sobota, 19 września 2020

Voodoo BLM, zombie Marksa i rewolucja w Ameryce

 

Ilustracja muzyczna: Godsmack - Voodoo

Ruch BLM jest traktowany jest przez mainstreamowe media jako "ruch protestu przeciwko systemowemu rasizmowi", niemalże niczym ruch praw obywatelskich z lat 60-tych na Głębokim Południu. Sami przedstawiciele BLM widzą jednak swoją misję inaczej. Patrisse Cullors, współzałożycielka tego ruchu, rozbrajająco szczerze stwierdziła: "jesteśmy wyszkolonymi marksistami". Nasuwa się  pytanie: wyszkolonymi przez kogo? 

Jest jednak również też ukryte jeszcze głębiej oblicze tego ruchu, które w areligijnym świecie Zachodu może na pierwszy rzut oka wyglądać dziwacznie. Oto bowiem "wyszkolona marksistka" Cullors przyznaje, że jest w kontakcie "z istotą duchową" o imieniu Whateesha (?). Liderzy BLM często przyzywają też inne duchy, które później "przez nich działają". Na poniższym filmie, od około 4:20 jest puszczona wypowiedź tej "wyszkolonej marksistki" na ten temat.


 

 Można odnieść wrażenie, że ona naprawdę wierzy w to co mówi. Jest święcie przekonana, że kontaktuje się z duchem o jakimś karykaturalnym imieniu. To pokazuje, że dawne afrykańskie wierzenia szamanistyczne nadal są żywe wśród społeczności afroamerykańskiej. Czy jednak nas to powinno zaskakiwać? W Nowym Orleanie i na prowincji w Luizjanie nadal się przecież odprawia ceremonie voodoo. Żywa jest również pokrewna, synkretyczna tradycja religijna - hoodoo.  Bojówkarze z Ku Klux Klanu nie bez przyczyny ubierali się w te długie białe szaty. Nawiązywali do wierzeń ludowych amerykańskich Murzynów - przedstawiali się im jako duchy. Jak widzimy jednak te ludowe wierzenia są silnie obecne nawet w dżunglach wielkich miast i na uniwersytetach. 

Czy powinno nas jednak dziwić to, że w jakąś magię pokrewną hoodoo bawi się "wyszkolona marksistka"? Przypomniał mi się fragment wspomnień polskiego zimnowojennego najemnika Rafała Gana-Ganowicza. Jego ludzie dorwali w latach 60. w Kongo szamana podburzającego plemiona do komunistycznej rebelii. Szaman miał na szyi wisiorek z zawiniątkiem, którego bardzo bronił, gdy go wzięto do niewoli. Najemnicy mu to zawiniątko odebrali i wyciągnęli z niego... dyplom medycyny Uniwersytetu Karola w Pradze, w komunistycznej Czechosłowacji. Wygląda jednak na to, że ta "wyszkolona marksistka" naprawdę wierzy w to, że ma kontakt z istotami duchowymi. No cóż, dokładnie w to samo wierzył stary okultysta Marks. 




Ciekawi mnie więc, czy z George'a Floyda zrobią w końcu zombie? (A może próbowaliby wskrzesić starego wampira z Cmentarza Highgate - samego Marksa? Jakiś meksykański kartel mógłby wówczas wykorzystać Trockiego w kulcie Santa Meurte...)

(Baj de łej: co na to "krześcijanie", którzy popierali BLM? Terlikowski chyba już nie może się zdecydować, czy będzie się modlił do cara Mikołaja czy do George'a Floyda? Ciekawe, czy gdyby George żył, to czy "hipsterkatoliczka" Jola Szymańska nagrałaby z nim film - czy raczej on z nią?)



"Zasadniczo pokojowe" protesty BLM odpowiadały, według badaczy z Uniwersytetu Princeton, za 91 proc. zamieszek w USA w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Te zamieszki bardzo szkodzą Czarnym. Zadymiarze  - często białe marksistowskie dzieciaki z bogatych rodzin - dewastują czarne dzielnice a przy okazji starają się przekonać Białych i Azjatyckich Amerykanów do tego, że segregacja rasowa powinna wrócić. Przy okazji uaktywniają się kryminaliści z gangów i uprawiają coś w rodzaju partyzantki miejskiej. Przykładem na to jest niedawna zasadzka na dwóch policjantów z LA.  Później pod szpitalem, w którym ratowano im życie odbyła się demonstracja, podczas której "wyszkoleni marksiści" z BLM krzyczeli, że chcą śmierci tych policjantów i blokowali dojazd do szpitala.  

Policjanci z Oregonu otwarcie mówią o tym, że antifiarze podpalają lasy w ich stanie.  W wyniku tych ogromnych pożarów spłonęło już pięć miasteczek. Niektórzy z antifiarzy udają strażaków.  Paru z nich wpadło na gorącym uczynku - tak jak ten koleś zatrzymany przez uzbrojoną kobietę.  

Mamy do czynienia z otwartą kampanią destabilizacji. Przypomniało mi się, jak weteran-konspirolog Sherman Skolnick (miejscami straszny lewak) pisał o tym, że niejaki Wang Jun - szef rezydentury chińskiego wywiadu wojskowego w USA - organizuje dostawy tanich kałasznikowów dla gangów w czarnych dzielnicach. Skolnick zauważył też, że gangi stosowały maoistowską, wykorzystywaną wcześniej m.in. przez Vietcong, strategię kontroli nad terenem. Wang Jun miał być zaś być bliski finansowo Clintonom. Chimerykę jak widać skrycie budowano przez kilka dekad. (A gangi trzeba wykorzenić metodami wojskowymi.) Na pracę chińskich tajnych służb nałożyła się działalność różnych fundacji i "organizatorów społecznych". Plus robota lewackich nauczycieli - którzy mimo ogromnych pieniędzy łożonych na każdego ucznia w wielkich miastach, jakoś nie potrafią ich nauczyć poprawnie pisać, czytać i liczyć. Za to ostro indoktrynują uczniów. (To akurat przykład z Wielkiej Brytanii, ale podobny: nauczyciel powiedział dziewczynce, że jej zdanie się nie liczy, bo jest biała i blond.)

Sam Faddis, były oficer CIA, nazywa ostatnią falę zamieszek w USA "insurekcją".  I mówi, że po wygranych przez Trumpa wyborach dojdzie do prawdziwej rewolucyjnej eksplozji. Michael Scheuer, były oficer CIA, który kierował polowaniem na Osamę bin Ladena, określa Antifę/BLM jako terrorystów i otwarcie wzywa, by do nich strzelać. Michael Caputo, były wysokiej rangi urzędnik trumpowskiego Departamentu Zdrowia, mówi, że zwolennicy Trumpa powinni "zainwestować w amunicję". (Twierdzi też, że w Centrum Kontroli Chorób znajduje się grupa urzędników sabotująca walkę z pandemią koronawirusa!) Roger Stone radzi zaś Trumpowi, by wprowadził stan wojenny po wyborach i dokonał aresztowań osób podsycających insurekcję. Ciekawe tylko, co wówczas zrobią wojskowi? W książce porucznika Boba Woodworda "Rage" (przeczytałem, całkiem ciekawa!) jest scena, gdy gen. Mattis mówi Danowi Coatsowi, byłemu Dyrektorowi Narodowemu Wywiadu (DNI), że nadejdzie czas, że będą musieli "podjąć kolektywną akcję" przeciwko prezydentowi. 

Na razie jednak, wbrew pogarszającym się sondażom, spiskowcy liczą na to, że Biden wygra wybory. A raczej, na to, że wygra Kamala. Joe Biden nie potrafi przeczytać prostego tekstu z kartki.  W jednym z przemówień rąbnął się i mówił o przyszłej "administracji Harris". Kamala też się myliła w podobny sposób. O ile można mówić o pomyłce. To ona byłaby de facto prezydentem u boku zdemenciałego Bidena. A sama pewnie byłaby tylko "słupem". Może nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale jej rodzinnym stanem - Kalifornią - rządzą od kilku dekad cztery blisko powiązane ze sobą klany: Brown, Newsom, Pelosi (Nancy Pelosi akurat weszła do tego klanu poprzez małżeństwo - jej ojciec szmuglował heroinę dla Myera Lansky'ego) i Getty. Tak, ci Getty z filmu "Wszystkie pieniądze świata". Kalifornia była polem do wielkich eksperymentów: ekonomicznych, demograficznych, obyczajowych i religijnych. Czy te eksperymenty przyniosły dobre skutki? Kalifornia to dziś stan kontrastów. Oligarchia technologiczna, niesamowite fortuny, a zarazem masa bezdomnych i narkomanów... Taka dystopia i poletko doświadczalne dla Chimeryki. (Spiskolog i Chehelmut na pewno podzielą się w komentarzach swoimi uwagami na ten temat.)

