co widać nawet na jej instagramie. To kolejne potwierdzenie, że Greczynki to świetny materiał ludzki. A w czasach antycznych były blondynkami. 

Amerykańska rewolucja jest glamour.

A trumpizm nadal żyje, tak jak długo żył peronizm.


sobota, 31 października 2020

Co łączy SA z Julkami z Twittera i chłopakami z czworaków

 






Ilustracja muzyczna: David Guetta - Cara al Sol remix

Savonarola - taki renesansowy ksiądz Natanek z Florencji - ostro atakował w swoich kazaniach dwie grupy: lichwiarzy i sodomitów. W zemście sodomici smarowali mu kazalnicę gównem. Już wówczas mieli taki specyficzny styl protestowania.




Minęło kilka wieków, a po niemieckich ulicach szalały bojówki SA. Powszechnie wiadomo o ich dzikich antysemickich ekscesach. Niektórzy pewnie też są świadomi, że kierownictwo tej organizacji było mocno LGBT (no może bez "L" i "T"...). Niewielu ludzi zdaje sobie jednak też sprawę z tego, że SA-mani atakowali również członków organizacji katolickich, bili pejczami ludzi wychodzących z kościołów i smarowali ołtarze gównem. SA stanowiły lewe skrzydło NSDAP. I Hitler zrobił im rzeź podczas Nocy Długich Noży dlatego, że ta organizacja stanowiła balast dla reżimu. Kilka lat później, gdy Jan Karski odwiedził Parteitag w Norymberdze, jeden z jego kolegów został pobity przez pijanego SA-mana. Niemcy tłumaczyli się z tego incydentu mówiąc: "To niedobitki tych pedałów od Roehma".







Dziedzictwo SA przetrwało jednak w zadziwiający sposób. Niemiecki historyk Gotz Aly wskazuje w swojej książce "Unser Kampf '68", że niemieccy lewaccy bojówkarze w latach 60-tych z fascynacją sięgali po wzorce taktyczne SA. A mówimy o przedstawicielach pokolenia, które zarżnęło zachodnioniemiecką "społeczną gospodarkę rynkową", a teraz w zaciszu politycznych i korporacyjnych gabinetów wspiera destrukcję swojego państwa od wewnątrz. 1968 rok to oczywiście też studenckie zamieszki we Francji wymierzone w generała de Gaulle'a - inspirowane częściowo przez amerykańskich globalistów. Zamieszki, które stworzyły nową klasę polityczną, która niszczy państwo francuskie od wewnątrz. (Porównajcie sobie jak wyglądała sytuacja społeczna we Francji przed 1968 r. a jak obecnie. To było państwo dobrobytu.) Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia wówczas w USA - gwałtowną erupcją kontrkultury, "pacyfistami" wspierającymi swoją głupotą większą rzeź w Azji Południowo-Wschodniej, nową lewicą walczącą z keynsowskim państwem dobrobytu, czarnymi radykałami niszczącymi czarne społeczności oraz z feministkami wypychającymi kobiety na śmieciowe posady. A że przy okazji zabawił się trochę taki Charlie Manson...






Uczestnicy tych ruchów rewolucyjnych korzystali nie tylko z doświadczeń wojen hybrydowych najróżniejszych służb. Wyraźnie inspirowali się też Rewolucją Kulturalną Mao. Tamtejsza rewolta była oczywiście gigantyczną orgią przemocy, destrukcji i barbarzyństwa inspirowaną przez państwo. Zniszczono w jej trakcie tysiące bezcennych zbytków a młodzi sfanatyzowani komuniści mordowali profesorów uniwersyteckich, inżynierów rakietowych oraz innych ludzie mądrzejszych od siebie. W rewolucji tej wzięły czynny udział młode dziewczyny - w zasadzie to one ją zaczęły. W elitarnym pekińskim liceum zatłukły na śmierć nauczycielkę. Winą nauczycielki było to, że powiedziała, że w przypadku pożaru najpierw wyprowadziłaby uczennice w bezpieczne miejsce, a dopiero potem ratowała portrety Mao. Rewolucja Kulturalna oczywiście zmieniła się w absurdalny chaos. W wielu miejscach hunbejwini zaczęli walczyć między sobą. (W jednym z miast zwalczały się dwie frakcje: Wspaniali i Pierdoły. Ich starcia się zaczęły po tym  jak przedstawiciel jednej z frakcji powiedział podczas przemówienia: "Jesteśmy wspaniali!". Jego oponenci krzyknęli wówczas: "Wspaniali?! Co za pierdoły!".) Mao w końcu się znudził tym chaosem i wysłał młodych fanatyków do zapadłych wsi, by tam kopali rowy. W Europie Zachodniej i USA w tym czasie wielu pojebów z bogatych domów jarało się chińską Rewolucją Kulturalną i chciało coś takiego przeprowadzić u siebie. Podeszli do tego z większym rozmysłem i bardziej długofalowo...

