Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 lipca 2025

Klęska Rosji na Zakaukaziu, zmiany w Chinach i ognie w Warszawie

 


Do ciekawych zmian dochodzi na Zakaukaziu. Podczas niedawnej wizyty ormiańskiego premiera Nikola Paszyniana w Ankarze, Armenia, Azerbejdżan i Turcja porozumiały się w sprawie korytarza transportowego Zangezur, łączącego azerską enklawę Nachiczewań z resztą terytorium Azerbejdżanu. Umowa przewiduje, że Rosja straci kontrolę nad tym korytarzem, a tranzytem towarów być może zarządzać będzie tam amerykańska firma.  Armenia i Azerbejdżan są więc bliższe osiągnięcia porozumienia pokojowego, co oczywiście wywołuje wściekłość Moskwy.

Niedawno doszło w Armenii do próby prorosyjskiego puczu - rozbitej przez służby Paszyniana. Okazało się, że zamach stanu organizowano pod patronatem Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, a na czele spisku stał arcybiskup. Katolikos - czyli zwierzchnik ormiańskiego kościoła narodowego - Karekin II jest znanym przeciwnikiem Paszyniana. Po rozbiciu próby puczu oskarżył więc ormiańskiego premiera, że jest obrzezany. Paszynian odpowiedział, że może katolikosowi pokazać fiuta i udowodnić, że nie jest. Dodał, że Karekin II złamał celibat i ma nieślubne dziecko. Maregerita Simonian, ormiańska szefowa telewizji Russia Today, stwierdziła, że Paszynian to "odbyt Antychrysta".

(Ja pamiętam, że w ormiańskim klasztorze Geghard jest ciekawa płaskorzeźba. Przy normalnym oświetleniu przedstawia ona Baranka - ale jak się poświeci wyżej, to widać, że Baranem jest trzymany na łańcuchu przez Kozła, reprezentującego Szatana. W cerkwii w Eczmiadzynie - "ormiańskim Watykanie" - jest natomiast obraz przedstawiający mnicha kłaniający się Szatanowi na pustyni. Dodajmy do tego dużą inflitrację ormiańskiej cerkwii przez KGB...)

Ciekawie dzieje się też na linii Rosja-Azerbejdżan. Rosyjskie służby dokonały ostatnio dużych obław na azerskich imigrantów w dużych miastach. Akcja była brutalna, a w jej wyniku zginęło dwóch Azerów. Władze Azerbejdżanu odpowiedziały aresztowaniem ekipy Sputnika za szpiegostwo. Rosyjska bezpieka aresztowała więc dwóch prominentnych azerskich potentatów biznesowych. Azerbejdżan odpowiedział masowymi aresztowaniami Rosjan, którzy dostają ostry wpierdol w aresztach. Azerowie zamykają rosyjskojęzyczne szkoły i grożą, że zaproszą wojsko tureckie na swoje terytorium. Tymczasem Armenia chce znacjonalizować rosyjskie przedsiębiorstwa i zablokować rosyjskie media na swoim terytorium.



Rassija ponosi konsekwencje swojej kretyńskiej dyplomacji, w ramach której groziła niemal wszystkim państwom byłego ZSRR "losem Ukrainy". Dyplomacja pijanego żula...

Sukces Moskwa odniosła jedynie w Gruzji - gdzie ponad dekadę temu zainstalowała (przy poklasku Zachodu i różnych wyciągniętych z dupy "ekspertów") swoją agenturę. Obecnie ta agentura odebrała immunitety i finansowanie dla całej opozycji w parlamencie.  No u nas też był w grze podobny scenariusz, ale agentura na szczęście okazała się mniej kompetentna..

A w Moskwie - w eksplozji bomby ukrytej w hulajnodze - zginął Aleksiej Komkow, dyrektor 5 Służby FSB.

***

Niewiele mówi się o źródłach izraelskiego zwycięstwa nad Iranem. Jednym z nich był outsourcing IT. Irańczycy zlecali wiele krytycznych usług informatycznych dla swoich służb, wojska i rządu różnym indyjskim gównofiremkom. Później okazało się, że wszystkie te Pajitexy pracowały dla Mossadu. Irańskie systemy informatyczne były więc całkiem przezroczyste dla Izraelczyków.

Ale Izrael nie tylko odnosił sukcesy na tej wojnie.

Okazało się, że irańskie rakiety podczas wojny 12-dniowej trafiły w co najmniej pięć izraelskich baz wojskowych. Nie wiadomo, jakie poniesiono tam straty - Izrael stosuje cenzurę,  ale izraelski Kanał 13 mówił o "znacznych stratach, które zatuszowano".. Tuszowano też choćby uderzenie w budynek izraelskiego Ministerstwa Obrony. I wbrew temu, co Odkrywca ostatnio pisał w komentarzach - budynek giełdy papierów wartościowych w Tel Awiwie też został trafiony - o czym pisały izraelskie media i świadczą liczne filmy.

Tymczasem nad Syrią operowały izraelskie, amerykańskie, brytyjskie, francuskie i niemieckie myśliwce, strącające irańskie rakiety i drony.

Wyszło też na jaw, że Arabia Saudyjska pomagała Izraelowi zestrzeliwać irańskie rakiety. I w sumie cała ta wojna poszła tak jakby według saudyjskiego scenariusza. Nie zapominajmy, że to Arabia Saudyjska, ZEA i Katar obsypały kilka tygodni temu Trumpa setkami miliardów dolarów...

Cieszą się też w Syrii - w Damaszku świętowano fajerwerkami to, że Trump zniósł sankcje nałożone na ten kraj. 

***

Ciekawe rzeczy dzieją się też w Chinach. Jak podała Hanna Shen:

"Już kilka miesięcy temu kilku komentatorów na Tajwanie sygnalizowało, że podczas sesji plenarnej KPCh w sierpniu wydarzy się coś ważnego...i może to być oficjalne odsunięcie Xi Jinpinga od władzy....oficjalne bo to nieoficjalne już się zaczyna. Powołano właśnie nową strukturę w ramach KPCh, która ma podejmować decyzje w najważniejszych dla państwa sprawach (powrót do kolektywnego przywództwa) -już nie Xi decyduje ale ta grupa. Władze nad wojskiem ma mieć Zhang Youxia (generał i wiceszef Centralnej Komisji Wojskowej....szefem Komisji jest Xi). Zhang pomógł Xi zdobyć władze na 3cią kadencję po czym Xi próbował podkopać pozycję Zhanga w Centralnej Komisji Wojskowej sprawującej pieczę nad armią. Teraz Zhang i starszyzna KPCh, w tym b. prezydent Hu Jintao, którego w 2022 r. podczas zjazdu KPCh Xi upokorzył, planują kto zajmie miejsce po Xi.......Xi narobił sobie dużo wrogów w KPCh i teraz oni uderzają.
Inne dowody cytowane przez media a wskazujące na chwijącą się pozycję Xi:
- Niedawna zmiana nazwy „Sali Pamięci Xi Zhongxuna (ojca Xi Jinpinga)” w Pufeng w prowincji Shanxi na „Salę Pamięci Rewolucji Guangzhong” . Xi Jinping stworzył je by upamiętnić swego ojca.
- Całkowita nieobecność Xi w wystąpieniach publicznych przez okres dwóch tygodni, począwszy od końca maja. Państwowe media, w tym „Dziennik Ludowy”, prawie nie informowały o prezydencie Xi w tym okresie.
Co będzie z tej walki w KPCh zobaczymy w sierpniu na sesji plenarnej .....gdyby doszło do zmiany władzy to raczej nie będzie to dobra wiadomość dla Putina."

Rzeczywiście, nagle zaczęli się tam bawić w KC w powrót do struktur kolektywnych.

Generał SWR pisał natomiast kilka tygodni temu, że według rosyjskich służb, Xi Jinping miał zawał serca. 

Można się domyślić, że powody do zdenerowania Xi Jinpingowi dawała w ostatnich miesiącach polityka Trumpa.

A co tam w USA? Wbrew "ekspertom" gospodarka, ani giełda nie załamały się . Trump przed 4 lipca podpisał "Wielką, Piękną Ustawę" budżetową. "Eksperci" skupiają się na tym ilu ludzi może stracić w jej wyniku w ciągu 10 lat (!) ubezpieczenie zdrowotne i jojczą z powodu wzrostu długu, ale ta ustawa oznacza, że gospodarka USA będzie rozwijała się podobnie dynamicznie jak za pierwszej kadencji Trumpa i jak za rządów Bidena. Oznacza ona również duże fundusze dla kompleksu militarno-przemysłowego oraz na rozwój sztucznej inteligencji.  ICE dostanie 175 mld USD budżetu, by deportować więcej imigrantów. A dotychczasowe deportacje okazały się mieć znakomite skutki dla gospodarki - rośnie zatrudnienie wśród osób urodzonych w USA, spada wśród imigrantów. 


***

A w Polsce?

Coś ostatnio za dużo dziwnych zbiegów okoliczności w Warszawie i okolicach...

W nocy z 30 czerwca na 1 lipca doszło do pożaru podstacji energetycznej przy stacji metra Racławicka. Akurat ta podstacja była kluczowa w systemie, więc pożar sparaliżował na jeden dzień linię metra M1. Tuż obok miejsca pożaru znajduje się komenda główna Straży Granicznej.

2 lipca wieczorem doszło do pożaru stacji transformatorowej przy ul. Zamienieckiej, na Grochowie.  Dziwnym trafem, tego samego dnia, o 18.30 doszło do pożaru stacji transformatorowej w Legionowie.

3 lipca wieczorem spłonęły zaś dwa bloki mieszkalne w Ząbkach przy ulicy Powstańców. (Mój kolega z liceum akurat mieszka przy tej samej ulicy, w tak samo wyglądającym bloku - położonym jednak kilka przecznic dalej.) Emerytowany generał Straży Pożarnej Ryszard Grosset dziwił się, że pożar pojawił się na całej długości dachu.

