sobota, 3 grudnia 2022

Gracze: My ze spalonych wsi

 


Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Dziedzictwo

Pułkownik Bolesław Hanicz-Boruta, to przykład człowieka, który posiada zbyt skromną notkę w Wikipedii. Zbyt skromną jak na jego totalnie pokręcony życiorys. Czy moglibyście się bowiem spodziewać, że dowódca brygady AL zostanie Żołnierzem Wyklętym? I ujdzie mu to na sucho?

Bolesław Boruta wstąpił do KPP w 1927 r. i już w 1931 r., podczas pobytu w więzieniu poszedł na współpracę z policją polityczną "Defą". Zdołał jej wystawić wielu komunistycznych wywrotowców z okolic Radomska, a by się uwiarygodnić jako prowokator urządzał strajki. 

W latach 1940-1942 pracował jako robotnik kolejowy, konwojent towarowy i strażnik kolejowy (Bahnschutz!) w Radomsku. Jednocześnie należał do Związku Jaszczurczego/Narodowej Organizacji Wojskowej, dla których prowadził akcję werbunkową. Był jednym z organizatorów struktur wojskowych podziemia narodowego w Radomsku. W 1942 r. NOW podporządkowała się AK, więc Boruta również stał się akowcem. Miał wówczas stopień sierżanta. 


W połowie 1943 r., na polecenie swoich przełożonych - najprawdopodobniej legendarnego Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" - wraz z liczącym 40 osób oddziałem wstąpił do komunistycznej Gwardii Ludowej jako "wtyka". Kilku bardziej przytomnych aktywistów PPR nie chciało dopuścić do tajemnic organizacyjnych byłego akowca. Ktoś na górze zdecydował jednak, że Boruta jest godny zaufania. W następnych miesiącach piął się więc w górę w szeregach organizacji. W lutym 1944 r. został mianowany szefem sztabu 9. Okręgu Częstochowsko-Piotrkowskiego AL, a w maju p.o. dowódcy operacyjnego tego okręgu. Zachowało się kilka jego meldunków wskazujących, że przez cały ten czas utrzymywał potajemne kontakty z AK. Po wojnie UB wiązała go też z serią aresztowań przez Gestapo członków AL w Radomsku, zarzucała mu niejasne kontakty z NSZ i wypominała, że jego żona przez cały okres okupacji była członkiem AK. To nie przeszkodziło jednak Borucie zostać latem 1944 r. dowódcą 3 Brygady AL im. gen. Józefa Bema, dobrze uzbrojonego oddziału liczącego ponad 300 ludzi.


Jako dowódca brygady, szczególnie się nie popisał. 12 września 1944 r. jego oddział przyjął walkę w okrążeniu z niemiecką obławą w okolicy leśniczówki pod Ewiną. Szybko poszedł w rozsypkę. "Oddziały AL nie były w stanie stawić oporu nawet przez chwilę" - przyznawali sami komuniści. Ale tak się akurat złożyło, że jednym z oficerów ze sztabu Boruty "Hanicza" był Ryszard Nazarewicz, późniejszy "naczelny historyk" AL. Przekuł on kompromitującą klęskę w "najbardziej zwycięską bitwę partyzancką na ziemi radomoszczańskiej", bitwę pod Ewiną. Ubecki bajkopisarz Nazarewicz wymyślił, że Niemcy stracili w tej potyczce 100 zabitych i 200 rannych, a jego zmyślenia są powtarzane m.in. przez Wikipedię. Choć po tej "najbardziej zwycięskiej bitwie" przetrwały z brygady jedynie dwie bojówki, to "Hanicz" dostał w listopadzie 1944 r. awans na majora i Krzyż Grunwaldu.

W styczniu 1945 r. Boruta organizował Milicję Obywatelską i władze miejskie w Radomsku. Pod koniec miesiąca został wezwany do Łodzi, gdzie Mieczysław Moczar wręczył mu rozkaz zorganizowania struktur UB w Radomsku. Już w lutym "Hanicz" został jednak mianowany p.o. zastępcy Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. W kwietniu, po donosie jakiegoś zazdrosnego frustrata, Boruta został aresztowany i przewieziony do UB w Warszawie. Tam podczas przesłuchań pytano go o pracę dla sanacyjnej policji. Po kilku dniach został jednak zwolniony z aresztu i przywrócony do służby! Wrócił do Łodzi, skąd wraz z Moczarem pojechał na inspekcję do PUBP w Piotrkowie Trybunalskim. 15 kwietnia zwolnił się jednak z UB. Żegnano go z honorami, nadając mu przyznany wcześniej Krzyż Grunwaldu. 


Boruta został skierowany do służby w KBW. Mianowano go dowódcą batalionu Wojsk Wewnętrznych w Biłgoraju, który musiał jednak najpierw zorganizować. I tam nastąpił kolejny zwrot akcji. 1 maja 1945 r. Boruta wywołał bunt w dowodzonym przez siebie batalionie, którego niemal wszyscy żołnierze zdezerterowali do lasu. Boruta, wraz z 30 żołnierzami, 2 maja wrócił do Biłgoraju i przeprowadził atak na siedzibę UB. Zamierzał ją rozbić, rozstrzelać sowieckich oficerów i uwolnić więźniów. Oblężenie siedziby UB trwało dwie godziny. Niestety było nieudane, ale zginął jeden oficer śledczy, ciężko raniono sowieckiego oficera, ranni byli też jeden ubek i jeden milicjant. Oddział Boruty wycofał się z miasta, ale na postoju został otoczony przez przeważające siły sowieckie. Część dezerterów z KBW zdołała dotrzeć do oddziałów Wyklętych, m.in. do oddziału NOW-AK Franciszka Przysiężniaka "Ojca Jana".

Borucie również udało się wyrwać obławie. W przebraniu cywilnym wrócił do Radomska, gdzie jednemu ze znajomych polecił zawiadomić o swojej sytuacji... Moczara. Po pewnym czasie uznał, że najlepiej będzie jak sam się ujawni. Pojechał więc do Warszawy, do UB i zgłosił chęć skorzystania z amnestii. Aresztowano go 8 lipca 1945 r. Wydawało się, że za taką zdradę jakiej się dopuścił wobec komunistów, dostanie karę śmierci. Skazano go jednak na 10 lat więzienia, ale wyszedł na wolność już w lipcu 1946 r. W jego obronie wystąpił bowiem Moczar i cała plejada działaczy partyjnych i ubeków z Radomska. 

Po wyjściu z więzienia, "Hanicz" dostał dobrą pracę dyrektorską w przemyśle włókienniczym. Został też p.o. prezesa ZBOWiDu w Radomsku. Starał się obsadzać kierownicze stanowiska znajomymi z konspiracji. Wydawał też im zezwolenia na prowadzenia prywatnej działalności handlowej. Później przeniósł się do Łodzi, gdzie  przystąpił do... tajnej antykomunistycznej organizacji Armia Wyzwoleńcza. Licząca kilkudziesięciu ludzi organizacja miała w swych szeregach zarówno weteranów AK jak i AL. Była przy tym dosyć radykalna - planowała m.in. zamachy na działaczy partyjnych. UB zdołała ją jednak rozbić latem 1951 r. "Hanicz" znów trafił do więzienia, z którego próbował jednak uciec. W 1952 r. skazano go na 12 lat więzienia. 

Wyrok został uchylony w 1956 r. Dwa lata później Boruta został zrehabilitowany sądownie, przywrócony przez MON do ewidencji oficerów rezerwy, mianowany podpułkownikiem i w 1959 r. przeniesiony do rezerwy. Został działaczem kombatanckim i swoją obecnością uświetniał uroczystości państwowe. Doprowadził do postawienia pomnika na polu "bitwy" pod Ewiną. Zdołał też wydać "Wspomnienia dowódcy III Brygady AL. Zmarł 1 lutego 1977 r. i został pochowany w Radomsku. 



I warto w tym miejscu zadać pytanie: co takiego wiedział o Moczarze, że on cały czas go chronił? Komuniści zabijali za rzeczy dużo bardziej błahe niż bycie wtyką sanacyjnej policji i AK w ich strukturach, zorganizowanie dezercji batalionu KBW i ataku na powiatową siedzibę UB. Boruta-Hanicz był jednak cały czas chroniony...

Moczar był bez wątpienia sukinsynem, który miał ręce ubabrane krwią aż pachy. Był też jedną z najbardziej enigmatycznych postaci w dziejach PRL. Kojarzony jest głównie z Marcem '68, ale miał też bardzo poważny udział w wydarzeniach Grudnia '70. To pół-Białorusin i agent GRU, który spolonizował bezpiekę i partię. Czy w czasie wojny lub przed wojną również on zaplątał się w  jakąś grę wywiadowczą, w trakcie której - podobnie jak Boruta-Hańcza czy Borucki "Czarny" - stracił rozeznanie dla kogo tak naprawdę pracuje?

Infiltracja niemal nigdy nie jest tylko jednostronna. 

A dziwnych przypadków w historii Podziemia jest o wiele więcej.

Piotr Pawlina "Piotr", dowódca oddziału BCh w powiecie buskim, wsławiony zdobyciem więzienia w Pińczowie, w swoich wydanych w latach 60-tych wspomnieniach "Podziemni żołnierze wolności" wspomniał o zadziwiającym epizodzie dotyczącym kontaktów z Sowietami na przyczółku baranowsko-sandomierskim. Spotkał się wówczas z nim i mocno go wypytywał oficer NKWD. Tłumaczem i przewodnikiem tego oficera był znany Pawlinie partyzant z NSZ, mający jeszcze na mundurze ryngraf. Pawlina oczywiście nie mógł wtedy ujawnić nazwiska tego partyzanta, ale po tym spotkaniu był tak przerażony, że natychmiast zerwał kontakty z Sowietami i wycofał swój oddział z tamtego rejonu.

Nie każdy kto trafiał do AL musiał być zaś zdrajcą, bandytą i degeneratem. Przykładem na to jest życiorys pułkownika Wincentego Heinricha. Zaczął on działalność konspiracyjną w Szarych Szeregach, a stamtąd trafił do kompanii harcerskiej AK "Wigry". W 1943 r. z nieznanego powodu przeszedł do GL. W maju 1944 r. walczył razem z Moczarem pod Rąblowem jako dowódca kompanii. We wrześniu 1944 r., w mundurze LWP, zdobywał warszawską Pragę, gdzie został komendantem posterunku MO. Szybko jednak wrócił do wojska i skończył oficerską szkołę lotniczą. W lotnictwie doszedł do stanowiska szefa sztabu, którą pełnił w latach 1960-1963. Później został odsunięty na boczny tor. O tamtych czasach napisał broszurkę "Opozycja w wojsku". Z LWP usunięto go w 1968 r. Później był współpracownikiem KOR i działaczem Solidarności. W latach 1982 - 1985 wydawał podziemne pismo wojskowe "Reduta". W 1985 r. spędził kilka miesięcy w areszcie bez wyroku. W latach 90-tych pisał do "Tygodnika Solidarność" i... "Gazety Polskiej". Nigdzie nie znalazłem wzmianki o jego śmierci, więc prawdopodobnie wciąż żyje i ma 100 lat. Żywy relikt z czasów podziemnego żmijowiska...

Mamy już ostatnią szansę, by spotkać ludzi z tamtego pokolenia. Wielu z nich umarło mając po ponad 90 czy 100 lat - trzymając się zadziwiająco mocno, mimo doświadczenia obozów, więzień, tortur, głodu, chłodu i traumy wojennej. Wielu z nich ma już demencję. Wielu nie rusza się z domów. Wielu jest zwykłymi oszustami, którzy poprawiali swoje życiorysy. Niektórzy - i niektóre -  są fetowani jako wielcy bohaterowie, mimo że nic nie znaczyli. Wielu też jednak milczy jak grób i nie dzieli się z nikim swoimi naprawdę bohaterskimi czynami. To Gracze, którzy przetrwali Żmijowsko. Warto się nimi zainteresować. 

