sobota, 16 września 2017

Największe sekrety: Pontifex - Non abiamo bisogno

Ilustracja muzyczna : Linked Horizon - Shinzou wo Sasageyo! - Shingeki no Kyojin Seson 2 Opening 

Najbardziej poszukiwanymi specjalistami na świecie są obecnie faszyści. Zewsząd jesteśmy przekonywani, że demokratycznemu światu zagraża "Fa-fa-fa-faszyzm!". Problem jednak w tym, że podaż klasycznych faszystów jest zbyt mała w stosunku do popytu.W rolach faszystów próbuje się więc obsadzić wszystkich od Trumpa poprzez PewDiePie po żabę Pepe. (Gdybym był Wilkiem z Wall Street, rozkręciłbym prawdziwy faszystowski biznes - oparty na mechanizmie "pump and dump" :)



W latach 20-tych i 30-tych było nieco inaczej. Zarówno popyt jak i podaż faszyzmu się gwałtownie rozszerzały. Ekscytowanie się klasycznym, włoskim faszyzmem należało do dobrego tonu wśród światowych elit. Benito Mussolini był supergwiazdą porównywalną z Barackiem Obamą w pierwszej fazie jego rządów. "To największy geniusz naszych czasów!" - mówił o Duce Thomas Edison. "Niestety nie jestem supermenem takim jak Mussolini" - żartował sobie Mahatma Gandhi, skądinąd wielbiciel włoskiego faszyzmu. "Cóż za człowiek! Skradł me serce!... Faszyzm świadczy dziś usługi dla całego świata... Jestem pewien, że gdybym był Włochem byłbym z Tobą  całym swoim sercem od początku zwycięskich walk przeciw bestialstwu leninizmu." - pisał do Mussoliniego Winston Churchill. "Dla Benito Mussoliniego, od starego człowieka, który wita władcę, Bohatera Kultury" - napisał włoskiemu przywódcy w dedykacji dr Sigmund Freud. "Potrzebujemy człowieka takiego jak Mussolini" - mawiał Albert Henry Gary, jeden z założycieli koncernu US Steel. Podziwiali Mussoliniego zarówno Roosevelt jak i jego zafascynowany faszyzmem współpracownik gen, Hugh "Ironpants" Johnson i mówili zaufanym, że realizując New Deal opierają się m.in. na doświadczeniach faszystowskich Włoch. Lenin i Trocki narzekali, że stracili tak wielki talent jak Mussoliniego - jedynego przywódcę mogącego wywołać rewolucję we Włoszech. Cole Porter śpiewał zaś w swoim znanym szlagierze:

" You're the top! You're the Great Houdini!
You're the top!
You are Mussolini!"




Duce był więc dla amerykańskich i światowych elit oraz ludu podobnym celebrytą jak Henry Houdini, Rudy Valentino czy Ignacy Jan Paderewski. Idee Mussoliniego był  natchnieniem dla artystów - szczególnie dla wychwalających "masę, miasto, maszynę" włoskich futurystów. (Polecam scenę z filmu "Vincere" - wizytę Mussoliniego na wystawie futurystów - od 40:02. Futuryści marzyli o społeczeństwie funkcjonującym jak maszyna, o wierszach produkowanych w fabrykach i o sztuce tworzonej przez maszyny. Z pewnością spodobałaby im się dzisiaj Hatusne Miku, vocaloidy i Kizuna Ai :). Mussolini był człowiekiem znajdującym się w samej awangardzie postępu. Człowiekiem, który mówił przy tym, że zależnie od okoliczności jest konserwatystą albo rewolucjonistą.



Wszystko wskazywało, że będzie on największym w historii Włoch wrogiem Kościoła Katolickiego. Był ateistą i antyklerykałem pochodzącym z radykalnie socjalistycznej rodziny. Imię dostał na cześć meksykańskiego, antyklerykalnego prezydenta Benito Juareza. Nieustannie psioczył na chrześcijaństwo, napisał książkę pod tytułem "Kochanka kardynała", snuł teorie o romansie Jezusa z Marią Magdaleną i szokował chadeckich przeciwników swoim dowodem na nie istnienie Boga  (Prosił ich o zegarek - mówił przy tym: "Proszę się nie obawiać. Oddam. Nie jestem socjalistą" -  i następnie wzywał Boga, by go w ciągu kilku minut zabił. Gdy czas mijał, krzyczał: udowodnione! Bóg nie istnieje!). Jako współpracowników miał masonów odwołujących się do tradycji Garibaldiego i Mazziniego - tradycji, która znalazła się w 1848 r. i następnych dekadach na kursie kolizyjnym z papiestwem.

Flashback: Największe sekrety: Pontifex - Non expedit



Faszystowscy bojówkarze nie tylko zaś tłukli socjalistów i liberałów: spuszczali też łomot lokalnym działaczom chadeckim, członkom Akcji Katolickiej a nawet księżom. Zdarzały się pojedyncze przypadki śmiertelnych pobić księży dokonywane przez squadristów. Szczególnie lubował się w dręczeniu "klechów" Roberto Farinacci - partyjny boss z Cremony zwany "najpierwszym z faszystów". Wlewał schwytanym księżom olej rycynowy do gardeł. Wszystko wskazywało, że nadchodzą ciężkie dni dla Kościoła we Włoszech...

