sobota, 7 marca 2026

Tydzień wojny z Iranem - krety w reżimie, dekapitacje, irański odwet i strategia wyjścia

 


"To nie jest i nigdy nie miała być uczciwa walka. Uderzamy w nich, gdy leżą" - Peter "Homelander" Hegseth, sekretarz wojny USA.

Najwyższy Przywódca ajatollah Ali Chamenei został wysłany do Piekła. To już pewne i od dawna oficjalnie potwierdzone. Jego zgon wywołał wybuch radości zarówno wśród zwykłych Irańczyków jak i wśród Syryjczyków oraz jojczenie wśród szyickich sekciarzy, lewarów i gaśniczaków. Zgromadzenie Ekspertów - jedyne ciało mogące wybrać jego następcę - zostało zbombardowane. Nie wiadomo ilu z tych mułów zginęło w tym ataku. Irański reżim twierdzi, że nikt, bo głosowanie nad wyborem nowego przywódcy odbyło się online. Początkowo pojawiły się doniesienia, że Zgromadzenie wybrało na nowego Najwyższego Przywódcę Modżtabę Chameneia, syna dotychczasowego przywódcy. To koleś, który wcześniej zajmował się zarówno finansami ojca jak i bezpieką. (W ramach powiększania majątku rodziny Chameneich masowo wywłaszczano zwykłych Irańczyków z ich domów, mieszkań i ziemi. Sam majątek Chamenich był szacowany na 100 mld - 200 mld USD.) Równolegle pojawiły się też przecieki, że Modżtaba zginął. Zdementowano też to, że już został wybrany na Najwyższego Przywódcę. Pojawiła się nawet narracja, że nie jest on zainteresowany tym stanowiskiem, bo "chce się oddać nauce i kulturze"! Wyniki głosowania Zgromadzenia Ekspertów miały być ogłoszone po pogrzebie Alego Chameneia, ale pogrzeb przesunięto "na świętego nigdy"... Nie wiadomo więc, co się dzieje z Modżtabą. Zapewne krajem rządzi Ali Laridżani, a tymczasowe władze - w tym prezydent Pezeszkian to jedynie figuranci. 

Śmierć Najwyższego Przywódcy Alego Chameniego była skutkiem tego, że uwierzył on w propagandę amerykańskich demokratów mówiącą, że "Trump zawsze się wycofuje". Po wielu tygodniach spekulacji dotyczących zamiarów amerykańskiego prezydenta, Chamenei poczuł się na tyle bezpiecznie, by zebrać 50 swoich najbliższych współpracowników na śniadaniu w swojej oficjalnej rezydencji w Teheranie. Według oficjalnej wersji, Mosadowi udał się go namierzyć, bo kilka lat wcześniej zhakował rosyjski system monitoringu video zainstalowany w Teheranie. Inne doniesienia mówiły jednak, że Izraelczycy dokonali nalotu, po wskazówce przekazanej przez CIA. W grę wchodziły więc informacje pozyskane przez Amerykanów od osobowego źródła informacji.


W kręgu podejrzanych znalazł się generał Esmail Qaani, dowódca sił al-Quds (którymi dowodzi od 2020 r., czyli od likwidacji gen. Soleimaniego). Dziwnym trafem przeżył on w 2024 r. uderzenie lotnicze na bunkier Hasana Nasrallaha w Bejrucie. Przeżył też w 2025 r. falę izraelskich uderzeń dekapitacyjnych. Nie został też zabity w ataku na siedzibę Chameneia. W arabskich mediach pojawiły się wczoraj doniesienia, że generał Qaani został zabity przez irański reżim za zdradę. Izraelskie źródła donosiły natomiast, że został ewakuowany do Izraela.

Może było tak jak w poniższym filmie:






Dziwne rzeczy działy się też wokół byłego prezydenta Mahmuda Ahmadinedżada. Jego dom został zbombardowany pierwszego dnia wojny. Wydawało mi się to dziwne, gdyż Ahmadinedżad stanowił w ostatnich latach wewnętrzną opozycję wobec reżimu. Otwarcie mówił choćby o dużym zinfiltrowaniu irańskich tajnych służb przez Mosad. Donoszono w ostatnich dniach o jego śmierci. Nagle okazało się jednak, że koleś nadal żyje i ma się dobrze. Irańska opozycja spekulowała, że zawarł on układ z Mosadem. W 2009 r. "The Telegraph" donosił, że rodzina Ahmadinedżada nosiła wcześniej nazwisko Sabourdżian, co oznacza tkacza szali modlitewnych i jest uznawane w Iranie za żydowskie. Ciekawie brzmi w tym kontekście fragment Sunny mówiący że Dajjal (islamski "antychryst") będzie miał wśród zwolenników 70-tych Żydów z Isfahanu noszących... perskie szale.

Być może mamy do czynienia z przypadkami bardzo podobnymi jak w "Czerwonej Jaskółce".

O silnym zinfiltrowaniu irańskiego reżimu świadczy choćby to, że izraelskie służby bardzo dokładnie znały rozkład bunkra Chameneiego i wiedziały nawet, jakie plakaty wiszą tam na ścianach. Bunkier ten został wczoraj zbombardowany przez 50 izraelskich myśliwców. Ataku dokonano, bo pojawił się tam "wysokiej rangi cel". Oficjalnie chodzi o szefa biura Chameneia, ale coś mi się wydaje, że to za mało, by rozpocząć takie akcje.

Izraelczycy oraz Amerykanie kontynuują uderzenia dekapitacyjne, likwidując kolejnych reżimowych oficjeli. Równają z ziemią kolejne bazy wojska, Korpusu Strażników Rewolucji, siedziby bezpieki, policji i milicji basiji, lotniska, składy amunicji, radary oraz wyrzutnie rakiet. Irańska obrona przeciwlotnicza - oparta na rosyjskiej i chińskiej technologii - po raz kolejny okazała się całkowicie bezbronna. (Choć trzeba przyznać, że omal nie zestrzeliła własnego Miga.) Większe straty Amerykanom zdołał pomyłkowo wyrządzić jeden kuwejcki pilot myśliwca, który zestrzelił 3 F-15. Irańskie lotnictwo jest głównie niszczone na ziemi, choć zdarzyło się jedno zestrzelenie w powietrzu - izraelski F-35 trafił irańskiego, szkoleniowego Jaka-130. Było to pierwsze w historii zestrzelenie samolotu załogowego dokonane przez F-35.



Jak dotąd Amerykanie koncentrowali się na bombardowaniu celów znajdujących się na irańskim wybrzeżu, a Izraelczycy atakowali Teheran i kilka innych miast. Amerykańskie B1 i B2 uderzały w cele ukryte pod ziemią. Amerykańskie bombardowania będą się zapewne przesuwały głębiej w stronę wnętrza kraju.

Systematycznie niszczona jest irańska marynarka wojenna. Choć niektórzy rozkwiniali wcześniej, na podstawie filmu "I pet goat 2", że Irańczycy w okolicach 2 marca zatopią Amerykanom lotniskowiec USS Abraham Lincoln, to jak na razie jedynym zatopionym "lotniskowcem" jest irański "dronowiec" Shahid Bagheri. W pobliżu Sri Lanki, amerykański okręt podwodny, storpedował irańską fregatę Dana - wywołując tym straszny ból dupy o młodych modelarzy udających "ekspertów" od wojny. No bo jak to, tak torpedować wrogie okręty bez ostrzeżenia? Zupełnie jakby ich wiedza o historii wojskowości zatrzymała się na roku 1913... Zatopienie Dany podziałało odstraszająco, więc załogi kolejnych dwóch fregat wybrały internowanie - jedna na Sri Lance, druga w Indiach. 

Zbombardowano port Jask będący siedzibą flotylli Korpusu Strażników Rewolucji, w skład której wchodziły głównie małe jednostki. Mimo to, Irańczykom udało się trafić kuwejcki tankowiec podmorskim dronem. 

Irański odwet jak dotąd wyrządził znikome straty Izraelowi. (Amerykanom zniszczył kilka drogich radarów i zabił sześciu żołnierzy w bazie w Kuwejcie.) Skupił się on bowiem na państwach arabskich. Iran w kilka dni zbombardował ich więcej, niż Izrael w całej swojej historii. Uderzono nie tylko w saudyjskie rafinerie, katarskie instalacje naftowe, dubajskie międzynarodowe lotnisko pasażerskie i drogie hotele, czy w bloki mieszkalne w Bahrajnie. Rakiety i drony spadały też na Oman (kraj, który pośredniczył wcześniej w negocjacjach!), Kuwejt, Irak, Syrię, Jordanię, Cypr i Azerbejdżan. (Irańczycy twierdzą co prawda, że uderzenie dronowe w lotnisko w azerskim Nachiczewaniu było izraelskim "false flag", ale azerskie służby rozbiły też siatkę dywersyjną Korpusu Strażników Rewolucji szykującą się do serii zamachów bombowych w Azerbejdżanie.) Strategia Iranu jest jasna - siać chaos w krajach arabskich, sparaliżować żeglugę w Zatoce Perskiej i międzynarodowy ruch lotniczy, doprowadzić do jak największego skoku cen ropy naftowej, tak by bogate arabskie monarchie i amerykańska opinia publiczna zmusiła Trumpa do przerwania wojny. Ta strategia już częściowo się sprawdza - ceny ropy wzrosły w tydzień o 35 proc., przebijając 90 USD za baryłkę. Drożeje też gaz i ceny nawozów.