Gdy 1 sierpnia 2022 r. oglądałem w TVP relacje z powstańczych uroczystości, zwróciłem uwagę, że podczas transmisji z Powązek Wojskowych pokazano staruszka, który przedstawił się jako weteran Polskiej Armii Ludowej. Uśmiechnąłem się.

***

To już ostatni odcinek serii "Gracze". Mam świadomość, że była ona niedoceniona. Była bowiem serią dla koneserów. Dla tych, którzy łakną kosmicznych tematów ma jednak dobrą wiadomość. Już wkrótce nowa seria: KEMET. 

***

Ze spraw bieżących:

Mniej więcej tydzień temu zmarł Władymir Makiej, szef białoruskiego MSZ. Przed śmiercią oczywiście czuł się dobry i planował wyjście do teatru. Według Generała SWR Makiej został otruty przez rosyjskie tajne służby. Baćkoszenka wykorzystał go bowiem do podtrzymywania tajnych kontaktów z Zachodem i z Chinami. Generał SWR twierdzi, że te tajne kontakty polegały na tym, że Makiej w imieniu Baćkoszenki składał Zachodowi obietnice, których Białoruś nie miała zamiaru spełniać i w zamian oczekiwał luzowania sankcji. Choć taka zagrywka była właściwie w interesie Rosji, "genialni szachiści" z Kremla uznali ją za zdradę. Zabójstwo Makieja jest więc sposobem na zdyscyplinowanie Baćkoszenki. Oczywiście Baćka wie, że wejście Białorusi do wojny na pełną skalę byłoby działaniem samobójczym. 

Wystarczy choćby spojrzeć na listę  rosyjskiego sprzętu, którego zniszczenie, porzucenie bądź zdobycie zostało w 100 proc. potwierdzone.  I porównać ją z listą utraconego sprzętu ukraińskiego oraz z podobnymi listami z wojny gruzińskiej 2008 r. oraz drugiej i pierwszej wojny czeczeńskiej.


***

Mamy też wielką drakę w chińskiej dzielnicy. A w zasadzie w wielu dzielnicach wielu chińskich metropolii - m.in. Pekinu, Szanghaju i Wuhan. Protesty przeciwko lockdownom covidowym i przewodniczącemu Xi Jinpingowi. Miejscami dosyć ostre i zmuszające władze do ustępstw taktycznych. W chińskich, totalitarnych realiach zewnętrzna inspiracja tych protestów jest niemożliwa. Wewnętrzna już bardziej. Ale ogólnie towarzysz Xi płaci z głupią politykę walki z covidem polegającą na zamykaniu ludzi w domach na wiele dni bez jedzenia, jak tylko pojawi się małe ognisko zakażeń omikronem. Polityka ta oczywiście bardzo szkodzi chińskiej gospodarce. (I jakoś żadne Góralskie Veto nie odniesie się do tej polityki, choć sławi towarzysza Xi Jinpinga...) Chińczycy po prostu się wk...wili. Nie mamy jeszcze wiarygodnych danych co do skali protestów, ale represje są ostre. Te protesty zostaną w ciągu kilku dni bądź tygodni stłumione przez policję i bezpiekę. Komunistyczny reżim boi się jednak już samego rozprzestrzenia się informacji o protestach. Telefony Huawei (kochane przez wielu naszych duporealistów) więc już samoczynnie zaczęły kasować swoim użytkownikom filmy z demonstracji.



Ciekawe jak zostanie rozgrana propagandowo śmierć towarzysza Jianga Zemina? (Wydarzenie chyba niemal całkowicie pominięte przez polskie media.) Ten 96-letni komuszy karierowicz  nie był dobrym człowiekiem, ale to on uczynił ChRL potęgą. I za jego czasów żyło się swobodniej - bez tej całej elektronicznej kontroli. Nic dziwnego więc, że Jiang jest wspominany w chińskich mediach społecznościowych z nostalgią.  To jego frakcję w Partii zniszczył Xi Jinping. 

Ciekawe czy były prezydent Hu Jintao jeszcze żyje?

***




Wydarzeniem tygodnia był jednak wywiad udzielony przez Kanye Westa Alexowi Jonesowi. Kanye nie tylko chwalił Hitlera - ku konsternacji Jonesa - ale też opowiadał dowcipy o Benie Shapiro, mówił do pobieraka na rybki (podbierak symbolizował "żydowskie media") i przede wszystkim wystąpił w dziwacznej masce-kominiarce.  Ye pokazał w ten sposób, że jest wariatem. Każdy, kto śledził jego celebrycką karierę, nie powinien mieć co do tego żadnych wątpliwości. 

Kanye został najprawdopodobniej wepchnięty na minę przez dwóch ludzi: Nicka Fuentesa i Milo Yiannopoulosa. Zanim Ye ich poznał, nic nie gadał o Hitlerze i podobnych klimatach. Gadał o Jezusie i chciał ludzi ewangelizować. Milo w ostatnich latach mało się udzielał publicznie. W pewnym momencie ogłosił, że przestał być gejem i stał się zwolennikiem odnowy religijnej w USA. Krytykował Trumpa z prawicowych, religijnych pozycji. Ostatnio jednak poparł Trumpa przeciwko DeSantisowi. By po chwili organizować kampanię Kanye i jego spotkanie z Trumpem. Ye zaproponował Trumpowi stanowisko wiceprezydenta - co musiało być potraktowane przez byłego prezydenta jako obraza. Nick Fuentes, czołowy "groyper", ma natomiast opinię prowokatora FBI. Jeden z moich znajomych określił go jako "chłopaczka, który jednego dnia twierdzi, że jest Hitlerem, a drugiego że Stalinem". Fedzie się więc nieźle bawią. 


Przy okazji udało im się dokonać rzeczy niesamowitej: sprawili, że Murzyn został symbolem Białej Supremacji.


sobota, 26 listopada 2022

Gracze: Powstanie

 


Ilustracja muzyczna: Laibach - Warszawskie dzieci

"Do Oficerów i Podchorążych Rezerwy Armii Polskiej/ ROZKAZ/ Godzina czynu wybiła. Dziś znów Ojczyzna w walce o ostateczne wyzwolenie żąda od Was ofiary. Ponieważ w obecnej sytuacji władze AK i NSZ nie posiadają żadnego wpływu na bieg idących wypadków, cały ciężar walki O NIEPODLEGŁĄ DEMOKRATYCZNĄ POLSKĘ spada na ośrodki Patriotyczno-Demokratyczne/ przeto rozkazuję: a) wszyscy oficerowie i podchorążowie rezerwy wraz z podległymi sobie oddziałami natychmiast przyłączą się do jednostek Polskiej Armii Ludowej, b) wszyscy oficerowie i podchorążowie rezerwy  - ściśle wykonują wszelkie rozkazy Naczelnego Dowództwa PAL i zastosują się do opublikowanych zarządzeń Centralnego Komitetu Ludowego, zanim nawet nawiążą kontakt z oddziałami PAL. / Polska będzie Wolna i Demokratyczna!/ Cała odpowiedzialność za przyszłość Polski w rękach Polskiego Ludu! Niech żyje Rzeczpospolita Polska! Niech żyje Polska Armia Ludowa!/ (-) Julian Skokowski/ Inspektor Szkół Podch. Rez./ Generał Dywizji Gł. Insp. PAL"

Odezwa tej treści została rozplakatowana na ulicach Warszawy 29 lipca 1944 r. Wywoływała zarówno drwiny, zaciekawienie jak i szok. Oto bowiem jakaś mało znana organizacja uzurpuje sobie władzę nad całym Podziemiem w przededniu zrywu na który z nadzieją oczekiwała cała stolica. Odezwy tej treści pojawiały się już od kilku dni. Już 23 lipca PAL w jednej z nich ogłosiła, że dowódcy AK i NSZ "uciekają razem z Niemcami". Nowością było to, że "autor" odezwy został podpisany z imienia i nazwiska! Jego nazwisko kojarzył zaś każdy przedwojenny wojskowy - wszak Julian Skokowski był legendarnym dowódcą "Murmańczyków", inspektorem Szkół Podchorążych Piechoty i Związku Rezerwistów, a w 1939 r. dowódcą Grupy "Palmiry". Była to postać znana i lubiana, a do tego mająca wiele pięknych, antybolszewickich epizodów w życiorysie. Dziwnym trafem ów były dowódca Murmańczyków został w trakcie Powstania Warszawskiego dowódcą Połączonych Sił Zbrojnych AL, PAL i KB, czyli organizacji uznających władzę sowieckich kolaborantów z PKWN. Zanim jednak to się stało, doszło do serii intryg wewnątrz żmijowiska znanego jako PAL.

Choć Polska Armia Ludowa liczyła zaledwie kilkuset ludzi, to miała w swoich szeregach aż trzech samozwańczych generałów: Skokowskiego, Boruckiego "Czarnego" i Piękosia "Skałę". W poprzednim odcinku serii Gracze pokazałem Boruckiego jako niebezpiecznego niemieckiego agenta. Piękoś najprawdopodobniej współpracował z Sowietami. Skokowski był natomiast moim zdaniem wtyką postsanacyjnego Głębokiego Państwa Polskiego. Czemu więc wydał taką prowokacyjną odezwę tuż przed Powstaniem? Akurat nie ma żadnego dowodu na to, że to on ją napisał. Są natomiast poszlaki, że ta odezwa była "świnią" podłożoną mu przez Pieńkosia, rywalizującego z nim o władzę w PAL. Stąd złamanie zasad konspiracyjnych w postaci podania prawdziwego nazwiska podziemnego dowódcy. Zauważmy też, że AK nie wyciągnęła żadnych konsekwencji wobec Skokowskiego za taki akt warcholstwa. Być może uznano, że ta odezwa spełniła pożyteczną rolę, gdyż uwiarygadniała Skokowskiego u nadchodzących Sowietów.

Udział PAL w intrygach związanych z wybuchem Powstania jest wciąż wielką zagadką. W co grali jej szefowie? Nie jest natomiast tajemnicą, że kapitan Kaługin - dezerter z niemieckich oddziałów pomocniczych pracujący dla NKWD i apelujący później do Stalina o pomoc dla Powstania - początkowo nawiązał kontakt z PAL, a dopiero za jej pośrednictwem z AK. 29 lub 30 lipca Piękoś zawarł natomiast porozumienie z płk Janem Rzepeckim o podporządkowaniu PAL AK w czasie Powstania.


Co ciekawe, niemiecki agent Borucki sprzeciwiał się wybuchowi powstańczego zrywu. 1 sierpnia o godzinie 14 spotkał się w willi przy ulicy Szustra na Mokotowie z gestapowcem Alfredem Ottem. Poinformował go, że Powstanie wybuchnie o 17. Otto nieco się jednak zasiedział u Boruckiego, i nie mógł wrócić do siedziby Gestapo na Szucha, gdyż na ulicach trwały już walki. Razem z Boruckim i kilkoma członkami PAL przeszli więc na Służew, do klasztoru zajmowanego przez oddział Luftwaffe. Gestapo postanowiło ewakuować Boruckiego poza Warszawę. Ich agent stracił tym samym kontrolę nad PAL.


W organizacji powstała wówczas dwuwładza. Piękoś dowodził Grupą "Centrum" PAL. Nie wiadomo jednak na ile realna była jego władza. Po wojnie zeznawał, że 3 sierpnia został aresztowany przez AK i szykowany do rozstrzelania, ale 7 sierpnia wypuszczony na wolność. W innym zeznaniu stwierdził, że dopiero 13 września zdołał zorganizować dowództwo Grupy "Centrum" PAL. Skokowski, jako główny inspektor organizacji starał się natomiast dowodzić wszystkimi oddziałami organizacji z jakimi miał kontakt. Liczebność sił PAL w Powstaniu jest szacowana na od 120 do 500 osób. Wiadomo, że 1 sierpnia oddziałek PAL wziął udział w walkach na Pelcowiźnie. Wiadomo, że pluton osłonowy komendy PAL dzielnie walczył na Mokotowie. Wiadomo, że PAL-owcy walczyli też w Śródmieściu i na Starówce. Precyzyjne określenie liczby żołnierzy PAL jest niemożliwe, choćby ze względu na pompowanie oddziałów - przyjmowano każdego, kto chciał, nie licząc się z dostępnością broni i amunicji. W szeregach PAL walczył m.in. Samuel Willenberg - ocaleniec z buntu w Treblince a później znany rzeźbiarz czy mający ulicę na Pradze prof. Bronisław Wieczorkiewicz, znany badacz gwary warszawskiej, ojciec profesora Pawła Wieczorkiewicza.

