piątek, 10 lipca 2020

Niepodległość: Urodzony 17 września


Ilustracja muzyczna: DM4 - Bosski - Generał Gryf

Na podstawie jego życiorysu mógłby powstać nie jeden film szpiegowski czy wojenny...

Generał Janusz Brochwicz-Lewiński "Gryf" - urodzony 17 września 1920 r. - od wczesnej młodości stykał się już z Wielką Historią. Jego ojciec był profesorem UJ i wileńskiego USB. Matka była znaną aktorką. (Co ciekawe ojciec był liberalnym wolnomyślicielem a matka była bardzo religijna.) Wuj - płk Zbigniew Brochiwcz-Lewiński oficerem ds. zleceń u marszałka Śmigłego-Rydza. Inny jego krewny - płk Antoni Brochwicz-Lewiński - był w latach 60. p.o. GISZ na uchodźstwie. Jako dzieciak miał okazję uczestniczyć w spotkaniu z Marszałkiem Piłsudskim a przysposobienia wojskowego uczyli go w szkole w Wołkowysku "Hubal" i " Łupaszka".



"Gryf" był też człowiekiem mającym niesamowite szczęście. Sam wiązał je z obrazkiem Jezusa Miłosiernego, który dostał tuż przed pójściem na wojnę od matki. A ona dostała go od błogosławionego ks. Michała Sopoćki, spowiednika św. Faustyny Kowalskiej. 



Szczęście mu wyraźnie dopisywało. W 1939 r. miał przydział do 76 pułku piechoty im. Ludwika Narbutta. Pułk został zniszczony w nocnym boju pod Longinówką (koło Piotrkowa Trybunalskiego) - w najbardziej epickim starciu Września '39. "Gryf" został jednak w ośrodku zapasowym i później brał udział w walkach z Sowietami. Trafił do sowieckiej niewoli. Prowizoryczny bolszewicki sąd (# wolnesądy!) szybko skazał go na śmierć. Czekał w piwnicy na egzekucję. Enkawudziści jednak się zmęczyli i zbyt dużo wypili. Przestali więc rozstrzeliwać, zanim doszli do Brochwicza-Lewińskiego. Wpakowali go w pociąg na Syberię. On jednak zauważył poluzowane deski w wagonie i uciekł z transportu. Pieszo przedostał się na teren okupacji niemieckiej. A tam wstąpił do konspiracji. W latach 1940-1942 pracował w niemieckim urzędzie w Puławach jako wtyczka ZWZ/AK. Później przeszedł do partyzantki, gdzie był m.in. jednym z podwładnych "Zapory". Generał "Nil" docenił jego zdolności i przeniósł go do szkolenia Batalionu "Parasol". Przed Powstaniem Warszawskim wsławił się m.in. akcją na aptekę Wendego a podczas Powstania epicką obroną Pałacyku Michlera (Michla) na Woli - odparł cztery szturmy esesmanów wspartych czołgami i zadał im bardzo ciężkie straty. Niestety 6 sierpnia został wyłączony z walki - na Cmentarzu Ewangelickim kula niemieckiego snajpera trafiła go w twarz. Ekrazytowy pocisk roztrzaskał mu szczękę. Nie dawano mu większych szans na przeżycie. A mimo to przeżył w powstańczych szpitalach - w fatalnych warunkach sanitarnych - a później w obozach jenieckich. (Poznał tam m.in. gen. Kutrzebę, gen. Rómmla, adm Urunga i rtm Pileckiego.) Już po wyzwoleniu obozu, gdy transportowany był amerykańską sanitarką do szpitala, pojazd został zaatakowany przez niemiecki myśliwiec. "Gryf" wyszedł z tego bez szwanku. Amerykańscy lekarze zrekonstruowali mu twarz. Została jednak charakterystyczna blizna. "Gryf" był już jednak na tyle zdrowy, by wstąpić do 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Chciał lecieć do kraju jako "cichociemny". Odmówiono mu - właśnie ze względu na bliznę na twarzy. Biorąc pod uwagę stopień infiltracji tych operacji przerzutowych przez Sowietów, była to szczęśliwa decyzja...



"Gryf" był krewnym gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. I "Bór", traktując go jako osobę zaufaną, wyznaczył go do sprzątnięcia porucznika... Czesława Kiszczaka. Kiszczak był wówczas oficerem wywiadu wojskowego w londyńskiej ambasadzie PRL. "Bór" chciał go rozwalić, bo uważał go za niebezpieczną mendę. Niestety nie wykazał się tutaj zdecydowaniem a przeciwko tej misji oponował mocno m.in. płk Stanisław Tatar.   Jak wspominał "Gryf", misja była wykonalna. Kiszczak był obserwowany i można było go "rąbnąć na cichacza".


Później Brochwicz-Lewiński wstąpił do armii brytyjskiej. Służył m.in. w Palestynie i w Sudanie. W Mandacie Palestyńskim toczyła się wtedy ostra walka przeciwko syjonistom. "Gryf" wspominał, że gdy żydowscy bojownicy zastrzelili dwie brytyjskie pielęgniarki, jego dowódca tak się wściekł, że przywiązał dwóch schwytanych syjonistycznych terrorystów do jeepa i wlókł ich po bezdrożach, aż zostało po połowie ich ciał. Z Palestyny trafił do okupowanych Niemiec, gdzie pracował dla MI6. Czasem się przedzierał do strefy sowieckiej przebrany w sowiecki mundur. Czasem organizowano na niego zamachy - np. w 1948 r. próbowano go zabić w "wypadku" z udziałem ciężarówki. Otruć próbował go podwójny agent (a w zasadzie sowiecka "Matrioszka" z fałszywym życiorysem holenderskiego żydowskiego sieroty służąca w MI6) George Blake.



Brochwicz-Lewiński służył w latach 1954-1960 w Pułku Przybocznym Huzarów Gwardii Królowej Elżbiety II, gdzie m.in. ochraniał przyszłą królową Elżbietę II. (Wspominał, że księżniczka Małgorzata była bardzo rozrywkowa.) Ale też stacjonował w strefie Kanału Sueskiego. W latach 1960-1964 służył w brytyjskiej misji wojskowej w Berlinie. A w latach 1964-1971 w różnych jednostkach wojskowych na terenie Niemiec. W latach 1971-1985 był nauczycielem i oficerem ds. bezpieczeństwa w szkole dla dzieci brytyjskich wojskowych w Hamm. Oczywiście łączył te stanowiska z pracą dla MI6. A MI6 czasem wypożyczała go CIA. W ramach pracy dla Amerykanów m.in. wykrył w Niemczech iracką organizację terrorystyczną.



Do Polski wrócił na stałe dopiero w 2004 roku. Był bardzo rozczarowany ówczesną polską rzeczywistością. Czuł, że nadal Polska tkwi mentalnie w komunie. "Po powrocie do Polski publicznie krytykowałem komunę i tych, którzy poszli na współpracę z NKWD czy UB. Jaka była reakcja? Miałem wrażenie, że ludzie się bali, a niestety, niektórzy boją się do dziś. Gdy jechałem kiedyś pociągiem z Warszawy do Berlina i zacząłem krytykować komunę, to pasażerowie brali płaszcze i wychodzili z przedziału. Skąd był ten strach?".

Wyrok śmierci wydany na niego w 1939 r. wciąż obowiązywał. "Gryfa" dwukrotnie próbowano w Warszawie otruć. Raz dostał w prezencie czekoladki. Po zjedzeniu jednej złapał go paraliż. Znów cudem przeżył. Drugi raz w restauracji "Wilanowska" podano mu pieczeń, która smakowała jakby dodano do niej "środku z apteki". Zjadł więc niewiele a po wyjściu z restauracji dostał silnych zawrotów głowy i zasłabł. Później jeden z kolegów z Powstania Warszawskiego podszedł do niego w innej restauracji "i powiedział, że dziwi się, że żyję, że jestem twardy".