Irańska strategia ma jednak swoje ograniczenia. Pierwszym z nich są zdolności do kontynuowania ostrzału rakietowego i dronowego. Izraelczycy przygotowywali się na 200 rakiet dziennie, a poleciało w ich kierunku 200 w ciągu tygodnia. Dane wyraźnie wskazują, że z każdym dniem spada liczba wystrzeliwanych przez Iran rakiet i dronów. Trzy czwarte ich wyrzutni rakietowych zostało przecież zniszczonych. Niektóre są porzucane przez załogi po strzale - bo są niszczone z powietrza nawet w ciągu czterech minut od odpalenia rakiety. Bombardowane są też składy rakiet i dronów. Wielu irańskich dowódców nie żyje, a dezercje ponoć przybierają na sile. Irański żołnierz na tym filmie mówi, że w jego jednostce zostały tylko dwie osoby - oficerowie nie żyją albo uciekli, a koszary są zniszczone. To ta słynna "zdecentralizowana obrona".

Irański reżim, swoimi działaniami odwetowymi zjednoczył też region w przekonaniu, że jest rakiem, który trzeba wyciąć. Arabia Saudyjska ponoć chce deeskalować konflikt, obawiając się ataków na swoje pola naftowe. Odwetowo uderzyła ponoć jednak w irańskie rurociągi. Nawet Katar - dotychczas dosyć przychylny irańskiemu reżimowi - stał się jego wrogiem. Irańczycy mają szczęście, że zestrzelono ich rakietę lecącą nad Turcją. Gdyby uderzyła w coś cennego, Erdogan zacząłby inwazję lądową i po kilku dniach tureckie wojska byłyby w Teheranie.

Irański prezydent Pezeszkian dzisiaj przeprosił państwa regionu, za bombardowania i obiecał, że ataki ustaną, dopóki te kraje same nie będą podejmować wrogich działań. Niedługo po jego przemówieniu, dron uderzył w lotnisko pasażerskie w Dubaju...

Paradoksalnie strategia Iranu uderza też w Chiny, które przecież większość swojej ropy importują z regionu Zatoki Perskiej. Ponadto naraża ona również statki z irańskiej i rosyjskiej floty cienia. 

Paradoksalnie najbezpieczniejszym krajem regionu stała się (nie licząc Turcji)... Syria. Syryjczycy pamiętają irańskiemu reżimowi masakry i bombardowania z czasów wojny domowej. Po likwidacji Chameneia, z syryjskich meczetów płynęło więc przesłanie, że zdechł tyran i trafił do Piekła. Syryjczycy śmieją się z reakcji szyickich fanatyków. Izraelczycy z Amerykanami rozwalili im najwyższego przywódcę, a na tym filmie irański dziadzio- silniczek krzyczy: przeklęci Ummajadzi! :)

Wspominałem wcześniej, że Iran jest obecnie krajem islamskim najwyżej w 30 proc. Poparcie dla reżimy jest jeszcze niższe (najwyżej 20 proc.) i skupia się głównie wokół resortowych rodzin i starych zidiociałych silniczków, będących tymi samymi debilami, którzy obalali szacha. Poza tym reżim sprowadził sobie imigrantów z Afganistanu i Pakistanu oraz bandytów z szyickich milicji z Iraku.

Cóż z tego jednak, że co najmniej 80 proc. narodu irańskiego jest przeciwko reżimowi, skoro rządząca krajem mniejszościowa sekta jest uzbrojona a zwykli Irańczycy nie? W styczniu terrorystyczna sekta pokazała, że nie ma żadnych skrupułów, by urządzić Irańczykom rzeź na ulicach. Oni traktują Iran jak kraj okupowany i nie oddadzą władzy dobrowolnie. Bombardowania niszczą im koszary i posterunki, ale to sprawia, że przenoszą się oni do szkół i szpitali. Liczą na to, że uczniowie, pacjenci i członkowie personelu medycznego będą ich żywymi tarczami. Jak na razie, w nalotach zginęło około 3 tys. funkcjonariuszy irańskiego aparatu "bezpieczeństwa". To oznacza, że dziesiątki tysięcy nadal terroryzują Irańczyków. Strzelają do ludzi, za to, że się śmieją na ulicach.

Zapewne za jakiś czas na irańskim niebie pojawią się drony. Będą one uderzały w skupiska basijich i strażników rewolucji na ulicach. Może do akcji włączą się śmigłowce - osłaniające z powietrza irańskich demonstrantów. 

Irańską wojnę można zakończyć na cztery sposoby:

1) Dostarczenie broni irańskiej opozycji, by sama dokończyła robotę. Broń jest niezbędna do przeprowadzenia rewolucji. Amerykanie mogą się jednak obawiać, że trafi ona w niewłaściwe ręce.

2) Inwazja dokonana przez stronę trzecią - na przykład irackich Kurdów. CIA i Mosad ponoć namawiają do tego ugrupowania kurdyjskie. Problem jednak w tym, że Barzani - przywódca irackich Kurdów chce się trzymać z dala od wojny. Porozumiał się w tej sprawie z Turcją. Mogą się ruszyć kurdyjscy komuniści z PJAK, ale mają najwyżej 5 tys. ludzi. Najwyżej zajmą część górskiego pogranicza i tyle. Wspieranie Kurdów jest ogólnie głupim pomysłem, bo uderzy w irańską opozycję (przeciwną separatyzmom) a reżimowi da do ręki "patriotyczne" argumenty.

Głupim pomysłem byłoby również wsparcie Mudżahedinów Ludowych (MEK), czyli marksistowsko-szyickich sekciarzy mających silne lobby wśród amerykańskich republikanów. Sekciarze z MEK byli przepędzani z opozycyjnych demonstracji. Protestujący studenci skandowali, że nie chcą szyickich mułłów, komunistów i MEK-owców. Irańczycy pamiętają, że Mudżahedini Ludowi brali udział w przejęciu kraju przez szyicką sektę w 1979 r. i że w czasie wojny z Irakiem stali po stronie Saddama.



3) Wysłanie ograniczonego kontyngentu lądowego do Iranu. Taką opcję ponoć rozważa Trump. Chodzi mu o oddziały specjalne, które zajęłyby kilka kluczowych obiektów i wsparły opozycję. Ciekawym scenariuszem byłoby również zajęcie Wyspy Kharg - dałoby kontrolę nad irańskim eksportem naftowym i zmusiło reżim do negocjacji.

4) Zamach stanu w Teheranie. Trump wielokrotnie dawał do zrozumienia, że to jego preferowany scenariusz - objęcie władzy przez kogoś z reżimu, kto zwróciłby się przeciwko rządom ajatollahów. Problem jednak w tym, że to musiałby być ktoś, częściowo akceptowalny dla islamskiej opozycji. Zmiotłaby ona wszelkich Pezeszkianów, Ruhanich i innych lipnych "reformistów". Ahamdinedżad? 

Libkowskie media przekonują, że obecna wojna to jakiś niezrozumiały kaprys Trumpa. Jak zwykle dostosowują one swój przekaz do niskiego poziomu umysłowego swoich odbiorców. Każdy, kto się interesuje geopolityką może bowiem dostrzec, że atak na Iran to część dłuższego procesu - eliminowania elementów moskiewsko-teherańskiej osi. Przed Iranem mieliśmy akcję w Wenezueli, potem zapewne będziemy mieć działanie przeciwko kubańskim komunistom. Zaczęło się to już jednak wcześniej. W czerwcu 2025 r. mieliśmy izraelsko-amerykańskie uderzenie na Iran. W grudniu 2024 r. Turcja i HTS obaliły reżim Assada. Wcześniej Izrael zdziesiątkował, osłabił i ośmieszył Hezbollah oraz w jednym ataku lotniczym rozwalił cały rząd Hutich. Nie byłoby tego, gdyby 7 października 2023 r.  Hamas - podpuszczony przez Rosję - nie zaatakował Izraela. Rosja oczywiście zrobiła to, by odciągnąć uwagę USA od wojny na Ukrainie, którą zaczęła po tym jak administracja Bidena spieprzyła odwrót z Afganistanu, wynegocjowany przez administrację Trumpa. Administracja Trumpa zaczęła natomiast osłabianie Iranu od likwidacji gen. Sulejmaniego w styczniu 2020 r. Likwidacja ta pozwoliła awansować generałowi Qaaniemu.

