sobota, 13 sierpnia 2022

FBI inauguruje kampanię Trumpa

 


Ilustracja muzyczna: MetalTrump - Symphony of Destruction

Czy to możliwe, by FBI zapewniła Donaldowi Trumpowi republikańską nominację i zwycięstwo w wyborach prezydenckich?

No cóż, agenci którzy przeszukali jego rezydencję Mar-a-Lago (i robili to w sposób zapewniający polityczną amunicję republikanom) wypełniali tylko rozkazy prokuratora generalnego Merricka Garlanda, który raczej nie miał takiej intencji. On zapewne dostrzegł okazję, by uwikłać Trumpa w kolejny proces sądowy i po wyroku zablokować mu możliwość sprawowania urzędów publicznych. Wcześniej próbowano udupić Trumpa za pomocą komisji ds. zdarzeń z 6 stycznia 2021 r., ale komisja ta nie zdołała w sposób znaczący wpłynąć na opinię publiczną.  Teraz będą więc próbować skazać Trumpa za niewłaściwe obchodzenie się z tajnymi dokumentami. Z przecieków wynika, że Trump miał w swoim prywatnym archiwum ściśle tajny dokument dotyczący broni nuklearnej. W domyśle - kody do bomb atomowych. Tego typu kody są jednak regularnie zmieniane, więc szybko wycofano się z tej wrzutki. (Choć niektóre media sugerują, że Trump mógł przekazać nuklearne tajemnice do Arabii Saudyjskiej, a gen. Michael Hayden, szef NSA i CIA za Busha, porównuje Trumpa do Rosenbergów i sugeruje, że powinien dostać karę śmierci.) FBI chyba sama nie wiedziała za bardzo czego szuka, bo na liście przejętych "dowodów" wpisała akt ułaskawienia Rogera Stone'a, który jest przecież całkowicie jawny.

Faktem jest, że Trump od wielu miesięcy spierał się z Narodowymi Archiwami, jakie dokumenty im przekazać.  Prowadził też dialog z FBI w tej sprawie. Jeszcze w czerwcu pozwolił im przejrzeć dokumenty i zabrać część z nich.  Funkcjonariusze FBI chyba nie mieli nic przeciwko temu, że Trump trzyma u siebie dokumenty z czasów prezydentury, bo kilka tygodni temu nakazali mu, by je dodatkowo zabezpieczył instalując dodatkowy zamek w drzwiach do pomieszczenia, w którym były one przechowywane.  Trump twierdzi, że wszystkie dokumenty, które miał u siebie zostały zdeklasyfikowane i że w każdej chwili mógł przekazać FBI jakikolwiek dokument, o który by został poproszony. Rzeczywiście prezydent USA posiada najwyższą władzę odtajniania dokumentów, więc mógł przed opuszczeniem Białego Domu odtajnić wszystko, co zabrał do Mar-a-Lago. Prawdopodobieństwo tego, że sprawa przeciwko Trumpowi zostanie spieprzona jest więc duże. 

Jak na razie FBI i Departament Sprawiedliwości dokonały ponownej transformacji Trumpa w człowieka walczącego z Głębokim Państwem. Przynajmniej w oczach republikańskiego elektoratu, który zaczął spontanicznie demonstrować w obronie Trumpa. (Jak widać zapomniał, że Trump olał uczestników zamieszek z 6 stycznia 2021 r.) Szybko zauważono, że sędzia z Florydy, który podpisał nakaz przeszukania Mar-a-Lago, był prawnikiem reprezentującym pracowników Jeffreya Epsteina. Przypomniano sobie o tym jak łagodnie potraktowano Hillary za usunięcie 33 tys. emaili objętych nakazem sądowym. Nic dziwnego więc, że republikańscy politycy - w tym gubernator Ron de Santis, główny rywal Trumpa - musieli stanąć w obronie byłego prezydenta.  Newt Gingrich pytał: "Jeśli 30 agentów FBI może opanować dom byłego prezydenta i zarazem prawdopodobnego kandydata na prezydenta, to co mogą zrobić Wam?". Kongresmen Paul Gosar stwierdził nawet: "Musimy zniszczyć FBI". Istotnie ta rządowa agencja ma sporo za uszami - ostatnio zajmuje się głównie namawianiem rozchwianych psychicznie trans-nastolatków do przeprowadzania szkolnych maskar - ale raczej można się spodziewać komisji śledczych po październikowych wyborach "midterms". (Na celowniku znajdzie się też pewnie IRS, czyli skarbówka, ostatnio rekrutująca ludzi do swoich jednostek paramilitarnych.) Nawet niektórzy demokraci, tacy jak Andrew Cuomo, twierdzą, że rajd na Mar-a-Lago był polityczny.  Nie brak więc głosów, że działania FBI są politycznym ratunkiem dla Trumpa lub że nawet zapewnią mu prezydenturę. 

Trump ma tym razem dosyć dokładny plan dokonania czystek w waszyngtońskiej biurokracji po przejęciu władzy.  Czystki mają szczególnie mocno dotknąć Departament Sprawiedliwości, FBI, Departament Obrony i Departament Stanu. Oczywiście istnieje duże prawdopodobieństwo, że jakiś Kushner czy Bannon wyrzuci ten plan do kosza. Bernard Kerik, były szef nowojorskiej policji twierdzi jednak, że prawdopodobniej wcześniej demokraci będą próbowali zabić Trumpa. Ja widziałbym raczej scenariusz, w którym republikański wiceprezydent wdroży w życie plan zabójstwa. Zabójstwo nie musi być tak spektakularne jak w Dallas. Wszak częściej amerykańscy prezydenci też umierali z przyczyn "naturalnych" w trakcie kadencji, a Trump będzie miał w 2024 r. 78 lat. (Joe Biden 81 lat, Bernie Sanders 82 lata.)

***

Z rajdem FBI na Mar-a-Lago był powiązany niedawny wyrok na Alexa Jonesa, nakazujący mu zapłacić łącznie 49 mln USD rodzinom ofiar strzelaniny z Sandy Hook.  Jones podczas tego procesu miał przeciwko sobie swoich prawników, którzy "przypadkowo" wysłali prawnikom oskarżenia jego prywatną korespondencję z okresu kilku lat. Biorąc pod uwagę to, że Jones odegrał dużą (i chlubną) rolę w zatapianiu Hillary w 2020 r., można to odebrać jako próbę jego zakneblowania przed wyborami "midterms" i wyborami prezydenckimi. 

Przy okazji wychodzą na jaw też drobne sprawy obyczajowe Jonesa, jak choćby to, że wysłał nagie zdjęcie swojej żony Rogerowi Stone'owi. To w sumie nic takiego... Zwłaszcza, że Jones był wcześniej przyłapywany na oglądaniu trans-pornografii. (Ale trzeba przyznać, że transy, które oglądał wyglądały 100 razy lepiej od Rafalali, więc mógł się pomylić...)


Powyżej: Alex Jones z trans-youtuberem/ką/xm Blaire White. Gdybym nie znał kontekstu, zapytałbym się co to za loli...

***

A na koniec, dobra parodia.


sobota, 6 sierpnia 2022

Tajwan: Projekcja siły

 




Nancy Pelosi ma 82 lata. Jest tylko o 13 lat młodsza od Traczyk-Stawskiej. Ale spodziewam się, że za 13 lat nadal będzie aktywnie grała na giełdzie i osiągała stopy zwrotu lepsze od funduszów hedgingowych. Jeśli jednak zostanie zapamiętana w historii za cokolwiek pozytywnego, to będzie to jej niedawna wizyta na Tajwanie.