PAL przyciągała do siebie również oficerów AK, którym oferowała szybkie awanse i możliwość ustawienia się w czerwonej Polsce. Stefan Korboński wspominał:

"Jeśli chodzi o PAL, to jakiś czas jej główna kwatera mieściła się w domu przy Marszałkowskiej, gdzie często nocowałem. Była to straszna zbieranina. Obsypana gwiazdkami, gdzie się działo. Sami pułkownicy, majorzy itd. Jak się to bractwo orientowało w sprawach wojskowych, tego dowiodła mi rozmowa prowadzona przez dwóch oficerów, której mimo woli wysłuchałem przez otwarte okno. Jakiś głos wykrzykiwał: "Panie poruczniku Wenecjanin!". Już tyle razy panu tłumaczyłem, że wachmistrz a rotmistrz to nie to samo! Wachmistrz to szarża podoficerska, a rotmistrz oficerska. Ja jestem rotmistrzem PAL, a pan, panie poruczniku nazywa mnie wachmistrzem!". Wychyliłem się przez okno, żeby zobaczyć posiadacza romantycznego pseudo. Ujrzałem dwie gwiazdki na ramionach opryszka z gatunku tych, których lepiej po nocy nie spotykać".


Wśród oficerów PAL znajdowali się też jednak ludzie wartościowi. Jednym z najbardziej zagadkowych przypadków był płk Józef Tunguz-Zawiślak, zasłużony legionista, w 1920 r. dowódca ochotniczych oddziałów białoruskich, komendant Związku Strzeleckiego w latach 1938-1939. W relacjach dotyczących Powstania Tunguz-Zawiślak występuje często jako jeden z dowódców PAL, a jednocześnie jako... oficer AK. Wiadomo, że po 9 września był dowódcą zgrupowania "Kuba"-"Sosna" AK. Jako komendant Związku Strzeleckiego na pewno brał udział w przygotowywaniu struktur podziemnych na wypadek wojny. Czy współpracował wówczas ze Skokowskim, Boruckim i Piękosiem?



Ciekawy przypadek stanowił też mjr Stanisław Sławiński "Litwin", przeszedł on do PAL z kontrwywiadu AK, gdzie kierował referatem "994", zajmującym się infiltracją podziemia nie scalonego z AK. Wiadomo, że wprowadził do PAL kilku akowskich agentów. W czasie Powstania kierował natomiast... rzekomym puczem przeciwko gen. Borowi-Komorowskiemu. 7 września "Bór" dostał list podpisany przez "Litwina", kilku innych oficerów PAL, dwóch oficerów AK i ppłka Jerzego Kraffta "Wiesława" z NSZ (który przeszedł do NSZ z referatu "994" kontrwywiadu AK, a po wojnie podawał się za oficera PAL). W liście wzywano "Bora" do dymisji a AK do nawiązania kontaktu z Rolą-Żymierskim i podporządkowania mu całości sił powstańczych. W przypadku dalszego przedłużania walk powstańczych, sygnatariusze listu grozili nawiązaniem rozmów kapitulacyjnych z Niemcami. 

"Bór" wściekł się na takie warcholstwo i kazał oddać autorów listu pod sąd polowy. Sprawie szybko jednak ukręcono łeb. Była ona bowiem najprawdopodobniej intrygą kontrwywiadu AK. Chciał on dać Komendzie Głównej "podkładkę" pod rozmowy z Niemcami. KG AK mogła argumentować, że do negocjacji skłoniła ją groźba buntu walczących oddziałów.



Kilka dni później doszło do ciekawego zwrotu akcji. 14-15 września powstały Połączone Siły Zbrojne AL, PAL i KB a dowództwo nad nimi objął Skokowski. Dawny dowódca "Murmańczyków" dowodził teraz komunistami. 17 września Połączone Siły proponują "Monterowi" natarcie ku Wiśle, tak by połączyć się z berlingowskim desantem. Nowa organizacja została w oczywisty sposób stworzona jako polityczny partner dla Berlinga, który ma plan przebicia się z Czerniakowa do Śródmieścia i wyzwolenia Warszawy. Plan wpisujący się w projekt Berii, powierzenia władzy nad Polską przedwojennym wojskowym (a nie komunistycznym fanatykom). Problem jednak w tym, że Stalin ma inne zamiary, które realizuje jego wysłannik Nikita Chruszczow, który mieszkając na Targowej pilnuje, by Rokossowski nie udzielał Berlingowi zbyt dużej pomocy w przeprawie...

Przyjrzyjmy się jednak uważnie owym Połączonym Siłom. Komunistyczna AL stanowi ich najmniej znaczącą część. Raport dowództwa głównego AL oceniał siły całego Okręgu Warszawskiego tej organizacji na połowę maja 1944 r. na 342 żołnierzy, uzbrojonych w 40 karabinów, 3 pistolety maszynowe, 1 lotniczy karabin maszynowy, 51 granatów i 13 butelek zapalających. Co prawda po wybuchu Powstania stany liczebne AL pompowano, ale "Monter" oceniał je na "1 pluton względnie uzbrojony (+40 osób)." Sama AL 30 sierpnia oceniała je na Starówce (już po panicznej ucieczce większości AL-owców z dzielnicy) na 152 osoby, w tym 35 w grupie bojowej, 38 w grupie saperskiej i 16 w służbie bezpieczeństwa. Ich uzbrojenie stanowiło: 5 karabinów, 2 pistolety maszynowe, 6 pistoletów i 18 granatów. Siły znikome w porównaniu z 50-tysięcznym warszawskim korpusem AK.



Faktycznym dowódcą AK w Warszawie - zwłaszcza po tym jak dowództwo nominalne zginęło 26 sierpnia pod gruzami kamienicy na Freta - był Józef Małecki "Sęk". Był on oczywiście człowiekiem sowieckich tajnych służb - NKGB bądź NKWD. Miał jednak bardzo ciekawy życiorys. Był powstańcem wielkopolskim, weteranem wojny polsko-bolszewickiej, a później działaczem KPP. W 1939 r. wstąpił do sowieckiej milicji w Brześciu, a później wyjechał czy też wysłano go w głąb ZSRR. W 1940 r. został aresztowany za pobicie jakiegoś Żyda w łaźni. Z łagru wyszedł już jako agent NKWD i został przerzucony do Polski. Był szefem sztabu PSZ AL, PAL i KB.


Najciekawszą częścią Połączonych Sił był natomiast Korpus Bezpieczeństwa. Była to organizacja mająca swoje korzenie w 1939 r. i silne związki z obozem generała Sikorskiego.  Była scalona z AK i miała za zadanie m.in. budować policję na Ziemiach Zachodnich. Jej częścią był m.in. Strażacki Ruch Oporu "Skała".  KB mocno się angażował w pomoc dla Żydowskiego Związku Wojskowego w Getcie Warszawskim. Pod koniec lipca 1944 r. ta patriotyczna organizacja nagle zawarła porozumienie o współpracy z PAL. W Powstaniu jej siły liczyły 600-700 żołnierzy, walczących m.in. w takich okrytych chwałą oddziałach jak Batalion "Nałęcz" czy Batalion "Sokół".  Siłami KB w Powstaniu dowodził płk Leon Kokrzewnikjanc "Doliwa", w 1939 r. dowódca straży pożarnej w Gdyni i na Oksywiu. Dowódca KB płk Andrzej Petrykowski "Tarnawa" wraz ze swoim szefem sztabu majorem Leon Bąkowskim "Kirkorem" jeszcze pod koniec lipca wyruszyli na Lubelszczyznę, gdzie przekroczyli front i w Lublinie podporządkowali KB dowództwu LWP. Obaj byli wcześniej zasłużonymi wojskowymi. Petrykowski służył w POW, walczył w III Powstaniu Śląskim i kampanii 1939 r. Bąkowski służył w Legionach i Oddziale II oraz walczył w 1939 r. Obaj stanowili część Głębokiego Państwa Polskiego.



Petrykowski został mianowany komendantem garnizonu Lublina i oficerem do zleceń Roli-Żymierskiego. 6 marca 1945 r. został jednak aresztowany przez Informację Wojskową, pod zarzutem obsadzania stanowisk w LWP oficerami AK i KB, wrogiego stosunku do ZSRR, wyrażania nadziei na powrót do kraju rządu londyńskiego, a także niezadowolenia z tego, że "ludowym" Wojskiem Polskim dowodzi Rola-Żymierski a nie Berling. Ten ostatni zarzut był kluczowy do wyjaśnienia jego roli. Skazano go na 10 lat więzienia, ale wyszedł już w 1947 r. Bąkowski został natomiast pułkownikiem i komendantem szkoły oficerskiej piechoty w Kąkolewnicy. Więziony był później przez UB. Próba infiltracji nie udała się - choć była obiecująca.

Generał Skokowski w styczniu 1945 r. został przyjęty do LWP i otrzymał stanowisko dowódcy okręgu wojskowego w Krakowie. Na jesieni 1945 r. przeszedł jednak w stan spoczynku. W 1948 r. został aresztowany i skazany na 15 lat więzienia. Wypuszczono go na wolność w 1955 r.

Borucki również zgłosił się do LWP w styczniu 1945 r. Przydzielono go do sztabu 1 Armii, ale już w marcu 1945 r. został aresztowany przez Smiersz. Przez 9 lat siedział w więzieniu bez procesu a przesłuchujący go Sowieci starali się od niego wydobyć wszelkie informacje o "Muszkieterach". Podejrzewali, że PAL jest organizacją kontynuującą pracę tej grupy. W 1954 r. skazano go na 15 lat więzienia, a wypuszczono w 1956 r. Po wyjściu z więzienia był TW SB, ale raczej takim, któremu resort totalnie nie ufał. Jego "oficer prowadzący" z Gestapo Alfred Otto, ukrywał się do 1950 r. w Paczkowie, pod polskim nazwiskiem i z legitymacją członka PAL. Siedział później w PRL-owskim więzieniu do 1968 r., gdzie chętnie zeznawał. W 1968 r. spotkał go jeszcze w celi... Jacuś Kuroń. 

Być może najlepiej wyszedł "alkoholik i aferzysta" Piękoś. Po Powstaniu stanął na czele dowództwa PAL w Pruszkowie. Był później posłańcem Sierowa do generała Okulickiego. Zgłosił się do LWP, ale nie pojawił na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej, więc nie uznano jego stopnia generała i nie przyjęto do służby. W kolejnych dekadach spokojnie sobie pracował w różnych spółdzielniach i opiekował się rodzinami weteranów PAL. 

Wielu członków PAL po wojnie wkręcało się w działalność Stronnictwa Demokratycznego. Dzieje tej koncesjonowanej partii stanowią niewątpliwie ciekawy materiał, który czeka na solidną monografię...

***

W kolejnym odcinku serii Gracze poznamy bardzo niezwykłą historię infiltracji środowisk komunistycznych. To opowieść o tym jak jeden z dowódców AL, bliski znajomy Moczara, stał się Żołnierzem Wyklętym i uszło mu to na sucho.

