sobota, 17 czerwca 2017

Hydra przeciw Międzymorzu i Trumpowi

Punktem wyjścia dla moich rozważań jest błyskotliwy i świetnie udokumentowany tekst Mariusza Agnosiewicza "Anatomia kolorowych rewolucji, czyli hybrydowa historia Europy Środkowej".  Autor wskazuje w nim, że działania rządów państw naszego regionu mające na celu uniezależnienie się od rosyjskich surowców energetycznych wywoływały zawsze kontrę albo w postaci rosyjskiej agresji (wojny w Gruzji i na Ukrainie, naciski na Białoruś, Smoleńsk) ale również kampanii politycznej destabilizacji prowadzonych z Zachodu. Przykładem na to może być chociażby Rumunia, gdzie realizowana przez prozachodni, postkomunistyczny i zarazem konserwatywny rząd polityka sięgnięcia po LNG, gaz łupkowy i własne zasoby srebra wywołała próbę kolorowej rewolucji, w którą zaangażowany był zarówno Gazprom, Soros jak i... uczynny węgierski sąsiad Viktor Orban. Podobnie egzotyczna koalicja prowadziła długoletnią kolorową rewolucją w Macedonii  przeciwko turbosłowiańskiej ekipie Gruevskiego (z pierwszego etapu tej rewolucji był zerżnięty nasz grudniowy CiaMajdan) - obok Sorosa, obamowsko-clintonowskiego Departamentu Stanu i różnych unijnych darmozjadów mieszał też tam m.in. Siergiej Ławrow sugerując rozbiór Macedonii między Albanię i Bułgarię. Warto przy tym zwrócić uwagę na to, że prozachodni, dążący do NATO i UE  oraz chętny do przyjmowania azerskiego gazu rząd macedońskiej WRMO był oskarżany o bycie... sojusznikiem Rosji. Agnosiewicz, w artykule o hybrydowych wojnach przeciwko państwom naszego regionu robi też takie ciekawe spostrzeżenia:


"Kiedy w styczniu 2006 Gazprom zakręcił kurek z gazem dla Ukrainy, odczuły to przede wszystkim Węgry, którym w środku zimy dostawy spadły o 40%. Ukraina nie pękła wówczas, ale zaczęły pękać Węgry.Rządzący Węgrami oligarcha Gyurcsány został skompromitowany we wrześniu 2006 aferą taśmową. Być może był to oręż Moskwy i być może ujawniono jedynie część nagrań, dzięki czemu można było skłonić polityka do wyłamania się z projektu unijnego. W każdym razie tuż po aferze taśmowej premier Węgier zaczął żeglować w stronę Rosji. W tym samym czasie zaczął się demontaż rządu PiS. Afera taśmowa uderzająca w rząd Gyurcsány’ego i taśmy Beger, które doprowadziły do rozpadu koalicji PiS-LPR-S zostały ujawnione niemal jednocześnie. 17 września 2006 publiczne radio węgierskie ujawniło podsłuchy z zamkniętej konwencji rządzącej partii, zaś 22 września 2006 Sekielski i Morozowski ujawnili taśmę Beger, która ujawniała „korupcję polityczną" między PiS i Samoobroną. Całkowita „konwersja" polityczna Giertycha z narodowca na salonowca również może mieć swą przyczynę w tym, czego wówczas nie ujawniono. Rząd Kaczyńskiego kontynuował wprawdzie po tym politykę energetyczną, lecz nie miał już odpowiedniego zaplecza politycznego i upadł po roku. Afera wybuchła w dość newralgicznym momencie. 6 września 2006 premierzy Polski i Ukrainy, Jarosław Kaczyński oraz Wiktor Janukowycz (!), ogłosili budowę wspólnego ropociągu Odessa-Brody-Płock, który miał transportować do Polski surowce z regionu kaspijskiego. Projekt ten miał silne wsparcie polityczne. Jak ujawniono w Wikileaks, w czasie spotkania 8 października 2007 roku z ambasadorem USA Anne E. Derse, prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew tak uzasadniał poparcie dla tego projektu: „Ukraina, Polska i Gruzja są naszymi przyjaciółmi" (David Leigh, Luke Harding: WikiLeaks: Inside Julian Assange's War on Secrecy). 11 września 2006 Amerykanie potwierdzili swoje poparcie dla gazociągu Biały Potok, łączącego Polskę z kaspijskim gazem poprzez Ukrainę. Chevron i Texaco zadeklarowały wyłożenie na ten projekt 5 mld dol. W dniach 13-15 września 2006 miała miejsce najdłuższa wizyta zagraniczna Kaczyńskiego, w Waszyngtonie i Teksasie, gdzie omawiano te właśnie kwestie. Kilka dni później ogłoszono decyzję budowy gazoportu z unijnym finansowaniem. I wtedy właśnie odpalono „aferę taśmową".

(...)

W marcu 2008 Komisja Europejska, Ukraina i Gruzja uzgodniły przebieg gazociągu przez Morze Czarne: od gruzińskiego miasta portowego Poti na Krym, długość 1000 km, koszt ok. 2 mld dol.
28 maja 2008 roku Komisja Europejska zatwierdziła Biały Potok jako priorytetowy projekt wspólnego interesu.
W następstwie tego w sierpniu 2008 miała miejsce agresja rosyjska wobec Gruzji. Rosjanie wykorzystali to o czym mówił Putin w 2012: konflikty etniczne. Abchazowie i Osetyńcy zadeklarowali oderwanie się od Gruzji i chęć przyłączenia do Rosji. W czasie wojny pozorowanej niby o Osetię Południową Rosja uderzyła akurat w Poti, które leży w zupełnie innej części Gruzji: 11 sierpnia lotnictwo rosyjskie zbombardowało port w Poti, skąd miał się zaczynać Biały Potok… następnie żołnierze rosyjscy zajęli całe miasto. Agresja rosyjska spowodowała zniszczenia szacowane na 20 mld dol. Francuski minister spaw zagranicznych Bernard Kouchner powiedział wówczas, że Krym, który miał odgrywać kluczową rolę w projekcie Białego Potoku, może się stać „przyszłą Osetią Południową".