Administracja Bidena odradzała jej tę podróż i starała się przekonywać, że nie jest ona wyrazem oficjalnych amerykańskich poglądów na temat suwerenności Tajwanu. Nancy miała jednak pełne poparcie Partii Republikańskiej.  Były sekretarz stanu Mike Pompeo krytykował administrację, że pozwala Chińczykom na to, by grozili zestrzeleniem samolotu przewodniczącej Izby Reprezentantów. Republikanie wiedzieli doskonale, że ewentualne wycofanie się przez Pelosi z podróży do Taipei będzie odebrane przez ChRL jako słabość. W całej sprawie chodziło o projekcję siły. 

I Chińczycy ten test oblali. Zareagowali zarazem przesadnie jak i tragikomicznie. O ile w 1997 r., podczas podróży Newta Gingricha na Tajwan, zorganizowali manewry jedynie w Cieśninie Tajwańskiej, tak teraz przeprowadzili je wokół Tajwanu.  Doszło oczywiście do naruszeń przestrzeni powietrznej Republiki Chińskiej, a komunistyczne rakiety spadły również na wody będące częścią japońskiej wyłącznej strefy ekonomicznej. Chińczycy zrobili więc wiele wojennego szumu i niewiele poza tym. Bo zerwanie przez ChRL współpracy z USA w kwestii zmian klimatycznych można chyba uznać za dobrą wiadomość. Pokazali, że amerykańscy politycy wysokiej rangi mogą sobie swobodnie składać wizyty w "zbuntowanej prowincji". 

Oczywiście Chiny przygotowują się do inwazji na Tajwan. Ale obecnie raczej nie są do tego przygotowane. Cieśnina Tajwańska ma w najwęższym miejscu bodajże 128 km, a na wyspie nie ma wielu dobrych plaż do przeprowadzenia desantu. Wystarczy się więc wstrzelać rakietami przeciwokrętowymi we flotę inwazyjną. I zrobić wrogim spadochroniarzom drugi Hostomel. Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą czekałyby też ciężkie walki w terenie górskim i miejskim przeciwko dobrze uzbrojonemu i wyszkolonemu przeciwnikowi.  Chińczycy nie są przygotowani na tak duże ryzyko. Mogą więc sięgnąć po pewniejszą opcję. Przeprowadzone przez nich manewry sugerują, że będą chcieli zagłodzić Wyspę za pomocą blokady morskiej.  Blokada wymusiłaby oczywiście kontrakcję US Navy.  Tu Chińczycy mieliby spore szanse na wygraną - choćby ze względu na możliwość osiągnięcia przewagi lokalnej. Ale tego typu bitwa oznaczałaby odcięcie dostaw ropy, żywności oraz innych surowców do chińskich portów. Nie sądzę, by Chiny były obecnie na to gotowe. Sławetny Nowy Jedwabny Szlak jest obecnie w szczątkowym kształcie i może nigdy nie powstać. W tym roku Chiny obcięli do zera inwestycje w ten projekt w Rosji, na Sri Lance (z wiadomego powodu) i w Egipcie. Sami muszą ratować swój sektor nieruchomości, więc inwestycje z Trzecim Świecie schodzą na dalszy plan.

Pelosi chyba czytała Sun Tzu ("Sztukę wojny" a nie lipny tekst o demoralizowaniu narodów kolportowany kiedyś przez "Frondę"). Sama wybrała pole i czas bitwy, zaskakując tym samym przeciwnika. 

Projekcją siły - ale dokonaną już bardziej na potrzeby kampanii przed "midterms" - była likwidacja Ajmana Al-Zawahiriego, przywódcy al-Kaidy.  Akcja przeprowadzona za pomocą drona, który wystrzelił pocisk "ninja".  Zabito go na balkonie domu należącego do Siradżuddina Hakkaniego, talibskiego wiceministra spraw wewnętrznych i zarazem... kolesia, który zamieszczał opinie w  "New York Timesie".  Być może sami talibowie wystawili Amerykanom al-Zawahiriego. Ja jestem zdziwiony, że Zawahiri wciąż żył i ktoś o nim pamiętał. Koleś bowiem był aktywny w czasach, gdy Eminem robił śmieszne teledyski. Gimby tego nie pamiętają.

Również jednak mniejsze państwa sięgają po projekcję siły. W Karabachu armia azerska przeprowadziła małą, ale dobrze prezentującą się w mediach społecznościowych, serię bombardowań pozycji ormiańskich. Operacja "Odwet" była odpowiedzią na zabicie przez Ormian jednego azerskiego żołnierza i na to, że Armenia łamie porozumienie rozejmowe, nie wycofując swoich wojsk z Karabachu. Azerbejdżanowi chodziło jednak przede wszystkim o przetestowanie reakcji rosyjskich "mirotworców" - bombardowano wszak jedyny korytarz transportowy łączący Karabach z Armenią. Ruscy jak zwykle siedzieli cicho i modlili się, by przy okazji nie dostać pociskiem z drona. Generał SWR pisał na Telegramie, że Putin chce przehandlować Armenię Erdoganowi, licząc na to, że Turcja w zamian pomoże Rosji w wojnie gospodarczej. Erdogan jednak chciałby za przejście Armenii w jego strefę wpływów zapłacić jak najmniej. Na pewno lepszą ofertą byłoby przekazanie Turkom w opiekę Gruzji - wraz z Abchazją i Regionem Cchinwali. Rosja jednak na razie na to nie pójdzie.

Projekcji siły próbowała również Serbia - grożąc Kosowu "denazyfikacją".  Po komunikacie wydanym przez KFOR jednak się uspokoiła. Jest oczywistym, że Serbowie nie poradziliby sobie z siłami NATO w Kosowie. Wszyscy tam zbyt dobrze pamiętają bombardowania Belgradu. (Pamiętam jak w drodze z chorwackimi nacjonalistami do Bleiburga, usłyszałem w autobusie piosenkę "Lecą bomby na Beograd". Spytałem się, czy to piosenka z 1999 r. Odpowiedzieli mi: "Nie, to cygańska pieśń z 1941 r. Ale zawsze jest aktualna".)



Serbia to obecnie ciekawy przypadek. Jej prezydent Aleksandar Vuczić, to koleś z reżimu Miloszewicza, który przefarbował się na proeuropejczyka. Bierzę kasę z Unii, mimo łamania praworządności i zbrojenia się przeciwko sąsiadom. Reprezentuje on zarówno interesy rosyjskie i chińskie, jak i niemieckie. Jego Serbska Partia Postępowa jest stowarzyszona z Europejską Partią Chujową, do niedawna kierowaną przez Tuska. Serbski kameleon ma jednak małe pole manewru - Chorwacja, Czarnogóra, Albania i Macedonia Północna są w NATO, a w Kosowie są natowskie wojska. Może więc on jedynie próbować destabilizować Bośnię. 

Kogo w takiej sytuacji popiera polski endekoid? Oczywiście prorosyjską i zarazem proniemiecką  Serbię, a nie naszych natowskich sojuszników z Chorwacji, Czarnogóry, Macedonii Północnej i Albanii. Ciekawe, czy gdyby doszło do konfrontacji pomiędzy wojskiem serbskim a naszym kontyngentem wojskowym w Kosowie, to endekoidzi trzymaliby stronę Serbów tak jak libki stronę Łukaszenki podczas kryzysu na granicy?

A że się to wszystko prosi o nowy odcinek "Snów"....


sobota, 30 lipca 2022

Patruszew vs Kirijenko - lawendowa frakcja na Kremlu


 Jeżeli rzeczywiście niedawno doszło do próby otrucia Nikołaja Patruszewa syntetyczną trucizną, to nie trudno się domyślić, że stali za tym jego konkurenci do sukcesji po Putinie. Pierwszym narzucającym się sprawcą jest Siergiej Kirijenko - którego niezwykle ciekawą biografię przedstawiałem niedawno na tym blogu.  (W ciekawy sposób opisał go również Kamil Galijew.) W tej teorii jest jednak jedna spora dziura - Kirijenko nie ma bowiem przeszłości w służbach. A przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Był dzieciakiem z nomenklatury, który robił pieniądze w Komsomole, a KGB takich jak on nie rekrutowała. Posiada on jednak zapewne swoich ludzi w służbach lub wszedł w sojusz z jedną z frakcji w bezpiece. Wszak on swego czasu owe służby "meblował", wskazując Putina na szefa FSB. 


