sobota, 14 kwietnia 2018

Syria: Explosion! Explosion! Explosion!




Marszałek Żukow stwierdził, że z Rosjanami można rozmawiać tylko za pomocą pałki. I właśnie Trump z Rosjanami rozmawia. I mówi językiem, który Rosjanie rozumieją.

Najpierw zamykanie rosyjskich placówek konsularnych i wydalanie dyplomatów, później sankcje wymierzone w rosyjskich oligarchów a teraz drugie uderzenie w Syrię (w kooperacji z Wielką Brytanią i Francją). Kwestią drugorzędną jest to kto tam jest bombardowany i dlaczego. Spory pomiędzy ludami semickimi powinny nas mało obchodzić. Może i atak na miasto Douma został przeprowadzony przez dżihadystów a nie Assada (tak jak ostrzegali wcześniej Ruscy), ale nie ma to żadnego znaczenia. Powinno nam całkowicie wisieć czy bombardowane są siły Assada, czy rebelianci, czy Państwo Islamskie, czy Kurdowie czy Izrael. Ważne jest jedno: Amerykanie kłócą się z Ruskimi a to dla nas znakomita sytuacja, zwiększająca naszą suwerenność.

Na Syrię spadło ponoć 100 rakiet a Ruscy twierdzą, że Syryjczycy przechwycili "wszystkie 13". Czyli rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej nie poradziły sobie z tak dużą salwą rakietową albo Ruscy bali się odpowiedzieć. Skuteczność ataku została obniżona przez ewakuację dużej części syryjskiego lotnictwa do rosyjskich baz. Ale Ruscy teraz się nieźle miotają. Nie wiedzą do końca jak reagować na działania kompletnie nieprzewidywalnego amerykańskiego prezydenta.

Po raz kolejny jest obalany na naszych oczach mit o tym, że Rosja wybrała Trumpa na prezydenta USA. Jeśli bowiem prawdą jest scenariusz kreślony przez Hillary Clinton, Christophera Steela, George'a Sorosa, Tomasza Piątka, Jana Śpiewaka, Aleksandra Ściosa i Michała Bąkowskiego, to oznaczałoby że na szczytach władzy w Moskwie zasiadają zdrajcy celowo szkodzący interesom Rosji. Trump przecież rozkręcił wyścig zbrojeń, wysłał dodatkowe wojska do naszego regionu, naciska sojuszników, by wydawali więcej na wojsko, wyrzuca z USA rosyjskich dyplomatów, wprowadza sankcje na oligarchów, bombarduje sojuszników Rosji - a nawet samych Rosjan. Na sekretarza stanu wyznaczył kolesia, który otwarcie przyznaje, że "zabiliśmy już kilkuset Rosjan w Syrii" i sugeruje, że może to zrobić jeszcze raz. Z takimi zimnowojennymi jastrzębiami jak Pompeo, Bolton, Haspell i Mattis u boku Trump wygląda raczej na agenta kompleksu wojskowo-przemysłowego, który udawał izolacjonistę, by wygrać wybory. Teorię tę uprawdopodobnia to, że poparcia Trumpowi na wczesnym etapie kampanii wyborczej udzielił Dick Chenney a teraz Trump ułaskawił jego bliskiego współpracownika "Scootera" Libby'ego.

Oczywiście wielu prawicowców będzie narzekać, że USA popierają dżihadystów w Syrii. A co Wam to przeszkadza? Gdyby nie okrucieństwa Państwa Islamskiego, to setki tysięcy "Grażyn" płakałoby nad losem "biednych syryjskich dzieci" i głosowało na partie, które by szeroko otworzyły Polskę na "dobrych ziomków imigrantów" z Bliskiego Wschodu i Afryki. Dżihadyści zaszczpili jednak tutaj autentyczny strach przed islamem. Bez kryzysu imigracyjnego (tutaj należą się podziękowania Erdoganowi), zmiany w naszym kraju nie byłyby możliwe. Dżihadyści stanowią znikome zagrożenie militarne, ale ich istnienie jest szczepionką przeciw islamizacji Zachodu. Powinniśmy więc do nich podchodzić pragmatycznie. Kochamy islam: ale za Odrą. U siebie wchodzimy w rolę przedmurza Zachodu i chrześcijaństwa. Dobrze nam to wychodzi. Piotr Lisiewicz kilka tygodni temu opisał jak jeden z jego znajomych został napadnięty przez imigrantów w Berlinie. Na pomoc rzucili się mu niemieccy skini. Zdziwiony mówił: "Panowie, ale przecież jestem Polakiem!". "Nic nie szkodzi! Nie mamy nic do Polaków ani nawet Żydów. Szanujemy polski rząd za jego politykę imigracyjną". :)

Przy okazji zdarzył się rzecz niebywała: rząd USA naciskał na Izrael, by zaprzestał konfliktu z Polską!  Tak jak się spodziewałem. Amerykanie chcą z nas zrobić swój lotniskowiec a Niemcy zostaną poddane stopniowemu "wyburzaniu".

***

A ja w poniedziałek wybieram się na Filipiny. W planach oczywiście jest wyrzucanie ludzi z helikoptera wspólnie z prezydentem Rodrigo Duterte. Wracam przed świętami majowymi. 


sobota, 7 kwietnia 2018

Jak Izrael (nie) ścigał nazistowskich zbrodniarzy

Ofiarom współczesnego systemu edukacji wyjaśniam na wstępie, że tytuł jest celową prowokacją. Wszyscy bowiem wiemy, że Izrael ścigał niemieckich, nazistowskich zbrodniarzy. A dokładnie: kilku lub najwyżej kilkunastu. Pozostałych, z różnych powodów, zostawił w spokoju.


Ilustracja muzyczna: Camila Cabello - Havana


Zapewne wszyscy słyszeliśmy o przypadku Adolfa Eichmanna. Eichmann był dyrektorem Departamentu IV B4 w RSHA odpowiedzialnego za sprawy żydowskie. Najpierw organizował kwestię żydowskiej emigracji z Rzeszy i terytoriów okupowanych, a po tym jak w grudniu 1941 r. załamał się plan masowych deportacji Żydów do Rosji, był jednym z koordynatorów akcji eksterminacyjnej. Odpowiadał m.in. za deportację Żydów z Węgier do Auchwitz-Birkenau. Eichmann po wojnie ukrywał się w Argentynie i został porwany w 1960 r. w Buenos Aires przez Mosad. Był najwyższym rangą nazistowskim dostojnikiem, który wpadł w ręce Izraela, więc jego proces w Jerozolimie stał się wielkim widowiskiem. Oczywiście został uznany za winnego ludobójstwa, skazany na śmierć i powieszony w 1962 r. Sprawa Eichmanna była sygnałem, że Izrael nie przepuści mordercom Żydów. Czy tak jednak było istotnie?