(...)




Szczyt praski z 2009, który proklamował Południowy Korytarz Gazowy jako Nowy Jedwabny Szlak przyjął jeszcze jeden znacznie bardziej kluczowy projekt: Partnerstwo Wschodnie. W gruncie rzeczy był to projekt zupełnego storpedowania dywersyfikacji energetycznej i upodmiotowienia Europy Środkowej. PO prezentuje to dziś jako swój wyjątkowy sukces na arenie unijnej. Z inicjatywy rządu Tuska i rządu Szwecji w Pradze ogłoszono, że „Europa za sprawą Polski otwiera się na wschód". Owym „partnerstwem" objęte zostały te kraje, które miały być częścią projektu Biały Potok: Ukraina, Gruzja, Mołdawia, Azerbejdżan, Armenia oraz Białoruś. Już sama nazwa projektu sygnalizowała oszustwo: nie było to bowiem żadne partnerstwo, a jedynie paternalistyczny projekt dostosowania się do „wartości i standardów unijnych". Partnerstwo Wschodnie powiązało pogłębianie strategicznej współpracy z dostosowaniem się owych krajów zewnętrznych do wartości unijnych — bez jakiegokolwiek powiązania tego procesu z obietnicą członkostwa. Partnerstwo Wschodnie to był niecny plan doczepienia tzw. praw człowieka do rurociągów. Stawiało to owe kraje „partnerskie", których głównym atutem i potencjałem ze strony Unii było to, że mogą dać Unii dywersyfikację energetyczną, na pozycjach dyskryminowanych względem Rosji, od której wszak Unia nie wymaga realizacji określonych praw człowieka do ciągnięcia gazu, ropy czy węgla. Partnerstwo Wschodnie stało się mechanizmem cynicznego ingerowania UE w wewnętrzne sprawy krajów, które wcale nie były kandydatami do UE, lecz po prostu chciały z nią współpracować (i mogły bardzo dużo dać, zwłaszcza jednak Europie Środkowej). W efekcie Partnerstwo Wschodnie stało się mechanizmem ...skłócania i odpychania owych krajów od przede wszystkim Europy Środkowej a zwłaszcza Polski, która wzięła na siebie frontową rolę pogłębiania „partnerstwa". (...) Toksycznym pokłosiem Partnerstwa Wschodniego jest nie tylko stan naszych stosunków z Białorusią. Dziełem PW był także Euromajdan, a ze świeższych spraw: całkowity zwrot Mołdawii w kierunku Rosji. Tej Mołdawii, która w epoce „przedpartnerskiej" była w pierwszej trójce chętnych do strategicznej współpracy z UE kosztem WNP. Efektem Partnerstwa Wschodniego jest także pogrzebanie projektu Biały Potok (a później i Nabucco) i to w sposób, który może przekreślać szanse na stworzenie wolnego rynku gazowego.

(...)





Janukowycz rozumie już, że nie może być mrzonek o partnerskiej współpracy z Rosją i trzeba iść drogą, którą chciała iść Julia Tymoszenko. Chodziło jednak nie tyle o UE, co o środkowoeuropejskie partnerstwo energetyczne. 6 czerwca 2013 Janukowycz w parlamencie oznajmił reaktywację projektu Biały Potok. Pięć miesięcy później, 6 listopada 2013 ogłosił, iż do 2020 Ukraina osiągnie niezależność energetyczną od Rosji. Ten Janukowycz, którego europejscy centraliści wykreowali na kumpla Putina. Podpisano wówczas wart 10 mld dol. kontrakt z Chevronem na eksplorację wielkiego złoża gazowego Oleska leżącego w obwodach lwowskim, iwanofrankiwskim oraz tarnopolskim. Złoże zostało odkryte w 2010 roku i według założeń miało dawać rocznie 5-10 mld m3 gazu. W styczniu 2013 Janukowycz podpisał też analogiczny kontrakt z holenderskim Shellem na eksplorację podobnie bogatego złoża Jużiwska w obwodzie donieckim. Tylko z tych dwóch złóż Ukraina miałaby rocznie ok. 16 mld m3 gazu.
Zaledwie dwa tygodnie po obwieszczeniu tych planów w Kijowie zmontowano Euromajdan. Pokłosiem owej „rewolucji godności" było wycofanie się Chevrona w 2014 oraz Shella w 2016. W regionie, gdzie miał być wydobywany gaz chłopaki strzelają się dziś.

(...)


Początkowo gaz azerski miał trafiać do Polski i republik bałtyckich. Później walczył o miejsce w regionie naddunajskim. Od 2013 pozostały już tylko Bałkany. Główną bałkańską odnogą gazociągu TAP miał być gazociąg jońsko-adriatycki (IAP). Tym samym głównym hubem projektu TAP miała być Albania, gdzie TAP miał się rozgałęziać na kierunek włoski oraz zachodniobałkański. Ten ostatni region miał być zaopatrywany w gaz azerski poprzez IAP biegnący z Albanii, przez Czarnogórę i Bośnię do Chorwacji. 18 maja 2010 rząd Berishy podpisał memorandum o włączeniu Albanii do projektu TAP. Na początku 2011 miała miejsce próba obalenia Berishy. Poprzez USA interweniował wówczas Soros. Tuż po tym, jak TAP pokonał Nabucco, władzę w Albanii przejął Edi Rama, blisko związany z Sorosem.
Jak ujawniły brytyjskie źródła rządowe, w 2016 służby rosyjskie usiłowały dokonać zamachu na premiera Czarnogóry, Milo Djukanovicia. Prasa wiąże to z akcesją Czarnogóry do NATO, lecz kluczowym motywem Rosji jest polityka gazociągowa. Już w październiku 2013, kiedy Czarnogóra z Chorwacją zaczęły zabiegać o IAP, prezes Instytutu Studiów Energetycznych Andrzej Sikora powiedział, że Rosjanie będą usiłowali storpedować IAP, ponieważ nie tylko wchodzi on w bałkański monopol Gazpromu, to na dodatek Chorwacja zapowiedziała budowę gazociągu na Węgry i Ukrainę. W sierpniu 2016 podpisano memorandum między partnerami IAP a Azerbejdżanem. Uderzenie w Czarnogórę to storpedowanie IAP w jego najsłabszym państwie.