Za chwilę jacyś liberałowie i LGBTarianie oburzą się, że porównuję Strajk K. do SA i hunbejwinów. Otóż nie. Sprawa jest bowiem nieco bardziej skomplikowana.




Sporą część oburzonych stanowią bowiem ludzie, którzy autentycznie przejęli się wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. A przejęli się, bo nagle poczuli, że państwo zmusi ich do wychowywania Downów oraz innych niepełnosprawnych. Prawda jest taka, że wielu zwykłych ludzi, głosujących na różne partie - nawet na PiS i na Konfę - nie chciałoby mieć dziecka z ułomnością. Myślą o tym, by ich dziecko pracowało w korpo, miało wypasione wesele i zapewniło im wianuszek wnuków.  Dlatego jeśli w badaniach prenatalnych wykryto by u ich dziecka zespół Downa czy Turnera, to bez wahania by je uśmiercili. Tak jak w dawnych wiekach zostawiało się upośledzone dzieci na śmierć w lesie. Ruszenie kompromisu aborcyjnego musiało wywołać fobie tej sporej grupy ludzi. A do tego często łykali w kretyński sposób, to co wypisywały różne internetowe zjeby i myśleli, że TK zakazał też aborcji z powodu zagrożenia życia i zdrowia matki, gwałtu itp. Niektórzy myślą też, że zakazana została antykoncepcja i że "został tylko anal". Ich wiedza dotycząca procesu ustawodawczego jest mniej niż znikoma, więc nie orientują się, że wyrok TK sam w sobie nie zmienia ustawy określającej warunki aborcji. Być może ochłoną po prezydenckiej ustawie poprawiającej prawo. A być może nadal będą jojczyć, że będą rodzić zdeformowane płody - choć oczywiście będą nadal mieć możliwość aborcji w takich drastycznych przypadkach (a ryzyko tego, że do takich wad płodu dojdzie będzie liczone w promilach.) Ale na takiej samej zasadzie studenci-debile w USA protestowali przeciwko wojnie wietnamskiej...






