sobota, 13 lutego 2021

Czerń Sufich

 

Ilustracja muzyczna: Ali Sinanoglu - Kizil Elma Marsi

Niedawno skończyłem czytać drugi tom "To Eliminate the Opiate" rabina Marvina Antlemana. Tym, którzy czytają mojego bloga od niedawna lub mają krótką pamięć przypomnę, że Antelman to ortodoksyjny rabin i badacz historii sabbateizmu, czyli okultystycznej herezji judaizmu, która pojawiła się w XVII w. a której odmianą był kwitnący w XVIII wieku w I RP frankizm. Sabatejczycy/frankiści uważali, że należy szukać "iskr bożych" w "ciemności" a wydobywać je m.in. porzucając tradycyjny judaizm, dokonując fałszywych konwersji na inne religie (chrześcijaństwo, islam) i angażując się w różne seksualne rytuały, włącznie z zamianą żon i pedofilią. Antelman pokazał w pierwszym tomie związki sabatejczyków z "haskalą" czyli żydowskim oświeceniem, powstaniem judaizmu reformowanego a także komunizmu. W drugim tomie podaje on wiele ciekawych informacji o Marksie i jego mentorze Mojżeszu Hessie, zajmuje się też okolicznościami Holokaustu jako "rytualnej, sabbatejskiej ofiary" i wieloma innymi ciekawymi wątkami. Wszystko to napisane jest oczywiście z punktu widzenia ortodoksyjnego, syjonistycznego rabina, więc autorowi nie można zarzucić ani grama antysemityzmu. (Jeśli już to hipersemityzm.) Zapewne do wspomnianych tematów z książki rabina Antlemana będę się jeszcze odwoływał na tym blogu, ale dzisiaj chcę się zająć wątkiem, który zainteresował mnie najbardziej: sufizmem.


Sufizm to mistyczny nurt islamu. Wyznawany zarówno przez prosty lud jak i przedstawicieli elit. Dużą popularnością cieszył się m.in. wśród Turków, Albańczyków i Czeczenów. Sufizm to m.in. poezja Rumiego i Wirujący Derwisze. Sufizm to islam ezoteryczny o specyficznie ekumenicznym obliczu. To element tego samego podziemnego nurtu, którego przejawem był też chrześcijański gnostycyzm i żydowska kabała. I jak wskazuje rabin Antelman miał on też bardzo wyraźne związki z sabateizmem. 


Hilel Levine, badacz, który odkrył dziennik Jakuba Franka, ustalił że 1757 r. Frank udał się na pięć dni do Bukaresztu, gdzie spotkał się z mistrzami sufijskiego zakonu derwiszów Bektaszi. Wrócił do Rzeczypospolitej dysponując znaczną ilością gotówki, więc wygląda na to, że Frank był finansowany przez bektaszytów. Bektashi zostali też wtajemniczeni przez Franka w plan konwersji frankistów na katolicyzm. Przypomnijmy, że Frank zaczerpnął wcześniej sabatejskie idee z Turcji. Tureckim Żydem był też Sabataj Cwi, założyciel sabateizmu, XVII-wieczny fałszywy mesjasz. Również główna idea sabatejczyków - odnajdywanie iskr bożych w ciemności - wywodzi się w prostej linii z sufizmu. Nosi ona u nich nazwę "dar tariki". Według sufich, to ciemność przynosi oświecenie. Stąd też podwójne znaczenie "Opowieści tysiąca i jednej nocy".




Sufizm wpływał na żydowski mistycyzm już na długo przed Sabatajem. Do tego stopnia, że sufi utrzymują, że to oni stworzyli kabalistyczną świętą księgę "Zohar". Została ona najprawdopodobniej napisana w XIII w. w Hiszpanii - kraju marranów.  Pod wpływem sufizmu znajdował się również Zakon Assasynów, z którymi bliskie relacje utrzymywali templariusze. Z nauk hiszpańskich sufich czerpali różokrzyżowcy, których symbol był kiedyś nazywany "Różą Bagdadu" i został stworzony przez Zakon Abdula-Kadira El-Jilaniego. Robert Graves, w przedmowie do książki Indries Shaha "The Sufis", napisał zaś, że Świątynia Salomona, do której odwołuje się w swojej mitologii masoneria, to wcale nie budowla biblijnego króla, ale Kopuła Skały na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie. Jej architektami byli sufi, z których jeden posługiwał się pseudonimem "Salomon". Zwróćcie uwagę, że Kopuła Skały to bardzo nietypowy meczet. Nie tylko dlatego, że nie posiada minaretów i dużej sali modlitewnej. Tam skała jest centrum kultu. Niektórzy żydowscy badacze twierdzą, że kalif Omar wybudował tę świątynię jako... synagogę. Graves twierdzi, że masoneria powstała jako sufickie tajne stowarzyszenie i dotarła do Anglii w czasie krucjat, wraz z templariuszami.

Sufizm jest ze swojej natury wiarą synkretyczną. Popularny na Bałkanach bektaszyzm ma w sobie elementy chrześcijaństwa, zaratustryzmu a nawet szamanizmu. Był religią tureckich janczarów. I dzisiaj mógłby uchodzić za dosyć liberalny islam. Bektaszyci mogą bowiem jeść wieprzowinę i pić alkohol. Nie ma też u nich tak ścisłej segregacji płciowej jak w tradycyjnym islamie. Wyznający bektaszyzm albański lud w Kosowie chrzcił swoje dzieci w cerkwiach. Wpływy tego synkretyzmu widać tam do dzisiaj. Po obaleniu komunizmu w Albanii, muzułmanie często użyczali swych świątyń chrześcijanom a chrześcijanie muzułmanom. (Podczas mojej wyprawy do Albanii, jeden miejscowy dziadzio stwierdził w rozmowie ze mną, że "Wszystkie religie to autostrady prowadzące do jednego Boga".) Sufi może zewnętrznie być muzułmaninem, judaistą, katolikiem czy komunistą. Wewnątrz pozostanie sufim.


Związki z sufizmem ma też bahaizm, czyli powstała w XIX wieku w Persji synkretyczna religia stawiająca sobie za cel zjednoczenie ludzkości. Gdy w 1918 r. gen. Allenby wkroczył do Hajfy, wysłał królowi brytyjskiemu następujący telegram: "Wziąłem dzisiaj Palestynę. Powiadomcie świat, że Abdul-Bal. jest bezpieczny". Wspomniany przez niego Abdul-Baha (nie wiedzieć czemu nazywany przez generała Allenby'ego "Balem"!) to ówczesny przywódca bahaizmu. Został on kilka lat później uszlachcony przez Brytyjczyków. Bahajowie obecnie mocno współpracują z ONZ i uznają Nowy Jork za "Miasto Przymierza".


W nowojorskiej siedzibie ONZ znajduje się Pokój Medytacji, na środku którego znajduje się wielki czarny monolit. Inicjatorem powstania tego pokoju był sekretarz generalny ONZ Dag Hammarskjold, który w swoich pracach cytował sufich i był religijnym synkretystą. Ten monolit niektórym przypomina "Odyseę Kosmiczną 2001", innym natomiast Kaabę w Mekce i czczony w niej kosmiczny kamień. Czarny kolor najświętszego miejsca islamu jest często podkreślany przez sufich jako ilustracja doktryny oświecenia poprzez ciemność. Takie same symboliczne znaczenie mogą mieć też czarne, wojenne flagi Proroka Mahometa czy Państwa Islamskiego.


Sufim był iracki marszałek Ibrahim Izzat-Douri (sobowtór marszałka Montgomery'ego), który przez 17 lat skutecznie ukrywał się przed Amerykanami, Irańczykami oraz ich irackimi marionetkami, dowodząc "ruchem oporu" socjalistycznych zwolenników Saddama. Al-Douri wraz ze swoimi kumplami z armii i bezpieki był też jednym z prawdziwych twórców Państwa Islamskiego.


Zadziwiająco bliskie związki z sufizmem posiadają też afgańscy talibowie. Muła Omar, ich długoletni przywódca, wywodził się z sufijskiej rodziny i był wykształcony przez sufich. Omar, podobnie jak al-Douri, przez kilkanaście lat skutecznie ukrywał się przed Amerykanami, mieszkając pod okiem życia w pobliżu amerykańskiej bazy. Wtajemniczeni są bowiem nietykalni i umierają śmiercią naturalną. 