Adolf Eichmann był przede wszystkim człowiekiem, który wiedział zbyt wiele. Jego mentorami w SD byli: Grigorij Szwarc-Bostunicz, rosyjski imigrant, teozof i znajomy Gurdżijewa oraz Leopold von Mildentstein, oficer SD, który był wielkim zwolennikiem... syjonizmu. Mildenstein uważał, że Żydów z Europy można się pozbyć wspierając budowę żydowskiego państwa na Bliskim Wschodzie. W 1934 r. złożył on nawet oficjalną wizytę w Mandacie Palestyńskim, a podczas jednej z uroczystości z jego udziałem wisiały obok siebie flagi nazistowskie i syjonistyczne. Ten niezwykły oficer zaszczepił u Eichmanna zainteresowanie syjonizmem. Późniejszy architekt Holokaustu uczył się więc hebrajskiego i arabskiego a w 1937 r. odwiedził Mandat Palestyński. W tamtym czasie naziści stawiali przede wszystkim na zmuszanie Żydów do emigracji. Ta polityka się jednak nie sprawdzała, gdyż stawiali zbyt duże bariery finansowe emigrantom - Żyd wyjeżdżający z Rzeszy albo tracił majątek, albo go nie było stać, by zapłacić wszystkie opłaty administracyjne. Próbowano więc wspierać emigrację za pomocą Porozumienia Haavara (o transferze majątku emigrantów do Palestyny w zamian za zakup niemieckich dóbr przez żydowskich osadników) zawartego między Agencją Żydowską a rządem III Rzeszy (i bardzo ostro ocenianego przez ówczesnych prawicowych syjonistów spod znaku Żabotyńskiego). Eichmann starał się organizować żydowską emigrację do Palestyny aż do 1941 r. Przeszkodą była jednak brytyjska polityka zamknięcia granic Mandatu dla żydowskich uchodźców oraz arabskie sprzeciwy. (Gdy opcja emigracyjna odpadła, pozostało opcja masowych deportacji na tereny ZSRR, a później opcja ludobójstwa. Wielka Brytania torpedując opcję imigracyjną przyłożyła więc rękę do Holokaustu.) Eichmann szukał też alternatyw - np. zbudowania "rezerwatu żydowskiego" na Lubelszczyźnie. W trakcie wojny składał zaś środowiskom żydowskim oferty "przehandlowania" Żydów ze Słowacji i Węgier. Wysyłał przedstawicieli miejscowych społeczności żydowskich na negocjacje z aliantami i Agencją Żydowską. Oferty te były jednak zawsze odrzucane, a wysłanników podkablował Brytyjczykom późniejszy premier Izraela Mosze Sharet. Eichmann posiadał więc wiedzę stawiającą w fatalnym świetle establiszment z ówcześnie rządzącej Izraelem Partii Pracy, w tym premiera Dawida Ben Guriona.

Flashback: Sabatejskie obozy zagłady 



Co ciekawe, kilka lat temu odkryto, że Eichmann uratował w samym Berlinie około tysiąca Żydów. Jak czytamy:  "W styczniu 1945 r., gdy Trzecia Rzesza leżała już w gruzach, rosyjska piechota szturmująca okolice kancelarii Hitlera natknęła się na żydowski szpital i podziemne bunkry, w których ukrywali się Żydzi. Dziwnym zbiegiem okoliczności budynki były prawie nietknięte. Oprócz setki chorych, leżących w salach, Rosjanie znaleźli w podziemiach prawie tysiąc osób. Doszło do zbiorowych gwałtów. Żołnierzy uspokoiło dopiero kilku komisarzy, którzy przy pomocy specgrupy zaprowadzili porządek. Tyle „Sunday Times". Dalszy ciąg historii pochodzi już od naocznych świadków. – Kim jesteście? – zapytał jeden z komisarzy. – Jesteśmy Żydami i przez całe życie mieszkaliśmy w Berlinie – brzmiała odpowiedź. Rosjanin nie chciał uwierzyć, ponieważ jak większość sądził, że po niemieckich Żydach już dawno nie pozostał żaden ślad.
– Dobrze wszystko pamiętam – mówi „Wprost" Uri Levi, jeden z „listy Eichmanna", mieszkający obecnie w Izraelu. – Miałem wtedy 10 lat i rzeczywiście ukrywałem się w schronie pod szpitalem. Wraz ze mną było chyba sto dzieci młodszych i starszych ode mnie. Było jasne, że żyjemy dzięki opiece i przychylności kogoś na najwyższych szczeblach. Od czasu do czasu szpital odwiedzali oficerowie gestapo i SS. Nie wiedziałem, kim są. Dopiero w czasie procesu Eichmanna w Jerozolimie odkryłem, że jednym z odwiedzających był właśnie Eichmann. – Czy jest pan tego absolutnie pewny? – Po tylu latach nie mam absolutnej pewności, ale oficer ten był bardzo podobny do Eichmanna – odpowiada Levi. Kilka lat temu zwrócił się on do niemieckich władz z prośbą o przesłanie planu szpitala i informacji o podziemiach. Niemcy przesłali mu listę uratowanych żydowskich dzieci – mieszkańców bunkra. Na liście Levi znalazł swoje nazwisko i nazwisko jednego z kolegów.
Izraelska gazeta „Jedijot Achronot" poświęciła tej sprawie kilka stron, zamieszczając relacje świadków żyjących w Izraelu, a także archiwalne zdjęcia berlińskiego szpitala. Na jednym bez trudu można odczytać szyld w języku niemieckim: „Od 1 października 1938 r. leczeni będą tylko pacjenci Żydzi". Z relacji innego mieszkańca szpitalnego bunkra – Chaima Czemovica – wynika, że żydowskie dzieci znajdowały się przez całą wojnę pod szczególną opieką „kogoś z góry”. Zanim trafiły do szpitala, opiekowały się nimi niemieckie rodziny. – Opieka ta była problematyczna. Dopóki dostawaliśmy paczki żywnościowe z Czerwonego Krzyża, było jako tako. Dopiero gdy przestały przychodzić, przypominano nam na każdym kroku, że jesteśmy Żydami – zaznacza Uri Levi.
Nie ulega wątpliwości, że Międzynarodowy Czerwony Krzyż mógł pomagać Żydom w Berlinie tylko dzięki protekcji SS i gestapo. Nawet Noah Kliger, izraelski dziennikarz specjalizujący się w problematyce II wojny światowej i Zagłady, nie wyklucza, że Eichmann sporządził listę Żydów, których nie należało zabijać. W ten sposób kilkuset żydowskich pacjentów zostało uratowanych. – To niepodważalny fakt, niemieszczący się w zwyrodniałej logice nazistów. To jakaś tajemnica. Nie znajduję żadnego wytłumaczenia. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, jak naprawdę było – mówi Kliger. I podkreśla, że gdyby Eichmann ratował Żydów, znalazłoby to odbicie w czasie jego procesu w Jerozolimie. – Chociaż niczego nie można wykluczyć – dodaje. Warto przypomnieć, że w czasie pobytu w więzieniu w Jerozolimie Eichmann napisał kilka tomów pamiętników, które nigdy w całości nie zostały opublikowane."



Z osobą Eichmanna wiąże się oczywiście więcej tajemnic. Np. to dlaczego w Argentynie był w społeczności nazistowskich emigrantów niejako na bocznym torze? Nie miał dużego majątku, pracował w fabryce i jeździł komunikacją miejską. Tak jakby nazistowskie, emigranckie szychy odwróciły się od niego. Wiadomo jednak, że rząd RFN doskonale wiedział gdzie mieszka i pod jakim nazwiskiem ukrywa się Eichmann. Wysyłał mu nawet świadczenia. Sfrustrowany tą sytuacją prokurator żydowskiego pochodzenia Fritz Bauer przekazał Mosadowi w 1958 r. informacje o miejscu zamieszkania Eichmanna. Mosad nie mógł jednak zlokalizować jego aktualnego adresu, mimo że ten adres dano mu na tacy. Dwa lata później na tą sprawę natrafił premier Ben Gurion i poddał Mosad naciskom, by wreszcie zaczął coś robić. Mało brakowało więc a sprawa Eichmana byłaby spektakularnym zaniedbaniem izraelskiego wywiadu.




O ile o Eichmanie słyszeli wszyscy, to jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, że był on jednym z nielicznych nazistowskich zbrodniarzy ukaranych przez Izrael. Poza nim "izraelska sprawiedliwość" dotknęła tylko DWÓCH morderców Żydów z czasów Holokaustu. Jednym z nich był John Demjanjuk, Ukrainiec, będący jakoby rzekomo strażnikiem w obozie zagłady w Sobiborze. Został on skazany w 1988 r. przez izraelski sąd na karę śmierci, ale izraelski Sąd Najwyższy anulował ten wyrok i pozwolił Demjanjukowi wyjść na wolność. W 1965 r. Mosad zabił Herbertsa Cukursa, łotewskiego pilota i współpracownika SD znanego jako "rzeźnik z Rygi". I tyle. Więcej nazistów Izraelczycy nie zabili.