A jednak... Papież Pius XI w błyskotliwy sposób dogadał się z Mussolinim.



Pius XI, czyli kard. Achille Ratti, był wytrawnym dyplomatą ze stajni kard. Rampolli oraz papieża Benedykta XV. Benedykt XV posłał go jako swojego zaufanego człowieka do odradzającej się Polski, gdzie odgrywał on rolę pośrednika z prometejską siatką Piłsudskiego/Dzierżyńskiego.



Flashback: Największe sekrety: Pontifex - Pacem, Dei manus pulcherrimum

Flashback: Największe sekrety: Archanioł - Anioł Pomsty

Ratti naprawdę polubił Polskę i Polaków. Nabrał też w Warszawie przykładnych antysowieckich poglądów. Swoją rezydencję w Castel Gandolfo kazał ozdobić freskami przedstawiającymi Bitwę Warszawską 1920 r. A mimo to aż do 1927 r. prowadził tajne negocjacje z Sowietami poprzez nuncjusza w Berlinie Eugenio Pacellego, przyszłego papieża Piusa XII. Pius XI był zawodowym dyplomatą i jeśli widział szansę porozumienia z realnym lub potencjalnym wrogiem, starał się tę szansę w 100 procentach wykorzystać. I w ten sposób poprowadził po mistrzowsku rozgrywkę z Mussolinim,

Historia zbliżenia politycznego pomiędzy Duce i papieżem jest bardzo szczegółowo opisana w świetnie udokumentowanej książce Davida Kertzera "Papież i Mussolini".  Duce nie był doktrynerem i wiedział, że poparcie Kościoła i sparaliżowanie chadecji bardzo mu się przyda do utrwalenia władzy. Papież uznał zaś, że nadeszła pora na rozwiązanie kwestii rzymskiej i że jest szansa na chrystianizację rodzącego się faszystowskiego reżimu. Obie strony z równą pogardą patrzyły też nad dysfunkcjonalną włoską demokrację liberalną. Pole do porozumienia istniało i zarówno Duce jak i papież świetnie to wykorzystali. Zwieńczeniem kilkuletnich podchodów były Traktaty Laterańskie z 1929 r. kończące spór o Rzym i tworzące państwo Watykan.  Jak czytamy:




"Włosi z euforią przyjęli zakończenie sporu. W dniu podpisania traktatów lało jak z cebra, a mimo to tłumy zebranych na Lateranie do zdarcia gardeł wiwatowały na cześć Duce i papieża. Opuszczając pałac, prałat Giuseppe Pizzardo, prawa ręka Gasparriego, w nastroju euforii pozdrowił tłumy rzymskim salutem. Wieczorem w całym kraju rozdzwoniły się kościelne dzwony. Włosi, ozdobiwszy domy flagami narodowymi i watykańskimi, tłumnie wypełnili kościoły. Od Sycylii po Mediolan chóralnie wyśpiewali Te Deum. W ogarniętej wielką śnieżycą Bolonii do katedry wmaszerowali na mszę faszyści ze sztandarami. W Rzymie papież po mszy w bazylice św. Piotra wyjaśnił, jak doszło do historycznej ugody: „Niezbędny był opatrznościowy mąż, którego zesłał nam Stwórca, a który nie bratał się z liberałami". By upamiętnić 11 lutego, Watykan ustanowił ten dzień świętem narodowym, obowiązującym do dziś."

Trudno się dziwić temu entuzjazmowi: Kościół i ludzie wywodzący się z tradycji Mazziniego byli znów po jednej stronie i gotowi byli na wspólną walkę przeciwko liberalnej zarazie. Od czasu do czasu dochodziło między obiema stronami do zadrażnień. Przykładem na to był konflikt z 1931 r. wokół Akcji Katolickiej, którą faszystowskie państwo próbowało sobie podporządkować. Dochodziło wówczas nawet do tego, że faszystowscy milicjanci wdzierali się do lokali Akcji i demolowali je demonstracyjnie depcząc portrety Piusa XI. Papież wydał zaś krytykującą faszyzm encyklikę "Non abiamo bisogno". Mussolini wówczas postanowił się wycofać - zrzucił winę za ataki na Akcję na grupkę radykałów. Dokonał pokazowych czystek a spór wokół Akcji Katolickiej rozwiązano polubownie, obsadzono jej kadry ludźmi przychylnie nastawionymi do faszyzmu. To akurat nie było wówczas trudne: faszyzm miał bowiem olbrzymie poparcie we włoskim społeczeństwie. Reżim był lubiany za to, że dawał ludziom pracę, zapewniał przyzwoite wsparcie społeczne biednym, modernizował kraj, budował nowoczesne dzielnice mieszkaniowe, stworzył sieć autostrad, niszczył mafię, przywracał Włochom dumę z własnej historii... Wielu starszych Włochów wspomina z rozrzewnieniem przedwojenny faszyzm, jako jedyny  okres w historii Włoch w którym pociągi jeździły punktualnie. Kościół wiążąc się z Mussolinim chciał wykorzystać tą ogromną falę społecznego entuzjazmu, by chrystianizować państwo włoskie. Jak czytamy:




"Wszystkie faszystowskie jednostki otrzymały kapelanów. Ci w liczbie 2,5 tys. celebrowali msze wplecione w faszystowskie parady i wiece. O jednolity front we własnych szeregach zatroszczyli się biskupi, przywołując do porządku duchownych o antyfaszystowskich poglądach. Po ataku Mussoliniego na Abisynię kler zagrzewał naród do popierania dzielnej armii w wojnie z „dzikusami". Prym wiódł mediolański kardynał Schuster, notorycznie błogosławiący faszystom. W Watykanie mawiano, że „kardynałowi brakowało jedynie czarnej koszuli, bo linii partyjnej trzymał się jak najgorliwszy towarzysz".




