Największym zaskoczeniem zeszłego tygodnia, było to, że TuSSk 3 listopada nagle podpisał się pod nominacjami do Zarządu NBP. Wcześniej, przez wiele miesięcy odmawiał tej kontrasygnaty - nawet dla kandydatów reprezentujących jego obóz polityczny. W oczywisty sposób dążył do tego, by od 5 listopada nie było kworum w Zarządzie NBP, co dałoby mu (wątpliwy prawnie) pretekst do wprowadzenia komisarza do banku centralnego i próby siłowego wyprowadzenia prezesa Glapińskiego z jego gabinetu. To była jedna z kluczowych obietnic, jaką złożył swoim zidiociałym silniczkowym Grażynkom i Januszkom 60+. A jednak, zapewne z ciężkim sercem, musiał z tego - w niemal ostatniej chwili - zrezygnować.
Tego samego dnia pojechał do Pałacu Prezydenckiego na posiedzenie RBN, gdzie został (całkowicie słusznie) publicznie zjebany przez Pana Prezydenta. (Aż się debile z likwidowanego TVP niemal popłakali na wizji...) Położył uszy po sobie, nie próbował się odgryzać swoimi płaskimi dowcipami i bon motami. Dukał tylko, że "trzeba się dogadać" w sprawie Trybunału. Potem doszło do "bardziej niż gorącej" dyskusji na zamkniętej części RBN, podczas której rozmawiano m.in. o bazach amerykańskich w Polsce.
Wcześniej zidiociała Grażynka dwojga nazwisk jako "gospodyni" przewodniczyła spotkaniu grupki uczestników paraolimpiady matematycznej, absolwentów szkół prawniczych dla opóźnionych dzieci, przekonujących, że dwie trzecie z 15 to 8. "Gospodyni" wezwała policję do udrożnienia dostępu do budynku TK - choć to właśnie policja ten dostęp blokuje i nie wpuszcza tam sędziów, pracowników ani interesantów. (Silniczkowe NPC twierdzą, że policja musi blokować wjazd do Trybunału, bo wcześniej demonstranci "uszkodzili bramę", czyli przecięli blokujący ją łańcuch. Dla tych tusskowych gównojadów chronologia jest oczywiście pojęciem niezrozumiałym.) Z jakiegoś powodu policja jednak nie rozpędziła demonstrantów.
W międzyczasie pojawiły się też przecieki o rzekomym wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Ów stan miał być wprowadzony ze względu na oczekiwany incydent na granicy z Rosją. Wcześniej wysłano nad granicę wzmocnione siły policji i GROM. Akurat w to miejsce, gdzie wcześniej demonstracyjnie fortyfikowano granicę z udziałem niemieckich saperów. Skończyło się na tym, że Tussk dukał na RBN, że widziano tam jakieś postacie świecące latarkami w lesie, a prezydent Nawrocki publicznie go rugał, że "straszy sojuszników". Tussk twierdził również, że o szykowanym incydencie wiedziano od tygodni. Skoro tak, to dlaczego zdecydował się on na podgrzanie podziałów wewnętrznych w Polsce akurat w tym czasie?
Wszystko to trochę mi przypomina mechanizm pokazany w południowokoreańskim filmie "Szpieg". Tam rządząca partia konserwatywna płaciła Kim Dżong Ilowi, by robił przedwyborcze prowokacje na linii demarkacyjnej, co uderzało w opozycję. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby Tussk dogadał się z Putinem w sprawie podobnej prowokacji. Wszak sprowadził do służb jełopów noszących czapki z napisem "Aurora", którzy za jego pierwszych rządów uczynili swoje służby całkowicie transparentnymi dla FSB. Wystarczyłoby, gdyby jeden z tych sowieciarzy uruchomił swoje dawne kontakty... Przebywający na Białorusi zdrajca sędzia Schmydt znał się natomiast z Żurkiem. Warto zapytać, co o szykowanym skoku na TK wiedzieli Ruscy, w sytuacji, w której wiedzę o nim miało tylko kilka osób w rządzie i służbach? (Wcześniej spiskowano w celu przejęcia Trybunału, dostosowując się czasowo do podróży prezydenta i prezesa Święczkowskiego.)