Przypomnijmy: Mosad to agencja szpiegowska, która w swojej historii dokonała wielu spektakularnych zamachów na arabskich terrorystów oraz innych wrogów Izraela. I przez blisko 70 lat zabiła tylko JEDNEGO nazistę. I to takiego, który nie był Niemcem tylko funkcjonariuszem wschodniej policji pomocniczej. Czy to nie dziwne?



Okazuje się, że Mosad w 1963 r. sporządził listę niemieckich zbrodniarzy do likwidacji. I nie zdołał zabić żadnego z nich. Każda próba zamachu była spieprzona. W 1977 r. cięty na Niemców premier Menachem Begin "kopnął w tyłek" szefa Mosadu i nakazał mu wziąć się poważnie za ściganie nazistowskich ludobójców. Mosad sporządził więc nową listę celów. I nie zdołał dorwać nikogo znajdującego się na niej. Agenci Mosadu popisywali się przy tym zadziwiającą niekompetencją - np. w zamachu na Waltera Rauffa, wynalazcę ruchomych komór gazowych, rzekomo przeszkodził im szczekający pies. Mosad był najbliżej zabicia Aloisa Brunnera, współpracownika Eichmanna. Izraelski wywiad wziął się do pracy poważnie, gdyż Brunner szkolił syryjską bezpiekę i stanowił przez to duże zagrożenie. W 1961 i 1980 r. wysłano mu bomby w listach. Brunner stracił oko i kilka palców w eksplozjach. Ale zmarł śmiercią naturalną w 2010 r. w Damaszku.



Mosad też był bardzo leniwy przy kompilowaniu list celów. Znalazło się na nich tylko kilkunastu nazistowskich zbrodniarzy. Choć przecież tysiące z nich żyło w Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie, w Hiszpanii, w Niemczech, ale też w USA i Kanadzie. Wielu z nich nawet specjalnie się nie ukrywało i można było wśród nich znaleźć wielkie szychy. Kwestię tego, czy Hitler rzeczywiście popełnił samobójstwo w bunkrze w 1945 r. odłóżmy na bok, choć FBI po wojnie długo zbierała doniesienia różnych świrów, którzy rzekomo widzieli Fuehrera w Argentynie. (Moim zdaniem wersje mówiące, że Hitler zginął w zamachu z 20 lipca 1944 r., zginął w Berlinie 30 kwietnia 1945 r. i zmarł w Argentynie po wojnie są równie prawdopodobne - w nich wszystkich brakuje kluczowych dowodów.) Można było jednak stosunkowo łatwo dorwać Martina Bormanna - agent francuskich służb Pierre de Villemarest natknął się na niego dwukrotnie w południowych Niemczech po wojnie i wiedział, że Bormann swobodnie sobie podróżuje po świecie. Sekretarz Hitlera zmarł w 1959 r. w miejscowości Ita w Paragwaju a na jego pogrzebie był m.in. konsul RFN.(Grób później rozkopano i oblepione czerwoną ziemią kości - z plombami w zębach wstawionymi w latach '50-tych - podrzucono na budowie w Berlinie. W ten sposób oficjalnie uznano Bormanna za zmarłego i ktoś mógł wreszcie położyć łapy na jego funduszach.) Szef Gestapo Heinrich Mueller przeszedł na stronę Sowietów, ale później się uniezależnił. Żył sobie spokojnie w Ameryce Południowej, aż w 1954 r. został porwany przez czechosłowacki wywiad w Wenezueli. (Wiemy to dzięki relacji Rudolfa Baraka, byłego szefa czechosłowackiego wywiadu.) Później przekazano go Sowietom i zmarł prawdopodobnie na początku lat '60-tych w okolicach Workuty. Skoro czechosłowackiej bezpiece udało go się porwać, to czemu izraelskiemu wywiadowi miałoby się nie udać? Może dlatego, że Mosad nigdy nie próbował go dorwać.

Okazuje się też, że Izrael o wiele ostrzej ścigał hitlerowskich kolaborantów pochodzenia żydowskiego niż niemieckich nazistów. W latach 1950-1961 skazano w Izraelu za kolaborację z Niemcami 29 Żydów.



Czemu Izrael okazywał tak mało energii w ściganiu niemieckich morderców Żydów? De Villemarest zauważył, że już w połowie lat '50-tych, aktywność Mosadu wokół nazistowskich enklaw w Ameryce Południowej mocno się zmniejszyła. Tak jakby ta agencja wywiadowcza odpuściła sobie ten temat. Dlaczego tak się stało? Według de Villemaresta prawdopodobnie dlatego, że w 1953 r. weszło w życie porozumienie między Izraelem a RFN w sprawie odszkodowań za Holokaust. Porozumienie to było wynegocjowane przez Mosze Shareta oraz zachodnioniemieckiego kanclerza Konrada Adenauera, w którego administracji roiło się od dawnych nazistów. (Szef jego kancelarii Hans Globke był współautorem Ustaw Norymberskich.) Izraelska prawica - z Beginem na czele - zareagowała na tę umowę oburzeniem. Doszło do zamieszek i zamachów bombowych na niemieckie instytucje. Begin uważał, że w ten sposób Niemcy kupują sobie w Jerozolimie bezkarność.

Niemieckie państwo cały czas dbało o to, by nazistowskim zbrodniarzom nie spadł włos z głowy. Czasem, pod naciskiem Amerykanów, poświęcało jakieś płotki w stylu szeregowych strażników z Auschwitz, ale jednocześnie udzielało pomocy konsularnej zbrodniarzom ukrywającym się w innych krajach, wypłacało im świadczenia, niszczyło dowody, umarzało sprawy... Jeden ze strażników z obozu Terezin został uniewinniony, bo niemiecki sąd uznał, że 1200 obciążających go zeznań świadków nie jest wiarygodnych.



W środowisku nazistowskich imigrantów cały czas utrzymywała się paranoja i obawa przed "żydowską zemstą". Tak naprawdę jednak ta zemsta nadchodziła bardzo rzadko. O wiele częściej naziści ginęli z rąk swoich dawnych kolegów. Wielu z nazistów emigrowało do Ameryki Łacińskiej i na Bliski Wschód. Doradzali tamtejszym rządom, armiom i służbom specjalnym. Często więc dostawali oferty od innych służb. Pracowali dla Stasi, dla BND, dla Sowietów, dla CIA a nawet dla Mossadu - jak... Walter Rauff i "kapitan dupa" Otto Skorzenny. Naziści może i zabili 6 mln Żydów, ale po wojnie bywali użyteczni, więc można było na to machnąć ręką.

Flashback: Największe sekrety - Kapitan Dupa



Do nielicznych chcących ścigać Niemców należał Menachem Begin. Nie mógł im wybaczyć, że zabili mu większość rodziny w Holokauście. Irytowało go również to, że Izraelczycy chętnie  kupowali samochody niemieckich koncernów korzystających z Holokaustu oraz cenili niemiecką kulturę. Organizował więc bojówki złożone z młodych sefardyjskich Żydów, które tłukły samochody niemieckich marek. Młodzi Sefardyjczycy lubili takie akcje - czuli się dyskryminowani przez Żydów Aszkenazyjskich, więc rozwalenie Mercedesa bogatemu jekke sprawiało im przyjemność. Gdy w 1983 r. Izrael odwiedzał niemiecki kanclerz Helmut Kohl, Begin przyspieszył o kilka tygodni swoją planowaną dymisję (będącą skutkiem nieudanej wojny libańskiej). Nie chciał stać na baczność do melodii niemieckiego hymnu.

sobota, 31 marca 2018

Jak Jezus wyzuckerbergował Żydów



W oficjalnych narracjach dotyczących Holokaustu często podnoszony jest zarzut o współwinie Kościoła Katolickiego oraz papieża Piusa XII w zagładzie Żydów. W jaki sposób Pius XII miał pomagać w mordowaniu Żydów? Być może udzielając tysiącom z nich schronienia w Watykanie i Castel Gandolfo? A może organizując wielką potajemną akcję pomocową, w której obok kościelnych struktur współuczestniczyły organizacje żydowskie z Ameryki Południowej i wielki rabin Zagrzebia? A może czynnie wspomagając spiski mające na celu zabicie Hitlera i zakończenie wojny?