Wojna w Etiopii cieszyła się olbrzymim poparciem włoskiego społeczeństwa  - wskazuje na to m.in. Goran Haag w swojej biografii Mussoliniego. Zwykli ludzie oddawali swoje obrączki małżeńskie, by wesprzeć wysiłek wojenny kraju. (W ceremoniach przekazywania obrączek i wymieniania ich na patriotyczne, stalowe brał udział wpomniany wcześniej kard. Idefonso Schuster, obecnie błogosławiony Kościoła Katolickiego.) Wbrew popularnym mitom, konflikt ten nie był wówczas traktowany jako kompromitacja Mussoliniego. Wojnę zaczęła przecież Etiopia, której wojska zaatakowały sporne obszary graniczne z Erytreą i zaczęły dokonywać tam czystek etnicznych. Wielu ekspertów wojskowych przepowiadało, że Włochom nie uda się podbić Etiopii, ze względu na piekielnie trudny teren i trudności logistyczne. To, że wojna została rozstrzygnięta w pół roku wywołało wówczas szok. Mitem jest również to, że światowa opinia publiczna zjednoczyła się w potępieniu inwazji na Etiopię. Czarnoskóra tancerka Josephine Baker publicznie chwaliła za nią Mussoliniego, argumentując to tym, że włoscy faszyści zniszczą feudalny reżim i wyzwolą czarnych niewolników trzymanych przez cesarza Hajle Selasjego. Entuzjazm po "zmyciu hańby Adui" był tak wielki, że jak pisze Goran Haag Mussolini mógł wówczas zrobić wszystko - wprowadzić dowolne zmiany ustrojowe, a naród, by to poparł.



Sojusz Ducego z Kościołem miewał też niestety ciemną stronę. Kościół (zamiast skupiać się na ważnych sprawach, typu międzynarodowe sojusze Włoch), naciskał w sprawie wprowadzania "brawarystycznych" zmian w moralności publicznej. Jak czytamy:
"Sprawa damskiej garderoby urosła do rangi spoiwa sojuszu. Watykan uporczywie domagał się od Mussoliniego zakazu uczestniczenia dziewcząt w zawodach gimnastycznych i występów półnagich tancerek w burleskach. Dyktator, prywatnie libertyn, bez szemrania spełniał papieskie zachcianki. Prasa kościelna chwaliła interwencję państwa uzdrawiającą włoskie społeczeństwo. Na wyrost. Co wyrzucono świętymi drzwiami, wracało trywialnie oknem. Na przykład właściciele kin, by zwabić publiczność, wpuszczali podczas przerw na scenę roznegliżowane girlsy."
O tym, by walczyć z dziewczęcą półnagością szczególnie zabiegał o. Pietro Tacchci-Venturi, główny pośrednik w kontaktach papieża z Mussolinim. Dziwnym trafem, Tacchi-Venturi był pederastą, który wpakował się niezłą aferę, po tym jak nastoletni kochanek dźgnął z zazdrości go nożem. Homoseksualistami było też dwóch papieskich majordomów-sekretarzy, tak że w Watykanie sobie żartowano, że za każdym razem, gdy papież pojawia się publicznie, jest otoczony przez pederastów.




Pomijając wątki obyczajowe, trzeba przyznać, że Stolica Apostolska zaangażowała się w bardzo ambitny projekt schrystianizowania nowoczesnego ruchu politycznego, który powstał częściowo w opozycji do chrześcijaństwa. Taką politykę realizowano nie tylko we Włoszech. Sztandarowym projektem tego typu był austrofaszyzm kanclerza Dolffussa, ekipa gen. Franco, "Nowy Porządek" prof. Antonio Salazara czy też ruch ustaszowski. O co mają do dzisiaj straszny ból d... różnego rodzaju liberalno-lewicowe przegrywy.