 
 



Przykładem działania Chimeryki jest choćby blokowanie przez Twittera postów dr Li-Meng Yan, chińskiej wirusolog twierdzącej, że Covid-19 został stworzony w laboratorium w Wuhan i celowo wypuszczony.  Co prawda dr Li w wywiadzie w Fox News podała bardzo niewiele konkretów, ale mamy już drugiego dezertera z ChRL, który chce się podzielić swoją wiedzą na ten temat. Terry Brandstad, do niedawna ambasador USA w Pekinie (znający Xi Jinpinga od ponad 30 lat!), otwarcie mówi, że chińscy komuniści okłamywali świat w kwestii pandemii i przez to doprowadzili do kryzysu. A to przecież dyplomata, który był znany z pojednawczego stanowiska wobec Chin. W książce "Rage" Woodworda dużo miejsca jest poświęcone reakcji administracji Trumpa wobec Covid-19. Trump mówił w lutym Woodwordowi, że to bardzo poważne zagrożenie i nie żadna "grypka". Jednocześnie jednak nie chciał siać paniki i uspokajał, że sytuacja jest pod kontrolą. W styczniu Matt Pottinger, z Rady Bezpieczeństwa Narodowego (były marine, były korespondent "WSJ" w Pekinie) zwracał uwagę administracji na to, że Chiny tuszują u siebie epidemię nowej niebezpiecznej choroby. Trump, dr Fauci oraz inni decydenci zgodzili się z jego argumentami. Problemem było jednak to, jak zareagować na tego syntetycznego wirusa. Eksperci medyczni wpadli więc na pomysł 15-dniowej kwaratanny, która podczas której miano sprawdzić "co się stanie". I wygląda na to, że odpowiedzi nadal nie znają...(Choć wybitny mikrobiolog dr Ivan Komarenko oraz inni ekspercie twierdzą, że "koronawirusa  nie wyizolowano", to w tej kwestii nie mają racji. Genom Covid-19 zmapowano już 10 stycznia.  Co więcej nowa choroba została przeanalizowana niedawno przez superkomputery, co pozwoliło zmienić rozumienie tego jak ona przebiega. Być może się więc dowiemy, czemu w jednych krajach mocno wszystkich kosi, a w innych przebiega dużo łagodniej.)

Sprawy covidowe mogą jeszcze oczywiście mocno zamieszać przy okazji wyborów w USA, ale republikanom wpadł dzisiaj duży prezent: śmierć sędziny Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg, weteranki ruchu feministycznego. Mitch McConnell, przywódca republikańskiej większości w Senacie, zapowiada, że jego izba szybko będzie głosować nad jej następcą. Jest szansa na powstanie silnej konserwatywnej większości w Senacie - nawet na dwie dekady.  Obecnie zasiada w Sądzie Najwyższym dwóch sędziów nominowanych przez Trumpa, dwóch przez Busha Jra, dwóch przez Obamę i jeden przez Clintona (rocznik 1938). A teraz wyobraźmy sobie, że Hillary wygrała w 2016 r. wybory prezydenckie (wiem, to śmiesznie brzmi :) i nominowała tam trzech sędziów. I to m.in. chodziło w wyborach prezydenckich z 2016 r. i dlatego demokraci tak silnie bóldupili przez ostatnie cztery lata...

***

Czytelnicy oczekują pewnie mojego komentarza dotyczącego ustawy futrzakowej i kryzysu w koalicji rządzącej. Podzielę się więc moimi paroma myślami.


Do zwierzątek mam "azjatyckie" podejście. Mogę bawić się z króliczkiem a po chwili dawać chińskiemu kucharzowi instrukcje jak zwierzaczka przyrządzić. :) Co prawda czuję pewien sentyment do niektórych zwierząt - kotów, koni, dzików, węży, rurkowców - ale już np. cierpienie psów mnie absolutnie nie rusza. Może w poprzednich wcieleniach byłem partyzantem Tity, dokonywałem ludobójstwa na Ormianach czy też pracowałem w "międzygalaktycznej bezpiece", ale tak po prostu mam. Zapewne Jarosław Kaczyński i Krzysztof Czabański bardzo mocno przejmują się losem wszystkich zwierząt. Nawet karaluchów, wijów, Stonóg i niebinarnych płciowo pająków z Nowej Gwinei. Ale ich emocje w żaden sposób nie powinny przesłaniać wyższych celów politycznych i arytmetyki wyborczej. Czy tym razem przesłaniają?

Ustawę o futrzaczkach i innych zwierzątkach uważam za kretyńską. Nie dlatego, że żal mi Januszów Biznesu od ferm norek. Te fermy to maleńki biznes, zatrudniający 900 ludzi płacących składki. Biznes bardzo często uciążliwy dla rolników z okolicznych wsi. Nie podoba mi się jednak, że ta głupia ustawa wyrzuca polską branżę mięsną z rynków bliskowschodnich zakazując uboju rytualnego. Zakaz ten jest argumentowany emocjonalnie - tym, że zwierzątka cierpią. Na tej samej zasadzie Sylwia Spurek z Zandbergiem mogą za dziesięć lat zakazać jedzenia mięsa. Równie głupie jest danie uprawnień kontrolnych organizacjom "prozwierzęcym" i "ekologicznym", które są przez ch... wie kogo finansowane i które zaszczuły m.in. prof. Jana Szyszko. Państwo powinno takim "społecznikom" dać kopa w dupę a nie uprawnienia kontrolne. Zupełnym kretynizmem jest natomiast zakaz trzymania psów na krótkiej uwięzi. To, co mają swobodnie gryźć ludzi i zwierzęta? Ten przepis musiał napisać jakiś liberalny wielkomiejski kretyn. Sprzeciw posłów Solidarnej Polski, Porozumienia i części posłów PiS przeciwko temu bublowi prawnemu był więc czysto zdroworozsądkowy. Zwłaszcza, że ta ustawa daje wiatr w żagle PSL i Konfie. PiS zamiast po nią sięgnąć, mógł zająć się czymś innym - np. sprawami mieszkaniowymi. Zyskałby przez to dużo więcej.

Do Ziobry i niektórych jego ludzi ("Moczary i Kempy" jak to określił Chehelmut) mam nastawienie krytyczne. (Choćby ze względu na ich zachowanie w 2011 r., śledztwo smoleńskie, śledztwa w sprawie zabójstwa Jaroszewicza i Papały.) Wielu ludzi jest tam jednak sensownych. Popieram też postulat przeciwstawiania się ideologicznemu zidioceniu, które płynie do nas Zachodu. Dochodzą do nas jednak sygnały, że "genialny strateg" Jarek chce tylko miękkiej (czyli wyglądającej tak jak upamiętnianie zwycięstwa nad bolszewikami) walki z tym zagrożeniem. Stawiam więc tezę, że JarKacz myśli o tym, by od 2023 r. PiS/Porozumienie rządziło w koalicji z SLD/Wiosną/Razem. Oba obozy dzielą kwestie historyczne (ale to się da ominąć - pamiętacie jak Miller odwiedzał płka Kuklińskiego a Kaczyński chwalił Gierka?), dotyczące polityki zagranicznej (też da się ominąć - pamiętacie jak Kwaśniewski kumplował się z Bushem?) oraz obyczajowe. Zauważcie, że Michał Moskal, szef Forum Młodych PiS zachowuje się jakby był asystentem Biedronia - chodzi mi oczywiście to, co i jak mówi. Metodą salami PiS będzie więc urabiany na bezobjawową chadecję w stylu CDU. I za parę lat różne Jachiry będą chwalić Jarosława jako wybitnego politycznego weterana. Jarosław wróci tam gdzie dawniej był - na ścieżkę wyznaczoną przez Jana Józefa Lipskiego.

Mam oczywiście nadzieję, że się mylę. 

Bo alternatywa też jest słaba. "Prawicowy jakobin" Ziobro upichcił niedawno zapaterstyczną Ustawę o Pozbawianiu Mężczyzn Mieszkań na Podstawie Pomówień ich Partnerek mylnie zwaną ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Być może Solidarna Polska połączy siły z Konfą. W Konfie jednak wciąż bardzo niezdrowa mieszanka pajdokracji, geopolitycznego zagubienia (silna miłość niektórych do Rosji i komunistycznych Chin), giertychowania, foliarstwa, sabatejstwa (gietrzwałdzka Szechina Gerszona Brauna), historycznego analfabetyzmu (wciąż walczą z sanacją!) i wiary w teorie ekonomiczne skompromitowane już 100 lat temu. Może się niektórzy z nich kiedyś wyrobią (już widzę postępy), ale jak na razie nie widzę prawicowej alternatywy dla PiS. 

Może gdyby była w Polsce partia islamska, to bym na nią za głosował. Dlatego, że po przejęciu władzy nie pierdoliłaby się ze środowiskami politycznymi, których głęboko nie lubię. I nikt w Brukseli czy Berlinie nie mógłby powiedzieć na nią złego słowa - bo to byłaby islamofobia. Chyba zostanę samozwańczym imamem - ale mój islam będzie prawdziwym islamem: czyli bez zakrywania twarzy lasencjom (no chyba, że z powodu pandemii), bez zakazu picia alkoholu i jedzenia wieprzowiny, bez obrzezania i innych bliskowschodnich głupot :) A jak mi ktoś powie, że to nie jest prawdziwy islam, to go nazwę "szyickim psem"!


sobota, 12 września 2020

Przestrzeń cislunarna - nowe pole bitwy

 



Newt Gingrich to jeden z najbardziej doświadczonych amerykańskich polityków. W Kongresie zasiadał od 1978 do 1999 r. W latach 1995-1999 był republikańskim przewodniczącym Izby Reprezentantów. Jednym z lepszych w historii. W 2012 r. próbował swych sił w republikańskich prawyborach prezydenckich i niestety przegrał z Roomneyem. Wcześniej robił karierę akademicką - jest profesorem historii i geografii. Od 2016 r. mocno wspiera Trumpa, a na jesieni 2019 r. napisał bardzo ciekawą książkę "Trump vs China", gdzie z dogłębną wiedzą opisuje wyzwania związane z konfrontacją USA z ChRL. Jeden z jej rozdziałów poświęca rywalizacji kosmicznej - i walce o coś, co nazywa "the new high ground", czyli o dominację nad przestrzenią cislunarną. 




Generał marines James Cartwright stwierdził, że przestrzeń cislunarna stanowi bramę zarówno do Księżyca jak i przestrzeni wokółziemskiej. Jest ona "punktem obserwacyjnym", z którego można kontrolować wszystko, co jest na ziemskiej orbicie. Ten, kto kontroluje przestrzeń cislunarną, kontroluje, co wylatuje z Ziemi w Kosmos i z Kosmosu na Ziemię. Może więc np. zniszczyć satelity innego państwa i sparaliżować jego system rozpoznania i komunikacji. Z książki Gingricha wynika, że oficjeli z amerykańskich sił powietrznych szczególnie niepokoi to, że Chińczycy będą mogli ukryć bronie antysatelitarne i inne systemy uzbrojenia na ciemnej stronie Księżyca. Wracamy więc do czasów pułkownika Corso - gdy US Army planowała budowę bazy wojskowej na Księżycu w ramach projektu Horizon, by ubiec przed tym Sowietów.