Flashback: Największe sekrety - Pontifex: Mit brennender Sorge



Zaangażowanie Piusa XII w pomoc dla Żydów sprawiło m.in., że Izrael Zolli, główny rabin Rzymu, przeszedł na katolicyzm i z wdzięczności dla papieża Eugenio Pacellego przyjął imię Eugenio. Późniejsza izraelska premier Golda Meir dziękowała zaś papieżowi za pomoc okazaną przez Kościół Żydom w trakcie wojny. Niezaprzeczalnym faktem jest też to, że aż do lat 60. nikt Piusa XII ani Kościoła o sprzyjanie nazistom nie posądzał - nikt poza prymitywnymi sowieckimi propagandystami. Wszak o ile byli księża uczestniczący w Holokauście - np. słowacki przywódca ks. Józef Tiso czy niektórzy ustaszowscy kapłani z Niezależnego Państwa Chorwackiego - to oskarżanie całego Kościoła o współudział w ludobójstwie jest sporym nadużyciem. (Równie dobrze można powiedzieć, że cały naród żydowski był współwinny Holokaustu, gdyż w ludobójstwie pomagały Judenraty czy Żydowska Policja a wśród nazistów znajdowali się niepełni Aryjczycy tacy jak Heydrich.) Tysiące księży, zakonnic i świeckich katolików czynnie angażowało się zaś w ratowanie Żydów. Wystarczy wspomnieć choćby żydowskie dzieci ukrywane w polskich klasztorach czy założycielkę Żegoty "mocherową" katolicką pisarkę Zofię Kossak-Szczucką. W ratowanie Żydów angażowali się nawet tacy znani przedwojenni antysemici jak ks. Marceli Godlewski czy ks. Stanisław Trzeciak.  W Niemczech katolicy należeli zaś do najbardziej aktywnych działaczy opozycji antyhitlerowskiej a najbliżej zabicia Hitlera był fanatyczny katolik von Stauffenberg. Czemu więc teraz słyszymy, że katolicy i Kościół powinni przepraszać Żydów za Holokaust?



Obwinianie katolików za ludobójstwo dokonane na Żydach jest w dużej mierze trendem, który narodził się w latach 60. wraz z transformacją społeczną na Zachodzie. Nowa narracja mówiła, że biały, chrześcijański Zachód jest winny wszystkiemu złu na tym świecie: kolonializmowi, niewolnictwu, "patriarchalnej opresji kobiet", homofobii, rasizmowi,"kapitalistycznemu wyzyskowi" i oczywiście faszyzmowi (tak jakby wszystkie te zjawiska nie występowały w innych kręgach cywilizacyjnych i nie były nieodłączną częścią ludzkiej natury...). Zachód trzeba więc było zreedukować uderzając w jego filary cywilizacyjne: "patriarchalizm białego człowieka" oraz w chrześcijaństwo. Oczywiście nie da się skutecznie uderzyć w chrześcijaństwo nie uderzając w najpotężniejszy i najliczniejszy kościół chrześcijański, czyli w Kościół Katolicki. W oczach tych inżynierów społecznych miał on przemienić się w wiecznie kalającą się za prawdziwe i rzekome grzechy, nieatrakcyjną instytucję. "Trzeba doprowadzić do takiego stanu, by na ambonach stali sami najwięksi gamonie, a słuchały ich tylko stare babiny" - mówił swego czasu Adolf Hitler, niejako antycypując Sobór Watykański II.



Kampania oskarżeń mająca przypisać Kościołowi winę za (antykatolicki, okultystyczny, volkistowski) niemiecki narodowy socjalizm padła jednak na podatny grunt. Grunt antychrześcijańskich uprzedzeń wśród części społeczności żydowskiej, która postrzega barwną historię swojego narodu tylko jako pasmo prześladowań dokonywanych przez "złych gojów" (a pomija tysiąclecia koegzystencji z gojami). Zgodnie z jej narracją, naród żydowski ciągle w swojej historii napotykał na inkarnacje Hitlera: faraon był Hitlerem, Nabuchodonozor był Hitlerem (i miał przy tym 140 metrowego kutasa, którym zerżnął króla Sedecjasza), Antioch był Hitlerem, Pompejusz był Hitlerem, Tytus i Hadrian byli Hitlerami, Torquemada był Hitlerem, Chmielnicki był Hitlerem, carowie byli Hitlerami, Ungern był Hitlerem, Petlura był Hitlerem, Nasser był Hitlerem, Saddam był Hitlerem, każdy lokalny watażka nie lubiący Żydów był Hitlerem, a każdy chuligan, który wywrócił stragan w jakimś sztetle na zadupiu był niemalże Eichmannem jeśli nie Heydrichem a grupka pięciu nazioli z Wodzisławia Śląskiego wcale nie robiła głupich rzeczy w lesie, tylko organizowała nową konferencję  w Wansee. W tej paranoicznej narracji (deprecjonującej prawdziwy Holokaust i ośmieszającej jego ofiary) oczywiście Pius XII i wszyscy przedsoborowi papieże musieli być Hitlerami a rzesze katolików zdyscyplinowaną armią niczym SS. I oczywiście ta armia przez prawie dwa tysiące lat nie robiła nic innego tylko prześladowała Żydów. Tylko dziwnym trafem Żydzi ten trwający 2 tysiące lat "nieustanny Holokaust" przetrwali, a często w jego trakcie prosperowali materialnie.

Flashback: 800 mln zabitych Żydów - starożytny Holokaust, o którym nie mieliście pojęcia





Nie neguje bynajmniej istnienia chrześcijańskiego antysemityzmu i antyjudaizmu. Było go nawet w dawnych wiekach całkiem sporo. Ale znajmy proporcję. Owszem były pogromy w średniowiecznej Europie, ale przecież to był też czas takich zdarzeń jak: wojna stuletnia, bunty miejskie i chłopskie w stylu żakerii czy powstania Wata Taylora, wojny husyckie, nieszpory sycylijskie... Średniowiecze było ogólnie brutalną epoką w której przemoc była najczęściej wybieraną metodą rozwiązywania sporów. Ludzie w tamtych czasach oślepiali, kastrowali i ćwiartowali swoich wrogów. Pogromy po prostu wpisywały się w tę epokę, tak jak niewolnictwo w starożytność a epidemia syfilisu w oświecenie. Stanowiły po prostu sposób rosnącego w siłę mieszczaństwa do pozbycia się nielubianej ekonomicznej konkurencji. (Często podczas pogromów palono księgi rachunkowe żydowskich lichwiarzy.) To zaś, że Żydzi koegzystowali z chrześcijanami w wielu krajach (nie tylko w Rzeczypospolitej) przez setki lat świadczy, że antyjudaizm przyjmował wówczas zwykle mniej drastyczne formy.

Jak pisał Karol Zbyszewski w swoim nieocenionym "Niemcewiczu od przodu i tyłu" :




"Jeszcze śwątobliwszym mężem był ksiądz Obłoczyński - asceta, co się nawet na odpustach u Bernardynów nie upijał. Ciocia Bisia całowała ślady jego stóp w ogrodzie. Kazania miał tak płomienne, że spędzano na nie wszystkich żydów z Brześcia w nadziei, że ich nawróci. Choć gadał po 6 godzin i wymachiwał trupią czaszką - żydy zostawały przy swoim.