Dużą część serii Gracze oparłem na książce Andrzeja Gąsiorowskiego "Polska Armia Ludowa 1943-1945. Studia. Fakty-mity-tajemnice" wydanej przez Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Pozycja ta to "cegła" licząca ponad 800 stron, która niestety jest obecnie dosyć trudno dostępna. A szkoda, bo jest znakomita!

sobota, 19 listopada 2022

Incydent w Przewodowie - punkt zwrotny, którego nie wykorzystano

 


Powyższa grafika pokazuje to jak incydent w Przewodowie jest postrzegany przez Ukraińców. Naprawdę są oni przekonani, że na polskie terytorium spadła rosyjska rakieta (czy to w ramach testowania reakcji NATO, czy też w wyniku błędu przy wprowadzaniu koordynatów lub innej awarii rosyjskiego sprzętu), a incydent celowo zatuszowano, by nie iść na pełną konfrontację z Rosją. 

Ja nie przesądzam, co się tam stało. Po prostu mam zbyt mało danych. Pierwsze przecieki z USA mówiły jednak o rosyjskim pocisku, a Polsat News spekulował, czy to nie była rakieta KH-101. Szybko jednak ustalono dominującą narrację mówiącą o pocisku S-300, wystrzelonym przez ZSU, który miał za zadanie zbić rosyjską rakietę, ale przestrzelił i upadł kilka kilometrów od granicy. Wersja ta została puszczona w obieg przez prezydenta USA Joe Bidena, który stwierdził na szczycie G20, że mało prawdopodobnym jest by to była rakieta "wystrzelona z Rosji".  Biorąc pod uwagę to, że Biden korzystał na szczycie ze ściągawki mówiącej mu, kiedy ma zabierać głos a nawet kiedy siedzieć, można przyjąć, że sam tej wersji nie wymyślił i takie rozwiązanie podsunął mu Jake Sullivan lub inny z jego doradców.

Niechęć do obwiniania Rosji za ten incydent można łatwo wytłumaczyć niepewnością, co do postawy takich "sojuszników" jak Niemcy, Turcja czy Węgry. Wszak na jakie działania mogłyby się one zgodzić w ramach konsultacji związanych z Artykułem 4?

Mimo to, uważam, że administracja Bidena totalnie to spieprzyła. 

Nie ważne czyja rakieta spadła na polskie terytorium. Ważne jest to, że nie wykorzystano tego incydentu w odpowiedni sposób.


Biden nie musiał od razu mówić, że raczej nie była to rosyjska rakieta. Mógł po prostu powiedzieć: badamy incydent, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że to był pocisk rosyjski. Nie skłamałby wówczas. Badanie incydentu mogłoby trwać tydzień, dwa lub miesiąc. W podobnie nieprzejrzysty sposób jak w Smoleńsku. Można by to wykorzystać do zwiększenia presji na Rosję. Niech bardziej uważa, gdzie wysyła rakiety. Niech się boi, że nad Ukrainą wprowadzi się strefę zakazu lotów. Po pewnym czasie można byłoby ogłosić, że rakieta była ukraińska, ale wówczas już niemal nikt by nie pamiętał o sprawie - Rusnia miałaby większe problemy... Zełenski, człowiek znający się na mediach, szybko zauważył tę okazję i trzymał się właściwej wersji. "Rosja jest winna" - jak stwierdziła włoska premier Giorgia Meloni (nawiązując do hasła hiszpańskiej Division Azul :) 

Dlaczego sądzę, że nie doszłoby w takim scenariuszu do "III wojny światowej"? Bo obserwuję, co się dzieje na froncie ukraińskim.

Rassiji wyraźnie nie idzie na lądzie i na morzu, więc próbuje rozstrzygnąć wojnę w powietrzu. Wyraźnie sięga po teorię włoskiego generała Giulio Douheta mówiącą, że w przyszłości będzie można pokonać wrogie państwo tylko i wyłącznie wojną lotniczą - prowadząc bombardowaniami do załamania morale u wroga. Doktryna gen. Douheta była przez ostatnie 100 lat wielokrotnie testowana. Okazywało się, że  dobrze wykonana kampania lotnicza może zniszczyć zdolność wroga do prowadzenia wojny (Japonia 1945, Irak 1991), przyspieszyć decyzję wrogiego rządu o wyjściu z wojny (Włochy 1943), zmusić go do negocjacji pokojowych (Wietnam Północny 1972), sprowokować powojenne obalenie wrogiego reżimu (Jugosławia 1999) czy nawet mocno się przyczynić do zmiany mentalność i kultury wrogiego narodu (Niemcy 1943-1945). Za każdym razem jednak mieliśmy do czynienia z kampaniami prowadzonymi i zaplanowanymi przez profesjonalistów konsekwentnie realizujących określoną strategię. W przypadku obecnej kampanii lotniczej nad Ukrainą mamy natomiast desperackie próbowanie przez Rassiję różnych rozwiązań z nadzieją, że coś może się udać i że Ukraińcy będą błagać o pokój.

Kampania przeciwko przemysłowi i infrastrukturze ma sens, jeśli jest wymierzona w "wąskie gardła" systemu. Czy prowadzone przez Rassiję zmasowane ostrzały rakietowe Ukrainy spełniają ten warunek? I tak i nie. Ukraiński rząd twierdzi, że niemal połowa infrastruktury energetycznej nie działa.  Sytuacja jest rzeczywiście trudna i bardzo uciążliwa dla cywilów. Poważnie zakłócona jest też praca przemysłu, w tym zakładów zbrojeniowych. Rusnia w oczywisty sposób naśladuje amerykańską strategię bombardowań Rzeszy i Japonii. Tyle, że Ukraina nie jest w sytuacji tamtych celów bombardowań. O ile Niemcy i Japonia opierały się na własnym przemyśle zbrojeniowym - mającym wąskie gardła takie jak fabryki łożysk kulkowych i rafinerie ropy - to Ukraina opiera się w dużym stopniu na dostawach broni i sprzętu z zagranicy. Co do jej przemysłu zbrojeniowego, to da się jego część relokować, choćby do Polski. Rassija nie jest natomiast w stanie zatrzymać tego typu bombardowaniami dostaw z Zachodu. Oczywiście uderzenie w infrastrukturę energetyczną zakłóca pracę kolei. Nie zatrzyma jednak lokomotyw spalinowych (które będą Ukrainie bardzo potrzebne). Bombardowania prowadzone przez Rassiję nie są na tyle precyzyjne, by przerywać trasy kolejowe. O ile rakieta nie trafi w strategiczny most, to zniszczenia na kolei da się stosunkowo szybko usunąć (we wrześniu '39 nasze koleje działały sprawnie aż do pierwszych dni sowieckiej inwazji). Liczenie na załamanie morale ludności jest natomiast złudzeniem. Ukraińcy są tak wściekli na Rassiję, że gdyby nawet zrzucono na nich bombę atomową, to walczyliby nadal aż do zajęcia Biełgorodu.

Sprawą, której rosyjscy stratedzy nie rozumieją jest też kwestia skoncentrowania ataku lotniczego na określone cele. W dniu inwazji wystrzelili na całą Ukrainę mniej rakiet niż Amerykanie w 2017 r. na jedno syryjskie lotnisko. Nic dziwnego, że ukraińskie lotnictwo wojskowe w bardzo dużym stopniu wówczas ocalało. Przez wiele miesięcy rosyjska kampania lotnicza polegała na ostrzeliwaniu na chybił-trafił oblężonych miast takich jak Charków. Strategiczne obiekty bardzo rzadko trafiano. Rosyjskie lotnictwo myśliwskie nie zdołało wywalczyć supremacji w powietrzu, już nie mówiąc o dominacji. Rosyjskie straty lotnicze - w 100 proc. zidentyfikowane przez firmę Oryx - są większe od ukraińskich i większe od tych poniesionych przez Syrię w 1982 r. nad Libanem. Po zmasowane ostrzały rakietowe ukraińskiej infrastruktury sięgnięto więc nie tyle w ramach przemyślanego harmonogramu, co w akcie desperacji. Są one strategią zastępczą. I widać, że cele wybierano w pośpiechu - często na podstawie nieaktualnych map. Rakiety spadają więc na skrzyżowania dróg czy w miejsca, gdzie 30 lat wcześniej były koszary. 

Wspominałem niedawno, że Putin dostał od "kraju trzeciego" ofertę pokojową przewidującą, że wycofa on wojska do granic państwowych Ukrainy, z wyjątkiem Krymu, którego status ma być zdemilitaryzowany i zamrożony na siedem lat. Szef CIA William Burns spotkał się po tym z Siergiejem Naryszkinem, dyrektorem SWR w Ankarze. Ostrzegł go, że odpalenie przez Putina bomby atomowej będzie ostatnią decyzją, jaką Putin podejmie w swoim życiu. Naciskał też na przyjęcie przez Rosję owej propozycji pokojowej. Odpowiedzią Putina był zmasowany ostrzał rakietowy Ukrainy z 15 listopada, podczas którego czasowo odcięto od prądu 10 mln Ukraińców, zostało uszkodzonych 15 obiektów infrastruktury energetycznej, zginął 1 ukraiński cywil a 75 rosyjskich rakiet zostało zestrzelonych.

Według Generała SWR, Ruscy naprawdę nie wiedzieli, czy rakieta, która spadła na Przewodów była wystrzelona przez nich. Zwłaszcza, że Putin wcześniej się odgrażał, że "wstrząśnie NATO". (Co ciekawe mówił o atakach na Turcję i Węgry, czyli kraje uznawane za dosyć przyjazne, a dopiero potem o prowokacjach wymierzonych w kraje bałtyckie i w Polskę...) Generał SWR twierdzi, że obawa przed odwetem bądź ultimatum postawionym przez NATO była tak duża, że oficjele ze służb zbierali się i dyskutowali o możliwości usunięcia Putina. W ich oczach była ona jedynym sposobem na uchronienie kraju przed konfrontacją z NATO, którą Rosja musiałaby przegrać.

No, ale administracja Bidena niestety dała Rosji chwilę oddechu... A tak fajnie byłoby zobaczyć panikę u rosyjskich propagandystów i różnych onucowców... Byłaby niezła zabawa z obserwowaniem reakcji debili od FYM - polskiego QAnona - przekonujących, że w 2010 r. w Smoleńsku doszło do inscenizacji, a TuSSk i Putin ocalili świat od III wojny światowej, którą chciało rozpętać GRU wspólnie z Macierewiczem...

***

Incydent w Przewodowie skutkował tym, że obrodziło u nas ekspertami ds. wojskowości. Wielu z nich przekwalifikowało się - byli wcześniej geopolitykami, wirusologami, ekonomistami i specjalistami od skoków narciarskich. Zazwyczaj jojczyli oni głośno, że "jak to możliwe, że obrona przeciwlotnicza nie zestrzeliła tej rakiety". 

Wszystkim tym "ekspertom" przypominam, że Przewodów leży 7 km od granicy - jakieś 2 sekundy loty dla rakiety. Pocisk można było zestrzelić tylko podczas jego lotu nad Ukrainą. A Polska i inne kraje NATO nie zajmują się zestrzeliwaniem rakiet nad terytorium Ukrainy. By zaczęły to robić, potrzebne będzie porozumienie polityczne i wojskowe. Jak zauważa generał Polko, objęcie natowską obroną przeciwlotniczą zachodniej części Ukrainy będzie jednak konieczne, by zapobiec takim incydentom w przyszłości. 

***

Po incydencie bardzo szybko uaktywniła się rosyjska propaganda. W polskim Twitterze mocno trendowało słowo "Ukry". W rolę dyrygenta tej kampanii usiłował wchodzić niejaki Gryguć posługujący się pseudonimem "Pan Nikt". Rzadko kiedy pseudonim tak dobrze pasuje do osoby. Gryguć bowiem jest jednym z tych "wielkich geopolityków" nie potrafiących sklecić ani jednej prognozy geopolitycznej, ale nadrabiających za to jałowymi bluzgami. Niezapomniany doktor Targalski nazywał go "chamską i prymitywną wersją Brauna".  Prawdę mówiąc każdy z kotów doktora Targalskiego górował inteligencją nad "Panem Nikt".

Ale propagandę uruchomiono nie tylko w Kraju Prywislańskim. Również na Zachodzie, o czym świadczy poniższy rysunek z pewnego chujowego francuskiego pisemka.