Chińska oficjalna strategia wojskowa z 2015 r. wyraźnie mówi, że przestrzeń kosmiczna i cyberprzestrzeń stanowią "nowe punkty dominujące w rywalizacji strategicznej". Ye Peijian, dowódca i główny projektant chińskiego programu księżycowego stwierdził: "Wszechświat jest oceanem, Księżyc jest Wyspami Diaoyu a Mars Wyspą Huangyan." Wspomniane przez niego Wyspy Diaoyu - nazywane też Wyspami Senkaku - stanowią przedmiot sporu terytorialnego pomiędzy ChRL, Republiką Chińską (Tajwanem) i Japonią. Huangyan to zaś jedna z wysepek w Ławicy Scarborough, która jest położona stosunkowo blisko wybrzeży Filipin, a do której rości sobie pretensje ChRL. Pekinowi jak widać nie wystarczy kupa słabo zagospodarowanego terenu w swoim interiorze oraz wszystkie lądowe i morskie tereny sporne z sąsiadami. Ma również ambicję projekcji swojej władzy na Księżyc i Marsa.




Chiński program kosmiczny jest oczywiście zdominowany przez wojsko i ma również swoje "ukryte" oblicze, takie jak badania nad laserowymi broniami antysatelitarnymi. Amerykanów niepokoi szybkość rozwoju chińskich technologii kosmicznych. Przejście od ich pierwszej misji załogowej (2003) do tymczasowej stacji kosmicznej Tiangong-1 (2011) zajęło im zaledwie 8 lat. A obecnie przymierzają się oni do wysłania na orbitę modułowej stacji kosmicznej Tianhe-1.  Do jej umieszczenia w Kosmosie miało dojść już w tym roku, ale ze względu na pandemię, przesunięto start na 2021 r. Chińczycy budują również teleskop kosmiczny o polu obserwacji 300 razy większym niż Hubble. W styczniu 2019 r. Chiny - jako pierwszy kraj w historii - umieściły natomiast swoją sondę (Chang'e 4) na Ciemnej Stronie Księżyca (gdzie odkryła tajemniczy żel w jednym z kraterów). Wcześniej była ona obszarem "niedostępnym" dla ludzkości.

I tutaj wracamy do zdarzeń opisanych w serii Phobos. 

Flashback: Phobos - Wielka Czerń (przypomnijcie sobie ten odcinek!)

Warto tutaj zadać pytania: kto wpuścił Chińczyków na Ciemną Stronę Księżyca? Czy ich niesamowity rozwój technologiczny z ostatnich lat był skutkiem kopiowania nie tylko zachodniej technologii, ale też wsparcia innych sił? Czy wdrażanie olbrzymiego totalitarnego systemu nadzoru społecznego opartego na sztucznej inteligencji jest elementem paktu towarzyszy z Pekinu z tymi siłami?

Muszę tutaj też przypomnieć słowa generała Sił Powietrznych Stanleya Kwasta o tym, że Chiny "już budują flotę w Kosmosie", mającą "kosmiczne ekwiwalenty pancerników i niszczycieli". Ten sam generał mówił, że Siły Powietrzne USA dysponują technologią pozwalającą przewieźć człowieka w dowolny punkt na Ziemi "w mniej niż godzinę".




Ogłoszenie przez Trumpa powstania Sił Kosmicznych USA jako nowego rodzaju sił zbrojnych być może jest więc najważniejszą decyzją podjętą przez prezydenta USA w czasie jego rządów. 


Ciekawie w tym kontekście wygląda wpis Igora Witkowskiego (który ostatnio bardzo dziwne rzeczy pisze, m.in. przekonując, że obecny kryzys na świecie jest stymulowany przez "kosmicznych opiekunów"). Witkowski napisał: "Wcześniej wspomniałem krótko o rozmowie z amerykańskim wojskowym, który odwiedził Warszawę. Mieliśmy rozmawiać o kwestiach dot. drugiej wojny światowej, bo wiedziałem, że to go interesuje, ale jak okazało się, że jest on w czynnej służbie, bierze udział w obecnych działaniach na terenie USA i jest obecny na odprawach sztabowych, to chciałem oczywiście dowiedzieć się od niego jak najwięcej o kulisach tego, co tam się dzieje - tych, których media nie opisują. Nieoczekiwanie rozmowa zeszła więc na nowe, równie ciekawe tory i wciąż myślę o tym, co usłyszałem. W pewnym momencie, już przed odjazdem, na parkingu, zadałem mu pytanie (dotyczące raczej oficerów ze sztabu): "Czy zauważyłeś cokolwiek, co świadczyłoby, że oni dopuszczają możliwość, że to co się dzieje, jest interwencją?"
Nastąpiła dłuższa chwila ciszy, po czym usłyszałem: "Jak Trump powołał do życia dowództwo sił kosmicznych w bazie Vandenberg [w grudniu 2019], to wyraźnie zaznaczył, że jest to drugie dowództwo". Mój rozmówca zasugerował w ten sposób, że oprócz "normalnego" wojskowego programu kosmicznego, stworzono drugi, bardziej utajniony - to miała być odpowiedź na pytanie, czy liczą się, że są obiektem interwencji...

Pobieżnie to sprawdziłem. powołano Space Operations Command (SPOC), które jednak nie pojawiło się "obok" dotychczasowych United States Space Force (USSF), ale je wchłonęło - 16 tys. żołnierzy i kilka baz. Po co więc ta zmiana?
Wygląda na to, że o ile poprzedni, reaganowski jeszcze program, był całkiem klasyczny (głównie satelity), to nowa struktura oparta jest na czymś innym - mianowicie na współpracy z enigmatyczną, nowopowołaną strukturą nazwaną Space Development Agency (SDA), to znaczy na zupełnie innych środkach technicznych, więc zarówno zakres działania, jak i cele, są inne. Można by oczywiście zadać sobie w tym miejscu pytanie "Czy Amerykanie mogą mieć coś naprawdę rewolucyjnego?", które jednak jest już bezprzedmiotowe, w obliczu ujawnionej w patencie antygrawitacyjnym US Navy (opisanym w jednym z wcześniejszych postów) przyznanym dwa lata temu, wiedzy o generowaniu antygrawitacji w naprawdę rewolucyjny sposób. To, co tam jest opisane, na pewno JEST NOWĄ FIZYKĄ. Co ciekawe, gdy Trump powoływał do życia ten nowy wojskowy program kosmiczny, to stwierdził "Wkrótce uzyskamy znaczną przewagę". W międzyczasie miesięcznik biznesowy Forbes zamieścił artykuł dający dodatkowy wgląd w inne aspekty amerykańskiego przełomu (ten link wklejam na końcu). Napisano w nim, że generator działa mniej więcej jak tokamak, przyspieszając plazmę w wirze, dzięki czemu wytwarza też energię (o samym takim powiązaniu pisałem np. w "Przemianach na Ziemi"). Forbes napisał, że "Człowiek kryjący się za tym awangardowym projektem US Navy, to badacz Salvatore Cezar Pais, który stał się znany po opatentowaniu nadprzewodników działających w temperaturze pokojowej i podejrzanie przypominającego UFO pojazdu opartego na technologii antygrawitacyjnej". Wygląda więc na to, że Amerykanie chcą się bronić... Gdy jeszcze miałem kontakt z tymi dziwnie zachowującymi się opiekunami (teraz już mają blokadę, na szczęście), to jeszcze na początku tego roku usłyszałem, że będzie konflikt, statki będą spadać, ale mają już układy samozniszczenia i nic nie będzie po nich zostawać... "

(koniec cytatu)

***

A tymczasem echa tej wielkiej kosmicznej rywalizacji widać również na polskim podwórku. Mech Wałęsa ("Bolek był maszyną!", "Mój Bóg pochodzi z wysokiej klasy komputera") opublikował na swoim profilu fejsowym coś takiego:



Cenckiewicz  skomentował to tym, że z akt wynika, że już podczas służby w wojsku Wałęsa okazywał wiarę w istnienie cywilizacji pozaziemskich. "Bolek" służył w wojsku w latach 1963-1965 w jednostce łączności w Koszalinie. Ufologia w Polsce była wówczas w powijakach - pierwsza publikacja prasowa na temat UFO pojawiła się dopiero w 1959 r. w "Wieczorze Wybrzeża". Pytanie, więc, czy Mech Wałęsa zetknął się z fenomenem UFO podczas służby wojskowej lub wcześniej? (Przypominam, że prezydenci USA Jimmy Carter i Ronald Reagan otwarcie mówili o swoich obserwacjach UFO.) 

Można by o tym nakręcić coś w rodzaju "Mrocznego Nieba" czy "X-files". Bezpieczniacki globalista "Bolek" oddający hołd obcej cywilizacji kontrolowanej przez sztuczną inteligencję...

***

Tymczasem popularny prawicowy bloger Sebastian Pitoń zrobił filmik poświęcony mojej teorii o śmierci Hitlera w zamachu z 20 lipca i pochowaniu go w Mauzoleum Tannenbergu pod Olsztynkiem. Przeczytał mój artykuł na ten temat w "Uważam Rze Historii" i jak można się przekonać bardzo mu się on podobał. Liczę na to, że lektura moich tekstów z gazet i bloga zainspiruje go jeszcze wielokrotnie. 