Wielu powstańców przyjmowało pojawienie się "Gryfa" w Polsce bardzo chłodno. Maria Stypułkowska-Chojecka "Kama", uczestniczka zamachu na Kutscherę, rżnęła wręcz głupa i twierdziła, że nigdy nie słyszała o żadnym "Gryfie". A był on przecież jednym z jej zwierzchników. No cóż, była członkiem władz ZBOWiD... Sama obecność "Gryfa" - powstańczego dowódcy opromienionego sukcesami - kłuła w oczy zawistnych cwaniaczków, którzy w czasie wojny mieli niskie stopnie w konspiracji i niewiele zdziałali a później obsiedli władze organizacji kombatanckich i odgrywali rolę zawodowych "bohaterów". (Leszek Żebrowski opowiedział kiedyś jak na Powązkach Wojskowych na pomniku jednego z oddziałów powstańczych znalazł nazwisko kolesia, który urodził się po wojnie. Kombatanci przyznali, że to był ich opiekun z SB, który jednak załatwił im lokal, kawę i ciastka, więc chcieli się mu jakoś odwdzięczyć!) "Gryf" szybko przyćmił więc tych cwaniaczków. Zdobył serca młodzieży i entuzjastów historii. A w docenienie jego dokonań zaangażowali się m.in. prezydent Lech Kaczyński i minister Władysław Stasiak. Bronisław Komorowski, dla odmiany, nie przedłużył "Gryfowi" w 2014 r. kadencji w kapitule Orderu Virtuti Militari. Być może nie bez znaczenia było to, że taki doświadczony oficer tajnych służb jak Brochwicz-Lewiński nie miał żadnych wątpliwości, że w Smoleńsku doszło do zamachu przeprowadzonego wspólnie "przez grupę Polaków, którzy mieli wówczas władzę i Rosjan".




17 września 2015 r. "Gryf" obchodził 95-te urodziny, na których gościł prezydent Andrzej Duda. 11 listopada 2015 r. prezydent odznaczył Brochwicza-Lewińskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Nadając mu ten order, przyklęknął przed wózkiem inwalidzkim "Gryfa". "Gryf" mówił zaś przy innej okazji: "Mam wrażenie, że Opatrzność chce, aby Polska przestała być komuną".

Generał "Gryf" zmarł 5 stycznia 2017 r. i został pochowany na Powązkach Wojskowych. Niedaleko od Łączki, Kwatery Smoleńskiej a także grobów Józefa Becka, gen. Petelickiego i Józefa Szaniawskiego.

Jaka nauka wypływa z serii "Niepodległość". Taka, że Lenin miał rację mówiąc, że "Kadry decydują o wszystkim". Jeśli chcemy ocenić polityka, patrzmy przede wszystkim skąd się wywodzi i jakimi kadrami otacza. Czy są u jego boku zramolali ubecy i sowieckie trepy rodem z "Samowolki" i "Krolla"? Czy honoruje ludzi takich jak generał "Gryf", czy też może Jolantę Lange-Gontarczyk?



Powyżej: autentyczny smutek "Bolka", "Alka" i Bronka po śmierci gejnerała Jarucwelskiego...



Prezydent Andrzej Duda na pogrzebie gen. Brochwicza-Lewińskiego.


piątek, 3 lipca 2020

Niepodległość: Przerwany spisek



Powyżej: wiceminister obrony gen. Piotr Jaroszewicz z prymasem Augustem Hlondem podczas procesji Bożego Ciała w 1946 r.

Ilustracja muzyczna: Mili - Ame to Taieki to Noi - Gleipnir Ending

Beria mówił w 1942 r. generałowi Andersowi, by zostawił mu grupę zaufanych oficerów, których on umieści na szczytach władzy w komunistycznej Polsce. Beria mocno bowiem wierzył w zarządzanie państwem przez wojskową elitę w stylu sanacyjnym lub kemalistycznym. I najlepiej gdyby to była elita z przedwojennymi korzeniami. I to są właśnie korzenie wielu anomalii kadrowych w PRL...

Przykładem takiej gigantycznej anomalii była kariera Piotra Jaroszewicza. Gdy Jaruzelskiemu zajęło 13 lat przejście drogi od szeregowca do generała brygady (a uznawano to za zadziwiająco szybką karierę), to Jaroszewicz przebył ją w DWA LATA. To sytuacja o tyle dziwna, że przed 1943 r. nie miał on żadnych związków z komunistami. No poza tym, że był przez nich represjonowany - rąbał drzewa w tajdze przy 40 stopniowym mrozie a jego mała córeczka zmarła z głodu i chorób w kołochozie. Ponad 40 lat później w wywiadzie-rzece „Przerywam milczenie” wspominał to w sposób wskazujący, że nigdy tego Sowietom nie zapomni. Próbował się wyrwać z ZSRR z Armią Andersa, ale zachorował na tyfus i nie zdążył do niej dotrzeć. Drugiej szansy, jaką była Armia Berlinga, nie mógł zmarnować. A przed wojną był przedstawicielem elit - dyrektorem szkoły i organizatorem lokalnej komórki Związku Strzeleckiego. 

Jak pisał znany Wam autor:




"
Przecież Jaroszewicz nie jest nawet komunistą! - wściekał się we wrześniu 1944 r. Jakub Berman, niezwykle wpływowy członek politbiura PPR. Próbował w ten sposób storpedować awans kapitana Piotra Jaroszewicza na szefa Zarządu Polityczno-Wychowawczego 1 Armii Ludowego Wojska Polskiego. Oburzało go to, że człowiek nie mający przed 1943 r. żadnych związków z ruchem komunistycznym– a nawet zaliczający się do przedwojennych elit i ofiar systemu sowieckiego – nagle zostaje szefem wszystkich politruków w armii Berlinga. Berman, wszechwładna, szara eminencja stalinowskiego PPR, fanatyczny komunista nienawidzący dawnej „pańskiej Polski”, w starciu z Jaroszewiczem okazuje się jednak zadziwiająco bezsilny. Jaroszewicz nie tylko stanowisko dostaje, ale awansuje dalej i robi iście napoleońską karierę.  Ten pozbawiony doświadczenia wojskowego 33-latek wstępuje do Dywizji Kościuszkowskiej w sierpniu 1943 r. i zostaje na wstępie szeregowcem, któremu przydzielono funkcję magazyniera. Szybko zostaje jednak skierowany na kurs dla politruków i następnie błyskawicznie awansuje. Już w kwietniu 1945 r. jest pułkownikiem i zastępcą szefa Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego LWP , a później przez trzy miesiące p.o. szefa tej instytucji. W grudniu 1945 r. dostaje nominację na generała brygady. (...)
Dużo większą anomalią jest to, że Piotr Jaroszewicz przetrwał na szczytach władzy stalinowskiej PRL, pomimo tego, że rola Berii po 1945 r. osłabła (skupił się on na programie nuklearnym i rakietowym ZSRR, walcząc w ten sposób de facto o ocalenie życia) a Berman i jego frakcja zdobywali coraz większą władzę w Polsce. W 1947 r. wiceminister Jaroszewicz zostaje posłem na Sejm PRL, w 1948 r. wchodzi do Komitetu Centralnego i zasiada w nim nieprzerwanie do 1980 r. W latach 1950-1952 jest zastępcą szefa Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego. Nadzoruje budowę przemysłu zbrojeniowego na potrzeby przyszłej III wojny światowej. W 1952 r. zostaje wicepremierem i jest nim nieprzerwanie do 1970 r. Dodatkowo w latach 1954-1956 jest szefem resortu górnictwa. Robi więc wielką karierę, choć przecież jeszcze w 1948 r. Wydział Zagraniczny sowieckiej partii komunistycznej określa go jako jednego z ministrów, który wykazuje „dążenia nacjonalistyczne” i stara się kierować na boczny tor sowieckich oficerów.