Pamiętajmy jednak, że to Iran zaczął tę wojnę - w 1979 r. Zamiast całować Cartera i Brzezińskiego po rękach, za to że pomogli mu obalić szacha - szyiccy bolszewicy wzięli na zakładników pracowników ambasady USA. Po Carterze przyszedł Reagan, który też był spolegliwy wobec Iranu. Sprzedawał mu broń w ramach afery Iran-Contra. Irański reżim odwdzięczał się porywając Amerykanów, wysadzając koszary marines, amerykańskie ambasady i samoloty pasażerskie. Bushowie pomogli Iranowi obalając Saddama. Iran się odwdzięczył dostarczając wraz z Assadem IED, za pomocą których zabito i raniono 80 proc. amerykańskich żołnierzy w Iraku.  Amerykanie przez ponad 40 lat byli niezwykli spolegliwi i cierpliwi wobec irańskiego reżimu. Skończyło się to w 2020 r., wraz z likwidacją gen. Sulejmaniego - odpowiedzialnego za ataki na amerykańskich żołnierzy w całym regionie.

Mimo zawirowań związanych ze skokiem cen ropy, wojna przeciwko Iranowi jest dużym ciosem dla Rosji i Chin. Tracą kolejnego sojusznika i zainwestowane tam miliardy. Tracą możliwość podpalania Bliskiego Wschodu. Cały świat widzi ile warte są ich zapewnienia o pomocy (choć zarówno Chiny jak i Rosja wsparły Iran m.in. zdjęciami satelitarnymi amerykańskich baz). Z "potężnej osi oporu" od Caracas po Pyongyang został sojusz komunistycznych cucków.

Na strasznego cucka wyszedł też brytyjski premier Keir Starmer. Irański dron trafił w Akrotiri - zamorskie terytorium Wielkiej Brytanii - a on ogłosił: "nie przyłączamy się do ataków na Iran, wyślemy na Cypr okręt, który wypłynie w trasę za tydzień". Postawa hiszpańskiego premiera Sancheza mnie natomiast nie dziwi - irański i wenezuelski reżim finansowały przecież hiszpańską lewicę. Chodzą plotki, że Sanchez był gejowską prostytutką. Marokańskie służby mu zhakowały telefon, a po tym zaczął on prowadzić politykę niezwykle spolegliwą wobec Maroka....

Ogólnie postawa zachodniej lewicy mocno kontrastuje z nastrojami wśród samych Irańczyków - zarówno tych przebywających w Iranie jak i na emigracji. Ci z Iranu oglądają bombardowania z dachów swoich domów przy piwie i grillu. Ci z diaspory organizują radosne demonstracje poparcia dla obalenia reżimu. (W Manchasterze miejscowe lewarstwo zorganizowało "ciche zgromadzenie" ku pamięci Chameneia, przy którym irańska emigracja zorganizowała imprezę :) Iranki całkiem nieźle tańczą, co wkurza zachodnie feministki.



U nas natomiast kwik i żałoba wśród dupoprawicowców. Lisicki, odłożył na chwilę "chłodny realizm polityczny oparty na sile" i emocjonalnie jojczy, że "jak mogli zabić irańskiego przywódcę!?". Pewnie nie ma świadomości tego, że ludzie Chameneia zabili wcześniej m.in. libańskiego prezydenta Rene Moawada. 

Hegseth stwierdził, że zlikwidowany został dowódca jednostki irańskiego wywiadu odpowiedzialnej za przygotowanie zamachu na Trumpa. Ponoć tego irańskiego resorciaka zastrzelono na ulicy w Teheranie. Toczy się obecnie proces Pakistańczyka, którego Iran wynajął w 2024 r. do zabójstwa Trumpa. Oskarżony twierdzi, że to Iran odpowiadał za zamach na Trumpa w Pennsylwanii w czerwcu 2024 r.
Nie wiem ile w tym prawdy, ale przeprowadzanie zamachów na przywódców innych państw to narzędzie stosowane w polityce międzynarodowej od czasów starożytnych. Nasi dupoprawicowcy (często z góry wykluczający to, że Rosja zabiła prezydentów Kaczyńskiego i Kaczorowskiego w Smoleńsku) nie powinni więc jojczyć, tylko się douczyć.




Wychodzi na to, że Trump jest pierwszym bliskowschodnim prezydentem USA. Nie tylko dlatego, że dwie swoje córki wydał za przedstawicieli bliskowschodnich narodów (jedną za Żyda, drugą za Libańczyka). Doskonale posługuje się językiem powszechnie rozumianym na Bliskim Wschodnie - językiem politycznym. Poza tym lubi złoto i słowiańskie blondynki...

Wyobraźmy sobie taką sytuację: w 1986 r. Amerykanie rozwalają gejnerała Jarucwelskiego, Kiszczaka, Milewskiego, Ciastonia, Płatka, Urbana i szereg innych komuchów. W Warszawie, zwykli Polacy okazują radość po atakach. W Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Chicago odbywają się radosne demonstracje polskiej diaspory. Miejscowe lewary i dupoprawicowcy są oburzeni "zabiciem przywódcy państwa" i twierdzą, że komunistyczny reżim cieszy się masowym poparciem w Polsce, a emigranci to tylko "banda reakcjonistów". Wyciągnięci z dupy "eksperci" tłumaczą w libkowskich mediach, że prezydent Kaczorowski wraz z nie żyjącym od 15 lat generałem Andersem chcą przywrócić w Polsce "feudalizm", "rządy kapitału", "Brześć, Berezę i getto ławkowe" i że Polacy z tego powodu staną murem za komuszym reżimem okupacyjnym. Jakaś kretynka w stylu Agnieszki Piwar publikuje zdjęcia polskich, antykomunistycznych emigrantów i pisze, by "zapamiętać twarze tych zdrajców". Absurdalne? Nie. To właśnie dzieje się na naszych oczach.

sobota, 28 lutego 2026

Epicka Furia i Ryczący Lew

 


Powyżej: oficjalna siedziba ajatollaha Chamenei w sobotę rano

Negocjacje w Omanie oraz zapowiedziana na 1-2 marca wizyta Rubio w Izraelu okazały się jedynie elementem planu "decepcji" strategicznej. Data ataku została ponoć już wyznaczona wiele tygodni temu i się w międzyczasie nie zmieniła. Amerykanie dali tej operacji wojskowej nazwę "Epicka Furia", a Izraelczycy "Ryczący Lew".

W noc przed atakiem, nad miastem Karadż pokazała się świetlista kula, która nie wydawała dźwięku. Czyżby kolejna tajna amerykańska technologia?

Uderzenie lotnicze zaczęło się w sobotę rano. Dosyć niekonwencjonalnie - już po wschodzie słońca. W ruch poszły zarówno rakiety Tommahawk i myśliwce. Irańska obrona przeciwlotnicza jak zwykle okazała się bezradna. Zbombardowano szereg baz Korpusu Strażników Rewolucji, baz lotniczych, baz irańskiej marynarki wojennej, siedziby resortów siłowych i sztabu generalnego, a także ośrodek nuklearny w Parchin. Bomby spadły też m.in. na Buszerę. Zniszczono "dziesiątki" irańskich wyrzutni rakiet.




W pierwszym uderzeniu bomby poszły m.in. na teherańską rezydencję Chameneiego. Reuter donosił o śmierci szeregu wysokich rangą dowódców Korpusu Strażników Rewolucji. Źródła izraelskie mówią, że zabito też wielu ministrów. Chamenei najprawdopodobniej był poza Teheranem, w bunkrze głęboko w górach. Pojawiły się niepotwierdzone doniesienia o śmierci: dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji gen. Mohameda Papkoura, gen. Mohameda Yakiyura, dowódcy Gwardii Rewolucyjnej, ministra obrony Saleha Asadiego, szefa Rady Obrony Alego Shamkhaniego, głównego sędziego Mohseniego Ejei, a także byłego prezydenta Mahmuda Ahmadinedżada (którego dom zbombardowano). Irański reżim jednak twierdzi, że zarówno prezydent jak i dowódca armii oraz inni generałowie "są w pełnym zdrowiu".  Przeprowadzono też uderzenia w Iraku, w których wyeliminowano niektórych dowódców tamtejszych szyickich milicji.

Wstępne oceny izraelskich służb mówią, że Chamenei zginął. Czekamy na potwierdzenie...