Dzięki serdeczne!



sobota, 29 sierpnia 2020

Mrs America vs Rewolucja w Ameryce

 


"Wygląda jak Barbie, mówi jak George Wallace" - tak feminiski (z dużą dozą zawiści) mówiły w latach 70-tych o Phyllis Schalfly, konserwatywnej działaczce, która postanowiła zablokować forsowaną przez nie Poprawkę o Równouprawnieniu (ERA). Phyllis został niedawno sportretowana w znakomitym (nie licząc ostatnich dwóch odcinków) serialu "Mrs. America". Grała ją tam Cate Blanchett. I zagrała ją równie wspaniale, jak Russell Crowe zagrał Rogera Ailesa w serialu "Na cały głos".


Feministki miały z Phyllis wielki ból d... W serialu widzimy jak podczas debaty Betty Friedan, nestorka ruchu, wrzeszczy na nią: "Spalę cię na stosie czarownico!". Słyszymy tam też z ich strony docinki w stylu "na pewno nie jest prawdziwą blondynką!". (W czym miały rację, bo na starszych fotkach - takiej jak zamieszczona poniżej jej fotografia ślubna - Phyllis jest brunetką.) Przede wszystkim nie podobało im się, że była ona kobietą sukcesu. Phyllis była przedstawicielką wojennego "Najwspanialszego Pokolenia". Gdy studiowała, dorabiała sobie jako inżynier balistyczny w fabryce amunicji. Później pisała prace naukowe dotyczące wojny nuklearnej. W 1964 r. napisała też bestsellerową książkę "A Choice Not an Echo" poświęconą kulisom wyborów prezydenckich w USA. Bardzo mocno angażowała się wówczas w kampanię Barry'ego Goldwatera. I w walkę przeciwko komunizmowi. A jednocześnie wychowała sześcioro dzieci i przedstawiała się  jako dumna gospodyni domowa. Wydawała niszowy, konserwatywno-antykomunistyczny biuletyn dla innych gospodyń domowych. I pewnego dnia postanowiła zwrócić uwagę opinii publicznej na niebezpieczeństwa związane z feministyczną poprawką ERA.


Jej aktywizm był początkowo uznawany za totalne wariactwo. ERA miała bowiem przytłaczające poparcie zarówno demokratów jak i republikanów. Nikt nie chciał się przeciwstawiać poprawce mówiącej o "równości". Phyllis zwracała jednak uwagę politykom na jedną ważną kwestię: w USA obowiązywało już wówczas ustawodawstwo przeciwdziałające dyskryminacji płciowej (w jej stanie jedynym dyskryminującym prawem był precedens zabraniający żonie warzenia piwa bez zgody męża :), po co więc dodatkowo poprawka do konstytucji? Zwróciła też uwagę, że w tekście poprawki nie pada nigdzie słowo o "prawach kobiet", tylko o "płciach". Wskazywała, że jest to wytrych dla wprowadzenia małżeństw homoseksualnych, neutralnych płciowo toalet i poboru dziewczyn do wojska. "Wasze córki poślą na wojnę, a synowie będą niańczyć dzieci. Wyobrażacie to sobie?". Wówczas wielu ludzi uznało, że ona przesadza. Phyllis zdołała jednak zmobilizować tysiące gospodyń domowych do walki przeciwko ERA. Uświadomiła im, że celem tej poprawki jest odebranie im pewnych przywilejów ekonomicznych pozwalających na prowadzenie takiego życia. (Feministki otwarcie mówiły, że chodzi im o wypchnięcie pań domu na rynek pracy a dzieci do przedszkoli.) W tej batalii po jednej stronie była grupka feministek mających ogromne wsparcie administracji (Nixona, Forda, Cartera), wielkiego biznesu i mediów a po drugiej garstka zdeterminowanych pań domu, które wręczały stanowym politykom własnoręcznie upieczone bochenki chleba z karteczkami "Dla zarabiających na życie, od tych, które sprawiają, że życie jest warte przeżycia". Kampania Phyllis okazała się zadziwiająco skuteczna. Ratyfikacja ERA przez stany opóźniała się. Kongres przyznał feministkom - łamiąc procedury - dodatkowe trzy lata na jej przeprowadzenie. Im mniej czasu na to było, tym feministki bardziej odchodziły od zmysłów i zachowywały się w sposób głupi i prowokacyjny, zrażając tym zwykłych ludzi. W jednym ze stanowych kapitolów obrzuciły stanowych kongresmenów torebkami ze świńską krwią. ERA oczywiście upadła.




Po obejrzeniu serialu "Mrs. America" przeczytałem kilka książek Phyllis m.in. "The Flipside of Feminism" i "Who killed the American Family?". Dają one niezły pogląd jak zmieniało się amerykańskie społeczeństwo a jednocześnie jak niezmienna pozostaje ludzka natura. Phyllis pokazuje m.in. na sondaże, które czy to w latach 70., 80., 90. i 00. wskazywały niezmiennie na to, że przeważająca większość kobiet myśli o małżeństwie i posiadaniu dzieci. I że zrezygnowałaby z pracy na rzecz dzieci i domu, gdyby miały taką możliwość. Amerykańskie kobiety oczywiście pracowały zawodowo na długo przed feminizmem i wszelkimi innymi -izmami. Bardzo rzadko stawiały jednak karierę zawodową na pierwszym miejscu - do czego ich przekonywały feministki. (W latach 50. wiele amerykańskich gospodyń domowych dorabiało sobie czy to szyciem czy to korepetycjami - zawsze jednak w małym wymiarze godzin i zwykle wtedy gdy dzieci były w szkole.) Współcześnie Amerykanki marnują lata swojej młodości na śmieciowe studia, na które się mocno zadłużają i śmieciowe prace, by spłacić to zadłużenie. A zegar biologiczny w tym czasie tyka... Te Amerykanki, które mają dzieci często wybierają płacę w niepełnym wymiarze godzin (i stąd cała mityczna "luka płacowa"), a gdy mają okazję poznać bogatszego męża przestają pracować (tak jak pewna bankierka inwestycyjna, która zakończyła karierę, gdy poznała lepiej zarabiającego od siebie finansistę.) Na rynek pracy wypychają je jednak potężne siły ekonomiczne i prawne. Po tym jak w latach 60. wprowadzono w Kalifornii tzw. "unilateral divorce" (rozwód bez doszukiwania się winy), coraz więcej kobiet chwytało się kariery zawodowej, by być zabezpieczonymi na wypadek porzucenia przez męża. Z drugiej strony mężczyźni mieli coraz mniej impulsów do małżeństwa. Małżeństwo jak wiadomo jest główną przyczyną rozwodów i utraty majątków. O ile w latach 70. Phyllis broniła instytucji alimentów jako słusznego zabezpieczenia dla kobiet, które RZECZYWIŚCIE pracowały w domu, to później piętnowała patologię systemu alimentacyjnego i przemysłu rozwodowego. (Np. to, że zakładnik, który był trzymany przez wiele miesięcy w Iraku przez terrorystów, po uwolnieniu i powrocie do USA został aresztowany na lotnisku, bo będąc w niewoli u al-Kaidy nie płacił alimentów.) Mężczyzn do małżeństwa zniechęca również przekonanie, że ich kobiety będą zaniedbywały dbanie o dom i dzieci i zrzucały obowiązki na nich. Dawniej to żona zajmowała się małym dzieckiem, a mąż brał nadgodziny, by opłacić potrzeby powiększonej rodziny. Teraz kobieta ma jak najszybciej wracać do śmieciowej, nisko płatnej pracy a mężczyzna ma iść na tacierzyński. Facet nie ma poczucia, że będzie nawet nominalnie rządził w domu. Jest razem z jedną kobietą od wielu lat. Ona chciałaby małżeństwa. A on obawia się, że jej boomerscy rodzice i system edukacji nawpychali jej tyle siana do mózgu, że małżeństwo z nią będzie pułapką. Amerykańska rodzina, taka jak w złotych latach 50., staje się gatunkiem wymarłym. A zarówno kobiety jak i mężczyźni nie potrafią się w tym odnaleźć.



Czemu wspominam więc o jakiejś zimnowojennej gospodyni domowej, która zahamowała feminizm na przełomie lat 70. i 80.? Bo ona zrobiła coś, co wydawało się niemożliwe. Opóźniła o 20 lat proces, w który potężne siły zainwestowały olbrzymie środki. Neutralne płciowo toalety, 56 płci, gejowskie małżeństwa (i oczywiście rozwody), genderowo-pedofilska indoktrynacja, neopurytanizm narzucany hetero, któremu towarzyszy afirmacja różnych queer i panseksualizmów, a także zaprzęganie kobiet do machiny wojennej - to wszystko już jest. Gdyby nie Phyllis i jej ruch, który mocno przyczynił się do wyboru Reagana na prezydenta, to byłoby już kilkanaście lat wcześniej. Do Reagana znajomy Bushów strzelał bynajmniej nie dlatego, że chciał zaimponować Jodie Foster...



Czy czegoś ten proces Wam nie przypomina? Niedawno pojawił się trailer gry "Call of Duty: Black Ops Cold War". Szokujące było to, że wykorzystano w nim fragment wywiadu z sowieckim uciekinierem Jurijem Biezemenowem. Fragment, w którym mówił o komunistycznym planie przewidującym przemianę Ameryki od środka. Pierwszy etap - demoralizacja - miał przebiegać przez 15-20 lat. Można przyjąć jej początek za rok 1965. Została ona jednak wyraźnie zahamowana na przełomie lat 70. i 80. i zamrożona na jakieś 20 lat. Drugi etap to destabilizacja. Za jej początek można uznać 2001 r. Trzeci to kryzys. Czwarty normalizacja - czyli wprowadzenie w Ameryce kryptokomunistycznej, represyjnej dyktatury. Biezemenow przedstawiał to oczywiście jako plan Moskwy. Moskwa pełniła w nim jednak tylko rolę pomocniczą. Główne centrum tej konspiracji było i jest na Zachodzie.