(...)


Nie można zatem powiedzieć, że jest to w całości dzieło Rosji. W wydarzeniach, które torpedowały azerski gaz z równym zaangażowaniem udział brali także żołnierze Sorosa. Wszystkie kolorowe rewolucje na Węgrzech, w Rumunii oraz Bułgarii miały pełen support instytucji unijnych oraz sorosowych mediów i organizacji, co może umacniać tezę, iż Soros w istocie gra z Putinem do tej samej bramki. Sorosowe media poza zaangażowaniem na rzecz wszystkich kolorowych rewolucji w naszym regionie, były szczególnie gorliwe w realizacji idei Partnerstwa Wschodniego wobec prezydenta Azerbejdżanu: na początku 2013 Eastbook ogłosił Ilhama Alijewa dyktatorem i „najbardziej skorumpowanym człowiekiem 2012". Kiedy w 2015 rozpoczęła się budowa gazociągu TANAP Gazeta Wyborcza rozpisywała się o „brutalnym dyktatorze Ilhamie Alijewie"."

(koniec cytatu)

Od pewnego czasu wskazuje, że Rosja oraz liberalny establiszment grają do tej samej bramki. Jednym z ich celów było to, by nasz region nigdy nie wybił się na podmiotowość i był kolonialnym zadupiem eksploatowanym przez koncerny z Zachodu i Wschodu (Gazprom). To strategia rozwartych nożyc opisana m.in. przez Anatolija Golicyna. Fałszywy podział. Do jednej bramki z nimi grała również administracja Obamy i Hillary Clinton (którą Ścios oraz inni pożyteczni idioci chcieliby widzieć w Białym Domu zamiast "rosyjskiego agenta" Trumpa). Wybór Trumpa na prezydenta USA popsuł tej Hydrze grę. Jeden z filarów się załamał a dwa inne trzeszczą. 


Kwestią kluczową jest to, co zrobią Niemcy. RFN od początku była amerykańskim wasalem a Merkel na rozkaz z Waszyngtonu potrafiła nagle "zmienić zdanie" i zrobić coś uderzającego w interesy jej kraju np. wywołać kryzys imigracyjny u siebie. Czy jednak ten wasal nie zaczyna się buntować? Niemców wkurzył np. projekt nowych amerykańskich sankcji przeciwko rosyjskiemu sektorowi energetycznemu. Nie podoba się im też, że Trump krytykuje ich za gigantyczną nadwyżkę handlową (większą od chińskiej!), czyli że uderza w interesy niemieckiego wielkiego biznesu. Niemcy dają wyraźnie znać amerykańskiemu prezydentowi, że nim gardzą. Jakże odmienne podejście od Chińczyków: ci z Trumpem negocjują i oferują ustępstwa handlowe oraz pomóc przy tworzeniu miejsc pracy w USA. Niemcy pozostają przy swoim twardym: Nein! Nie chcą negocjować.

To dla nas idealna sytuacja. Interesy niemieckie zderzają się z amerykańskimi. Amerykanie mają zaś wiele narzędzi, by przywołać Niemcy do porządku. Od uderzenia w ich banki, poprzez podsycenie kryzysu imigracyjnego, po rewelacje WikiLeaks i pozwy sądowe za Holokaust. BND ma przecież prawny obowiązek przekazywać CIA wszelkie informacje o jakie CIA ją poprosi. Co mogą zrobić Niemcy? Skłonić Amerykanów, by przenieśli swoje bazy do Polski? Puścić w TV głupią piosenkę wyśmiewającą Trumpa? 



Problemem jest to, że ta Hydra, którą napotkał Trump jest silnie obecna w establiszmencie po obu stronach Atlantyku. Ci sami ludzie podsycają np. protesty przeciwko Trumpowi i podtrzymują bzdurną narrację o rosyjskiej ingerencji w wybory. Ciągłe podburzanie radykalnej lewicy do przemocy przeciwko zwolennikom Trumpa skutkowało niedawnym zamachem terrorystycznym na grupę republikańskich kongresmenów  dokonanym przez "szalonego" zwolennika Berniego Sandersa posługującego się sowieckim karabinem SKS. Ciężko ranny w zamachu kongresmen Steve Scalise angażował się wcześniej w walkę z handlarzami ludźmi i siatkami pedofilskimi. 

Hydra destabilizuje nie tylko Europę Środkowo-Wschodnią, ale również USA. Mamy więc wspólnego wroga z Trumpem.

***

A już niedługo następna seria historyczna: Pontifex. Inspirowana m.in. "Młodym papieżem" i "Youjo Senki" :) Zaczniemy od roku 1914 r., ale sięgniemy też głębiej w XIX i XX w.


sobota, 10 czerwca 2017

Blokada Kataru, zamach w Teheranie i brytyjskie wybory

Doniesienia mówiące, że to rosyjscy hakerzy wywołali konflikt Arabii Saudyjskiej (i kilku innych państw regionu) z Katarem to tylko głupia wrzutka. Konflikt ten ma przecież korzenie sięgające ponad 20 lat a zhakowany tweet, w którym emir Kataru chwalił Iran, Bractwo Muzułmańskie, Hamas oraz Izrael to tylko pretekst do ataku.