Drugą grupę demonstrantów - przeważającą - stanowi "gimbaza". Gimbaza zachowująca się histerycznie, epatująca bluzgami a przy tym spieprzająca w popłochu na widok pierwszego lepszego kibola. (Słynne rzucone im przez kibiców Lecha: "Hej, ale my nie chcemy wcale was pobić!".)  Ta właśnie gimbaza podczas blokady Warszawy skopała i opluła samochód mojego kumpla. (Kumpel następnego dnia wstąpił oczywiście do Straży Narodowej.) Macicopozytywne gimby nazywane są Julkami, a maciconegatywne Oskarkami - ale oczywiście Oskarki mogą się też identyfikować jako Margolcie. O Julkach z Twittera powstało już sporo memów. Julki łączą totalną ignorancję z histeryzowaniem, wiarą w istnienie 1000 płci oraz postulatem darmowych podpasek w szkolnej toalecie. No cóż, obecne młode pokolenie nie jest pewne swojej płci, ma problemy z zaliczeniem matury a przy tym jest zadziwiająco podatne na wiarę w Płaską Ziemię. Pytanie: jak doszło do takiej idiokracji? No niestety, zawinili wszyscy. Rodzice, szkoła, Kościół, media... Rodzice są zwykle zajęci tyraniem w korpo na śmieciowych posadach na spłatę kredytów frankowych na spłatę mieszkanek oraz napawaniem się swoją wyższością nad mieszkańcami wsi, którzy trzepią większą kasę od nich i mieszkają we własnych domach. Kościół niestety oferował katolicyzm kremówkowo-liberalno dostrojony do wrażliwości Joli Szymańskiej i Szymona H...wni. W szkole nauczyciele liberalni nieudacznicy indoktrynowali dzieciaki zamiast uczyć. Szkoły produkowały więc kretynów. A PiS przez pięć lat nie zrobił z tym syfem porządku - nawet nie zmienił podstawy programowej!  A media? Włączasz Netflixa a tam oczywiście co drugi serial to jakieś transgender i inne lewicowo-liberalne produkcyjniaki. Porównajmy to, co oglądaliśmy kilkanaście lat temu z tym co teraz łykają dzieciaki. Oczywiście można w popkulturze znaleźć mnóstwo zajebistych, wartościowych rzeczy, ale gimbiarze słabo znają języki obce. Nie poczyta taki sobie artykułów u Jeffa Rense, ani nie posłucha Paula Josepha Watsona czy Alexa Jonesa, tylko będzie słuchał jakichś polskojęzycznych zjebów z YouTuba czy TikToka. A to dlatego, że jego angielski jest jakimś pidżinem. A zresztą nie jest w stanie skupić uwagi na dłuższym tekście, bo ma tej uwagi deficyt. Za bardzo jest rozpraszany przez technologiczny shit. Strach pomyśleć, co będzie jak za trzy lata ci "geniusze" wezmą udział w wyborach. Zagłosują na jakąś gorszą podróbkę Palikota czy Stonogi.

Obecność Julek na protestach stała się jednak blokadą dla ich pacyfikacji. Fatalnie by to wyglądało, gdyby w świat poszły obrazki młodzieży z flagami LGBT polewanej z armatek wodnych w "faszystowskiej Polsce". Już i tak w tych przypadkach, gdy policjanci - rzadko bo rzadko, ale jednak - sprowadzali idiotki do porządku, liberałowie i inne samce beta podnosiły głos "kobiety biją, buuuuu!!!". Jesteśmy niestety społeczeństwem białorycerzy, simfów i cuckoldów. Uderzenie kobiety - nawet samej zaczynającej bójkę - jest u nas wielką zbrodnią. No może odrobinę mniejszą niż kopnięcie pieska...





Przejechaliśmy się po mięsie armatnim rewolucji, więc pora zająć się samym jądrem ciemności: zawodowymi aktywistkami Strajku K. To one nakręcały dewastowanie kościołów, bazgranie po pomnikach i patriotycznych muralach, zakłócanie Mszy św., nocne protesty pod domami przeciwników politycznych oraz blokady ruchu ulicznego w godzinach szczytu, połączone z dewastacjami samochodów. Można to nazwać małpiarnią na ulicach. (Najnowszy przykład: atak na taksówkę wiozącą Ozjasza Goldberga.) Gdy Jarosław Kaczyński wezwał do obrony kościołów, bolszewicy i liberałowie zawyli, że to nawoływanie do wojny domowej. Tak naprawdę jednak sami do tej wojny dążyli. Po atakach na kościoły ludzie zaczęli się samorzutnie skrzykiwać do ich obrony - Straż Narodowa, MW, ONR, Szturmowcy, kibice, związkowcy, kluby Gazety Polskiej i zwykli parafianie. Kościółów katolickich bronili też niektórzy protestanci i neopoganie. Po pierwszych starciach z obrońcami agresywni lewaccy aktywiści najczęściej spieprzali. Gdy Kaczyński wezwał do obrony kościołów przestraszyli się, że będą na nich polować rządowe szwadrony śmierci. Więc sytuacja pod kościołami - przynajmniej na razie - się uspokoiła.