Nad nawróceniem żydziąt pracował niestrudzenie i pan Marceli. Nie kupił smaru ani nitki w Brześciu nie palnąwszy przy okazji parchom wykładu teologicznego. Gdy krawcy zjeżdżali do Klenik na generalne szycie, pan Marceli szedł do ich pracowni z biblią pod pachą i nuż tłómaczyć, a przekonywać. Żydłaki oponowały ostro, dyskusja kończyła się paru kopniakami, raz Talmud powędrował w ogień. Jednak co piątek żydziska łagodniały, zdawało się, że Duch Święty przenika im do głowy - uradowany pan Marceli, prócz umówionej zapłaty, dawał im na szabas parę gęsi, kur i worek kaszy. Krawcy wracali z Brześcia w poniedziałek, po dobrych dyspozycjach nie było śladu.

(...)

Odwiecznym zwyczajem, na pamiątkę Męki Pańskiej, żacy warszawscy tłukli żydów w Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Straż marszałkowska nie przeciwstawiała się pięknej tradycji, żydzi wzniecali srogi wrzask, ale ani im do głowy nie przychodziło siedzieć w domu. Bogobojni mieszczanie nie handlowali w te wielkie dnie - były to więc ich benefisy. Dla podwójnego zarobku można było znieść parę kuksańców, żałowali, że tak nie jest krągły rok."

De facto często było tak, że Kościół Żydów chronił przed tym, motywowane ekonomicznie mieszczaństwo i chłopi nie spuszczali im zbyt mocnego wpierdolu. W Rzymie, a w więc w Państwie Kościelnym, Żydzi spokojnie żyli sobie we własnej dzielnicy i zajmowali się handlem katolickimi dewocjonaliami na Placu Św. Piotra. Zachowały się włazidupcze listy pisane przez przedstawicieli społeczności żydowskiej do nowowybranych papieży ze średniowiecza i renesansu. Jeden z tych papieży zastawił nawet żydowskim bankierom swoją tiarę. O jakim więc "odwiecznym antysemityzmie" tutaj mowa? Nie zapominajmy też, że Kościół przez cały czas liczył, że uda się kiedyś Żydów nawrócić na katolicyzm jako cały naród. I całkiem sporo Żydów na katolicyzm przeszło - np. rodzice hiszpańskiego wielkiego inkwizytora Torquemady czy przodkowie gen. Franco.



Obraz będzie niepełny jeśli nie wspomnimy, że obok chrześcijańskiego antyjudaizmu istniało judaistyczne uprzedzenie do chrześcijaństwa. Ot np. wśród części ortodoksyjnych Żydów zachował się zwyczaj plucia na chrześcijan i chrześcijańskie symbole. Zwyczaj ten wywołuje współcześnie zażenowanie wśród świeckich Żydów, w tym działaczy ADL.  Wiążę się z nim historia dotycząca jednej z rzeźb na praskim Moście Karola. Cesarz pewnego dnia zauważył, że miejscowi Żydzi przechodząc obok  krucyfiksu na moście obsesyjnie plują na ukrzyżowanego Jezusa. Zarządził więc, by gmina żydowska na własny koszt umieściła na krucyfiksie złote hebrajskie litery - jedno z imion Najwyższego. Plucie skończyło się. Czy zdarzało Wam się pluć na ulicy na wizerunki znienawidzonych polityków, celebrytów czy postaci fikcyjnych? Nie, bo takie zachowanie może być uznane za oznakę zaburzeń psychicznych. Dla części ortodoksyjnych Żydów jednak takie zachowanie było normą. Jak wielki musieli mieć kompleks na temat Jezusa, by w tak dziecinny sposób wyładowywać swoje frustracje?



Przykładem na te frustracje jest również będąca dodatkiem do Talmudu hagada "Toledot Jeszu", czyli "Historia o Jezusie". Jezus jest tam przedstawiony jak syn ulicznicy i rzymskiego żołnierza. Twórca chrześcijaństwa praktykuje tam czarną magię i w ten sposób uzyskuje moc czynienia cudów. Kradnie też Imię Boże, ale ginie w powietrznym pojedynku magicznym z jednym ze znanych rabinów. Po śmierci trafia do Piekła, gdzie gotuje się w dole ze wrzącymi ekstrementami. Obok wróżbity Baalama i rzymskiego cesarza Tytusa. To jak widać typowa, pełna ekstremalnej przesady bliskowschodnia historyjka. Została skompilowana prawdopodobnie w VI w., ale jej fragmenty pochodzą z wcześniejszych stuleci, czyli z czasów, gdy chrześcijaństwo było prześladowaną, niszową religią, która w żaden sposób nie mogła prześladować Żydów. Ten paszkwil (którego rozpowszechniania zakazały władze żydowskiej społeczności w Rzeczypospolitej w 1561 r.), wraz z pismami Ojców Kościoła i relacjami z Nowego Testamentu wskazuje, że judaistyczny kompleks na punkcie Jezusa i chrześcijaństwa powstał na bardzo wczesnym etapie istnienia Kościoła. Czym był on spowodowany?



"Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał." - J 2,13-15. Wspomniani w Ewangelii według Św. Jana "bankierzy" byli ludźmi pasożytującymi na wiernych odwiedzających Świątynię Jerozolimską. Wierny musiał w niej składać ofiarę, ale ofiara złożona w rzymskich monetach - zawierających wizerunek pogańskiego cesarza uważającego się za Boga była zabroniona. Bankierzy wymieniali więc rzymskie monety na swoje żetony - oczywiście robili to po złodziejskim kursie. Jezus wściekł się więc na tych "finansistów" i wyrzucił ich ze Świątyni. Został wówczas uznany przez świątynny establiszment za niebezpiecznego radykała. Ówczesny establiszment żydowski był zaś takim Judenratem - instytucją kolaboracyjną mającą pomagać Rzymianom w zaprowadzaniu spokoju w Judei. (Strażników świątynnych, którzy aresztowali Jezusa w Ogrodzie Oliwnym można zaś porównać do Policji Żydowskiej z getta.)



"Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.  Niektórzy z nich udali się do faryzeuszów i donieśli im, co Jezus uczynił.  Wobec tego arcykapłani i faryzeusze zwołali Wysoką Radę i rzekli: «Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród». Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: «Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę,  że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród»." - J 11, 45-50.
W słowach arcykapłana Kajfasza przebijał podobny "realizm polityczny" jak u Chaima Rumkowskiego. Gdyby Ziemkiewicz nie był endekiem, to by pewnie nie mógł się jego postawy nachwalić :)



Ówczesny establiszment żydowski znalazł się jednak wkrótce potem na śmietniku historii, przygnieciony gruzami zburzonej przez Rzymian Świątyni lub konający na tysiącach krzyży ustawionych przez rzymskich żołnierzy wzdłuż dróg Judei. Kompleks antychrześcijański zyskał jednak nowe paliwo. Jezus stał się fałszywym Mesjaszem, który parał się czarną magią i "ukradł Imię Boże". Mesjasz na którego oczekiwali wówczas Żydzi miał być przede wszystkim przywódcą polityczno-religijnym, który doprowadzi do budowy żydowskiego imperium obejmującego kawał Bliskiego Wschodu (od Nilu do Eufratu), będzie dyktatorsko panował z pełnej monumentalnych budowli Jerozolimy i zmusi gojów do niewolniczej pracy dla Żydów. Takiej wizji hołdują do dzisiaj niektóre ultraortodoksyjne środowiska. (A teraz porównajmy sobie takiego Mesjasza z Hitlerem, którego celem było stworzenie wielkiego europejskiego obszaru gospodarczego zdominowanego przez Niemcy, którym rządziłby po dyktatorsku z pełnego monumentalnych budowli Berlina i zmuszał "podludzi" do niewolniczej pracy dla Niemców.) Jezus takiej politycznej wizji mesjańskiej nie wypełniał - co było zresztą jednym z motywów zdrady Judasza Iskarioty. Zamiast tego stworzył "religijne Imperium" - Kościół istniejący do 2 tysięcy lat, który nie tylko rozłożył Imperium Rzymskie od środka, ale również stał się jego sukcesorem. Podczas gdy trybalistyczny, etnocentryczny judaizm napotkał naturalne bariery rozwoju, Jezus stworzył uniwersalistyczną religię, którą odniosła ogromny sukces i skutecznie zasymilowała pogańskie religie ludów indoeuropejskich. 