Sufim jest również turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan. Jak czytamy: "W marcu 2015 r. turecki Zarząd Spraw Religijnych pozbawił stanowiska prominentnego imama z Izmiru, dlatego, że w mediach społecznościowych skrytykował on to, że Erdogan i jego zwolennicy często używają religijnej terminologii opisując swoje dokonania polityczne. Działacze rządzącej partii AKP używają nawet wobec prezydenta określeń zarezerwowanych w sunnickim islamie tylko dla Allaha i Proroka Mahometa. Na jednym z wieców witano Erdogana okrzykami „Witaj, o Posłańcu Boga!”. Fevai Arslan, deputowany AKP, stwierdził, że prezydent posiada „wszystkie atrybuty Allaha”. Wiceminister zdrowia Agah Kafkas powiedział z kolei, że „to co robi Erdogan jest sunną”, czyli prawem, według którego powinni żyć muzułmanie. (...) W jednym ze swoich przemówień uhonorował on XIII-wiecznego perskiego poetę i mistyka Rumiego, twierdząc, że bez niego turecki naród prawdopodobnie by dzisiaj nie istniał. Wymienił go jednym tchem obok „pogromcy Franków” Saladyna oraz Ap Arslana, wodza która zmiażdżył w 1071 r. bizantyńską armię w bitwie pod Manzikertem, wziął do niewoli cesarza Romanosa Diogenesa i zdobył dla Turków Anatolię. Co czyni Rumiego aż tak wyjątkowym? Był on czołowym przedstawicielem sufizmu – ezoterycznego nurtu islamu.(...) . Erdogan dobrze zna mistyczne teksty Rumiego. – Dzieło może przetrwać ponad siedem stuleci, tylko jeśli zostało napisane miłością – w ten sposób turecki przywódca sławił „Masnavi”, traktat w którym Rumi dużo uwagi poświęcił szukaniu boskości w człowieku. W przemówieniu poświeconym temu sufickiemu mistykowi, przywołał również postać Chodży Ahmeda Yassawiego, sufickiego poety z XII w. Zarówno jego jak i Rumiego określił jako „wierzących”, co wskazuje, że nie uważa ich poglądów religijnych za heretyckie. Czyżby sam był sufim? Może na to wskazywać pewien incydent sprzed kilku lat. Gdy na partyjnym wiecu zemdlała kobieta, Erdogan poprosił, by ją przynieśli na noszach na scenę. Dotknął jej rąk i zaczął niczym tańczący suficcy derwisze rytmicznie podśpiewywać „Allah, Allah, Allahu Akbar”. Kobieta podniosła się z noszów, a co bardziej fanatyczni zwolennicy zaczęli postrzegać Erdogana jako mistycznego uzdrowiciela. Sufickie inspiracje są również widoczne u współpracowników Erdogana. Yalcin Akdogan, wicepremier odpowiedzialny m.in. za kwestię kurdyjską, wśród książek, które najmocniej zainspirowały go intelektualnie na pierwszym miejscu wymienia dzieła zainspirowanego sufizmem francuskiego tradycjonalisty-okultysty Rene Guenona (popularne wśród europejskich kręgów radykalnej prawicy) a na drugim współczesnego sufickiego filozofa Hosseina Nasra."



Powyżej: Erdogan z Lindsey Lohan. Zwróćcie uwagę jak Lindsey jest podekscytowana możliwością spotkania z tureckim prezydentem.



Powyżej: Elon Musk z Erdoganem. Turcja ogłosiła niedawno swój program kosmiczny. Zareklamowała go umieszczając monolit w Gobekli Tepe.

Dlaczego o tym piszę? Choćby dlatego, że geopolityka to nauka już przestarzała. Państwa to golemy służące różnym sitwom. A historia ma swój podziemny nurt. I bez tego nurtu jej nie zrozumiemy. Pomyślmy choćby o tym jak ciekawie zazębiała się działalność sufich, sabatejczyków (z sekty Donmeh, z której wywodził się Attaturk) i naszej prometejskiej konspiracji w Turcji w XIX w. i na początku XX w. To Polacy budowali wówczas nowoczesną, "masońską" Turcję z myślą o konfrontacji z Rosją. Pomyślmy dlaczego Lenin tak łatwo dogadał się z Attaturkiem i na złość ormiańskim towarzyszom oddał Turcji Ararat. Albo o tym, dlaczego założyciel Towarzystwa Thule, po długim pobycie w Turcji przyjął nazwisko von Sebbotendorf, co da się przetłumaczyć jako "wioska sabatejczyków". Te dziwne powiązania mają też znaczenie współczesne. Stąd się bierze np. siła Erdogana - to, że mógł zdusić tureckie Głębokie Państwo i na jego miejsce zbudować swoje, pokonać zamach stanu i pogrywać sobie z USA, Rosją oraz Izraelem. I czemu hollywoodzkie aktoreczki takie jak Lindsey Lohan widzą w nim autorytet duchowy?

Drugą przyczyną, dla której oświetlam Wam te tajemnice, jest to, że na swojej drodze wielokrotnie już natykałem się na temat sufich. Zwykle w zadziwiający sposób. Czy to w Pakistanie, czy to w Albanii, czy to w Armenii... To, coś co mi się ciągle przypomina. Ze znajomym ezoterykiem zwiedzałem w 2019 roku Muzeum Rzezi Ormian w Erywaniu. Dla niego było to ciężkie przeżycie. Twierdził, że był reinkarnacją Komitasa - ormiańskiego księdza-etnologa-muzykologa, ocalonego z rzezi. Opisywał scenę z więzienia - zabójstwo ciężarnej kobiety i jej dziecka przez tureckiego kata. Mówił, że czuje zawroty głowy w tym miejscu. Gdy podeszliśmy do planszy przedstawiającej członków Komitetu Młodotureckiego, również mi się zaczęło kręcić w głowie. Uśmiechnąłem się. Poczułem się jakbym tych ludzi znał. Później spytałem kolegę, półżartem-półserio, czy może dwie reinkarnacje temu nie byłem młodoturkiem. Natychmiast odparł, że byłem "żydowskim konspiratorem wśród nich". Nie wiedział nic wcześniej o sabatajczykach, Donmeh czy pochodzeniu Attaturka. Sabatejczycy i kabaliści wierzyli w reinkarnację. Podobnie jak część sufich. Ja nie twierdzę, że wierzę - to co nazywamy wspomnieniami z innych wcieleń może być po prostu przebłyskami z jakiegoś centralnego rejestru wspomnień ludzkości (zapisanego w "chmurze" :). Ale do Turcji mam dziwną sympatię, która irytuje wielu kolegów z prawicy. Dobrze się tam czuję i jakoś nigdy mnie tam nie biorą za przyjezdnego. :)

sobota, 6 lutego 2021

Opowieść o dwóch wirusach

 


"Został tylko anal" - mówił transparent figlarnej uczestniczki Strajku K...

Miłościwie nam panująca Komunistyczna Partia Chin już wprowadziła to hasło w życie - za pomocą analnych testów na chińskiego komunawirusa.  Chińskie media chwalą już je jako "bardziej dokładne" a poddani im Chińczycy chodzą jak pingwiny. No cóż, w Chiny to nie Polska rządzona przez straszliwy socjalistyczny reżim tłamszący wolność. Spróbuj w Chinach zastosować "góralskie weto" a włożą ci w dupala test na Covid wielkości towarzysza Mao. No, ale to w Chinach panuje ponoć prawdziwa wolność i nie ma tam żadnego NWO.

Oczywiście, jak wszyscy wiemy, ChRL doskonale poradziła sobie z pandemią. A mimo to w ostatnich tygodniach wprowadzała drakońskie lokalne lockdowny w wielu miastach, zabraniając mieszkańcom nawet wychodzić do sklepów po jedzenie.  Władze wydały też wytyczne, by unikać podróży w Nowy Rok Księżycowy. Licznik zachorowań i zgonów na Covid-19 ledwo tam zaś drgnął. O co więc chodzi w tej szopce? Jest w Chinach Covid czy go nie ma?


Dr Michael Yeadon, spędził 30 lat w koncernie Pfizer prowadząc badania nad nowymi lekami. Gdy w 2011 r. z niego odchodził, zajmował stanowisko wicedyrektora i głównego naukowca ds. alergii oraz chorób układu oddechowego. Obecnie twierdzi on, że liczba infekcji na Covid-19 została bardzo mocno zawyżona przez testy PCR. Zbyt często wykrywają one przeciwciała powstałe po infekcjach innymi wirusami.  W omówieniach jego wypowiedzi znajdowałem nawet twierdzenia, że 90 proc. testów może dawać fałszywe wyniki - ale nie udało mi się znaleźć tych słów w źródłach. Być może to były błędne cytowania. Znalazłem jednak artykuł w "New York Timesie", w którym znalazła się wzmianka, że 90 proc. osób w Massachusets, Nowym Jorku i  Nevadzie, u których test wykazał pozytywny wynik, nie wykryto później żadnych śladów wirusa. (Dla tych, którzy nie przebiją się przez paywalla omówienie tego artykułu jest tutaj.) Testy są po prostu źle skalibrowane. W listopadzie portugalski sąd wydał wyrok mówiący, że test PCR nie jest wiarygodną podstawą do kwarantanny. O tym, że wiarygodność testów PCR jest co najmniej wątpliwa wspomniała również... WHO. No cóż, jeden z austriackich parlamentarzystów przeprowadził test na Covid-19 na szklance Coca-Coli i otrzymał wynik pozytywny.

