sobota, 29 stycznia 2022

Ostrożnie, Pożądanie! : Zboczeni bogowie

 


Ilustracja muzyczna: Prometheus - Life

"Ostatnia nareszcie sekta manichejczyków podniosła prostytucyę aż do sfer niebieskich. Twórcą tej mistyczno-erotycznej herezyi był Pers Manes. Osnowa jej polegała na tem, że Bóg zbudował wielką machinę złożoną z 12 okrętów powietrznych, żeglujących z duszami wybranemi po przestworach świata, na księżyc i słońce. Ale podróży towarzyszyły dziwy niesłychane. W statkach gościły stale bozkie istoty, przybierając na siebie postacie męzkie, by nasycać miłością kobiety, oraz kształty niewieście, by kokietować, obudzać i koić żądze mężczyzn. W ten sposób, wedle nauki owej sekty, duchy obojej płci, w ciągłym obcowaniu cielesnem, nie przestawały oczyszczać się i doskonalić, gdyż w czasie wzruszeń miłosnych, światłość wydzielając się z ciemnej istoty ciała, wzlatuje do podnóżka bóztwa." - to fragment książki Józefa Lubeckiego "Historya prostytucyi w starożytności i wśród kościoła chrześcijańskiego", wydanej w Warszawie w roku 1878. Do tej unikalnej publikacji jeszcze będę powracał podczas tej serii blogowej, ale niech Szanowni Czytelnicy zwrócą uwagę na to, że owa książka powstała na długo przed lotem braci Wright. W tym fragmencie opierała się  na pismach św. Augustyna, który z wrogich pozycji opisywał wierzenia manichejczyków. W jego czasach wizja "boskich" okrętów przemierzających Kosmos - na tyle luksusowych, by oddawać się na nich igraszkom seksualnym - nie musiała być wcale wytworem zdumiewającej fantazji. Mogła być częścią tradycji przekazywanej od dziesiątków pokoleń.


Starożytne mitologie były zgodne, co do tego, że bogowie są bardzo bliscy genetycznie ludziom. "Uczyńmy człowieka na nasz obraz, podobnego nam" (Rdz 1,26 - słowa te wypowiada "Elohim", co jest liczbą mnogą od "El", czyli "Bóg".) Jako ludzie wychowani na greckich mitach z pewnością znamy historie o miłosnych podbojach Zeusa oraz innych bogów. Pamiętamy też, że ze związków bogów olimpijskich z ludźmi rodzili się półbogowie - herosi tacy jak Herakles. O podobnym mieszaniu się bogów i ludzi mówią również inne mitologie - indyjska, egipska, sumeryjska... Jest o tym nawet wzmianka w Biblii, której teologowie nie potrafią przekonująco wytłumaczyć. "A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki.  Synowie Boga, widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały. Wtedy Bóg rzekł: «Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną: niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat».  A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach." (Rdz 6,1-4). Może ten fragment będzie bardziej zrozumiały jeśli uświadomimy sobie, że słowo "nephilim" będące tutaj określeniem gigantów można też przetłumaczyć jako "ci, którzy spadli z nieba". Tak się akurat złożyło, że w mitologii sumeryjskiej część bogów miała olbrzymi wzrost. (Giganci powstali ze związków z bogami pojawiają się też w legendach z innych części świata.)



Biblijna historia wypędzenia człowieka z ogrodu Eden (leżącego w konkretnym geograficznym miejscu na Bliskim Wschodzie) bardzo przypomina dużo bardziej szczegółowy opis sumeryjski. I trudno się temu dziwić. Wszak Abram i jego przodkowie wywodzili się z mezopotamskiego miasta Nippur. W sumeryjskiej wersji historii, owym "wężem" jest bóg Enki - posługujący się symbolem laski oplatanej przez dwa węże - geniusz medycyny, czy też raczej inżynierii genetycznej. Działając na złość swojemu bratu Enlilowi obdarza pierwszych ludzi - stworzonych jako prymitywni robotnicy - zdolnością do rozmnażania się i świadomością seksualną. "A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski." (Rdz 3,7) Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą». (Rdz 3, 16). I tak miała zacząć się ludzka cywilizacja - od dupy strony.  



Tak jak biblijny Stwórca miał być przed Potopem zaniepokojony mieszaniem się ludzi z "Synami Bożymi" i "gigantami", tak sumeryjski bóg Enlil miał straszny niesmak z powodu erozji czystości krwi jego rasy. Generalnie jednak innym bogom to nie przeszkadzało. Również boginie szukały sobie kochanków wśród ludzi - czego przykładem była choćby Innana. Po tym jak zyskała swoją domenę - w zamian za seks ze swoim dziadkiem - wynosiła swoich mężczyzn do władzy w podległych jej królestwach. Jednym z nich był Sargon z Akkadu. Jej wdziękom oparł się król Gilgamesz. Sam był bogiem w dwóch trzecich. Dlaczego nie w połowie? Bo starożytni skądś wiedzieli, że dziecko dziedziczy materiał genetyczny nie po połowie od rodziców, ale więcej materiału genetycznego dziedziczy po matce (DNA mitochondrialne). Tak się składało, że Gilgamesz był synem kapłana i bogini. 




Mitologie obdarzały bogów również niebiańskimi haremami. W Indiach oraz w Azji Wschodniej często możemy spotkać przedstawienia istot znanych jako apsary. Te boskie służki są przedstawiane topless (i z dużymi biustami) lub nago, gdy wykonują różne prace, tańczą lub uczestniczą w ucztach. Freski przedstawiające biuściaste apsary możemy oglądać m.in. na Lwiej Skale (dawnym pałacu demona Ravany) w Sigirija na Sri Lance (pierwszy obrazek z tego wpisu, to jeden z tych fresków), a rzeźby w Angkor Wat w Kambodży. Ja miałem okazję m.in. oglądać rzeźby apsar w muzeum w Da Nang w Wietnamie. Wszędzie zwracają uwagę rozmiary biustów tych boskich służek - wyróżniały się one na tle przeciętnych mieszkanek tych terenów.