Zniesmaczony ekscesami Strajku Idiotek był nawet Andrzej Rzepliński, do niedawna broniony przez kodziarzy były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Rzepliński porównał demonstrujących do "hołoty w USA i we Francji". "Nie możemy wykluczyć, że ktoś chciałby Polskę - używając języka prof.  Zybertowicza - kompletnie rozwibrować" - stwierdził Rzepliński. Wskazał więc na zewnętrzną inspirację protestów.




Pamiętacie jak kilka tygodni temu Aleksander Łukaszenka mówił, że wkrótce będą protesty w Polsce? Przy okazji tych protestów uaktywnił się niejaki Mateusz Piskorski, lider partii Zmiana siedzący swego czasu za dziwne kontakty z Ruskimi i Chińczykami. Napisał on na swoim profilu fejsbukowym:  "Ma znaczenie to, że pojawia się szansa na uderzenie osłabiające neosanacyjny autorytaryzm w Polsce, równie groźny i dla feministek, i dla narodowych demokratów, a nawet dla autentycznych konserwatystów i wszystkich pozostałych. Dlatego zachowanie hordy damskich bokserów wobec kobiet we Wrocławiu, prymitywnych kundli pozujących na nacjonalistów". Oczywiście "neosanacyjny autorytaryzm" istnieje w Polsce tylko w propagandzie kierowanej przez Mateuszka do totalnych idiotów. Ale ciekawe, że z neopogańskiego nazisty przeszedł z czasem na pozycje komunizującego feministy. (No i ciekawe, co by było, gdyby go spotkali nacjonaliści z Wrocławia...) Zaskakuje też poparcie Agrounii dla protestu. A właściwie to nie zaskakuje, bo Agrounia stawia zawsze na czele swoich postulatów "przyjaźń" z Rosją. Pamiętacie jak ten karykaturalny stwór Marta Lempart, liderka Strajku K., bredziła, że Ordo Iuris jest finansowane przez Kreml? A sama przez kogo była do finansowana? Może pokaże swoje źródła finansowania? I opowie jak to się stało, że za bezcen kupiła kamienicę w centrum Wrocławia



No cóż, w tych całych protestach cieszy jedynie to, że ponownie zbłaźnił się minister Sienkiewicz - ten od podpalonej budki pod rosyjską ambasadą. Karma. Ciekawi mnie jak w tym roku będzie wyglądał Marsz Niepodległości? Czy będzie wielką akcją "odzyskiwania miasta"? Ciekawie wyglądają też perspektywy przed polskim Kościołem. Dostał nagle  ożywieńczą iskrę. Jako wspólnota znów zyskał męski, "walczący" pierwiastek. Staje się przez to bardziej atrakcyjny dla sporej części społeczeństwa. Tej nie lubiącej lewactwa i liberałów. Kto by pomyślał, że kibole będą bronić kościołów przed wielkomiejską patointeligencją...

Ale skąd się wzięła patointeligencja? Podczas tegorocznych wyjazdów wakacyjnych po Polsce, odwiedziłem m.in. Ponidzie - jeden z polski "krajów partyzanckich". I  nasłuchałem się opowieści o tym, co się tam działo w trakcie wojny. Toczyła się regularna wojna domowa. Wsie "kułackie", czyli wolnych i zaradnych chłopów, były matecznikiem AK i NSZ. Wsie folwarczne skomunizowanego BCh i AL. Ci z wsi folwarcznych (chłopaki z czworaków - w nawiązaniu do amerykańskiego serialu komediowego "Chłopaki z baraków")  uważali, że ukraść coś "kułakowi" to sprawiedliwość dziejowa. I toczyły się więc regularne starcia z tymi bandytami. W czasach PRL spora część ludności z wsi folwarcznych przeniosła się do wielkich miast. I te miasta zmieniły się w takie zbolszewizowane wiochy. To trochę tłumaczy np. renesans zainteresowania wśród lewicowej patointeligencji takimi postaciami jak Jakub Szela - określany przez laureata najnowszej nagrody Nike jako "polski Robin Hood".  I tu znów wracamy do korzeni zjawisk takich jak rewolucja i zbolszewizowanie. Poskrob dostatecznie mocno wielkomiejskiego "tolerastę" a wyjdzie z niego bolszewik z czworaków.