Skąd jakiś francuski półinteligent-patafian mógł słyszeć o Rzezi Wołyńskiej? Przecież jest zbyt głupi, by znaleźć Rosję na mapie... Kremlowska inspiracja jest w tym przypadku oczywista.

A ja się zastanawiam, czy aby czasem Rassija nie opłaciła parę lat temu kolesi z Państwa Islamskiego do poświęcenia paru frajerów z tej gównianej francuskiej gazetki. Poświęcenia w ramach kampanii przekonywania świata, że Państwo Islamskie to największe zagrożenie dla Zachodu, 100 razy większe od "walczącej z islamskim terroryzmem" Rosji i od Czerwonych Chin. Jakoś tak średnio wówczas ta kampania stykła. Może by się udała, gdyby Hillary została prezydentem. A tak Trump szybko zgniótł wydmuszkę Państwa Islamskiego pozbawiając służb wszelakich takiego pięknego straszaka. I tylko różni Kebabowicze nadal przekonywali, że Państwo Islamskie jest milion razy groźniejsze od Rosji a zarazem na tyle słabe, by sobie nie poradzić z jakąś kurdyjską milicją na syryjskim zadupiu...

Oczywiście wszyscy pamiętamy łzawą kampanię "Jestem Charlie". Ciekawe, czy gdyby islamiści zrobili masakrę w redakcji magazynu "Laski z fiutami", to czy popularne stałoby się hasło "Jestem laską z fiutem"?

***

Niestety wydarzenia bieżące przesunęły w czasie kolejny odcinek serii "Gracze". Odcinek, po którym wielu z Was powie: "Szkoda, że w czasie wojny nie służyłem w Polskiej Armii Ludowej". Powinni o tej organizacji zrobić serial z uniwersum rozszerzającym się niczym w "One Piece".

sobota, 12 listopada 2022

Prezydent DeSantis?

 


Ilustracja muzyczna: Jack Harlow - First Class

Jeśli widzieliście wystąpienie gubernatora Florydy Rona DeSantisa, po uzyskaniu przez niego reelekcji, to widzieliście, że koleś prezentował się bardzo prezydencko. Tłum skandował: "Two more years!", co oznacza, że jego zwolennicy oczekują, że będzie gubernatorem tylko do 2024 r., czyli do wygranych wyborów prezydenckich. 

Gubernator DeSantis ma z pewnością wiele atutów. To wielokrotnie odznaczony weteran, prokurator wojskowy z Guantanamo i prawnik przydzielony do Seal Team One w Iraku. (Co ciekawy mający prawo do noszenia baretek wyróżniającego się snajpera.) Ma dopiero 44 lata. Jego żona - była prezenterka telewizyjna - dobrze się prezentuje. Jako gubernator miał wiele sukcesów. Firmy z Nowego Jorku i Kalifornii przenoszą się na Florydę, miejscowy system szkół publicznych został zreformowany, a silna policja skutecznie łapie przestępców. DeSantis może się prezentować również jako ostry przeciwnik nielegalnej imigracji oraz lockdownów pandemicznych, a zarazem zwolennik prawa do posiadania broni przez obywateli oraz wyznawca tradycyjnych wartości. (Innego rodzaju katolik niż Biden.) Skutecznie buduje on wizerunek "bardziej kompetentnego Trumpa".

Donald Trump oczywiście nie zamierza zrezygnować z walki o prezydenturę. Narzeka na to, że DeSantis jest wobec niego niewdzięczny - bo przecież pomógł mu w 2018 r. wygrać wybory z demokratycznym kandydatem próbującym oczywistych oszustw wyborczych.  Były prezydent grozi nawet DeSantisowi, że jak wystartuje, to zostaną o nim ujawnione "nieprzyjemne" rzeczy. O jakie brudy może chodzić? Czyżby o coś z Guantanamo lub Iraku? W jednym z seriali już pojawił się odcinek, w którym postać wzorowana na Milo Yiannopulosie (!) fałszywie oskarża guberantora DeSantisa o gejowskie molestowanie seksualne, bo chce uwalić jego kandydaturę na rzecz Trumpa.

Komu kibicować w tym starciu? W 2016 r. i 2020 r. kibicowałem Trumpowi. I tego nie żałuję. Zwycięstwo Hillary Clinton oznaczałoby wielką katastrofę dla świata. W Białym Domu zasiadłaby skrajnie skorumpowana, zafiksowana ideologicznie, niekompetentna kontynuatorka polityki Obamy. Co do Bidena, to pierwszy rok jego rządów był katastrofą. Zapewne z Trumpem w Białym Domu, Putin nie odważyłby się zaatakować Ukrainy. (Czy wówczas jednak stalibyśmy przed tak wielką szansą geopolityczną - załamaniem całej strategii Rosji i Niemiec?) Uważam jednak, że Trump nie powinien starać się o prezydenturę w 2024 r.



Po pierwsze jest już na to za stary. W 2024 r. będzie miał 78 lat. Lepiej żeby do pojedynku z 81-letnim Bidenem stanął liczący wówczas 46 lat DeSantis, a z 60-letnią Kamalą Harris na przykład 52-letnia Kristi Noem, gubernatorka Dakoty Południowej, która w ostatnich wyborach odniosła miażdżące zwycięstwo.  (Jest jednak ryzyko, że Biden nie mógłby się powstrzymać przed powąchaniem włosów gubernator Noem. :)

Po drugie - jak mawiał Lenin - kadry decydują o wszystkim. A Trump nie potrafił sobie dobrać odpowiednich kadr w swojej administracji. Wiele z jego nominacji miało charakter przypadkowy i często ci ludzie pracowali dla jego wrogów. Gubernator Chris Christie opracował co prawda szczegółowy plan obsadzenia nowej administracji i harmonogram prac legislacyjnych, ale Bannon i Kushner wyrzucili go do kosza. DeSantis raczej nie pozwoli się tak rozgrywać takim niekompetentnym doradcom.

Po trzecie, chęć zemsty może przesłonić Trumpowi interesy państwa. Jeśli będzie nadal obrażony na służby i na wojsko, to może się to negatywnie odbić na polityce zagranicznej USA. Choćby w kwestii Ukrainy. DeSantis będzie natomiast brał stronę kompleksu militarno-przemysłowego.

Po czwarte, wokół Trumpa powstało prawdziwe "żmijowisko". Wśród jego zwolenników zaroiło się od prowokatorów wszelkiego rodzaju służb. Libki lubią nagłaśniać przypadki występowania w tym środowisku prorosyjskich izolacjonistów. Oczywiście pomijają to, że ci prorosyjscy nacjonaliści mogą pracować dla FBI, ATF i podobnych agencji. Dla kogo teraz pracuje gen. Flynn? Nie wiem. Gostek straszliwie się zapętlił w grze wywiadowczej. Dla kogo pracuje Tucker Curlson? Jego powiązania rodzinne wskazują, że tylko udaje on prorosyjskiego pożytecznego idiotę. Dodajmy do tego operację psychologiczną o nazwie QAnon i będziemy mieć wielopiętrową intrygę w stylu lat 60-tych. A dla kogo pracuje DeSantis? Tutaj mamy jasność - dla US Navy.

Po piąte, DeSantis nie dał sobie ukraść zwycięstwa wyborczego. Gdy został gubernatorem, zaostrzył na Florydzie przepisy wyborcze. By zagłosować, trzeba pokazać dokument tożsamości - co jest w oczach demokratów "voter supression". Możliwość głosowania korespondencyjnego została mocno ograniczona. Nie można prowadzić tzw. ballot harvesting, czyli zbierania tysięcy głosów korespondencyjnych i dostarczania ich do punktów wyborczych już po zakończeniu głosowania. Stworzył też specjalną służbę walczącą z oszustwami wyborczymi. I dlatego na Florydzie doszło do republikańskiej "czerwonej fali" wyborczej, a w wielu innych stanach nie.

Pomyślcie: jak to możliwe, że demokraci stracili w niedawnych wyborach połówkowych mniej miejsc w Kongresie niż za czasów takich popularnych prezydentów jak Clinton czy Obama? 67 proc. wyborców uważa, że Biden nie powinien startować w wyborach w 2024 r. 73 proc. ocenia, że kraj idzie w złym kierunku. A mimo to wyborcy nadal są przychylni demokratom. Zaiste, to niezwykłe wybory.

W Arizonie wciąż liczą głosy. Wczoraj wieczorem mieli ich jeszcze jakieś pół miliona do przeliczenia. Sprawa się przeciąga, bo pojawiły się problemy z maszynami zliczającymi. (Znów pojawiają się doniesienia o "wadliwych" maszynach firmy Dominion w New Jersey.) Wyścig o fotel gubernatora Arizony, podobnie jak wyścig senacki, są tam bardzo wyrównane. Dziwnym trafem, exit poll z hrabstwa Maricopa - największego w stanie i zarazem tego, w którym popsuły się maszyny zliczające głosy - pokazał, że tylko 14 proc. głosujących tam przy urnach określiło się jako "demokraci".


Przyjrzyjmy się wynikom z Pennsylwanii, gdzie wyścig senacki wygrał kandydat demokratów John Fetterman - koleś po udarze mózgu, który podczas debaty miał problem ze skleceniem kilku zdań. Tak się ciekawie złożyło, że jego republikański kontrkandydat, doktor Mehmet Oz, zdobył przy urnach o 500 tys. głosów więcej od niego. Fetterman miał jednak przewagę w głosowaniu korespondencyjnym wynoszącą 868 tys. głosów. Co ciekawe, Fetterman zaskarżył przed wyborami do sądu przepisy zakazujące uwzględniać głosy, które bez jakiegokolwiek stempla pocztowego trafią do zliczania po zamknięciu lokali wyborczych. Czyli koleś chciał mieć możliwość swobodnego dosypywania głosów w miarę ich liczenia.

W pewnych stanach nie powtórzyły się jednak cuda nad urną znane nam z 2020 r. W Georgii wybory na gubernatora ponownie wygrał Brian Kemp - znów skopał tyłek tłustej afroamerykańskiej demokratce Stacey Abrams. Przypominam, że cztery lata temu Abrams oskarżała Kempa o oszustwa wyborcze. Teraz siedzi cicho. 

Oczywiście w grę wchodzą nie tylko oszustwa wyborcze. Większość kandydatów namaszczonych przez Trumpa była ludźmi przypadkowymi, którzy nie przypadli do gustu elektoratowi. Co więcej, bywało, że kandydatów tych demokraci wspierali finansowo w prawyborach. Ponadto, demokraci skutecznie sformatowali mózgi Pokoleniu Z. Dziwnym trafem, u 42 proc. przedstawicieli tego pokolenia diagnozuje się zaburzenia psychiczne.  Przyszłość Ameryki zapowiada się więc niewesoło. Niektórzy oczywiście wieszczą katastrofę już znacznie wcześniej niż w perspektywie pokolenia. Martin Armstrong, znany analityk finansowy, twierdzi, że w 2024 r. może nie być w USA wyborów prezydenckich, ze względu na kryzys gospodarczy i zamieszki, a USA mogą już nie istnieć po 2032 r. Nadmierne czarnowidztwo? Onucowcom nie radzę otwierać szampana, bo o wiele wcześniej niż USA zawali się Rassija.

***


Stało się. Chersoń został wyzwolony.  (Joe Biden stwierdził, że Ruscy wycofali się z.... Faludży.) Towarzysz Panasjuk stwierdził, że rosyjskiej armii po prostu "nie chciało się go bronić" :) No cóż, ostatnie godziny bytności Ruskich w tym mieście były paniczną ucieczką ku środkom przeprawowym. Miasto mające być częścią Rosji na zawsze, radośnie powitało swoich wyzwolicieli. 