Apsarami są też żeńskie postacie z indyjskich świątyń w Khajuraho - znanych z erotycznych rzeźb, które wprawiały w zakłopotanie wiktoriańskich brytyjskich kolonizatorów. Ale cóż, XIX-wieczni Brytyjczycy reprezentowali "miałką" nowoczesność, a budowniczowie świątyń w Khajuraho "boską" tradycję. Ich dzieło można interpretować jako opowieść edukacyjną - pokazuje ona drogę od najbardziej zezwierzęconego i podłego seksu do "magicznego" seksu, któremu oddają się bogowie. 


Wizerunki kobiet z gołymi biustami możemy spotkać też w świątyniach buddyjskich. To przedstawienia Tary, czyli żeńskiej bodhisatwy. W muzeum pałacu Bogdo-gegena w Ułanbaatar w Mongolii, widziałem sporo takich posążków. Co ciekawe, imię Tara nosi również polinezyjska bogini morza - kobieta zjawiskowo piękna, której widok paraliżuje mężczyzn. A teraz przypomnijcie sobie, co pisałem w serii Phobos...

Flashback: Phobos - Obcy tacy jak my 




Na tle tych "rozrywkowych" starożytnych bogów czczonych przez różne wielkie cywilizacje wyróżnia się Istota, której oddawali część Żydzi. Wszyscy pewnie wiemy, że według Księgi Wyjścia, obdarzyła ich przykazaniami: "Nie cudzołóż" i "Nie pożądaj żony bliźniego swego". Od tego momentu zaczęły się debaty na tematy definicji cudzołóstwa i tego, kto jest twoim bliźnim. Czy jest nim tylko Żyd z dziada pradziada, czy też także konwertyta na judaizm, czy także sprawiedliwy goj? Bo na pewno bliźnim nie był przedstawiciel wrogiego narodu. Starotestamentowy Bóg pozwalał przecież, by brać u wrogów kobiety na niewolnice seksualne. Uczeni rabini na poważnie dyskutowali w Talmudzie, czy jak robotnik mający erekcję spadnie z rusztowania na kobietę przechodzącą ulicą, to czy będzie to cudzołóstwo czy nie. Żydowski Bóg surowo zabraniał seksu pozamałżeńskiego, homoseksualizmu i onanizmu, ale w kwestii prostytucji, to wyraźnie zakazywał jedynie "sakralnej". Nie poświęcał też wiele uwagi lesbijstwu (w Talmudzie jest tolerowane jako jedna z kobiecych fanaberii), przyzwalał na niewolnictwo seksualne kobiet i na poligamię. Poligamistami byli m.in: Mojżesz, Dawid i mądry król Salomon. Ja tego bynajmniej nie oceniam - taka była w tamtych czasach mentalność. I taka na Bliskim Wschodzie jest do dzisiaj. Jakże inna od moralności  chrześcijańskich misjonarzy, którzy zwalczali poligamię w pogańskiej Europie, Afryce i w Azji. 

Wielką i bardzo kontrowersyjną innowacją wprowadzoną przez starotestamentowego Boga był nakaz kaleczenia fiutów chłopcom i mężczyznom. Powody tego nakazu są tajemnicze. Na pustyni, tam gdzie można się było umyć, mógł on mieć pewne znaczenie higieniczne - tak jak wyrywanie zębów w obawie przed próchnicą. Post factum, już w XIX i XX stuleciu niektórzy nawiedzeni lekarze twierdzili, że obrzezanie chroni przed chorobami wenerycznymi, rakiem, AIDS i onanizmem. Oczywiście gadali bzdury. Na pewno jednak obrzezanie pozbawia mężczyznę ważnej strefy erogennej i obniża jego przyjemność z seksu. Niektórzy złośliwi antysemici oraz islamofobowie twierdzą, że zwiększa prawdopodobieństwo tego, że chłopiec wyrośnie na przestępcę seksualnego. Zainteresowanych tymi sporami i teoriami odsyłam do jednego z odcinków mojej serii Demiurg. Przyczyna tego, dlaczego starotestamentowego Boga tak bardzo zajmowała sprawa napletków są w każdym bądź razie wielką tajemnicą. A wcześni chrześcijanie z ulgą odrzucili ten głupi i barbarzyński zwyczaj. Islam powrócił zaś do tej fatalnej praktyki.

Flashback: Demiurg: Znak poddaństwa

Oczywiście sekularystyczna, marksistowska i ewolucjonistyczna historiografia twierdzi, że żadnych bogów nie było. I nie przekazali oni ludziom swoich zachowań seksualnych. Wszyscy mieli żyć przez tysiące lat w jaskiniach, w wielkiej pół-zwierzęcej hordzie i czcić tłustą Bogini Matkę. Oczywiście dowodów na to nie ma żadnych - po prostu niewiele wiemy o życiu ludzi w prehistorii. Świadczą o tym choćby odkrywane w jaskiniach przybory do golenia, czy też malowidła w jednej z grot we Francji przedstawiające "jaskiniowców" ubranych w spodnie, kurtki i czapki, w tym kobietę mającą torebkę. Ciekawą sprawą jest to, że niektóre ze słynnych malowideł jaskiniowych nie mogły powstać bez... zbudowania rusztowań. Coś więc w tej historii jest za dużo białych plam...

Twierdzenia, że tysiące lat temu ludzie żyli w społeczeństwach matriarchalnych są zaś wzięte totalnie z dupy. Zbyt mało wiemy o życiu w tamtych czasach, by to potwierdzić. A w późniejszych wiekach matriarchat był tylko ślepą uliczką ewolucji społecznej. I był też daleki od sielankowej wizji pokojowego społeczeństwa snutej przez zidiociałe feministki i libkowskich cuckoldów. Matriarchalnym społeczeństwem byli choćy Irokezi - czyli okrutni wojownicy, znienawidzeni przez wszystkie inne plemiona. A byli matriarchalni, bo po prostu byli zbyt głupi, by widzieć związek pomiędzy seksem a narodzeniem dziecka. Pojęcie biologicznego ojca było u nich nieznane. Matriarchalni są też Tauregowie - lud, w którym jedynym godnym zajęciem dla mężczyzny jest wojaczka lub bandytyzm. Na obrzeżach Tybetu żyła natomiast matriarchalna społeczność kanibali, którzy gotowali każdego przybysza w workach ze skóry jaków. Narody które trwają w matriarchacie nie zbudowały żadnej cywilizacji...