Sytuacja jest tym dziwniejsza, że jego przyrodni brat, wiceminister aprowizacji i handlu Alfred Jaroszewicz, zostaje poddany represjom, a to w żaden sposób nie wpływa na karierę Piotra Jaroszewicza. Alfred Jaroszewicz był przed wojną, od 1922 r. agentem polskiego Oddziału II Sztabu Generalnego, czyli wywiadu wojskowego. Józef Światło, zbiegły na Zachód funkcjonariusz bezpieki, twierdzi później, że Jaroszewicz był tam wtyką sowieckich służb. Ale dla kogo pracował naprawdę? W powojennym śledztwie zarzuca się mu, że był prowokatorem wywiadu wojskowego w środowiskach komunistycznych. Nie ulega wątpliwości, że przedwojenna KPP była mocno zinfiltrowana przez polskie służby a Jaroszewicz pracował jako dyrektor w ważnych dla przemysłu zbrojeniowego zakładach w Ursusie. W trakcie wojny jest oficerem Komendy Głównej AK i powstańcem warszawskim a jednocześnie… oficerem wywiadu komunistycznej Gwardii Ludowej. W trakcie tych zawirowań towarzyszy mu Włodzimierz Lechowicz, również podwójny agent i polityk Stronnictwa Demokratycznego, powojenny minister aprowizacji i handlu. W 1948 r. Jaroszewicz wraz z żoną i Lechowicz zostają aresztowani i poddani brutalnemu śledztwu. (...)
Piotr Jaroszewicz doskonale sobie radzi również po październikowym przełomie. W 1956 r. zostaje przedstawicielem PRL przy Radzie Współpracy Gospodarczej w Moskwie, czyli jest główną osobą przekazującą do Warszawy żądania gospodarcze Sowietów, w tym te dotyczące przygotowań do wojny nuklearnej. Od 1957 r. jest wiceprzewodniczącym Komitetu Stałego Rady Ministrów i przewodniczącym Komitetu Współpracy Gospodarczej z Zagranicą. Przypomnijmy, że ciągle jest wicepremierem, członkiem KC i posłem na Sejm a w 1964 r. awansuje do Biura Politycznego.



W grudniu 1970 r. dochodzi do robotniczego buntu na Wybrzeżu a wojsko strzela do protestujących. Historyk Henryk Kula w swojej książce „Grudzień 1970. „Oficjalny” i rzeczywisty” przedstawia silne poszlaki na tezę mówiącą, że ta masakra była od początku zaplanowaną prowokacją bezpieki i wojska, elementem partyjnego zamachu stanu. Spiskowcy, do których zaliczał się m.in. minister obrony Jaruzelski, chcieli obalić Gomułkę i zastąpić go byłym szefem bezpieki Mieczysławem Moczarem. Moskwa zawetowała jednak tę zmianę kadrową bojąc się ambicji Moczara i wskazała Edwarda Gierka, pierwszego sekretarza partii w Katowicach na następcę Gomułki. Gierek swoim premierem na blisko 10 lat uczynił zaś Jaroszewicza."




Sam Edward Gierek też miał w swojej biografii wiele anomalii. Po powrocie w 1948 r. do Polski z Belgii szybko piął się po szczeblach kariery. Już w 1949 r. znalazł się w KW w Katowicach, a w 1954 r w KC. Najciekawsza jest jednak jego kariera przed 1945 r. ... Oficjalna biografia mówi, że już w 1931 r. należał do sekcji polskiej sekcji Komunistycznej Partii Francji, organizował strajki i został karnie deportowany do Polski. I jak II RP potraktowała tego niebezpiecznego wywrotowca? Wsadziła go Berezy czy Świętego Krzyża? Nie. Dostał powołanie do służby w 1 pułku artylerii motorowej. Przypomnijmy: w II RP nie wcielano do takich jednostek przedstawicieli mniejszości narodowych ani innego niepewnego elementu. A to była przecież jedna z nielicznych zmotoryzowanych jednostek polskiej armii w połowie lat 30. Jak wspominał Kazimerz Zarzycki, sekretarz Gierka:

"
Opowiedziałem o studium wojskowym i stopniu oficerskim, ale bez szczegółów związanych z przydziałem w razie mobilizacji. Gierek niespodziewanie się pochwalił:

A ja też, towarzyszu Kazimierzu, służyłem w Wojsku Polskim. W Stryju, od końca 1934 do 1936 r. W 1. Pułku Artylerii Motorowej. Zresztą razem z towarzyszem Józefem Szczyrbą. Byłem kierowcą, ale żadnej belki na pagonach nie dochrapałem się. Żalu nie mam – tu się zaśmiał – bo przecież mieli w papierach, co robiłem w Komunistycznej Partii Francji.

Byłem bardzo zaskoczony, że Gierek wspomniał, na dodatek dość ciepło, ten fragment przedwojennego życiorysu. W oficjalnych biogramach istniała tylko sucha informacja o wcieleniu czy też powołaniu do wojska. A Józef Szczyrba, prosty Ślązak, był kierowcą Gierka od czasu, kiedy ten został pierwszym sekretarzem KW w Katowicach. A później poszedł z nim do Warszawy jako oficer Biura Ochrony Rządu." (...)

Pytał o zamiłowania i był ciekaw, czy gram na jakimś instrumencie. A kiedy powiedziałem, że rodzice przez kilka lat kazali mi ćwiczyć na akordeonie, to autentycznie się ucieszył.

– Bo ja w wojsku też nauczyłem się grać na akordeonie i od czasu do czasu po tę moją harmonię sięgam – przyznał rozbawiony. – Ale niech to pozostanie naszą pierwszą tajemnicą. No i uważajcie w temacie akordeonu przy Grudniu. On przygrywał we Francji na weselach, ale teraz się tego wstydzi.
(koniec cytatu)



W oficjalnych biografiach są też wzmianki o tym, że Gierek służył w belgijskim komunistycznym ruchu oporu. Służył on jednak w Witte Brigade, która nie była organizacją komunistyczną (komuniści mieli swój Niezależny Front). Witte Brigade uchroniła w 1944 r. port w Antwerpii przed zniszczeniem przez Niemców i mocno współpracowała z alianckimi służbami wywiadowczymi. A także z 1 Dywizją Pancerną gen. Maczka.



Wincenty Pstrowski, stalinowski "przodownik pracy", znał Gierka z Belgii. I rozpowiadał, że żaden z niego robociarz tylko burżuj. Gierek według niego nie był żadnym górnikiem, tylko właścicielem przykopalnianego sklepu. Skąd jednak biedny imigrant Gierek miał pieniądze na zakup tego sklepu świeżo po służbie wojskowej w Polsce? Pstrowski tego nie wyjaśnił. Zmarł w tym samym roku, w którym Gierek wrócił do Polski. Dostał zakażenia krwi po zabiegu dentystycznym.



I jeszcze jedna anomalia: po październiku 1956 r., gdy Gierek jest szefem KW w Katowicach, nakazuje wojewódzkiemu szefowi milicji Franciszkowi Szlachcicowi przynieść teczkę Jerzego Ziętka. Teczka zostaje spalona. Ziętek to były członek POW, powstaniec śląski i... poseł BBWR w latach 1931-1935 (!). W latach 1940-1941 łagiernik, który wychodzi z ZSRR z Armią Berlinga jako politruk i zastępca dowódcy 3 Dywizji Piechoty. Jak podają źródła popularne:"Do Katowic wrócił w styczniu 1945 już w randze podpułkownika[16]. Od lutego do marca 1945 wojewoda śląski. 14 marca tego samego został powołany na stanowisko pierwszego wicewojewody śląskiego, które pełnił do 1950[17]. Jako wicewojewoda śląski powołał latem 1945 komisję, która podjęła się spisu górników przymusowo wywiezionych do ZSRR po zajęciu terenu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną. Spis zawierał 9877 nazwisk. Komisja podjęła również działania zmierzające do zwolnienia deportowanych górników i ich powrót do domu. Od lutego 1945 członek Polskiej Partii Robotniczej[3], od 1948 w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W okresie stalinizmu został usunięty z PZPR w efekcie kontrowersji, jakie budziła sanacyjna przeszłość i próby tworzenia władz administracyjnych na kadrach powstańców śląskich. Był inwigilowany przez MBP ze względu na przeszłość polityczną w II Rzeczypospolitej i kontrowersyjne decyzje kadrowe."