Iran w odpowiedzi rozpoczął operację: Prawdziwa Obietnica 4. Pierwsze salwy rakietowe okazały się dosyć słabe, ale pojedyncze rakiety oraz drony Shahed trafiły m.in.: w amerykańską bazę morską w Bahrajnie. Spadły też one w Kuwejcie, Iraku, Katarze, ZEA, Arabii Saudyjskiej, Jordanii, Syrii a nawet w Azerbejdżanie. Irański reżim odpowiedział więc atakując niemal wszystkich na zachód od swoich granic. Prawdopodobnie udało im się zniszczyć radar i magazyn w amerykańskiej bazie w bahrajńskiej Manamie oraz radar w Katarze. Zginęła jedna przypadkowo osoba w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Nieliczne irańskie pociski nadleciały nad Izraelem. Gdzieniegdzie nawet spadły na ziemię i wyrządziły ograniczone straty materialne. 

Ataki na Iran spotkały się z radosną reakcją samych Irańczyków. Wiwatowali, śmiali się i wznosili okrzyki na cześć Szacha, widząc jak cele związane z reżimem wylatują w powietrze. Wiele mówiąca jest choćby spontaniczna reakcja irańskich gimbusów - jeden z nich krzyknął z radości "I love Trump!". Irańczycy dosłownie tańczą na ulicach. I trudno się temu dziwić po rzezi, jaką kilka tygodni temu reżim. Obiecana przez Amerykanów pomoc w końcu nadeszła.

Javid Shah

Cieszą się też Syryjczycy - widząc jak znów Izrael z Iranem okładają się rakietami. Ponoć sprzedawcy słodyczy z Damaszku są w stanie podwyższonej gotowości na wypadek śmierci Chameneiego. Będą wówczas celebracje na ulicach. 

Żydzi, Arabowie, Persowie - zjednoczyli się w radości z amerykańsko-izraelskich uderzeń w irański reżim. Ból dupy mają Ruscy, Chińczycy (którzy jednak się z tym mocno maskują) i eurocucki. Unijne rządy wzywają do "negocjacji" i "powstrzymania przemocy". Podczas rzezi na ulicach Teheranu też się nie popisali. Ostatecznie jednak pośrednio przyczynili się do ataku na Iran - pozwalając Amerykanom na korzystanie ze swojej przestrzeni powietrznej. (I dlatego Rubio był tak pojednawczy w Monachium - nie dlatego, że przestraszył się europejskiej demonstracji politycznej na Grenlandii.) Merz w przyszłym tygodniu będzie w Waszyngtonie rozmawiał z Trumpem o zakupach amerykańskiej broni, a nasze silniczki będą na rozkaz jego pachołków szczekać na USA. W TVP Info-w likwidacji - jakaś trzymają się propagandowych klisz wymyślonych przez akademickie komusze skamieliny i są zdziwieni, że zwykli Irańczycy cieszą się z ataku na reżim...

Trump nie zaczął tej wojny. On ma ją szansę zakończyć, niszcząc irański reżim. Wojna zaczęła się w 1979 r. W jej trakcie Irańczycy bezkarnie zabijali Amerykanów, wysadzali koszary marines i ambasady, brali zakładników, dostarczali IED irackim grupom zbrojnym... Dotychczasowe amerykańskie administracje traktowały Iran ulgowo, okładając go tylko sankcjami o różnej intensywności. Trump jest pierwszym, który wziął się do likwidacji teherańskiego reżimu - zaczynając w 2020 r. od odstrzelenia gen. Sulejmaniego.

Wyobraźcie sobie, że w 2001 r. poniższa ekipa dowiaduje się, że tym, kto zbombarduje Iran będzie koleś prowadzący reality show "The Apprentice"...



Sytuacja oczywiście jest dynamiczna. Świeże materiały codziennie (a czasem nawet dwa razy dziennie) na moim koncie na X-ie.

***

Tymczasem kanał youtubowy Joanny Lamparskiej ("legendy" jeśli chodzi o badanie tajemnic drugiej wojny światowej) opublikował wywiad z Waszym Ulubionym Autorem dotyczący jego książki "Demony nazistów". Enjoy!



sobota, 21 lutego 2026

Czekanie w Iranie, brytyjska zdrada, trumpowska "dyktatura" i sprytny czarny pastor

 


Tej nocy spałem spokojnie - nawet jak na swój rozpieprzony rytm snu. Z mojego OSINTu (nie mylić z Ostint-Polo różnych Micków) wynikało, że jeszcze nie dojdzie do amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran. Czy nastąpi on w nadchodzących dniach? W chwili tworzenia tego wpisu nie widzę sygnałów na to wskazujących, ale sytuacja jest bardzo dynamiczna. Słyszymy, że siły potrzebne do akcji są na miejscu, ale moim zdaniem jeszcze nie wszystkie - USS Gerald Ford dopiero wczoraj minął Gibraltar. 


Iran stracił już w tej wojnie pierwszy samolot - myśliwiec F-4 mający chyba z pół wieku, który rozbił się z pilotem-instruktorem na pokładzie.

Wszystko zależy od decyzji, jaką podejmie prezydent Trump. Wojsko przedstawiło mu kilka planów działania i nie wiadomo, który z nich on wybierze. W czwartek zapowiedział, że daje Iranowi 10-15 dni na porozumienie. Irańczycy muszą dać Amerykanom "propozycję tak dobrą, że nie da się jej odrzucić". Tak by Trump mógł wyjść z twarzą i wycofać wojska, nie przeprowadzając choćby symbolicznego uderzenia na Iran. Ajatollahowie prawdopodobnie to spieprzą. Nie chcą iść na ustępstwa w kwestii swojego programu rakietowego. Obiecują za to dostęp do swoich złóż ropy - czyli to samo, co proponowała Wenezuela przed pojmaniem Maduro. Trump wspomniał o tym, że w Iranie zabito w ciągu kilku dni 32 tys. demonstrantów. To oznacza, że sięga po narrację, która stawia możliwość porozumienia z "krwawym reżimem" pod dużym znakiem zapytania.

Weźmy również pod uwagę to, że w planie ataku na Iran doszło do komplikacji. Wielka Brytania sprzeciwiła się wykorzystaniu do tego celu bazy Diego Garcia oraz Fairford. To utrudnia użycie bombowców. To właśnie ten sprzeciw miał sprawić, że Trump zagroził zawetowaniem transakcji przekazania przez Wielką Brytanię Wysp Chagos Mauritiusowi. Zamieścił też dziwny wpis sugerujący, że Irańczycy mogą zaatakować Diego Garcia oraz inne terytoria brytyjskie. 

Co odwala więc Starmer? Skrajnie niepopularny brytyjski premier, zaostrzający w swoim kraju w absurdalnie orwellowski sposób cenzurę ideologiczną i niszczący branżę brytyjskich pubów, z jakiegoś powodu próbuje ratować reżim ajatollahów przed Trumpem. Polityka Starmera jest mocno prochińska. Pozwolił on ChRL na zbudowanie w centrum Londynu ogromnej ambasady, której plany przewidują m.in. podziemne pomieszczenie z bardzo wydajnym systemem wentylacyjnym położone kilka metrów od magistrali światłowodowej obsługującej londyńskie City. Jego rząd tuszował też skandale szpiegowskie dotyczące Chin. Czyżby więc Starmer był chińskim koniem trojańskim wewnątrz NATO?

Irańska bezpieka, podczas tłumienia protestów monarchistycznej opozycji, wykorzystywała pojemniki z gazem łzawiącym oraz plastikowe kule importowane z Wielkiej Brytanii. Dziwne związki Londynu z Teheranem mają jednak dłuższą tradycję. Na zdjęciach i filmach z wczesnego okresu rewolucji islamskiej widać towarzyszącemu Chomeiniemu podczas piątkowych modłów i wystąpień publicznych sir Anthony'ego Parsonsa, ambasadora Wielkiej Brytanii w Teheranie w latach 1974-1979. Przypominam, że propaganda szacha nazywała Chomeiniego "nie-Irańczykiem, brytyjskim agentem i homoseksualistą". Chomeini wywodził się z rodziny indyjskich imigrantów, a w 1987 r. wydał fatwę pozwalającą na przeprowadzanie operacji zmiany płci. 



Mam wrażenie, że obecne próby ratowania irańskiego reżimu przez Starmera mają korzenie w działaniach brytyjskiego establiszmentu sprzed pół wieku, wymierzonych w szacha. Przeciwko ówczesnemu irańskiemu władcy, z jakiegoś powodu, sprzymierzyły się tajne służby z obu stron Żelaznej Kurtyny - administracja Cartera, Brytyjczycy, Francuzi, Sowieci, enerdowcy (Chomeini miał pracować także dla Stasi). Jedynie ekipa izraelskiego premiera Begina próbowała wówczas zapobiec zainstalowaniu w Teheranie szyickiego reżimu, rozważając zestrzelenie nad Paryżem samolotu z Chomeinim wracającym do Iranu.