Co więc poszło nie tak? Mussolini, początkowo gardzący Hitlerem (nazywający go "pederastą"), podczas jednej z wizyt w Niemczech zobaczył coś, co go śmiertelnie wystraszyło. Zrozumiał, że europejski porządek zostanie całkowicie zmieciony przez Niemcy. Starał się więc zabezpieczyć Włochy przed katastrofą przeorientowując politykę na "obóz zwycięzcy". W ramach tych zabezpieczeń wprowadził antysemickie ustawy rasowe. Nie były one we Włoszech dobrze przyjęte, gdyż garstka miejscowych Żydów była zasymilowaną grupą, której wielu przedstawicieli angażowało się w ruch faszystowski już we wczesnej fazie jego działalności. Żydzi byli zasłużonymi towarzyszami partyjnymi. Takie ich potraktowanie zostało uznane za skrajną niewdzięczność ze strony Mussoliniego. Przeciwko ustawom rasowym protestował Kościoł - najmocniej profaszystowski kardynał Schuster. Pius XI wpadł w szok: Mussolini podążał w ślad za Hitlerem. A jak wiadomo Hitler i jego ekipa to byli w znacznej mierze nienawidzący "żydowskiego chrześcijaństwa" okultyści spod znaku takich organizacji jak Towarzystwo Thule, chcący na dodatek głupią wojną popsuć papiestwu projekt Nowej Europy. Kościół zaczął więc usilnie lobbować, by złagodzić ustawy rasowe, wyłączając z nich Żydów, którzy przeszli na katolicyzm. Reżim się jednak opierał. Kościół i państwo znalazły się na kursie kolizyjnym. Pius XI zlecił amerykańskiemu jezuicie napisanie encykliki potępiającej rasizm. Encyklika powstała, ale po tym jak Pius XI zmarł w lutym 1939 r. została schowana w archiwum. Czasy stały się zbyt niebezpieczne, by ją ogłosić... Głupi Niemcy znów szykowali się właśnie do tego, by zniszczyć Europę. Następcą Piusa XI został Eugenio Pacellii zawodowy watykański dyplomata i szpieg, faktyczny autor antynazistowskiej encykliki "Mit Brenender Sorge".  Rozpoczynał swoją rozgrywkę o uratowanie Europy...


***

Następny odcinek serii Pontifex będzie crossoverem z Wrześniową Mgłą. Pojawią się w nim nowe lub przeoczane fakty dotyczące rozgrywki z 1939 r....


sobota, 9 września 2017

Prowokator Kim / Birmańska noblistka lepsza od Duterte?

Ostatnio zostałem zaproszony do studia RMF FM, gdzie szanowany przez hardkorowych antykomunistów redaktor Bogdan Zalewski, przeprowadził ze mną rozmowę na temat Korei Płn.
Nie uważam się za wielkiego specjalistę w tym temacie, więc powiedziałem co wiedziałem :)
Cały wywiad można sobie przeczytać i odsłuchać na blogu Bogdana Zalewskiego.  
Polecam również zapoznać z jego interesującym wpisem na ten temat?



Czy "wojenne okienko" zamknie się 11/12 września?  O Korei Płn. ciężko teraz pisać, gdyż po kilku godzinach, to co napiszemy może się już zdezaktualizować. Czy Korea Płn. przetestuje więc uderzenie za pomocą EMP? (Były amerykański komandos twierdzi, że sceptycyzm, co do jej zdolności zniknie, gdy wysiądzie w USA sieć energetyczna.) Czy też może Amerykanie uderzą w Koreę Płn. za pomocą egzotycznej broni np. typu God Rods? Amerykanów może powstrzymywać tzw. mgła wojny, czyli brak wystarczających danych wywiadowczych, by zniszczyć wszystkie północnokoreańskie wyrzutnie rakietowe, silosy z WMD itp. w ramach pierwszego uderzenia. A co powstrzymuje Koreę Północną? Możemy wskazać to, co ją zachęca. Prezydent Korei Płd. Moon Jae-in wezwał Rosję, by odcięła dostawy paliwa dla Korei Płn. Rosja odrzuciła prośbę, od początku roku zwiększyła nawet te dostawy dwukrotnie i zapowiada, że jest gotowa zacieśniać współpracę gospodarczą z Koreą Północną. Współpracę gospodarczą czy dotowanie prowokatora z bronią jądrową?

Kryzys koreański wyraźnie jest na rękę Rosji, bo testuje nową amerykańską ekipę i odwraca uwagę od ewentualnych prowokacji na Białorusi związanych z magiczną datą 17 września.Dla Chin Korea Płn. jest jednak coraz większym obciążeniem.    To dzięki niemu Amerykanie instalują w Korei Płd. baterie THAAD, Trump oferuje Korei Płd. i Japonii dostawy nowoczesnej broni, mówi się o konieczności budowy japońskiego programu rakietowego a nawet o budowie własnych bomb atomowych przez Koreę Płd. i Japonię. Stratedzy z Seulu myślą zaś o "pociskach Frankensteina", które będą miały tak ogromną siłę, by przebijać się przez wykute w grubej skale północnokoreańskie silosy. Pamiętajmy jednak, że chińska polityka wobec Korei Płn. uwzględnia nawet w większym stopniu interes Komunistycznej Partii Chin oraz poszczególnych jej frakcji niż interes państwa. 

A sama Korea Płn. czym się kieruje? Ciekawe spojrzenie na panujące tam realia ma Suki Kim, amerykańska Koreanka, która uczyła w Pyongyangu w prestiżowej szkole dla elit (w której CIA i koreańskie sekty protestanckie zawsze próbują upchać swoich ludzi). Wskazuje ona, że wszelkie umowy z Koreą Północną nie mają żadnej wartości, bo to kraj, w którym kłamstwo stanowi samą istotę systemu. Tak więc młodzież z elit, z którą ona rozmawiała jest np. twierdzi, że na całym świecie dominuje język koreański. Jest o tym przekonana, czy odgrywa propagandową szopkę? Trudno odróżnić jedno od drugiego...