***
Dzisiejszy wpis miał być o czymś innym, ale pewnie nie wybaczylibyście mi gdybym nie wypowiedział się na tematy bieżące. Za tydzień oczywiście wpis powyborczy dotyczący USA. A później wracamy do tematyki phobosowej...

Możecie mnie czytać też na portalu społecznościowym Minds - daje tam niemal wyłącznie linki do artykułów dotyczących zagranicy (i fotki gołych panienek), ale tam cenzura nie obowiązuje, więc można wrzucać linki, które kasuje Facebook - m.in. do fotek, którymi Ruscy mogli szantażować Huntera Bidena.

***

A tymczasem miłego Halloween i fajnych przebieranek!



sobota, 24 października 2020

Valley Forge - zewnętrzna ingerencja w dzieje USA

 

Ilustracja muzyczna: Two Steps From Hell - Forgotten September

W amerykańskiej narodowej legendzie szczególne miejsce zajmuje Valley Forge. W tej dolinie w Pennsylwanii zimą 1777/1778 obozowała główna część Armii Kontynentalnej i jej dowódca gen. George Washington. Amerykańscy buntownicy byli wówczas w kiepskiej sytuacji. Armia po prostu marzła i głodowała. W tych "okolicznościach przyrody" doszło do spotkania generała Waszyngtona z Niezwykłym.

Flashback: Samael - Naprawdę fartowny generał



Relacji o tym, co się stało dostarczył świadek tamtych wydarzeń, weteran wojny o niepodległość Anthony Sherman. Opowiedział o tym m.in. pisarzowi Wesleyowi Broadshowi - 1859 roku, gdy miał 99 lat. Relacja została przedrukowana po raz pierwszy w 1880 r. w gazecie "The National Tribune", która później zmieniła nazwę na "The Stars and Stripes" i stała się oficjalnym organem armii USA. Ponownie przedrukowano ją w 1950 r. Sherman rzekomo był świadkiem rozmowy Waszyngtona z jednym z jego oficerów. Dowódca Armii Kontynentalnej wyraźnie poddenerwowany opowiadał, że w jego pokoju pojawiła się "piękna istota", które stała się "świetlista". "Owładnęła" jego umysłem i pokazała mu trzy wizje przyszłości. W pierwszej z nich wielka czarna chmura nadciągnęła nad 13 kolonii znad Atlantyku, ale po krótkiej ulewie się cofnęła. Oczywisty symbol. Później Waszyngton zobaczył jak cały obszar od Atlantyku po Pacyfik zapełnia się miastami i miasteczkami. W drugiej wizji "złowrogie widmo" nadleciało do USA z Afryki i opadło na miasta, miasteczka i farmy. Mieszkańcy Ameryki zaczęli walczyć ze sobą. Pojawił się jednak "anioł" ze świetlistą koroną, na której widać było napis "Unia". Trzymał w rękach miecz i flagę. Powiedział: "Pamiętajcie, że jesteście braćmi". Wojna się skończyła a walczący zaczęli się fraternizować. Potem nastąpiła trzecia wizja. Z Azji, Europy i Afryki napłynęły chmury, które połączyły się w jedną wielką, ciemną chmurę burzową, która ruszyły na Amerykę. Towarzyszyło temu "silne ciemnoczerwone światło". A na chmurze były "hordy uzbrojonych ludzi", którzy zaczęli pustoszyć Amerykę. Wówczas anioł zadął w trąbę i "z nieba zajaśniał blask tysiąca Słońc przebijając się przez chmurę". Z nieba zstąpiły też "legiony białych duchów" i włączyły się do walki po stronie Amerykanów. Inwazja została odparta.