Wróćmy jednak do teraźniejszości...

Jakimś dziwnym trafem, gdy wyszły informacje o sabotowaniu przez Starmera uderzenia na Iran, doszło do aresztowania byłego księcia Andrzeja (akurat w jego 66 urodziny). Sprawa ta nie dotyczyła rzekomej "pedofilii", ani historyjek o zjadanych dzieciach. Prawdziwym powodem zatrzymania Andrzeja znanego wcześniej jako książę było szpiegostwo. Koleś przekazywał bowiem siatce wywiadowczej Epsteina dokumenty opatrzone klauzulami. Doradca Andrzeja robił interesy z Chińczykami.  Lord Mandelson naciskał wcześniej na to, by Andrzej został brytyjskim wysłannikiem handlowym. Kto uczynił Mandelsona ambasadorem w Waszyngtonie? Starmer. Co wcześniej robił Starmer? Był prokuratorem oskarżanym o tuszowanie sprawy p*ofila-satanisty Jimmy'ego Saville'a. Oskarżano go też o tuszowanie skandalu wokół pakistańskich gangów pedofilskich.  No, ale libki mocno przeżywające ostatnio aferę Epsteina, jakoś nie zauważają tych powiązań... Co ciekawe 11 lat temu Trump (informator FBI) wskazywał na podejrzane powiązania byłego księcia Andrzeja.

***

Różnym osint-polowcom, gówno-politologom, socjologom oraz innym nieudanym produktom systemu edukacji histerycznie lansującym tezę o tym, że USA pod rządami Trumpa zmierzają do autorytarnej dyktatury, mogę powiedzieć: w dupie byliście, chuja widzieliście i gówno wiecie.

Wczoraj Sąd Najwyższy po raz kolejny pokazał, że może skutecznie ograniczać władzę prezydenta.  Zakwestionował dużą część podwyżek ceł wdrożonych przez administrację Trumpa, otwierając drogę do strasznego chaosu prawnego. Trump odpowiedział na to ogłaszając globalne cła wynoszące 10 proc. Zrobił to na podstawie innej ustawy. (Kwestią otwartą pozostają roszczenia opiewające na 175 mld USD za podwyżki ceł - kwota dla budżetu raczej mała, ale dla prywatnych biznesów duża. Owe roszczenia były skupowane za ułamek wartości przez różnych cwaniaczków. Firma inwestycyjna Cantor Fitzgerald należąca do rodziny sekretarza handlu Howarda Lutnicka, oficjalnie zaprzeczyła, by brała udział w tym procederze.) We wszystkich kontrowersyjnych aspektach działalności administracji Trumpa mamy do czynienia z wojną na kruczki prawne. Z naginaniem prawa, wykorzystywaniem luk w przepisach oraz interpretacjach. To samo robią wszystkie rządy na świecie - poza tymi skrajnie pierdołowatymi.

Wszystkim pierdolącym o "dyktaturze w USA" zwracam uwagę, że władza prezydenta jest mocno ograniczona przez Kongres (mogący blokować finansowanie i nominacje) oraz sądy. Na to nakłada się niezależność Rezerwy Federalnej oraz duża autonomia stanów i samorządów miejskich. Tworzone przez paleokonserwatystów analizy o tym, że USA "przestały być republiką, a stały się imperium" są oparte na teoriach politologicznych sprzed ponad 200 lat. To podobnie jak kierować się wiedzą medyczną z XVIII wieku. Ustroje polityczne nie dzielą się już tylko na "monarchie" i "republiki". Ponadto nawet historia starożytna pokazuje, że republiki mogą prowadzić politykę imperialną.

Lewarstwo oraz libki mają straszliwy ból dupy o to, że administracja Trumpa rozwala łódki z przemytnikami narkotyków oraz robi obławy na nielegalnych imigrantów. Gdyby znali historię, wiedzieliby, że to betka w porównaniu choćby z tym, co robił Franklin Delano Roosevelt, który zamykał - z przyczyn czysto rasistowskich - amerykańskich obywateli w obozach koncentracyjnych. Eisenhower wysyłał wojsko na Południe, by zmusić tamtejsze dzieciaki do chodzenia do szkoły z Czarnymi. Clinton miał na koncie m.in. masakrę w Waco, a Bush Jr. program tajnych więzień CIA. Naprawdę, Trump wygląda na ich tle jak prawniczy legalista. No, ale lewarstwo lamentuje, bo popełnił straszliwą zbrodnię w postaci cięć grantów z USAID...

Libki narzekają, że "Trump to dosłownie Hitler". Altrightowcy narzekają, ze Trump nie jest Hitlerem. Prezydentem USA, który najbardziej przypominał Hitlera był jednak Abraham Lincoln. On dokonywał autentycznych zbrodni wojennych i aktów ludobójstwa. Południe tak spustoszył gospodarczo, że podniosło się dopiero w czasie New Dealu...

Jakoś też libki się nie oburzają na to, że ich ulubieniec Merz otwarcie mówi, że chciałby znać nazwiska ludzi zostawiających komentarze w necie, 

***



Zmarł pastor Jesse Jackson, jeden z liderów "ruchu praw obywatelskich". A przy okazji konfident FBI, który wystawił tej agencji pastora Martina Luthera Kinga. No cóż, pastor King nie był świętym, a jego kontakty z komunistami były realne (opisał je choćby Tim Weiner w swojej historii FBI). Pastor Jackson później umiejętnie monetyzował swoją, wykreowaną przez służby, legendę.

O jego metodach działania pisał chicagowski konspirolog Sherman Skolnick. Nie żaden skrajny, rasistowski prawicowiec tylko, żydowski lewar. (Który zostawił po sobie jednak bardzo ciekawą spuściznę artykułów konspirologicznych.) Zacytuję jeden z jego tekstów:

"Do 1969 roku w Chicago istniał ogromny ruch czarnych aspirujących właścicieli domów. W wyniku rasowo dyskryminacyjnych praktyk banki stosowały tzw. „redlining” wobec czarnych dzielnic, przez co czarni nie mogli uzyskać kredytu hipotecznego. Musieli kupować domy „na kontrakt”, płacąc co miesiąc kwoty odpowiadające dwukrotnej wartości nieruchomości. Zostałem wolontariuszem–konsultantem dla 25 000 członków South Side Contract Buyers League. Podczas zatłoczonych zgromadzeń w kościołach przedstawiałem, co należy zrobić. Odważyłem się powiedzieć im, że sędziowie rozpatrujący ich sprawy byli spekulantami nieruchomości i właścicielami znacznych majątków, wrogami zwykłych ludzi. Sędziowie sprzeciwiali się marzeniom czarnych mieszkańców Chicago o posiadaniu własnego domu.

Dla establishmentu oraz ich banków i firm hipotecznych oddolny ruch, taki jak Buyers League, był niebezpieczny niczym pożar prerii. Trzeba go było powstrzymać. Wtedy pojawił się wielebny Jesse Jackson. Szereg dobrze poinformowanych źródeł przekazał mi wiele informacji o jego drodze do rozgłosu i o tym, jak stawał się multimilionerem dzięki serii tajnych układów biznesowych. Ujawniłem sekrety jego nieuczciwie zdobytego majątku. Podczas kluczowej rozprawy sądowej wielebny Jackson przybył ze swoimi „mięśniakami”, zwanymi „Black Men Moving”, ponurymi egzekutorami, którzy zdominowali już i tak wypełnioną po brzegi salę. Liderzy Buyers League, obecni w sądzie, byli przygotowani, reprezentując samych siebie, by omawiać prawo i fakty (szeptali mi, że podejrzewają, iż ludzie Jessego to prowokatorzy).

Scena w sądzie stała się napięta i dramatyczna — ludzie Jacksona zamiast dyskutować o prawie i faktach wykrzykiwali hasła i groźby. Sam szeryf hrabstwa, nie zastępca, wszedł na salę i stanął obok sędziego. Do sali wkroczyli zastępcy szeryfa. Zgadnijcie, kogo aresztowali? Nie Jessego Jacksona ani jego quasi-wojskową ekipę, lecz prezesa i wiceprezesa Buyers League, którzy byli w większości uprzejmi i milczący. Zostali zabrani do aresztu w piwnicy sądu. W tym momencie Jesse udał się z sądu do biura burmistrza po drugiej stronie ulicy. Poleciłem kilku członkom Buyers League, by szybko zawieźli mnie na wózku inwalidzkim za nim.