To, że testy są wadliwe wyjaśnia wiele anomalii związanych z pandemią. Choćby to, czemu infekcje wykrywano u marynarzy, którzy przebywali na okrętach, które od wielu tygodni nie zawijały do portów. Lub dlaczego zwykła grypa niemal zniknęła w Wielkiej Brytanii i w USA. Lub zagadkę osób, które przechodziły zakażenie bezobjawowo lub z bardzo łagodnymi objawami.

Czy to oznacza jednak, że żadnego Covida nie ma? Tego nie twierdzę. Uważam jednak, że rozprzestrzenia się on dużo słabiej niż mówią oficjalne dane, ale jest przy tym bardziej zabójczy, niż mówią oficjalne statystyki. Załóżmy, że 90 proc. testów PCR rzeczywiście daje lipne wyniki. Wówczas zakażonych Wirusem Wuhan byłoby w Polsce nie 1,5 mln ludzi, ale 150 tys. To przypadki mniej lub bardziej objawowe - z których część trafiła pod respiratory. Ich choroba była jak najbardziej realna. Jaką więc Covid miałby u nas śmiertelność? Oficjalne dane mówią o 39 tys. zmarłych od początku pandemii. Oczywiście część z tych osób mogło umrzeć na choroby współistniejące, ale w bardzo wielu przypadkach te schorzenia (rak, cukrzyca, choroby serca) nie stanowiły natychmiastowego zagrożenia dla życia. Część zgonów na Covid mogła też umknąć statystykom. Przyjmijmy więc, że wirus skrócił życie 30 tys. Polaków. To daje śmiertelność wynoszącą 20 procent. 

Pobawcie się oficjalnymi danymi z innych krajów. W większości z nich, przy takim zabiegu otrzymacie śmiertelność wynoszącą od 15 proc. do 30 proc. 

Wirus SARS, którego modyfikacją jest Covid-19, ma śmiertelność wynoszącą  11 proc. Przypominam, że SARS został po raz pierwszy wykryty w Chinach. Pokrewny mu wirus MERS, który pojawił się na Bliskim Wschodzie, w 2012 r. ma śmiertelność wynoszącą aż 35 proc. Covid-19 - bardzo podobny do obu z nich - ma moim zdaniem śmiertelność wynoszącą 20 proc. I rozprzestrzenia się podobnie jak one. W podobnie ograniczonych ogniskach. Tyle, że z powodu źle skalibrowanych testów (przez kogo źle skalibrowanych?) zwalczamy go w fatalny sposób. Chiny zwalczają w drakoński sposób jego lokalne ogniska. I nie dzielą się wynikami testów. W Europie słyszymy za to, że trzeba testować, testować i jeszcze raz testować. A im więcej testów robimy, tym więcej fałszywych wyników pozytywnych i więcej prognoz mówiących, że jeśli nie wprowadzi się ogólnonarodowych lockdownów, to zaraz się zapcha służba zdrowia. W ten sposób nigdy nie wygramy z pandemią.

***

"Paint the White House black" - proroczo śpiewał George Clinton. (A w jego video Dr Dre dzwonił do Hillary.) No cóż, Biały Dom jest znów czarny. W znaczeniu, że jest zaciemniany w nocy.  


Internetowi konspirolodzy zastanawiają się więc, czy Joe Biden w ogóle tam mieszka. Na zdjęciach z Gabinetu Owalnego, z pierwszego dnia po inauguracji, widać bowiem w oknie anomalię - ciężarówkę stojącą, w miejscu gdzie nie powinna. Gdzieś też zniknęły drzewa sprzed okna. Czyżby usterka blue boxa? Wiceprezydent Kamala Harris nie wprowadziła się zaś jeszcze do swojej oficjalnej rezydencji.



No cóż, żyjemy w epoce postprawdy. Kongreswoman Alexandria Ocasio-Cortez z przejęciem opowiadała jak omal nie zginęła podczas szturmu QAnonowców na Kapitol. Okazało się, że w tym czasie była w zupełnie innym budynku a szturm oglądała jedynie w telewizji. Porównują już ją z Jussie Smolletem a ona wzywa, by masowo cenzurować, tych którzy ją teraz obśmiewają.

Pamiętacie jeszcze QAnonShamana? Okazuje się, że koleś był weteranem US Navy. Oficjalnie jego kariera się tam skończyła, bo odmówił przyjęcia szczepionki przeciwko wąglikowi. Oficjalnie. Ciekawe, że QAnonShaman mówił o tym, że US Navy posiada technologię antygrawitacyjną i patenty na darmową energię. Oczywiście wszyscy biorą go za świra, więc może mówić takie rzeczy swobodnie.

A brat generała Michaela Flynna - gen. Charles Flynn został mianowany dowódcą armii USA w regionie Pacyfiku. Jeśli czytaliście "Wszystkich ludzi generała" Michaela Hastingsa, to wiecie, że ci bracia są ze sobą bardzo związani. Co ciekawe, gen. Charles Flynn brał udział w telekonferencji pomiędzy oficjelami z Pentagonu a dowódcami policji Kapitolu w dniu szturmu na Kapitol. Obaj służyli pod dowództwem gen. Stanleya McChrystala w Afganistanie. McChrystal wyleciał ze stanowiska, po tym jak Hastings przytoczył w swoich artykułach jego wypowiedzi o Bidenie. M.in. tą w której McChrystal nazywa Bidena "bidetem". Żeby było dziwniej generał McChrystal w 2020 r. poparł w kampanii wyborczej Bidena.  A Michael Hastings zginął w dziwnym wypadku samochodowym.

***

A jeden z bohaterów naszych czasów licealnych - Marylin Manson - ma poważny problem. Lasencja z "Westworld" oskarża go o znęcanie się i gwałty. I dziesięć innych kobiet też. A jeden trans-stylista twierdzi, że Manson przyłożył mu pistolet do głowy i powiedział, że "nienawidzi pedałów". Evan Rachel Wood twierdzi też Marylin Manson jest antysemitą. Wyzywał ją od "Żydówek" i twierdził, że lepiej jest, że jej matka przeszła na judaizm, niż gdyby miała prawdziwą żydowską krew. No cóż, wkrótce okaże się, że Marylin Manson to w sumie alt-rightowiec. Regresywna lewica go wytnie, ale stanie się bohaterem antysystemowców. Będący w krucjatowym nastroju (piszący, że USA powinny być państwem chrześcijańskim) Milo Yiannopoulos pisze, że "wierzy Marylinowi Mansonowi". Jak się to koło historii zabawnie obraca. A pamiętam jak 20 lat temu w TVN Kura Jackowska broniła Marylina Mansona przed Janem Pospieszalskim...

sobota, 30 stycznia 2021

Tajemnice Września '39 - ciekawy wykład

 

 

 Naprawdę nie wiem, kim jest osoba wygłaszająca powyższy wykład poświęcony tajemnicom Września 1939 roku. Ale jeśli jeszcze go nie obejrzeliście, to naprawdę warto. Nie ma dłużyzn, od czasu do czasu są drobne złośliwości. Ogólnie oranie wersji promowanej przez niemiecką ambasadę i kilku polskojęzycznych publicystów historycznych. 

Dzisiaj naprawdę nie chciało mi się rozpisywać a wiele osób mówi, że powinienem nagrywać podcasty. Więc sprawdzimy, czy taki podcast zdołacie wytrzymać...
 

sobota, 23 stycznia 2021

Najpopularniejszy prezydent w historii

 


Nie wiem, czy oglądaliście rozpoczęcie Igrzysk Śmierci zaprzysiężenie najpopularniejszego prezydenta w historii - Joe Bidena. Jeśli oglądaliście, to pewnie zauważyliście, że żaden kadr nie pokazał tego, co było przed Kapitolem, ani nawet bezpośredniego otoczenia miejsca zaprzysiężenia. Najpopularniejszy prezydent w historii, który ponoć dostał 81 mln głosów, przemawiał do szerokiej alei, którą wypełniono flagami.  Na ulicach Waszyngtonu można było czasem znaleźć grupki świętujących zwolenników, ale ogólnie miasto było dosyć wyludnione. 