Obrazki, które widzimy ostatnio na ulicach amerykańskich miast sugerują, że mamy obecnie fazę trzecią - kryzysu. Zamieszki, bezprawie, obalanie pomników, bojówki Antify/BLM zachowujące się jak SA... Komunistyczna terrorystka Angela Davis otwarcie przyznaje, że to "test przed rewolucją".  Charles Faddis, przez 30 lat funkcjonariusz CIA, mówi o maoistowskiej strategii na ulicach.  Przykład na to mamy w miasteczku Kenosha - po tym jak policja postrzeliła agresywnego czarnego kryminalistę mającego w ręku nóż - zaczęły się tam zamieszki rasowe, w trakcie których antifiarscy bojówkarze przybyli z Chicago palili biznesy w czarnej dzielnicy.  Dwóch z nich zastrzelił w samoobronie 17-latek Kyle Rittenhouse. (Trzeciego ranił. Zraniony antifiarz przyznał, że żałuje, że nie zabił tego dzielnego nastolatka.) Jeden z zabitych antifiarskich kretynów - 36-letni Joseph Rosenbaum, był pedofilem figurującym w rejestrze przestępców seksualnych.   

Amerykanie mają szczęście. Mimo trwającej od lat kampanii mającej na celu odebranie im broni palnej, miliony zwykłych ludzi na suburbiach i terenach wiejskich dysponuje tam pukawkami. A 17-latki strzelają czasem lepiej niż żołnierze. Komunistyczno-rasistowskie zamieszki i przyzwolenie jakie one mają ze strony demokratycznych burmistrzów przyczyniły się zaś do zmniejszenia przewagi Joe Bidena w sondażach. Kenosha leży w Wisconsin, który jest "swing state". Miejscowi demokraci już się obawiają, że w ich stanie wygra Trump.  Choć machina medialna już od dawna ostro grzeje zwycięstwo Bidena, Hillary z jakiegoś powodu mówi, że Biden nie powinien uznawać swojej ewentualnej porażki w wyborach. 

Nasza dupoprawica szuka Katechona czy też Kutafona. A może pora uznać, że tymi, którzy uchronili nas przed znalezieniem się w dużo głębszym gównie niż jesteśmy byli tacy zimnowojenni bohaterowie jak Phyllis Schlafly czy płk Corso?


sobota, 22 sierpnia 2020

Kamala Harris - jak przez łóżko dostać się na szczyt

 


Joe Biden to 77-latek cierpiący na demencję, który startuje na prezydenta USA i ma bardzo duże szanse na zwycięstwo (pomimo tego, że jego przewaga w sondażach stopniała w ciągu miesiąca z 11 proc. do 4 proc.) Większość Amerykanów sądzi, że nie dożyje on do końca ewentualnej pierwszej kadencji.  Dlatego wybór przez niego kandydatki na wiceprezydenta jest taki ważny.



Podsuwano mu na to stanowisko Susan Rice, doradczynię ds. bezpieczeństwa narodowego Obamy w latach 2013-2017, a wcześniej ambasador przy ONZ i członka Rady Bezpieczeństwa Narodowego za Clintona. Rice była jednym architektów umowy nuklearnej z Iranem i współtwórczynią fatalnej polityki zagranicznej administracji Obamy. Jest ona człowiekiem z samego serca "Głębokiego Państwa" i establiszmentu. Dość powiedzieć, że jej ojciec zasiadał we władzach Fedu. Rice wyraźnie szykowała się na nominację, o czym świadczyła sprzedaż przez nią opcji Netflixa (zasiada ona w zarządzie tej spółki). Musiała więc być wk...na, gdy dziadzio Biden wybrał Kamalę Harris. 



Wybór niektórych zaskoczył, gdyż Kamala mówiła podczas prawyborów, że "absolutnie wierzy" kobietom oskarżającym Bidena o molestowanie seksualne i że Biden w latach 70. blokował jej ze względów rasowych możliwość korzystania ze szkolnego autobusu. W politycznym teatrzyku o takich rzeczach się jednak zapomina. A wybór Kamali ma pewną głęboką logikę...

Kamala Harris jest powszechnie przedstawiana jako "czarnoskóra" kandydatka. Tak właściwie, to jej ojciec był marksistowskim profesorem z Jamajki. (Szybko się rozwiódł i nie miał wpływu na jej wychowanie) Matka pochodziła zaś z rodziny tamilskich braminów. Kamala została więc wychowana jako hinduistka a na drugie imię ma "Devi". Jej dziadek P.V. Gopalan zasiadał w indyjskim rządzie w latach 60. Mężem Kamali Harris jest Douglas Emhoff, prawnik pochodzenia żydowskiego. Stąd Kamala pochwaliła się, że w rodzinie nazywają ją "mamele" - słowem z języka jidysz.  Tymczasem w chińskim komunistycznym dzienniku "Global Times" cieszą się z wyboru Kamali wskazując m.in., że "ma ona swoje chińskie imię He Jinli".



Od związków rodzinnych ważniejsze w jej przypadku były jednak związki uczuciowe. Karierę zrobiła bowiem przez łóżko. W 1994 r., gdy miała niecałe 30 lat, poznała 31 lat od niej starszego (dwa lata starszego od jej ojca), żonatego i mającego dzieci i wnuki, przez 15 lat przewodniczącego zgromadzenia stanowego Kalifornii Williego Browna. Brown był "bossem" Partii Demokratycznej w San Francisco a w latach 1996-2004 burmistrzem tego miasta. Był też politykiem afiszującym się luksusowym stylem życia i wielokrotnie obiektem najróżniejszych śledztw korupcyjnych. Gdy Kamala zaczęła z nim chodzić, załatwił jej dobrze płatne stanowiska w stanowej administracji. I podarował BMW. Gdy Kamala startowała w wyborach na prokuratora okręgowego a później prokuratora generalnego Kalifornii, sponsorzy kampanii Browna natychmiast rzucili się do finansowania jej kampanii. Oczywiście rodziło to wiele konfliktów interesów, bo Kamala im się później odwdzięczała. Jako prokurator doprowadziła m.in. do uwalenia zarzutów wobec Ricardo Ramireza, właściciela firmy Pacific Cement, który dostarczał "cement z odzysku" m.in. na potrzeby remontu mostu Golden Gate. Ramirez był przyjacielem burmistrza Browna. Podobnie uwaliła śledztwo w sprawie stręczycielstwa w jednej z sieci klubów ze striptizem. Zupełnie przypadkowo jej właścicielem był Sam Conti, długoletni przyjaciel burmistrza Browna. Brown nawet przemawiał później na pogrzebie tego alfonsa. (Zainteresowanych szczegółami odsyłam do książki Petera Schweitzera "Profiles in Corruption".) Jej mąż prawnik obsługiwał korporacje przeciwko którym biuro prokuratorskie Kamali prowadziło śledztwa. Jak się można domyśleć, zostały one łagodnie potraktowane. Harris wypuszczała z więzień niebezpiecznych bandziorów i nielegalnych imigrantów, ale wsadziła za kratki 2 tys. ludzi za drobne wykroczenia narkotykowe. Sama się później zaś chwaliła, że paliła skręty słuchając Tupaca. Sprawa tych narkotykowych aresztowań została jej wypomniana podczas prawyborów przez kongreswoman Tulsi Gabbard (również hinduistkę). To właśnie po tym Kamala odpadła z prawyborów.

Kamala Harris przedstawiała się w kampanii wyborczej jako twarda prokurator walcząca przeciwko przestępcom seksualnym. Była ona wcześniej oskarżana jednak o tuszowanie kościelnej pedofilii w Archidiecezji San Francisco.  Opisał tę sprawę m.in. Peter Schweitzer. Kamala blokowała dostęp do dokumentacji dotyczącej sprawy a jej biuro nigdy nie wniosło udokumentowanego oskarżenia przeciwko żadnemu pedofilowi w sutannie. Jak się okazuje, firmy prawnicze reprezentujące archidiecezję oraz instytucje powiązane archidiecezją wpłacały pokaźne datki na jej kampanię w wyborach na prokuratora.

Dziwnych związków jest w jej przypadku więcej. Co prawda Kamala krytykowała ugodę jaką kilkanaście lat temu Departament Sprawiedliwości zawarł z Jeffreyem Epsteinem, ale tego samego dnia, w którym wypowiadała te słowa krytyki, jej mąż organizował w Chicago imprezę dla sponsorów kampanii wspólnie z kancelarią reprezentującą Epsteina.  



W 2014 r. ślubu Douglasowi Emhoffowi i obecnej kandydatce na wiceprezydenta udzielała jej siostra Maya Harris.  Maya pracowała w ACLU i Fundacji Forda, a także w Center for American Progress, czyli think-tanku Johna "Pizzamana" Podesty. Z maili Podesty ujawnionych w 2016 r. przez WikiLeaks, znajduje się wzmianka o "pizza party" w domu Tony'ego Podesty, na które zaproszona jest Maya Harris. Jako specjalny gość jest wymieniony James Alefantis, właściciel "pizzerii" Comet Ping Pong. Po co koleś od pizzy na nieformalnym spotkaniu sztabu Hillary? Może dostarczył tam naprawdę dobrą pizzę...

Joe Bidenowi można wiele zarzucić. Ale na pewno nie to, że nie lubi dzieci.




***



Steve Bannon został kilka dni temu aresztowany. Oficjalnie za prostacki przekręt ze zbiórką pieniędzy na Mur na granicy z Meksykiem. Nawet jeśli to sprawka "Głębokiego Państwa", to jest sam sobie winny. A to ze względu na to jakie szkody wyrządził administracji Trumpa w kluczowym okresie przejęcia władzy.