Gdy podjechałem, Jesse siedział w poczekalni przed gabinetem burmistrza. Warknął do mnie: „Co ty tu robisz, białasie?”. Odpowiedziałem: „Posłuchaj, nie jestem jakimś rasistą, którego próbujesz zastraszyć. Pomagam Buyers League. TWOJE biuro na South Side jest kilka kroków od ICH biura. A jednak wielokrotnie odmawiałeś im pomocy.” Gdy wszedł do wewnętrznego gabinetu burmistrza, powstrzymał kilka kobiet z Buyers League przed wejściem za nim. Zaczęły walić w zamknięte drzwi: „Jesse, wyjdź stamtąd! Nie mówisz w naszym imieniu.” Jesse wyszedł, gdy ekipa telewizyjna ustawiała światła. Zbliżając się do mikrofonu, rzucił mi groźne spojrzenie: „Jeszcze cię za to dopadnę!”. Jak wysoki na ponad sześć stóp ekspert od tępienia szkodników, patrzył z góry na mnie siedzącego na wózku jak na bezbronnego robaka.

Słodkie zwycięstwo! Konfrontacja i zamieszanie, które wywołałem, doprowadziły do uwolnienia dwóch liderów Buyers League z aresztu w piwnicy sądu. Po innych incydentach moje strategie zadziałały. Wielebny Jesse Jackson nie zdołał przejąć i zdusić ruchu Buyers League. Ostatecznie, po spotkaniu w moim domu z udziałem bankowych prominentów i liderów Buyers League, tysiące domów zostały przyznane czarnym z długoterminowymi kredytami hipotecznymi za połowę ceny kontraktów. Na każdym etapie tej niebezpiecznej drogi ostrzegałem bankowych popleczników, przeciwników i wrogów Buyers League: „Nie jestem Jesse Jacksonem. NIE jestem na sprzedaż!”.

Zorientowani czarni zaczęli potem potajemnie spotykać się ze mną, obawiając się, że Jackson się dowie. Dzięki nim sporządziłem listę świadków i szczegółów, które miały dowodzić, że Jesse był wymuszającym haracze, wyłudzającym pieniądze od różnych firm, w tym należących do czarnych, i w ten sposób ogromnie się wzbogacał pod przykrywką walki o prawa człowieka.

Na przykład stał się właścicielem firmy wywożącej śmieci z fabryk i innych miejsc. Gdzie jego ciężarówki wyładowywały odpady? W prywatnym wysypisku należącym do gangsterów. Podobno wymuszał pieniądze na sieci sklepów spożywczych, organizując przeciw nim marsze. Pracownicy banków szeptali mi do ucha o jego tajnych operacjach bankowych i rzekomym praniu ogromnych sum. Udostępniliśmy masę świadków i szczegółów elitarnej jednostce rządowej. W 1972 roku postawiono Jessego w stan oskarżenia w sprawie federalnej o uchylanie się od podatków, wymuszenia i różne przestępstwa międzystanowe.

Poprzez wysoce skorumpowanego krajowego działacza Partii Republikańskiej z Indiany wielebny Jackson miał rzekomo przekazać Białemu Domowi Nixona „dar” w wysokości 850 tysięcy dolarów. Prokurator federalny został odsunięty. Akt oskarżenia został wyciszony.

Później zorganizowałem potajemne spotkanie z członkiem tej elitarnej jednostki. Byłem obecny wraz z dwoma dziennikarzami, którzy twierdzili, że potwierdzenie doprowadzi do publikacji materiału. Otrzymali bezpośrednie potwierdzenie, że wielebny Jesse Jackson, sam republikanin na początku lat 70., zdołał zablokować postępowanie i utrzymać je w tajemnicy. Jeden z dziennikarzy, związany z siecią telewizyjną, nigdy nie opublikował materiału — zginął, gdy jego samolot został wysadzony bombą. Drugi reporter, mimo potwierdzenia, postanowił milczeć i w zamian otrzymał bardzo lukratywną posadę w jednej z największych grup medialnych świata. Czy była to kariera zbudowana na szantażu?

W 1975 roku ja i moi współpracownicy spotkaliśmy się z afroamerykańską reporterką Barbarą Reynolds, pracującą wówczas dla Chicago Tribune. Napisała książkę o wielebnym Jesse Jacksonie, opisując, jak w sposób oszukańczy stał się rzekomym czarnym „liderem”, zastępując doktora Kinga, jak fałszywie twierdził, że King zmarł w jego ramionach, oraz jak czerpie różne korzyści od rządu i wielkich korporacji, które tolerują jego oszustwa. Jej książka „The Man, The Myth, The Movement” była wówczas wycofywana z księgarń i tłumiona — establishment musiał chronić swojego człowieka, wielebnego Jacksona. Mówiła, że groźby ze strony Jacksona zmuszają ją do szybkiego opuszczenia Chicago. Posiadam jeden z nielicznych egzemplarzy pierwszego wydania.

Na początku lat 90. wystąpiła w programie telewizyjnym „Tony Brown's Journal”, gdzie opowiedziała o tym, co ją spotkało ze strony Jacksona, i wspomniała, że jej książka ma zostać ponownie wydana.



W kolejnych latach wielebny Jackson był postacią niejednoznaczną. Czasem słusznie protestował przeciw dyskryminacyjnej polityce wielkich korporacji. Innym razem milkł, gdy jeden z jego współpracowników trafiał do rady dyrektorów, a on sam uzyskiwał jakieś korzyści finansowe. Korporacje nadal prowadziły dyskryminacyjne praktyki. Przykładem była sprawa czarnych aspirujących dealerów General Motors. Jesse poskarżył się GM, po czym jeden z jego współpracowników został dyrektorem. Niektórzy czarni otrzymali franczyzę, ale na terenie, gdzie groziło im bankructwo. Jesse milczał też w sprawie dyskryminacji rasowej w zakładzie GM Parts w Broadview, na zachodnich przedmieściach Chicago. Odmówił pomocy 3000 czarnych pracowników protestujących przeciwko Electro-Motive Division, produkującej lokomotywy, która przez dekady przydzielała czarnym najgorsze prace i prowadziła zakład na toksycznym wysypisku, gdzie wielu z nich zmarło na raka. Odmówił także wsparcia pikiety przed sądem federalnym, domagającej się wyłączenia sędziego, który wcześniej był prawnikiem tej spółki. Po prawie 20 latach procesu pracownicy otrzymali od GM niemal nic. Zaprojektowałem ulotki dla pikietujących, opisujące przeszłość sędziego.

Jeśli jesteś czarny i chcesz zostać piosenkarzem gospel oraz zdobyć uwagę telewizji, podobno musisz współpracować z firmą żony Jacksona, Jacqueline Productions. W przeciwnym razie giniesz w zapomnieniu. Podobno trudno nawet ustalić, gdzie firma działa.



Jesse zdaje się mieć nieczysty układ ze związkiem zawodowym pracowników hotelowych powiązanym z mafią. Jak to się dzieje, że członkowie jego rodziny mają dochodowe, rzekomo powiązane z mafią hurtownie piwa w Chicago? Jego protesty przeciw blokowaniu czarnych wyborców na Florydzie w wyborach prezydenckich w 2000 roku były uzasadnione. Ale czy przy jego wcześniejszych działaniach nie chodziło o próbę wywarcia nacisku na Demokratyczny Komitet Narodowy? Jak wspomniano na naszej stronie o zabójstwie doktora Kinga, według byłego urzędnika Departamentu Sprawiedliwości, który miał akta Jacksona na biurku, wielebny Jesse Jackson miał być przez większość dorosłego życia informatorem FBI. Personel podkomisji Izby Reprezentantów ds. Zabójstw w 1976 roku posiadał dokumenty — utajnione na 30 lat — że FBI wybrało Jacksona na następcę doktora Kinga jeszcze przed jego śmiercią. Niektórzy uważają dziś, że FBI i CIA mogły odegrać rolę w zabójstwie postrzeganego przez establishment „Czarnego Mesjasza”."