Putin obecnie go trzyma u siebie i powierza mu ważne projekty, takie jak prace nad państwem związkowym Rosji, Białorusi i podbitej Ukrainy. Robi to, choć jak na gust Putina, Kirijenko jest zbyt przebiegły. "Jak można wierzyć Żydowi o ukraińskim nazwisku?" - zażartował sobie kiedyś rosyjski prezydent-karzełek. No, ale jak widać mu wierzy...

Generał SWR, rzekomy insider z Kremla (być może jakiś "emisariusz" ze służb przekazujący określoną narrację, tak jak np. wysłannicy Berii lub generała Sacharowskiego), napisał: "Co więcej, Kirijenko jest obecnie frontmanem lobby gejowskiego faworyzowanego przez Putina. W razie nadejścia Patruszewów, ta opcja będzie zredukowana do zera".

Wspomniane przez niego lawendowe lobby rzeczywiście w RaSSiji istnieje. Kryptogejem sado-masochistą ma być choćby Wiaczesław Wołodin, przewodniczący Dumy, były dyrektor generalny prezydenckiej administracji. Homoseksualistą jest również kagiebowski patriarcha Cyryl, którego 10 lat temu nasza dupoprawica w rodzaju redaktora T. chciała niemal kanonizować za życia. Turbogejem był też niedawno zmarły Władymir Wolfowicz Żerynowski - symbol rosyjskiego parlamentaryzmu.

Co do samego Putina, to przypominam, że według pułkownika Aleksandra Litwinienki, Putin został kiedyś nagrany jak w lokalu konspiracyjnym uprawiał seks z chłopcem. To mu nieco złamało karierę w KGB. Putin pomimo dobrej znajomości niemieckiego nie został wysłany na placówkę do RFN, Austrii czy Szwajcarii, tylko do NRD. (Gdzie według Nawalnego był "nierobem".) Z dawnych czasów zostało karzełkowi całowanie małych chłopców w brzuch. 

Wbrew narracji tworzonej dla zachodniej dupoprawicy, RaSSija nie jest i nie była państwem konserwatywnym obyczajowo. Nie było tak choćby w czasach carskich - wystarczy choćby przypomnieć wyczyny księcia Jusupowa, pioniera ruchu trans.  No cóż, słowo dupoprawica ma ukryte znaczenie...

No, ale przynajmniej Zacharowa jest hetero...



Ilustracja muzyczna: Tyga, Doja Cat - Freaky Deaky

***

Czasem zastanawiam się, czy niektórzy polityczni celebryci na Zachodzie popierają Rosję dlatego, że są idiotami, rosyjskimi agentami czy też może agentami natowskich służb udającymi w celach służbowych prorosyjskich idiotów. Na to, że trzecia opcja może częściej występować niż się spodziewamy, wskazuje ciekawy przypadek Tuckera Carlsona, popularnego dziennikarza Fox News, znanego ostatnio z propagowania izolacjonistycznych, proputinowskich opinii. 



Rzut oka na jego powiązania rodzinne daje jednak dużo do myślenia. Jego ojciec, Richard "Dick" Carlson, był za rządów Reagana dyrektorem US Information Agency, której podlegały m.in. Radio Wolna Europa/Radio Swoboda, Głos Ameryki i antycastrowskie Radio Marti. Bush Sr. mianował go ambasadorem na Seszelach. Zasiadał później w jednym think-tanku z Jeanne Kirkpatrick i byłym szefem CIA Jamesem Woolseyem. Carlson jest również spokrewniony z senatorem Williamem Fulbrightem.  Tucker w latach 80-tych jeździł do Nikaragui angażować się po stronie Contras, a później atakował Gary'ego Webba za jego odkrycia dotyczące handlu kokainą przez Contras. Tucker blisko przyjaźnił się również z... Hunterem Bidenem.  Z dużym prawdopodobieństwem był więc częścią operacji "odwróconego Trustu". Małofiejew i inni oligarchowie marnowali w ramach niej kasę na wsparcie dla środowisk, które uważali za prorosyjskie, a w rzeczywistości były one kontrolowane przez zachodnie służby.

***

Niepokoi mnie postawa administracji Bidena wobec ChRL. Brandon wypadł słabo podczas rozmowy telefonicznej z Xi Jinpingiem, który otwarcie groził USA.  Mamy próbę zastraszenia Stanów Zjednoczonych w związku z planowaną wizytą Nancy Pelosi na Tajwanie. Jak słusznie zauważa Mike Pompeo, były sekretarz stanu, zmiana planów podróży przewodniczącej Izby Reprezentantów zostałaby odebrana przez Chiny jako oznaka słabości USA. 

sobota, 16 lipca 2022

Hemoroidy Baćkoszenki

 


Ilustracja muzyczna: Nao Touyama - de Messiah - Yusha, Yamemasu ending 2

Pułkownik Igor Girkin vel Striełkow dołożył pokaźnej wielkości cegiełkę do klęski Rosji. Swoimi nieustannymi nawoływaniami, by przeprowadzić mobilizację i rzucić wszystkie siły na Ukrainę. Karzełek Putin postrzega bowiem Girkina oraz jemu podobnych jako opozycję wojskową i z ogromną podejrzliwością traktuje ich rady. W ostatnich miesiącach uznawał więc, że należy robić dokładnie odwrotnie niż oni radzą. Mobilizacji więc nie było. Tymczasem, według "Generała SWR", Putin dostawał raporty mówiące, że 15 lipca to ostatni możliwy moment na przeprowadzenie mobilizacji, która byłaby efektywna.

Wbrew obawom niektórych ludzi, Białoruś jak dotąd nie rzuciła swoich wojsk na Ukrainę. Zapewne dlatego, że sami białoruscy wojskowi się do tego nie palą. Oficerowie 5 Brygady Sił Specjalnych napisali do Baćki list, w którym, w buntowniczym stylu, sprzeciwili się ewentualnemu udziałowi ich kraju w wojnie. 



Karzełek Putin planował podpisać układ o utworzeniu państwa związkowego Rosji i Białorusi z Federalną Ukrainą rządzoną przez Janukowicza. Janukowicz oczywiście podpisał wszystko, bez czytania. Baćka, według "Generała SWR", się wymówił. Powiedział Putinowi, że nie może przylecieć do Moskwy na ceremonię podpisania układu, bo ma... hemoroidy i nie nie może długo siedzieć. 

Można się spodziewać, że po takim numerze odstawionym przez Baćkę (proto-Nawalnego), Rosja się odgryzie na Białorusi. Czy będzie to jednak jakaś zupełnie kretyńska akcja zorganizowana przez służby czy też Kreml wykorzysta realne atuty takie jak uzależnienie białoruskiej gospodarki od rosyjskich surowców energetycznych?

Jeśli zwróciliście uwagę na to jak Kazachstan ostatnio dystansuje się od Rosji, to powinniście wiedzieć, że ma ku temu poważne powody. W latach 2019-2021 Rosja ośmiokrotnie sugerowała bowiem Chinom, że trzeba wspólnie "porozmawiać o przyszłości Kazachstanu", czyli o jego rozbiorze. Chińczycy za każdym razem grzecznie przerywali dyskusję. Wiemy, że karzełek Putin dwukrotnie proponował rozbiór Ukrainy władzom w Warszawie - raz Tusskowi, drugi raz Sikorskiemu. Sami to przyznali. A co Putin proponował Merkel, gdy z nią rozmawiał? Którym państwem chciał się dzielić?