Można powiedzieć, że Katar padł ofiarą własnych ambicji. W 1996 r. ojciec obecnego emira obalił swojego prosaudyjskiego ojca i zdecydował, że zamiast transportować gaz rurociągami (przez Arabię Saudyjską) będzie wysyłał go terminalami LNG. W ten sposób Katar zaczął odpowiadać za 30 proc. światowej produkcji LNG i stał się najbogatszym krajem świata (licząc PKB per capita z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej). Coś z tym bogactwem musiał zrobić, więc inwestował: zbudował znakomite linie lotnicze, kupował pakiety akcji zachodnich banków i klubów piłkarskich, stworzył własną telewizję siejącą wywrotową propagandę w regionie... Ale też zainwestował dużą kasę w Bractwo Muzułmańskie (którego nieformalny lider szejk al-Kardawi ma schronienie w Doha), Hamas, Front al-Nousra, ISIS, destabilizację Egiptu, Libii, Syrii... (Wcześniej katarska rodzina królewska udzielała wsparcia m.in. Khalidowi Sheikhowi Mohammedowi, planiście zamachów na WTC.) Oczywiście Katar robił to często jako pośrednik dla potężniejszych od niego sił. Administracja Obamy w każdym bądź razie nie widziała w tym nic złego. Terroryzm wspierają niemal wszystkie bliskowschodnie rządy, ale Katar po prostu drażnił innych swoimi międzynarodowymi ambicjami. Arabia Saudyjska wykorzystała więc okazję, by wyrównać rachunki ze swoim byłym wasalem, a do akcji chętnie przyłączyła się egipska junta, cięta na Bractwo Muzułamańskie. Blokada Kataru została wprowadzona wkrótce po bliskowschodniej podróży Trumpa, który w Rijadzie wzywał Saudów, by wzięli się za terrorystów. No i wzięli się: w Katarze. Władze w Doha same się zresztą podłożyły, bo zaczęły spiskować z Iranem, jak zasabotować bliskowschodnie plany Trumpa.  Zresztą sam Trump bardzo ostro atakował ostatnio Katar - obecna administracja odwróciła politykę Obamy. Opiera się na Saudach, Egipcie oraz Izraelu, uderza w Katar oraz Iran.



Do inwazji na Katar raczej nie dojdzie. To przecież siedziba CENTCOMU, miejsce gdzie stacjonuje amerykańska flota i lotnictwo oraz... wojska tureckie. Powinno dojść do pałacowego zamachu stanu., bo tak tam się sprawy załatwia od lat.



W tym kontekście ciekawie wyglądają niedawne zamachy na Mauzoleum Chomeiniego oraz irański parlament (o który Irańczycy oskarżają Arabię Saudyjską)  . Ktoś posłał Irańczykom wyraźne ostrzeżenie, że ma "długie ręce". W jakiś czas później, u podnóża Wzgórz Golan pocisk rakietowy zabił grupę lokalnych dowódców ISIS, wcześniej wysokiej rangi dowódców w armii Saddama. Zacieranie śladów?

***

Jak wiemy brytyjskie wybory parlamentarne skończyły się katastrofalnie dla Partii Konserwatywnej. MI5 nadal jest jednak u władzy. Była minister spraw wewnętrznych (nadzorująca tę służbę) Theresa May trzyma się fotela premiera i będzie tworzyła rząd przy wsparciu Demokratycznej Partii Unionistów (DUP) z Ulsteru, czyli oranżystowskich kolesi ze służb. W dzień wyborów były szef MI6 dał do zrozumienia w "Daily Telegraph", że Jeremy Corbyn nie może być premierem, bo służby by go nie zatrudniły u siebie ze względu na procedury bezpieczeństwa. Istotnie, przez 20 lat służby traktowały Corbyna jak zagrożenie dla bezpieczeństwa ze względu na jego kontakty z IRA, Hamasem oraz zwolennikami bin Ladena. Służby nie mogły dopuścić Corbyna do władzy. I Corbyn rządu nie stworzy. Jego potencjalny koalicjant, Szkocka Partia Narodowa przerżnęła wybory tracąc ponad 30 mandatów. Politologowie tłumaczą, że nagle prolabourzystowscy Szkoci zapałali miłością do Torysów. A jeżeli wybory w Szkocji zostały sfałszowane? Tam byłoby to zrobić najłatwiej. Duże okręgi wyborcze ze słabym zaludnieniem... Przy okazji szkockiego referendum niepodległościowego wskazywano na nieprawidłowości mogące świadczyć o jego sfałszowaniu. Szkoci dają się tak robić...



Kwestia ostatnich zamachów w Wielkiej Brytanii robi się przez to intrygująca. Kiedyś MI5 umieszczała swoich kretów w IRA i pomagała im awansować w strukturach tej organizacji pozwalając im przeprowadzać spektakularne zamachy. Gdy słyszymy więc, że służby zignorowały 18 okazji by zapobiec zamachowi na London Bridge, to powinniśmy być powściągliwi z potępianiem służb za "nieudolność". Na pewno mają swoich ludzi w ISIS i po prostu chcą im dać się wykazać...
Problematyczna okazała się raczej reakcja wyborców. Ale premier May sama ich wystraszyła mówiąc o tym, że wprowadzi najbardziej nowoczesną wersję cenzury internetu na świecie. Może teraz ćwiczą tam na wypadek czegoś większego a za rok bez problemów się wprowadzi stan wojenny i zrobi V jak Vendetta...

***

Przesłuchanie Jamesa Comeya w Kongresie wcale nie przybliżyło impeachmentu Trumpa. Wręcz przeciwnie, może ono przyspieszyć śmierć bzdurnej narracji o rosyjskiej ingerencji w amerykańskie wybory. Comey znów nie przedstawił żadnego dowodu na taką ingerencję. Ponadto przyznał, że Trump w sumie nie przeszkadzał w śledztwie, ale zachęcał do jego kontynuowania i że gen. Flynn nie znajdował się w centrum dochodzenia. Comey przyznał się też, stał za przeciekami do mediów uderzającymi w Trumpa. Teraz już chyba im tylko pozostaje zamach...

sobota, 3 czerwca 2017

Comey i powtórka z Watergate

Trump jest ostatnio często porównywany z Nixonem. I słusznie. Bo tak jak Nixon musi mierzyć się z pełzającym zamachem stanu amerykańskiego Głębokiego Państwa.