Mamy więc kuriozalną sytuację. Były peowiak, człowiek Michała Grażyńskiego, sanacyjny poseł wraca do Katowic jako ppłk LWP i zostaje pierwszym wojewodą śląskim! A później komuna ma mu za złe, że otacza się dawnymi powstańcami śląskimi. A potem u boku Gierka znów kieruje województwem - mocno naśladując "gospodarski" styl Grażyńskiego.




Gdy św. Jan Paweł II spotkał się z polskimi biskupami podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 r., mówił im, że o ile komunizm jeszcze szybko nie upadnie, to lepiej będzie jeśli PRL będą rządzili tacy komuniści "jak Pan Gierek".  Bez wątpienia rządy Gierka na tle poprzedników i następców wyglądają o wiele lepiej. Czasy Bieruta i Ochaba to ekstremalne represje, nędza, wyzysk, otwarta wojna z Kościołem i niszczenie polskiej kultury. W czasach Gomułki zabijano ostatnich Wyklętych, szykanowano Kościół, Polacy gnieździli się w klitkach z ciemnymi kuchniami a młody Niesiołowski jadł szczaw i mirabelki. Czasy gejnerała Jarucwelskiego to masowe represje, katastrofa gospodarcza i opylenie masy upadłościowej zachodnim kapitalistom. W czasach Gierka też były represje - ale bardzo ograniczone w porównaniu z czasami Gomułki czy Jaruzela. Do robotników wówczas nie strzelano. (Ofiar "nieznanych sprawców" było też mniej a zbrodnie bezpieki takie jak zabójstwo Stanisława Pyjasa czy ks. Romana Kotlarza mogły zostać popełnione bez wiedzy Gierka.  Bezpieka była przecież państwem w państwie. Bezpośrednio ją nadzorował Stanisław Kania - czyli koleś, który wraz z Jaruzelskim Gierka obalił w 1980 r. Kania, były żołnierz Batalionów Chłopskich, wywodził się z grona skomunizowanych ludowców. Szef SB Franciszek Szlachcic wyleciał wcześniej ze stanowiska za szpiegowanie Gierka. Przypomnieć trzeba też zlikwidowanie ministra spraw wewnętrznych Wiesława Ociepki w katastrofie lotniczej pod Szczecinem. Ociepka był dla bezpieki człowiekiem z zewnątrz.)



Wielu Polaków wspomina dekadę Gierka jako czasy największego dobrobytu i swobody w PRL. (Oczywiście nie wszędzie ten "dobrobyt" był widoczny. Było w kraju wiele miejsc, w których panowała nędza. Mniejsza jednak niż za Gomułki.) Nowy przywódca szybko zaczął budować swój wizerunek „przyjaciela ludu” i jednocześnie obytego na Zachodzie technokraty. Za jego rządów wydatki na konsumpcję wzrosły z 25 proc. PKB do prawie 40 proc. PKB. Zbudowano około 1 mln mieszkań, rozpoczęto budowę pierwszych autostrad i dróg szybkiego ruchu, inwestowano w sprowadzanie do Polski w miarę nowoczesnych technologii a także w rozwój rolnictwa i kulturę (np. w odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie - Jaruzelski nieoficjalnie sprzeciwiał się odbudowie tego "reakcyjnego pałacu"). W 1975 r. przeprowadzono reformę administracyjną dzielącą kraj na 49 województw i degradującą sporą część powiatowej nomenklatury partyjnej. Warunki życia wielu Polaków poprawiały się, choć oczywiście były wciąż daleko w tyle za Zachodem. Za jego czasów próbowano nieco zmniejszyć zależność od Sowietów kupując na Zachodzie technologię gazyfikacji węgla (instalację zniszczono na polecenie wściekłych decydentów z Moskwy), rozważając budowę terminalu LNG (pomysłodawcą był mój ś.p. przyjaciel Witold Stanisław Michałowski) czy prowadząc polskie badania nad bronią nuklearną.

Gierek w sferze międzynarodowej brylował na świecie jako reformator wpuszczający odrobinę zachodniego światła za Żelazną Kurtynę. Spotykał się z amerykańskimi prezydentami Richardem Nixonem, Geraldem Fordem i Jimmym Carterem, z francuskim prezydentem Valerym Giscardem d’Estaignem swobodnie rozmawiał po francusku.   Breżniew mówił z nim... po polsku. (Dodajmy, że Szlachic urządzał sobie dziwne spotkania z Kissingerem i sprowadził do Warszawy Brzezińskiego.) Jako pierwszy komunistyczny przywódca spotkał się z papieżem (Pawłem VI) a później przyjmował w Polsce Jana Pawła II. Złagodził politykę wobec Kościoła i ułożył sobie poprawne relacje z prymasem Wyszyńskim. Na 75-te urodziny prymasa posłał mu 75 czerwonych róż. W Sierpniu '80 Prymas Tysiąclecia całował Gierka w czoło i pocieszał, że wszystko będzie dobrze...


Przedwojenne kadry takie jak Ziętek starzały się jednak a w sile rośli wywodzący się głównie z lumpenproletariatu janczarzy wychowani przez Sowietów. Pod Gierkiem stale ryli Kania i Jaruzelski. W wywiadzie-rzece "Przerwana dekada", tak on to wspominał:

"Piotr Jaroszewicz, następnego dnia po strajku radomskim, powołał specjalną komisję pod kierownictwem ministra Szozdy, któremu osobiście ufał, i nakazał mu sprawdzić dokładnie, jak przebiegały wydarzenia w Radomiu. Z otrzymanego przez niego raportu wynikało niedwuznacznie, że milicję celowo wprowadzono zbyt późno do akcji. Zdaniem tej komisji, zwlekano z użyciem ZOMO do chwili, aż podpalono KW i grabież sklepów stała się faktem.

- Dlaczego więc nie usunął Pan Kani i Kowalczyka z władz partyjnych, było to wówczas bardzo łatwe?


- Przyznam szczerze, że sceptycznie odniosłem się do raportu Szozdy, rację mu przyznaję dopiero dziś, po latach. Wtedy wydawało mi się, że teza tego raportu jest trudna do udowodnienia, że opóźnienie użycia ZOMO wynikało z moich zaleceń traktujących użycie milicji przeciwko robotnikom jako ostateczność.

- A dlaczego dziś Pan zmienił swe zdanie?