***





Donald Trump ponoć ostro zjebał generała Kelly'ego. Nie wiadomo za co, ale Kelly był zszokowany. Być może po bardzo ciepłym przyjęciu, jakie miał u ofiar huraganu Harvey, Trump odzyskał wiarę w siebie i zaczął walczyć ze swoimi kontrolerami. Ponoć dzwoni do Bannona, gdy gen. Kelly'ego nie ma w pobliżu.  Zaskakująca umowa z Demokratami w celu uniknięcia tzw. klifu fiskalnego i technicznego bankructwa USA (do którego mógłby doprowadzić Paul Ryan, speaker Kongresu, swoimi gierkami), też może o tym świadczyć.
 
***



Wszyscy narzekają na rządzącą Mjanmą (Birmą) z tylnego siedzenia laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi. Bo wyrzyna muzułmanów Rohingya bardziej zaciekle niż to robiła wojskowa junta. Wszyscy są zszokowani, bo przez lata mówiono im, że Aung San Suu Kyi to krystalicznie czysta bojowniczka o prawa człowieka i demokrację, Do tego przecież kobieta i buddystka, a przecież kobiety i buddyści nigdy nic złego nie robili - tylko wpierdalali sałatki wegetariańskie i coś tam pieprzyli o duchowości :) No cóż, to zabawne,że różnego rodzaju feministki i feminiści ("nie jestem pedofilem, jestem feministą") snujący wizję pokojowego i wspaniałego świata miłości rządzonego przez kobiety sami często uważają Margaret Thatcher - kobietę, która rządziła mocarstwem - za istnego diabła wcielonego i teraz za takiego diabła zaczynają uważać birmańską noblistkę. Zabawne jest również to, że idioci z Zachodu postrzegający buddyzm przez pryzmat farmazonów sprzedawanych bogatym debilom z Hollywood, doznają dysonansu poznawczego dowiadując się, że buddyzm jest w Azji Południowo-Wschodniej religią bardzo wojowniczą, tworzącą "magiczne nacjonalizmy". I z tego typu nieporozumieniem kulturowym mamy do czynienia również w przypadku Aung San Suu Kyi. To polityk "kuta na cztery łapy". To zresztą u niej genetyczne. Jej ojciec, birmański bohater narodowy Aung Sang  gładko przeszedł od kolaboracji z Japończykami do współpracy z aliantami zachodnimi a po drodze współzakładał również Birmańską Partię Komunistyczną. Dał się zabić juncie, to fakt. Ale jego córka się nie dała. Odstawiła podobną szopkę jak Dalajlama i stała się nietykalna. Przeczekała ponad trzy dekady i władza wpadła jej do rąk jak dojrzały owoc. Dogadała się z wojskowymi i bezpieką a jednocześnie zachowała poparcie swojej bazy. Wsadziła politycznych konkurentów do więzienia. Lawiruje między USA, Chinami, Indiami i Japonią. To polityk tej klasy co Duterte czy Erdogan. W sumie to jest od tych dwóch bardziej bezwzględna. Nie wiem, czy w mrocznej sztuce "magicznej, buddyjskiej polityki" osiągnęła już taki poziom jak Dalajlama, ale służą jej teraz ci kolesie do których strzelał John Rambo...






Zresztą, zachodnie media przedstawiają sytuację muzułmanów Rohingya tak jak by byli oni biednymi syryjskimi uchodźcami spotykającymi się z "nietolerancją". Tymczasem tam mamy konflikt religijno-etniczny trwający od dziesiątek lat. Konflikt, w którym Rohingya byli początkowo agresorami, ale jak dostali ostry wp....dol od junty wojskowej, to przekształcili się w biedną, prześladowaną mniejszość. Jak czytamy:

"Jeśli zbadamy ostatnie 150 lat historii Birmy, możemy zobaczyć, że pani Suu Kyi ma więcej racji niż myślą jej zagraniczni krytycy. W 1826 r., po wojnie angielsko-birmańskiej, Brytyjczycy anektowali Arakan (stan Rakhine), gdzie nadal mieszka wielu spośród 1,3 miliona Rohingjów w Birmie, i przyłączyli go do Indii brytyjskich. Zaczęli zachęcać mieszkańców Indii, głównie muzułmanów, by przenieśli się z Bengalu do Arakan jako tania siła robocza na wsi.

Przez cały XIX wiek kontynuowali to zachęcanie do migracji. W okręgu Akyab, stolicy Arakanu, według brytyjskich spisów powszechnych z lat 1872 i 1911, nastąpił wzrost populacji muzułmańskiej z 58 255 do 178 647, co jest potrojeniem w ciągu czterdziestu lat. Na początku XX wieku migranci z Bengalu nadal przybywali do Birmy w ilości ćwierć miliona rocznie. W szczytowym roku 1927 do Birmy przybyło 480 tysięcy ludzi, a Rangun w tym roku przewyższył Nowy York City jako największy port migracyjny świata. I wielu spośród tych migrantów było muzułmanami z Indii.