Według Generała SWR, Putin dostał od państwa trzeciego propozycję pokojową, którą jest bardzo zainteresowany. Przewiduje ona, że rosyjskie wojska wycofają się do granic państwowych Ukrainy - z wyjątkiem Krymu, którego status zostanie zamrożony na 7 lat. W trakcie tych 7 lat Krym będzie zdemilitaryzowany, a Flota Czarnomorska będzie musiała się przenieść do Noworosyjska. Zdemilitaryzowany ma też być szeroki na 100 km pas wzdłuż granicy ukraińsko-białoruskiej. To oznaczałoby wyeliminowanie ewentualnego brzeskiego kierunku operacyjnego w agresywnych planach Rosji przeciwko Polsce. Pozostanie im kierunek grodzieński i królewiecki. Czy jednak Ukraina będzie skłonna przystać na taką ofertę?

Wojenne klęski i przecieki o ofertach pokojowych wyraźnie niepokoją frakcję debili w rosyjskim establiszmencie. Jej czołowy przedstawiciel, Aleksander Dugin wręcz zasugerował możliwość zabójstwa Putina. Chyba bardzo chce dołączyć do córki. Albo skrycie pragnie, by jakiś oprych z FSB przeciągnął mu katechonem po ustach...

***

Za tydzień mam nadzieję wrócić do serii "Gracze" - serii edukacyjnej, pozwalającej Wam zrozumieć zjawisko wywiadowczego żmijowiska.

Wpisu w zeszłym tygodniu nie było z powodu komplikacji medycznych. Nie, nie wykończyła mnie szczepionka... Miałem podejrzenie częściowego zerwania ścięgna Achillesa, ale badania USG wykazały, że uraz jest mniejszy. Muszę jednak przez kilka tygodni chodzić w ortezie - podobnej jak nosił przed inauguracją Joe Biden. Niektórzy więc mówią, że cosplayuję Joe Bidena. 

Baj de łej: lekarz, który mnie otoczył profesjonalną opieką jest czytelnikiem mojego bloga. Pozdrawiam serdecznie!

sobota, 29 października 2022

Gracze: Wódz

 


Ilustracja muzyczna: Hiroyuki Sawano - Eren the Coordinate



Tak jak organizacja Muszkieterowie została założona na polu bitwy pod Kockiem, tak Komenda Obrońców Polski - czyli późniejsza Polska Armia Ludowa - została założona przez gen. Wilhelma Orlika-Ruckemanna po bitwie pod Wytycznem, 1 października 1939 r. Jej nazwa w oczywisty sposób nawiązywała do Korpusu Ochrony Pogranicza, a jej kadry opierano na KOP i Dywersji Pozafrontowej. To KOP wydawała pierwszą polską gazetę podziemną - "Polska Żyje"

Już we wrześniu 1939 r. własną organizację konspiracyjną zakłada Henryk Borucki "Czarny", późniejszy komendant główny PAL. Organizacja ta nosi nazwę Gwardia Ludowa i w październiku łączy się z KOP. Borucki to porucznik rezerwy, pracownik Zakładów Amunicyjnych "Pocisk" w Pionkach, gdzie był referentem ds. obrony przeciwlotniczej. Był on również autorem broszurki o obronie przeciwgazowej, a we wrześniu 1939 r. był dowódcą parku amunicyjnego w składnicy w Palmirach. Można założyć, że Borucki miał związki z Dywersją Pozafrontową.

KOP do maja 1940 r. dowodził mjr Bolesław Studziński, zawodowy wojskowy, przez wiele lat służący w Korpusie Ochrony Pogranicza. Po jego aresztowaniu organizacją zaczął kierować Borucki. Związał ją z Centralnym Komitetem Świętochowskiego, w którym blisko współpracował z "Muszkieterami". Zyskał pewną sławę, m.in. biorąc udział (w kobiecym przebraniu!) w strzelaninie z gestapowcami. W styczniu 1941 r. został aresztowany przez Gestapo. I wówczas doszło do zadziwiającego zwrotu w tej historii...



Borucki siedząc w areszcie na Szucha zgodził się bowiem współpracować z Gestapo. To nie była współpraca pozorowana. Są na jej temat dokumenty i zeznania. Komendant KOP wydał m.in. dwie drukarnie swojej organizacji, a jego zeznania przyniosły ofiary śmiertelne. Gestapowcem, który zwerbował Boruckiego był Alfred Otto, zaangażowany m.in. w osławioną prowokację Nadwywiadu, czyli lipnej organizacji podziemnej, która została zlikwidowana przez oddział likwidacyjny AK 993W. W marcu 1942 r. Borucki uciekł jednak z więzienia na Pawiaku. Ucieczkę zorganizowali "Muszkieterowie", a komendant KOP wyjaśnił później Ottowi, że "nie miał możliwości nie skorzystać z oferty". Po wyjściu na wolność Borucki odkrył, że część jego organizacji została przejęta przez AK, co mu się bardzo nie podobało...

W czerwcu 1942 r. Borucki został ponownie aresztowany przez Gestapo. Gestapowcy mieli do niego pretensje, że na wolności nie pisał dla nich donosów, ale zdecydowali się ponownie wykorzystać swojego agenta. W styczniu 1943 r. zainscenizowali jego ucieczkę z transportu kolejowego do Majdanka. By go uwiarygodnić, pozwolili uciec 60 ludziom. (Według innej wersji inscenizacja została przez Niemców spieprzona. Boruckiego nie dowieziono bowiem na czas do transportu kolejowego. Zgodnie z planem pozwolono więźniom uciec - bez żadnej korzyści dla Gestapo. Boruckiego zawieziono zaś samochodem pod Grójec.) Ta druga ucieczka wywołała w Podziemiu zdumienie. Wydawała się zbyt nieprawdopodobna. Boruckiego zaczęto więc podejrzewać o pracę dla Gestapo.

Gdy Borucki wrócił do pracy konspiracyjnej, znów spotkała go przykra niespodzianka. Okazało się, że we wrześniu 1942 r. część KOP nie scalona z AK połączyła się z Mieczem i Pługiem. Komendant MiP Anatol Słowikowski objął władzę nad KOP a Boruckiemu przydzielił jedynie miejsce w dowództwie. "Czarny" nie chciał tego zaakceptować, doszło więc do rozłamu i krwawej wojenki pomiędzy MiP a KOP. Działacze obu organizacji strzelali do siebie na ulicach Warszawy. W kwietniu 1943 r. "prawicowa" KOP połączyła siły z radykalnie lewicową Robotniczą Partią Polskich Socjalistów (której działaczem był m.in. trener lekkoatletyczny Jan Mulak, późniejszy marszałek senior Senatu III RP), Gwardią Obrony Narodowej płka Skokowskiego i znaną choćby z "Kamieni na szaniec" Polską Ludową Akcją Niepoległościową (kierowaną przez Cezarego Ketlinga-Szemleya, który dostał wyrok śmierci od AK za udowodniony donos na Gestapo a jednocześnie mocno angażował się we wspieranie Żydowskiego Związku Wojskowego w getcie). Razem stworzyli Polską Armię Ludową. Ta organizacja miała opinię komunizującej - choć tworzyli ją przecież m.in. byli "Muszkieterowie" czy były dowódca murmańczyków Skokowski. Często używała nazwy Armia Ludowa, co wywoływało irytację komunistów.

Choć współcześnie bywa, że Borucki jest kreowany na lewicowego bohatera, który w brawurowy sposób uciekał gestapowcom (tak go przedstawia m.in. lewacki profil Przywróćmy Pamięć o Patronach Wyklętych), to powojenne zeznania Otta oraz dokumenty Gestapo nie pozostawiają wątpliwości, że celem istnienia PAL miała być dezintegracja radykalnej lewicy i walka z bolszewizmem. Kontrolowana organizacja miała przejmować ludzi, którzy mogliby potencjalnie trafić do organizacji komunistycznych. Wiadomo m.in., że Borucki wydał Gestapo Stanisława Dobiszewskiego, członka władz RPPS, który opowiadał się za połączeniem organizacji z PPR.

Wiosną 1944 r. Niemcy mieli  bardzo ambitne plany wobec Boruckiego. Z dokumentów Gestapo wynika, że rozważali go mianować... premierem polskiego rządu kolaboracyjnego. Borucki miałby im pomóc utworzyć 50-tysięczną polską jednostkę do walki z Sowietami!

Nie powinno więc nas dziwić, że gestapowiec Alfred Otto dostał pod koniec wojny legitymację zaświadczającą, że był członkiem PAL. Jak widać bardzo zżył się z tą organizacją...

Byłoby jednak zbytnim uproszczeniem twierdzić, że PAL była tylko i wyłącznie marionetką w rękach Gestapo. Wygląda bowiem na to, że Skokowski wraz z grupą innych oficerów stanowił tam naszą frakcję prometejską. Byli tam też dawni "Muszkieterowie" oraz ludzie pracujący dla kontrwywiadu AK. 

Był też reprezentant interesów Sowietów - major (później samozwańczy generał) Stanisław Piękoś "Skała". Ów dawny legionista, kawaler VM i trzykrotnie KW, oficer KOP, zasłużony w obronie Warszawy w 1939 r., jeden z pierwszych konspiratorów SZP, został w 1940 r. wyrzucony z ZWZ za nadużycia finansowe. W 1945 r. to on będzie posłańcem Sierowa do generała Okulickiego. 

Na mapie polskiej konspiracji powstała więc dziwaczna organizacja - komunizująca, acz grupująca wielu antykomunistów, mała, ale posiadająca trzech samozwańczych generałów w dowództwie. Każdy z tych generałów reprezentował inne interesy. Borucki - niemieckie, Piękoś - sowieckie, Skokowski - polskie. Istna wybuchowa mieszanka i prawdziwe żmijowisko!

Zagadką pozostaje jednak to, dlaczego AK nie zdecydowała się zlikwidować Boruckiego. Poszlaki wskazujące na jego pracę dla Gestapo były przecież bardziej niż mocne. Czy ta tolerancja wynikała z tego, że AK potrzebowała takiej buforowej organizacji z pogranicza służb wszelakich? Wszak tam też zdawano sobie sprawę, że Polskę może czekać kolejna okupacja i że warto mieć swoich ludzi również w organizacjach komunizujących. 

W kolejnym odcinku: Zadziwiająca historia PAL i KB podczas Powstania Warszawskiego. W tym sprawa zamachu stanu przeciwko Borowi-Komorowskiemu.  

***

Tym, którzy się jeszcze nie zorientowali, wyjaśniam, że przez tydzień byłem w Egipcie. Bynajmniej nie na all-inclusive. Na intensywnym zwiedzaniu, również miejsc rzadko odwiedzanych przez turystów. Będzie z tego kolejna seria blogowa: Kemet. Zahaczająca o Phobosa i Atomowych Bogów.

Na razie przytoczę tylko opinię zasłyszaną o doktorze Zahim Hawasie, wieloletnim "dyktatorze" egipskich wykopalisk, znanym nam choćby z serialu "Sekrety egipskich grobowców": "To był największy rabuś grobów w dziejach naszego kraju. Gdy w środku nocy dochodziło do blackoutu na lotnisku w Kairze, wiedzieliśmy, że coś jest wywożone z naszego kraju. W ten sposób za granicę trafiły zabytki warte miliardy dolarów. Robił to wspólnie z Dżemalem Mubarakiem, synem prezydenta".






sobota, 15 października 2022

Gracze: Inżynier Witkowski

 

Ilustracja muzyczna: David Arnold - Vesper Lynd Theme - Casino Royale OST

W okupowanej Polsce chyba nie było bardziej tajemniczej organizacji niż Muszkieterowie... 

Przez kilkadziesiąt lat po wojnie relacje o jej działalności były bardziej niż skąpe. Ot czasem zdawkowo wspominano, że 18 września 1942 r. jej szefa, inżyniera Stefana Witkowskiego zabiła w Warszawie AK, za to, że zaplątał się on w jakieś dziwne gry z wywiadami brytyjskim, sowieckim i niemieckim. Nieco więcej o tej organizacji pisał w swoich wspomnieniach Kazimierz Leski "Bradl",  oficer wywiadu Armii Krajowej i powstaniec warszawski - który konspiracyjną służbę zaczynał jako wywiadowca Muszkieterów.