Chris Christie, były gubernator New Jersey, w swojej znakomitej książce "Let Me Finish" dokładnie opisał jak Bannon wspólnie z Jaredem Kushnerem wyrzucił do kosza szczegółowy plan "rozruchu" nowej administracji. Tak, wspólnie z Kushnerem. Bo wówczas Bannon strasznie się przymilał Jaredowi oraz Ivance i wspólnie z nimi intrygował. Christie kierował wówczas zespołem przygotowującym przejęcie władzy. Jako popularny gubernator znał się na mechanizmach polityki jak mało kto w sztabie Trumpa. Wraz z zespołem specjalistów przygotował plan nominacji w Białym Domu i w nowej administracji. Plan w którym nie było miejsca dla różnych "leśnych dziadków", nevertrumpersów i ludzi z przypadku. ("Jakim cudem posadę w Białym Domu dostał później ktoś taki jak Omarosa?" - pytał w swojej książce Christie.) Przygotowano też serię rozporządzeń - będących do obronienia w sądach - z harmonogramem ich wdrażania . Gdyby ten plan został zrealizowany, chaos widoczny w pierwszym roku administracji Trumpa zostałby znacząco ograniczony. Nie byłoby w administracji hamulcowych takich jak Rex Tillerson czy generał Mattis. Prokuratorem generalnym nie byłby stary pierdoła Jeff Sessions i nie doszłoby do farsy z dochodzeniem Muellera. Niestety, Bannon pozbawił Christiego stanowiska szefa ekipy planującej przejęcie władzy. I wyrzucił do kosza segregatory ze szczegółowymi planami.

Gubernator Christie wskazuje, że Bannon był później największym sprawcą przecieków w Białym Domu. Co więcej, wiele z tych przecieków było konfabulacjami "głównego stratega", który karmił nimi m.in. Michaela Wolfa i Boba Woodworda.

Christie już na pierwszym spotkaniu z Bannonem zwrócił uwagę na jego arogancję. Ogromną jak nawet na standardy amerykańskiej polityki. Wkrótce po wyborach Bannon m.in. podyktował jednemu z autorów tekst książki, w której sugerował, że Trump to jego marionetka. Roger Stone wskazywał natomiast, że Bannon podczas kampanii wyborczej przypisywał sobie zasługi innych.

Za Bannonem nie przepadał też Anthony Scaramucci. W swojej książce "Blue Collar President" potwierdził, że przecieki były w bardzo dużym stopniu dziełem Bannona. "Główny strateg" dostawał przy dziennikarzach sraczki słownej a jednocześnie nakręcał prezydenta, by wojował z prasą. Z tymi samymi liberalnymi dziennikarzami, którym Bannon się codziennie spowiadał. Scaramucci żartował, że Bannon sam w zasadzie odpowiada definicji globalistycznego "cucka" - jako były oficer wywiadu marynarki wojennej, bankier inwestycyjny z Goldman Sachs i producent z Hollywood.

Negatywne zdanie o Bannonie miała też Melania Trump - czyli "oficer prowadząca" prezydenta. Uważała go po prostu za podejrzanego typa. I miała dobrą intuicję. Lub wiedzę operacyjną.

***

Późno się zorientowałem, ale to już 1002. wpis na tym blogu. "Bejrucki 911" był równo tysięcznym wpisem. Jak ten czas leci...

sobota, 15 sierpnia 2020

1920: Demokratyczny wróg wewnętrzny

 



Ilustracja muzyczna: Hungarica - Lance do boju


By zrozumieć, co się właściwie wydarzyło w sierpniu 1920 r., musimy przede wszystkim spojrzeć na to, kto był wówczas naszym sojusznikiem a kto wrogiem.



Sojuszników mieliśmy niewielu, ale każdy z nich był dla nas bezcenny. Walczyła wspólnie z nami petlurowska Ukraina, Węgry nam dostarczyły amunicji, przychylne stanowisko wobec naszej sprawy okazywały Łotwa, Rumunia i Stolica Apostolska. Francja z jednej strony sprzedawała nam sprzęt z demobilu, wysłała 700 "doradców wojskowych" i załatwiła zgodę Rumunii na transport amunicji z Węgier. Z drugiej strony jednak totalnie nie rozumiała, co jest stawką w tej grze i szkodziła nam dyplomatycznie. Utajonym sojusznikiem były Stany Zjednoczone. Nie tylko ze względu na udział w walkach na polskim niebie ochotników z Eskadry Kościuszkowskiej. Jeśli w Polsce nie było wówczas masowego głodu, to było w dużej mierze zasługą Herberta Hoovera i jego misji pomocowej. (Słabo zbadanym tematem jest finansowanie polskiego wysiłku zbrojnego przez banki z Wall Street. Ale jak widać, po hojnym wspieraniu bolszewików uznały one, że należy czerwony eksperyment zatrzymać w granicach pomniejszonej Rosji. A polska prometejska konspiracja dostawała w ten sposób zapłatę za swój udział w zniszczeniu od środka trzech wielkich imperiów.)



Naszym wrogiem w 1920 r. byli nie tylko bolszewicy.  Nie chodzi mi tutaj tylko o totalnie skurwione przywództwo Czechosłowacji (do Benesza idealnie pasuje określenie: "Pan jest taką kurwą, co każdemu dupy daje"), ani o upośledzone umysłowo władze Litwy (czy one naprawdę myślały, że dostają Wilno od Lenina zupełnie za darmo?). Do zadania nam ciosu w plecy szykowali się też Niemcy. Znany Wam Autor opisał to bardzo dokładnie w sierpniowym "Uważam Rze Historia" - można jego artykuł przeczytać na stronach "Rz".  



Jak czytamy: "Albert Grzesiński (w latach 1931-1932 szef policji w Berlinie, który chciał deportować Hitlera do Austrii), w lutym 1920 r. był świadkiem tajnej narady zwołanej przez von Seeckta, na której mówił on, że „rozpoczniemy ofensywę przeciw Polsce, by wyciągnąć dłoń do Rosji bolszewickiej.” Stwierdził na niej też, że „bolszewicy się ustatkowali” i „są obecnie bardziej na prawo od socjalistów niemieckich”. (...) 24 lipca Wolne Miasto Gdańsk, Niemcy, Austria i Czechosłowacja odmawiają tranzytu przez swoje terytoria transportów z bronią i amunicją dla Polski. „Polska jest naszym śmiertelnym wrogiem. Rosja Sowiecka uderza nie tylko w nią, ale jednocześnie przede wszystkim we Francję i Wielką Brytanię. Jeżeli Polska załamie się, cała budowla Wersalu runie. Możemy się uwolnić z kajdan Ententy, przy pomocy Rosji Sowieckiej, nie stając się zresztą ofiarami bolszewizmu” – pisze von Seeckt w memorandum do swoich podwładnych.

Przez północne Mazowsze prze ku Wiśle niosąc mord i pożogę 4 Armia Jewgienija Siergiejewa i 3 Korpus Kawalerii Hajka Byżyszkiana, ormiańskiego komunisty nazywanego Gaj-chanem. 12-13 sierpnia oddziały bolszewickie rozbijają polską obronę Działdowa. Najeźdźcy są entuzjastycznie witani przez niemieckich mieszczan. Fetuje ich niemiecki wiceburmistrz i mówi, że cieszy się z tego, że „wyzwolono” Działdowo spod „polskiego terroru”. „Z ręką wzniesioną do przysięgi, rzekł dowódca rosyjski: „Ślubuję, że nie prędzej opuścimy tę ziemię niemiecką, aż ją na nowo przysądzi się Niemcom”. Aż do późnej nocy koncertowała rosyjska orkiestra wojskowa, odgrywając rosyjskie piosenki ludowe i niemieckie marsze wojskowe” – pisał 21 sierpnia 1920 r. „Kurier Warszawski”.

Oddziałom sowieckim zostają wydane rozkazy zabraniające przekraczania dawnej granicy niemiecko-rosyjskiej z 1914 r., „z wyjątkiem korytarza gdańskiego”. Kreml wyraźnie już liczy na to, że Niemcy dobiją państwo polskie. Liczne incydenty graniczne potwierdzają to, że Niemcy są gotowi wkroczyć do akcji. Z polskich meldunków wynika, że podczas obrony Działdowa nasze pozycje oskrzydlił oddział 560 Niemców z 12 karabinami maszynowymi, który przeszedł przez granicę. 17 sierpnia Niemcy zajęli stację kolejową Biskupiec a w nocy z 18 na 19 sierpnia zaatakowali polską placówkę przy moście kwidzyńskim. Niemiecka piechota i artyleria koncentrowały się w okolicach Babimostu, Kargowej, Chodzieży, Zdun i Sulmierzyc. Na Górnym Śląsku od wielu miesięcy trwa niemiecki terror. 17 sierpnia, po tym jak prasa podaje fałszywą wiadomość o zdobyciu przez bolszewików Warszawy, dochodzi do ataku niemieckiego motłochu na siedzibę inspektora Komisji Międzysojuszniczej w Katowicach, starć z oddziałami francuskimi, zdemolowania siedziby polskiego komitetu plebiscytowego i linczu na polskim lekarzu. Polska Organizacja Wojskowa Górnego Śląska rozpoczyna więc w nocy 19 na 20 sierpnia powstanie i szybko opanowuje sporą część prowincji. Tymczasem na Warmii, Mazurach i Powiślu niemiecki terror, propaganda i niepewność do losów państwa polskiego sprawiają, że polską porażką kończy się plebiscyt decydujący o przynależności tych terenów. W lipcu i sierpniu 1920 r. dochodzi też do ataków niemieckich bojówkarzy na polskie instytucje we Wrocławiu."

(koniec cytatu)

W tym czasie "geopolityczny geniusz za dychę" Władysław Studnicki, przekonywał, że Niemcy jako jedyne nas obronią przed bolszewikami. Wystarczy tylko odpuścić im Śląsk, to od razu nas pokochają. Jasne... (Ciekawe, czy Piotr Zychowicz wspomni o tym epizodzie w swojej książce "Germanofil"?)