Przypominam, że mieliśmy jakiś czas temu w Warszawie i kilku innych miastach do czynienia z podpaleniami, m.in. hali targowej przy Marywilskiej i marketu budowlanego Obi przy Radzymińskiej, dokonywanymi przez ukraińskich oraz białoruskich imigrantów - jełopów zwerbowanych przez rosyjskie tajne służby. Podobny był modus operandi rosyjskich służb w kilku innych krajach, m.in. w Estonii  i na Litwie.  Można odnieść wrażenie, że tym razem Ruscy wysłali przeciwko nam lepiej wyszkolonych dywersantów.



Co robi rząd? Pomstuje na to, że Ruch Obrony Granic przeszkadza niemieckiej Polizei we wpychaniu na teren Polski subsaharyjskich imigrantów z fałszywymi papierami. Politycy KO przekonują nas, że owi nachodźcy to tylko członkowie zespołów tanecznych z Senegalu. A skąd to wiedzą? A co jeśli wśród nich są też dywersanci zwerbowani przez rosyjskie służby? Przecież Subsaharyjczycy walczą też w szeregach wojsk rosyjskich na Ukrainie. Co za problem ściągnąć pod Moskwę lub na Białoruś jakiegoś Murzyna zwerbowanego w kraju, gdzie operuje rosyjski Korpus Afrykański, wyszkolić go na dywersanta i przerzucić do Europy - nawet i okrężną drogą. 1 na 5 nielegalnych imigrantów trafiających do Niemiec, dostaje się tam normalnymi rejsowymi samolotami. 

Czemu libkom tak trudno zrozumieć, że nie wolno wpuszczać przez granicę kolesi z jakiś shitholi, którzy nie wiadomo kim są i dla kogo pracują? A... zapomniałem. Libki miały poważny problem z tym, która z dwóch kratek na karcie wyborczej była "na Rafaua". 


Niezależnie od argumentów - gówno zrozumieją. Nawet jeśli będą ofiarami przestępców-imigrantów, to może do nich nie dotrzeć. Będą głosy, że "należy wybaczać", by "nie dawać paliwa rasistom". 24-latka, której w Toruniu Wenezuelczyk wydłubał oczy śrubokrętem raczej miała liberalne poglądy, a jakoś żadna feministka nie protestuje przeciwko przemocy jaka ją dotknęła. No cóż, libki na całym świecie zwykle współczują bardziej przestępcom niż ich ofiarom. No chyba, że chodzi o mowę nienawiści lub heteroseksualne molestowanie seksualne...

***

Jak zwykle zachęcam do kupowania i czytania najnowszej książki Waszego Ulubionego Autora czyli "Demonów nazistów".


Fragment recenzji napisanej przez Pawła Skuteckiego (byłego posła) na portalu Historia Naprawdę:


"Książkę Kozieła przeczytałem w kilka dni, dawkując, żeby na dłużej starczyła. To naprawdę świetny przykład pisania o sprawach, które niosą ze sobą ogromne ryzyko dla autora. Bardzo łatwo można się ześlizgnąć albo na pozycję cynicznego ironisty, albo – co gorsza – dostać etykietę wyznawcy teorii spiskowych, która nie traci ważności nawet wówczas, gdy część z tych teorii z czasem okazuje się prawdą. Hubert Kozieł zachowuje się jak rasowy reportażysta: opowiada, relacjonuje, pokazuje i stoi twardo na gruncie logiki. Także wtedy, kiedy pisze o tym, że dzisiejsza nauka nie może rościć sobie praw do przyszłości.

„Demony nazistów” to zdecydowanie jedna z ciekawszych książek, jakie przeczytałem w tym roku, a konkurencja jest ogromna. Kozieł pisze sprawnie, ciekawie, z niesamowitą lekkością, co w kontekście nazizmu i morza cierpień, jakie przynieśli światu, jest wystarczającą rekomendacją. Polecam gorąco."

Fragment recenzji z portalu Lubimyczytać napisanej przez użytkowniczkę podpisaną nickiem mommy_and_books:

"Książka Huberta Kozieła pod tytułem "Demony nazistów. Nawiedzone miejsca i okultyzm III Rzeszy" wywołała we mnie mnóstwo emocji. Poznałam wiele faktów, o których nie miałam pojęcia. Po jej przeczytaniu jestem jednocześnie przerażona i wstrząśnięta.(...) Wierzę w istnienie duchów i sił nadprzyrodzonych. Na własne oczy widziałam opętaną kobietę. Od tego wydarzenia minęło prawie 13 lat, a ja nadal słyszę jej bluzgi. Dlatego na serio odbieram tę książkę i wierzę, że dusze zamordowanych lub po samobójczej śmierci mogą znajdować się w miejscu, w którym dokonali żywota. Dzięki autorowi poznacie miejsca, w których dochodziło do nadprzyrodzonych zjawisk. Jestem zadowolona z tej książki. Okładka jest przerażająca. Wzbudza we mnie dziwne emocje. W środku tekst napisany jest większą czcionką, co znacznie ułatwia czytanie. Znalazłam też świetne ilustracje, które nadają tej książce dodatkowego charakteru. Moim zdaniem warto przeczytać "Demony nazistów. Nawiedzone miejsca i okultyzm III Rzeszy". Fabuła jest tak wciągająca, że tę książkę można pochłonąć w ciągu jednego dnia. Po tej historii z chęcią sięgnę po inne dzieła tego autora."

W piątek 11 lipca możecie spotkać Waszego Ulubionego Autora na prelekcji dla Stowarzyszenia Niklot "Szaleństwo w szaleństwie" poświęconej nazistowskiemu okultyzmowi. Adres: Warszawa, ul. Ożarowska 61, "Pracownia na Kole", lokal usługowy U10. Wstęp wolny i bezpłatny. Będzie oczywiście możliwość zdobycia autografu na książce.

Polecam również książkę zaprzyjaźnionego autora z Repliki: "Baśka Murmańska. Niezwykła niedźwiedzica Wojska Polskiego". Pewnie za tydzień ją zrecenzuję - a także "Aferę teozofów".


sobota, 24 sierpnia 2024

W poszukiwaniu gruzińskich megalitów + Konwencja demokratów

 



Przy okazji swojego niedawnego urlopu miałem do czynienia z ciekawą synchronicznością. Początkowo nie planowałem jechać do Gruzji. Namawiał mnie do przyjazdu Koba, mój znajomy z Tbilisi. Podesłał mi info o nowej atrakcji: szklanym moście nad głębokim kanionem w Dashbash. Spojrzałem na Google Maps i zauważyłem, że w okolicy są też... megalityczne, cyklopowe fortece. Uznałem wówczas, że muszę tam jechać. 

Gruzja zwykle nie jest postrzegana jako kraj starożytnych tajemnic. A jednak... są tam ruiny twierdz budowanych tysiące lat temu przez totalnie nie znaną megalityczną cywilizację. Jest jednak jeden problem z tymi stanowiskami - zwykle są trudno dostępne.

Na miejscu miałem okazję porozmawiać ze znajomym Koby, archeologiem. Spytałem o twierdzę megalityczną Avranlo. "A tam jest bardzo niebezpieczna droga. Trudno się tam dostać normalnym samochodem. My tam organizujemy zwykle wycieczki piesze. Trzeba kilka godzin chodzić po skałach" - otrzymałem odpowiedź. Podobnie trudno dostępna jest megalityczna twierdza Abuli, znajdująca się na zboczach wygasłego wulkanu o tej samej nazwie. Niektóre obiekty megalityczne są tam położone na wysokości ponad 2000 m n.p.m. Nie miałem czasu na takie wspinaczki i nie chciałem ryzykować, że znów uszkodzę sobie nogę. Więc byłem mocno rozczarowany, że nie zobaczę głównego punktu wycieczki, czyli: megalitów. Ustaliłem jednak z Kobą, że pojedziemy do regionu Dżawaketia, w którym znajdują się te cyklopowe zabytki. Może coś pod drodze uda się zobaczyć. Wybraliśmy się do wioski, z której pochodzi Tamara, żona Koby. Wioska jest położona blisko granicy z Turcją i z Armenią. Nazywa się Czungczha (zapis fonetyczny, może być błędny). Próbowałem ją później znaleźć na Google Maps - nie udało mi się namierzyć nawet podobnie nazywającego się ludzkiego osiedla. 

Jakież było moje zaskoczenie, gdy dotarliśmy na miejsce!



Wioska nieco przypominała stare irlandzkie czy islandzkie wsie. Kamienne domki z dachami porośniętymi trawą otoczone murami z dużych kamieni mających często rdzawą barwę. Oczywiście wiele z tych kamieni zostało pewnie zebranych z pól i z pobliskich skalnych rumowisk. Ale łatwo można było dostrzec też większe głazy, które mogły wcześniej być częścią budowli megalitycznych. Tego materiału były tam ogromne ilości. Cała wioska wyglądała jakby została zbudowana na zrujnowanej megalitycznej metropolii!





Udało mi się znaleźć też kamienie noszące ślady obróbki - choćby posiadające wywiercone otwory. Na zdjęciu drugim od dołu uchwyciłem natomiast coś podobnego, co widziałem w Karahan Tepe w Turcji.





Okolica tej wioski jest "strategiczna". Rozciąga się z niej daleki widok na górskie przełęcze.


Twierdza megalityczna w takim miejscu? Całkiem logiczne. Wszak w pobliżu są inne twierdze megalityczne. Niedaleko stamtąd do wygasłego wulkanu Abuli i jeziora Calka.

Kto zbudował te starożytne metropolie? Nie wiadomo. Gruzińska mitologia mówi jednak, że są one dziełem straszliwych olbrzymów, których nazywano: Devi.

To już wywołuje oczywiste skojarzenia. W zoroastryjskiej mitologii irańskiej był dobry bóg Ahura Mazda i złe istoty nadprzyrodzone zwane daevami. W mitologii hinduistycznej był dobry klan bogów zwanych devami i zły zwany aszurami. Wygląda więc, że obie mitologie mówią o jednym i tym samym konflikcie między bogami, tylko opowiadają go z różnych perspektyw. Tak jak sowieckie i amerykańskie historie Zimnej Wojny.