***

Prawicowa część netu ostatnio flekuje Wolskiego za komusze kretynizmy, które wygadywał o IPN. Koleś robił na mnie dotychczas kiepskie wrażenie, ale to tylko subiektywne odczucie. Zychowiczowi zdarza się jednak promować dziwnych ludzi. A sam oczywiście promował bardzo szkodliwą narrację. Pisał choćby, by oprzeć się w sojuszu na Niemcach lub Rosji. Historia realna jak widać niewiele go nauczyła.




***

Jednym z najbardziej szkodliwych mitów, z którymi mamy do czynienia jest mit o wszechmocy rosyjskich tajnych służb. Według sporej części prawicy, są one niezwyciężone, niezwykle finezyjne i bardzo profesjonalne. Oczywiście nie było w nich nigdy żadnych zachodnich szpiegów i dezerterów i nigdy nie angażowały się one w zupełnie idiotyczne operacje w stylu otrucia płka Skripala czy zamach w Verbaticach :)

Ta narracja przewiduje również, że rosyjskie służby odpowiedzialne są również za upadek rządu Johnsona, a nawet za ostatni wyciek dokumentów Ubera uderzający w Macrona. Oczywiście wszystko to jest oparte na rozkminach w stylu diagramów Tomasza Piątka. Skoro informacje o Partygate Johnsona pojawiły się w tabloidzie, to pewnie ten tabloid należy do rosyjskiego oligarchy... 

No cóż, pierwsze informacje o Partygate pojawiły się w "Daily Mail", konserwatywnym, probrexitowym i nastawionym antyrosyjsko tabloidzie należącego do brytyjskiego wydawcy działającego na rynku od 1903 r. (Częściową własnością rosyjskiego oligarchy Aleksandra Lebiediewa - byłego funkcjonariusza KGB i SWR są lub do niedawna były natomiast: "Evening Standard" i "The Independent". Z Lebiediewem natomiast spotykał się bez doradców... Johnson w 2018 r.  a jego synowi załatwił szlachectwo.) Przed rewelacjami o Partygate, dzielił się na łamach "Daily Mail" brudami o funkcjonowaniu Downing Street Dominic Cummings, były doradca Johnsona i jeden z architektów brexitu. Cummings poróżnił się z Johnsonem o politykę pandemiczną i zwrot partii w lewo. Ostro darł koty również z Carrie Symonds, dziewczyną a później żoną Borisa. Jeśli więc już szukamy spisku, to bardziej zasadne jest to, kto podsunął Borisowi Carrie...

W wyścigu o fotel premiera największe szanse mają obecnie: Penny Mordaunt, Rishi Sunak i Liz Truss. Gdybym miał możliwość, to w partyjnych wyborach zagłosowałbym na Liz. Największą popularnością wśród szeregowych torysów cieszy się jednak Mordaunt, która ma ciekawy życiorys. Córka spadochroniarza, który nadał jej imię na cześć krążownika HMS Penelope (zatopionego na Morzu Śródziemnym w 1944 r.), będąca oficerem rezerwy Royal Navy i pierwszą w historii kobietą na stanowisku brytyjskiego ministra obrony (które sprawowała jednak tylko przez 85 dni), w 2000 i 2004 r. pracowała dla kampanii prezydenckiej Busha, po 1989 r. była wolontariuszką w rumuńskich sierocińcach.

***

Zabójca premiera Abe twierdzi, że dokonując zamachu mścił się na Kościele Zjednoczeniowym pastora Chojeckiego Moona. Jego matka była związana z sektą, sprzedała dom i przekazała pieniądze sekciarzom, doprowadzając rodzinę do ruiny.  Co jednak łączyło premiera Abe z ludźmi Moona, poza tym, że sporadycznie pojawiał się na imprezach organizowanych przez powiązane z nimi organizacje?


  Nobosuke Kishi, dziadek Abe ze strony matki, premier w latach 1957-1960, a wcześniej minister w gabinecie Tojo i gospodarczy zarządca Mandżurii zwany "potworem ery Showa", był tym, który pomógł pod koniec lat 50-tych sekcie Moona w rozwoju w Japonii. 

Sekta Moona była oczywiście bardzo blisko związana ze służbami specjalnymi, a szczególnie z południowokoreańskim wywiadem. Wielebny Moon, publicznie znany jako ostry antykomunista, jeździł do Korei Północnej i spotykał się z jej przywódcami. Coś w stylu historii ze świetnego koreańskiego filmu "Szpieg".

***

Wracając do kwestii rosyjskiej, przypomnijmy co prezydent Richard Nixon mówił na temat rosyjskiego postkomunizmu i Chin w 1993 r.:




I na koniec: ezoteryczny nixonizm.

 

sobota, 9 lipca 2022

Shinzo Abe zabity, Boris Johnson obalony

 


Ilustracja muzyczna: Unravel - Tokyo Ghoul Opening

Śmierć byłego premiera Japonii Shinzo Abe to oczywiście zdarzenie szokujące. Nie pierwszy raz jednak zdarza się, że wysokiej rangi japoński polityk ginie w zamachu. (Celem zamachu był choćby Nobosuke Kishi, dziadek premiera Abe). Moje zdziwienie wzbudziła jednak metoda zabójstwa. "Tradycyjnie" zamachowcy używają tam noży tudzież innej broni białej. "Tradycja" ta jest wzmocniona przez bardzo restrykcyjne prawo dotyczące broni palnej. W Kraju Kwitnącej Wiśni nabycie nawet zwykłego pistoletu przez kogoś spoza policji i wojska jest niemal niemożliwe. Tym razem jednak zamachowiec - mający w życiorysie służbę w Japońskich Morskich Siłach Samoobrony (marynarce wojennej) - użył broni, którą sam zbudował, czyli shotguna-samoróbki z dwiema lufami, który był przyklejony taśmą klejącą do deski. Typowy atak "samotnego szaleńca" czy też zabójstwo na zlecenie? 

Jeśli zamachowiec nie działał sam, to raczej jego zleceniodawcą nie była mafia. Yakuza została mocno przetrzebiona i nie ma w Japonii łatwego życia. Członkowie gangów nie mogą nawet zakładać kont w bankach. Policja nie pozwala im urosnąć w siłę. To raczej nie byli też konkurenci partyjni - w Japonii tego się w ten sposób nie załatwia. Poza tym Abe był już właściwie na politycznej emeryturze. Z zabójstwa głośno cieszą się już Chińczycy. Abe był bowiem jednym z globalnych liderów, który potrafił im się przeciwstawiać, choćby za pomocą programu remilitaryzacji Japonii. Ów przedstawiciel silnej politycznej dynastii, był na pewno politykiem, którego głosu nadal uważnie słuchano. Hipotezę o zabójstwie zleconym przez Chiny osłabia jednak to, że obecny premier Kishida również prowadzi asertywną politykę wobec Pekinu, a także wobec Moskwy. (Abe natomiast z Putinem próbował się dogadywać w sprawie Kuryli i prowadził interesy energetyczne, które się teraz załamały.)

Co ciekawe, zamachowiec, Tetsuya Yamagami, stwierdził, że nie miał żadnych politycznych pretensji wobec Abe. 

***


Moskwę - i Tuska - cieszy upadek rząd Borisa Johnsona, który wcześniej udzielał wielkiego wsparcia Ukrainie.  Ich radość może być jednak przedwczesna. Wśród torysów zaczyna się walka o przywództwo. Wygląda na to, że spore szanse na zwycięstwo ma Liz Truss, obecna minister spraw zagranicznych - nastawiona mocno antyrosyjsko. Spore szanse ma też Ben Wallace, minister obrony, oficer w stanie spoczynku, weteran kampanii w Irlandii Północnej - również mocno nastawiony antyrosyjsko. Mocno w grze jest także Rishi Sunak, do niedawna kanclerz skarbu - ale jego kandydaturę można łatwo zatopić, ze względu na to, że podwyższał podatki i jest bogatym bankierem. Sajid Javid - do niedawna minister zdrowia, a wcześniej kanclerz skarbu też ma dużo słabych punktów. Choćby to, że był przeciwko brexitowi. Możemy mieć więc rząd Johnsona na sterydach, ale bez personalnych słabości Borisa, który jako premier miał duże osiągnięcia, ale sam się pogrążył.  Nie dopatrywałbym się ręki Moskwy w jego obaleniu. Ona ma "zbyt krótkie ręce", by zmieniać premierów w Wielkiej Brytanii. Zdecydowały sondaże, kwestia protokołu północnoirlandzkiego i gra pro- i antybrexitowych frakcji wewnątrz Partii Konserwatywnej. Za bezpośrednio winną upadku Borisa uważam jego młodą żonkę - Carrie. Obecnie też za główny powód tego, że przedłuża moment swojego pożegnania z Downing Street 10 uważa się to, że na lipiec zaplanował huczne uroczystości weselne z Carrie i chce, by się one odbyły na koszt kancelarii premiera. 