Silne ciemnoczerwone światło w tej wizji wydaje się być oczywistą aluzją do globalnego komunizmu. Z tego powodu wizję przypomniano w "Stars and Stripes" w szczycie Zimnej Wojny, w 1950 r. Wówczas jednak Stalin i Mao nie mieli szans na przeprowadzenie inwazji na USA. Marksizm dokonał jednak inwazji na Amerykę w inny sposób - za pomocą "elit", wielkich korporacji, mediów i uniwersytetów. Pewna Struktura wewnątrz amerykańskiego Głębokiego Państwa starała się jednak programować opinię publiczną na wypadek konwencjonalnej inwazji. Scenariusz w którym dochodzi do regularnej komunistycznej inwazji na USA został pokazany m.in. w klasycznym filmie "Czerwony Świt" z 1984 r. (w remake'u z 2012 r. początkowo planowano pokazać chińską inwazję, ale by nie obrażać towarzyszy z Pekinu, zastąpiono ChRL Koreą Północną), czy też w grach "Homefront" oraz Call of Duty: Modern Warfare 2 i 3. Czyste sci-fi? No cóż, poważni badacze wskazują, że Chiny i USA mogą znaleźć się na wojennej ścieżce, podobnie jak Wielka Brytania i Niemcy w 1914 r. To tzw. pułapka Tukidydesa. A skoro Chiny są tak agresywne obecnie, to jak niebezpiecznym krajem mogą stać się w przyszłości? Nie da się też wykluczyć innego scenariusza. Z sondaży wynika, że dwie trzecie Amerykanów obawia się, że ich kraj jest na krawędzi wojny domowej. Czy gdyby do takiej wojny kiedyś doszło, to na terenie USA znalazłyby się siły "pokojowe" ONZ mające silny chiński oraz rosyjski kontyngent? Czy wizja snuta przez kolesi z ochotniczych milicji od lat 90-tych wreszcie by się spełniła?


Otwarta pozostaje kwestia tego, kto generałowi Waszyngtonowi objawił taką przyszłość Ameryki. Istota, która mu się rzekomo ukazała została później nazwana "Aniołem Wolności" - na XVIII wieczną modłę. "Legion białych aniołów" zstępujących z nieba w "blasku tysiąca Słońc" to również "zjawisko" opisane według ówczesnej siatki pojęciowej. Dzisiaj pewnie użylibyśmy innych słów. Bardziej technicznych. "Blask tysiąca Słońc" kojarzyłby się nam zaś jednoznacznie...

Z proroctwami i wizjami jest tak jednak, że niewiele z nich się sprawdza. Co powiedzieć więc o przepowiedni Josepha Smitha, twórcy religii mormońskiej, mówiącej o wojnie domowej w USA? Smith wygłosił ją w 1832 r. Mówił o wojnie pomiędzy Południem a Północą, która się zacznie w Karolinie Południowej. Południe miało wciągnąć do wojny inne kraje - w tym Wielką Brytanię. (Realnie wciągnęło ją jedynie w sposób hybrydowy.) Precyzja tej przepowiedni wyraźnie kontrastuje z innymi "wizjami" Smitha.  Aż pojawia się pytanie: kto go wtajemniczył w ten plan?


Smith był wyjątkowym oryginałem nawet na tle ówczesnego amerykańskiego, protestanckiego sekciarstwa. Zdołał stworzyć fanatyczną grupę wyznawców, która później prowadziła regularne wojny z rządem USA, czy też z władzami stanu Missouri (masakrując dwa miasta!) i mordowała osadników przejeżdżających przez swoje tereny. Ówcześni mormoni nie przypominali ani Mitta Romneya, ani tych przesadnie miłych kolesi, których wysyła się teraz w świat, by prowadzili działalność misjonarską.