Niemieccy koloniści zachowywali się w 1920 r. podobnie jak w 1939 r. W zajętych przez bolszewików miejscowościach wydawali niewygodnych im Polaków w ręce komunistycznych siepaczy. Z bolszewikami sympatyzowała też spora część ludności żydowskiej, zwłaszcza tej z warstw biedniejszych. Jeden z naszych oficerów widział jak już na Placu Zamkowym, już po odparciu bolszewików spod Radzymina, "nadobne córy Izraela" rzucały w kolumnę bolszewickich jeńców pomarańcze i kwiaty. Zdarzało się natomiast, że na polskich żołnierzy żydowscy cywile lali z okien nieczystości. Minister spraw wojskowych gen. Sosnkowski dmuchał więc na zimne i internował 17 tysięcy żołnierzy i oficerów WP pochodzenia żydowskiego w obozie koncentracyjnym w Jabłonnej. 



Mniejszości narodowe można jeszcze jakoś zrozumieć. Polska była dla nich jakąś geopolityczną fanaberią, a przyzwyczaiły się przecież do życia w Rosji, Austrii czy w Niemczech. Dużo trudniej wyjaśnić ówczesną postawę części Polaków. I nie chodzi mi tu o komunistów i komunizujących lewicowców. Jak bowiem wytłumaczyć to, że bolszewicki RewKom w Łomży tworzyli wspólnie "anarchiści" (taki eufemizm na określenie miejscowych żuli), syjoniści i... endecy? Już sam sojusz syjonistyczno-endecki wydaje się być absurdalny, a tutaj mamy do czynienia z sojuszem pod czerwoną flagą, hasłami zniszczenia Polski i religii katolickiej. Jak nasrane w głowach musieli mieć więc miejscowi endecy, by coś takiego firmować swoimi nazwiskami?

Zachowanie endeckich polityków w 1920 r. było zresztą co najmniej kompromitujące. Pierwszy przykład z brzegu: wyjazd endeckiego premiera Władysława Grabskiego na konferencję Spa. Jechał tam, by uzyskać od Wielkiej Brytanii i Francji pomoc wojskową. Dostał tylko obietnicę, że mocarstwa będą mediować przy rozejmie pomiędzy Polską a Bolszewią. A w zamian, 10 lipca, zgodził się na to, by polska granica wschodnia była na Bugu, na tzw. linii Curzona (która powinna się nazywać linią Curzona-Grabskiego). Nasze wojska walczyły wówczas kilkaset kilometrów dalej na Wschodzie - pod Berezyną. Mieliśmy więc oddać za friko szmat terenu bolszewikom. Grabski zgodził się też na oddanie Wilna Litwie i Śląska Cieszyńskiego, Spiszu i Orawy Czechosłowacji. A także na negocjacje z pobitymi już dawno Ukraińcami w sprawie Galicji Wschodniej. Nic dziwnego, że po powrocie do kraju został totalnie zjechany przez wszystkie stronnictwa od prawa do lewa. Nawet Dmowski wzywał do dymisji pradziadka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Oczywiście, gdy ponad 20 lat później pojawiała się znów kwestia polskiej granicy wschodniej, to nasi wrogowie argumentowali, że przecież "polski rząd zgodził się na linię Curzona w Spa". 

Mieliśmy wówczas ogromne szczęście, że bolszewicy nie chcieli zadowolić się linią Curzona-Grabskiego. Odrzucali zachodnie próby mediacji konsekwentnie prąc na Zachód. Brytyjczycy i Francuzi wysłali więc swoją misję do Polski, bo wykombinowali sobie, że jak mocniej nacisną na Polaków, to uzyskają upragniony pokój.  Lord Maurice Hankey, członek Misji Międzysojuszniczej pisał wówczas do premiera Lloyda-George'a (tego kolesia, co sprawił, że Imperium Brytyjskie stało się zadłużone po uszy u Amerykanów), że celem działania Misji jest zastąpienie Piłsudskiego bardziej spolegliwym przywódcą. Hankey pytał się Paderewskiego (który wcześniej przygrywał na pianinie do okultystycznych ceremonii w Bohemian Grove), kim można zastąpić Piłsudskiego. Paderewski rekomendował Dmowskiego na nowego premiera i przedstawił listę dowódców mogących stanąć na czele armii. 10 sierpnia na konferencji w Hythe, alianccy dowódcy żądają dymisji Piłsudskiego i zastąpienia go swoim figurantem, który zapewne od razu zaproponowałby bolszewikom rozejm. Piłsudski 12 sierpnia przed udaniem się do kwatery w Puławach wręcza nowemu premierowi Witosowi dymisję, która ma być przyjęta i ogłoszona jedynie na wypadek przegranej wojny, jako ostatnia deska ratunku. 



Cofnijmy się jednak o kilka dni... "- Społeczeństwo poznańskie obserwuje z głęboką troską niepojęte wydarzenia na froncie, a nie rozumiejąc, co się dzieje, dopatruje się zdrady i zdradę tę widzi tutaj – mówił ks. Stanisław Adamski na posiedzeniu Rady Obrony Państwa 6 sierpnia 1920 r. Mówiąc o zdradzie wskazywał palcem Józefa Piłsudskiego. Środowiska endeckie otwarcie wówczas wzywały do stworzenia odrębnej armii dzielnicowej w Wielkopolsce i na Pomorzu, która byłaby podporządkowana władzom lokalnym w Poznaniu. Do listy problemów przeżywanych przez Polskę dołączył separatyzm. Piłsudski próbując uspokoić poznańskich endeków, wyznaczył gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego, byłego dowódcę Wojska Wielkopolskiego, na dowódcę Frontu Południowego. Dowbór-Muśnicki odmówił twierdząc, że „nie będzie wykonywał głupich rozkazów Piłsudskiego”.


6 sierpnia gen Kazimierz Raszewski, powstaniec wielkopolski i zarazem wojskowy wywodzący się z armii pruskiej (gdzie dosłużył się stopnia pułkownika), zostanie mianowany dowódcą 2 Armii nad Wisłą. Nominację szybko jednak cofnięto a Piłsudski wyznaczył go 10 sierpnia na dowódcę Okręgu Generalnego Poznań, a dwa dni później dodatkowo na dowódcę Okręgu Generalnego Pomorze. „Otrzymałem rozkaz udania się do Poznania, aby objąć dowództwo nad armią zachodnią, która miała powstać na terenach województwa poznańskiego i pomorskiego” – wspominał gen. Raszewski.

(...) Wiemy, że na podległych Raszewskiemu terenach powstało w bardzo krótkim czasie pięć pułków ochotniczych. Zdołał również zmobilizować do wysiłku obronnego tysiące członków Zachodniej Straży Obywatelskiej, policjantów, harcerzy, członków Drużyn Kościuszkowskich i robotników. Zorganizował transport materiałów wojennych z Pucka w głąb kraju, dysponując szczupłymi siłami stworzył obronę linii Wisły (częściowo opierającą się na twierdzach w Toruniu, Fordonie i Grudziądzu) i wzmocnił ochronę granicy z Niemcami. Przede wszystkim jednak wydał nieprzyjacielowi walną bitwę pod Brodnicą, w trakcie której rozgromił wysuniętą do przodu bolszewicką 12 Dywizję Strzelców.

(...)

Generał Raszewski był bez wątpienia jednym z autorów polskiego wielkiego zwycięstwa z sierpnia 1920 r. Zwycięstwa, które zapobiegło wówczas kolejnemu rozbiorowi naszego kraju. Przyczynił się też do uspokojenia separatystycznych nastrojów w Wielkopolsce podsycanych przez część polityków, szykujących się na wypadek klęski pod Warszawą. Szokująco brzmi w tym kontekście znaleziony przez Wojciecha Zawadzkiego w teczce poświęconej generałowi Raszewskiegmu wycinek prasowy („Historie Rokoszańskie”, bez tytułu prasowego i daty wydania): „Przez ową domową potrzebę rozumieli Wielkopolanie wojnę domową, którą wzniecić chcieli, Naczelnika Państwa obalić i na godność wynieść przywódcę wichrzycieli, niejakiego Romana Dmowskiego. Ten, gdy mu choroba nieuleczalna siły umysłowe odjęła (...), na zwycięstwie moskiewskim i klęsce Rzplitej wyniesienie się własne zakładał. Jakoż z zagrożonej przez nieprzyjaciela Warszawy do Poznania się przeniósł, tu sobie kwaterę obrał i z jego podpuszczenia działo się całe poczynanie obałamuconych Wielkopolan. Gdy wbrew jego nadziei Moskwicin od Warszawy odparty i ku rubieżom Polski odpędzony został, Dmowski w Poznaniu konfederacyę tajną zawiązawszy, wojnę domową sposobił. Aliści regimentarz poznański, generał Raszewski, jedyny Wielkopolanin rodem między wodzami polskimi, wierności Rzeczypospolitej dochował i tworzącego się pod jego dowództwem wojska wielkopolskiego do rokoszu wciągnąć nie pozwolił.