Buddyści birmańscy patrzyli bezradnie na przybycie tych setek tysięcy muzułmanów, ale nie mogli niczego zrobić przeciwko polityce swoich brytyjskich panów kolonialnych. Podczas II wojny światowej brytyjskie wycofanie się w obliczu inwazji japońskiej doprowadziło do próżni władzy i wybuchły wzbierające pod powierzchnią napięcia między społecznościami, z Masakrą Arakańską w 1942 r., kiedy Rohingjowie w stanie Rakhine (Arakan) zabili 50 tysięcy buddystów. Buddystom udało się zorganizować opór i niektórzy twierdzą, że zabili 40 tysięcy Rohingjów w rajdach odwetowych.

W maju 1946 r. przywódcy Rohingjów spotkali się z Mohammedem Ali Jinnahem, przywódcą muzułmańskim, który założył nowoczesny Pakistan, i poprosili go, by część stanu Rakhine została zaanektowana przez Wschodni Pakistan. Kiedy Jinnah odmówił wtrącania się w sprawy Birmy, założyli Partię Mudżahid w północnym Arakanie w 1947 r. Celem partii Mudżahid było początkowo stworzenie autonomicznego stanu muzułmańskiego w Arakanie.

Miejscowi mudżahedini – tak dumnie nazywali siebie wojownicy Rohingjów – walczyli z siłami rządowymi w próbie doprowadzenia do secesji półwyspu Mayu na północy stanu Takhine, zamieszkałego głównie przez Rohingjów, a po secesji od Birmy, mieli nadzieję, że terytorium zostanie zaanektowane przez Wschodni Pakistan (obecny Bangladesz). Tak więc walki między mniejszością Rohingja a państwem birmańskim nie są niczym nowym; trwa to z przerwami od 1947 r. Rewolta Rohingjów w końcu straciła impet pod koniec lat 1950 i na początku 1960. i wielu z nich poddało się siłom rządowym.

Muzułmańska insurekcja Rohingjów nie zniknęła jednak. Ożywiła się w latach 1970., co z kolei doprowadziło do zorganizowania przez rząd birmański w 1978 r. olbrzymiej akcji militarnej (Operacja Król Smok), która dokonała mudżahedinom wielkich szkód i przyniosła dziesięć lat stosunkowego spokoju. Rohingjowie powstali jednak znowu przeciwko państwu birmańskiemu i w latach 1990. „Organizacja Solidarności Rohingja” atakowała władze birmańskie w pobliżu granicy z Bangladeszem. Innymi słowy, ta insurekcja muzułmańskich Rohingjów trwa – rosnąc i malejąc – od ponad pół wieku.

To w tym kontekście należy patrzeć na obawy buddystów wobec muzułmańskiego przejęcia północnej Birmy i należy je traktować poważnie. Mnisi buddyjscy, którzy ostatnio rozpalali nastroje anty-Rohingja i wzywali do atakowania ich, nie zachowują się tak z powodu bezsensownej nikczemności; są świadomi całej tej historii. Nie chcą, by Rohingjowie otrzymali obywatelstwo, bo obawiają się – czego tak wielu poza Birmą nie rozumie – zalania przez muzułmanów, którzy mają wyższą stopę urodzeń niż “niewierni”.

Rozglądają się po świecie, widzą, że w Europie jest teraz 50 milionów muzułmanów i że wszędzie na świecie muzułmanie mają wyższą stopę urodzeń niż „niewierni”, i nie chcą, by to samo zdarzyło się w Birmie, którą uważają za ostatnią redutę buddyzmu.

Dla nich Rohingjowie nie są rdzenną ludnością Birmy, ale potomkami muzułmanów, którzy zaczęli przybywać z Bengalu Wschodniego w XIX wieku. Sama nazwa “Rohingja” weszła do powszechnego użycia zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Dzisiaj dla mnichów buddyjskich w Birmie, którzy prowadzą kampanię przeciwko Rohingjom, Rohingjowie są tym samym ludem, który atakował buddystów w stanie Rakhine w 1942 r., zabijając 50 tysięcy ludzi. Są potomkami tych samych ludzi, którzy określali siebie wojownikami dżihadu (“mudżahedin”) i prowadzili pełen przemocy dżihad przeciwko władzom Birmy od 1948 i przez ponad dziesięć lat, by uczynić z Rakhine autonomiczny stanem pod panowaniem muzułmańskim, a potem przyłączyć go do Pakistanu.

Dla tych mnichów buddyjskich Rohingjowie są po prostu muzułmanami bengalskimi, którzy migrowali na południe do Birmy północnej i są jedynie lokalną gałęzią rozprzestrzenionej po całym świecie muzułmańskiej umma, która jest od stuleci w nieustannej wojnie przeciwko buddystom i buddyzmowi, a teraz znowu staje się bardziej agresywna i pełna przemocy na całym świecie.

Kiedy ci mnisi buddyjscy patrzą na sąsiednie Indie, pamiętają, że w XII wieku najeźdźcy muzułmańscy zburzyli buddyjskie pomniki i splądrowali klasztory, doprowadzając do upadku buddyzmu w tym kraju. Mnisi wiedzą także, że ostatnia duża grupa buddystów nadal pozostająca na subkontynencie, na wzgórzach Chittagong w Bangladeszu, jest zagrożona całkowitym zaniknięciem z powodu powtarzających się ataków muzułmańskich."