 (Kiedyś z kolegą spotkaliśmy w warszawskim metrze młode mormonki - takie fajne "farmerskie blondynki" z USA. Przyznam, że tego typu misjonarki mogłyby przynieść duży sukces Kościołowi Jezusa Świętych Dni Ostatnich. Są dobrymi materiałami na żony - ułożone dużo lepiej niż inne Amerykanki, trzymające się z daleka od używek - nawet od kawy - i przede wszystkim akceptujące poligamię. Poszliśmy nawet do nich na "katechizację", ale niestety - a może na szczęście - efekt zepsuli ciotowaci młodzi misjonarze, których zachowanie mówiło "jesteśmy w pojebanej sekcie". Ale wyobraźcie sobie, że zamiast tych ciot pukują Wam do drzwi młode, ładne mormonki. Albo Mitt Romney i mówi: "Czy moglibyśmy porozmawiać chwilę o Jezusie i o Trumpie?" :) 


Smith wyprodukował też własne święte księgi na czele z Księgą Mormona - którą najprawdopodobniej zerżnął z powieści fantasy, której treść skopiował w drukarni, w której pracował.

Ale czy Smith rzeczywiście wszystko zmyślił czy też mógł mieć kontakt z jakimiś dziwnymi siłami? No cóż, prorok mormonizmu twierdził, że w 1823 r. spotkał "Anioła Moroni".  Owa świetlista istota miała być widziana również przez innych ludzi. Trzech świadków stwierdziło, że anioł rzeczywiście wręczył Smithowi złote tablice z czasów prekolumbijskich. Moroni był też określany jako "Nephi", co było zapewne odniesieniem do biblijnych "Nephilim". (Tylko skąd Smith znał takie trudne hebrajskie słowa?) W Księdze Rodzaju 6,4 jest mowa o nich jako o "gigantach", w kontekście "synów Bożych" mieszających się z "córkami człowieczymi". Jak wskazywał choćby Zecharia Sitchin bardziej poprawne tłumaczenie "nephilim" to "ci, którzy zstąpili z nieba". Oczywiście anioły, to w różnych religiach istoty zstępujące z nieba. Moroni twierdził jednak, że przybył z konkretnego miejsca na niebie - z Plejad! 



Gdyby Joseph Smith urodził się kilkadziesiąt lat później, zapewne robiłby karierę jako pisarz sci-fi. Tak jak np. Lafayette Ron Hubbard. A tak został twórcą mesjanistycznej religii. W doktrynie jego wyznania jest sporo akcentów sci-fi. Mormoni wierzą, że w Kosmosie istnieje mnóstwo zamieszkanych światów. Jedna z tych planet - Kolob - ma być siedzibą Boga. Mormońska doktryna mówi, że na tej planecie mieszkali: Bóg Ojciec (Elohim), Jezus oraz Lucyfer, którzy razem planowali stworzenie ludzi. Lucyfer jednak stanął na czele rebelii, co zapoczątkowało wielką wojnę w Kosmosie. I w tej wojnie Ziemia jest jednym z frontów. Tak, mormonizm to religia ufologiczna. Wierzenia mormonów były nawet inspiracją dla serialu sci-fi "Battlestar Galactica". Tego opowiadającego o tym jak sztuczna inteligencja stara się dorwać niedobitki rasy ludzkiej. Zresztą pisałem już o tym w serii Phobos...

Flashback: Phobos - Zasiewanie Idei

Flashback: Phobos - Obcy tacy jak my




W tym kontekście bardzo intrygująco brzmi tzw. Proroctwo o Białym Koniu wygłoszone przez Josepha Smitha. Mówi ono, że nadejdą czasy, w których Konstytucja USA "będzie wisiała na włosku". A Republikę uratują wysiłki "Białego Konia". Z jakiegoś powodu ów "Biały Koń" jest uznawany przez mormonów za mormońską starszyznę. Ale przecież to stworzenie ma wiele innych znaczeń mitologicznych i symbolicznych. W Apokalipsie św. Jana biały koń wiezie jeźdźca o imieniu Śmierć. W mitologii nordyckiej Odyn (Wodan) ma białego konia Sleipnira (Ślepnierza), w mitologii słowiańskiej na białym koniu jeździ Swentowit. Biały Koń jest też atrybutem Kalki - ostatniego, "wojennego" awatara wedyjskiego boga Wisznu. Zarówno w Nowym Testamencie, jak i w różnego rodzaju mitologiach Biały Koń jest więc symbolem wojennym. Czyżby więc chodziło o uratowanie Republiki przez jakąś część sił zbrojnych? Symbol Białego Konia ma m.in. 8 Pułk Kawalerii, którego trzy bataliony stacjonują w Fort Hood w Teksasie. 