Dziwnie się jakoś złożyło, że akurat 3 listopada (i chyba też w kolejnych dniach) był w Polsce Eldridge Colby, wiceszef amerykańskiego Departamentu Wojny. Przyleciał do naszego kraju na obrady Grupy Bergen, mającej tworzyć koncepcję reformy NATO. Ciekawe, czy znalazł chwilę, by ostro zjebać autora tej prowokacji?
Nieco później, Tom Rose, ambasador USA w Warszawie, wrzucił na X posta poświęconego protestom pod Trybunałem, wskazującego, że Polacy pięknie protestują i Europa Zachodnia powinna brać z nich przykład. Posta tego zilustrował akurat zdjęciem, na którym ktoś z tłumu trzymał transparent "Tusk=Putin". Czyżby to była aluzja do nieudanej prowokacji na granicy?
Jacek Karnowski parę dni później jojczył, że "Ameryka nie pomaga". Jakoś nie zastanawiał się dlaczego, nie zmaterializował się stan nadzwyczajny, przed którym parę dni wcześniej ostrzegał.
(Tak samo internetowi debile z Ukrainy rozdzierali niedawno szaty nad "zdradą Ameryki", a okazuje się, że cała ta sytuacja była tylko retoryką przedwyborczą Trumpa. Gdy ukraińskie drony uderzały w rosyjskie rafinerie, amerykańscy oficjele wzruszali ramionami i dawali znać, że to ich nie obchodzi. Cały czas też trwała wymiana informacji wywiadowczych z Ukrainą. Bez pomocy Ameryki - w tym Palantira i SpaceX - Ukraki by tę wojnę już dawno przegrały. No ale, nie znają oni takiego pojęcia jak "wdzięczność".)
Oczywiście, jest jeszcze daleko za wcześnie, by odtrąbić zwycięstwo i oddać się radosnym pląsom. Anty-trybunał kierowany przez zidiociałą Grażynkę dwojga nazwisk nadal działa i będzie produkował prawną srakę. Może na przykład orzec, że Sąd Najwyższy jest źle obsadzony - lub nie istnieje, lub, że konstytucja podlega zawieszeniu, bo jest sprzeczna z konstytucją z 1952 r.
Silniczkowi debile narzekają, że "Batyr wetuje". A co takiego wetuje? Jakieś ustawy mające pomóc zwykłym ludzią, czy też legislacyjną sraczkę w stylu ustawy pozwalającej odebrać psa właścicielowi, jeśli mu nie zapewni kojca o rozmiarach kawalerki z Miasteczka Wilanów? O intencjach tego rządu i wspierających go automatów do głosowania, świadczy choćby przyjęta w tym tygodniu przez Sejm (głosami łajdackiej koalicji oraz sojowych cucków z Razem) bolszewickiej ustawy przewidującej, że urzędas z dowolnego ministerstwa będzie mógł wpisać dowolny podmiot na czarną listę, za "dezinformację w sieci", co wiązałoby się z konfiskatą całego majątku, bez żadnej możliwości odwołania się od tej decyzji. Oczywiście za "dezinformację prowadzoną przez wrogie ośrodki" można uznać wszystko - od krytyki unijnej polityki klimatycznej po stwierdzenie, że dwie trzecie z 15 to 10. Napiszesz, że żona mecenasa Koniewa ma małego fiuta, a on odpowie: "To jest sanacyjne oszczerstwo! Moja małżonka ma gigantycznego fiuta!". No i wpiszą Cię na czarną listę... Kolejny raz przekonujemy się przed jakimi nieszczęściami uchronił nas wybór Karola Nawrockiego na prezydenta RP i jakimi ludzkimi odpadkami są debile narzekający na "alfonsa Batyra".
Część prawicy podjarała się jakimś lamerskim "resetem konstytucyjnym" z Prosiniakiem-Assadem. Prawdziwy reset powinien jednak polegać na uznaniu, że Konstytucja Kwietniowa z 1935 r. wciąż obowiązuje - bo nigdy nie została w żaden sposób derogowana. Przepisów ją uchylających nie ma ani w konstytucji z 1997 r., ani w małej konstytucji z 1992 r., ani nawet w stalinowskim gniocie z 1952 r. Po prostu duraczowskie debile w 1945 r. wraz ze zdrajcą i debilem Mikołajczykiem uznali, że Konstytucja Kwietniowa "nigdy nie obowiązywała" i że wciąż obowiązuje endecka konstytuta-prostytuta Marcowa. Cały ustrój PRL i III RP został więc zawieszony na tym duraczowskim idiotyzmie. Nie sądzę jednak, by próbowano to obecnie naprawiać, bo endecka część prawicy prędzej sama spróbuje wyssać własnego fiuta (biorąc pod uwagę preferencje seksualne części ich czołowych działaczy...), niż przyznać, że "sanacja miała rację" a sanacyjna Konstytucja Kwietniowa wciąż obowiązuje.