Jezus tym samym popełnił w oczach Żydów największą możliwą zbrodnię - wyzuckerbergował ich! Żydzi poczuli się jak bracia Winklevoss, którym Mark Zuckerberg ukradł pomysł na portal społecznościowy, który odniósł gigantyczny sukces. Tak samo Jezus przejął żydowski kod kulturowy, poprawił go i skutecznie sprzedał na całym świecie. Żydzi nie załapali się na globalny sukces chrześcijaństwa i na całe stulecia znaleźli się na bocznym torze cywilizacji. W tym tkwią korzenie ich antychrześcijańskiej traumy.



Czy Jezus ukradł więc "imię Boże" czy rzeczywiście był Mesjaszem, którego Żydzi przeoczyli? Odpowiedź na to pytanie zależy od Waszej indywidualnej wiary. Ja w każdym bądź razie często się zastanawiam, czy Jezus nie dokonał wrogiego przejęcia religii monoteistycznej. Miłosierny i niezwykle praktyczny Bóg z Nowego Testamentu bardzo różni się bowiem od Boga ze Starego Testamentu. Jahwe w Starym Testamencie spuszcza na Ziemię Potop, dokonuje rzezi małych dzieci, narzuca Żydom często absurdalne przepisy rytualne, zabija ludzi, którzy chcą uchronić Arkę Przymierza od wpadnięcia w błoto, namawia do ludobójstwa i każe swoim wyznawcom kaleczyć sobie fiuty. (Ponoć miał to być znak poddania się Bogu, ale przecież starożytni Hebrajczycy nie chodzili z genitaliami na wierzchu. Poza tym czemu nie nakazał kobietom w równie drastyczny sposób okazywać poddanie się sobie? Różni specjaliści medyczni starają się od 200 lat dowieść, że obrzezanie zapobiega takich chorobom jak: ślepota, epilepsja, rak, gruźlica, AIDS a ponadto zapobiega masturbacji i "gwałceniu białych kobiet przez Murzynów". Z drugiej strony są lekarze twierdzący, że obrzezanie prowadzi do mniejszej satysfakcji seksualnej, a ta z kolei źle wpływa na psychikę. Niektórzy wskazują też na dużą korelację między obrzezaniem a sprawstwem gwałtów.) 
"Bóg" ze Starego Testamentu jest tak różną istotą od Boga z Nowego Testamentu , że Żydzi mieli więc prawo podejrzewać Jezusa o to, że ukradł im "Imię Boże".

Flashback: Największe sekrety - Pontifex: Disciplina Arcani

***



A moim Czytelnikom życzę Wspaniałych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego!

niedziela, 25 marca 2018

Największe sekrety: Samael - Zagadka liczby 322


Ilustracja muzyczna: Jesper Kyd - Apocalypse - Hitman OST



Kadry decydują o wszystkim. A jak wybiera się kadry? Kto przepuszcza ludzi do elity?

Historia pewnego uczelnianego bractwa stanowi ciekawy przykład jak to się działo na gruncie amerykańskim.



W 1823 r. Samuel Russell zakłada w Bostonie spółkę Russell & Company. Jej model biznesowy? Zakupy opium w Turcji i jego sprzedaż do Chin. Po połączeniu w 1830 r. z syndykatem Perkinsa staje się ona największym amerykańskim handlarzem opium. Szefem jej operacji w Kantonie jest Warren Delano Jr., dziadek prezydenta Franklina Roosevelta. Partnerami w interesach Russella są m.in. rodziny Forbesów, Perkinsów i Coolidge'ów. Nas jednak w tej historii najbardziej interesuje kuzyn Samuela Russella - generał William Huntington Russell.



Gen. Russell studiuje na początku lat 30-tych XIX w. w Prusach. Chłonie tam filozofię Hegla i angażuje się w działalność tajnych stowarzyszeń uniwersyteckich. Wzorując się na jednym z nich zakłada w 1832 r. na Uniwersytecie Yale Bractwo Kości i Czaszki - Skull and Bones Society. Od tamtej pory każdego roku wybieranych jest 15 studentów pierwszego roku z Yale, którym proponuje się wstąpienie do Bractwa. No cóż, bractw studenckich na amerykańskich kampusach jest wiele. Ich członkowie zajmują się głównie ostrym piciem, dymaniem uczelnianych zdzir i robieniem różnych głupot. Mają różne głupie rytuały przyjęcia (na stronach porno jest mnóstwo prawdziwych i wyreżyserowanych filmików z żeńskich bractw), które czasem prowadzą do śmiertelnych incydentów.  Cała ta kultura bractw była też wielokrotnie wyśmiewana - choćby w klasycznej komedii "Zemsta frajerów". Co sprawia więc, że Bractwo Kości i Czaszki jest takie wyjątkowe? Czy jego rytuały (leżenie nago w trumnie i spowiadanie się ze swoich doświadczeń seksualnych) tak mocno się różnią od rytuałów bractw przeznaczonych dla "karków"?




Po pierwsze, Bractwo Kości i Czaszki nie jest organizacją dla uczelnianych półgłówków z drużyn futbolowych. Skupia tzw. perspektywiczną elitę: synów z bogatych rodzin lub bardzo zdolnych studentów. Jego celem jest nie tylko miłe wspólne spędzanie czasu, ale też budowanie siatek powiązań, które mogą zaprocentować w przyszłości. Bractwo wyróżnia się też tym, jego pracom towarzyszy niezwykły poziom tajemnicy. Informacje które o nim mamy są efektem dwóch włamań do jego siedziby "Grobowca" z ostatnich 180 lat i przecieków od niektórych jego członków. Tajemnicą nie jest jednak samo istnienie Bractwa ani jego (niekompletna) lista członków. W 1876 r. do "Grobowca" włamali się studenci z Bractwa "The Order of File and Claw". Opisali później w swojej gazetce wnętrza siedziby głównej Skull and Bones. Pomieszczenia były wyłożone czarnym aksamitem. Na ścianie jednej z sal znajdował się pentagram. Były też portrety założycieli niemieckiego Bractwa, którego Skull and Bones było filią. Na jednej ze ścian wisiała rycina przedstawiająca otwarty grób i cztery czaszki na nagrobkach, a obok nich: czapkę błazna, otwartą księgę, łachmany żebraka i królewską koronę. Z nimi był kamienny łuk a nim wyryte: "Wer war Der Thor, wer Weiser, wer Bettler, oder Kaiser? Ob Arm, ob Reich, im Tode gleich" - czyli "Kto był głupcem, kto mędrcem, kto żebrakiem a kto cesarzem? Czy biedny, czy bogaty, w śmierci równy." Ta sentencja pochodziła bezpośrednio z rytuałów bractwa Illuminatów - które zaczynało przecież jako bractwo akademickie na Uniwersytecie Ingollstadt. Osobie wstępującej do illuminatów pokazywano czaszkę lub szkielet i pytano, czy należał on do bogacza czy do biedaka. W "Grobowcu" znajduje się oczywiście prawdziwa ludzka czaszka -  ponoć czaszka indiańskiego wodza Geronimo wykopana z grobu w 1918 r. przez Prescotta Busha, ojca prezydenta George'a H.W. Busha i zarazem dziadka prezydenta George'a W. Busha.



Najważniejszy pokój "Grobowcu" nosi numer 322. Liczba 322 pojawia się również w insygniach Bractwa pod trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. Niektórzy z członków Bractwa należący do CIA używali liczby 322 jako znaku rozpoznawczego w swoich misjach. W archiwach Yale zachował się list członków Skull and Bones mówiący, że jest to odniesienie do roku 322 przed Chrystusem. Wówczas to samobójstwo popełnił grecki polityk Demostenes a w Atenach wprowadzono plutokratyczny rząd, który postanowił, że tylko mężczyźni posiadający co najmniej 2 tys. drachm majątku mogą być obywatelami miasta. Sens tego powiązania jest bardzo niejasny. Być może, że po prostu dopasowano później historię do tego, że loży w Yale nadano w centrali numer 322 lub 3.22.