Różni bajkopisarze, zwani czasem antropologami, jako dowód na powszechny matriarchat w prehistorii wskazują znaleziska posążków kobiet "plus size", takich jak Wenus z Willendorfu. Owe posążki miały być wyobrażeniami bogiń. A przecież kult bogini to w ich wyobraźni wyznacznik matriarchatu. Bajkopisarze ci zapominają oczywiście, że boginie były czczone też w ultrapatriarchalnych społecznościach takich jak starożytne Ateny. Nawet dawni Izraelici dodawali swojemu "Panowi" małżonkę a Arabowie dodawali Allahowi trzy córki. Jest też możliwość, że owe posążki były paleolityczną pornografią lub częścią kolekcji jakiegoś ówczesnego otaku.



Ciekawą i przekonującą teorię przedstawił na ten temat znany szwajcarski hotelarz Erich von Daeniken. Jego zdaniem, owe paleolityczne "Wenus" to ilustracje przypadków medycznych - ciąży z mocno "ponadwymiarowym" płodem, będącym skutkiem spółkowania z owymi biblijnymi "synami bożymi" i "gigantami".

Pewne jest jedynie to, że korzenie naszej cywilizacji nie były purytańskie a bogowie byli wręcz opętani seksem.

***

W następnym odcinku: jeden z filarów naszej cywilizacji - ultrapatriarchalna i megadziwkarska starożytna Grecja.

 ***

No i jak tam z Wielką, Zewsząd Zagrożoną i Cały Czas Prowokowaną Rassiją? Nie zdecydowała się na atak, bo uznała, że w tym tygodniu Ukraina nie zostanie jednak przyjęta do NATO i nie zostaną na jej terenie umieszczone pociski hipersoniczne? Ale zachowała sobie opcję ataku, na wypadek, gdyby wraży banderowcy weszli do NATO za dwa tygodnie?  xxxxxxDDDD 

Jakim trzeba być idiotą, by łykać moskiewską propagandę o tym, że Ukraina w perspektywie najbliższych lat zostanie przyjęta do NATO? Chyba czytelnikiem "Myśli Polskiej"...

Baj de łej: pocisk hipersoniczny wystrzelony z okolic Warszawy, lecący z prędkością 8 Machów, doleci do Moskwy w jakieś 7 minut. Czy RaSSija poprosi nas byśmy przesunęli swoje granice (tak jak poprosiła Finlandię w 1939 r.) czy też sama przesunie stolicę do Tuwy, tak jak chce Szojgu? A może by tak przesunęła Kalinigrad, z którego stale grozi nam swoimi pociskami?

W każdym bądź razie w rosyjskiej propagandzie widać odwrót. We wczorajszym wydaniu "Wiesti" temat Ukrainy na dalszym planie. USA totalnie zlały ich absurdalne propozycje, a Chiny ostrzegły przed robieniem głupot przed olimpiadą. Tylko dupowidz Jackowski snuje wizję "nowych Zaleszczyk"...

***

Obejrzałem "Gierka" i choć ten film jest mocno komiksowy i przerysowany, to przemycone jest w nim zadziwiająco dużo prawdy, choćby o Jaruzelskim, Kani i transformacji ustrojowej. Cenckiewicz dostał z tej okazji pięknego bólu d...

A ja przypominam wpis z serii Niepodległość poświęcony Jaroszewiczowi i Gierkowi.

sobota, 22 stycznia 2022

Nie oddamy banderowcom Władywostoku!

 


Ilustracja muzyczna: Feduk feat Łukaszuk - Rozowyje Wino

Na początku 1940 r. w okupowanym przez Sowietów Lwowie odbyła się demonstracja, na której wznoszono hasła: "Nie oddamy Finom Lwowa!". Paru dowcipnisiów dokonało po prostu drobnego sabotażu podczas oficjalnego spędu. Obecnie jednak w środowiskach proputinowskich zjebów całkiem na poważnie widać wzmożenie: "Nie oddamy banderowcom Władywostoku! Nie oddamy Kazachom Murmańska!". Biedna Rassija - nieustannie zagrożona i prowokowana... :)

Gdyby Rosja rzeczywiście ruszyła na Ukrainę potrzebowałaby pretekstu. Czegoś w stylu ostrzału wioski Mainiła w 1939 r. Oglądałem wczoraj wiadomości na rosyjskim kanale RTR Planeta i tam jeden z przedstawicieli żuli z Doniecka, zwanych "separatystami" deklarował, że "wiemy o tym, że Ukraina chce zaatakować nasze zakłady chemiczne". Wcześniej dawano przebitkę z ćwiczeń z dekontaminacji wagonów kolejowych. Problem w tym, że w taką prowokację mogliby uwierzyć jedynie zsowietyzowane bezmózgi - np. cumraci Jabłonowskiego czy małżeństwo Wielkodupskich. Do "separatystów" z Doniecka słusznie bowiem przylgnęła na świecie opinia małpoludów, które zestrzeliły malezyjski samolot pasażerski. Zresztą sami Ruscy też mają świadomość tego, że kadry Donieckiej i Ługańskiej Republiki Chujowej są ulepione z gówna. Przecież FSB sama zlikwidowała część przywódców tych tworów.

Uzasadnienie ewentualnej inwazji na Ukrainę byłoby więc dla Rosji bardzo karkołomne. Jak na razie rosyjska propaganda robi raban wokół dostaw brytyjskich pocisków przeciwpancernych na Ukrainę. No bo jak to?! Ukraińcy mają się BRONIĆ przed rosyjskimi czołgami?! Toż to śmiertelne zagrożenie dla  Rassiji! Nie wolno pozwolić na taką bezczelność!