(koniec cytatu)

Moja wierna czytelniczka o pseudonimie Futrzak napisała w komentarzu do notki na swoim blogu, że:

"Kiedy był najdłuższy okres pokoju i prosperity w USA i Europie Zachodniej? Po WWII, kiedy były rządy socjaldemokratyczne w Europie, w USA realizowano program FDR-a a potem postulaty Civil Rights Movement" (koniec cytatu)

No nie, większość rządów w czasach keynsowskiego dobrobytu w powojennej Europie Zachodniej była akurat chadecka. (Szczególne przypadki stanowiły RFN, gdzie wokół Adenauera roiło się od autentycznych post-nazistów i Hiszpania, która przechodziła boom gospodarczy za późnej dyktatury Franco.) Sami ówcześni socjaldemokraci mieli natomiast często  w sprawach komunizmu, rasy, płci oraz orientacji seksualnej, poglądy, które obecnie plasowałyby ich w PiS czy Niklocie. Nie będę się jednak kłócił o takie szczegóły. Ważniejsze jest to, że Futrzakowi trochę się pokićkała chronologia. Postulaty ruchu praw obywatelskich realizowano nie w czasie największego dobrobytu na Zachodzie, ale u schyłku okresu dobrobytu. Ich wdrożenie wręcz zbiega się z zakończeniem tamtej złotej, newdealowskiej ery. Dlaczego? Bo wraz z programem Wielkiego Społeczeństwa wdrażanym przez administrację Lyndona Johnsona przekierowano programy społeczne z budowania dobrobytu zwykłych Amerykanów, na kultywowanie i wynagradzanie patologii społecznych w czarnej społeczności. W efekcie: pozycja społeczna Afroamerykanów jest po 60 latach i ogromnych transferach finansowych gorsza niż była w "rasistowskich" latach 50-tych, a system publicznej edukacji zamienił się w jedną wielką patologię. Cały rynek nieruchomości w USA opiera się na idei: mieszkać jak najdalej od czarnych patusów, ale nie tak daleko, by dojeżdżać do pracy przez trzy godziny. Niechęć Amerykanów do rozbudowy systemów transportu publicznego bierze się natomiast z syfu, który obserwują na co dzień choćby w nowojorskim metrze i świadomości, że w transporcie publicznym może ich spotkać los Iryny Zaruckiej. Mogą za to podziękować pastorowi Jacksonowi i Martinowi Lutherowi Pimpowi!


Ruch "black power" przyczynił się do osłabienia związków zawodowych w USA. Czarni byli bowiem podburzani przeciwko polskim, włoskim oraz irlandzkim liderom związkowym. Kapitaliści cieszyli się z tego, że mogą za mniejszą kasę zatrudnić Afroamerykanina nie należącego do związku. Później feminizm drugiej fali zapewnił korporacjom kolejną falę dumpingu płacowego - w postaci kobiet po śmieciowych studiach, przekonywanych, że "mogą robić karierę" zamiast dbać o dom. Potem nadeszła kolejna fala dumpingu płacowego w postaci masowej imigracji z Trzeciego Świata. Istotą lewarstwa jest więc bronienie zjawisk prowadzących do zaniżania płac. 

Śmieszą mnie lewarskie memy pokazujące amerykańskich żołnierzy przygotowujących się do lądowania w Normandii z podpisem, że to "oryginalna antifa". Tak się składa, że w siłach zbrojnych USA obowiązywała wówczas segregacja rasowa. I miała ona ogromne poparcie społeczne - zwłaszcza wśród demokratów. Wśród Amerykanów walczących w drugiej wojnie światowej byli też członkowie Ku Klux Klanu. Wielu innych miało poglądy na rasę, rolę płciowe i homoseksualizm, które współczesna lewica jednoznacznie klasyfikuje jako "faszystowskie". Częściowo poglądy te podzielał też prezydent Roosevelt, który popierał segregację rasową w budownictwie dla weteranów i sprzeciwiał się zaostrzaniu kar z lincze. Co nie przeszkadza mu być "świętym bohaterem" amerykańskiej lewicy.

No cóż, mnie mają za rasistę, choć mam w komórce ustawiony kawałek Kanye Westa jako dzwonek...

A w komentarzach pewnie znów przeczytam: "dlaczego poruszyłeś w tym wpisie tyle wątków!? Nasze libkowsko-liberalne mózgi nie potrafią przetworzyć kilku wątków na raz!", a potem: "a czemu nie poruszyłeś tego, tamtego i jeszcze tamtego wątku!? Ukrywasz pewnie coś, o czym od kilku dni trąbią media na całym świecie!". :))))))

sobota, 14 lutego 2026

Proletariaccy islamscy pe*ofile

 


W Londynie pojawiły się plakaty z następującym przekazem: "Czy wiesz, kogo nie ma w aktach Epsteina? Imigrantów, muzułmanów i ludzi transpłciowych. Wiesz kto w nich jest? Miliarderzy".

Oczywiście ten przekaz jest przekłamany. W aktach Epsteina są imigranci - choćby Deepak Chopra czy prostytuujące się modelki sprowadzane z Rosji. Są też ludzie trans - Epstein zapraszał bowiem do siebie doktorów zajmujących się transowaniem dzieci i ogólnie wspierał ten proceder. Są też jak najbardziej muzułmanie - i jest ich tam wielu. Jest choćby książę Mohammed bin Zajef z ZEA, który dostarczał Epsteinowi dywany okrywające wcześniej Kaabę w Mekce.

Gostek chwalący się filmem z torturami, to koleś, który był do niedawna prezesem państwowej dubajskiej spółki DP World. Nie wiadomo, co ten film przedstawiał, ale podejrzewam, że normalną dubajską imprezę z modelkami, celebrytkami oraz instagramerkami. Te, które nie spełniają bardzo wygórowanych standardów piękności trafiają w ręce nie tyle książąt i szejków, co kasiastych chamów będących ich sługami. Niektóre celebrytki wręcz się biją, by im taki sługa nasrał do ust za kasę. 

ZEA to jednak kraj nowoczesny. I nowocześnie dekadencki. W aktach Epsteina mamy na to dowód w postaci maili wymienianych z wysokiej rangi funkcjonariuszką tamtejszego MSZ. Zaproponowała Epsteinowi - chyba żartobliwie? - że da mu swoją 13-letnią siostrę, która "jest nawet ładniejsza ode mnie".

Epstein ogólnie czuł się dobrze w krajach islamskich, a jego osobisty haker sprzedawał informacje Hezbollahowi.

Afera Epsteina mocno uderzyła w rząd brytyjski i premiera Starmera. Zwróciła uwagę na zachowania seksualne tamtejszych elit, stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego już od czasów Philby'ego i Blunta (jeśli nie wcześniej). Wielka Brytania ma jednak też ogromny problem z pedofilią "proletariacko" - imigrancką. Wychodzą na jaw szokujący szczegóły działalności pakistańskich gangów zmuszających brytyjskie dziewczynki do prostytucji. Niektóre z nich były zgwałcone przez 100 Pakoli, którzy traktowali to jak jakiś rytuał religijny. Często zdarzało się, że młodzi zwyrole zapraszali swoich ojców na sesję gwałtów odbywające się w trakcie muzułmańskich świąt.  Ojciec jednej 14-latki porwanej przez pakolskich gangsterów poszedł na policję i próbował tam uzyskać pomoc. Policjanci mu odmówili, a dziewczyna była przetrzymywana w budynku znajdującym się tuż obok ich posterunku. Zdarzało się też, że brytyjscy ojcowie, próbujący ratować swoje córki z rąk pakistańskich gwałcicieli sami bywali aresztowani. Oczywiście próby zwracania uwagi na ten proceder były uciszane i traktowane przez policję i samorządy jako "sianie nienawiści etnicznej". Skala tego procederu: 250 tys. zgwałconych nastolatek. Tak jakby przez Wyspy Brytyjskie przeszła Armia Czerwona. No ale, to brytyjscy politycy tak szeroko otworzyli swój kraj na tych najeźdźców.

Złośliwi mówią, że cała Wielka Brytania to wyspa Epsteina w skali makro.

Francja też jest rajem przestępców seksualnych - pod warunkiem oczywiście, że mają odpowiednie pochodzenie etniczne i poglądy polityczne. W proteście przeciwko rosnącej przestępczości powstała tam prawicowa organizacja "feministyczna" Nemesis. Jej demonstracje zwykle nie mają ochrony policji, więc dziewczyny z tej grupy są regularnie atakowane przez antifiarzy i lewarskie feministki (którym oczywiście nie przeszkadza islamska, proletariacka pe*ofilia). Podczas jednej z demonstracji antifiarze zatłukli na śmierć 23-letniego studenta broniącego dziewczyn z Nemesis. Jednym z napastników był asystent posła skrajnej lewicy. Francuska prawica mogłaby wreszcie chodzić uzbrojona na takie akcje - no, ale gdyby we Francji znalazł się odpowiednik Kyle'a Rittenhausa, to pewnie szybko stałby się wrogiem publicznym numer 1. 

Antifa to organizacja podobna do ISIS, tyle że nieporównanie bardziej lamerska i mająca w swoich szeregach dużo większy odsetek pedofilów. Proletariackich pedofilów.

47 lat temu zachodnie lewarstwo bardzo pomogło zainstalować w Teheranie obłąkany, antycywilizacyjny reżim ajatollaha Chomeiniego. Wcześniej oburzało się, gdy jedna z irańskich gazet nazwała Chomeiniego "nie-Irańczykiem, brytyjskim agentem i homoseksualistą" (tak jak u nas libtardy i dupoprawicowcy się wkurzali na to, że TVP za Kurskiego przedstawiała PO-srańców jako niekomptentną bandę berlińskich sprzedawczyków). Po rewolucji islamskiej, minimalny wiek małżeństwa obniżono w Iranie z 18 do 13 lat, pozwalając w niektórych przypadkach na śluby z 9-latkami. Chomeini sam  pisał porady jak seksualnie molestować małe dziewczynki. Podczas swojego wygnania w Iraku, przebywając w gościnie w domu jednego ze swoich zwolenników, spytał się czy może na jedną noc "ożenić się" z jego 6-letnią córką. Uzyskał zgodę, a w nocy było słychać krzyki tej dziewczynki...