Członkowie Bractwa, podobnie jak Illuminaci, dostają nowe imiona po wstąpieniu w jego szeregi. I tak np. Averell Harriman był znany jako Thor, Henry Luce jako Baal, McGeorge Bundy jako Odyn, George H. W. Bush jako Magog, John Kerry wybrał sobie imię Long Devil, George W. Bush dostał "Temporary" bo nie mógł się na nic zdecydować. Jak już wspomniałem, lista członków jest w zasadzie półjawna. Część z niej nawet znajduje się na Wikipedii.  Oczywiście Skull and Bones przekonuje, że jest jedynie nieszkodliwym bractwem studenckim. Nie ma nic wspólnego z Illuminatami, spiskami, okultyzmem itp. Może i nawet to prawda. Ale, np. profesorowi Anthony'emu Suttonowi odmówiono dostępu do dokumentów Russell Trust, organizacji finansującej Bractwo. A im bardziej wgłębiamy się w biografie członków Skull and Bones, tym ciekawsze wychodzą koneksje.



Ciekawą osobą był na pewno założyciel Bractwa gen. William Huntington Russell. W latach 40-tych XIX w. założył szkołę dla chłopców, w której wprowadził militarny dryl. Twierdził, że przygotowuje ich na wojnę domową, która za jakiś czas wybuchnie. Russell był politykiem partii Whigów, współtwórcą Partii Republikańskiej i przyjacielem znanego terrorysty Grzegorza Johna Browna. Brown wyznaczył go jako wykonawcę swojego testamentu. Drugi z założycieli Bractwa Alphonso Taft był prokuratorem generalnym w administracji Granta, ambasadorem w Wiedniu i Sankt Petersburgu oraz ojcem prezydenta Williama Howarda Tafta, który też należał do Skull and Bones, ale skłócił się z establiszmentem. Z prominentnych XIX-wiecznych członków Bractwa wypada też wymienić: Williama M. Evartsa - prokuratora generalnego za Johnsona, sekretarza stanu za Hayesa i Garfielda. Największe wpływy "kościeje" osiągnęli jednak dopiero w XX w.



Trójka członków Bractwa: Daniel Coit Gilman, Andrew Dickinson White oraz Timothy Dwigt, kierowała trzema wielkimi uniwersytetami, współtworzyła też: Amerykańskie Towarzystwo Ekonomiczne, Amerykańskie Towarzystwo Chemiczne i Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne. Poprzez swoich uczniów: Johna Deweya i Horace'a Manna tworzyła mocno zjebany system edukacji publicznej w USA a także ideologię progressywizmu - ideologię władzy elit z czasów Teddy'ego Roosevelta, Woodrowa Wilsona i Franklina Roosevelta. Prof. Sutton pisał więc, że Bractwo kontroluje edukację w USA.



Członkowie Bractwa tworzy oczywiście między sobą kręgi zależności. I tak np. William Collins Whitney, sekretarz marynarki za czasów Clevelanda, miał prawnika o nazwisku Elihu Root (spoza Bractwa), który był sekretarzem wojny za McKinleya i Roosevelta oraz sekretarzem stanu za Roosevelta. Root był mentorem "kościeja" Henry'ego Stimsona, który był sekretarzem wojny w latach 1911-1913, sekretarzem stanu w latach 1929-1933 i znów sekretarzem wojny w latach 1940-1945. Jego bliskim współpracownikiem był "kościej" Harvey Hollister Bundy. Nadzorował on m.in. Projekt Manhattan a po wojnie współtworzył Plan Marshalla, kierował m.in. Fundacją Carnegiego i wspierał finansowo obronę Algera Hissa, sowieckiego szpiega w Departamencie Stanu. Synami Harveya Hollister Bundy'ego i zarazem "kościejami" byli William Bundy i McGeorge Bundy. Pracowali oni w CIA (drugi z nich też w wywiadzie wojskowym), Departamencie Stanu i Departamencie Obrony. Doradzali Kennedy'emu i Johnsonowi w kwestii wojny wietnamskiej - czyli planowali jak tej wojny nie wygrać i jak korzystając z niej przemodelować amerykańskie społeczeństwo. William wydawał później "Foreign Affairs" pismo Rady ds. Stosunków Zagranicznych i był honorowym przewodniczącym amerykańskiego oddziału grupy Bilderberg. McGeorge kierował Fundacją Forda. Taka to patologiczna rodzinka Bundych.



Inny ciekawy krąg wśród "kościeji" stanowili Harrimannowie i Bushowie. Averell Harriman to założyciel firmy inwestycyjnej Brown Brothers Harriman. Był on też biznesmenem mocna zaangażowanym w handel ze Związkiem Sowieckim już od lat 20-tych. W latach 1943-45 był ambasadorem w Moskwie, później m.in. ambasadorem w Londynie, sekretarzem handlu, gubernatorem Nowego Jorku i wielką szychą z Departamentu Stanu. Oczywiście też pomagał planować wojnę wietnamską, tak by nie została ona wygrana a po odejściu z administracji rządowej snuł plany dezindustrializacji i depopulacji świata w niesławnym Klubie Rzymskim. Jego druga żona Pamela Harriman Churchill była byłą żoną znanego alkoholika  Randolpha Churchilla (syna Winstona) i wielką szychą w Partii Demokratycznej jeszcze w czasach Clintona.





Wspólnikiem i przyjacielem Averella Harrimana był Prescott Bush, który od lat 20. do 1942 r. prowadził też interesy z niemieckimi przemysłowcami wspierającymi Hitlera a takze ze Związkiem Sowieckim. Angażował się też w eugenikę a po wojnie pomagał tworzyć ustawę regulującą działania CIA.   Był wpływowym republikańskim senatorem - odkrył Richarda Nixona i później usilnie próbował zrobić ze swojego syna George H. W. Busha wiceprezydenta u boku Nixona. George H. W. Bush "Magog", szef CIA i prezydent,  maczał zaś palce w tak dużej ilości spisków i zamachów, że materiałów wystarczyłoby na niezłą serię blogową - od Zatoki Świń i Operacji 40 poprzez zamach na JFK, uwalenie Nixona, handel narkotykami przez CIA, Iran-Contra, pedofilski skandal Franklina, wojny w Panamie, Iraku i Somalii, po transformację ustrojową w Europie postkomunistycznej i układ NAFTA. Jego syn George W. Bush, prezydent w latach 2001-2009, kontynuował tradycję rodzinną. Robił to jednak ze średnim entuzjamem. Stwierdził, że wolałby należeć do stowarzyszenia Gin & Tonic zamiast do Skull and Bones. No, ale jednak sprawdził się czytając dzieciom w dniu 911 historyjkę o kozie... (Zainteresowanych spiskowymi dziejami rodziny Bushów odsyłam do książek: Webstera Tarpleya "George Bush: The Unauthorized Biography" oraz Rogera Stone'a "Jeb! and the Bush crime family".)

Wśród funkcjonariuszy OSS znalazło się wielu "kościeji". Nie byli oni oczywiście żadnymi antykomunistycznymi "zimnymi wojownikami", tylko przedstawicielami liberalnego establiszmentu ze Wschodniego Wybrzeża. Skrót OSS często więc rozszyfrowywano jako "Oh, So Social!" a gen. Douglas MacArthur uważał tę agencję za zbiorowisko liberalnych pajaców o komunistycznych ciągotkach. Nie zapominajmy też, że OSS była agencją, która zabiła gen. Pattona. (Jak wiadomo Patton jako człowiek zamożny i podziwiany mógł startować w wyborach prezydenckich i stać się "Trumpem" już w latach 50-tych.) Tak się zaś składa, że nieoficjalnym hymnem tej agencji była pijacka "Whipfeenpoof Song" z Yale.