Choć nie sądzę, by Moskwa stała za upadkiem rządu Johnsona, to w sposób oczywisty obaliła bułgarski rząd Kiryła Petkowa. (Raczej niezwykłą rzeczą jest to, że taki prozachodni i reformatorski rząd mógł powstać w Bułgarii - kraju totalnie mafijnym i głęboko spenetrowanym przez rosyjskie służby.) Podejrzanie również wyglądają próby - jak na razie nieudane - obalenia estońskiego rządu Kaji Kallas (prawnuczki pierwszego komendanta policji w niepodległej Estonii). A i u nas uaktywniają się różne Agrochujnie...

***

W Niderlandach chłopska rebelia pełną gębą. Burowie (z niderlandzkiego: chłopi) protestują przeciwko rządowym planom cięcia emisji gazów cieplarnianych w rolnictwie, czyli wybijania stad bydła i wywłaszczania farm. Blokowany jest dowóz żywności do supermarketów, a radiowozy bywają holowane przez traktory.  Zdarza się, że policja do nich strzela, a na urzędy leci gnojówka. Na jeden z protestów zabrano nawet zabytkowego Shermana.  Oczywiście jestem całym sercem za sprawą Burów. Ich walka, to walka o to, by podobnych idiotyzmów klimatycznych nie przepchnięto w całej Europie (ku uciesze Rosji).

***




W USA wyleciały natomiast w powietrze Georgia Guidestones, czyli dziwaczny monument, na którym jacyś globaliści zapisali rady w stylu "utrzymuj ludzką populację poniżej 500 mln". Po tym zamachu zostały zburzone ze względów bezpieczeństwa. No cóż, skoro BLM może zburzyć niemal pod siedzibą FBI pomnik znanego lucyferianina generała Alberta Pike'a, to rednecy mogą wysadzić "iluminacką podróbkę Stonehenge". Ciekawie się ktoś bawi w FBI...

***

Na koniec ciekawostka wkurzająca putinofili. Wiecie jak w chińskich kręgach władzy nazywają karzełka Putina? "Szczeniaczek". :)


sobota, 2 lipca 2022

Think-tankowe wojny i walki o sukcesję

 


Płk Philip J. Corso tłumaczył to, że Amerykanie nie odnieśli zwycięstwa w wojnie wietnamskiej tym, że to była wojna prowadzona nie przez wojskowych, a przez think-tanki. Podobnymi think-tankowymi wojnami były Irak oraz Afganistan po 11 września 2001 r. Czy jest nią także Ukraina? W jej przypadku charakter starcia nie został jeszcze do końca określony. Silniejszą pozycję niż w trakcie poprzednich wojen ma Pentagon - co przejawia się choćby w tym, że Ukraina została przemieniona w wielki poligon dla najróżniejszego natowskiego sprzętu wojskowego. Wojskowym zależy na skopaniu tyłka Rosji. (Tyłka, bo jak powiedziała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ: "U Rassiji niet jajec!".) Niestety ich apetyty hamowane są przez kolesi z think-tanków mających wpływ na administrację. Oni bowiem są opętani myślowymi schematami, które wtłoczono im do głów na uniwersytetach: różnymi drabinami eskalacyjnymi i deeskalacyjnymi, pivotami i zwornikami. Oni prowadzą wojnę z konieczności, ale nie chcą zbytnio denerwować Rosji i boją się zwycięstwa. Zwycięstwo bowiem rodzi zagrożenia dla stabilności systemu. I stąd ograniczenia w pomocy dla Ukrainy. Dostaje ona go tyle, by się móc obronić, ale na szybkie odbicie terenów okupowanych może go nie starczyć. Oczywiście nie wyklucza to spektakularnych zwycięstw Ukraińców, takich jak zniszczenie rosyjskiego garnizonu na Wyspie Węży.


(Malutka dygresja: Teraz już wiecie, czemu Jacek Bartosiak jest tak kiepskim analitykiem wojny na Ukrainie, a wcześniej opracował dziurawą i koślawą koncepcję Armii Nowego Wzoru. Gostek jest bowiem człowiekiem ukształtowanym przez szkodników z waszyngtońskich think-tanków. Typowym przykładem think-tankowego ściemniacza jest również Leszek Sykulski.) 

Think-tankową wojnę prowadzi też Rosja. Sama jej koncepcja została przecież stworzona przez wąską grupę pseudointeligentów, którzy wymyślili sobie, że rosyjscy sołdaci będą witani na Ukrainie kwiatami, a jedynym marzeniem Ukraińców jest powrót Janukowycza do władzy i stworzenie trójczłonowego państwa rosyjsko-białorusko-ukraińskiego. Ideę proklamowania takiego tworu w Ławrze Pieczerskiej podsunął karzełkowi Putinowi scientolog Izraitiel-Kirijenko. Szczytem think-tankowego rosyjskiego zjebania jest oczywiście działalność skopca Dugina. Hitem internetu z ostatnich dni jest wpis Dugina z lutego, w którym pisze on o tym, że z "geografii sakralnej" (czyli z rysowania kutasów na mapach) wynika, że ten, kto kontroluje Wyspę Węży, ten "kontroluje bieg światowej historii". Gen. Konaszenkow ogłosił kilka dni temu, że Wyspa Węży została oddana Ukrainie w "geście dobrej woli". W geście dobrej woli oddano miejsce, z którego można kontrolować bieg światowej historii :) Ten gest dobrej woli kosztował Rassiję kilka okrętów, z krążownikiem "Moskwa" włącznie i sporo wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. 

Oczywiście w tle tych think-tankowych wojen toczy się wojna o sukcesję po przywódcy. Na następcę staruszka Putina szykowany jest ponoć Dmitrij Patruszew.  Jest on od 2018 r. ministrem rolnictwa, a wcześniej robił karierę w Gazpromie i w bankowości. W 2007 r., w wieku 30 lat był wiceprezesem banku VTB. Rok wcześniej skończył Akademię FSB. Kluczem do jego kariery jest oczywiście to, że Nikołaja Patruszewa, od 2008 r. szefa Rady Bezpieczeństwa Rosji (z którym współpracę rozwijał generał Koziej), a w latach 1999-2008 szefa FSB, odpowiedzialnego m.in. za zamachy bombowe na bloki mieszkalne w kilku rosyjskich miastach, które zrzucono na Czeczenów. Patruszew jest oczywiście jednym z architektów wojny na Ukrainie. Niedawno, komentując jojczenia różnych Girkinów i innych turbopatriotów, stwierdził, że "fanatyczny kretyn jest gorszy od najgorszego zdrajcy".

Oczywiście inni rozgrywający w kremlowskiej wierchuszce też czytają różne wrzutki na Telegramie i mają świadomość tego, że młody Patruszew jest szykowany na następcę Putina. I mogą podejmować w związku z tym odpowiednie przeciwdziałania. Z sabotażem oficjalnej polityki włącznie.