Co jednak robili dewowie na Kaukazie? Czy stał się on w tej rozgrywce ich odpowiednikiem Kuby?
Ciekawie w tym kontekście wygląda zadziwiające podobieństwo abchaskich dolmenów (przypominających bunkry) z indyjskimi budowlami tego typu. 


***

Oglądając fragmenty konwencji Partii Demokratycznej w Chicago poczułem się o osiem lat młodszy. Z wszelakich mediów płynął bowiem przekaz o tym jak wspaniała jest kandydatka demokratów i jak już ma zapewnione zwycięstwo w wyborach. (Wszystko to połączone z rytualnymi dwiema minutami nienawiści.) Przyznam, że Kamala ma jedną wyraźną przewagę nad Hillary: o ile Clintonowa przemawiała w sposób niesamowicie drętwy i nadęty, to Harris moduluje głos i dobiera słownictwo w sposób zabawny. Muszę przyznać, że nieźle maskuje swój paskudny charakter (o którym mogą zaświadczyć byli pracownicy jej biura) i oczywistą intelektualną miałkość. Walza akurat nie słuchałem - za bardzo mi się kojarzy z boomerami, którzy dorastali w dobrobycie i bezpieczeństwie, a teraz chcą tego pozbawić młode pokolenia. Zauważyłem jednak jeden moment, gdy spadła mu maska dobrego wujcia. To wtedy, gdy szedł z członkami rodziny na scenę i w pewnym momencie gniewnie szarpnął za rękę swojego upośledzonego umysłowo syna. Skupiam się obecnie na samej formie, bo o chińskich koneksjach tego pana coś napiszę przy kolejnej okazji. Ciekawe jak się one mają do zapewnień Kamali, że "wygramy w XXI wieku z Chinami"?

Trochę smutno mi się zrobiło, z tego powodu, że potraktowali Joe Bidena jak niepotrzebny rekwizyt. Dali mu przemówienie poza prime timem. Na pocieszenie mógł na scenie przytulić swoją córkę Ashley, znanej z pamiętnika, w którym pisała o wspólnych prysznicach z nim. W swoim przemówieniu określiła tatę jako "OG girl dad".

Harris starała się balansować przekaz, więc mówiła zarówno o wspieraniu Izraela jak i o "końcu cierpień w Gazie". Demokraci popełnili jednak spory błąd zabraniając przedstawicielowi społeczności palestyńskiej przemawiania na konwencji. Będzie to ich kosztowało sporo głosów muslimów i propalestyńskiego lewactwa w stanach "pasa rdzy'. Bob Woodward - porucznik wywiadu wojskowego - planuje na październik wydanie swojej najnowszej książki pt. "War" i zapowiada, że nie będzie ona miłą lekturą dla Bidena i Harris. To też może muslimów trochę wkurzyć.

Ciekawym elementem konwencji były też spekulacje na temat występu supergwiazdy na koniec tej imprezy. Miała być Taylor Swift, miała być Beyonce, skończyło się na Pink. Niektórzy byli wkurzeni z powodu robienia wcześniej hype'u z występem Beyonce.  Coś demokratom nie stykło. Pamiętam choćby konwencję Obamy z 2012 r. - przemawiała tam plejada pierwszorzędnych aktorek. Wszystkie młode, ładne i blond. No ale wtedy jeszcze Harvey Weinstein był na wolności... Niby Kamala ma już mieć "zwycięstwo w kieszeni", a jednak demokraci bardzo pragną, by Taylor Swift pomogła im naganiać elektorat. No cóż, 98 proc. dziewczyn chodzących na koncerty Taylor to białe dziewczyny. 

Poparcie JFK Jra jest dla Trumpa jest oczywiście bagatelizowane w mediach, ale w warunkach wyrównanego wyścigu każdy głos ma znaczenie. Ciekawe czy samemu JFK Jrowi zamach na Trumpa przypomniał bezkarne zabójstwa jego ojca i wuja? Czy też może zdecydowały związki z Doliną Krzemową jego kandydatki na wiceprezydenta Nicole Shanahan?

***

Pojawiły się już pierwsze opinie dotyczące książki Waszego Ulubionego Autora.

Możecie się z nimi zapoznać choćby na portalu LubimyCzytać czy na stronie Empiku (Oczywiście kupować możecie w najróżniejszych księgarniach internetowych lub stacjonarnych. Nie ma dla mnie znaczenia to gdzie ją nabędziecie. Wręcz zachęcam, by kupować po najniższych cenach.) Na portalu Historia na Prawdę jest pierwsza dłuższa recenzja. 

Niektórzy mogą narzekać, że w książce są teksty z tezami, które znają z bloga lub artykułów prasowych Waszego Ulubionego Autora. Oczywiście każdy, kto przeczytał wszystko, co napisał Wasz Ulubiony Autor, ten nie będzie zaskoczony treścią tej książki. Ale przecież książka ma trafić też do ludzi, którzy nie znali wcześniej twórczości Waszego Ulubionego Autora. Poza tym - nikt nie gwarantuje tego, że treści blogowe nie zostaną kiedyś skasowane przez Big Tech czy unijną cenzurę. Treści gazetowe są natomiast rozproszone i ukryte za paywallem. Wydanie tych treści w postaci książki wiele zaś ułatwia. Nie są już one rozproszone, tylko ułożone w spójną narrację. 

Ktoś w recenzji narzekał, że Wasz Ulubiony Autor nie napisał nic o "prometejskiej roli Dzierżyńskiego". Wydawnictwo sugerowało, żeby część treści zostawić na później. Poza tym, książka mająca 300 stron jest poręczniejsza niż licząca 600 lub 1000. Jeśli więc ta książka będzie się dobrze sprzedawała, to na rynek trafi kolejny tom "Mrocznych sekretów...". Jak na razie w pisaniu jest jednak coś innego - nietypowego i naprawdę pionierskiego, co nie pojawiło się w żadnej innej publikacji.


czwartek, 15 sierpnia 2024

Ofensywa Kurska i ostatni katechonik Magdaleny Ch.

 


Wszystkim jojczącym z tego powodu, że Siły Zbrojne Ukrainy naruszyły granicę Rosji, przypomnę, że Putin mówił, że Rosja "nie ma granic". 

Uderzenie dokonane - podczas mojego urlopu (cieszy, że biorą w nim udział również gruzińskie oddziały ochotnicze) - w Obwód Kurski jest krokiem jak najbardziej logicznym. Skoro Rusnia skoncentrowała swoje siły do natarcia na kilka ukraińskich wiosek, to rzeczą sensowną było uderzyć tam, gdzie wróg się odsłonił, czyli na terytorium Rosji właściwej.

W sumie to szkoda, że szumnie zapowiadana ukraińska kontrofensywa z zeszłego roku, zamiast próbować forsować potrójną linię rosyjskich umocnień na Zaporożu, od razu nie poszła na Kursk czy Biełgorod. To byłby lepszy kierunek do działania dla ukraińskich Abramsów, Challengerów i Leopardów niż patrolowane przez Lancety i śmigłowce szturmowe okopy na południowej Ukrainie. No, ale zapewne Jake Sullivan i inni zachodni szkodnicy dostaliby krwawej sraczki, gdyby Ukraińcom udała się ofensywa. Słyszelibyśmy pewnie znów androny o "drabinie eskalacyjnej" i podobne pierdoły.

W sumie, to którą to już "nieprzekraczalną czerwoną linię" Ukraińcy przekroczyli? Zajęli kawał terytorium Rosji właściwej (w tym główną przepompownię gazu idącego do Europy), wzięli tysiące jeńców, skompromitowali rosyjskie wojsko i bezpiekę. I co? Co im Rusnia może zrobić w odwecie? Zająć im kolejną wioskę kosztem kilkunastu tysięcy zabitych? Zbombardować coś? Cały czas to robi. A może użyje broni jądrowej? W wojnie domowej?

I pomyśleć, że u nas różne jełopy straszyły nas wojną nuklearną, po tym jak moskiewski ambasador dostał w twarz czerwoną farbą od jakiegoś aktywiszcza. 

No cóż, podobnie straszono nas wielokrotnie wielką wojną pomiędzy Izraelem a Iranem. I co? Jak zwykle Iran nic nie zrobił. Nie było żadnego "wielkiego odwetu" za śmierć Ismaila Haniye, przywódcy Hamasu. Być może dlatego, że Haniye został zabity z udziałem irańskich tajnych służb, które mataczyły w tej sprawie.

Iranowi nie zależy na wojnie, a atak Hamasu na Izrael odbył się nie z jego inspiracji, a na zlecenie Rosji. Tymczasem Netanjahu bardzo nie chce, by demokraci wybrali wybory prezydenckie w USA. Szkodził więc Bidenowi nieustannie eskalując, prowokując i rozwlekając konflikt. I będzie to robił nadal, tak by od Kamali odwracał się elektorat islamski. Z tego względu dokonano w ostatniej chwili podmianki kandydata na wiceprezydenta. Miał nim być gubernator Pennsylwanii Josh Shapiro, no ale jest Żydem i weteranem IDF, więc podziałałby na propalestyński elektorat jak płachta na byka. Wybrano więc "Tamponowego Tima" Walza, boomerskiego lewaka, który musi się tłumaczyć ze swoich kłamstw o służbie wojskowej i walczyć z memami mówiącymi, że pił końską spermę. Jest więc 1:1, bo oba obozy źle dobrały kandydatów na wiceprezydentów. Za wcześnie jeszcze, by mówić o rozstrzygnięciu. Na początku września sondaże zaczną się wyrównywać, a rozstrzygające będą debaty i zdarzenia określane jako "october suprises". Być może zapewni demokratom taką niespodziankę Netanjahu, np. bombardując jakiś palestyński szpital położniczy i rozpalając antyizraelskie protesty w USA.