Owszem, historię piszą zwycięzcy, ale czy skala potencjalnego zwycięstwa nad Ukraińcami byłaby wystarczająca, by uzasadnić inwazję? Ukraina to kawał terenu do okupowania, sama próba zajęcia Charkowa mogłaby się przekształcić w ciężką miejską bitwę - podobną do tej o lotnisko w Doniecku. Jak zauważył Żurawski vel Grajewski, Ukraina ma 200 tys. żołnierzy w służbie czynnej plus drugie tyle rezerwistów mających doświadczenie bojowe.  Po rozpoczęciu przez Rosję (tak, przez Rassiję, a nie przez "kijowską juntę") wojny hybrydowej w Doniecku, zaczęły powstawać bataliony ochotnicze typu Azow - które wywołały ostre jojczenie różnych dupoendeków i zachwyt wielu narodowych radykałów  (pamiętajcie: prawdziwi nacjonaliści popierają Batalion Azow, a ich sowiecko-ubeckie niebinarne płciowo podróbki wspierają żuli z Doniecka). Bataliony te były złożone głównie z ludzi rosyjskojęzycznych, którzy wstępowali do nich, by bronić własnych domów przed żulami z Doniecka. W rosyjskojęzycznej Odessie miejscowi sami zgrillowali putinowską V-tą kolumnę - dusząc wszelką dywersję w zarodku. (Co - wbrew ujadaniom różnych idiotów - było jedynym słusznym wyborem. Podobnie jak słuszne było rozstrzeliwanie w 1939 r. niemieckich i ukraińskich dywersantów oraz palenie ich domów.) Można się spodziewać, że w przypadku inwazji Ruscy nie byliby witani w wielu miejscach jako wyzwoliciele. Wrogi najazd zwiększyłby liczbę rosyjskojęzycznych, którzy poczuliby się Ukraińcami.

Inwazja na pełną skalę byłaby przede wszystkim złamaniem wiecznie aktualnych zaleceń Sun Tzu. Po co, prowadzić wojnę, skoro można przejąć kontrolę nad Ukrainą metodami pokojowymi, za pomocą prorosyjskich polityków? W lutym 2021 r. otwarcie prorosyjska Platforma za Życiem miała w sondażach nawet 23 proc. głosów i wyprzedzała partie Zełenskiego i Poroszenki. Obecnie jej poparcie spadło poniżej 10 proc. W największym stopniu do erozji jej poparcia przyczyniła się Rosja - strasząc zwykłych Ukraińców, że przerobi ich miasta i wioski w Donbas. Karzełek Putin musi być jakimś zakamuflowanym agentem "banderowców". Na miejscu nierobów z Łubianki sprawdziłbym, czy jego ojciec nie był w czasie wojny jakimś zdrajcą i "faszystowskim podlcem".

Dużo więcej sensu miałoby dla Rosji przeprowadzenie ograniczonej inwazji. W planie minimum - aneksji Donieckiej i Ługańskiej Republiki Chujowej. W planie optymalnym wyrąbanie korytarza lądowego do Krymu. W planie maksymalnym przebicie się aż do Naddniestrza. Choć można zadziałać jak w bajce o Piotrusiu i wilku - koncentrować wojska tyle razy nad granicą z Ukrainą, aż w końcu nikt już nie będzie wierzył Ukraińcom, że są zagrożeni inwazją.

Zresztą Brandon zasugerował ostatnio Putinowi (ach ten Zachód, ciągle spiskujący przeciwko Rassiji...), że mała inwazja spotka się z małą odpowiedzią USA. Jego administracja próbuje teraz odkręcać tę gafę, przypominającą oświadczenie Deana Achesona, że Korea leży poza rubieżą obronną USA. Problem w tym, że dla części amerykańskich decydentów to nie musiała być gafa. Może im zależeć na tym, by Rosja weszła na Ukrainę i tam ugrzęzła.  Dla Rosji wygodniejsze byłoby stosowanie taktyki salami - destabilizacji Ukrainy i stopniowego przejmowania małych fragmentów jej terytorium, w nadziei, że Ukraińcy się zmęczą wojną i wybiorą prorosyjskie siły. 

Jak to się jednak stało, że Rassija prowadzi hybrydową agresję przeciwko "bratniemu słowiańskiemu narodowi"? Oficjalna rosyjska propaganda mówi, że to dlatego, że Rosja jest stale zagrożona, okrążana i prowokowana przez NATO. Skalę tego "okrążenia" pokazuje poniższa mapa. Czerwone linie to granice Rosji z państwami NATO. Zaiste Rosja została okrążona  przez wrażych natowców!

Ciekawe, że propaganda Rassiji jest wewnętrznie sprzeczna. Z jednej strony mówi, że Rassija posiada wszechpotężną armię z pociskami hipersonicznymi i innymi cudami, tak że może USA "zakryć czapkami". Z drugiej strony twierdzi, że śmiertelnym zagrożeniem dla Rosji są kraje takie jak Estonia czy Gruzja. Wielka Rassija sra w gacie na myśl o estońskim blitzkriegu! :) Nie oddamy estońskim faszystom Magadanu! Nie oddamy Gruzinom Archangielska! :) Oczywiście Rassija przekonuje, że obecność Estonii w NATO, to wielkie zagrożenie, bo od granicy z Estonią jest blisko do Petersburga. Ale czy z tego powodu jest jakieś realne zagrożenie dla Rosji? Czy Estończycy chcą zająć Petersburg? Czy ktokolwiek - pomny niemieckich doświadczeń z II wojny światowej - marzy o okupacji rosyjskiego terytorium? To raczej Rosja stale ćwiczy agresję na państwa bałtyckie i Polskę. Bo uznaje za zagrożenie dla siebie już samo istnienie niepodległych państw odgradzających ją od ukochanych Niemiec.

Oczywiście Niemcy pełnią w NATO rolę konia trojańskiego. Nie tylko utrudniają wysyłanie broni na Ukrainę, ale też pomagali w ostatnich latach wzmacniać rosyjską armię. To całkowicie obnaża szkodliwą propagandę różnych Zychowiczów i Cenckiewiczów, którzy próbują nas przekonać, że powinniśmy oprzeć się całkowicie na Niemcach (tak jak to zrobił Poroszenko :). W tej sytuacji kryzysowej porządnie zachowały się wobec Ukrainy: państwa bałtyckie, Kanada, Wielka Brytania i Turcja

(I tu mała dygresja: Wielka Brytania to jedyne mocarstwo, z którym nie mamy żadnych większych zadrażnień. Mamy też wspólne interesy. Jest jednym obok Francji krajem Europy Zachodniej, który dysponuje realną siłą militarną. Tymczasem niejaki Corryllus przekonuje nas, że Wielka Brytania to nasz największy wróg już od czasów Stonehenge. Straszliwa, autorytarna Turcja zachowuje się w kwestii Ukrainy o wiele lepiej niż "demokratyczne" Niemcy. Tymczasem Repetowicz przekonuje nas, że Turcja to największe zagrożenie dla świata i ma krwawą sraczkę z tego powodu, że Turcy sprzedali Ukraińcom swoje drony. Na działania Rosji i Chin jakoś się specjalnie nie zżyma... Teraz musi jednak przeżywać trudne chwile, bo Armenia zaczęła proces normalizacji stosunków z Turcją - o jakieś 30 lat za późno, ale to krok w dobrym kierunku.)