Jedną z potyczek tej tajnej wojny jest sprawa odwołania szefa FBI Jamesa Comeya. Kim jest jednak Comey? Co do tego zdania są podzielone. W listopadzie demokraci oskarżali go o zatopienie kandydatury Hillary Clinton, w związku ze śledztwem w sprawie jej maili z Departamentu Stanu znalezionych na komputerze byłego kongresmena Anthony'ego Weinera. Rzeczywiście działania FBI przyczyniły się wówczas do klęski wyborczej Clinton. Jednocześnie jednak Comey zadbał o to, by Hillary nie dostała żadnych zarzutów - uratował ją przed więzieniem. Podobnie postąpił w 1996 r., gdy był śledczym w sprawie afery Whitewater. Uznał wówczas, że owszem Hillary Clinton popełniła przestępstwo, ale nie miała złych zamiarów, więc jest niewinna. Comey dobrze sobie radził zarówno za administracji Clintona, jak i za administracji Busha oraz administracji Obamy - z przerwą na kilka lat w sektorze prywatnym. W 2005 r. był zatrudniony przez koncern Lockheed Martin (więc niektórzy go wiążą z senatorem McCainem i senatorem Grahamem), w HSBC (banku który dosyć łagodnie ukarał za pranie pieniędzy meksykańskich karteli) i był partenerem w... Clinton Global Initative. Peter Comey, brat byłego szefa FBI, pracuje w kancelarii obsługującej rozliczenia podatkowe Fundacji Clintonów. Dyrektor James Comey jest uznawany za politycznego kameleona, co sam zresztą przyznawał. W 1984 r. pytany dlaczego zagłosował na Reagana odparł: "Przeszedłem drogę od KOMUNISTY do miejsca, w którym teraz jestem. Nie jestem nawet pewny jak siebie scharakteryzować politycznie. Może kiedyś mi się to uda". Byłym komunistą (nawróconym na islam w Arabii Saudyjskiej) jest również James Brennan, były szef CIA za Obamy. Okazuje się, że to właśnie Brennan w lipcu 2016 r. doprowadził do tego, że FBI wszczęła śledztwo w sprawie wysoce wątpliwych powiązań sztabowców Trumpa z rosyjskimi tajnymi służbami. Śledztwo to było pretekstem do podsłuchiwania kandydata na prezydenta i jego współpracowników.

Trump podczas jednej z kolacji z Comeyem zażądał od niego deklaracji lojalności wobec prezydenta. Comey nie chciał jej złożyć. Później powiązany z CIA dziennik "Washington Post" podał, że istnieje notatka byłego szefa FBI, w której opisuje on naciski administracji Trumpa, by zakończyć śledztwo w sprawie gen. Flynna. Dziennikarze notatki nie widzieli, jej treść została im przeczytana przez wysokiej rangi funkcjonariusza FBI (podobieństwa z Watergate są aż za bardzo oczywiste). Comey teraz prawdopodobnie zezna przed Kongresem, że naciski były. Szybko wyszło jednak na jaw, że były dyrektor FBI zeznał już pod przysięgą w Kongresie, że żadnych nacisków nie było! Wyciekły też zapisy chatów z jednego z komunikatorów, w których funkcjonariusze amerykańskich tajnych służb omawiają sprawę notatki Comeya zanim ona wyciekła do mediów. Mamy więc do czynienia z puczem prowadzonym przez służby specjalne przeciwko prezydentowi.



Służby mają jednak wielki problem - nie mają nic konkretnego, co świadczyłoby o nielegalnych kontaktach prezydenta Trumpa z Rosją. Przyznali to nawet admirał James Clapper, Dyrektor Narodowego Wywiadu za czasów Obamy i demokratyczny kongresmen Adam Schiff biorący udział w kongresowym dochodzeniu w tej sprawie. Owszem gen. Flynn wziął 50 tys. USD za udział w rosyjskiej imprezie, ale od Turków wziął jako lobbysta 500 tys. USD a jakoś nie słychać o "tureckiej ingerencji w amerykańskie wybory". Poza tym Flynn nie pracuje już w administracji Trumpa. Teraz przecieki ukierunkowane są więc na to, by pokazać, że Jared Kushner próbował utworzyć poufny kanał komunikacji z Rosją. Problem jednak w tym, że to rosyjscy dyplomaci zwrócili się do Kushnera z prośbą o utworzenie takiego kanału - a nie odwrotnie.  Zresztą to przecież Kushner był jedną z osób, która przekonała Trumpa o porzuceniu prób porozumienia się z Rosją przeciwko Chinom i do ataku na Syrię.

W sprawie impeachmentu prezydenta nagle zamilkli Demokraci. Powód jest prosty: okazało się, że Seth Rich zamordowany demokratyczny sztabowiec był źródłem przecieku maili z Narodowego Komitetu Demokratów. Znaleziono bogatą korespondencję mailową Richa z WikiLeaks. Co wiecej, po tym jak doszło do wycieku John Podesta napisał do swoich współpracowników, że trzeba ze sprawcy wycieku zrobić odstraszający przykład dla innych.  Groźby te padły przed śmiercią Richa.
Przypominam: to John "Pizzaman" Podesta wymyślił narrację mówiącą, że rosyjscy hakerze ukradli Hillary zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Ten sam Podesta wraz ze swoim bratem brał pieniądze od Rosjan. Powtarzając więc bzdury o rosyjskich agentach, którzy doprowadzili do wyboru Trumpa powtarzacie narrację rosyjskiego lobbysty!

Za tym idą również inne prowokacje. Gostek, który zadźgał dwie osoby w "rasistowskim ataku" w Portland okazał się być radykalnym lewicowcem. Przyznał, że te morderstwa to "operacja psychologiczna" wymierzona w zwolenników Trumpa. 

W Europie zaś agentka Najgłębszego Państwa Angela (Kaźmierczak) Merkel mówi, że "Europa nie potrzebuje już USA i Wielkiej Brytanii". Czy to bunt wasala przeciwko amerykańskiemu seniorowi czy też amerykańskie Głębokie Państwo każe jej podsycać opór przeciwko Trumpowi? Za drugą opcją przemawia to, że tuż przed spotkaniem z Trumpem spotkała się z Barackiem Husseinem Obamą (CIA). Jak więc traktować doniesienia o francusko-niemieckich planach przebudowy i federalizacji strefy euro? Czy to tylko szkolne wybryki Emmanuela Macrona (takie jak na tym filmie)? Odsyłam do książki Yanisa Varoufakisa "A słabi muszą ulec". Euro było do pewnego stopnia nieudaną próbą finansowego wy...mania Niemców przez Francuzów. Tragicznie nieudaną dla Francji. I teraz mamy tego ciąg dalszy. Który może się skończyć tylko destrukcją Unii Europejskiej.