U nas te międzynarodowe rozgrywki też mają swoje odpryski. Po sprawie "czerwonej jaskółki" będącej asystentką płemieła pojawiła się sprawa Magdaleny Chodownik, "freelancerki' obsługującej m.in. Euronews i Pawła Rubcewa vel Pablo Gonzalesa z GRU.



Ta afera szpiegowska jest wręcz memiczna. Oto bowiem Ruski udający Hiszpana wciąga do swojej roboty panienkę wyglądającą jak zgłodniała wrażeń studentka z Erasmusa. 

Chodownik z Rubcowem tworzyli bijące w Polskę materiały znad granicy - oczywiście robili to wyłącznie z tego powodu, bo mieli "wrażliwe serca". Oczywiście, gdy Rubcowa na granicy aresztowano, to cała plejada pożytecznych idiotów - łącznie z urzędasami Komisji Europejskiej - broniło tego funkcjonariusza GRU, inwigilującego m.in. rodzinę Borysa Niemcowa. Jakoś nikogo nie zastanawiało to, że Rubcow miał wspólnego prawnika z Puidgemontem ( puczystą, który dał się złapać na rosyjską obietnicą wysłania 100 tys. żołnierzy do obrony secesji Katalonii). Specjalnie mnie nie dziwi, że tego szpiona broniła niejaka Anna Mierzyńska, libkowska specjalistka od rosyjskich dezinformacji. Ona się przecież non stop łapie na kremlowskie dezinformacje. Nie dziwi mnie również, że przy okazji ośmieszył się Piotr Niemczyk - jeden z filarów jeUOPu w latach 90-tych. Nie dziwi, bo tajne służby mieliśmy w latach 90-tych takie, że sobie swobodnie różne mafie i obce agentury po kraju hulały. Jeden z moich znajomych wysunął tezę, że Chodownik pracowała dla rzekomo "naszych" tajnych służb w ramach znajomości z Rubcowem, podobnie jak kilku innych libkowskich dziennikarzy. No, ale to też źle świadczy o polskojęzycznych służbach. Wygląda bowiem na to, że przez ostatnie osiem lat nie były one "nasze" a rządziły się same, poza kontrolą polityczną.

***

Kilkudniowy urlop spędzałem w Gruzji. Byłem tam m.in. na imprezie podczas której jeden z uczestników, strzelał ze służbowego Jericha w powietrze, podczas toastu. Wrażenia dosyć fajne.

Pojechałem tam, by zobaczyć megality. Nie udało mi się co prawda dotrzeć do najbardziej znanych cyklopowych twierdz, ale dotarłem do wioski, która wygląda jakby ją zbudowano na miejscu zniszczonej, wielkiej megalitycznej fortecy. Z megalitycznego materiału porobiono tam płoty, domy i koryta... Niesamowity widok. Napiszę o tym jednak dokładniej następnym razem.

***

Pamiętajcie oczywiście o książce Waszego Ulubionego Autora, czyli o "Mrocznych sekretach II wojny światowej". Niepełną listę księgarni internetowych, w których jest dostępna, macie tutaj.  Czekam na pierwsze recenzje. 



sobota, 18 marca 2023

Wojna dronów i pogańska prawica

 


Incydent ze strąceniem amerykańskiego drona MQ9 Reaper nad Morzem Czarnym był wcześniej zaplanowaną operacją, mającą być zemstą za uszkodzenie samolotu wczesnego ostrzegania A-50 Beriew na lotnisku pod Mińskiem. Samo przechwycenie przeprowadzono w ciekawy, acz bardzo ryzykowny sposób - pilot Su-27 miał dużo szczęścia, że mocniej nie zderzył się z dronem i nie uszkodził silnika. Cały incydent był w bardzo zimnowojennym klimacie. Wszystkim jojczącym, że "kolejna bariera dzieląca nas od wojny nuklearnej" została przekroczona przypomnę więc, że w czasach Zimnej Wojny Sowieci wielokrotnie zestrzeliwały różnego rodzaju samoloty, które zbliżały się do ich przestrzeni powietrznej - czasem robiły to nad wodami międzynarodowymi, tak jak w przypadku zestrzelenia łodzi latającej PB4Y-2 Privateer nad Bałtykiem w kwietniu 1950 r.  Wpływowy republikański senator Lindsey Graham stwierdził, że USA powinny również zacząć zestrzeliwać rosyjskie samoloty.  Oczywiście musiałoby dojść najpierw do wtargnięcia takich maszyn w przestrzeń powietrzną USA lub państw sojuszniczych lub niebezpiecznego zbliżenia się ich do natowskich okrętów. Moim zdaniem, dobrym sposobem na reakcję byłoby użycie tych rakiet, które ugodziły w most krymski, do precyzyjnego uderzenia w jednostkę lotniczą odpowiedzialną za zestrzelenie drona - lub od razu w dowództwo rosyjskiej Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu. Dotychczasowe ukraińskie ataki na lotniska położone w głębi Rosji bywały dosyć skuteczne - tak jak niedawny atak na bazę w Jejsku, skąd zniknęło 6 Su-34. 

Jak na razie poszło uderzenie na froncie dyplomatycznym. Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał nakaz aresztowania za zbrodnie przeciwko ludzkości karzełka Putina i blond idiotki będącej rosyjską rzeczniczką praw dziecka.  Sprawa dotyczy kradzieży na masową skalę ukraińskich dzieci, przypominającej praktyki III Rzeszy na okupowanych terytoriach Polski. Oznacza to spalenie mostów prowadzących do ewentualnego porozumienia pokojowego z Rassiją oraz to, że liczba państw, do których może jeździć Putin gwałtownie się skurczyła. Może się okazać, że do śmierci nie opuści on Rosji. Szojgu i jego generałowie jak dotąd nie są objęci żadnym nakazem aresztowania wydanym przez MTK. Czyżby należałoby to traktować jako skierowaną do nich ofertę?

***

Stowarzyszenie Niklot organizuje spotkania z wieloma ciekawymi ludźmi, zwłaszcza w kontekście wojny na Ukrainie. We wtorek jego gościem był Jakub Maciejewski, korespondent wojenny tygodnika "Sieci", autor książki "Wojna. Reportaż z Ukrainy". (Książkę kupiłem, dostałem dedykację od autora i już przeczytałem. Polecam! Ta pozycja mówi dużo o mentalności naszych wschodnich sąsiadów i o realiach samej wojny.) Film z tego spotkania możecie obejrzeć poniżej:



Po spotkaniu Maciejewski zamieścił tweeta: "To było niesamowite spotkanie autorskie, nie ze względu na książkę „Wojna. Reportaż z Ukrainy", ale ze względu, że gospodarzami byli narodowcy o profilu PROukraińskim i ANTYrosyjskim. Bardzo dobra, merytoryczna dyskusja. Da się być narodowcem i nieszurem?".  (dla niekumatych: koniec cytatu)

Ze dwa tygodnie wcześniej Marek Jurek jojczył na łamach "Do Rzeczy", że w serialu "Wikingowie" źle przedstawiono świętego króla Olafa. (Szkoda, że nie widział norweskiego serialu "Beforeigners", w którym do Norwegii przybywają przybysze z innych epok, w tym pewien wiking, który zostaje zidentyfikowany i zaszczuty przez opinię publiczną jako morderca św. Olafa. Pojawia się też św. Olaf - zwany przez mu współczesnych "Olafem Grubym" - i zaprowadza w kraju zajebisty teokratyczny reżim. Co ciekawe, jego małżonką i zarazem królową Norwegii jest pogańska czarownica :) Marek zwany Jurkiem przypomniał przy tej okazji, że Wiesław Chrzanowski powiedział mu, że "w przyszłości będziemy musieli walczyć nie tylko z lewicą, ale też z pogańską prawicą". (Zabawne, że słowa takie wygłosił do Marka Jurka TW bezpieki kręcący się w kręgach bliskich masonerii...) Tekst Marka Jurka sprowokował mnie najpierw do śmiechu, a później do przemyśleń dotyczących prawicy nominalnie katolickiej.

Nie wiem, czy tylko ja zauważyłem, że wielu publicystów i polityków "katolickich" porusza się po równi pochyłej. Z czasem stają się totalnymi libkami, których niewiele dzieli od poparcia aborcji i ruchu trans. Terlikowski kiedyś rozpływał się nad "świętością" cara Mikołaja II i nad katechonem patriarchy Cyryla, a obecnie jest libkiem. Stefan Niesiołowski kiedyś chciał zakazywać soft porno, a dzisiaj chce burzyć pomniki Jana Pawła II. "Hipsterkatoliczka" Jola Szymańska stała się hipsterlewaczką, a zanim oficjalnie odeszła z Kościoła wplatała w swoje "hipsterkatolickie" wywody feminizm i krytyczną teorię rasy. Nawet Sławuś Cenckiewicz, dawny naczelny "Zawsze Wiernych!", polecał niedawno tekst jakiejś katolickiej feministki (brrrrr....) z Klubu Jagiellońskiego, w którym bóldupiła ona, że "nie ma przewijaka w kościele" i że ludzie krzywo się patrzą, gdy jej bąbelek zachowuje się w świątyni "jak dziecko" ("Brajanek musi się wybiegać/wykrzyczeć/wysrać!"). W sumie przyjęcie "kobiecej" perspektywy przez Sławusia wydaje się o tyle dziwne, że trudno znaleźć u niego jakiekolwiek zdjęcia z kobietami - nie licząc Niny Karsow - a wrzuca choćby z półnagimi trenerami z siłowni. W walentynki - specjalnie podkreślając okazję -  wrzucił on natomiast film ze swoim pieskiem Parówczakiem, którego za jakiś czas pewnie zacznie przebierać w różowe sweterki...