25 tys. żołnierzy Gwardii Narodowej było w sumie największym tłumem, do którego Biden przemawiał w ostatnich latach. Żołnierze ci czasem nie okazywali szacunku najpopularniejszemu prezydentowi. I trudno się dziwić, bo po inauguracji potraktowano ich jak psy każąc spać na parkingu.  (Trump zaprosił tych żołnierzy do swojego hotelu w Waszyngtonie.) Wielkim paradoksem było to, że przegranego Trumpa witało więcej osób na Florydzie, niż Bidena na inauguracji. 




Prawdopodobnie jedyną rzeczą, jaką wielu ludzi zapamiętało z tej ceremonii, był śmiesznie wyglądający senator Bernie Sanders, który już stał się inspiracją niezliczonej ilości memów.



Najpopularniejszy prezydent w historii zaczyna rządy z mniejszym poparciem sondażowym niż miał Trump czy Obama.  Z 6 mln osób obserwujących jego oficjalne konto na Twitterze i z żałośnie małą oglądalnością filmów publikowanych przez Biały Dom w mediach społecznościowych. Filmy te toną w dislike'ach - a YouTube część tych dislike'ów usuwa. Wzmożeniu ulega więc propaganda w mediach mainstreamowych. Peany CNN na cześć "najpopularniejszego prezydenta" są jednak szeroko wyśmiewane. Media wzywają więc do stworzenia "nowej definicji wolności słowa".  Część lewicowców wzywa do stworzenia tajnej policji szpiegującej zwolenników Trumpa. John Brennan, były szef CIA - w młodości komunista - nawołujne do czystek przeciwko "rasistom, bigotom, faszystom, ekstremistom religijnym a nawet libertarianom".  Jen Psaki mówi, że służby będą działały wspólnie z lewicowymi NGOsami w celu "oceny zagrożeń wewnętrznych".  Nowego prokuratora generalnego ręce świeżbią, by konfiskować broń Amerykanom. Nawet taki uczciwy lewicowiec jak Glen Greenwald zauważa, że mamy do czynienia z początkiem wojny z "wrogami wewnętrznymi". 

Progresywiści mówią, że ich celem jest przemiana całych USA w Kalifornię. Czyli w miejsce, gdzie rządzą korporacje technologiczne, programiści pracujący w tych korporacjach śpią w samochodach, bo nie stać ich na wynajęcie mieszkania, nielegalni imigranci pracują za śmiesznie niskie stawki, a poza tym po ulicach panoszy się mnóstwo bezdomnych i narkomanów. Oczywiście wszystko to ma być okraszone właściwą ideologią. W sumie nie mam nic przeciwko temu, że Biden podpisał rozporządzenie pozwalające transom na udział w kobiecym sporcie - kobiety chciały równouprawnienia to jej wreszcie mają - ale mógł sobie znaleźć jakiegoś ładniejszego transa na stanowisko zastępcy sekretarza zdrowia. A tak wykazał się bezguściem nominując monstrualnie brzydkiego transgendera, który w Pennsylwanii wysyłał do domów starców pacjentów zarażonych covidem (wcześniej wyciągnął z domu starców swoją matkę, więc wiedział, że skazuje resztę staruszków na śmierć.)



Nie popadajmy jednak w czarnowidztwo, bo niektórzy się cieszą ze zmiany władzy w Waszyngtonie. Ot np. Hunter Biden zrobił w noc po inauguracji wielką imprę w klubie "dla gentelmenów" (doceńmy to, że nie dał się omotać lobby LGBTQP+ i gustuje w heteroseksualnych rozrywkach). Cieszą się też Chińczycy, mówiąc o zwycięstwie "miłych aniołów" i wyrażając nadzieję na reset z Waszyngtonem. Przecież w ten reset mocno zainwestowali. Instytut Bidena na Uniwersytecie Delaware, którym kierował Anthony Blinken - czyli nominat na sekretarza stanu - dostał przecież 22 mln USD od anonimowych chińskich darczyńców.   William Burns, były ambasador w Moskwie, który został nominowany na nowego szefa CIA, w czasach, gdy był przewodniczącym Fundacji Carnegiego współpracował z chińskimi komunistycznymi organizacjami. Sinosceptycy zastanawiają się już kim jest tajemniczy chiński "ochroniarz/doradca", który towarzyszy Bidenowi w różnych miejscach. Może się jednak okazać, że Biden i jego ludzie nie odwzajemnią przysług wyświadczonych im przez Pekin. Blinken deklaruje już bowiem, że polityka administracji Trumpa wobec Chin była w dużym stopniu właściwa.  A pamiętacie chyba co się stało po tym jak Hillary nie do końca odwzajemniła przysługi rosyjskich oligarchów?

Oczywiście trzeba zadać pytanie: na ile decyzje Bidena są jego decyzjami? To przecież prezydent z wielu powodów sterowalny. Czasem nawet dosłownie sterowalny. Na jednym z filmów z ostatnich dni, Biden przechodzi obok warty marines i mamrocze "Zasalutuj marines" - nie salutując. Prawdopodobnie ktoś mu to podpowiedział przez słuchawkę w uchu a dziadzio źle to zrozumiał. Co bardziej hardkorowi spiskologowie podejrzewając już nawet, że Joe Biden jest sterowany za pomocą nanotechnologii. Pamiętacie coś takiego jako "morgellons"? Od ponad dekady pojawiają się doniesienia o ludziach cierpiących na tę tajemniczą chorobę. Pod skórą ruszają im się jakieś obce ciała - włókna, które pod mikroskopem okazują się metaliczne i samoreplikujące. Gdy więc na filmach z debaty z Trumpem zauważono dziwne "druty" na przegubie ręki Bidena, niektórzy to sobie z tym skojarzyli... Oczywiście to pewnie tylko jakaś głupia teoria spiskowa w stylu "Bush did 911" czy "Epstein nie zabił się sam".

Donald Trump powiedział w swoim przemówieniu pożegnalnym: "Wrócimy, w tej lub w innej formie". Roger Stone mówi, że to nie koniec obecności byłego prezydenta w polityce,  Oczywiście Oni nie pozwolą Trumpowi wrócić. Powodem dla, którego Trump nie ułaskawił Assange'a były groźby Mitcha McConnella, że republikanie w Senacie poprą skazanie Trumpa, jeśli dokona on takiego ułaskawienia. Nawet jeśli były prezydent uniknie skazania pod jakimiś absurdalnymi zarzutami, to będą niszczyć go finansowo. A jak w 2024 r. wystartuje w prawyborach, to go tam udupią za pomocą oszustw wyborczych - tak jak demokraci Berniego Sandersa. Poza tym w 2024 r. Donald będzie miał 78 lat - tyle, co obecnie Joe Biden i tyle, co miał w zeszłym roku Bernie Sanders :) Bardziej prawdopodobne będzie więc wystawienie innego członka rodziny. Myślę, że Don Jr. miałby większe szanse niż Ivanka.



Oczywiście Trump nie nadawał się do pełnienia stanowiska prezydenta. Był zbyt miękki i dobroduszny. Hasło "oczyszczenia Bagna" było u niego głównie propagandą. Oczywiście Głębokie Państwo na poważnie się przestraszyło samej retoryki i ograniczonych zmian wprowadzanych przez Trumpa. Ale podobnie jak nie sprawdziłby się Trump, poległby również klasyczny konserwatysta, wolnorynkowiec czy libertarianin. By osuszyć "Bagno" Amerykanie potrzebują własnej wersji Erdogana. Kolesia, który zorganizuje zdradzieckim generałom prowokację w stylu Ergenekonu, a później wykończy inną frakcję tak jak gulenistów. W USA mają karę śmierci - represje mogłyby więc przyćmić te tureckie. Oczywiście do oczyszczania wielkich miast potrzebny byłby jakiś amerykański Duterte. Śmiałbym się gdyby kimś takim okazał się "Zodiac Killer" Ted Cruz :)

***

Jestem na Gabie, jestem na MeWe, jestem na Minds.

sobota, 16 stycznia 2021

Różne poziomy amerykańskiego puczu




Ilustracja muzyczna: Hans Zimmer & Junkie XL - Red Capes Are Coming

Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że w USA doszło do wojskowego zamachu stanu. Kapitol został odgrodzony wysokim płotem z drutem kolczastym, zamknięto praktycznie całe centrum Waszyngtonu a na miejscu jest 20 tys. żołnierzy Gwardii Narodowej. To cztery razy więcej amerykańskich wojskowych niż jest w Iraku i Afganistanie. Ci żołnierze śpią w budynku Kapitolu. I to wszystko na inaugurację kolesia, który ponoć zdobył w wyborach prezydenckich rekordowe 81 mln głosów i ponoć jest kochany przez Amerykanów (a zwłaszcza przez małe dziewczynki).