- Bo w Sierpniu ci sami panowie przygotowali i zrealizowali wspólnie przeciwko mnie spisek, który zakończył się tak jak się zakończył. Wówczas jednak, w 1976 roku, nie mając jeszcze dzisiejszych doświadczeń, podzieliłem się swym sceptycyzmem z Piotrem i poprosiłem go, aby pozostał na czele rządu. I tak został zażegnany kryzys personalny, a myśmy przystąpili natychmiast do wprowadzenia zmian w polityce gospodarczej. Musieliśmy za wszelką cenę załatać lukę, jaka powstała po nieudolnej operacji cenowej.
[...]
Z pewnością pamięta pan wystąpienie Grabskiego, sekretarza wojewódzkiego partii w Koninie, na plenum KC partii w grudniu 1978 roku. Było to wystąpienie, za którym stała, oczywiście nieformalnie, wpływowa grupa kilku sekretarzy wojewódzkich partii. Referat wygłaszał Grabski, a z tego co wiem, w jego przygotowaniu uczestniczyli dwaj inni sekretarze z Wielkopolski. Wystąpienie Grabskiego było w gruncie rzeczy totalną krytyką mojej linii politycznej i gospodarczej. Chociaż formalnie było ono wymierzone w Piotra Jaroszewicza, w rzeczywistości godziło w pierwszego sekretarza. Istotne myśli w nim zawarte sprowadzały się do tezy: dosyć zbliżenia z Zachodem, dosyć liberalnej linii wobec kościoła katolickiego, trzeba powrócić do myśli o socjalistycznym rolnictwie. Antidotum na te schorzenia miało być prowadzenie przez partię prawdziwej polityki klasowej i zacieśnienie więzów przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Wystąpienie, mimo że nie publikowane w całości, zostało bardzo mocno nagłośnione, również i przez Wolną Europę, a tak zwane środowisko kawiarniane aż szalało ze szczęścia w myśl zasady: "Pali się, pali się, coś nareszcie dzieje się". Wystąpienie Grabskiego nie stało się co prawda sygnałem do generalnej rozgrywki z Gierkiem, było jednak przygrywką do wydarzeń, które miały nadejść. (...)

Wówczas nie zdawałem sobie sprawy ani ze skali rozgrywki, ani z zasadniczych celów. Ponieważ zawsze w życiu najwyżej ceniłem interes narodu i państwa, nie mieściła mi się w głowie taktyka igrania z ogniem. Sądziłem, że dla każdego patrioty jest granica, za którą nie może się posunąć. Tą granicą jest interes narodowy.

- Czy został on naruszony?

- Jak wiadomo, w lipcu 1980 roku wybuchły strajki o kaszankę. Były spowodowane podwyżką cen właśnie kaszanki i innych podrobów w bufetach pracowniczych. Strajki swe apogeum osiągnęły w Lublinie i województwie oraz w całej lubelskiej DOKP. Wyznam, że byłem tym wręcz oszołomiony. Przedtem nie miałem żadnych sygnałów od służb milicyjnych bądź aparatu partyjnego, że w Lublinie jest wielkie wrzenie. Bo przecież strajk taki nie wybucha z niczego. Tam tymczasem w sposób wręcz prowokacyjny przez kilka dni były niczym nie uzasadnione perturbacje z dostawą mleka, jego przetworów i chleba. Było to w okręgu rolniczym i skończyło się w końcu strajkiem generalnym. Powstaje pytanie, kto organizował ten strajk? Zatrzymanie całego województwa, niech mi pan wierzy, nie jest sprawą łatwą, tego nie da się zrobić bez prężnej organizacji, ot tak sobie. Do tego proszę dodać strajk całej DOKP w Lublinie. Jedyny, jak dotąd, strajk powszechny na kolei w całej historii Polski Ludowej. Lubelska DOKP należy do najważniejszych dyrekcji kolei w kraju, przez jej teren idą wszystkie dostawy dla radzieckich dywizji w NRD oraz cały eksport Związku Radzieckiego do tego kraju. I oto kolejarze lubelscy przyspawali koła lokomotyw i wagonów do torów kolejowych na szlakach prowadzących z Małaszewicz i Terespola na Zachód. Niech pan pomyśli, że praktycznie przez trzy dni grupa wojsk radzieckich w NRD była pozbawiona dostaw zaopatrzeniowych z Kraju Rad. Był to fakt, który musiał być omawiany przez Biuro Polityczne KPZR, to był fakt odnotowany przez wszystkie wywiady świata. Powstaje pytanie, dlaczego wtedy właśnie kolejarze polscy zdecydowali się na tak desperacki krok? Dlaczego nigdy tego nie zrobili - ani przedtem, ani potem? Czy może zgłaszali uprzednio jakieś drastyczne postulaty, czy może pozbawiono ich jakichś istotnych przywilejów bądź deputatów? Może zabrano im sorty mundurowe lub deputat węglowy? Nie, nic takiego nie zdarzyło się. Może związek zawodowy pertraktował z ministrem komunikacji i związkowcy zostali aresztowani, wyrzuceni z pracy? Nie, nic takiego nie miało miejsca. Skąd więc ten ryzykancki i drastyczny krok? Dlaczego pierwszy sekretarz Edward Gierek nie otrzymał dzień, dwa wcześniej żadnych informacji, że coś takiego szykuje się? Skąd taka fenomenalna organizacja kolejarzy na tle dotychczasowych wszystkich demonstracji robotniczych w Polsce powojennej? Zawsze, gdy mieliśmy do czynienia z wielkimi wstrząsami, było to spowodowane bądź drastyczną podwyżką, bądź niereagowaniem władz na długotrwałe postulaty. Zawsze też dotyczyło wielkich, wielotysięcznych załóg robotniczych. Przypomnijmy kopalnie Zagłębia 1951, zakłady Cegielskiego 1956, stocznie Wybrzeża 1970 i 1971, zakłady włókiennicze w Łodzi 1971, "Ursus", "Waltera" w Radomiu 1976, stocznie w 1980 i nagle DOKP lubelskie i województwo lubelskie. Wielkie zakłady tego województwa, WSK Świdnik, FSC, charakteryzowały się wyjątkowo wysokim, bo ponad 30-procentowym, udziałem kadry zarządzającej, wywodzącej się z milicji i wojska...

- Czy to nie było przypadkowe?

- Nie, proszę pana. Była to kadra w pełni dyspozycyjna. W gruncie rzeczy strajk taki nie mógł odbyć się bez przyzwolenia tych służb. Proszę pomyśleć, co by to były za służby, jeśliby nie orientowały się w stanie nastrojów społecznych. Jeśli tych strajków nie zorganizowały legalne związki zawodowe, jeśli nie zorganizował aparat partyjny, jeśli wtedy nie było "Solidarności" ani żadnych niezależnych związków zawodowych, to jak mógł się zdarzyć tak wielki cud w tym województwie i w tej dyrekcji kolei państwowych? Musiały ten strajk zorganizować siły, które były zobowiązane do pilnowania porządku w kraju. Musiało się to oczywiście odbyć za przyzwoleniem kierownictwa partyjnego województwa, bowiem lokalna milicja i SB w przeciwnym razie musiałyby przeciwdziałać takiej akcji."

(koniec cytatu)




Resztę tej historii doskonale znamy. "Solidarność" na czele z TW "Bolkiem" (oskarżanym także o pracę dla WSW i bycie informatorem milicji), upadek i wyrzucenie Gierka z Partii, solidarnościowy eksperyment, który wymknął się spod kontroli i stan wojenny tę kontrolę próbujący przywrócić. A w czasie tego stanu wojennego internowanie Gierka i Jaroszewicza. A później wyreżyserowana transformacja od komunistycznej republiki bananowej do mafijnego państwa demokratycznego. W miejsce przedwojennych, prometejskich kadr, które stopniowo wymierały, komunistyczni karierowicze.  Odbyteusz J. z generałem Cz. tańczący z sowieckimi/tęczowymi chorągiewkami w d... wokół  posągu Światowida w Starych Kiejkutach i śpiewający "Zwal se konia!". I Maria Teresa Kiszczak brawurowo wykonująca kawałek Alejandro Lady Gagi...



Czyżby jednak "Prometejska hydra" przestała istnieć wraz ekipą Gierka, czy też działała dłużej? Śledzenie anomalii biograficznych sięgających czasów drugiej wojny światowej może dać pewne wskazówki na ten temat. Ot choćby sprawa płka Ryszarda Kuklińskiego "Jack Strong", który przekazał Amerykanom sowieckie plany wojenne i tony innych tajemnic. W 1950 r. zostaje wydalony ze szkoły oficerskiej, ze względu na zatajenie wojennej przynależności do AK oraz do organizacji "Miecz i Pług" oraz... "Młot i Sierp". Po dwóch tygodniach zostaje jednak przywrócony do szkoły. Ktoś nad nim czuwa i pozwala mu zrobić karierę... A późniejsze casusy profesora Witolda Kieżuna czy gen. Sławomira Petelickiego? Może się okazać, że historia III RP aż po czasy współczesne była walką frakcji Jaruzelskiego z frakcją Gierka...