Niedawno w Iranie obchodzono 47-mą rocznicę zdobycia władzy w kraju przez szyicką sektę. Okrzyki "śmierć Chamenejowi!" i "sram na twojego Allaha!" były głośniejsze od fajerwerków. Reżim twierdził, że w prorządowych demonstracjach wzięło udział nawet 26 mln ludzi. W ramach tej narracji pokazał filmy generowane przez AI. Rzeczywista frekwencja na oficjalnych pochodach była jednak mała. W niektórych mniejszych miastach, stawiło się na nich po kilkanaście osób. Naród irański pokazuje, że nie chce reżimu ajatollahów. 17 lutego mija 40 dni od maskr na ulicach, a to ważna data w irańskich rytuałach żałobnych. Znów będzie więc fala gniewu. 

Co robi globalna lewica? Olewa irański bunt lub straszy "powrotem Savaku" i jednocześnie przekonuje, że "szach nie ma poparcia wśród Irańczyków". Jakoś nie tłumaczy dlaczego nazwisko Pahlavi było JEDYNY skandowanym w pozytywnym kontekście na wielkich irańskich demonstracjach i czemu demonstranci posługiwali się flagą z czasów szacha. Narracja, że szach po powrocie do władzy będzie rządził jak jego ojciec w latach 70-tych, pokazuje tylko jakimi zjebami są lewary. Świat się zmienił przez ostatnie 50-lat, a oni wciąż walczą z "reakcyjnym szachem", Pinochetem i Somozą... Tak jakby po upadku ZSRR, KGB zapomniało im zrobić update'u instrukcji propagandowych. Irański pretendent do tronu wielokrotnie deklarował, że stanie do weryfikacji wyborczej. I wszystko wskazuje na to, że wolne wybory wygrałby on w cuglach. Na miejscu obecnego antyrozwojowego reżimu powstałby pewnie system podobny jak w Turcji, czyli jak na Bliski Wschód bardzo demokratyczny i tolerancyjny. No, ale różnego rodzaju akademickie mendy, chciałyby tam "reformistów" z obecnej ekipy...

Co ciekawe, reżim ajatollahów przeprowadza w Iranie podobny plan podmiany ludności, jak realizuje choćby zachodnioeuropejska lewica. Na przykład, w mieście Qum wybudował osiedle, do którego sprowadził czarnoskórych afrykańskich szyitów.

Obalenie reżimu w Iranie będzie zależało od amerykańskiej interwencji, której wielu Irańczyków szczerze pragnie. Niestety ona się opóźnia, o czym świadczy decyzja o ściągnięciu do regionu drugiego amerykańskiego lotniskowca. Będzie on płynął z Karaibów pewnie jakieś trzy-cztery tygodnie. Może to jednak oznaczyć, że USA szykują opcję dłuższej kampanii lotniczej przeciwko Iranowi. Być może Trump liczy na to, że zdoła uniknąć wojny i sam nacisk zmusi Iran do koncesji. Negocjacje idą jednak słabo. (Libtardy niedawno przez chwilę podniecały się aferką z tym, że Gabbard przekazała do Białego Domu raport o zagranicznych kontaktach osoby z otoczenia prezydenta. Raport dotyczył Kushnera i negocjacji z Iranem. Jego kontakty z arabskimi monarchiami nie są jednak żadną tajemnicą.) Trump nawet stwierdził, że prawdopodobnie Irańczycy nie wierzą w to, że USA zaatakują. 



Tą niewiarę widać było na ulicach Teheranu, w trakcie reżimowych pochodów. Otwarcie grożono tam śmiercią Trumpowi oraz amerykańskim generałom. Wyprodukowali też teledyski, w których śpiewają o zabójstwie Trumpa i szacha. Proletariaccy szyiccy pedofile zrobili też szopkę (pod amerykańskich QAnonowców) w postaci spalenia rzeźby Molocha - do której przyklejone było zdjęcie Trumpa.  Amerykański prezydent powinien więc ich chociaż symbolicznie zbombardować, by nie wyjść na cucka.

Netanjahu był za to mało rozmowny po wizycie w Waszyngtonie. Ponoć Trump z nim bardzo blisko koordynuje kwestię przygotowań do wspólnej amerykańsko-izraelskiej kampanii przeciwko Iranowi.

Pajacowanie zgubiło Maduro. Może też zgubić ajatollahów. Można sobie wyobrazić, że Chamenei, uspokojony wielotygodniową bezczynnością Trumpa, wyjdzie ze swojego górskiego bunkra do swojej rezydencji w Teheranie i wówczas... BUM!!!

Lewarstwu znów może się zrobić przykro. Ma ono w dupie śmierć tysięcy Irańczyków, ale bardzo mocno przeżywa tragedię Palestyny. Nie żeby było jakoś specjalnie zainteresowane losem zwykłych Palestyńczyków. Po prostu uznało, że Izrael wpisuje się w jego narrację o straszliwym białym kolonializmie oraz kapitalistycznym imperializmie. To nic, że bastionem poparcia dla Netanjahu są Sefardyjczycy, czyli Żydzi od zawsze osiadli na Bliskim Wschodzie i w basenie Morza Śródziemnego. Guru lewarstwa Michael Moore przekonuje, że prawdziwym wrogiem Żydów są biali, europejscy chrześcijanie, a nie Arabowie. I zdaniem Moore'a to białych, europejskich chrześcijan Izrael powinien bombardować i głodzić w obozach. Żarłacz Moore generalnie wpisał się tą wypowiedzią w poglądy Hitlera, który również nie uważał arabskich muzułmanów za wrogów, a bombardował i głodził w obozach białych, europejskich chrześcijan. Ciekawe skąd u Moore'a taka nienawiść do tej grupy? Czyżby koledzy w protestanckiej szkółce niedzielnej srali mu do kanapek?

Być może jednak wcześniej będziemy mieć tygodniowe świętowanie w Miami, po tym jak kubański reżim padnie z braku paliwa. Wyobrażam sobie to wycie libków i lewarów! Greta Thunberg już współorganizuje "konwój humanitarny" na Kubę, mający tam zawieść paliwa kopalne. How dare you! Niedawno w "Wyborczej" dali wywiad z jakąś ekspertką/ekspertkinią/ekspertyszczem mówiącą, że "przeraża ją świat, w którym Amerykanie porywają prezydentów innych państw". "Puls Biznesu" dał natomiast półtorakolumnowy wywiad z... Ziętek-Wielkodupską. Dotychczas na taki cringe pozwalały sobie jedynie "Do Rzeczy" i "Najwyższy Czas!"... Tak jak mieliśmy nadprodukcję magistrów, tak mamy nadprodukcję "ekspertów geopolitycznych"... 

***

Kolejne teorie spiskowe się sprawdzają: FBI potwierdziła nieprawidłowości wyborcze w hrabstwie Fulton w Georgii w 2020 r. Prawdopodobnie sięgnęły one tam 17,4 tys. głosów, podczas gdy Biden "wygrał" w Georgii 12 tys. głosów. Izba Reprezentantów uchwaliła ustawę wymagającą, by wyborcy wreszcie zaczęli okazywać dokumenty tożsamości w lokalach wyborczych. Trump twierdzi, że ten wymóg wejdzie w życie przed midterms, niezależnie od tej ustawy. Demokraci jojczą z tego powodu i rozpowszechniają fake newsa, że z wyborów będą wyłączone zamężne kobiety, bo ich nazwiska z aktów urodzenia nie będą zgadzać się z tymi z dokumentów. To oczywista bzdura, bo ustawa nie wymaga okazywania aktów urodzenia. Wystarczy prawo jazdy, legitymacja pracownicza, karta biblioteczna - cokolwiek ze zdjęciem i podstawowymi danymi.

Trump doniósł w 2006 r. na Epsteina na policję.

Bannon nie tylko był głównym autorem przecieków z Białego Domu w pierwszych miesiącach pierwszej kadencji Trumpa, ale też prał pieniądze dla Epsteina i wspólnie z nie próbował obalić papieża Franciszka.

Okazało się, że planeta nie płonie.

Śmierć Kurta Cobaine'a okazała się zabójstwem.

A ten obiekt, do którego armia USA strzelała z lasera pod El Paso nie był wcale balonem. Ani dronem karteli narkotykowych. Został on sfilmowany. Był całkiem duży i ponoć wypuszczał mniejsze obiekty latające.