Na to nakłada się coś, co Galijew nazwał "wielkim jubileuszem", czyli anulowaniem długów. Klęski Rosji na Ukrainie sprawiają, że jej wasale usamodzielniają się. Widać to było choćby w afrontach czynionych karzełkowi Putinowi przez Kazachstan. Podczas niedawnej wizyty w Turkmenistanie, Putin nie został powitany na lotnisku z kwiatami - w odróżnieniu choćby od Tokajewa i Alijewa. Kazachowie i Turkmeni patrzą już bowiem na Rosję bardziej realistycznie niż nasi duporealiści. 

Rozgrywka o sukcesję trwa również w USA. Biden bardzo chciałby startować w 2024 r., ale demokratyczna wierchuszka nie jest nastawiona do tego entuzjastycznie. Już teraz polityka Brandona jej tak ciąży, że partia jest na drodze do przerżnięcia jesiennych wyborów midterms. Kamala jest natomiast niewybieralna - ma jeszcze gorsze notowania od Bidena. Kogo więc wystawić w 2024 r.? Pojawiają się głosy, by startowała Hillary. Roger Stone twierdzi natomiast, że kandydatem demokratów będzie Michelle Obama. 



Dużo ostrzej gra się toczy o przywództwo wśród republikanów. Trump oczywiście będzie startował, ale partyjny establiszment usilnie stara się go udupić. Stąd m.in. zeznania przez komisją ds. wydarzeń z 6 stycznia, jakiejś nowej Amber Heard, opowiadającej niestworzone historyjki o tym jak Trump złapał kierowcę swojej limuzyny z Secret Service za gardło i kazał mu jechać na Kapitol, by przyłączyć się do "insurekcji". Oczywiście agenci Secret Service twierdzą, że nic takiego nie miało miejsca. Nie muszę też chyba przypominać, że sama "insurekcja" była pułapką zastawioną przez federalnych, którzy posłużyli się postaciami w rodzaju Bannona oraz operacją psychologiczną QAnnon. Z relacji świadków wynika, że Trump źle zareagował na wejście demonstrantów na Kapitol, uznając, że "wyglądają oni źle" i popsują jego wizerunek. Republikański establiszment dąży oczywiście do tego, by prezydentem w 2024 r. został Ron DeSantis, obecny gubernator Florydy i zarazem porucznik US Navy w stanie spoczynku, służący wcześniej jako prawnik w obozie w Guantanamo i w jednostce Seal w Iraku. I to jest moim zdaniem najbardziej prawdopodobny scenariusz - DeSantis wygrywający wybory prezydenckie w 2024 r. I bilans sił przesuwający się w stronę wojskowych. Trump twierdzi, że nie wyklucza wspólnego startu z DeSantisem, ale to oczywiście byłby taki sam scenariusz jak start JFK z LBJ w 1960 r. Wszyscy wiemy, czym to się skończyło...


sobota, 25 czerwca 2022

Rewelacje "Generała SWR"

 


Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Voice of Moscow

Niemal każdy, kto przygląda się sytuacji na froncie ukraińskim, obserwuje kanały na Telegramie takie jak Nexta, Realnaja Wajna czy kanał Igora Girkina. Są one źródłami newsów, filmów, zdjęć, analiz, grafik i memów. Popularność na wojnie zdobył również kanał Generał SWR. Jest on cytowany przez media jako źródło rewelacji dotyczących złego stanu zdrowia Putina i manewrów dotyczących sukcesji na Kremlu (w ramach których Patruszew dąży, by swojego syna - ministra rolnictwa - uczynić nowym przywódcą RaSSiji). Rzadko są jednak cytowane inne rewelacje tajemniczego insidera, który kryje się pod pseudonimem "Generał SWR". (Mniej zorientowanym wyjaśniam, że SWR, to rosyjska służba wywiadu zagranicznego wywodząca się z KGB. Nie należy mylić jej z FSB, czyli wewnętrzną bezpieką i z GU - dawnym GRU - czyli wywiadem wojskowym. Szefem SWR jest Siergiej Naryszkin, czyli ten dziadzio, którego Putin publicznie zjechał na naradzie inaugurującej "operację specjalną".)

Z opowieści Generała SWR wyłania się obraz Kremla pogrążonego w paranoi a jednocześnie przekonanego o swojej "misji dziejowej". Niedawno opisana została tam narada Putina z dowództwem Floty Bałtyckiej, które totalnie zjebał za serię kompromitacji, z których ostatnią było zniszczenie przez Ukraińców platform naftowych na Morzu Czarnym, które służyły też jako stanowiska radarowe i nasłuchowe. Putin narzekał też na to, że popełniono fatalny błąd z Ukrainą i że powinien w pierwszej kolejności zaatakować Państwa Bałtyckie (które są i tak następne w kolejności). Rosyjski przywódca jednocześnie jest zafiksowany na punkcie budowy trójczłonowego państwa łączącego Rosję, Białoruś oraz Ukrainę. Ideę ogłoszenia takiej unii podsunął mu Kirijenko. Putin jest też bardzo niezadowolony z postawy Baćkoszenki i zamierza go mocniej przycisnąć. Wkurzył się też na Tokajewa, ale w kwestii Kazachstanu nie może wiele zrobić, ze względu na postawę Chin. O obecnych wpływach Rosji na Azję Środkową może świadczyć choćby to, że przekazała ona Talibom zboże zrabowane na Ukrainie warte 3 mld USD. Wraz z dodatkową pomocą, wartą 2 mld USD, to łapówka mająca skłonić Talibów, by nie destabilizowali Tadżykistanu. Co ciekawe, Putin ma też mocno narzekać na postawę Chin, które jego zdaniem dają Rosji zbyt małą pomoc. Prywatnie ma nazywać Xi Jinpinga... "cieknącym kondomem".

Te rewelacje Generała SWR brzmią jak najbardziej prawdopodobnie. Szokująco wygląda natomiast jego wpis z sierpnia 2021 r. dotyczący roli Rosji w pandemii Covid-19.

Według Generała SWR na przełomie 2018 i 2019 r. rosyjscy decydenci byli wściekli na Chińczyków za to, że zarzucają Rosję tanimi narkotykami syntetycznymi. Część tych dostaw szła oczywiście za zgodą FSB i trafiała później na rynki Europy, ale znaczna większość była przesyłana przez chińską bezpiekę poza kontrolą FSB, na rosyjski rynek wewnętrzny. Gdy Ruscy prosili Chińczyków o ukrócenie tego procederu, Chińczycy obiecywali, że zamkną kanały przerzutowe, po czym zwiększali dostawy. Ruscy początkowo próbowali się odgryźć organizując przerzut heroiny po cenach dumpingowych do Chin, ale chińska bezpieka szybko zlikwidowała ten proceder. Pojawiła się więc kretyńska idea ukarania chińskiego przywództwa. 9 maja 2019 r., podczas narady na Kremlu, Patruszew zaproponował, by wywołać w Chinach epidemię, która na kilka miesięcy zdestabilizuje chińską gospodarkę. Miał zostać użyty wirus stworzony w państwowym rosyjskim instytucie Wektor. Wirus miał być dostosowany do genomów mieszkańców Azji Wschodniej. W ich przypadku śmiertelność miała wynosić od 5 proc. do 8 proc., a w przypadku Europejczyków poniżej 3 proc. (Czy tak było w istocie to inna sprawa... Generał SWR twierdzi jednak, że wirus okazał się niedoróbką.) Na jesieni miała być gotowa szczepionka na tego syntetycznego wirusa. Putinowi spodobała się ta idea i dał zielone światło do "operacji specjalnej".