Ruskie trolle będą pewnie za chwilę ostro bóldupić w komentarzach. "Ty faszysto! Jak śmiesz szkalować Wielką Matuszkę Rassiję! Jedyną nadzieję na ocalenie cywilizacji Białego Człowieka przed śmierciawkami!". No cóż, ta "nadzieja Białego Człowieka" zorganizowała nam wspólnie z Baćką najazd  nachodźców na naszą granicę - w najlepszym sorosowskim stylu. A jak tam opór Rassiji przed covidową dyktaturą? Ostatnio służby zdjęły tam stronę internetową zbierającą dane o negatywnych reakcjach na szczepionki.  Trudno się temu dziwić, bo przecież Sputnik V to zerżnięta szczepionka AstraZeneca, w której stworzenie zaangażowali się oligarchowie tacy jak German Greff, związani ze Światowym Forum Ekonomicznym i Wielkim Resetem.  Alekander Gintsburg, porównywany do Mojżesza naukowiec z Instytutu Gamaleja ("Rassija bastionem oporu przeciwko syjonizmowi" :) opowiada się za wprowadzaniem szczepionkowych kodów QR wszędzie gdzie się da. Te cyfrowe przepustki szczepionkowe wdrażano już w Moskwie i w Tatarstanie, w reżimie przy którym amerykańskie czy brytyjskie obostrzenia antycovidowe to oaza wolności. Eksperyment średnio wyszedł ze względu na niedostatki infrastruktury. Ale kody QR obowiązują obecnie nawet na Czukotce i w Jakucji - czyli w najsłabiej zaludnionych regionach Rosji. 

Baj de łej: skoro Rassija jest takim bastionem oporu przeciwko Zachodowi, to czemu swoje rezerwy złota wysyła do Londynu? I czemu jej "elity" trzymają swoją kasę na Zachodzie i wysyłają tam dzieci do prywatnych szkół?

***

Minął rok odkąd Brandon został prezydentem USA. Jedną czwartą pierwszego roku rządów spędził w swoim domu w Delaware.  Oczywiście nie wiadomo, kto go tam odwiedza. Bardzo to wygodne...

A tymczasem mamy kolejną oznakę konwergencji. Peter Daszak, ten naukowiec wspierający badania nad koronawirusami w Wuhan, miał pracować dla CIA. Przynajmniej tak się zwierzył jednemu ze swoich współpracowników, którego próbował zwerbować do tej agencji wywiadowczej. Czyżby więc CIA pomogła Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej w badaniach nad bronią biologiczną? A czy niedźwiedź sra w lesie? A czy papież jest Latynosem? Przekazali już Chińczykom tyle technologii, że jedna więcej nie robiła im już żadnej różnicy.

***

Muszę skoczyć do sklepu po silny środek owadobójczy, bo za chwilę komentarze pod tym wpisem zostaną zalane przez mrowie sowieckich karakanów. 

Jeśli ogólna sytuacja geopolityczna na to pozwoli, to już wkrótce zacznę nową serię blogową. Do jej czytania zaprasza już Krzysztof Karoń.



sobota, 15 stycznia 2022

Jak sowiecki wywiad łykał gówno

 


Marek Świerczek, autor ciekawych książek poświęconych operacji "Trust", w swojej najnowszej publikacji - książce "Krucjata 1935. Wojna której nigdy nie było" - nieświadomie zaorał swoją narrację o wszechpotężnych stalinowskich tajnych służbach, które kiwały służby polskie i zachodnie jak chciały.

Główną osią narracyjną jego najnowszej publikacji są dokumenty z rosyjskich archiwów będące streszczeniami meldunków sowieckiego szpiega z otoczenia Marszałka Piłsudskiego, źródła, które miało być "osobiście znane Stalinowi". Ów sanacyjny prominent informował Sowietów o tym, że Piłsudski razem z Hitlerem i Japończykami planuje agresję przeciwko ZSRR, która miałaby błogosławieństwo pewnych "reakcyjnych" kręgów we Francji i Wielkiej Brytanii. Poza tym ów agent mówi Sowietom m.in., że:

- Niemcy budują pod Lidą i Baranowiczami podziemne schrony, w których zmieściłoby się po 120 samolotów.

- Piłsudski szykuje zamach stanu we Francji, w ramach którego ma dojść do władzy grupa generała Weyganda. Spiskowcy współpracują z faszystowską organizacją Croix de Feu.

- Jeden z ministrów litewskiego rządu Smetony jest agentem POW i weźmie udział w zamachu stanu, po którym Litwa wejdzie w unię z Polską. Po połączeniu z Litwą, Polska będzie miała dostęp do morza poprzez Kłajpedę, więc odda Niemcom województwo pomorskie.

- Piłsudski zlecił zabójstwo rumuńskiego ministra spraw zagranicznych Titulescu (który zmarł w 1941 r.). 

- Hitler chce oddać Mussoliniemu Krym, a Mussolini planuje osiedlić w podbitym ZSRR 60 mln europejskich bezrobotnych.

- Polska będzie pośredniczyła w rozmowach pokojowych między Japonią a rządem Czang Kaj-szeka. Pokój między Cesarstwem Japonii i Republiką Chińską ma być już w zasięgu ręki.