Apropos destrukcji. Polecam obejrzeć poniższy film Paula Josepha Watsona poświęcony kryzysowi imigracyjnemu i temu jak różne podejrzane NGO'sy współpracują z przemytnikami ludzi, by dostarczać nachodźców do Włoch. Prawdziwą bitwą o Europę będą wybory we Włoszech a niszczyciele Starego Kontynentu zrobią wszystko, by nie wygrał w nich Beppe Grillo,



A ci, co wymyślili zamach na koncercie Ariany Grande to ludzie ze specyficznym poczuciem humoru. Ariana jest taka całuśna, słodziasta, nawet się po zwycięstwie Trumpa na Florydzie popłakała. Mówiła też, że islam to miłość i krzyczała, że nienawidzi Ameryki. Krążył nawet w necie żart, że przystąpiła do ISIS :) A teraz niektórzy liberalni specjaliści twierdzą, że Ariana Grande lepiej się nadaje do zwalczania ISIS niż gen. Mattis :)))))) A wczoraj pokazywali w TV "Body of lies" z DiCaprio, a tam o zamachu w Manchesterze...



niedziela, 28 maja 2017

Impresje z Tajwanu

Zacząłem w Taipei, później pojechałem do Tainan, "najstarszego miasta Tajwanu" a stamtąd (7,5 godziny pociągiem) do Hualien, miasta nad Pacyfikiem będącego punktem wypadowym do Parku Narodowego Wąwozu Taroko. Później powrót na dwa dni na przedmieścia Taipei - do Beitou, miejscowości z gorącymi źródłami. Wróciłem do kraju dopiero w sobotę nad ranem, po 10-godzinnym oczekiwaniu na lotnisku w Pekinie (zabijałem czas m.in. oglądając wrestling w lotniskowym barze...). Mam więc alibi :)

Jak wrażenia? Przypomnę swoje wpisy z Facebooka:






"Wychodząc z wieżowca Taipei 101 natknąłem się na chińską wersję Obywateli SB. Grupka dziadów z flagami ChRL śpiewających chyba maoistowskie pieśni pikietowała pikietę Falung Dafa. Niezłe wrażenie robił jeden z nich - w klapie kapoty wpinki z Mao i czerwonymi gwiazdami, wygląd kolesia mocno trenującego styl pijanego mistrza. Zasalutował mi. Próbowałem się dopytać z którego jest departamentu, ale bariera językowa była zbyt silna. Nie rozumiał ani po angielsku, ani po rosyjsku..."

Za czasów poprzedniego, kuomintangowskiego burmistrza Tapei, demonstracje Flaung Dafa były atakowane przez tamtejszych Obywateli SB, oczywiście przy bierności policji. Sytuacja znana np. z Krakowskiego Przedmieścia z 2010 r.




"Nie ma większych różnic w kulturze materialnej między Tajwanem a nadmorskimi prowincjami ChRL. Różnice dotyczą MENTALNOŚCI. Tajwańskie społeczeństwo, to społeczeństwo obywatelskie. Tutaj dyskutuje się z policjantem, który chce ci wręczyć mandat a ludzie samorzutnie się skrzykują, by np. bronić miejscowych zabytków. Widziałem nawet wolontariuszy dbających o czystość w metrze. W parlamencie tłuką się po twarzach nawet posłanki, ale w upartyjnionych mediach zawsze występują przedstawiciele obu stron politycznej barykady. Tajwan wygląda trochę tak jak wyglądałaby Polska budowana przez naszą starą emigrację. Ludzie tu nie są skażeni od wewnątrz tak jak obywatele poczętej przez ubecję III RP. Wyobraźmy sobie, że mamy drugą Polskę - zbudowaną np. na Madagaskarze przez armię Andersa..."






"Hania Shen pokazała mi muzeum upamiętniające Masakrę 228, czyli wielką zbrodnię Kuomintangu na Tajwańczykach. Wielu z Was mocno się teraz zapewne zdziwiło. "Jak to? Przecież Tajwan to Wolne Chiny a Kuomintang to bohaterowie walki z komunizmem". I tak, i nie. Po tym jak w 1945 r. Formoza stała się częścią Republiki Chińskiej, wielu rodowitych Tajwańczyków przyjęło to z radością. Szybko się jednak rozczarowali - szokował ich poziom skorumpowania chińskich władz. Byli też mocno dyskryminowani. 28 lutego 1947 r. policja zastrzeliła Tajwańczyka nielegalnie handlującego papierosami. Wybuchły zamieszki a gubernator Chen Yi wysłał wojsko na ulice. Krwawa pacyfikacja w stylu Grudnia 70 sprowokowała bunt uczniów klas wojskowych, którzy zaczęli antyrządowe powstanie. Utopiono je we krwi i przy okazji eksteminowano sporą część tajwańskiej inteligencji - polityków, biznesmenów, dziennikarzy, lekarzy, wojskowych... Galeria zdjęć ofiar przypomina podobne zestawienia z Palmir czy Katynia. W 1987 r. zaczęły się wielkie protesty Tajwańczyków przeciwko Kuomintangowi. Domagano się upamiętnienia ofiar i ukarania sprawców. Upamiętnienia są, ale sprawców nie ukarano. Resortowe klany trzymają się mocno. Były burmistrz Taipei mówi, że Masakra 228 to nic ważnego i że zabito w niej paru ludzi. Gdy prezydent Lee Teng Huei (rodowity Tajwańczyk, weteran Imperialnej Armii Japońskiej) upamiętnił Masakrę 228 i zaczął popierać niepodległość Tajwanu, wyrzucono go z Kuomintangu. Były prezydent Chen Shui Bien, który mocno angażował się w upamiętnienie 228 trafił do więzienia za korupcję. Kuomintang jest dzisiaj lobby propekińskim. Czyli wrócił do swoich korzeni gdy Mao był jego działaczem..."





"Mówi się, że na Tajwanie można usłyszeć 100 języków i dialektów przyniesionych z kontynentu. W przestrzeni publicznej króluje tutaj mandaryński. Miejscowi mają jednak własny dialekt minnan, który był prześladowany za rządów Kuomintangu. Dzisiaj w poczekalni na dworcu kolejowym w Hualien, dwie miłe panie starały się mnie uczyć paru słów tego dialektu. Tzang!"