Pewną degenerację niestety widać również w katolickich środowiskach tradsowskich. Mówiąc o degeneracji mam na myśli tendencje filorosyjskie. Można to tłumaczyć tym, że środowiska te oblazła rosyjska i niemiecka agentura, w tym różnego rodzaju giertychowcy. Przykleił się do tych środowisk choćby niesławny Piotr Panasiuk, osobnik znany z rozpowszechniania najgłupszej rosyjskiej propagandy oraz iście stalinowskiego lżenia bohaterów polskiego Podziemia. W przypadku środowisk konserwatywnych mamy również do czynienia z bezmyślnym kopiowaniem różnych trendów z zachodnioeuropejskiej, a zwłaszcza francuskiej prawicy, czyli od środowisk totalnych przegrywów, które g... wiedzą na temat Rosji i Europy Środkowo-wschodniej. Niewielu z polskich tradsów sięga natomiast po polski przedwojenny i emigrcyjny dorobek intelektualny i  po prawdziwą Tradycję katolicką - tradycję Piusa XII, Piusa XI czy św. Piusa X, która była tradycją wrogą wobec Rosji i komunizmu. Niewielu z nich też widać czytało papieskie encykliki wymierzone w sowiecki komunizm, a jeśli je czytali, to niewiele z nich zrozumieli. Dla mnie totalną aberracją jest choćby to, że niektórzy nominalni "katolicy" - tacy jak choćby małżeństwo Wielkodupskich - uważają za bohatera mordercę polskich księży jakim był gejnerał Jarucwelski. Jeśli zastanawiamy się, czemu środowiska katolickie przegrywają, to jest tak głównie z powodu różnego rodzaju faryzeuszów, kryptololków, przebierańców i pajaców, którzy je obsiedli.

A ja się zastanawiam, a jakby dokonać tak połączenia wartościowych elementów prawicy pogańskiej i katolickiej? Wyszedłby z tego katolicki ezoteryzm? Ks. Natanek rzucający wspólnie z egipskimi bogami klątwę na TVN pod piramidami w Gizie? Portret Benedykta XVI z obracającym się Czarnym Słońcem? Mroczne alterego Jana Pawła II bijące T...go pastorałem w jaja przy dźwiękach "God is God" zespołu Laibach?  :)

***

Różnego rodzaju upośledzeni umysłowo onucowcy wskazują, że "podżegaczami wojennymi" są takie postacie jak choćby Jacek Bartosiak, Jarosław Wolski czy nawet... Karolina Baca. Żaden z tych debili nie wskazuje mnie, choć jestem od nich dużo większym "jastrzębiem". Składam więc reklamację na Łubiance - kiepsko tam pracujecie i wysyłacie do komentowania na moim blogu trolli gównianego gatunku. By Was towarzysze zmotywować, wklejam fotkę jednego z prezentów, które dostałem na niedawnej imprezie urodzinowej.



To naszywka walczącego na Ukrainie Legionu Gruzińskiego. Kolega przekazał mi ją od dowódcy tego Legionu Mamuki Mamulaszwilego. 

sobota, 4 lutego 2023

Casus belli - Gruzja 2008

 


O nędzy intelektualnej wielu polskojęzycznych i zagranicznych "ekspertów" świadczy nie tylko to, że gadają oni głupoty na temat wojny prowadzonej na Ukrainie. Kompromitują się oni też mówiąc o innych konfliktach zbrojnych - a szczególnie o wojnie w Gruzji z 2008 r. Najczęściej powtarzaną przez nich bzdurą dotyczącą tamtego konfliktu jest to, że "Saakaszwili niepotrzebnie sprowokował Rosję, atakując Osetię Południową". Jak za chwilę wyjaśnię, takie twierdzenia to totalny idiotyzm, a zarazem jedno z najskuteczniejszych rosyjskich kłamstw. Skuteczne dlatego, że w czasach niesławnego resetu, Zachód tego łgarstwa nie dementował.

Tematowi okoliczności wybuchu wojny rosyjsko-gruzińskiej jest poświęcony znakomity film dokumentalny Michała Orzechowskiego "Casus belli. Po co komu ta wojna?" (dostępny do obejrzenia w VOD TVP). Warto po jego obejrzeniu sięgnąć do książki Iraklego Matcharashvilego "2008 rok. Wojna rosyjsko-gruzińska", a także do książki "Wojny Putina" Marcela Van Herpena. Fakty przedstawione w tych źródłach są nie do podważenia: to Rosja wówczas zaczęła wojnę, a nie Gruzja.

Orzechowski w swoim filmie dokumentalnym zwraca uwagę na rzecz oczywistą, acz notorycznie pomijaną przez "ekspertów": co stanowiło casus belli? Od jakiego zdarzenia rozpoczęła się wojna? Przypomina, że w regionie Cchinwali/Osetii Południowej obowiązywało od kilkunastu lat porozumienie rozejmowe, które określało maksymalną liczebność stacjonujących tam rosyjskich sił "pokojowych" oraz uzbrojenie jakie mogą one mieć. Wprowadzenie na teren Osetii Południowej większych sił, uzbrojonych w broń ofensywną automatycznie stanowiło złamanie porozumienia rozejmowego. A więc początek wojny. Tak się akurat złożyło, że na dzień przed rozpoczęciem przez Gruzinów ostrzału Cchinwali, przez tunel Roki były przerzucane duże rosyjskie siły pancerne. Gruziński wywiad podsłuchał komunikację radiową pomiędzy rosyjskimi agresorami oraz ich osetyńskimi marionetkami. To, że duże wojska rosyjskie zostały wprowadzone na teren Osetii Południowej przed gruzińskim kontratakiem poświadczają również relacje Rosjan i Osetyńców zebrane w książce Matcharashvilego. 

Powyżej: zniszczony gruziński czołg T-72 na ulicach Cchinwali. Jak widać, po "huraganowym" gruzińskim ostrzale miasta nie ma śladów - w oknach nawet są szyby. 

Totalną propagandową bzdurą są również bajdurzenia o tym, że w gruzińskim "huraganowym" ostrzale Cchinwali zginęło "kilka tysięcy cywilów". Pojawiały się nawet twierdzenia o 8 tys. zabitych (W 2008 r. widziałem taką liczbę w ogłoszeniu zapraszającą na mszę upamiętniającą osetyńskie ofiary wojny. Ogłoszenie to wisiało w pobliżu wejścia do prawosławnej katedry św. Marii Magdaleny na warszawskiej Pradze. To cerkiew położona obok siedziby abpa gen. Sawy, zwierzchnika polskiej cerkwii prawosławnej, TW "Jurek",  znanego z pisania głupich listów do gejowsko-kagiebowskiego "katechona" Cyryla sodomsko-gomorskiego.) W całym Cchinwali mieszka obecnie 30 tys. ludzi, a liczba mieszańców jakoś specjalnie nie spadła w wyniku wojny. Nawet oficjalne rosyjskie dane mówią o tym, że w konflikcie zginęło tylko 162 osetyńskich "cywilów", ale zaliczono do tej grupy zapewne "ochotników" w dresach i z kałachami, którzy poszli wojować z Gruzją, czy raczej rabować gruzińskie wioski. Z osetyńskich relacji wynika, że całe miasto Cchinwali zostało już na kilka dni przed wybuchem wojny ewakuowane do Rosji - by zrobić miejsce dla wojsk rosyjskich.

Zresztą atak na Gruzję zaczął się już na wiele dni przed 7 sierpnia 2008 r. Od wielu dni wcześniej gruzińskie wioski były ostrzeliwane z terytorium Osetii Południowej. Rosyjscy dywersanci zakładali natomiast miny na gruzińskich drogach. Jeśli to nie jest agresją, to co nią jest? Tak samo Rusnia zachowywała się w dniach poprzedzających inwazję na Ukrainę. Wówczas również zmyślała historyjki o "nieustannym, huraganowym ostrzale Doniecka". Van Herpen wylicza w swojej książce konkretne przykłady przygotowań Rusni do agresji na Gruzję - takie jak choćby przejęcie całkowitej władzy nad Osetią Południową przez rosyjskich wojskowych i funkcjonariuszy FSB, czy też odbudowa przez rosyjskie wojska inżynieryjne linii kolejowej w Abchazji, która była nieczynna od dekad, a jedynym sensownym jej zastosowaniem był transport materiałów dla wojska. Oczywiście, gdy przytoczymy te argumenty prorosyjskim zjebom takim jak profesor Adam Wielkodupski, to usłyszymy w odpowiedzi: Łałałała uga buga łubu dubu zesrałem się w majty katechon! Czy podobny bełkot...


Czemu jednak Saakaszwili zdecydował się na uderzenie w rosyjskie wojska gromadzące się w Cinchwali? Czy nie było to szaleństwem? Czy nie mógł dłużej poczekać? Rzut oka na mapę pokazuje, że nie za bardzo miał możliwość czekania. Cchinwali to klucz do powstrzymania agresji. Stamtąd prowadzi dolina rozszerzająca się w kształt lejka. Gdy czołgi wyjeżdżają z tej doliny, zajmują kluczową autostradę łączącą wschód i zachód kraju. Do Tbilisi mają stamtąd 67 km. To trochę tak, jakby wojska orków znalazły się na autostradzie na zachód o Siedlec... Trzydniowa bitwa o Cchinwali była więc desperacką próbą powstrzymania sił agresora przed przebiciem się do stolicy. Decyzja Saakaszwilego była jak najbardziej racjonalna, ale siły jakimi dysponował były zbyt małe, by powstrzymać wroga. Bitwa o Cchinwali była więc kupieniem czasu na interwencję dyplomatyczną mającą obronić Gruzję.


Jak zapewne pamiętacie, rosyjska ofensywa zatrzymała się na autostradzie tuż za miastem Gori. Również wojska rosyjskie atakujące z terenu Abchazji zatrzymały natarcia prowadzone wzdłuż wybrzeża i w stronę miasta Kutaisi. To dlaczego do tego doszło jest przedmiotem sporów. Jedni widzą w tym skutek interwencji dyplomatycznej francuskiego prezydenta Sarkozy'ego, inni wyprawy Lecha Kaczyńskiego i innych prezydentów państw naszego regionu na wiec w Tbilisi. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć tego sporu - nie wiem, co siedziało wówczas w głowie Putina i dlaczego postanowił przerwać inwazję. Być może wówczas jeszcze za bardzo asekurancko wyczekiwał ostrzejszej odpowiedzi Zachodu - co sugerował jego były doradca a obecnie emigrant-opozycjonista Andriej Iłłarionow. Faktem jest jednak to, że Putin wykazał się wówczas zbyt słabymi nerwami, Zachód specjalnie ostro nie zareagował, a Gruzini uznali Lecha Kaczyńskiego za bohatera, który pomógł ocalić ich kraj. 