Czytanie tych meldunków jeży włos na głowie. Każdy średnio rozgarnięty analityk szybko zorientowałby się, że "wysoko postawione źródło" to zwyczajny prowokator nadesłany przez wrogie służby. Świerczek twierdzi jednak, że to niemożliwe, by tak głęboko zakonspirowany sowiecki szpieg mógł konfabulować. Niemożliwe, bo przecież Sowieci mieli w Warszawie trzy siatki wywiadowcze, które mogły sprawdzić podawane przez "kreta" informacje. A co jeśli tamte siatki były równie gówno warte jak rezydenci będący w kontakcie z sanacyjnym prominentem "osobiście znanym Stalinowi"? Świerczek nie dopuszcza takiej możliwości. Wyklucza też hipotezę mówiącą, że "wysoko postawione źródło" zostało podesłane Sowietom z inicjatywy polskiego Oddziału II. Odrzuca, bo "nikt nie znalazł dokumentów to potwierdzających". To nic, że całe tony dokumentów Oddziału II zwyczajnie przepadły lub zostały przejęte przez Niemców i Sowietów i nie mamy do nich dostępu. W tych strzępkach papierów, które się zachowały, nie ma o tym wzmianek, więc według Świerczka można absolutnie wykluczyć to, że prowadziliśmy takie gry wywiadowcze. Teoria mówiąca, że cała operacja mogła być prowadzona bez śladu dokumentalnego, a nawet poza Oddziałem II - np. przez prywatne siatki Piłsudskiego - też jakoś Świerczkowi nie przychodzi do głowy. Wobec tego podejmuje się on karkołomnego zadania udowodnienia, że bzdury naopowiadane sowieckim chamom przez naszego dezinformatora mają potwierdzenie w innych źródłach. Cytuje on więc równie wiarygodne doniesienia sowieckich służb o "rychłej inwazji" na ZSRR przygotowywanej przez Hitlera i zachodni kapitał. No cóż, ówcześnie rzeczywiście niektórzy snuli takie projekty. Snuł je też sam Hitler. Ale do realizacji droga była daleka. W 1934 r. Rzesza dysponowała przecież tekturowymi czołgami i płóciennymi dwupłatowcami...




Według Świerczka owym sowieckim superagentem, przekazującym Łubiance niezwykle wiarygodne informacje o ogromnych bunkrach dla samolotów budowanych pod Baranowiczami, był albo Wiktor Tomir Drymer albo Tadeusz Kobylański. Obaj byli współpracownikami ministra Becka, a Kobylański do tego był krewnym prezydenta Mościckiego i do tego bardzo imprezowym człowiekiem - biseksualistą przyłapanym na przemycie kondomów do ZSRR. Drymer jest w poprzednich książkach Świerczka czarnym charakterem operacji "Trust", a w przypadku Kobylańskiego mamy ślad w dokumentach wskazujący, że rzeczywiście pracował dla Sowietów. Ponad 10 lat temu czytałem jednak w "Biuletynie IPN" artykuł, w którym mimochodem wspomniano, że Kobylański był podwójnym agentem. Oddział II wiedział o jego pracy dla Sowietów i wykorzystywał go również do gier przeciwko opozycyjnym patafianom od Sikorskiego. (Znany kryminalista Michał Żymierski również brał udział w podobnych grach przeciwko Frontowi Morges i do tego razem z Oddziałem II organizował sprzedaż broni do Hiszpanii.) Świerczek przytacza zresztą dokument z czasów Jeżowa, w którym mowa jest, że Steckiewicz - jeden z organizatorów "Trustu" - otrzymywał instrukcje od funkcjonariusza polskich służb Kobylańskiego. Wszystkie elementy układanki są więc na miejscu. Kobylański, Drymmer, czy kto tam był źródłem "znanym osobiście Stalinowi" był bohaterem. Karmił sowieckie służby gównem, które one łykały z uśmiechem na ustach.

Jaki jednak był cel tej operacji dezinformacyjnej? Świerczek odmalowuje w swojej książce Hitlera jako pryncypialnego antykomunistę myślącego tylko i wyłącznie o zmiażdżeniu "żydobolszewizmu". Pomija jednak fakty świadczące o tym, że Rzesza cały czas grała dwutorowo i dopuszczała porozumienie ze Stalinem przeciwko Zachodowi. Przepływy finansowe nie kłamią - Niemcy udzielały w latach 30. ZSRR wielkich kredytów na rozwój gospodarki i zwiększały wymianę handlową z Sowietami. W Berlinie cały czas działało też silne lobby prosowieckie. W 1934 r. przecież feldmarszałek von Bloomberg wznosił toast za Stalina podczas przyjęcia w ambasadzie ZSRR z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Pułkownik Nicolai, szara eminencja niemieckich tajnych służb, prowadził zaś w Gdańsku tajne negocjacje z Sowietami. Wszystko to zostało opisane m.in. przez Pierre'a de Villemaresta w jego książkach. I zapewne fakty te były znane naszym służbom. Major Żychoń dostarczał nam cały czas poszlak wskazujących, że Niemcy traktują odprężenie z Polską jedynie jako mydlenie oczu. Wewnętrzne wydawnictwa NSDAP nadal zionęły antypolską propagandą a w szkołach dzieci uczyły się z atlasów, na których Rzesza miała granicę wschodnią z 1914 r. Koszmarem dla Polski było widmo porozumienia się Niemców z Sowietami. Logicznym jest więc to, że nasze służby próbowały wykopać przepaść między obu mocarstwami. A można to było robić karmiąc Sowietów opowiastkami o inwazji na ZSRR szykowanej przez Polskę, Niemcy i Japonię.



Gdy pod koniec września, po bitwie pod Tarnawatką, dostał się do niewoli ranny jeden z bohaterów kampanii polskiej - gen. Wincenty Kowalski, dowódca 1 Dywizji Piechoty Legionów i zarazem GO "Wyszków" - Niemcy zaczęli mu kadzić, że to dla nich honor spotkać współpracownika "Wielkiego Marszałka" Piłsudskiego. Stwierdzili, że Piłsudski na pewno wszedłby w sojusz z Niemcami i nie dopuścił do wojny z nimi. Gen. Kowalski odparł im: - A skąd to wiecie?! Mówił wam to?! Bo mi mówił zupełnie coś innego!

I słowa tego zasłużonego wojskowego powinny raz na zawsze zaorać teoryjki wszelkich Zychowiczów i Świerczków...