Flashback: Największe sekrety: Szaleństwo Dzikiego Billa Donovana

Flashback: Największe sekrety: Śmierć przedostatniego Boga wojny


Ludzie z OSS, Yale i Bractwa byli zaś ludźmi, którzy później tworzyli CIA. "Kościejem" był Trubee Davison, pierwszy dyrektor kadrowy CIA. "Kościejem" i agentem CIA był też np. wielebny William Slaone Coffin, działacz ruchu hippisowskiego oraz gejowski aktywista.



Ale Bractwo obstawiało też drugą stronę politycznej barykady. Członkiem Skull and Bones oraz funkcjonariuszem CIA był William F. Buckley Jr. - legenda amerykańskiego ruchu konserwatywnego, założyciel magazynu "National Review". Wiele z poglądów Buckleya stało się oficjalną linią administracji Reagana. Po wygranych wyborach prezydenckich w 1988 r. George H. W. Bush symbolicznie wyrzucił jednak egzemplarz "National Review" do śmieci mówiąc: "Już więcej nie potrzebuje tego gówna". Krąg związany z tym pismem ostro również się sfrajerzył przy okazji kampanii wyborczej z 2016 r. - wieszczył wielką klęskę Trumpa i robił wszystko, by go podsrywać.  Spośród znanych "prawicowców" do Bractwa Kości i Czaszki należał też znany neokonserwatysta Robert Kagan. Kagan w 2016 r. totalnie się zbłaźnił, bo opuścił Partię Republikańską w reakcji "na faszyzm Trumpa" i oficjalnie poparł Hillary Clinton.



W administracji Trumpa mamy jednak jednego "kościeja" na wysokim stanowisku. To Steven Mnuchin, sekretarz skarbu a wcześniej producent m.in. "Mad Max. Na drodze gniewu", "Legionu Samobójców" i "Batman vs Superman: Świt sprawiedliwości."



Każda rewolucja z czasem pożera własne dzieci, tak więc Bractwo Kości i Czaszki stało się również ofiarą zmian społecznych, które pomagało wprowadzać w USA. W 1971 r. część jego członków podjęła próbę zmiany Bractwa w organizację koedukacyjną. Spotkało się to wówczas z ogromnym oporem. To co było dla "proli" nie mogło być mieszane z tym co miało być dla elit. Liczba zwolenników równouprawnienia płciowego jednak rosła i w 1991 r. dopuszczono do Bractwa siedem studentek. Starzy członkowie organizacji w reakcji na to zmienili zamki w "Grobowcu". W głosowaniu korespondencyjnym nieznacznie wygrali zwolennicy koedukacji, ale grupa działaczy z Williamem Buckleyem na czele złożyła w sądzie pozew przeciwko tym "feministom". Spór prawny zakończył się ugodą po kilku miesiącach i pozwolono rekrutować kobiety do Bractwa. Zwolennikami koedukacji byli m.in. John F. Kerry oraz R. Inslell Clark Jr., wykładowca uniwersytecki zamieszany w wielki skandal pedofilski w Szkole im. Horace'a Manna. ("Nie jestem pedofilem, jestem feministą!" :). No cóż, niektóre ceremonie Bractwa - np. nagie zapasy w błocie - nabrały kolorytu dzięki przyjmowaniu kobiet do organizacji. Starzy członkowie narzekają jednak, że Bractwo nie jest już tak klimatyczne jak kiedyś. Spośród kobiecych członków Bractwa realnymi osiągnięciami może pochwalić się jedynie Angela Lee Warnick Buchdal, pół-Koreanka, pół-Żydówka, która został pierwszą w historii rabinką wschodnioazjatyckiego pochodzenia (co jest równie koszerne jak kanapka z wieprzowiną i serem). No cóż, nawet Bractwo Kości i Czaszki dorobiło się swoich pieprzonych Social Justice Warriors. Adam Weishaupt się w grobie przewraca. Jego idee mówiące o budowie utopijnego społeczeństwa rządzonego przez elity okazały się równie głupie jak komunizm.


To już ostatni odcinek serii "Samael". Mam nadzieję, że się Wam podobała (no chyba, że jesteście zwolennikami szkoły judeo-austriackiej ;). Jeśli było zbyt mało muzyki klawesynowej, cycków i hrabiego Jabolowego, to mocno Was za to przepraszam. Robię głęboki ukłon i mówię: "Sumimasen!!!".  A za jakiś czas startuje nowa seria Dies Irae. Też będzie ostrą jazdą :) A później może seria Citrus :)


***

Znanemu Wam autorowi udało się napisać bardzo prometejski artykuł do "Plusa Minusa" poświęcony sprawie Siergieja Skripala i temu skąd bierze się w rosyjskich/sowieckich służbach. Zainspirowany m.in. "Czerwoną Jaskółką". I już dostałem sygnał, że nie spodobał się Łubiance.
Na firmowego maila znanego Wam autora przyszedł mail napisany językiem wziętym żywcem z "Zapisków oficera Armii Czerwonej". List jest długaśny, więc publikuję najlepsze fragmenty:

"Zarówno USA, UK i Izrael mordują swoich agentów, którzy zdradzili. Dla setek filmów Hollywood i ich widzów jest to prawdopodobne, a dla pana  nie? Na pewno nie chodzi o "uciekinierów", bo każdy Rosjanin ma paszport  w domu, lecz o zdrajców, o przestępców w każdym kraju, a więc Rosjia nie jest wyjątkiem. Zdrajców państwa mordują od tysiącleci, a nie od czasów ZSRR. (...)

Rosja jest jednak nie tak doskonałą jak w RFN, ale jednak wg każdej naukowej definicji demokratyczną republiką i państwem prawa. Jej urzędnicy zdradzający nie jakieś nieprawidłowości, lecz tajemnice służbowe, są pociągani do odpowiedzialności. Ponieważ Rosja jest bezpodstawnie atakowana przez USA, które z republiki nielegalnie przekształciły się w imperium, to uważając, że walczy o swe istnienie karze za zdradę surowo. (...) Rosja wydaje na wojsko ok. 10% tego co całe NATO lub ok. 30% tego co UE. Po pokryciu wydatków socjalnych, na gospodarkę, naukę, infrastrukturę, edukację, służbę zdrowia, policję, badania kosmosu itp. ma z wielkim trudem na armię obronną na bardzo długich granicach. O atakowaniu NATO lub UE nie może być nawet mowy w najbliższych 50 latach i dłużej. Rosji opłaca się też bardziej wymiana handlowa i pokojowa współpraca. Wyjątkiem jest pomoc dla rządu Syrii i chronionych przez ten rząd 2 milionów chrześcijan oraz rosyjskiej bazy wojskowej. To Gruzja napadła na Rosję zabijając jej żołnierzy sił pokojowych, a obie prowincje odmawiające należenia do Gruzji nie należą do Rosji, lecz są odrębnymi państwami. Wojny domowej w Ukrainie nie byłoby, gdyby USA nie obaliły demokracji Ukrainy zamachem stanu, a nowe władze nie zakazały języka rosyjskiego i nie atakowały urodzonych w Ukrainie ludzi znających tylko rosyjski. Krym złamał prawo wewnętrzne Ukrainy, ale Rosja nie złamała prawa międzynarodowego. (...)

"Jeżeli Rzeczpospolita okłamuje czytelników w takim pachnącym zniszczeniem Polski a organizowanym przez USA wojennym chaosie w pasie od Międzymorza po zach. Chiny, to staje się za to zniszczenie naszego kraju współodpowiedzialna. USA napewno broniłyby nas w przypadku NATO (tak jak UE broniłaby USA), ale to nie przeszkadza im wtrącić nas w wojenny chaos poniżej traktatu NATO. "

Autor listu zostawił swój adres: Judengasse (...) Norymberga.