***

A w kolejnym odcinku serii "Niepodległość" dowiemy się, że te wszystkie dziwne historie z czasów drugiej wojny światowej miały swój dalszy ciąg także w tym stuleciu.

***

Chodziłem na Marsz Niepodległości od 2011 r. I pamiętam jak ówczesne władze go "ciepło" przyjmowały. I jak władze Warszawy w 2018 r. próbowały go zablokować. Ciekawe ilu wyborców Konfy to jeszcze pamięta? Czy też może mają pamięć równie krótką jak złota rybka?

sobota, 27 czerwca 2020

Niepodległość: Pełniący Obowiązki Sowieta


Ilustracja muzyczna: Billie Eilish - Bad Guy

Generał Antoni Heda "Szary" napsuł mnóstwo krwi Niemcom i komunistom. Ten legendarny dowódca partyzancki ZWZ/AK/NIE/DSZ/ROAK na Kielecczyźnie wsławił się m.in. rozbiciem w sierpniu 1945 r. więzienia MBP w Kielcach, z którego uwolnił kilkuset więźniów. Od komunistycznych "wolnych sądów" dostał cztery wyroki śmierci. Było niemal pewnym, że nie wyjdzie żywy z więzienia. A jednak... Pewnego dnia zaprowadzono go na rozmowę do gabinetu naczelnika. Tam czekał na niego człowiek w mundurze oficera LWP. Przedstawił się jako major Informacji Wojskowej Rafał Olszowski Olszewski, adiutant marszałka Konstantego Rokossowskiego. Wojskowy bezpieczniak uśmiechnął się przyjaźnie do "Szarego" i stwierdził, że "marszałek wie o Panu i Pana podziwia". Zapowiedział, że wyrok zostanie złagodzony. Dodał również, że marszałek Rokossowski doskonale rozumie motywy jakimi się kierował w czasie rozbijania więzienia w Kielcach i że wie, że "Szary" chciał w ten sposób wyciągnąć brata z więzienia. Olszewski dodał, że "zarówno marszałek  jak i ja siedzieliśmy w więzieniu i wiemy, co pan czuje. Obaj jesteśmy całym sercem po Pana stronie". Ta surrealistyczna scena została pokazana w filmie dokumentalnym "Mit o "Szarym"". (oglądajcie od 43:00).


Scena ta jest o tyle zagadkowa, że marszałek Rokossowski kojarzy się znacznej większości Polaków z toporną sowietyzacją LWP: zbrodniami Informacji Wojskowej, czystkami wśród przedwojennej i akowskiej kadry, niesławnym Korpusem Górniczym... Nie ulega wątpliwości, że Stalin uczynił go marszałkiem Polski z misją przygotowania kraju do III wojny światowej i uczynienia go częścią sowieckiej machiny wojskowej. Wszyscy więc postrzegali Rokossowskiego jako "Pełniącego Obowiązki Polaka". Inaczej patrzą na niego Rosjanie. Dla nich był zawsze najbardziej humanitarnym dowódcą, który oszczędzał krew żołnierzy. Autorem błyskotliwej ofensywy Bagration. Był też człowiekiem mocno skrzywdzonym przez system sowiecki. W 1937 r. bezpieka aresztowała go w ramach czystek w wojsku i operacji antypolskiej. Uszkodzono mu oko i wybito dziewięć zębów, łamano palce u nóg młotami i bito po plecach stalowymi wyciorami do karabinów. Zmuszano, by się przyznał do bycia polskim i japońskim szpiegiem. Wypuszczono go z więzienia akurat na szykowaną wojnę przeciwko Niemcom. Wiedział, że w każdej chwili może tam trafić. Do śmierci Stalina nigdy się więc porządnie nie wyspał. Pod poduszką trzymał pistolet, na wypadek, gdyby po niego przyszli.



Ze względów bezpieczeństwa starał się tuszować swoje polskie pochodzenie. W ankietach personalnych jako miejsce urodzenia wpisywał "Wielkie Łuki", choć urodził się na warszawskiej Pradze. (Jego brat, w czasie wojny policjant "granatowy" jest pochowany na Cmentarzu Bródnowskim.) Do armii rosyjskiej w czasie pierwszej wojny światowej - tak jak setki tysiące innych Polaków - trafił z przymusu. Do bolszewików wciągnął go jego kolega, podoficer 5 pułku dragonów Adolf Juszkiewicz.



W naszej pamięci Rokossowski jest potępiany za to, że jego Front stał bezczynnie nad Wisłą, gdy Niemcy tłumili Powstanie Warszawskie. Jednakże sam Rokossowski bardzo chciał zdobyć Warszawę. Deklarował Stalinowi, że jest gotów zająć polską stolicę już 6 sierpnia. Później prosił o pozwolenie we wrześniu. Stalin jednak mówił "nie". Rokossowski został więc odwołany ze stanowiska równolegle z Berlingiem i przeniesiony do dowodzenia innym frontem. Gdyby idiota Mikołajczyk nie wypaplał Mołotowowi o szykowanym powstaniu w Warszawie, to zapewne armie Rokossowskiego zajęłyby miasto w pierwszym tygodniu sierpnia, na Okęciu wylądowałby wracający z Moskwy premier, a Alejami Ujazdowskimi triumfalnie przedefilowaliby żołnierze AK i armii Berlinga.


Rokossowski już jako minister obrony PRL zdobywał się na gesty totalnie nie pasujące do sowieckiego namiestnika. Jak czytamy w popularnych źródłach: "Wiktor Thommée po powrocie do Polski dzięki Rokossowskiemu otrzymał mieszkanie i należną emeryturę[19][39]. Innym przykładem poczynań Rokossowskiego była sprawa Bolesława Kieniewicza, generała oddelegowanego z Armii Radzieckiej do służby w WP, który upatrzył sobie jedną z willi na Mokotowie i wymógł na cywilnych władzach stolicy oddanie do jego prywatnej dyspozycji całego budynku. Dotychczasowych lokatorów wykwaterowano. Usunięci mieszkańcy odważyli się złożyć skargę. Ich pismo przez przeoczenie oficerów z gabinetu marszałka dotarło do wiadomości Rokossowskiego, którego reakcja była piorunująca. Poszkodowani otrzymali odszkodowania, a niedoszły mieszkaniec willi został dyscyplinarnie odesłany do Związku Radzieckiego[40]. Jako jeden z dwóch członków Biura Politycznego PZPR głosował w styczniu 1955 za odwołaniem ze stanowiska kierującego Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza[41]."



Do służby w LWP oddelegowano co najmniej 20 tys. Sowietów. Przytłaczająca część z nich to osobnicy, którzy nie czuli się Polakami. Część z nich czuła się polskojęzycznymi komunistami. Wielu z tych osobników zapisało się w historii fatalnie - jak np. gen. Stanisław Popławski, tłumiący Powstanie Poznańskie w 1956 r. (były dyrektor świńskiego sowchozu "Sowiecka Kultura".)  Ale byli też w tej grupie oficerowie, którzy w PRL mogli "oddychać swobodniej" niż w ZSRR i odkrywali swoje związki z polskością. Część z tych sowieckich oficerów oddelegowanych do LWP straciła rodziny w wyniku operacji antypolskiej z 1937 r. i naprawdę nie miała powodu, by kochać system sowiecki. Ile wśród nich było przypadków rodem z "Czerwonej Jaskółki"?