***

Moja konkluzja dotycząca ostatnich przepychanek między Rosją a NATO. Rosyjska dyplomacja pod rządami Putina leży i kwiczy. (Nie mylmy jednak tutaj dyplomacji z działalnością korupcyjną i mafijną - ona ma się świetnie, o czym świadczą tabuny demoliberalnych polityków kupionych na Zachodzie i w Polsce.) Przypomina chruszczowowskie walenie butem w pulpit w ONZ. Napinanie się jaka to Rosja jest silna i jak wszystkich czapkami zakryje. Administracja Brandona, Macron i cała reszta tego zachodniego tałatajstwa zapewne chciałaby się z Rosją porozumieć w sprawie podziału stref wpływów, ale Rosja cały czas stawia nierealne żądania. Gdy parę dni temu Radek Ciparski wyczuł zmieniający się wiatr i napisał o Rosji jako o "seryjnym gwałcicielu", który dostanie "kopniaka w jaja", Maria Zacharowa, coraz wyraźniej starzejąca się rzeczniczka rosyjskiego MSZ (która dostała tę robotę, bo jej rodzice byli wysokiej rangi dyplomatami) odpowiedziała mu: "U Rassiji niet jajec" :)



Rosyjska dyplomacja jest więc równie mocno mitologizowana jak rosyjskie tajne służby. A prawda jest taka, że w obu instytucjach służą przedstawiciele resortowych klanów (a każda arystokracja z czasem się degeneruje...) oraz nieroby takie jak Putin. Problem polega na tym, że ich zachodni przeciwnicy są podobnie niekompetentni i sprzedajni. Gdyby w USA rządziła bardziej profesjonalna ekipa niż administracja Brandona, negocjacje z Putinem wyglądałyby następująco:

Ławrow na wstępie sra na dywan. 

Amerykanin: Dlaczego nasraliście na dywan?

Ławrow: A udowodnij, że to ja nasrałem na dywan!

Amerykanin: Dobra, to zwiększamy obecność wojskową w Polsce o 20 tys. 

Ławrow: Tak, to my przerzucamy dwie dywizje na Białoruś.

Amerykanin: A my umieszczamy broń jądrową w Polsce. 

Ławrow: Nie możecie tego zrobić...

Amerykanin: Możemy, stara sowiecka kurwo! Owned!

I po takim pokazie siły można negocjować z Rosją deeskalację i nawet podpisać jakiś papierek o rozbrojeniu nuklearnym czy współpracy w Kosmosie.

A tak mamy obustronną kleptokrację oraz idiokrację. Esencja demokracji...

***

Zbliża się kolejna seria blogowa, która będzie poświęcona jednemu z filarów naszej cywilizacji. Złamie ona zarówno konserwatywne jak i lewicowe schematy. Ciekawy jestem reakcji na nią Krzysztofa Karonia...

sobota, 8 stycznia 2022

Co się stanie w Kazachstanie i w Xianie?

 


Zabawne, że Sasha Baron Cohen skręcił "Borata 2" jako atak na Trumpa, gdy to akurat Bidenowie mają silne związki biznesowe z Kazachstanem... Narkoman Hunter pracował przecież jako lobbysta dla kazachskiego oligarchy Kenesa Rakiszewa, w czasie gdy jego ojciec był wiceprezydentem.

Nie kupuję jednak popularnej teorii mówiącej, że za bunt społeczny w Kazachstanie odpowiada CIA. Oczywiście rosyjskie pudła rezonansowe lubią rozpowszechniać takie zimnowojenne teoryjki, ale tak naprawdę wszyscy wiedzą, że CIA jest za słaba, by sama wywołać wielkie zamieszki w kraju takim jak Kazachstan. Nie ma tam wystarczająco dużej agentury, nie działają tam różne sorosowskie i libertariańskie NGO's, gospodarka kontrolowana jest przez oligarchów powiązanych z klanami obu prezydentów i z bezpieką... Zapalnik całej sytuacji widziałbym więc raczej w rozgrywce wewnętrznej pomiędzy ludźmi byłego prezydenta Nazarbajewa i obecnego prezydenta Tokajewa. Warto zwrócić uwagę choćby na to, że po tym jak Tokajew wyrzucił zięcia Nazarbajewa z Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a samego Nazarbajewa pozbawił stanowiska jej przewodniczącego (!), zaczęły się pojawiać propagandowe doniesienia o broni palnej w rękach demonstrantów.

Ciekawą teorię na ten temat przedstawił Guo Wengui, powiązany (za pewne wciąż) z chińskim wywiadem wojskowym miliarder-emigrant. Twierdzi on, że Nazarbajew jest dobrym znajomym Wanga Qishana, chińskiego wiceprezydenta. I miał odmówić przekazania Komunistycznej Partii Chin zdeponowanych w Kazachstanie 100 ton złota należących do Wanga. I to dlatego Nazarbajew stwierdził, że Kazachstan stał się celem "zagranicznej agresji". Można się domyślać, że chińskie tajne służby nie miałyby większych problemów z wywołaniem zamieszek w sąsiednim Kazachstanie.


W umiędzynarodowym konflikcie wewnętrznym z reguły wygrywa ta strona, która zapewni sobie większe wsparcie zewnętrzne. Zwycięzcą jest już Tokajew, ale ceną za jego zwycięstwo jest suwerenność Kazachstanu - kraju, który jak dotąd prowadził bardzo niezależną politykę jak na standardy postsowieckie. Do Kazachów strzelać będą rosyjscy spadochroniarze, łukaszyści, Ormianie oraz Kirgizi. Interwencja w Kazachstanie w krótkim terminie odciąga uwagę Rosji od Ukrainy - i sprawia, że prawdopodobieństwo styczniowej inwazji mocno spada. Być może karzełek Putin dostrzegł szansę wyjścia z twarzą z kryzysu ukraińskiego, poprzez przekierowanie uwagi Wielkorusów i opinii międzynarodowej na interwencję w Kazachstanie, mającą pokazać, że Rosja potrafi odgrywać "pozytywną" rolę stabilizatora przestrzeni postsowieckiej.

Niebezpiecznie brzmią w tym kontekście doniesienia o tym, że administracja Brandona chce zaoferować Rosji zmniejszenie obecności wojskowej USA w Trójmorzu. Moim zdaniem, ktoś jednak dał ten przeciek, by tej ofercie zaszkodzić. W listopadzie wybory midterms i jest duża szansa, że po nich republikanie będą blokować tego typu idiotyczne inicjatywy zdrajców z Departamentu Stanu i Białego Domu.