(koniec cytatu)



Czy rzeczywiście endecy chcieli powołać w 1920 r. konkurencyjny rząd polski w Poznaniu? Faktem jest, że mówiono wówczas o tym otwarcie. Później pisał o tym jako o poważnym zagrożeniu gen. Sosnkowski w prywatnym liście. Dmowski "ewakuował się" do Poznania 4 sierpnia i zaczął tam intensywnie wiecować. Bogdan Urbankowski pisał o ówczesnych wydarzeniach: "Porzuciwszy po nieudanej próbie obalenia Piłsudskiego (19 lipca) Radę Obrony Państwa, przywódca narodowej demokracji przebywał jakiś czas w Drozdowie, gdy zbliżyli się bolszewicy- wyjechał do Poznania. Przybył tu 4 sierpnia... natychmiast też rozpoczął ożywioną, choć zakulisową działalność. Publicznie wystąpił 9 sierpnia w sali koncertowej Uniwersytetu... Dwa dni później odbył się kolejny wiec, na który wpuszczano już tylko z zaproszeniami. Wiec odbył się w sali Ogrodu Zoologicznego (...). Od zoologicznego szowinizmu ważniejszy był jednak program - a był to program stworzenia nie tylko rezerwowej "Armii Zachodniej", lecz także rezerwowego, a w przyszłości głównego, ośrodka władzy. Poznańska Gazeta Wieczorna ujawniła nawet skład przyszłego gabinetu: Naczelnik Państwa - Paderewski, Prezes Rady Ministrów - Dmowski i Naczelny Wódz - Józef Haller; Szef Sztabu - Dowbor-Muśnicki".

 Scenariusz byłby pewnie taki: Warszawa pada, endecy ustanawiają rząd w Poznaniu i "armię dzielnicową" a potem proszą Entantę o wsparcie. Dostają z Londynu i Paryża jedynie wezwanie do pilnego zawarcia pokoju z bolszewikami. A wówczas do akcji wkraczają Niemcy i dokonują inwazji. "Genialny plan "pana Romana" idzie się j...ć a endecy po raz kolejny pokazują, że niewiele rozumieją z polityki międzynarodowej. Kolejny "geniusz geopolityczny" -  Studnicki przekonuje zaś, że Niemcy teraz odbudują państwo polskie - w granicach od Bzury po Ural. I po stu latach połową Polski rządzi Baćka a drugą połową Angela Merkel i ubogaca ją kulturowo inżynierami z Somalii. A endecy, nie mając większych problemów na głowie, by nadal bóludupili jaki zły był Piłsudski...

Zwróćcie uwagę na liczne podobieństwa pomiędzy sytuacją w sierpniu 1920 r. a we wrześniu 1939 r. W obu przypadkach mamy do czynienia z sojuszem niemiecko-sowieckim, zdradą Zachodu i mniejszości narodowych a także knowaniami ówczesnej "opozycji totalnej". W 1920 r. knuli idioci od Dmowskiego, a w 1939 r. od Sikorskiego. Na szczęście Sowietom zabrakło wówczas organizacji a Niemcom odwagi, by nas pokonać.



"Zwietrzały dowcipniś Lloyd George ubolewał obłudnie w parlamencie angielskim nad losem Polski, – a po cichu wyciągał rękę ku bolszewikom w nadziei nawiązania z nimi stosunków handlowych. We Francji koła ultraradykalne (w gruncie rzeczy sparszywiałe, z wszelkiej szlachetnej idei wyprane ramoty) usiłowały zakrzyczeć, zawrzeszczeć, zdusić w zarodku wszelką myśl o pomocy dla Polski! Nawet przydzielony nam Gdańsk odmawiał wyładunku amunicji. „Niestety”, tych biednych, srodze o pokój zatroskanych, handlarzy pieprzu i idei, srogi spotkał zawód. Różne blaty niemieckie zapowiedziały upadek Warszawy na 15 sierpnia 1920 r. A tu, prawie że nazajutrz rozpoczęła się wspaniała ofensywa polska, w genialny sposób obmyślona i przygotowana przez naczelnego wodza. Marsz. J. Piłsudskiego. Południowa grupa manewrowa, prowadzona przez gen. Rydza Śmigłego – któremu naczelny wódz poruczył wykonanie najtrudniejszego zadania – zadała wrogowi w ciągu kilku dni decydujący cios, miażdżąc plany i armie nieprzyjaciela.

"Narodowy Socjalista", nr 9, wrzesień 1935 r.

Dupoendecja nie poprzestała jednak na tragikomicznej próbie budowania separatystycznego rządu w Poznaniu. Jak tylko okazało się, że wygraliśmy bitwę błędnie zwaną warszawską (tak naprawdę toczącą się od Lwowa po granicę pruską), zaczęła kreować francuskiego gen. Maxime'a Weyganda na głównego zwycięzcę. Weygand był mocno zdziwiony, gdy Stanisław Stroński (endek i zarazem mason Wielkiego Wschodu) zorganizował mu pod hotelem w środku nocy uroczystości ku jego czci... Gdy wersja z Weygandem okazała się zbyt głupia, by się utrzymać (Weygand zawsze twierdził, że to Piłsudski był autorem zwycięstwa), wymyślono wersję mówiącą, że to generał Rozwadowski był wodzem naczelnym w miejsce Piłsudskiego, który "złożył dymisję i wyjechał do kochanki". Jakimś dziwnym trafem jednak, ani gen. Sikorski, ani Haller, ani Dowbór-Muśnicki, ani Zagórski, ani żaden inny generał będący wrogiem Piłsudskiego nie sięgnął po tę wersję. Każdy z nich wiedział bowiem, że jest ona kretyńska. Zgodnie z ówczesnymi regulacjami wojskowymi szef sztabu generalnego nie miał bowiem możliwości pełnienia roli głównodowodzącego. Co więcej, zachowana korespondencja wskazuje wyraźnie, że wszyscy polscy dowódcy - z Rozwadowskim włącznie! - uznawali wówczas Piłsudskiego za wodza naczelnego. Co więcej, Rozwadowski w uniżony sposób pisał podczas kontrofensywy znad Wieprza, że "wszystko się układa dokładanie tak jak Pan Komendant przewidział". (Zainteresowanym rzeczywistą rolą gen. Rozwadowskiego w wydarzeniach z sierpnia 1920 r. polecam ten artykuł.) Rozwadowskiego "naczelnym wodzem w bitwie warszawskiej" mianował dopiero wiele lat po tej bitwie Jędrzej "Kretyn" Giertych.



Pół biedy, gdyby endecy poprzestali tylko na wymyślaniu głupich teoryjek o przebiegu wojny z bolszewikami. Niestety odegrali też kluczową rolę w negocjacjach pokojowych w Rydze, w trakcie których oddali bolszewikom m.in. Mińsk i Kamieniec Podolski. Dodam, że Mińsk był zdobyty w październiku 1920 r. przez Wojsko Polskie, a miasto miało mocno polskie oblicze. Stanisław Grabski, endecki negocjator tego haniebnego traktatu, został nazwany przez jednego z ziemian zza Zbrucza "Kainem". Ten rusofilski arcyszkodnik był później członkiem komunistycznej KRN. Leszek Moczulski był jego studentem w końcówce lat 40. I zapamiętał jak Grabski mówił, że tak właściwie to Stalin zrealizował cele endecji z 1914 r. - czyli granice na Odrze i Nysie oraz państwo polskie będące protektoratem Rosji...

"Kiedy znów w 1914 roku, zaraz po wybuchu wojny, by­łem na herbatce u p. Grabskiego, ówczesnego członka zarządu Narodowej Demokracji, na której było kilku członków zarządu tego stronnictwa to p, Grabski z całą kategorycznością dowo­dził, że ze względów ekonomicznych Polska Niepodległa, odcięta granicą od Rosji, utrzymać by się nie mogła i że z tych powodów Nar. Demokr. nie tylko nie dąży do niepodległości, ale przeciwnie, gdyby tylko ktokolwiek bądź taką koncepcję wysunął, ona by ją udaremniła. (...) To było powodem, że cała prawica przeklinała i z błotem mie­szała Witolda Gorczyńskiego za to, że się odważył poza pleca­mi N ar. Dem. tworzyć legjony. Psuło to Dmowskiemu jego po­litykę, polegającą chyba na chęci wykazania, że naród jest stadem lojalnych i biernych baranów."

Jan Pękosławski

U Grabskich głupota jest chyba genetyczna. (Warto przypomnieć sobie jak faszyzujący prawicowiec Jan Pękosławski miażdżył politykę gospodarczą Władysława Grabskiego - opisałem to w jednym z wpisów w serii Restituta. ) Ale nie tylko u nich. Można sobie wyobrazić endeków z łomżyńskiego RewKomu tańczących w kółeczku taniec weselny z towarzyszami pochodzenia żydowskiego, Grabskiego i Giertycha tańczących razem z Bermanem i Szechterem, Pińskiego ze Szwejgiertem, Wilka z Tęczowym Rafałkiem i sabatejskiego reżysera z Margolcią...

***


10 sierpnia zmarł mój redakcyjny kolega, jeden z największych polskich historyków - Dariusz Baliszewski. Dużo rozmawialiśmy na najróżniejsze tematy - o zamachu w Gibraltarze, tajemnicy śmierci marszałka Śmigłego-Rydza i prezydenta Starzyńskiego, o Berlingu, Berii... Ostatni raz zadzwoniłem do niego w czerwcu. "Ależ nie musimy już szukać zabójców generała Sikorskiego! Ja już ich dawno zidentyfikowałem!". Mówił wówczas, że będzie miał operację serca, a gdy dojdzie do zdrowia to mnie do siebie zaprosi i pokaże mi dokumenty. Miał jeszcze tyle projektów do zrealizowania... Mówił m.in. o chęci napisania książki o śmierci marszałka Śmigłego-Rydza. No cóż, teraz spotyka się z bohaterami swoich publikacji w innym świecie. Teraz w pełni rozumiem spirytystów, którzy szukają kontaktu z duchami zmarłych. Tacy ludzie jak Dariusz Baliszewski to przecież żywe archiwa...

Mówiłem mu podczas naszej ostatniej rozmowy. "W tradycji konfucjańskiej, życie ludzi starszych jest najcenniejsze. Gdy statek tonie, w pierwszej kolejności ratuje się starców a w ostatniej dzieci. Dzieci można zawsze zrobić nowe, a doświadczenia i wiedzy starszych nie da się zastąpić". "Co Pan mówi! Młodym pozwolić zginąć, a takiemu staremu dziadowi jak ja żyć?!". 

R.I.P.