Zadziwiającym przypadkiem na pewno był gen. Karol Świerczewski. Jako młody robotnik z warszawskiej Woli został zagarnięty wraz z tysiącami innych polskich robotników w 1915 r. wgłąb Rosji, wcielony do armii carskiej a następnie "siłą bezwładności" stał się bolszewikiem. Na front przeciwko Polsce w 1920 r. sam się zgłosił. W latach międzywojennych robił karierę w GRU. Jako dowódca w polu był kiepski. Fatalnie dowodził w Hiszpanii, na rosyjskich bezdrożach w 1941 r. i pod Budziszynem w 1945 r. Pijany w sztok i w samych gaciach wysłał tysiące żołnierzy na śmierć. W 1944 r. sankcjonował swoją osobą represje wobec żołnierzy LWP (m.in. w Małym Katyniu - czyli na Uroczysku Baran). Wydawałoby się, że Świerczewski to postać ohydna i tragikomiczna. Po zakończeniu wojny przeszedł on jednak szokującą przemianę. Związał się z polską kobietą, która sprawiła, że... przestał pić. Zaczął za to chodzić do kościoła, spowiadać się i przyjmować Komunię Św. u jezuickiego księdza. Rozczytywał się w polskiej poezji i prozie. Zaczął ostentacyjnie manifestować swoją polskość. Szykanował sowieckich oficerów, którzy nie potrafili się mu zameldować poprawną polszczyzną. Stał się bardzo cięty na sowieckich doradców i w swoim notatniku podkreślał na czerwono ich nazwiska i umieszczał złośliwe uwagi. W lutym 1947 r. Stalin zaprosił go do Moskwy i odbył z nim długą rozmowę. Przecieki mówiły, że zaczynający mieć antysemicką fazę dyktator wyznaczy Świerczewskiego na nowego Ministra Bezpieczeństwa Publicznego. Zapewne z misją zrobienia czystki wśród towarzyszy pochodzenia semickiego. (Wyobraźcie sobie: truchła Bermana i Minca dyndające na szubienicy jak zwłoki Slansky'ego.) Ktoś poczuł się więc zagrożony... Świerczewski jadąc w ostatnią podróż w Bieszczady miał świadomość tego, że już stamtąd pewnie nie wróci. Z pierwszych protokołów oględzin zwłok, ujawnionych przez Dariusza Baliszewskiego, wynika że strzały, które trafiły generała nie padły z okolicznych wzgórz, tylko prawdopodobnie zostały wystrzelone przez ochronę. Świerczewski dostał też bagnetem. Towarzyszący mu generał Mikołaj Prus-Więckowski (przedwojenny oficer wywodzący się z armii rosyjskiej, w 1939 r. zastępca dowódcy Mazowieckiej Brygady Kawalerii), płk Bielecki i płk Jan Gerhard (oficer wywodzący się z podziemia komunistycznego w Francji i Zgrupowania Piechoty Polskiej przy armii francuskiej, autor książki na podstawie, której powstał film "Ogniomistrz Kaleń", sam zabity w dziwnych okolicznościach w 1971 r.)  uciekali przed strzałami ludzi z własnej ochrony i  później długo się kryli przed nimi w lesie (co wskazuje, że żadnych Ukraińców w okolicy zapewne nie było).



W LWP w latach 40-tych służyło też wielu oficerów wywodzących się z armii II RP. Wystarczy choćby wspomnieć o ministrze obrony z lat 1944-1945, marszałku Michale Roli-Żymierskim. Żymierski stanowił jednak przykład "specyficznych" kadr. Miał za sobą działalność w "Zarzewiu" i Polskich Drużynach Strzeleckich, służbę w ck-armii, Legionach i POW. Był bohaterem spod Rarańczy, ale według płka Józefa Szostaka w POW w Warszawie ewidentnie fałszował raporty zawyżając statystyki dotyczące agentury! Służył też w II Korpusie Polskim w Rosji, walczył przeciwko bolszewikom i w Powstaniach Śląskich. Niestety za bardzo kochał pieniądze. I zaangażował się w korupcję wojskową na dużą skalę. W trakcie zamachu majowego walczył po stronie rządu i potem jako jeden z nielicznych walczących przeciwko rebeliantom trafił do więzienia. Sąd skazał go za malwersacje. Żymierski nawiązał w więzieniu kontakty z komunistami i po wyjeździe do Francji zaczął tam pracować dla wywiadu sowieckiego. We Francji kręcił się w kręgach opozycji antysanacyjnej - czyli bandy idiotów od Sikorskiego. Sowieci przerwali z nim współpracę w 1937 r., w czasie Wielkiej Czystki, uznając go za dezinformatora. Jak ustalił Jarosław Pałka, Żymierski w połowie lat 30-tych pracował też dla... sanacyjnego Oddziału II, który doskonale wiedział o jego kontaktach z komunistami. Rozpracowywał dla niego środowiska Frontu Morges. W 1938 r. pokłócił się jednak ze swoim oficerem prowadzącym z Oddziału II w kwestii rozliczenia finansowego transakcji sprzedaży wojskowego złomu broni do republikańskiej Hiszpanii. Oficer prowadzący pisał do centrali, że Żymierski to prowokator powiązany z KPP.  Jak pisze Pałka: "Po zerwaniu przez wywiad sowiecki kontaktu Żymierski znalazł się w trudnej sytuacji finansowej i wraz z rodziną zdecydował się powrócić do Warszawy. Tutaj w lutym 1939 r. skierował list do marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, w którym pisał: „W duszy mej i sumieniu czuję się zawsze żołnierzem Józefa Piłsudskiego”. Dodawał, że jeśli jakieś błędy miał popełnić, to wynikały one z niezrozumienia rozkazów czy planów Piłsudskiego „nie była to zdrada dla kariery czy dla innych idei”. W 1940 r. Żymierski ponownie oferuje swoje usługi wywiadowi sowieckiemu, ale ten go olewa aż do 1942 r. W międzyczasie próbuje wstąpić do ZWZ/AK, Batalionów Chłopskich a nawet do NSZ. (Wyobraźcie sobie: komendant NSZ gen. Michał Żymierski "Szczerbiec"!) Wszędzie uznają go za podejrzanego typa i nie chcą mieć z nim nic wspólnego. Później wypomina Stefanowi Korbońskiemu, że tylko PPR chciała go przygarnąć. Zanim jednak trafia do PPR, na polecenie Sowietów nawiązuje kontakt z Gestapo. (Ciekawe czy donosił tam na komunistów?) W 1944 r. zostaje dowódcą AL, a stamtąd zostaje wykreowany na ministra obrony w "rządzie" lubelskim. 3 maja (!) 1945 r. zostaje marszałkiem.


Żymierskiego z pewnością obciąża udział w represjach w wojsku (jego podpis znalazł się na ponad 100 wyrokach śmierci) i walka przeciwko podziemiu niepodległościowemu, a także mniejsze grzechy takie jak np. zniszczenie zakonserwowanej w MWP Kasztanki Marszałka Piłsudskiego (twierdził, że go kiedyś kopnęła). Z drugiej strony jednak rządy Żymierskiego były czasem, w którym do LWP ściągnięto mnóstwo oficerów armii II RP, PSZ na Zachodzie, AK i BCh. Tajemniczym epizodem w jego karierze była również wojna, którą chciał wywołać w czerwcu 1945 r. przeciwko Czechosłowacji. Pod nieobecność innych komunistycznych decydentów szykował pancerne uderzenie na Zaolzie! Zwycięstwo w tym konflikcie uczyniłoby z niego bohatera narodowego i umocniło jego pozycję we władzach PRL. Jego kariera była jednak o tyle błyskotliwa, co krótka. W 1949 r. został pozbawiony funkcji ministra a w 1953 r. trafił do lochów Informacji Wojskowej. Torturami wymuszano na nim, by się przyznał do współpracy z obcymi wywiadami.