 Niektórzy kojarzyli Muszkieterów także z Krystyną Skarbek - legendarną agentką SOE, zasztyletowaną w 1952 r. w Londynie przez kolegę z pracy, który rzekomo oszalał z miłości do niej. (Dostał za to karę śmierci po procesie trwającym... 10 minut. Wyszedł z sali sądowej z uśmiechem na ustach. Nie zachował się żaden dokument mówiący, że wykonano na nim egzekucję.) Skarbek była kochanką Iana Fleminga, który wzorował na niej postać Vesper Lynd z "Casino Royale". Według Jerzego Rostkowskiego, twórca Jamesa Bonda, wygadał się przy niej w łóżku o tym, co się zdarzyło 4 lipca 1943 r. na Gibraltarze. I dlatego ktoś musiał "posprzątać" wbijając jej między żebra nóż Fairbairne'a-Sykesa...

Muszkieterów jednak tak naprawdę rozsławił dopiero Dariusz Baliszewski. Opisał ich jako świetną organizację wywiadowczą z mackami sięgającymi od Gibraltaru po Ural. A przy tym zamieszaną w 1941 r. w sprowadzenie do Polski marszałka Śmigłego-Rydza i premiera Leona Kozłowskiego, po to by próbować tworzyć proniemiecki rząd kolaboracyjny mający chronić naród przed dalszymi stratami biologicznymi. Narrację Baliszewskiego możecie przeczytać choćby w tym artykule. Przeczytajcie go, by wiedzieć, do czego będę się odnosił w tym wpisie.

Historię Muszkieterów w fajny sposób opowiedziano również w serii komiksów "Bradl", których głównym bohaterem jest Kazimierz Leski. Gorąco je polecam, gdyż pięknie sportretowano w nich Witkowskiego i innych bohaterów tej opowieści. 

Niedawno ukazała się za to pierwsza naukowa monografia poświęcona Muszkieterom - "Muszkieterowie 1939-1942. Historia tajnej organizacji wywiadowczej" Adriana Sandaka. Tę pozycję również gorąco polecam. Autor co prawda stroni od sensacji i demitologizuje wiele wątków historii Muszkieterów, ale i tak przedstawia w niej wiele niezwykle ciekawych informacji i dokumentów. 

Sandak przede wszystkim podważa narrację mówiącą o Muszkieterach jak o wszechpotężnej organizacji wywiadowczej. Przypomina, że tworzyli ją amatorzy, którzy zbierali często informacje typu "śmieciowego". Witkowski często uciekał się do blagi i konfabulacji, na przykład gdy pisał na jesieni 1939 r. do Paryża, że jego organizacja dysponuje oddziałami partyzanckimi i... samolotami. Eksperci z wywiadu ZWZ  starali zaś podważać raporty Muszkieterów, wychwytując różnego rodzaju przekłamania. Raporty głębokiego wywiadu z Rzeszy bywały wycinkami z pracy i zasłyszanymi plotkami. To i tak było jednak coś, w obliczu ogólnej posuchy informacyjnej, na którą cierpiały wówczas alianckie służby wywiadowcze. Pamiętajmy też, że wiadomości, które wydają się nieistotne, mogą w określonych okolicznościach dla tajnych służb bardzo cenne. Brytyjczycy na pewno wówczas bardzo cenili raporty przesyłane im przez Muszkieterów, co irytowało oficerów wywiadu ZWZ. Irytowało, bo Muszkieterowie dostawali z Londynu poważne fundusze, których brakowało rozwijającej się polskiej konspiracji.

Organizacja Muszkieterowie dysponowała też czymś unikalnym - wywiadem na terenach ZSRR. Według Baliszewskiego, to ona jako pierwsza wpadła na ślad Katynia. Większość zachowanych meldunków z ZSRR wygląda jednak bardzo ogólnie, a czasem wręcz kuriozalnie, jak choćby ten:

 "Nasz łącznik z Batumi komunikuje, że nawiązał łączność z pograniczem tureckim przez pastuchów– Gruzinów, zwolenników Chalwa Kakomidze, z którego grupą nawiązać można łączność z Paryżem". Na ślad żadnego Chalwy Kakomidzego nigdy nie natrafiono. Może to był pseudonim, za którym krył się na przykład mieszkający w Paryżu działacz prometejski, były gruziński minister spraw zagranicznych Ewgenii Gegeczkori - bliski krewny żony Ławrientija Berii. Zresztą, dla kogo w warunkach sowieckich mogli oni pracować?

O ile w różnych publikacjach można natrafić na wzmianki o relacjach pomiędzy Muszkieterami a wywiadem sowieckim, to w książce Sandaka jest na ten temat jeden konkret: epizod z 1941 r., jeszcze sprzed niemieckiej inwazji na Wschód, w którym Muszkieterowie sprzedali Sowietom informacje dotyczące Niemców. W podobne gry angażował się jednak wówczas też ZWZ.





Sowiecki wątek jest też w sprawie Marii Grocholskiej - ciekawie przedstawionej w komiksie "Bradl". Hrabianka Grocholska była agentką Muszkieterów prywatnie związaną z Rudolfem von Schelihą, sekretarzem ambasady niemieckiej w Warszawie w latach 1932-1939, tajnym radcą niemieckiego MSZ w latach 1939-1942. Scheliha, archetyp "dobrego Niemca", był przeciwnikiem nazistów i dostarczał nam wielu cennych informacji o planach niemieckich. Jednocześnie był członkiem "Czerwonej Orkiestry" czyli sowieckiej siatki szpiegowskiej. Niemcy go powiesili w grudniu 1942 r. Grocholska została zaś zasztyletowana przez nieznanych sprawców w maju 1940 r. 



Czy inżynier Witkowski rzeczywiście próbował stworzyć wraz z marszałkiem Śmigłym-Rydzem rząd kolaboracyjny w okupowanej Polsce? Na 100 proc. wiemy, że to Witkowski witał na dworcu w Krakowie marszałka wracającego z Węgier i że często się spotykał z nim w Warszawie. Przed wojną w listach do Śmigłego nazywał go nawet... ojcem. Marszałek wyraźnie patronował jego pracom badawczym. To, że Witkowski ze swoimi ludźmi kręcił się wokół SGO "Polesie" pod Kockiem (dysponując karabinami przeciwpancernymi Ur!)  i kontaktował się z generałem Kleebergiem sugeruje, że był związany z Dywersją Pozafrontową., a więc z naszymi służbami wywiadowczymi. W Dywersji Pozafrontowej działał też choćby Stanisław Frączysty - kurier, który przeprowadził marszałka przez Tatry. (Premier Leon Kozłowski, w swoich znakomitych wspomnieniach pisał natomiast, że przez front niemiecko-sowiecki pod Moskwą przeszedł w towarzystwie tajemniczego polskiego oficera.)


Powyżej: Stanisław Frączysty w rozmowie z papieżem Benedyktem XVI w Muzeum Obozu Auschwitz-Birkenau w maju 2006 r. 

Bliską znajomą Witkowskiego była Jadwiga Maksymowicz-Raczyńska, wdowa po generale Włodzimierzu Maksymowiczu-Raczyńskim (który zmarł w 1938 r. w dziwnych okolicznościach w Berlinie - według Baliszewskiego został otruty przez polski wywiad, bo współpracował z Niemcami), właścicielka mieszkania przy Sandomierskiej 18, w którym zamieszkał marszałek Śmigły-Rydz.

W ciekawym świetle tę historię stawia notatka z esbeckiego dochodzenia z 1967 r., przytoczona w książce Sandaka:

"Z kręgu tych ludzi S. Witkowski był jedyną osobą niezwiązaną politycznie do 1939 r. z obozem sanacji. Łączyła go natomiast z Rydzem-Śmigłym znajomość datująca się od połowy lat 30-tych, kiedy to S. Witkowski dał się poznać kołom wojskowym jako bardzo zdolny wynalazca i konstruktor z zakresu produkcji specjalnej. W 1939 r. na zlecenie Rydza-Śmigłego Witkowski przebywał w Rumunii i na Węgrzech, a następnie opracował memoriał dotyczący sił i możliwości militarnych obu tych państw. Misja Witkowskiego związana była z przewidywaniami Rydza-Śmigłego, że z chwilą wojny z Niemcami, na skutek różnicy potencjału militarnego i ludnościowego, Polska nie zdoła zachować swojej niepodległości i zajdzie konieczność prowadzenia i kierowania walką z terenu państw sojuszniczych. Na nawiązanie kontaktu z Witkowskim duży wpływ miał charakter działalności jego organizacji, która posiadała powiązania z Watykanem i Episkopatem polskim, kontakty na Intelligence Service i wywiad niemiecki oraz łączność z ważniejszymi krajowymi organizacjami konspiracyjnymi, z Naczelnym Wodzem i z placówkami polskimi na Węgrzech."

Wiemy też, że Witkowski wysłał przez front niemiecko-sowiecki, do kwatery głównej Andersa w Buzułuku, emisariuszy z tajemniczym przekazem. Jak pisał Baliszewski:

"18 stycznia generał Anders wydał bankiet na cześć polskich oficerów przybyłych z kraju. Toastom nie było końca. Święcono polską odwagę, gratulowano patriotyzmu. W uznaniu zasług Szadkowski mianowany został zastępcą dowódcy pocztu przybocznego gen. Andersa. Chwilę później wybuchł skandal. Nagle, jak zapisał w swojej relacji rtm. Szadkowski, "generał Okulicki zapytał o Śmigłego. Padały różne odpowiedzi. Jedni twierdzili, że jest w Budapeszcie, inni, że w Ankarze. Wszyscy patrzyli pytająco na mnie. Ja nachyliłem się do Andersa i cicho powiedziałem: To, co mam do przekazania, przeznaczone jest wyłącznie dla Pana Generała. Proszę o rozmowę na osobności. Gdy do niej niebawem doszło, powiedziałem: Śmigły jest w Warszawie i razem z legionistami szykują zamach na Sikorskiego. Dodałem, że gen. Grot-Rowecki bez wiedzy i zgody Naczelnego Wodza mianował szefem sztabu ZWZ płk. Tadeusza Pełczyńskiego, lecz Warszawa trzyma to w najściślejszej tajemnicy".

Anders był, jak relacjonuje rotmistrz, "wstrząśnięty i zaskoczony". Nie miał powodu wątpić w słowa tego, który mu je przekazał. Szadkowski dowodził ochroną osobistą Śmigłego i nie odstępował go na krok - trudno było wyobrazić sobie bardziej wiarygodnego świadka.

Następnego dnia sprawa przybrała wymiar wręcz katastroficzny. Z mydła do golenia wydobyto mikrofilmy przygotowane przez Witkowskiego dla gen. Andersa. Jak zapisał we wspomnieniach obecny wówczas w Buzułuku późniejszy bohater spod Monte Cassino gen. Klemens Rudnicki: "Treść była bowiem kompromitująca, i to w najwyższym stopniu. Zawierała ona list szefa Muszkieterów, a więc znanego mi Witkowskiego do generała Andersa, w którym wzywał generała do uderzenia na tyły bolszewickie, gdy tylko przyprowadzi swą armię na front przeciwniemiecki". (...) Czy możliwe było, by jakiś nieznany Stefan Witkowski z Warszawy wydawał rozkazy Andersowi, które ten - zamiast lekceważąco wrzucić do kosza - traktował tak poważnie? A jeśli nie Witkowski, to kto? (...)


A jednak w Warszawie końca 1941 r. coś się działo. Wystarczy sięgnąć do listu gen. Władysława Sikorskiego do ambasadora w Moskwie Stanisława Kota z 26/27 marca 1942 r.: "Zgodnie z raportem, który otrzymałem 20 stycznia, Naród Polski mimo okrutnych prześladowań odpowiedział stanowczo odmownie na wezwanie do udziału w krucjacie przeciw bolszewikom, co było połączone z poważnymi koncesjami na rzecz Polski".