Aung San Suu Kyi jest więc bliżej do Andersa Breivika i Rodrigo Duterte niż do Angeli Merkel. Ciekawe co by było gdyby się obie przywódczynie zamieniły miejscami...

***

Wrześniowa Mgła przenika do mainstreamu, czego dowodem jest artykuł "Kto wepchnął Wielką Brytanię do wojny?" w ostatniej "Rzeczy o Historii". Jeszcze co nieco opiszę w tym temacie przy okazji serii Pontifex, do której znów wkrótce się zabiorę...

sobota, 2 września 2017

Kto podsyca konflikt rasowy w USA? Trump więźniem Białego Domu?



Bitwa pod Chancellorsville, stoczona na przełomie kwietnia i maja 1863 r. była pokazem kunsztu dowódczego generała Roberta Lee. To także miejsce przypadkowej śmierci wybitnego dowódcy konfederatów gen. Stonewalla Jacksona. Około 100 km dalej  znajduje się Charlottesville, miejscowość, w której doszło niedawno do zamieszek związanych z usunięciem pomnika generała Lee.



Nie jestem wielkim fanem Konfederacji. Uważam, że secesja Południa była wojną hybrydową prowadzoną przeciwko USA przez Wielką Brytanię. Była to próba zniszczenia rodzącej się potęgi przemysłowej i wpędzenia USA w pułapkę zadłużeniową (w podobny sposób jak Grecję, Imperium Osmańskie oraz państwa Ameryki Łacińskiej) - pułapkę, z której zręcznie wyplątał się prezydent Lincoln (co kosztowało go życie). Mimo wszystko, miliony Południowców było przekonanych o tym, że bronią swojej ziemi przed agresją Waszyngtonu, Walczyli oni nie tyle w obronie niewolnictwa (właścicielami niewolników było w 1860 r. zaledwie 1,6 proc. mieszkańców USA, zapewne z czasem instytucja ta zniknęłaby w naturalny sposób, tak jak np. w Brazylii), co praw stanów do samorządu oraz w obronie własnych domów. To był wewnątrzamerykański spór o model rządzenia krajem. I po zakończeniu tego sporu, strona zwycięska uznała, że pokonany przeciwnik zasługuje na szacunek i upamiętnienie. Warto przypomnieć, że gen. Grant i gen. Sherman  przyjmowali kapitulację wojsk Konfederacji na bardzo łagodnych warunkach. Pozwolili pokonanym zachować broń i konie, a także wyłączyli ich z wszelkich procesów o zdradę USA. Gen. Sherman był nawet zwolennikiem amnestii dla prezydenta Konfederacji Jeffersona Davisa. Zaprzyjaźnił się z konfederackim generałem, który składał mu kapitulację.

Po wojnie domowej i burzliwym okresie Rekonstrukcji uznano, że należy pozwolić Południowcom na zachowanie swojej dumy. Gdy armia USA w 1898 r. szła na wojnę przeciwko Hiszpanii, orkiestry wojskowe grały na przemian marsze Unii oraz Konfederacji. Dowódcy biorący udział w tym konflikcie wywodzili się z obu tych tradycji wojskowych. Obie tradycje były też pieczołowicie kultywowane przez armię - wystarczy przyjrzeć się nazwom baz wojskowych w USA (ile tam upamiętnień konfederackich generałów). I trudno się temu dziwić. Gen. Douglas MacArthur był potomkiem generała Unii, generał George Patton, potomkiem generała konfederacji. Do dziedzictwa Konfederacji odwoływali się również politycy z Południa - szczególnie ci z Partii Demokratycznej. Z symboliki konfederackiej korzystali m.in. Jimmy Carter, Bill Clinton, Al Gore a nawet... sztabowcy Hillary Clinton.







Jak stwierdził kilka lat temu Jimmy Carter, bardzo niewielu osobom flaga Konfederacji kojarzy się z symbolem rasistowskim. Co więcej, gdy pojawiły się pierwsze inicjatywy mające na celu usunięcie konfederackich upamiętnień, czasem bronili ich ... przedstawiciele lokalnej czarnej społeczności. 
Po ośmiu latach prezydentury Obamy hordy liberalnych, uniwersyteckich Social Justice Warriors. zaczęły nagle wyrażać straszliwe oburzenie z powodu istnienia konfederackich reliktów. Administracja Obamy zrobiła bardzo dużo, by podgrzać rasowe napięcia w USA. Podkręcano narrację o tym, że każdy policjant to "rasistowska świnia", pozwalano ekstremistycznym grupkom takim jak Black Lives Matters na bezkarne wywoływanie zamieszek a w debacie akademickiej pojawiło się pojęcie "białego przywileju". Kulminacją tej propagandy, obwiniającej białego mężczyznę (zwłaszcza bezrobotnego robotnika z Rust Belt) za całe zło tego świata była kampania Hillary Clinton. Po przegranych przez nią wyborach jeszcze mocniej podgrzano rasowe napięcia - sprzedając różnym liberalnym idiotom narrację, że władze w kraju objął "straszny kryptonazista" Trump. (Jakież podobieństwo do kremlowskiej propagandy o "neonazistowskiej juncie" w Kijowie czy do kodziarskich bajdurzeń o "rządach ONR" w Polsce.) Z tą narracją był tylko jeden problem - altrightowi zwolennicy Trumpa to zwykle mili i zabawni ludzie od internetowych memów i robienia różnych zgrywów w necie i realu. Grupka "rekonstruktorów historycznych NSDAP" to tylko niewielka część altrightu, znajdująca się na obrzeżach ruchu, od której odcinają się medialne gwiazdy alternatywnej prawicy. Trudno było więc przekonać Amerykanów, że to alt-right stanowi zagrożenie, gdy to wynajęci przez Podestę i Sorosa antifiarze i SJW urządzali zamieszki, atakowali spokojnych zwolenników Trumpa i robili z siebie idiotów. Potrzebna więc była prowokacja. Incydent z Charlottesville - rozjechanie protestujących SJW przez "neonazistowskiego" radykała - wpisał się w to doskonale.