Po wyborach prezydenckich sytuacja w USA zapewne zrobi się bardzo gorąca. Historia pokazuje, że czasem nawet jedna zdeterminowana jednostka wojskowa znajdująca się we właściwym miejscu i we właściwym czasie potrafi pokrzyżować plany zamachu stanu...

***

Pamiętacie jak dzielny czarnoskóry dżentelmen George Floyd poświęcił się za nas wszystkich i wstrzymał na parę miesięcy pandemię koronawirusa? Zrobił to prowokując tysiące do ludzi do wyjścia na ulice, a ekspertów i media do twierdzenia, że można już bezpiecznie uczestniczyć w wielotysięcznych zamieszkach. Ciekawe czy tak będzie również ze Strajkiem Esesmanek? Feministki od błyskawic wyszły w Warszawie na ulice wspólnie z lewactwem i liberałami, dlatego że uwierzyły w magię. Wierzą, że wirus nie roznosi się na protestach. "Wyborcza" i TVN też w to wierzą. Szamanizm XXI wieku - nie obrażając oczywiście prawdziwych szamanów z takich miejsc jak Mongolia czy Syberia. To prawdziwa rewolucja - w Poznaniu anarchiści pokłócili się, czy okupować pałac arcybiskupa, po czym rozeszli się wyzywając się od liberałów. 

Słychać kwik. Ale czy rzeczywiście warto kwiczeć w kwestii aborcji? No cóż, Kon-sty-tu-cja, w której znalazł się zapis o ochronie życia została napisana przez polityków SLD i UW. Patronowali jej Kwaśniewski i Geremek. Przyjęła ją w Sejmie lewica. Radio Maryja i Solidarność były przeciw. Interpretacja o ochronie życia od poczęcia to pomysł Marka Borowskiego. Zoll i Rzepliński określali aborcję jako morderstwo. Jeśli boli was tylna część ciała, to miejcie do nich pretensje. A jeśli nie chcecie się rozmnażać, to wykażcie się odrobiną rozsądku zamiast sięgać po aborcję. Jest mnóstwo metod antykoncepcji. Zresztą liberałów, komunistów i feministki zachęcam, by się nie rozmnażali - bądźcie eko i nie produkujcie dodatkowego śladu węglowego oraz nie przyczyniajcie się do kultywowania "białego przywileju". Poświęćcie się dla dobra Trzeciego Świata. Poza tym już sama nazwa "Strajk Kobiet" jest wykluczająca i transofobiczna. Marta Lempart w swoim małym, transofobicznym, zaściankowym rozumku nie pomyślała o tym, że nie tylko kobiety mogą mieć aborcję.

Co jednak w przypadku aborcji eugenicznej? Czy można abortować Downa czy dziewczynkę z Zespołem Turnera (a to znaczna większość przypadków aborcji eugenicznej)? Moim zdaniem osoby z niepełnosprawnościami mogą wnosić wiele do społeczeństwa. Zapewne Down byłby lepszym prezydentem Warszawy od "Gównianego Rafałka". Są jednak pewne wady płodu, które nie dają mu szansy na przeżycie ani na godne i świadome życie. W zmienionej ustawie aborcyjnej powinny więc zostać uwzględnione - jako przesłanka "zagrożenia życia i zdrowia". Inna sprawa, że najczęściej aborcja jest bardzo selektywna. Marta Lempart czy stalinowski synalek wicemarszałkini Nowickiej jakoś chodzą po świecie pomimo swoich ułomności. Mamy w Polsce mnóstwo debili, którzy normalnie żyją i nawet robią kariery akademickie, choć są istotami mniej wartościowymi od niejednego niepełnosprawnego. Ich jakoś nikt nie abortował. 

***

A w kolejnym odcinku - w Halloween - bonusowy odcinek serii "Phobos". O Chinach i ich tajnym programie kosmicznym.