Jakimi koncesjami? Czyje wezwanie? Do kogo skierowane? Dokument na to nie odpowiada. Wiadomo jednak, że kilka dni wcześniej, 24 marca 1942 r., w rozmowie z prezydentem Rooseveltem Sikorski stwierdził: "... tak niedawno, bo zaledwie 20 stycznia, wszystkie polityczne partie Polski zadeklarowały swoją jednomyślną decyzję nieulegania sugestiom niemieckim i nieuczestniczenia Polski w jakiejkolwiek formie w kampanii antyrosyjskiej, w zamian za co Polacy mieli obiecane przywrócenie normalnych warunków na terytorium polskim". Skoro o tym dyskutowano, to znaczy, że było o czym dyskutować. "

(koniec cytatu)

"Przywrócenie normalnych warunków" oznaczało znaczne złagodzenie okupacji. Zero masowych egzekucji, łapanek, pacyfikacji wsi, wysyłania Polaków do obozów... Zapewne jakiś milion Polaków więcej mógłby przeżyć wojnę. A po wojnie można by zrzucić odium kolaboracji na grupę "zbankrutowanych polityków związanych z poprzednim reżimem" - bo przecież mielibyśmy nadal rząd i wojsko na Zachodzie, a później także po stronie Sowietów. Sikorski z tej szansy postanowił nie skorzystać - choć są poszlaki wskazujące, że marszałek Śmigły-Rydz proponował mu tajną współpracę...




Przerzut emisariuszy do Andersa został zorganizowany przy współpracy z Białym Rosjaninem gen. Borysem Smysłowskim i jego Sonderstabem "R" działającym pod auspicjami Abwehry. Postać Smysłowskiego przybliżałem już na tym blogu we wpisie o... polskich illuminatach. Tak się bowiem składało, że Smysłowski był wysokiej rangi wolnomularzem, martynistą i członkiem warszawskiej loży Zakon Illuminatów. Jego mistrz  z loży - Jan Czarnomski-Korwin został zastrzelony przez oddział likwidacyjny AK "Andrzeja Sudeczki" w czerwcu 1944 r. - w tej samej serii zabójstw, co Makowiecki i Widerszal. Kedyw przeprowadził zaś w maju 1944 r. nieudany zamach na Smysłowskiego. Niewątpliwie ten Biały Rosjanin prowadził bardzo interesującą działalność: "Należy stwierdzić, iż w trakcie swoich działań utrzymywał on kontakty m.in. bardzo intensywne w 1941 r. z organizacją Muszkieterzy, jak również z wywiadem AK, organizacją Miecz i Pług, NSZ, oraz z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA), Tarasem Bulbą-Borowciem, przywódcą Siczy Poleskiej. Oferował również swoją pomoc przy przerzucie agentów na Bliski Wschód do Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza."

Bliskie kontakty Witkowskiego z marszałkiem Śmigłym-Rydzem są o tyle ciekawe, że w czasie okupacji Witkowski starał się przedstawić swoją organizację jako "antysanacyjną". Włączył ją nawet do Centralnego Komitetu Organizacji Niepodległościowych inżyniera Ryszarda Świętochowskiego. CKON był organizacją budowaną przez ludzi Sikorskiego w konkurencji do "sanacyjnego" ZWZ. Świętochowski wielkiej kariery w Podziemiu jednak nie zrobił - wpadł na granicy ze Słowacją i trafił do Auschwitz, gdzie zginął. Witkowskiemu jakoś nie udało się go wyciągnąć z aresztu...

CKON pozwalał jednak Witkowskiemu i jego ludziom nawiązywać kontakty z wieloma organizacjami nie scalonymi z ZWZ/AK. Tak nawiązał w ten sposób kontakty z Komendą Obrońców Polski, czyli późniejszą... Polską Armią Ludową!

Borucki, dowódca KOP/PAL zeznawał po wojnie: "Kontakt z Londynem nawiązałem poprzez Witkowskiego, który wobec KOP był zobowiązany (za dostarczane mu informacje, zdobywane przez nas dokumenty i transporty poczty polowej, pomoc techniczną w radiostacjach, pomoc bojówek itp.), a który z Pełczyńskim, […] po przekazaniu szeregu kompromitujących ZWZ-PZP informacji za granicę – był znów na stopie wojennej. W ogóle Witkowski był dla mnie w tym czasie wyjątkowo cennym sojusznikiem. KOP przestał być odosobniony".

Po rozbiciu Muszkieterów, część ludzi Witkowskiego przeszła do KOP a stamtąd do PAL. Był wśród nich m.in. ppłk Stanisław Skwirczyński "R3", jeden z kierowników wywiadu Muszkieterów, który został szefem bezpieczeństwa w PAL. Być może nie pojęliście jeszcze wagi tej informacji, więc powtórzę: człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo kierownictwa "komunizującej" PAL przeszedł tam z organizacji Muszkieterowie.



Muszkieterowie bardzo blisko współpracowali też z Konfederacją Narodu kierowaną przez Bolesława Piaseckiego. Po wojnie, żołnierze KN wspominali Witkowskiego jako "naszego przyjaciela". Witkowski bardzo pomógł KN przy jej słynnej akcji przeprowadzonej w nocy z 26 na 27 lipca 1942 r., czyli odbicia więźniów z aresztu przy ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie. Witkowski nie tylko zorganizował niemieckie mundury i samochód z niemiecką rejestracją. Sam też wziął udział w tej brawurowej akcji. (Wśród jej uczestników był też Leszek Kostek-Biernacki, bojowiec KN a zarazem syn legendarnego wojewody poleskiego płka Wacława Kostka-Biernackiego!) Przed wojną RNR Falanga Piaseckiego (nie mylić ze współczesną prosowiecką organizacją młodzieży niebinarnej płciowo) przez pewien czas współpracował z OZN i Oddziałem II. 

Jak wspominała Zofia Kobylańska: "Kontakty z „Dzięciołem” urwały się w sierpniu 1942 r. Bezpośrednią przyczyną – należy przypuszczać – było zaangażowanie się Piaseckiego w konflikt między Oddziałem II KG AK a Stefanem Witkowskim – Muszkieterem. Piasecki bardzo cenił Muszkietera, który oddał wielkie usługi w sprawie odbicia więźniów z Daniłowiczowskiej – miał o nim
jak najlepszą opinię, uważając go za człowieka dzielnego i bezinteresownego. Ppłk „Dzięcioł” z wielkim niezadowoleniem przyjął ingerencję Piaseckiego w jego obronę, która zresztą była nieaktualna, ponieważ los Muszkietera został już przesądzony wyrokiem Wojskowego Sądu Specjalnego, skazującego go na karę śmierci."

Wspomniany ppłk "Dzięcioł" to płk Marian Drobik, szef wywiadu i kontrwywiadu AK w latach 1942-1943. Jak podają źródła popularne: "Był autorem tzw. „Testamentu Dzięcioła” czy też „Testamentu-Memoriału Drobika”, w którym zawarł swoje obawy co do niebezpieczeństwa, iż po wojnie może dojść do okupacji sowieckiej na terenie Polski i aktualna polityka Polskiego Państwa Podziemnego w stosunku do ZSRR powinna opierać się na szeregu daleko idących ustępstw w stosunku do Sowietów, a nawet ewentualnego oddania im Kresów w zamian za niepodległość. W czasie spotkania ze sztabem KG AK, gdzie płk Drobik miał wygłosić swój memoriał, doszło do dziwnego incydentu – pułkownik Drobik otruł się ampułką z cyjankiem potasu, jednak jego towarzyszom udało się wyratować niedoszłego samobójcę. Płk Marian Drobik został aresztowany przez Gestapo w willi swojej siostry przy ulicy Ptasiej w Podkowie Leśnej w nocy z 9 na 10 grudnia 1943."

Jak już wspomniałem, Witkowski został zastrzelony 18 września 1942 r. Ekipa likwidacyjna z AK złożona była z polskich oficerów Kripo, czyli podległej Niemcom policji kryminalnej. Dowódca tej akcji, Stefan Chamski był opisywany w raportach AK jako typowy "brudny glina", bardzo aktywny w szantażowaniu ukrywających się Żydów. Do zwłok Witkowskiego przyczepił karteczkę z napisem "największy polski bandyta". Równolegle, ktoś skierował Gestapo na trop kilkudziesięciu współpracowników Witkowskiego... Wyraźnie postanowiono zniszczyć jego organizację.

Witkowskiego postanowiła jednak pomścić Konfederacja Narodu. W styczniu 1943 r. zorganizowała zamach na Chamskiego, który zmarł w marcu 1943 r. z ran. Raport AK podawał, że: " Wśród pracowników policji istnieje zwyczaj składania się na wieniec dla zmarłych kolegów, jest jednak charakterystyczne, że na wieniec dla Chamskiego nikt nie dał ani grosza".

W kolejnym odcinku wejdziemy głębiej w żmijowisko. Przyjrzymy się postaci Henryka Boruckiego, komendanta Polskiej Armii Ludowej oraz jego kontaktom. 

***

Według Generała SWR, Putin dostał na urodziny od Jurija Kowalczuka ekstrawagancki prezent: milion (!) żołnierzyków. Każdy żołnierzyk niepowtarzalny, zrobiony według innego wzoru. Reprezentują oni wszystkie rodzaje sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej i wszystkie stopnie od szeregowca po generała-majora. Mają różnorodne uzbrojenie, a na figurkach można odczytać nawet ich insygnia. Zestaw nosi nazwę "Mobilizacja". Kowalczuk złożył na niego zamówienie już w lipcu. Putin bardzo się ucieszył. Co tu się zresztą dziwić -  każdemu by się spodobała taka mini-armia terakotowa.

Niedawne uderzenia rakietowe w infrastrukturę energetyczną Ukrainy były propagandowym zamiennikiem uderzenia nuklearnego. Omawiano bowiem też szaloną opcję zdetonowania taktycznej głowicy nuklearnej nad mostami na Dnieprze w Kijowie. Opcję tę jednak szybko odrzucono. Zdecydowano się pokazowo uderzyć w infrastrukturę i w cele symboliczne, takie jak ukraiński parlament. Dziwnym trafem jednak, żaden cel symboliczny nie został trafiony. Nie udało się nawet zniszczyć turystycznej kładki dla pieszych w Kijowie. Co oczywiście nie przeszkadza różnym towarzyszom Panasiukom pisać: "Ukraina na kolanach!". Jak już zauważył Chehelmut, Rosja jest jak Jabłonowski, mocna w gębie, ale jak dostaje wpierdol, to ma problem z odpowiedzią...

Baj de łej: zauważyłem, że różnych filosowietów triggeruje to, gdy nazywa się ich "towarzyszami". Wszak często udają oni prawicowców. Taki Panasiuk na przykład afiszuje się z chodzeniem na Mszę Trydencką, ale nie przeszkadza mu to jednocześnie kopiować stalinowskiej propagandy. "Wielki prawicowiec" Ozjasz Goldberg-Mikke bredził ostatnio, by nie pisać źle o Urbanie (chujowym rzeczniku najchujowszego reżimu w dziejach Polski), bo przecież Jaruzelski "zakończył w Polsce socjalizm" aresztując 13 grudnia 1981 r. Gierka. Mamy oczywiście całą plejadę różnych "niepokornych" i "włączających myślenie" "prawicowców" pielgrzymujących do willi córki Jarucwelskiego. Proponuję więc, by tych przebierańców tytułować: "towarzyszami". Towarzysz Panasiuk, towarzysz profesor Adam Wielkodupski, towarzysz Olszański, towarzysz Pafnucy-Serwacy-Jachacy, towarzysz Ronald Robiący Laseczki, towarzysz Gerszom Braun, towarzysz Sykulski, towarzysz Ozjasz Goldberg vel Korwin-Mikke...

***

Kolejny wpis za dwa tygodnie, bo w poniedziałek na tydzień wybieram się do dalekiego kraju. Podpowiedź gdzie w poniższym filmiku. Fani anime od razu zgadną!