Jak jednak rosyjski wirus znalazł się w Chinach? W sierpniu 2019 r. rosyjskie służby przekazały go Irańskiemu Korpusowi Strażników Rewolucji. W zamian za spore gratyfikacje finansowe, Irańczycy mieli przekazać go Chińczykom twierdząc, że odkryli takiego ciekawego syntetycznego wirusa w jednym z laboratoriów Saddama w Iraku. Do przekazania próbek Chińczykom doszło pomiędzy 20 a 29 sierpnia. Chińczycy wysłali wirusa do Instytutu Wirusologii w Wuhan. We wrześniu i w październiku 2019 r. funkcjonariusze GU (GRU) jeździli do Wuhan - w ramach współpracy z Chińczykami. Przy okazji zakazili nowym wirusem pracowników Instytutu Wirusologii Wuhan oraz członków ich rodzin. Grupa, która przybyła w październiku, zbierała informacje o infekcjach i przebiegu choroby. (Wiemy już, że wojskowi sportowcy biorący udział w Igrzyskach Wojskowych w Wuhan w październiku 2019 r. chorowali już po infekcji tajemniczym wirusem przypominającym Covid-19.) Wszystko miało wyglądać jak "wyciek" wirusa z laboratorium w Wuhan.

W październiku 2019 r. doszło również do pierwszych zakażeń koronawirusem w Iranie. To było akurat skutkiem tego, że Irańczycy badali wirusa na własną rękę i nie zachowali odpowiednio wysokich standardów w swoim laboratorium. Doszło też do "wycieku" innego rodzaju. Jeden z irańskich naukowców przekazał próbkę wirusa swojemu przyjacielowi Foroughowi Khademowi, kanadyjskiemu immunologowi pochodzenia irańskiego. Khadem miał wylecieć z Iranu, wraz z próbką wirusa, 8 stycznia 2020 r. na pokładzie samolotu Ukraine Internetional Airlines. Ten lot został zestrzelony przez Irańczyków nad Teheranem. Oficjalnie dlatego, że dowódca baterii rakiet przeciwlotniczych spanikował po likwidacji generała Sulejmaniego. Resztę tej historii znamy...

Putin wiosną 2020 r. autentycznie się przestraszył i skrył w bunkrze, dlatego że obawiał się, że Chiny lub jakieś inne obce mocarstwo może go dorwać i zabić. Jednocześnie miał jednak nadzieje, że dzięki rosyjskim szczepionkom, które szybko trafią na światowe rynki, zostanie uznany za "zbawcę świata", który zakończył pandemię. Oczywiście te szczepionki powstały już w 2019 r. (We wrześniu 2019 r. doszło do pożaru w Instytucie Wektor - wybuchł zbiornik z gazem w laboratorium.) Zaszczepiła się nimi cała rosyjska elita. Nie wiem na ile one są skuteczne i jakie mają skutki uboczne, ale chory karzełek Putin oraz martwy ośmiokrotnie zaszczepiony Żerynowski wzmacniają argumenty antyszczepionkowców. Ciekawe co na to towarzysz Iwan Komarenko?

Warto też sobie zadać pytanie: czy rosyjska inwazja na Ukrainę (na którą Xi Jinping dał zielone światło) nie jest ryzykiem, która Rosja wzięła na siebie w ramach zadośćuczynienia Chińczykom po kretyńskiej "operacji specjalnej" w Wuhan?

Oczywiście można wskazywać, że za pandemię współodpowiedzialni byli również globaliści, którzy wprowadzali określoną politykę w reakcji na nią, a wcześniej współfinansowali chińskie badania nad groźnymi wirusami w Wuhan. Ale czyż Putin i jego złodziejska ekipa z Kirijenką na czele nie są marionetkami globalistów? Zapewne kretyńska rosyjska narracja o natowskich biolabach na Ukrainie, w których wyprodukowano Covid-19, jest podobną projekcją propagandową jaką mieliśmy do czynienia choćby w przypadku Katynia: zrzucaniem na przeciwnika własnych zbrodni. Może więc nadszedł czas, by zdemilitaryzować rosyjskie biolaby?

***

Przy okazji wczorajszego wyroku Sądu Najwyższego USA uchylającego wyrok Roe vs. Wade i przywracającego władzom stanowym pełnię władzy w kwestii aborcji, rzucę garść złośliwych memów. Dwa pierwsze są oczywiście lekką szyderą z QAnona. Ale faktem jest, że w USA mamy drugiego w historii katolickiego prezydenta, który czasem zachowuje się jak dziadzio ze "Squid Game". "Trust the Plan!" :))))) Baj de łej: Gdyby ktoś Wam powiedział, że Hunter Biden jest Batmanem, to byście nie uwierzyli...



piątek, 17 czerwca 2022

Cypryjskie impresje


Nie wiem, czy klątwa związana ze zgonami znanych ludzi podczas moich wyjazdów zagranicznych działa. Jakimś tragicznym zbiegiem okoliczności, w dzień mojego przylotu na Cypr zmarła tamtejsza minister polityki społecznej Zeta Emilianidou. Widziałem później w telewizji migawki z jej pogrzebu, a przed pałacem arcybiskupa w Nikozji zauważyłem, że flagi zostały opuszczone do połowy masztu. Pani Emilianidou - z tego co słyszałem - była dobrze oceniana przez zwykłych Cypryjczyków. 

Jestem już w kraju - choć wciąż na urlopie - i wczoraj przeczytałem o śmierci generała KGB/SWR Lwa Sockowa - weterana będącego w służbie od 1959 r. , który wcześniej podsrywał sanacyjne władze i ministra Becka. Ponoć się zastrzelił z pamiątkowego pistoletu pamiętającego bitwę pod Chałchyn-goł.

Na dwa dni przed moim wylotem do Larnaki zmarł Dmitrij Kowtun - jeden ze sprawców otrucia płka Aleksandra Litwinienki, a wcześniej... aktor porno zaangażowany przez Ługowoja ad hoc do tej akcji. 

4 czerwca zmarł również Bolesław Tejkowski - asystent profesora Bałwana, współpracownik Kuronia i Modzelewskiego, wieloletni komunista a później opozycjonista internowany w stanie wojennym, który przefarbował się na neopogańskiego narodowca. 

Na samym Cyprze przeżyłem małe trzęsienie ziemi - 4,9 stopni w skali Richtera. Obudziło mnie po 4 w nocy, trochę potrząsnęło meblami w moim pokoju hotelowym i tyle...

Za granicą przebywałem przez tydzień. Zwiedziłem trochę Republiki Cypru oraz samozwańczej Tureckiej Republiki Cypru. Byłem też na terenie podległym brytyjskim bazom: Akrotiri i Dhekelia. Najbardziej mnie interesowała oczywiście kwestia podziału Wyspy. 

Jak pisałem:




"Dzisiaj mój cypryjski przyjaciel Costas zabrał mnie do Famagusty - miasta z potężną twierdzą Wenecjan. Forteca o imponujących murach broniła się w XVI w. przed ogromną turecką armią i flotą, zadając im wielkie straty. Do kapitulacji zmusił ją dopiero głód. Lala Pasza, turecki dowódca początkowo potraktował dowódcę obrony - Marcantonio Bragandino z honorami. Niestety najstarszy syn paszy trafił wcześniej do niewoli oblężonych i prawdopodobnie został zjedzony wraz z innymi jeńcami. Lala Pasza wściekł się i kazał, by obciąć uszy i nos Bragandino. Potem bohaterski wenecki dowódca został wychłostany na śmierć. Jego zwłoki wypchanie słoma i obwożono po mieście na krowie. Lala Pasza wygnał Greków ze starego miasta, ale podarował im ziemię znaną jako Marosza a potem Varosha.




Greckie elity mieszkały tam do 1974 r., czyli do tureckiej inwazji. W porzuconych domach zostały rzeczy osobiste uchodźców a nawet zostawione w popłochu posiłki na stołach. To miasto duchów jest odgrodzone drutem i stanowi w części teren wojskowy. Turcy z jakiegoś powodu je tak zostawili - nic nie wyburzali. Ostatnio jednak pojawiają pomysły, by wpuścić tam deweloperów..."