"Ostatnio wiele osób się ekscytuje zdjęciem z "jednolitego rasowo" metra w Warszawie. W metrze w Taipei panuje podobna rasowa homogeniczność. :) Nawet większa, bo w warszawskim można spotkać całkiem sporo azjatyckich turystów. Tutaj białych widuje się dużo rzadziej. Znaczna większość turystów to przybysze z ChRL, Korei i Japonii. Prędzej się tutaj dogadasz po japońsku niż po angielsku. W TV można napotkać się na reklamy w języku japońskim z chińskimi napisami ! (Dawny kolonizator wciąż ma tu ogromne wpływy kulturowe.) Azja dla Azjatów, ale przychylnie traktująca Białych :) Zawodowi antyfaszyści mieliby tu sporo zabawy. W homogenicznym rasowo tajpejskim metrze co jakiś czas słychać jak miejscowi mówią: Neger, Neger! To po mandaryńsku znaczy "ten, tamten". Otrzaskałem się dawno temu z tym słowem, ale jak usłyszałem coś w stylu "Neger Kei Kei Kei" (KKK), to aż naszła mnie ochota, by to zgłosić do "Nigdy Więcej!""









"Mówią, że Narodowe Muzeum Pałacowe to najlepsza rzecz na Tajwanie. Owszem jest tam wiele przepięknych skarbów ewakuowanych z Pekinu w 1949 (mi się najbardziej podobała sztuka koczowników i eksponaty z czasów dynastii Han i starsze - np. gliniane konie i świnie :). Ale o wiele więcej frajdy dała mi wizyta w rezydencji Czang Kaj Szeka w Shilin. To miejsce jest tak klimatyczne! Ładny kawałek historii w jednej willi. Jest tam też sporo miejsca dla pamięci o Song Meiling, żonie generalissimusa. Możemy się przekonać, że całkiem ładnie malowała. A na zdjęciu z młodości była całkiem niezłą lasencją. Na fotce z Czangiem wygląda trochę jak matka Kagury (z serialu Gintama) ze swym mężem Umibozu. :) Co ciekawe, oboje byli chrześcijanami. I widać to w wystroju domu. Czang miał w gabinecie obraz przedstawiający Chrystusa i zdjęcie dra Sun Yat Sena."

"Hala Pamięci Czang Kaj Szeka łączy chiński styl z europejskim monumentalnym, "faszyzującym" klasycyzmem. To jakby ziggurat w hołdzie dla generalissimusa z jego wielkim posągiem w środku. Warto rzucić okiem, zwłaszcza na zmianę warty, która jest przedstawieniem jakby z chińskiej opery. Hala Pamięci mieści też muzeum poświęcone Czangowi - dużo klimatycznych zdjęć, dwa krążowniki szos generalissimusa oraz rekonstrukcja jego gabinetu. Niestety Muzeum Sił Zbrojnych Republiki Chińskiej jest w renowacji, a bardzo chciałem je zobaczyć. Przypadkiem za to natknąłem się na ciekawe muzeum prezydenckie. Kampanie wyborcze po tajwańsku i pani prezydent Tsai Ing Wen z tektury. Sprawia wrażenie mądrej, sympatycznej i do tego jest kociarą. W sklepiku z pamiątkami gadżet z mapą Republiki Chińskiej - obejmującej oprócz Tajwanu tereny administrowane przez ChRL, całą Mongolię i sporne terytoria z państwami ościennymi..."






"Po powrocie do Taipei zabijałem czas do check-inu w hotelu uzupełniając luki w zwiedzaniu. Zainteresowało mnie Muzeum dawnego Banku Ziemskiego Tajwanu. Instytucji założonej przed wojną przez Japończyków, która stała się później jednym z filarów powojennego rozwoju gospodarczego Tajwanu. Wspaniałe gmaszysko, w pięknym, "faszystowskim" stylu! Niemal jakby przeniesiono ten budynek z Chicago czasów New Dealu. Obok jest Muzeum Narodowe Tajwanu - również instytucja z czasów japońskiej kolonizacji i piękny, imperialny gmach. Japońscy imperialiści zostawili tutaj wiele architektonicznych dzieł - Pałac Prezydencki, gmach sądu w Tainan, tamtejszy dworzec kolejowy... Podczas kolonizacji starali się zjednać sobie Tajwańczyków i promowali ich dawną kulturę. Formoza była dla nich przedłużeniem Ryukyu. Zdarza się, że starzy Tajwańczycy (miejscowi a nie imigranci z Chin kontynentalnych!) z rozżewnieniem wspominają czasy japońskiej okupacji. Niektórzy proniepodległościowi politycy odwiedzają Świątynię Yasakuni w Tokyo, by oddać hołd Tajwańczykom poległym w szeregach imperialnych sił zbrojnych. Japończycy zostawili tu również spadek w postaci wykorzystania geotermii. Mieszkam w Beitou, przedmieściu Taipei znanym z gorących źródeł. W hotelowej wannie w swoim pokoju mam wodę właśnie z takiego źródła. :)"






"W Muzeum Gorących Źródeł w Beitou (piękny budynek z 1913 r.) jest fotka Marii Curie- Skłodowskiej. Dlaczego? Bo w Beitou odkryto hakutolit (Hakuto to japońska nazwa Beitou), minerał zawierający radioaktywny rad. Poza Beitou występuje on jedynie w japońskiej prefekturze Akita. Tutejsza geotermia jest więc nieco radioaktywna W Beitou jest też staw, w którym woda ma temperaturę 90 stopni a na ulicach czasem czuć zapach siarki. Jest tu japońska świątynka prawie jak z horroru Higurashi a miejscowi Aborygeni (pierwotni mieszkańcy Tajwanu) uważali okolicę za miejsce spotkań czarownic. Zlatywali się tu też filmowcy. W latach 50-tych, 60-tych i 70-tych kręcono tu nawet 200 filmów rocznie - głównie lekkich i romantycznych produkcji. W knajpach grały miejscowe kapele, a na przyjęcia do hoteli zwożono skuterami panie w jedwabnych sukniach. Dzisiaj jest tu trochę grzeczniej, ale nadal klimatycznie."