Trump został niemal zlinczowany za to, że stwierdził, że "obie strony" są winne tragedii w Charlottesville. Miał w tym przypadku w 100 procentach rację. Zanim doszło do incydentu z samochodem, w mieście trwały zamieszki, w dużej mierze rozkręcone przez Antifę. Policja nie reagowała (burmistrz miasta jest antytrumpowy). Ludzie Obamy i Sorosa obsadzili też "neonazistowską" część aktorów. Organizatorem demonstracji w obronie pomnika gen. Lee był Jason Kessler - do listopada 2016 r. zwolennik Obamy i działacz radykalnie lewicowego ruchu Occupy Wall Street. Po wyborach prezydenckich nagle stał się altrightowcem :) To była oczywista ustawka, mająca pomóc w sterroryzowaniu ruchu alt-right i zwolenników Trumpa poprzez przyklejenie im neonazistowskiej etykietki. W rytualnych potępieniach prezydenta wzięli udział więc również zdrajcy z Partii Republikańskiej tacy jak Paul Ryan czy John McCain. W potępienie prezydenta za "nazizm" zaangażował się również Arnold Schwarzenneger, , który jest synem nazisty, kumplował się nazistami takimi jak Kurt Waldheim ,  wyrażał podziw dla Hitlera.  i nosi na klamrze paska od spodni symbol Tottenkopf.  "Znałem oryginalnych nazistów, bo pochodzę z Austrii" - mówił były gubernator Kalifornii w przesłaniu do Trumpa. Trudno o większą hipokryzję...



Narracja mówiąca, że Trump=naziści=konfederaci zaczęła się jednak psuć z powodu idiotycznych wyskoków debili z Antify. Zaczęli oni niszczyć nie tylko konfederackie pomniki, ale również dewastować cmentarze z czasów wojny secesyjnej, atakować dziennikarzy i demonstrantów, których nie sposób uznać za neonazistów. Doszło nawet do tego, że Antifa ścierała się z czarnymi radykałami z BLM . W końcu, nawet Nancy Pelosi, prominentna polityk Partii Demokratycznej, musiała potępić Antifę.  SJW kontynuowali jednak ofensywę kretynizmu. Oskarżyli znanego czarnego koszykarza Charlesa Barkleya o bycie "białym suprematystą". Jedno z kin przestało wyświetlać "Przeminęło z Wiatrem" uznając ten film za "rasistowski".  Sportowa stacja ESPN zawiesiła zaś jednego z komentatorów za to, że ma on na nazwisko Robert Lee. Mniejsza z tym, że koleś jest Amerykaninem chińskiego pochodzenia! Wszystko to sprawiło, że poparcie dla Trumpa wzrosło po Chancellorsville a firmy szyjące konfederackie flagi nie nadążają za zamówieniami. 



Dużo bardziej niebezpieczne rzeczy dzieją się w Białym Domu. (I nie chodzi mi o rezygnację Steve'a Bannona. Bannon był nieefektywny i przereklamowany - "główny strateg" Białego Domu jakoś nie zadziałał w takich ważnych dla elektoratu kwestiach jak ułaskawienie rodziny Bundych. Do tego zirytował Trumpa przypisując sobie 100 proc. zasług za wygrane wybory - choć przecież kierował się w kampanii wytycznymi Paula Manaforta, a sam niewiele do nich dodał.) Gen. Kelly postanowił odciąć prezydenta od zewnętrznych źródeł informacji - jego ludzie pilnują nawet, by Trump nie czytał serwisu Infowars.  Sebastian Gorka został w brzydki sposób wyrzucony z Białego Domu - Secret Service dostała rozkaz, by go nie wpuszczać - i twierdzi, że Trump jest otoczony ludźmi sabotującymi jego program.  Ludzie generała Kelly'ego zablokowali też spotkanie Trumpa z Johnem Boltonem, byłym ambasadorem przez ONZ. Jak widać Kelly i McMaster chcą zrobić z Trumpa "więźnia Białego Domu". Czyżby więc w cieniu tej szopki wokół konfederackich pomników doszło do wojskowego zamachu stanu w USA?