Orzechowski zwraca jednak uwagę w swoim filmie, że Rosja chciała później "dokończyć sprawę" z Gruzją. Przygotowywała się do uderzenia "dobijającego". Znów koncentrowała wojska, a na terytorium Gruzji pojawiły się oddziały zwiadowcze Specnazu. Gdy Saakaszwili powiadomił o tym Kaczyńskiego, nasz prezydent postanowił pojechać do Gruzji - nad samą linię rozejmową z Osetią. Wymyślił prowokację mającą utrudnić Rosji przygotowania do ataku. Doszło do niej pod wioską Achałgori. Media wówczas pisały o "serii strzałów nad głowami prezydentów". To była rzeczywiście seria strzałów, ale oddana w powietrze - ostrzegawczo, przed zdezorientowaną rosyjską obsadę posterunku, nie wiedzącą, co to za kolumna samochodów się zbliża. Wiadomość o strzałach oddanych do polskiego prezydenta poszła w świat, a Rusakom posypały się plany inwazji. Trzeba było je na chwilę wstrzymać, by nie przyciągać nadmiernej uwagi NATO, później nadeszła zima i nie było warunków do ataku, a potem... wymyślono inną koncepcję podboju. "Geniusze" z ABW napisali natomiast raport mówiący, że incydent w Achałgori był gruzińską prowokacją, na co miała głównie wskazywać "mowa ciała" Saakaszwilego. (Dzisiaj pewnie autorzy tego gniota bóldupią, że im obcięto  emerytury i noszą kapelutki z folii aluminiowej, by się ochronić przed Pegasusem...) A co do mowy ciała, to Saakaszwili wspominał, że zaszokowało go to, że Kaczyński z uśmiechem na ustach przechadzał się po drodze pod Achałgori, mimo świszczących kul. 

(A teraz w ramach ćwiczeń zerknijcie na ten archiwalny tekst niejakiego Andrzeja Paulukiewicza z "Wprost" i policzcie w nim rosyjskie propagandowe kłamstwa. I porównajcie to z tym, co Paulukiewicz pisał o "wolnościowcu" Łukaszence.)  

O ile spora część mieszkańców Polski uważa, że Putin - "absolutnie nie był zdolny do zabicia Kaczyńskiego i nie miał żadnego motywu" (a jednocześnie wierzy w niezwykle rozbudowane teoryjki mówiące, że wszechmocny karzełek Putin ustawił wybory prezydenckie w USA w 2016 r., doprowadził do brexitu i zagłady dinozaurów) - to w krajach byłego ZSRR mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Przekonanie o tym, że w Smoleńsku do zamachu jest tam powszechne. Niedawno mówił o tym były ukraiński prezydent Juszczenko - sam ofiara nieudanego rosyjskiego zamachu. Niczym pies Pawłowa wytresowany na Łubiance zareagował na to ks. Isakowicz-Zaleski, od razu bóldupiąc, że Juszczenko "gloryfikuje UPA".  No cóż, jakie to wszystko przewidywalne... Czekam teraz, aż Tomasz Piątek zacznie przekonywać, że Juszczenko oskarżając Rosję o zamach w Smoleńsku działa na rzecz Putina.


Sprawę z Saakaszwilim załatwiono inaczej. Choć jego rządy oznaczały dla Gruzinów wyjście z przerażającej nędzy z czasów Szewardnadzego, oczyszczenie kraju z mafii, budowę sprawnej i zdigitalizowanej administracji, wielką rozbudowę infrastruktury i sektora turystycznego, a także ożywienie kultury, to Gruzini w 2013 r. wybrali prezydentem Bidzinę Iwaniszwilego, oligarchę, który zbił majątek w Rosji a obiecywał "ciepłą wodę w kranie". Od tego momentu Gruzja pogrążyła się w zastoju gospodarczym, a kolejne wybory były fałszowane. Jej obecny rząd zajmuje szokująco przyjazne stanowisko wobec Rosji. Saakaszwili, po  pozbawieniu go obywatelstwa gruzińskiego przez prorosyjskie władze Gruzji a ukraińskiego przez proniemieckiego prezydenta Ukrainy Poroszenkę, stał się bezpaństwowcem. Na jesieni 2021 r. wrócił do Gruzji i został aresztowany. Poświęcił się, by jego partia zdobyła dobry wynik w wyborach samorządowych. Unia Europejska obiecywała mu bowiem, że jeśli jego stronnictwo dobrze wypadnie w tych wyborach, to będzie naciskać na przyspieszone wybory parlamentarne. UE oczywiście później olała Saakaszwilego, a wybory zostały znów sfałszowane. Saakaszwili trafił do aresztu pod bzdurnymi zarzutami - m.in. "nadużycia władzy", czyli skorzystania z prezydenckiego prawa łaski - a z aresztu do szpitala.


Saakaszwili jest obecnie straszliwie wychudzony. W ciągu roku stracił 40 kg. Niezależne badania wykazały w jego organizmie ślady trucia metalami ciężkimi. W tym tygodniu uniemożliwiono byłemu prezydentowi przeniesienie na szpitalny OIOM. Skorumpowane władze Gruzji przekonują, że Saakaszwili symuluje i że jest zdrowy jak ryba, a to że źle wygląda, to skutek tego że pije koniak.

Według Generała SWR, Putin ogląda czasem transmisje na żywo z kliniki, w której jest przetrzymywany Saakaszwili. Cieszy się ze stanu, w którym znalazł się jego wróg. Podobną "rozrywkę" miał wcześniej Janukowycz. W swojej posiadłości oglądał na żywo wraz z rodziną i znajomymi transmisje na żywo z celi, w której była przetrzymywana Julia Tymoszenko. Łukaszenko natomiast ogląda sobie podobne transmisje z celi, w której więziona jest Sofia Sapiega, partnerka Romana Pratasewicza, partnera założyciela serwisu Nexta, porwanego na Białoruś wraz z całym samolotem linii Ryanair. Rosja domaga się wydania swojej obywatelki Sapiegi (co sugeruje, że mogła być czerwoną jaskółką), ale Łukaszenka odmawia. Lubi sobie popatrzeć na filmy, w której robią jej rewizje osobiste. Tak sobie myślę, że komedia "Borat" byłaby bardziej zabawna, gdyby zamiast Bogu ducha winnych Kazachów wzięto tam na celownik prawdziwych sowieciarzy - karzełka Putina, Łukaszenkę, Janukowycza i ich polskojęzycznych wielbicieli w rodzaju Panasiuka. "Panasiuk. Podpatrzone w Ameryce, aby Bolszewia rosła w siłę i dostatek".

*** 

Często można się spotkać z opinią, że Cchinwali "nie jest gruzińskim miastem", bo jest zamieszkane przez Osetyńców, którzy chcą się połączyć z Osetią Północną będącą częścią Rosji. Chinwali było jednak gruzińskim miastem już od starożytności, a jeszcze na początku XX w. więcej niż Osetyńców mieszkało w nim... Żydów. Wymiana ludności - z gruzińskiej i żydowskiej na osetyńską zaczęła się tam dopiero w latach 20-tych, gdy Osetia Południowa zyskała status autonomiczny. Na początku lat 90-tych Osetyńcy przeprowadzali tam natomiast czystki etniczne na Gruzinach.



Na Kaukazie jest powiedzenie: "Chcesz obrazić górala, nazwij go Osetyńcem". Naród ten jest tam bowiem powszechnie znienawidzony za wysługiwanie się Ruskim. Sami Ruscy gardzą przy tym Osetyńcami, wrzucając ich do jednego worka z innymi ludami Kaukazu. W czasie wojen czeczeńskich zdarzało się, że rosyjscy żołnierze handlujący z Czeczenami, całkowicie bezinteresownie ujawniali im miejsca stacjonowania żołnierzy osetyńskich. Podczas obecnej wojny na Ukrainie zdarzało się natomiast, że kadyrowcy zabijali Osetyńców walczących po stronie rosyjskiej. Z powodu dużych strat i złego traktowania przez armię rosyjską, część Osetyńców zdezerterowało z frontu ukraińskiego i wróciło do kraju. 

Trochę to smutne, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że Osetyńcy to potomkowie Alanów, czyli ludu blisko spokrewnionego ze Scytami (czy też będącego jednym z ich odłamów), czyli przodkami sporej części Polaków. Jak widać, w pewnych warunkach dumny naród może się mocno zdegenerować.

 ***

Ciekawe rzeczy dzieją się w samej Rusni. "Pojebany pułkownik", wiecznie naburmuszony Girkin - obrażony na Kreml - zaczął już radzić orkom jak oddawać się do niewoli całymi oddziałami.  Inny pułkownik - tym razem FSB - Gienadij Gudkow, twierdzi, że Putin jest w stanie ostrej psychozy i grozi ludziom ze swojego otoczenia.  Gudkow to ciekawa postać, były deputowany do Dumy, który został pozbawiony mandatu i wyemigrował do Bułgarii. Zastanawiam się czasem, czy to nie on jest "Generałem SWR".

***

Tak sobie czasem patrzę na statystyki bloga i widzę, że mam też trochę gości z zagranicy. Zadziwiająco dużo z Francji, tak po kilkuset (zwykle po ponad 200 tygodniowo). Czyta mnie tamtejsza polska diaspora czy też ktoś korzysta z Google Translatora? Mam też gości na podobną lub nieco mniejszą skalę z Niemiec, Wielkiej Brytanii, USA oraz Izraela. W czasie serii Kemet czytało mnie też kilkadziesiąt osób w Egipcie. Z Rosji pojawia się zwykle kilkadziesiąt - stokilkadziesiąt wejść tygodniowo. Ile z nich z prigożinowskiej farmy trolli w Olgino? W komentarzach zdradza ich zwykle dziwaczna polszczyzna, czasem nawet mieszanie liter alfabetu łacińskiego i cyrylicy jak w słowie "xirurg". Jeśli mieszkacie w innych krajach i mnie czytacie, to dajcie znać.