"Park Narodowy Taroko naprawdę robi wrażenie - głęboki wąwóz, górskie serpentyny, zbocza pokryte gęstym zielonym lasem, zamglone szczyty. W pobliżu parku narodowego piękne widoki na Pacyfik - a tuż przy plaży tajwańska wojskowa baza lotnicza :) Wycieczka do Taroko wyszła fajnie. W busiku siedem osób: ja, starszy Amerykanin (bardzo miły człowiek choć wielki progressywista z DC), szwajcarska parka (oboje bezrobotni, ale jeżdżący sobie po świecie) i dwie dziewczyny z Hongkongu tłumaczące nam, co mówi kierowca-prze wodnik nie znający angielskiego. "











"Jestem już w Tainan, mieście na południu Tajwanu, położonym nad Cieśniną Tajwańską. Mieście pełnym zabytków i dobrego ulicznego żarcia. Przywitanie z nim było jednak nieco bareistyczne. Stacja szybkiej kolei jest w szczerym polu, poza miastem. Wziąłem więc bezpłatny autobus do miasta. Powiedziano mi bym wysiadł przy świątyni Konfucjusza, bo tam złapię jakiś transport do hotelu. Ale ani tam autobusu ani taryfy. Młody Tajwańczyk zauważył, że mam problem i... zaprowadził mnie aż do hotelu i potem pokazał nieco miasta i dobre lokalne jedzenie.Takich miłych ludzi naprawdę rzadko można spotkać! Mieszkam w ciekawej okolicy. W odróżnieniu od Tajpej jest tu wiele miejsc, gdzie można napić się browca. W sąsiedniej knajpie zwraca na siebie kelnerka w krótkiej kiecce z logo Heinekena. Chodzenie na szpilkach sprawia jej wyraźną trudność, ale rozbrajająco się uśmiecha..."


                                     

"Tainan to "najstarsze miasto Tajwanu". Tu w XVII w. Holendrzy założyli Fort Zeelandia (Anping), z którego na szczęście wyrzucił ich urodzony w Japonii pirat i zarazem narodowy bohater Tajwanu Koxinga. Pozostałości fortu (z ciekawymi chińskimi działami z XVIII i XIX w.) są tutaj wielką atrakcją turystyczną. Obok nich jest Drzewny Dom - stary magazyn soli, który został opleciony korzeniami drzewa banyan. Niesamowicie, postapokaliptyczne to wygląda. W centrum miasta dużo starych świątyń i malowniczo się prezentująca Wieża Shikhan. Cioty piszące przewodniki o tym nie wspominają, ale można przy nabrzeżu portowym zwiedzić tajwański niszczyciel Teyang. Ten okręt służył wcześniej w US Navy jako USS Sarsfield i został odznaczony za wojnę wietnamską! Ale cóż, dla autorów przewodników ważniejsze są nudne muzea sztuki nowoczesnej, wegańskie knajpki i rozrywki LGBT..."





"Dzielnica Xinmending jest reklamowana jako tajwański odpowiednik tokijskiej Harajuku. I trzeba powiedzieć, że to projekt dosyć udany a przy tym pokazujący siłę popkulturowego softpower... Japonii. Znalazłem tam bardzo profesjonalną i fajną maid cafe. Wśród kelnerek pół-Japonka, pół-Tajwanka, która przyjechała z Japonii do Taipei, by studiować mandaryński. Wysoka dziewczyna o ciekawych rysach twarzy. Przykład tego jak zawiła jest historia Wyspy. Fajnie się z nią rozmawia, choć dziewczę przeprasza mnie, że słabo zna angielski. Wtrącam więc czasem parę japońskich słów, co wywołuje jej radość. Panienki przechodząc niby przypadkiem ocierają się kieckami o moją rękę spoczywającą na krawędzi fotela..."

***


Podczas mojego wyjazdu śmierć spotkała festiwal w Opolu a także Zbigniewa Brzezińskiego. Wszyscy teraz chwalą zmarłego doradcę prezydenta Cartera za to, że był "wielkim Polakiem" i "wielkim geopolitykiem". A ja spytam: co świadczyło o jego wielkości? Gostek był moim zdaniem mocno przereklamowaną postacią. Owszem w latach 70-tych wiele znaczył a później pomógł wykreować Obamę, ale czy to rzeczywiście powody do chwały? Brzeziński był współodpowiedzialny za obalenie szacha Iranu i zainstalowanie tam reżimu Chomeiniego. Owszem, sam tego nie wymyślił, on realizował tylko kolektywnie opracowany plan - ale musiał mieć swiadomość do czego to doprowadzi. Dzisiaj wszyscy wspominają Brzezińskiego jako "antykomunistę z krwi i kości" a rosyjska propaganda wypomina mu Afganistan, ale przecież administracja Cartera prowadziła bardzo łagodną politykę wobec ZSRR a sam Brzeziński jeszcze w drugiej połowie lat 80-tych wieszczył Związkowi Sowieckiemu długi żywot. Brzeziński snuł w latach 90-tych wizję geopolitycznego starcia o Azję Środkową i jakby przeoczył to, że Chiny stają się supermocarstwem, który ten teren po prostu wykupi. Ostatnio głosił on mądrości w stylu: Rosja musi ściślej współpracować z USA i Chinami.  No cóż, już w latach 70-tych David Rockefeller płacił mu za pisanie książek o technokratycznym systemie rządów łączącym cechy komunizmu i kapitalizmu, w którym społeczeństwo jest celowo ogłupiane...




Ciekawie podsumował go Henry Kissinger: "Brzeziński to zupełna dziwka. Jest po każdej stronie w każdej sprawie. Napisał książkę o „pokojowym zaangażowaniu”, a teraz, gdy robimy większość z tego, o czym mówił w książce, oskarża nas o słabość."


***

A w następnym wpisie ( o ile nie nastąpi coś bombowego jak koncert Ariany Grande...) odniosę się do ostatnich zawirowań wokół FBI, Comeya i rosyjskiego śledztwa...