"Północna część Cypru stanowi ewenement, gdyż jest terytorium UE stanowiącym quasi państwo, w którym stacjonuje armia turecka. Taka turecka Abchazja, tylko lepiej zarządzana i bardziej otwarta na turystykę. Dostać się tam można bez większych problemów - trzeba tylko na granicy kupić OC dla auta (25 euro za miesiąc). Ja zostałem tam dowieziony przez terytorium... brytyjskie - czyli przez teren podległy bazie RAF (ale mający własny samorząd). W tym brytyjskim terytorium zamorskim rzuca się w oczy przede wszystkim... czystość ulic o zakazy fotografowania. Po przejechaniu granicy operator telefonii komórkowej wysłał mi smsa że stawkami opłat w Turcji. Pod względem architektury oraz infrastruktury tereny wokół Famagusty przypominają zachodnią Turcję. Czasem można poczuć kebaba na ulicy - ale ogólnie to typowo śródziemnomorskie środowisko miejskie. Ceny są tam w lotach tureckich i przelicza się je na euro. Bardzo się więc opłaca posilać się w tamtejszych restauracjach. Cypr Północny stał się w ostatnich latach przystanią dla tureckiej opozycji, ale jest tu też sporo zwolenników Erdogana i utrzymania podziału wyspy. To głównie osadnicy z Anatolii. No cóż, Unia nie chciała u siebie Turcji, to Turcja utrzymała pólnocnocypryjską republikę jako element "Turcji w UE"."

Mogę dodać, że gdyby to zależało od Turków Cypryjskich, to wielu z nich pewnie poparłoby powstanie jednego, federalnego Cypru. Przeciw byliby głównie osadnicy z Anatolii. A główną ich obawą byłoby to, że Grecy z Południa powrócą, by odzyskać swoje ziemie i nieruchomości.






"Chcecie poznać Nikozję? Zgłębijcie się w uliczki południowo-wschodniej części jej starówki. Zachodnią część składa się z budowanych małym kosztem budynków z lat 60-tych (!), wschodnia to głównie domy z lat 20-tych zeszłego stulecia i starsze. Jest tam też kilka kościołów, meczetów i łaźni tureckich mających po kilkaset lat. Jest katedra św. Jana - mały kościółek z pięknymi freskami. Można się tam też natknąć na zasieki i opuszczone posterunki ONZ. Nikozja to bowiem miasto podzielone od 1974 r. a de facto od lat 60-tych. Do 2003 r. granica była tam nieprzekraczalna. Teraz wystarczy tylko pokazać paszport na posterunku kontrolnym i można przechodzić bez żadnych pytań. Turecka część to wielki bazar i zagłębie knajp. Są też tam ciekawe zabytki - takie jak Buyuk Han. Handel miesza się tu ze sztuką. Cypryjscy Turcy są w większości świeccy. Po otworzeniu granicy wielu Greków przyjeżdżało tam na dziwki i hazard. Obie Nikozję są zadziwiająco bliskie sobie pod wieloma względami. Przed pałacem arcybiskupa Cypru słychać nagranie muezina puszczane z minaretu kilkaset metrów dalej, a greccy możni mieli w swoich posiadłościach łaźnie tureckie..."






"O ile zwykły turysta wybiera się do Nikozji, by zobaczyć Muzeum Cypru i posterunek kontrolny na główne j ulicy starówki, to prawdziwy chad wybiera się do Muzeum Narodowej Walki czyli Muzeum EOKA. Ekspozycja w tej placówce opowiada o działalności organizacji EOKA, która zbrojnie starała się wypędzić Brytyjczyków z Cypru w latach 50-tych. Kierował nią charyzmatyczny, faszyzujący płk Grivas, który nosił brytyjski beret i sweterek w stylu marszałka Montgomery'ego. Narracja w muzeum jest prowadzona podobnie do narracji zwolenników IRA, a szczególny nacisk kładzie się w niej na brytyjskie represje. Imperium się tam nie opieprzało - postawiło nawet kilka obozów koncentracyjnych. Ostatecznie jednak musiało się wycofać z tego przyczółku - zachowując dwie duże bazy. Niestety ekspozycja kończy się na 1959 r., a chciałbym zobaczyć jak brzmi oficjalna narracja co do działalności Grivasa i jego organizacji EOKA-B w niepodległym Cyprze. Organizacja ta nakręcała wraz z tureckimi ekstremistami spiralę wzajemnej nienawiści. Ale uderzała też w greckich Cypryjczyków. Grivas miał ich na sumieniu dużo więcej niż Brytyjczyków. Jego ludzie próbowali zabić arcybiskupa Makariosa - ojca niepodległości i pierwszego prezydenta Cypru. EOKA-B prawdopodobnie zabiła też ambasadora USA w Nikozji (a przynajmniej nie zaprzeczała oskarżeniom). Wspólnie z grecką juntą dała też Turcji pretekst do inwazji. Dzisiaj na górskim zboczu pod Kyrenią, dobrze widocznym z Nikozji, jest prowokacyjny petroglif z flagą samozwańczej republiki Cypru Północnego. Zrobili go ocaleńcy z wioski, którą zmasakrowała EOKA-B. Przez trzy dekady straszono Turków z Północy, że jeśli otworzy się granicę z Południem, EOKA-B wróci, by ich zabijać. Nic się takiego nie stało. Ale jak widać Grivas stworzył silny mit..."

Podsumowując: Brytyjczycy dostali Cypr w 1878 r. od Turków w zamian za to, że Londyn bronił dyplomatycznie Turcję przed Rosją. W latach 50-tych Cypryjscy Grecy wywalczyli sobie niepodległość, ale w ramach koncesji musieli udostępnić "na wieczne czasy" Brytyjczykom część swojego terytorium na bazy RAF. Cypr był jednak państwem targanym konfliktem etnicznym: grecka prawica chciała zjednoczenia go z Grecją (enosis), tureccy nacjonaliści opowiadali się za podziałem Wyspy. W 1974 r. grecka "faszystowska" junta obaliła rządy arcybiskupa Makariosa i ustanowiła władzę nacjonalistów z EOKA-B. To, wraz z czystkami etnicznymi, sprowokowało turecką inwazję - Operację "Atylla", w ramach której powstała Turecka Republika Cypru Północnego. Skutkiem tego jest poszatkowanie Cypru. Spójrzcie jak ono wygląda choćby w okolicach Dhekelii. Widać wyraźnie, że droga pomiędzy dwoma częściami tej brytyjskiej enklawy przedziela terytorium Republiki Cypru i Cypru Północnego. Jechałem tą drogą :) Co ciekawe Cypr ma chyba narodowy, który był grany publicznie tylko jeden raz w historii (!) i nie posiada słów, tylko melodię.


"Dopytałem się znajomego o stosunek Cypryjczyków do wojny na Ukrainie. Odpowiedział, że Cypr utrzymywał dobre relacje gospodarcze z oboma krajami, ale oczywiście wpływy rosyjskie były większe. "Mieliśmy demonstrację poparcia dla Rosji pod ambasadą rosyjską, z portretami Putina, ale przyszło na nią ze 20 osób". Otwarte poparcie dla Rosji nie jest więc tutaj wielkie. Ale oczywiście pieniądze lubią ciszę..."

W Larnace, na promenadzie nadmorskiej znalazłem za to niewielkie proukraińskie upamiętnienie...

Były też lżejsze akcenty w tej podróży. Choćby to, że Cypr to raj dla kociarzy :)





"W pobliżu brytyjskiej bazy w Akrotiri jest klasztor św. Mikołaja od kotów. Według legendy, święty ściągnął tam watahę kotów

🐱, a one wytępiły węże 🐍. Nya! Klasztor był przez stulecia znany z wielkiej liczby zamieszkujących go kotków. Nya! Obecnie jest on jednak w renowacji, a kotów nie jest już aż tak dużo. Może jacyś aktywiści je sprywatyzowali... Koło mojego hotelu widuje ich więcej. Nya! Mnisi nie wykorzystują więc potencjału marketingowego. Powinni mieć jakąś świętą z kocimi uszkami na ikonie... Nya! 🐈"