Co prawda niektórzy prominentni zwolennicy Trumpa namawiają go, by wdrożył "Insurection Act" i wykorzystał wojsko zgromadzone na Kapitolu do masowych aresztowań, ale Trump wie, że taki rozkaz nie zostałby pewnie wykonany przez generałów. Generałowie przez tydzień milczeli w sprawie zamieszek na Kapitolu, po czym wydali oświadczenie potępiające zamieszki. Być może to, że w tłumie demonstrantów pod Kapitolem była oficer ds. wojny psychologicznej z Fort Bragg, to czysty przypadek. (Wiadomo wszak, że wielu wojskowych i policjantów popiera Trumpa - i brali oni też udział w "szturmie" na Kapitol. Cześć policjantów-demonstrantów weszła do budynku po prostu pokazując odznaki. Tymczasem jeden z policjantów z Kapitolu popełnił kilka dni temu "samobójstwo".) A kto wcześniej wyhodował sektę QAnnon? Czasem nie wojskowi specjaliści od wojny psychologicznej? Zwolennicy QAnnona sami przecież twierdza, że Q "ma dostęp do dokumentów z najwyższą klauzulą tajności w wywiadzie wojskowym".



Pisałem o dużym prawdopodobieństwie udziału prowokatorów w tym "mini pożarze Reischstagu". Jednego z nich już aresztowano - działacza BLM Johna Sullivana, który brał udział w "szturmie" razem z fotoreporterką CNN Jade Sacker. Pojawiły się doniesienia, że jest on adoptowanym synem generała Sił Powietrznych Kevina Sullivana. Gen. Sullivan brał udział w dziwacznym incydencie z 2008 r. z "pomyłkowym" wysłaniem zapalników do bomb nuklearnych na Tajwan. 

Coś mi się wydaje, że generałowie grają w swoją grę. I Biden, Harris i Pelosi nie mogą być pewni ich wierności. Tak jak nie mógł być tego pewny Trump.



Biden obejmuje władzę postrzegany przez połowę narodu jako oszust, który sfałszował wybory. Naprawdę niewiele trzeba, by legitymacja władz w Waszyngtonie sięgnęła dna. Ot Nancy Pelosi grozi, że kongresmeni i senatorzy, którzy pomagali uczestnikom "szturmu" na Kapitol zostaną ukarani. Nie potrafi wskazać ani jednego nazwiska takiego pomocnika. Pelosi mianowała "menedżerem impeachmentu" kongresmena Swalwella, który sypiał z chińskim szpiegem i brał od niej pieniądze. ("Bang bang with Fang Fang".) Mitch McConnell, choć rodzinnie i biznesowo jest powiązany z komunistycznymi Chinami, to jednak już sabotuje nową administrację. Senat nie przeprowadził żadnego przesłuchania kandydatów do pracy w ekipie Bidena. Nigdy wcześniej coś podobnego się nie zdarzyło. John Weaver, jeden z założycieli Lincoln Project, czyli grupy antytrumpowskich republikanów, okazał się być kolesiem płacącym nastoletnim chłopcom za seks.  Brudy z Waszyngtonu wypływają na wierzch. Albo ktoś im pomaga w wypływaniu w ramach wojskowej operacji psychologicznej.

"Big Tech" sporo natomiast robi, by zradykalizować Amerykanów. Jack Dorsey, prezes Twittera, stwierdził, że usunięcie konta Trumpa było  "niebezpiecznym precedensem". Skoro to mu się nie podoba, to czemu tego nie cofnie? Kto do cholery rządzi jego spółką? Na zamkniętym spotkaniu z pracownikami mówi natomiast, że po prezydenckiej inauguracji będzie na Twitterze ogromna czystka. O tym co się działo w ostatnim tygodniu w necie - wyrzuceniu Parlera z serwerów, eksodusie z Twittera i Facebook na Gaba i Telegram - nie muszę już chyba pisać. Po raz kolejny zwrócę jedynie na ogromną hipokryzję Big Tech. Parler został wyrzucony z serwerów, bo znalazły się tam posty nawołujące do przemocy. Nie wspomina się jednak, że Parler pomógł FBI namierzyć jednego z uczestników zamieszek na Kapitolu. Gdyby standardy zastosowane wobec Parlera zastosować wobec Facebooka i Twittera, to też powinny one wylecieć z netu. To przecież głównie na Facebooku planowano protesty w Waszyngtonie. Pamiętamy też jak Facebook, Twitter etc. tolerowały działalność nie tylko BLM, Antify czy Strajku K..., ale też islamskich fundamentalistów czy miłośników Duporosji. Jak irańscy oficjele zamieszczają na Twitterze wezwania do dżihadu i przeprowadzania zamachów terrorystycznych, to Twitter tego jakoś nie cenzuruje. Facebook Messenger jest jednym z centrów działalności wirtualnych siatek pedofilskich, Twitter pozwala znanej cosplayerce/skandalistce Belle Delphine na zamieszczanie fotek z sesji zdjęciowej nawiązującej do gwałtu na nieletniej, a Amazon oferuje pedofilom "anatomicznie poprawne" seks-lalki dzieci. 



Oczywiście tych gigantów technologicznych nikt się nie czepia, bo budują oni system kontroli społecznej. Zapewne w nadchodzących latach będzie na Zachodzie wdrażany podobny mechanizm jak chiński system kredytu społecznego. W Chinach napiszesz coś w necie, co się nie spodoba cenzorom - masz zablokowaną np. możliwość kupienia biletu na pociąg. Jesteś dobrym towarzyszem - przyspieszają ci internet, czy dają preferencyjną pożyczkę. Konwergencja pomiędzy Zachodem i Chinami już do pewnego stopnia zaszła. Przekonał się o tym np. gwiazdor baseballu Curt Schilling, któremu AIG zlikwidowała konto ubezpieczeniowe, bo nie spodobało jej się, to co on pisał w necie.  A pomyślcie, co może być w przyszłości. Pamiętacie wizję Światowego Forum Ekonomicznego mówiącą, że w 2030 r., "nie będziecie nic posiadać i będziecie szczęśliwi"? Mamy żyć w świecie, w którym mieszkania, samochody i wszystko, co potrzebne będzie nam udostępniane za pomocą najmu lub "za darmo". Dzisiaj najwyżej odetną Was od Facebooka czy Twittera. W przyszłości może tak być, że nie będziecie mogli skorzystać z samochodu z carsharingu czy z transportu publicznego (a własnego samochodu mieć nie będziecie, bo samochody spalinowe będą zakazane a elektryczne zbyt drogie) a z komunalnego mieszkania zostaniecie eksmitowani, bo ktoś uzna, że nie śmieszył go mem który zamieściliście w necie. Być może inteligentny telewizor nie będzie chciał odtwarzać filmów, które uznane zostaną za niepoprawne a inteligentna lodówka uzna, że przekroczyliście już dzienną dawkę mięsa zalecaną przez WEF (14 gramów dziennie) i się nie otworzy. 

Podejrzewam, że w Europie Zachodniej totalitarne zidiocenie pójdzie jeszcze dalej niż w USA. Niemcy nigdy nas przecież nie zawiodą i będą chcieli przodować we wdrażaniu wszelkich nowinek. Ostatnio sięgnęli po pomysł umieszczania ludzi łamiących przepisy covidowe w "specjalnych obozach". Raz Niemiec, zawsze Niemiec. Tradycja zobowiązuje. A taki Zychowicz rozsiewa odgrzewaną propagandę dla mieszkańców GG, o tym w jakim dobrobycie i porządku będą żyć pod skrzydłami Niezwyciężonej Rzeszy. Przekonuje, że alternatywą jest tylko "Wschodnia Barbaria" i rosyjska (naziści napisaliby w 1943 r. "ż*dobolszewicka") niewola. I to najszczersza prawda. Bo Studnicki 80 lat temu tak pisał. :)  Różni duponarodowcy i putiniści-hujliści mają mnie za skrajnego rusofoba, ale ostatnio myślę, że za 10 lat jakość życia w Rosji czy w erdoganowskiej Turcji może być lepsza niż w Niemczech. Niemcy po prostu po raz kolejny zrobią ze swojego kraju żywego trupa.

No chyba, że ktoś na innym poziomie spisku będzie miał wizję inną niż ci na szczycie i doprowadzi do przesilenia...