Ironią losu jest to, że również trzeci z peerelowskich marszałków - Marian Spychalski - był ofiarą komunistycznych represji. Spychalski, wiceminister obrony w latach 1945-1949 i minister obrony w latach 1956-1968 był w trakcie śledztwa w latach 50-tych oskarżony o pracę dla Oddziału II SG, AK i Gestapo. I co ciekawe, pewne poszlaki wskazują, że te oskarżenia mogły być prawdziwe. Dariusz Baliszewski wskazuje, że to najprawdopodobniej Spychalski wystawił Marcelego Nowotkę, szefa PPR, oddziałowi likwidacyjnemu Kedywu. Bratem Mariana Spychalskiego był płk Józef Spychalski, w 1939 r. dowódca elitarnego Batalionu Stołecznego, a później cichociemny i komendant okręgu krakowskiego AK.  Szerzej o przypadku Spychalskiego pisałem już na tym blogu w serii Prometeusz. Przypomnijmy tylko, co piszą źródła popularne: "Zwolennik realizacji idei armii ogólnonarodowej i wciągania do WP środowisk poakowskich i opozycyjnych oraz polonizacji korpusu oficerskiego. Jego polityka kadrowa w wojsku budziła krytykę strony radzieckiej. 10 marca 1948 roku ambasador ZSRR w Polsce w liście do ministra spraw zagranicznych ZSRR Mołotowa pisał, iż Spychalski należy do frakcji działaczy komunistycznych „uważających się za prawdziwych Polaków” skupionej wokół Gomułki. Zarzucał Spychalskiemu, że podejmuje decyzje personalne w wojsku polskim kierując się „uczuciem nienawiści do ludzi radzieckich”. Również Wydział Polityki Zagranicznej WKP(b) w swej analizie sytuacji w Polsce sporządzonej w kwietniu 1948 roku stwierdzał, że Spychalski prezentuje „nacjonalistyczne dążenia” przeprowadzając w wojsku akcję usuwania ze stanowisk dowódczych oficerów radzieckich".



Wielu oficerów II RP garnęło się do służby w LWP postrzegając ją jako polskojęzyczne formacje u boku armii zaborczej - jak w I wojnie światowej. Przykładem wyjątkowego koniunkturalisty był generał Gustaw Paszkiewicz. Zaczynał w armii rosyjskiej, później I Korpus w Rosji, wojna przeciwko Ukraińcom i bolszewikom. W maju 1926 r. na czele Szkoły Podchorążych  walczy przeciwko wojskom Piłsudskiego w Warszawie. Co nie przeszkadza mu robić kariery w pomajowej armii i fetować marszałka Śmigłego-Rydza podczas jego wizyt w rodzinnych Brzeżanach. Dowódca 12 Dywizji Piechoty w bitwie pod Iłżą, zastępca szefa ZWZ w 1940 r., dowódca kilku jednostek wojskowych w PSZ na Zachodzie (m.in. 4 Dywizji w II Korpusie Andersa). W 1945 r. wraca do kraju. Koordynuje walkę z podziemiem na Podlasiu w ramach Wojewódzkiej Komisji Bezpieczeństwa. Z trybuny sejmowej oskarża gen. Andersa o zabicie gen. Sikorskiego. Zalicza jednak wpadkę nazywając Mikołajczyka "reakcjonistą". Mikołajczyk przypomina wówczas jak gen. Paszkiewicz tłumił chłopskie rozruchy w 1937 r. krzycząc do swoich żołnierzy: "Bić tych skurwysynów bolszewików!". Aha, i gen. Paszkiewicz był też posłem ZSL. (Baj de łej: do LWP trafił też inny dowódca z bitwy pod Iłżą  - gen. Marian Turkowski, dowódca 3 Dywizji Legionów. Podobnie jak Paszkiewicz, uczestniczył on wcześniej w akcji likwidacji cerkwii.)



Innym znanym przedwojennym generałem w LWP był Bruno Olbrycht, dowódca 39 Dywizji Piechoty Rezerwowej. Weteran II Brygady, jeden z organizatorów akcji likwidacji cerkwii (organizował też bojkot sklepów żydowskich w Zamościu), w sierpniu 1944 r. dowódca Grupy Operacyjnej AK "Śląsk Cieszyński", brawurowo odbity z niemieckiego aresztu w Kalwarii Zebrzydowskiej przez swoich żołnierzy. Potem dowódca 21 Dywizji Górskiej AK. Działając w AK bardzo skutecznie zwalczał komunistyczną agenturę i żuli z AL. Później, jako dowódca Warszawskiego Okręgu Wojskowego, kierował w 1946 r. dużą akcją pacyfikacyjną skierowaną przeciwko podziemiu niepodległościowemu i organizował osadnictwo wojskowe na Mazurach.


Ciekawym przypadkiem był też generał Stefan Mossor. Zasłużony legionista, uczestnik wojny z bolszewikami, wybijający się sanacyjny oficer, współautor Planu "Zachód", w 1939 r. dowódca 6 pułku strzelców konnych. Jako niemiecki jeniec był w 1943 r. w delegacji polskich oficerów oglądających katyńskie doły śmierci. Napisał po tym memoriał proponujący nawiązanie współpracy z Niemcami. Od 1945 r. w LWP. Jeden z pomysłodawców i główny wykonawca Akcji "Wisła". Walczył też przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu. W 1950 r. trafił do aresztu Informacji Wojskowej, z którego wychodzi w 1956 r. i wraca do służby w LWP, ale w 1957 r. umiera.


Niesamowitym paradoksem jest to, że wspólnie z generałem Mossorem Ukraińców wysiedlał z Bieszczad też gen. Ostap Steca, który karierę wojskową zaczynał w... Strzelcach Siczowych. Służył on też w Ukraińskiej Armii Halickiej, w której walczył przeciwko Polakom o Galicję Wschodnią! To gen. Steca opracował koncepcję przesiedlenia Ukraińców.



Niezwykłymi torami toczyła się też kariera generała Heliodora Cepy. Służył on w armii kajzera, w Powstaniu Wielkopolskim i w wojsku II RP. Dowodził oddziałami łączności przed majem i po maju. W 1934 r. został dowódcą wojsk łączności a w 1939 r. kierował łącznością w Kwaterze Naczelnego Wodza. Mimo to, został szefem łączności PSZ na Zachodzie. W 1946 r. przeszedł do LWP, gdzie oczywiście też kierował jednostkami łączności. W latach 1951-1955 był więziony przez Informację Wojskową. Po wyjściu z więzienia kierował Instytutem Łączności i pracował w PAP tworząc m.in. wielką stację nadawczą w Zegrzu.



Oprócz tych koniunkturalistów, do LWP trafiali też oficerowie bez skazy z armii II RP, PSZ na Zachodzie i AK. Ludzie tacy jak płk Bernard Adamecki (organizator operacji łączności lotniczej "Most"!), gen. Franciszek Skibiński (zastępca gen. Maczka!), gen. Stanisław Skalski, admirał Włodzimierz Steyer (dowódca obrony Helu!) komandor Zbigniew Przybyszewski (w 1939 r. dowódca Baterii Cyplowej!) gen. Bronisław Prugar-Ketling czy płk Aleksander Kita. Wielu z nich stało się na przełomie lat 40. i 50. ofiarami stalinowskich represji.



Warto więc zadać sobie pytanie: jak zachowaliby się przedwojenni oficerowie z LWP, gdyby wybuchła III wojna światowa? Czy przeszliby na stronę NATO i prawowitego rządu z Londynu - tak jak liczył rząd londyński i kadry naszego Uśpionego Wojska Polskiego? Czy Rola-Żymierski dokonałby kolejnej wolty? Czy Rokossowski okazałby się kolejnym Własowem? Przypomnijmy, że generał Własow też był błyskotliwym sowieckim dowódcą i jednym z ulubieńców Stalina.

Paranoja sowieckiego dyktatora czasem miała solidne podstawy. W przypadku III wojny światowej naprawdę mało kto chciałby za niego walczyć.

***

A w kolejnym odcinku serii Niepodległość dalej przyglądamy się przedwojennym kadrom w PRL. I  poznajemy nić łączącą lata 30. i 40. z latami 70.