Poniżej statystyki za okres 10.01.2023-17.01.2023. Zwracam uwagę na Egipt.

sobota, 25 września 2021

Jerzy Targalski (1952-2021) R.I.P. + Refleksje z Gruzji

 


Wieść o śmierci dra Jerzego Targalskiego dotarła do mnie w bratniej Gruzji. Zamieściłem wówczas następujący wpis na Fejsie:

"Będzie sporą przesadą jeśli nazwę ś.p. Jerzego Targalskiego przyjacielem. Czasem ze sobą korespondowaliśmy i zamieniliśmy parę słów w realu. Ja z zainteresowaniem czytałem jego publikacje i oglądałem "Geopolityczny Tygiel". Uwielbiałem jego złośliwości wobec moskalofili i różnych lipnych "ekspertów". On kojarzył mnie zadziwiająco dobrze i czytał mojego bloga. Wypowiadając się krytycznie o jednym wpisie powiedział: "ale przynajmniej Hubert docenia koty". Teraz pewnie dr Targalski vel Darski vel dr House (Nya!) siedzi w raju w kociej kawiarence, gdzie śliczne kelnerki mają kocie uszka - prawdziwe! R.I.P."

Mam po Nim w domu jedną pamiątkę - autograf na jednym z tomów "Resortowych Dzieci": "Hubertowi na pamiątkę współpracy, o elitach Ubekistanu. 26.11.2016 Warszawa Jerzy Targalski Maciej Marosz". 

Nie będzie żadną przesadą, jeśli napiszę, że dr Targalski był umysłem bardzo wybitnym, być może nawet tej klasy jak o. Józef Maria Bocheński. Był politologiem, specjalistą od służb specjalnych, historykiem i lingwistą mówiącym płynnie kilkunastoma językami. Górował przygotowaniem intelektualnym nad wszystkimi "mistrzami pustosłowia"  - różnymi Bartosiakami, Sykulskimi i Gryguciami. Bezlitośnie obśmiewał w swojej publicystyce moskalofili oraz różnych oszustów podających się za "ekspertów" od geopolityki. Wielu z nich głośno zawyło po jego zgonie. Aż tak ich zady bolą...

O tym jak ostre było pióro doktora Targalskiego, może świadczyć choćby to, że profesor Bartyzel do dziś przeżywa to, że 30 lat temu Targalski obśmiał go w artykule w jakimś niszowym pisemku. Z profesora Bartyzela wyszła przy okazji typowa akademicka menda - mściwa i przy tym robiąca żenujące błędy w faktografii. Bartyzel zrobił bowiem zarzut Targalskiemu, że zajmował się tropieniem "sowiecko-ruskiej agentury" (a to coś złego? czy Bartyzel chce, by ta agentura nie była niepokojona i spokojnie sobie pracowała?) i napisał przy tym, że "inne agentury (izraelska, amerykańska czy niemiecka) już nie zaprzątały jego uwagi". No cóż, jak widać Bartyzel nie czytał publicystyki Targalskiego, ani nie oglądał "Geopolitycznego Tygla", bo wówczas zorientowałby się, że mocno tam była smagana też agentura niemiecka, lobby izraelskie a i USA były krytykowane. (Podobnie chybione jest nazywanie przez różnych internetowych idiotów Targalskiego "pisowskim propagandystą", w sytuacji, gdy wielokrotnie krytykował on rząd PiS za kapitulanctwo wobec Brukseli. No cóż, w opinii osób upośledzonych umysłowo, jeśli obśmiewasz brednie Sykulskiego, Grygucia czy Brauna, to jesteś "pisowskim propagandystą".) Oczywiście zadanie katalogowania sowiecko-rosyjskiej agentury wpływu w Polsce oraz różnych ubeckich powiązań to praca o fundamentalnym znaczeniu. Fajnie by było, gdyby ci, którzy jojczą, że nie ma podobnie skatalogowanej agentury niemieckiej czy izraelskiej, sami się wzięli do naukowego opracowania tego tematu. Ale tego nigdy nie zrobią. Dlaczego? Bo bycie profesorem wiąże się z pracą tylko nad bezpiecznymi tematami - w przypadku różnych Bartyzlów i Wielkomskich z przepisywaniem tekstów o różnych francuskich przegrywach. Bartyzel może sobie od czasu do czasu pojojczyć w internecie, ale nigdy nie napisałby publikacji dotyczącej ubeckich powiązań swoich kolegów profesorów - nie mówiąc już o pracy o swoim gejowskim mentorze z Informacji Wojskowej Henryku Krzeczkowskim.

Śmieszne i żenujące jest też wypominanie Targalskiemu, że przez parę lat za Gierka był w PZPR. Często wypominają mu to ludzie, którzy w PZPR byli aż do 1990 r. Mniej uświadomionym przypomnijmy, że Targalski działał w opozycji antykomunistycznej od 1976 r. i za udział w KOR stracił pracę na UW. W latach 80-tych jego partia LDP "N" była jedną z najbardziej radykalnych organizacji antykomunistycznych, sprzeciwiającą się Okrągłemu Stołowi. Targalski miał więc podobnie długi - ale bardziej intensywny - staż opozycyjny jak Bartyzel (o czym oczywiście Bartylooser udaje, że nie wie). To zaangażowanie przeciwko PRL może dziwić, gdyż ojciec doktora Targalskiego, Jerzy Targalski senior był komunistycznym historykiem. Mam w domu jedną z jego książek - poświęconą rewolucji 1905 r. - i muszę powiedzieć, że jest bardzo "spiskowa" i "prometejska"...



Tym, którzy słabo znają twórczość doktora Targalskiego, polecam oczywiście stronę ze zbiorem jego publicystyki.  Niektóre jego teksty to czysta poezja. Tutaj na przykład orze Marcina Masnego:

"Marcin Masny, który w Mediach Narodowych promował komunistycznych bezpieczniaków z Departamentu I jako polskich patriotów i niepodległościowców, ostatnio pochylił się nad ciężkim losem uciemiężonej Rosji. (...) Masny jednak powołuje się na szlachetne zachowanie czerwonoarmistów w Polsce, którzy „gwałcili tylko Niemki”. Jak rozumiem, gwałcenie Niemek jest dopuszczalne i usprawiedliwione, choć rodzice mi mówili, że wyzwoliciele gwałcili wszystko, co się ruszało, bez względu na narodowość, płeć, wiek i gatunek."

A o jednym z moich "ulubieńców":

" W marcu, zgodne z ówczesną linią propagandy, jasnowidz widział jesienią starcia wojskowe między Turcją i USA. Mamy jesień i jakoś żadnej wojny turecko-amerykańskiej nie widać. Nie ma też wojny na Bliskim Wschodzie na większą skalę niż dotychczas. Raczej utrzymuje się status quo, a już na pewno nie wybuchła we wrześniu zapowiadana wojna z Kurdami. Jakoś nie chce też wybuchnąć w trzech miejscach trzyletnia wojna światowa zapowiadana przez jasnowidza od początku roku. A mieliśmy nie pozwolić dać się wysłać na wojnę, przed czym Braun ostrzega od szczytu NATO w Warszawie. W połowie sierpnia jasnowidz widział, że od września Polska wejdzie do działań wojennych. Czekała nas mobilizacja. Miało zostać użyte polskie lotnictwo. No i co, kogo bombardujemy? Pewnie Iran, jak zapowiadał Braun. Kolejną wojnę światową miał zapowiadać konflikt w Karabachu. Turcja i Rosja są jednak, choć z różnych powodów, po jednej stronie. Ja też mam wizję – wojny nie będzie."



Jak, już wspomniałem: niech się Pan Jerzy Targalski dobrze bawi w niebiańskiej kociej kawiarence...



***

Jak wspomniałem, przez tydzień byłem w Gruzji. A to moje refleksje z tego kraju:

"Już w gościnnej Gruzji. W domu mojego przyjaciela Koby. O czwartej nad ranem zjadłem ostrą zupę, którą przegryzłem owczym serem i pomidorami oraz popijałem młodym winem. Przy okazji dokarmiałem psa husky, który gapił się na mnie błagalnym wzrokiem. Gruzja. Przyjeżdżasz tu dla niepowtarzalnej atmosfery."




"Rzuciłem okiem na stare miasto w Tbilisi i oczywiście mam wrażenie mniejszego ruchu turystycznego - ale nie apatii. Ludzie z Europy i Rosji nadal tu chętnie przyjeżdżają. W samolocie siedziałem obok Duńczyka, z którym fajnie mi się rozmawiało. Ponieważ Tbilisi już dwa razy zwiedzałem, wybrałem się do Vake - skansenu na obrzeżach miasta. Jego część jest niestety zamknięta, ale jest do zwiedzania trochę stylowych domków z drewna orzechowego i kasztanowego. Panie z muzeum bardzo chętnie opowiadają o tych chatkach i stojących w nich sprzętach. Jednej z nich pokazałem zdjęcia z polskich skansenów - szczególnie interesowały ją kościoły. W skansenie jest też dający się głaskać czarny kotek, który chłeptał mleczko..."