Apropos przesileń. Czytałem w australijskim "Nexusie" artykuł indyjskiego eksperta poświęcony Kali Yudze. Okazuje się, że hinduskie ery, czyli yugi, trwają o wiele krócej, niż to się powszechnie przyjęło. Koleś dobrze to udokumentował na podstawie dawnych przekazów. I z jego wyliczeń wyszło, że Kali Yuga kończy się w ... 2025 roku. Później będzie okres przejściowy liczący jakieś 300 lat. Ale cały czas będziemy mieć do czynienia ze stopniową poprawą. 

***
A tymczasem papież Franciszek rozpłynął się w powietrzu. Papieski hologram? Błąd w symulacji? Klątwa księdza Natanka? Czy też spełnienie czarnych wizji pastora Chojeckiego?

sobota, 9 stycznia 2021

Amerykańska insurekcja?

 


Ilustracja muzyczna: Megadeath - Symphony of Destruction (zwróćcie uwagę na podobieństwo "złego polityka" z tego video do Joe Bidena)


Pamiętacie jak w 2019 r. demonstranci wtargnęli do siedziby Legislatywy w Hongkongu, zajęli ją na parę godzin, podmienili godło i trochę posprejowali po ścianach? Ci dzielni ludzie protestowali w ten sposób przeciwko skorumpowanej, zdradzieckiej władzy, która ograniczała im wolności obywatelskie i oddawała Hongkong komunistom z Pekinu. Nancy Pelosi mówiła wówczas, że ich protesty to "piękny widok". Gdy w Waszyngtonie grupa demonstrantów wdarła się na Kapitol protestując przeciwko skorumpowanej władzy (która w ich odczuciu była zdradziecka, sfałszowała wybory i wyprzedawała kraj Chinom), Pelosi postrzegała to inaczej. Partia Demokratyczna i Republikańska zjednoczyły się w potępieniu "krajowych terrorystów", którzy dokonali "nowego 911" czy "nowego Pearl Harbor".

Wcześniej przez wiele miesięcy Demokraci przekonywali, że zamieszki to najlepszy sposób na rozwiązywanie problemów politycznych. Kamala Harris mówiła latem, że zamieszki BLM nie powinny się kończyć.  Nawet szturmowanie Kapitolu było ok, jeśli robili to demokraci - na przykład w 2018 r., gdy protestowano przeciwko sędziemu Sądu Najwyższego Brettowi Kavanaugh. (Uderza również hipokryzja polskich dupoliberałów - szturmowanie Sejmu w 2016 r. było ok, pajacowanie Lempartowej było ok, ale szturmowanie Kapitolu to "zamach na demokrację". Niektórzy z tych debili nawet piszą, że Kaczyński może zorganizować szturm na Sejm, by "obalić opozycję" :)


Szturm na Kapitol zaiste był nowym 911. W wyobraźni przestraszonych dupoliberałów.  Dobrze to podsumował szef związku zawodowego policjantów z Chicago: "nie było podpaleń, nie było plądrowania, nie było większych zniszczeń mienia. To była grupa ludzi wkurzonych, bo uważają, że ukradziono wybory." O jakim szturmie zresztą mowa, gdy policja na Kapitolu otworzyła demonstrantom co najmniej jedne drzwi? Zauważcie, że tłum był nieuzbrojony. Zarzut wtargnięcia z bronią palną postawiono tylko jednemu kolesiowi spośród tysięcy, którzy okupowali Kapitol. Ashli Babbit, weteranka Sił Powietrznych, którą zastrzelił policjant była nieuzbrojona. Policjant który zginął w czasie starć, rzekomo dostał w głowę gaśnicą. Zachowały się jednak też zdjęcia pokazujące, jak policjanci robią sobie selfie z demonstrantami. Wszystko to raczej wyglądało na anarchistyczną imprezę w redneckim stylu niż na "próbę zamachu stanu". Kilka wybitych szyb, ściany w biurach pomazanych gównem (!),  skradziony laptop Pelosi (będą jaja :) i Człowiek Bizon. Atak Kekistanu na Amerykę. Najazd turystów, którzy za bardzo imprezowali. Impreza cosplayowa.


Czy w szturmie na Kapitol brali udział prowokatorzy? A czy niedźwiedź sra w lesie? Jest naturalnym, że FBI umieszcza swoich prowokatorów w ruchach "ekstremistycznych". Skąd by się bowiem znalazł w tłumie na Kapitolu znany aktywista BLM, który kiedyś wzywał do spalenia Kapitolu? Jedna z firm zajmujących się cyfrowym rozpoznawaniem twarzy twierdzi, że w tłumie byli też anifiarze. Ale może po prostu byli to ci sami płatni prowokatorzy, którzy najpierw odgrywali BLM/Antifę a teraz ludzi od QAnona. W tłumie demonstrantów z pewnością było wiele interesujących postaci - takich jak przebrany za Indiana syn prominentnego sędziego z Brooklynu.  (Nie mam tutaj na myśli Człowieka Bizona vel QAnona Shamana vel Jake'a Angeli - to autentyczny zwolennik Q.) Ale oczywiście 99 proc. biorących udział w szturmie to byli autentycznie wkurzeni ludzie, protestujący przeciwko fałszerstwom wyborczym i skorumpowanej klasie politycznej. Ludzie, którzy chcieli zarówno pogonić Demokratów jak i Republikanów.

Oczywiście szturm na Kapitol został wykorzystany do tego by zdelegitymizować władzę Trumpa. Ma on zostać zapamiętany jako "nowy bin Laden", który dopuścił się "ataku na świątynię demokracji". Tak, żeby już nigdy żaden "populista" nie ośmielił się kandydować w wyborach prezydenckich. Czystka w mediach społecznościowych nabrała już tempa - konto prezydenta zostało zlikwidowane na Twitterze, a Google oraz Apple usunęły ze swoich sklepów z aplikacjami Parlera. Nawet taka Emily Ratajkowski zrozumiała, że to zamach stanu - przeprowadzany przez korporacje z branży technologicznej. Skoro ograniczają one wolność słowa urzędującego prezydenta USA, to mogą ograniczyć ją każdemu pod dowolnym pretekstem. (A Komunistycznej Partii Chin jakimś trafem pozwalają na swobodne szerzenie jej totalitarnej propagandy.) 

Zwiększą się oczywiście naciski na to, by Partia Republikańska odcięła się od "strasznego faszysty Trumpa" i jego polityki. To umożliwiłoby "pojednanie narodowe", czyli zamianę Republikanów we frakcję Partii Demokratycznej. Frakcję, w której rej wodziliby politycy pokroju Mitcha McConnella (rodzinnie i finansowo powiązanego z Chinami) czy Mitta Romneya (wzorca z Sevres lamerstwa). Wówczas można by pozwolić takim Republikanom na wygranie wyborów - bo przecież nic konkretnego nie zrobią na złość wielkim korporacjom i nie będą próbowali zatrzymywać machiny inżynierii społecznej w USA. "Cabal" ma jednak poważny problem, bo taka Partia Republikańska będzie odrzucana przez prawicowych wyborców, którzy będą się radykalizować. Ta radykalizacja będzie oczywiście frustrować amerykańskich inżynierów społecznych. Już tą frustrację widać. Demokratyczny, czarnoskóry kongresmen z Georgii Hank Johnson, stwierdził, że zwolenników Trumpa należy potraktować "jak Murzynów". Czyli co? Policja ma przed nimi klękać? (Ten sam koleś twierdził, że wyspa Guam może się przewrócić z powodu przeludnienia. No cóż, Kaligula zrobił konia senatorem, a wielkie korporacje robią kongresmenami i senatorami kompletnych debili.) 

Szturm na Kapitol powinno się więc potraktować jako ostrzeżenie. Jeśli władze z Waszyngtonu będą nadal usilnie starały się przekształcić USA w mieszaninę technologicznej dystopii i trzecioświatowego shithollu, to dorobią się prawdziwej insurekcji. Głupim pomysłem byłaby próba zabrania Amerykanom kilkudziesięciu milionów sztuk broni palnej znajdujących się legalnie w ich rękach. Lokalni szeryfowie z małych miasteczek nie wykonaliby rozkazów. Lojalność Gwardii Narodowej i wielu żołnierzy też nie byłaby wówczas pewna. Nakręcając histerię wokół "krajowych terrorystów" dorobią się kiedyś prawdziwego terroryzmu.