W protestach w Kazachstanie jest jednak coś, co mogło poważnie zaniepokoić Putina. Jak stwierdził prof. Włodzimierz Marciniak: "Można tak umownie powiedzieć, że Nazarbajew był patriarchą postsowieckiej polityki. On w sowieckiej jeszcze nomenklaturze zajmował znacznie wyższe stanowisko niż Władimir Putin, który był wtedy tylko podpułkownikiem KGB. Teraz on odchodzi, w zasadzie kończy już w sposób symboliczny, a więc bardzo ważny, całą epokę. To rzuca pewne światło, o co zapewne chodziło Władimirowi Putinowi, gdy nagle zaczął się w sposób gwałtowny domagać gwarancji bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych i NATO. W tej chwili widzimy, na czym te gwarancje bezpieczeństwa mają polegać, to znaczy załatwienie spraw tranzytu władzy w gronie państw postsowieckich - tak można ogólnie to ująć. Na tym polegało to wprowadzenie tzw. sił pokojowych, organizacji wspólnego bezpieczeństwa. One, przynajmniej według dzisiejszych deklaracji, nie będą uczestniczyły w walkach, tylko mają przejąć kontrolę nad ważnymi obiektami strategicznymi i w ten sposób uwolnić siły kazachskie do tłumienia zamieszek, co już się rozpoczęło na większą skalę.
Być może usłyszeliśmy kroki historii. Rozpad Związku Sowieckiego zaczął się od kryzysu w Kazachstanie, zamieszek w grudniu 1986 roku. Wtedy Nazarbajew doszedł do władzy. Teraz on odchodzi w takim samym kontekście niezwykle dramatycznych, krwawych zamieszek. Być może epoka dobiega końca."


Baj de łej: Nazarbajew ma obecnie 81 lat, Biden 79 lat. Nazarbajew trzyma się jednak o wiele lepiej od Brandona.

Tymczasem w Rosji wchodzą w życie przepisy dotyczące kopania masowych grobów. Przewidują one tworzenie "bratnich mogił" żołnierskich mogących pomieścić 100 ciał. Szacuje się, że w wojnie na Ukrainie poległo jak dotąd kilkuset rosyjskich żołnierzy (nie licząc tałatajstwa, które zaciągnęło się na służbę u żuli z Doniecka i Ługańska). Rosyjscy planiści widzą więc możliwość konfliktu zbrojnego o o wiele większej intensywności. Ile takich "bratnich mogił" mogą wykopać? Kilkadziesiąt? Setki? To tysiące bezimiennych zwłok. Przypominam, że w czasie trwającej 10 lat wojny w Afganistanie zginęło 15 tys. sowieckich żołnierzy. Teraz szykują się na podobne straty w dużo krótszym czasie. 

A może nie szykują tych mogił na wojnę? Co więc ma tak masowo kosić Rosjan? 

Wariant Omikron z pewnością mocno rozczarował globalistów. Brytyjscy "eksperci" z SAGE przewidywali, że w styczniu będzie on przynosił 3,5 tys. zgonów dziennie. Jak dotąd zabił w Wielkiej Brytanii mniej niż 50 osób.  Może on się okazać naturalną szczepionką, która w ciągu kilku miesięcy zainfekuje wszystkich antyszczepionkowców i zakończy pandemię. Pojawia się więc konieczność przeprowadzenia castingu na nowego, bardziej śmiertelnego wirusa.



Co w tym czasie robią Chińczycy? W końcówce grudnia wprowadzili totalny lockdown w liczącym 13 mln ludzi mieście Xian.  Mieszkańcy mają problemy z robieniem najpotrzebniejszych zakupów. Żadne Góralskie Veto im nie pomoże, bo miasto jest odcięte od reszty Chin a łamiący przepisy lockdownowe są publicznie upokarzani w stylu rewolucji kulturalnej. Czy w Xian wprowadzono tak drakoński lockdown tylko z powodu kilkuset przypadków Covida? Czy czegoś innego?

Pojawiły się doniesienia o wykryciu w Xian GORĄCZKI KRWOTOCZNEJ.  Potwierdził je chiński państwowy dziennik "Global Times", uspokajając jednak, że ta gorączka krwotoczna jest raczej niegroźna i że często pojawia się jesienią w prowincji Shaanxi. Oczywiście te zapewnienia nas uspokajają... Za trzy tygodnie Chiński Nowy Rok, a później Olimpiada Zimowa w Pekinie. Tak jak Igrzyska Wojskowe w Wuhan na jesieni 2019 r. rozprzestrzeniły covida - wirus testowy - po świecie. Tak, olimpiada może rozwlec inne choróbsko. Można się jednak pocieszać, że na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie nie będzie wielu gości z zagranicy...

***

Kilka polecanek: przed Bożym Narodzeniem przeczytałem V-ty tom "Dziejów Polski" prof. Andrzeja Nowaka i "Niezwykłe bitwy i szarże husarii" - obie książki obalają sporo mitów naszej historiografii (m.in. znanych z książek Jasienicy czy Wacława Sobieskiego). Obecnie z zainteresowaniem czytam "Wielką grę majora Żychonia" Andrzeja Brzezickiego. "Wisienką na torcie" była jednak broszurka wydana przez Bibliotekę Szturmu - "Obóz Zjednoczenia Narodowego - Antologia tekstów". Książka, składająca się z deklaracji ideowej OZN oraz dwóch innych tekstów programowych, ale pokazująca, że OZN-owski nacjonalizm znacznie górował na dupokratyczno-tragikomicznym nacjonalizmem przedwojennej SN i różnych Strońskich, Grabskich i Giertychów. No cóż, OZN to tacy ludzie jak płk Jan Kowalewski czy Tadeusz Żenczykowski. (W domowej biblioteczce postawiłem tę broszurę Biblioteki Szturmu obok "Samotnego boju Warszawy" Żenczykowskiego - szefa propagandy OZN.) Podziękowania należą się Szturmowi za przypominanie tych wypartych z naszej świadomości idei.


***

A już niedługo kolejna seria blogowa, dla której nie wymyśliłem jeszcze nazwy. Będzie w każdym bądź razie obrazoburcza (choćby dla Pastora Chojeckiego :) i obejmowała dużą rozpiętość czasową...