"Vardzia należy do miejsc zaliczających się do kategorii "cholernie daleko", ale to światowy ewenement godny zobaczenia. To miasto wykute w skałach, w którym mieszkali mnisi. Mieli oni własny wodociąg i kanalizację oraz cerkiew z ładnymi freskami. Musieli się oczywiście nachodzić po wąskich i stromych stopniach, ale i tak żyło im się znośnie jak na tamte czasy. Monastyczna idylla skończyła się jednak w XVI w., gdy Vardzię najechał perski szach Abbas. Później drogie księgi Ewangelii z Vardzi sprzedawano na bazarach w Teheranie"





"Nad miastem Akhaltsikhe góruje cytadela znana jako Rabati. Arabska nazwa to ślad po imperium osmańskim, które rządziło tą częścią Gruzji do 1828 r. W cytadeli jest więc duży meczet i loch, w którym trzymano jasyr. Starszy pan opiekujący się jedną z odnowionych sal na zamku opowiadał jak do kołchozów zabierano ludziom zwierzęta gospodarskie, zostawiając po jednej krowie. Dopiero Malenkow (de facto Beria) powiedział, by ludziom rozdać po 5 krów i po 10 owiec. Przewodnik opowiedział też jak jego babcia trzymała w kufrze wódkę i zakąski. Piła po 100 gramów trzy razy dziennie. Posiadali jej zakąski a ona: "Gdzie te szatany!""

"Borjomi to kurort znany z wody mineralnej o ciekawym smaku. Była hitem już w czasach carskich, o czym przekonują choćby murale. Później w willi zbudowanej przez carskiego brata miał daczę Stalin. Obecnie to typowe uzdrowisko poszerzające swoją bazę klientów. Przyciąga miłośników przyrody i typowo kurortowych rozrywek. Ma to też złe strony . Mały kubeczek soku kosztuje tu na ulicy tyle co w hipsterskiej warszawskiej knajpie. Ogólnie jednak to ciekawe miejsce jako bazą wypadową lub zwieńczenie intensywnego dnia zwiedzania. Mnie urzekł most dla skaterów..."

  




"Wczoraj przejechałem się Gruzińską Drogą Wojenną aż pod granicę z Rosją. Bardzo ładne widoczki, choć jeszcze na dziesiątki kilometrów przed granicą widać kolejki tirów stojących na poboczu i czekających aż rosyjscy celnicy przestaną robić problemy. Duże wrażenie zrobiła na mnie cerkiew św. Trójcy w Stepantsminda położona na szczycie góry liczącej 2,2 tys. m npm. Zaskakuje tam widok koni pasących się na zboczach. I rzeźba przedstawiająca... walczące dinozaury lub inne wielkie jaszczury. Jest stamtąd dobry widok na majestatyczny Kaukaz. Przed samą granicą cerkiew - postawiona przez Eliasza II, patriarchę Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, po to by Ruscy w tym miejscu cichcem nie przesuwali granicy. Eliasz II jest bardzo lubiany w Gruzji - rządzi tamtejszym kościołem już ponad 40 lat. Gdy zaczynał, było w kraju tylko kilkanaście czynnych cerkwii, a obecnie jest bodajże ponad 20 tys. Jeśli komuś się rodzi trzecie dziecko, to patriarcha osobiście je chrzci."


"Dzisiaj trochę pozwiedzałem cerkwi w okolicach Mcchety i przy okazji poznałem niesamowitą historię o. Gabriela - prawosławnego gruzińskiego mnicha, który miał zdolności parapsychiczne i był antykomunistą. W drugiej połowie lat 60-tych spalił wielki banner Leninem w centrum Tbilisi. Był autorem wielu przepowiedni, w tym o rozpadzie ZSRR i o wojnach, które dotkną Gruzję. Przekonywał, że Antychrystowi nie uda się podbić całej Gruzji (wtedy, gdy to mówił Putin był dopiero nierobem w KGB w Dreźnie) i że wszystkie gruzińskie ziemię wrócą w końcu do ojczyzny. O. Gabriel - prawosławny odpowiednik o. Pio - jest pochowany w Mcchecie. Jego ciało leży przykryte szatami liturgicznymi, w przeszklonym sarkofagu. Obok niego, pod szkłem, leży jego serce, które co prawda zeschło się i skurczyło, ale przetrwało. (Niestety zakonnica pilnowała, by nie robić zdjęć.) W małym klasztornym muzeum jest zdjęcie o. Gabriela w mundurze Armii Czerwonej. Podczas służby otarł się on o śmierć w morzu pod Batumi. Uratował go starszy człowiek. Gabriel wcześniej widział jego twarz na ikonach w domu rodziców. To była twarz św. Mikołaja, który w prawosławiu jest bardzo czczony i który przejął atrybuty bodajże Peruna."


"W historii Gruzji wiele znaczy 13 ojców syryjskich, którzy we wczesnym średniowieczu założyli w różnych miejscach kraju 13 klasztorów. Dzisiaj byłem w kolejnym z nich u św. o Antoniego. W kościelnym sklepiku mnich usłyszał, że jestem katolikiem. - Nie chciałbyś zostać prawosławnym? Tutaj jest zbawienie? - zagaił. Podarował mi mały flakonik świętego oleju. Zainteresował go mój słowiański t-shirt z kołowrotem. Mówiłem mu, że to symbol etniczny. Dopatrzył się w nim swarzycy. - Swastyka to u nas symbol Ziemi. To "ke" 24-ta litera alfabetu. 24-ta, bo Ziemia w 24 godziny krąży wokół Słońca - wyjaśniał mnich. W cerkwii starszy mnich z ciekawości sobie ze mną miło pogawędził i porządnie skropił wodą święconą. Gdyby Ruscy nie zrobili tyle przypału prawosławiu, to byłaby to ciekawa religia..."


"Przypadkiem spotkałem dzisiaj Eldara - weterana wojny w Abchazji - u którego mieszkałem dwa lata temu przez parę dni. Napiliśmy się piwa. Po południu wpadłem do niego, gdzie trochę sobie pogadałem z Dziadkiem Mitią niewidomym alt-rightowym staruszkiem, z którym dwa lata temu fajnie się biesiadowało. Mitia opowiadał m.in. o tym, że w Gruzji nie było żadnego antysemityzmu. Miejscowa społeczność żydowska była mocno zasymilowana. Jego dobry kolega z czasów studenckich był Żydem, ale wszyscy traktowali go jak Gruzina. Tylko czasem się dziwili że nie je wieprzowiny. (Ale wino i czaczę pił chętnie.) Wszyscy też byli zaskoczeni, że wyjechał później do Izraela. Mitia zaskoczył mnie jedną rzeczą. Nie chciał uznać tego, że Jan Paweł II zmarł śmiercią naturalną."




"Kachetia to wspaniałe miejsce - piękne rolnicze krajobrazy z wysokimi górami Kaukazu na horyzoncie. (Za tymi górami jest Czeczenia.) Sporo tam zabytkowych klasztorów, a po drogach jeżdżą ciężarówki pełne winogron. Tam się wyrabia najlepsze gruzińskie wina. I tam zostałem dzisiaj ugoszczony. Podczas biesiady wznoszono toasty za mnie, a ja za swoich gospodarzy i bohaterów obu narodów. Usłyszałem, że Gruzini bardzo chcą, by ich państwo stało się normalnym europejskim krajem. Wskazywali m.in. przykład drogi jaką przeszła Polska przez ostatnie 25 lat - od totalnie rozkradzionego, mafijnego kraju do państwa odnoszącego sukcesy. (Zauważcie, że nikt tam nas nie kojarzy jako straszną dyktaturę łamiącą prawa LPG, TVN i dzików.) Oczywiście Gruzji przeszkadza w tym Rosją i jej agentura. Rosja wie, że gdyby Gruzji się udało, inne narody Kaukazu zaczęły by walczyć o swoje. Wśród Gruzinów jest przekonanie, że Zachód nie jest już reaganowski i nie czeka na nich z otwartymi rękami. Zachód nie odwzajemnia gruzińskiej gościnności. To w jaki sposób traktuje Gruzję pokazuje jak puste są jego "wartości".


"Ciekawej rzeczy się dowiedziałem o Erdoganie. Miał przodków Lazów, czyli Gruzinów z Adżarii (Adżaria to okolice Batumi). Sam o tym mówił. A dokumenty dotyczące przodków podarował mu Saakaszwili. Turcja i Gruzja mają bardzo przyjazne relacje. Gruzini mogą jeździć do Turcji bez wiz i bez paszportów. W czasach sowieckich obszary przy granicy z Turcją były oczywiście strefą zakazaną, obejmującą m.in. Vardzię."

"Zasłyszane: Ormianie nie są narodem kaukaskim. Do Kaukazu mają sporo kilometrów. Gruzini mają im za złe, że ziomki ks. Isakowicza dokonują przywłaszczeń kulturowych. Ormianie twierdzą np. że wymyślili czurczhele, czyli tradycyjne gruzińskie słodycze. Twierdzą też, że Szota Rustaweli - narodowy gruziński poeta, autor "Rycerza w tygrysiej skórze" - był Ormianinem, choć niczego nigdy nie napisał po ormiańsku. Ormianie zaraz zaczną twierdzić, że Nicki Minaj to Ormianka z rodziny Kardashianów i że Krzysztof Krawczyk grał w System od a Down :)"
"Zasłyszane w Gruzji: Ormianie twierdzą, że to oni zakładali Anglię. Mój komentarz: Czas nakręcić nowy sezon serialu Brytania..."



"Jeśli chcielibyście kiedyś wpaść do Gruzji, to pięknie was ugościć może mój przyjaciel Koba Qoniashvili - może was przenocować w swoim domu na przedmieściach Tbilisi i przewieźć po kraju - od Tuszeti i Kachetii po Batumi i Vardzię. U niego na pewno nie umrzecie z głodu lub z pragnienia A pobyt będzie miał niepowtarzalny klimat. Kontakt do Niego to: +995 595 858 141." (Wyjaśnienie dla Nosaczy Sundajskich: oczywiście gościna nie jest darmowa. Ale spokojnie możecie się umówić co do ceny - jeśli chcecie pobytu w Gruzji w niepowtarzalnym klimacie.)
"I na pożegnanie dostałem trzy butelki wina i słoik adjiki. Będzie zabawa z pakowaniem "

***

A za tydzień powrót do serii dotyczącej 11 września 2001 r. Kolejny odcinek: FBI (i być może też NSA).