W całej historii najbardziej dziwi to, że Demokraci a także część Republikanów zaczęła mówić o wykorzystaniu 25 poprawki - czyli usunięciu Trumpa z urzędu pod pretekstem "niepoczytalności". Do końca kadencji Trumpa pozostało tylko 12 dni a przeprowadzenie procedury impeachmentu przecież zajmie trochę czasu. Jaki jest więc sens odwoływania prezydenta z urzędu na kilka dni przed końcem jego kadencji? Czego oni się tak boją, że chcą, by Trump natychmiast został pozbawiony stanowiska? 

***

Biden przemawiał ostatnio jak senator Palpatine. Czasem jednak mówi jakbyśmy nadal mieli lata 70-te. (Wówczas mówił, że "Nie chce, by szkoły stały się rasową dżunglą" i  "Wiem, co jest dobre dla Czarnucha".) Podczas konferencji na Zoomie z przedstawicielami mniejszości rasowych powiedział, że w 2040 r. Biali będą stanowili mniejszość w USA. "Czy mnie słyszycie? Biała mniejszość. Musicie więc pracować więcej razem z Latynosami" - zwrócił się do Czarnych. Pomyślcie jakie byłoby buldupienie, gdyby coś takiego powiedział Trump.



Czasem się zastanawiam, czy Biden nie jest czasem wysoko postawionym kretem - białym suprematystą, neonazistą, który infiltruje Partię Demokratyczną. Czyżby Biden okazał się na końcu Moonmanem? Co jeśli jego ostatecznym celem jest doprowadzenie do wojny rasowej w USA? "I'm Joe Biden, representing White Power, i stack bodies higher than Trump Tower! After midnight we will get revange. Make America Great Again!" :)

***

2021 rok gregoriański zaczął się z przytupem i przyświstem - wielką cospleyową MAGA imprezą na Kapitolu. Ale chiński Nowy Rok będzie dopiero 12 lutego. Skończy się wówczas Rok Szczura (trafne określenie tego, co się przydarzyło od końcówki stycznia 2020 r.) a zacznie Rok Bawoła. Symbolem Roku Bawoła bez wątpienia powinien być QAnon Shaman!


A ja sobie czasem myślę, że żyjemy w symulacji stworzonej przez Witkacego lub Gombrowicza. Wystarczy spojrzeć na naszą przestrzeń publiczną zaludnioną przez postacie o takich nazwiskach jak: Maja Staśko, Kaja Puto, Jaś Kapela czy Jędrzej Zdzisław Stefan Pafnucy Kalasanty Heliogabal etc. J. ... Przecież taki Borys Budka, Bartłomiej Sienkiewicz, Roman Giertych, Adam Wielomski czy Szymon Hołownia to gombrowiczowsko-witkacowskie kreacje :) Nie ma żadnej "metapolityki". Jest symulacja, którą ktoś dla zgrywy obsadził botami odgrywającymi rolę różnych dziwadeł. 

sobota, 2 stycznia 2021

Phobos: Ulewa żelaza

 


Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Deprymujący deszcz

Bonusowy wpis - stworzony na prośbę Czytelnika




Nalot na Essen przeprowadzony w nocy z 25 na 26 marca 1942 r. był częścią "rozgrzewki" przed wielką kampanią bombardowań Zagłębia Ruhry zaplanowaną przez marszałka Arthura Harrisa. Brali w nim udział również lotnicy z polskiego 301 Dywizjonu Bombowego "Ziemi Pomorskiej".  Ta operacja sama w sobie niczym szczególnym by się nie wyróżniała, gdyby nie incydent, do którego doszło w trakcie powrotu alianckich maszyn do Anglii. Nad holenderskim jeziorem IJsselmeer, załoga Liberatora pilotowanego przez por. pil. Romana Sobińskiego zauważyła, że leci za nią "świetlisty dysk w kolorze pomarańczowym". Manewry mające na celu zgubienie go nie odniosły skutku. Wobec tego Sobiński rozkazał otworzyć ogień do dysku. Załodze wydawało się, że wiele pocisków trafiło w dziwny obiekt, ale nie uzyskano zestrzelenia. Dysk oddalił się przyspieszając do "niewiarygodnej prędkości". (Warto podkreślić, że porucznik Sobiński był wiarygodnym świadkiem, pilotem odznaczonym Virtuti Militari V kl.) To pierwszy oficjalnie odnotowany przypadek walki Polskich Sił Powietrznych z UFO. O ilu takich incydentach z czasów wojny nie wiemy?

W drugim odcinku serii Phobos przytoczyłem m.in. przypadki obserwacji UFO przez pilotów polskich sił powietrznych w czasach PRL - na podstawie relacji płka Ryszarda Grundmana, byłego dowódcy 1 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego "Warszawa". W tym odcinku zajmiemy się obserwacjami z czasów drugiej wojny światowej.

Robert Leśniakiewicz, polski ufolog i zarazem kapitan Straży Granicznej w stanie spoczynku, wspomniał mimochodem w swojej książce "Wunderland", że "wiele obserwacji zarejestrowali Polacy w czasie kampanii wrześniowej w 1939 r.". Niestety nie przytoczył listy tych obserwacji. Szukając doniesień o tych incydentach, natrafiłem jednak na opis ciekawego zdarzenia, do którego doszło w czasie bitwy nad Bzurą. Jak czytamy:



"Serię polskich drugowojennych spotkań z UFO rozpoczął dość nietypowy incydent z 17 września 1939 r., którego świadkiem był Z. Gibasiewicz, mieszkaniec Kórnika. Do wydarzenia doszło w pobliżu Miedniewic (mazowieckie), między Sochaczewem a Żyrardowem, gdzie postanowili schronić się uciekinierzy z ziem zajętych przez Niemców. Wśród świadków znajdowało się ponadto dwóch wykładowców akademickich, lekarz oraz dwie nauczycielki. Wspomnianego dnia ok. 17:00, wszyscy z nich mieli możliwość zaobserwowania dziwnego zjawiska, które porównane zostało do widoku nieruchomych i „zawieszonych na niebie bombowców”. Jak pisał Gibasiewicz, „po upływie kilku sekund kontury maszyn zaczęły się zacierać, w ciągu około pół minuty zamieniły się w kuliste obłoczki burego dymu i powoli zaczęły z wiatrem płynąć w kierunku wschodnim, aż się zupełnie rozpłynęły w powietrzu.” Świadek, który rozmawiał następnie z mieszkańcami Woli Szydłowieckiej (u których wcześniej się ukrywał) dowiedział się, że i oni obserwowali jak eskadra kilku niemieckich bombowców została „spalona” przez przelatujący powyżej obiekt."


Dziwne obiekty na niebie widziano również też przed wybuchem wojny. 30 sierpnia 1939 r. nad Sokalem pojawił się "ognisty krzyż". Podobne zjawisko pojawiło się nad Zamojszczyzną w maju 1939 r. (W XIX w. świetlisty krzyż na niebie zaobserwował również Konstanty Ciołkowski - uczony polskiego pochodzenia, jeden z pionierów kosmonautyki. Ta obserwacja skłoniła go do wiary w kosmizm - czyli filozofię mówiącą, że ludzkość wróci kiedyś tam skąd przybyła - w Kosmos.)

UFO obserwowano również nad okupowaną Polską. Kazimierz Bzowski, jeden z weteranów polskiej ufologii, zainteresował się dziwnymi obiektami na niebie już w 1943 r., gdy służył w AK. 9 kwietnia 1943 r., około godziny 17:00, obserwując niemieckie stanowiska przy północnym murze pacyfikowanego getta warszawskiego. Opisywał to później tak: 



"Była to kula o ostrych konturach, wewnątrz której widać było wyraźnie mieszające się ze sobą i przeplatające się palczasto-zaokrąglone pasy dwóch ostro widocznych barw: malinowej i ciemno – zielono - niebieskiej, tak zwanej ‘pawiej’. Kula poruszała się ruchem falistym, podwyższając lekko i obniżając swój lot. Mając już wyrobione, rutynowe nawyki obserwacyjne określiliśmy obaj jej prędkość na porównywalną z niemieckim samolotem zwiadowczym typu Fieseler Storch, to jest około 80 do 100 km w powolnym locie nisko nad ziemią. Przez lornetkę widać było pojedyncze okna górnych pięter płonących domów. Kula miała średnicę ‘czterech okien w starym budownictwie’, zaś wysokość lotu kuli nad domami określiliśmy jako ‘trzy kamienice nad kamienicą’. Przeciętna wysokość tych starych domów to cztery piętra plus parter, daje to około 20 m., a zatem kula była nie wyżej niż 60 m.w nad domami i miała około 8 m. średnicy. Tu przydała się podziałka kątowa w wypożyczonej niemieckiej lornetce; biorąc pod uwagę te parametry lotu, nieco później obliczyliśmy, iż ‘obiekt’ był od nas oddalony w poziomie o około tysiąc sześćset metrów.
Niemcy i szaulisi strzelający ku oknom budynków, w których czasami się ktoś pojawiał, przeważnie nie żaden obrońca a tylko ktoś usiłujący się ratować z ognia, prawie jednocześnie na chwilę przerwali ogień – gdy kula wynurzyła się zza ściany dymów i nadleciała nad ich stanowiska u wylotu ul. Bonifraterskiej, w pobliże dolnej południowej części wiaduktu nad torami kolejowymi, nad miejsce dobrze widziane zarówno przez nas jak i przez tych przygodnych widzów z ‘rasy panów’, którzy zresztą w tym momencie przypomnieli sobie o lornetce i zabrali ją ‘Brunowi’. Ale my już zdążyliśmy za pomocą tego niemieckiego sprzętu wykonać pracę zwiadowczą przeciwko im samym.

Przez kilka minut ze wszystkich luf broni ręcznej i maszynowej strugi pocisków świecących kolorowymi punktami leciały w stronę nadlatującej kuli. Widać było, że przechodzą one całymi wiązkami na wylot przez nią, a ona jakby sobie nic z tego nie robiła... leciała całkiem wolno nad nimi, później w stronę Starego Miasta. Tam na sekundę zatrzymała się nieruchomo, po czym wzbiła się prawie pionowo wzwyż, niknąc na wysokościach z niewiarygodną prędkością. Tu nasze wprawione do obserwacji oczy zauważyły szczegół tego lotu, który przez dziesiątki lat nie miał nie tylko żadnego znaczenia ale i był niewyjaśniony... pozornie nawet nielogiczny. Otóż kula nadleciała od zachodu ale po sekundowym zatrzymaniu się, ulatując wzwyż odchyliła tor swojego lotu o kilka- kilkanaście stopni kątowych ku zachodowi, jakby z powrotem w stronę skąd przybyła..."

(Bzowski służył walczył później w Powstaniu Warszawskim w pułku AK "Baszta".)

(Widziałem kiedyś zdjęcia krzyża postawionego w jednej z wiosek w Świętokrzyskim, upamiętniającego przelot świetlistej kuli na niebie w 1943 r. Próbowałem je odnaleźć w necie, ale niestety mi się nie udało. Może któryś z Czytelników je przypadkiem znajdzie?)




UFO zaobserwowano również nad Warszawę w sierpniu 1944 r. Świadek Zenon Sergisz obserwował ten obiekt z ulicy Kruczej: " patrząc na przelatujący po bezchmurnym niebie niemiecki bombowiec, ujrzał na niebie trzy bardzo jasne punkty. Znajdowały się one dość wysoko i tkwiły w powietrzu nieruchomo, aby po kilku sekundach szybko opaść w dół. Znalazły się na tyle nisko, iż według świadka, schowały się za pobliskimi domami. Po chwili obiekty wzniosły się ukośnie do góry, przez co mężczyzna dostrzegł ich kulisty kształt. Leciały w odwróconym szyku (dwa z przodu, jeden z tyłu), przelatując jakieś 50 m. pod wspomnianym bombowcem. Jak mówił świadek: „Były silnie spłaszczone, coś pośredniego między soczewką a monetą, znacznie mniejsze od samolotu. I jeszcze jedno: leciały prostopadle do ziemi, to znaczy posuwając się swoją największą powierzchnią." Leśniakiewicz podaje, że do tej obserwacji doszło tuż przed Powstaniem - 1 sierpnia 1944 r. około godziny 11.

Zapewne wiele obserwacji UFO było klasyfikowanych przez świadków jako nowe niemieckie czy alianckie samoloty. Dochodziło jednak też bliższych obserwacji. Ich przykładem była ta dokonana w 1944 r. w okolicach Dusseldorfu przez polską robotnicę przymusową, panią Z.S. Latający dysk o średnicy 3 m wylądował na chwilę na polu. Gdy ponownie wzbił się w powietrze, na wysokości 20 m został niecelnie ostrzelany przez obsługę niemieckiego działa przeciwlotniczego. Szybko po tym odleciał na zachód i "rozpłynął się w powietrzu". Po incydencie na miejscu pojawiała się grupa niemieckich oficerów, którym towarzyszyli jacyś cywile. Jeden z nich, nazywany przez innych "profesorem" przesłuchiwał świadków. Zadawał pani Z.S. podobne pytania jak w latach 90. polski ufolog Bronisław Rzepecki. Ciekawe czy później ten "profesor" trafił do Nowego Meksyku?

Ciekawej obserwacji dokonał też 18 lipca 1943 r. w okolicach Gdyni francuski jeniec posługujący się pseudonimem "Theau". Jego relację zamieścił w latach 80. francuski ufolog Jean Sider. Zauważył on wbity w wydmę dziwny płaski obiekt, który wydawał mu się zrobiony z aluminium. Pomyślał, że to jakiś niemiecki samolot, który miał problemy techniczne. Jakiś człowiek usuwał piach z boku tego obiektu. Po chwili ta postać się odwróciła do Francuza, a on przeżył szok. Widział przed sobą kobietę ubraną w ściśle przylegający do ciała kombinezon. Była ona blondynką, wysoką na jakieś 175 cm, mającą jasną cerę i lekko skośne oczy.  (Znowu Obcy wyglądający jak ludzie!) Odezwała się do niego w nieznanym języku a potem gestem poprosiła go o pomoc w odkopywaniu obiektu. Gdy go odkopali, przybyszka kazała mu się oddalić, po czym weszła do środka pojazdu. Dysk o średnicy 6 m wzbił się w powietrze wydając wibrujący dźwięk i bardzo szybko się oddalił. Ta relacja jest uznawana za "ufologiczny folklor", ze względu na "ziemski" wygląd pilotki UFO i na to, że była ona atrakcyjną kobietą. W serii Phobos wielokrotnie pojawiał się jednak wątek "Obcych wyglądających jak my" - w tym mających wygląd ładnych blondwłosych kobiet. 




"Theau" sam nie był przekonany o tym, że spotkał przedstawicielkę obcej cywilizacji. Podejrzewał raczej, że była niemiecką pilotką-oblatywaczką w stylu Hanny Reitsch czy Melity von Stauffenberg. Reitsch i Stauffenberg były jednak jedynymi niemieckimi oblatywaczkami. I bynajmniej nie wyglądały tak jak urodziwa pilotka UFO z okolic Gdyni (której lekko skośne oczy w połączeniu z blond włosami sugerowałyby bardziej rosyjskie pochodzenie - ale jak wiemy Sowieci nie dysponowali wówczas taką zaawansowaną technologią). Ciekawe czy pojawienie się tej istoty w okolicach Gdyni miało jakiś związek z tym, że w Babich Dołach znajdował się wówczas ośrodek badawczy Luftwaffe? Babie Doły były nazywane przez Niemców "Hexengrund" czyli "Ziemią Czarownic". Czyżby te "czarownice" latające na dziwnych pojazdach pojawiały się tam od wieków? Gdynia to również miejsce rzekomej katastrofy UFO z 21 stycznia 1959 r. - obiekt widziany przez wielu świadków miał wówczas spaść do basenu portowego. Ale to już historia być może na jeden z kolejnych odcinków serii Phobos...

***

Serię Phobos na pewien czas wstrzymam. Mam nadzieję, że bonusowe odcinki się Wam podobały. Dla przypomnienia - oraz uniknięcia pytań od mniej zorientowanych - podaje linki do poprzednich odcinków serii. Możecie ocenić na ile spójna i wiarygodna jest to narracja. Szczególnie o "obcych wyglądających ja my".














***



Nie sądzę, by wiceprezydent Pence 6 stycznia doprowadził do unieważnienia wybrania Bidena na prezydenta. Zapewne skończy się na proteście 140 republikańskich kongresmenów. Ale bardzo ciekawe jest to, że Pence nagle odwołał swoją wizytę w Izraelu - która miała się zacząć 7 stycznia. Wiceprezydent pozostanie więc w USA i będzie mierzył się ze skutkami swojej decyzji dotyczącej ważności wyborów. Trump nagle skrócił swój pobyt świąteczny w Mar-a-Lago i wrócił do Waszyngtonu. Irański prezydent Rouhani zagroził mu zamachem - stwierdził, że "za kilka dni skończy się życie tego przestępcy". Są więc podejrzenia, że była groźba zamachu na prezydenta na Florydzie.  Czyżby Głębokie Państwo tak się bało, że Trump odwali im jakiś numer w ostatnich dniach prezydentury, że sięgnęło po swoje irańskie pacynki?