Obawiam się również, że Tussk - wraz z doradzającymi mu debilami - może się rozzuchwalić po wyborach "połówkowych" w USA. Zapewne - podobnie jak irański reżim - nie rozumie on systemu politycznego USA. Przypominam więc, że Trump rządził już bez większości w Senacie - podobnie jak Obama, Clinton i wielu innych prezydentów. Co więcej, Clinton w takim okresie bombardował Jugosławię, a Obama Libię i prowadził reset z Rosją.
Przypominam również, że nowy Kongres zbierze się dopiero w styczniu. Wskazywałem wcześniej, że połowa listopada przyniesie zapewne silniejsze uderzenie na Iran. Trumpa już nie obchodzą wybory, ani ceny ropy, więc może dokończyć to, co rozgrzebał. Podobną - ale o wiele silniejszą - pokusę ma Netanjahu. Obaj mają prawie 60 dni na wyrównanie rachunków z Iranem.
J.D. Vance oraz wielu komentatorów twierdzi, że to wojna z Iranem doprowadziła do klęski republikanów w wyborach "połówkowych". Wewnętrzne badania ponoć pokazywały, że poparcie dla republikanów rosło w okresach względnego spokoju i nadziei na rozejm na Bliskim Wschodzie, a spadały, gdy sytuacja się zaogniała.
Ja twierdzę, że sama wojna nie była powodem klęski, ale to, że ją rozgrzebano. Ta wojna to tylko 25 dni intensywnych bombardowań, a ponad 200, w których pozwolono reżimowi odzyskać siły. Trump - pod wpływem Vance'a - niepotrzebnie zgodził się w kwietniu na negocjacje, które Iran cały czas prowadził w złej wierze. Trzeba było kontynuować kampanię uderzeń w irańskie ośrodki przywódcze oraz w aparat represji. Wojna mogłaby się skończyć w czerwcu, a sytuacja na rynku paliw ustabilizować do listopada. (Przypominam też, że: wojna nie wpędziła USA w recesję, skok bezrobocia, ani w dwucyfrowe bezrobocie, a ceny paliw w Stanach Zjednoczonych są wciąż dużo niższe niż w Europie. Doszło za to do załamania nastrojów konsumentów - czyli pogłębienia vibecesji trwającej od pandemii.)
Vance i jego ludzie nie tylko sabotowali wojnę. Oni również prowadzili cały czas kampanię kognitywną uderzającą w prezydenta, mającą przekonać jego bazę m.in., że Trump razem z Epsteinem zjadał małe dzieci. (Tymczasem na Wyspie Epsteina nie było dzieci, tylko pełnoletnie prostytutki i starsze nastolatki.) Przykładem na to jest choćby zachowanie Tuckera Carlsona - czyli kolesia mocno powiązanego rodzinnie z CIA. Tucker parę dni przed wyborami opowiadał jak to Trump chce dokonać "nuklearnego holokaustu" zrzucając taktyczną głowicę jądrową na irańską "Górę Kilofów", co miałoby "automatycznie" prowadzić do wojny z Rosją oraz Chinami. Tuż po wyborach, nagle skończył z tą narracją - tak, jakby wojna nuklearna była czymś trywialnym, o czym nie warto rozmawiać. Przypominam, że to Tucker wcześniej pomógł w likwidacji ajatollaha Chamenejego i pół setki irańskich decydentów, przekazując im, że Trump nie zamierza ich bombardować. Tucker twierdzi obecnie, że w 2024 r. wspierał "złego syjonistę" Trumpa, tylko dlatego, że jego przyjaciel Vance startował jako wiceprezydent.
J.D. Vance wyraźnie się pozycjonuje, by przejąć kontrolę nad nową wersją ruchu MAGA i Partią Republikańską jako "wróg Głębokiego Państwa". Sam jednak ma z tym Głębokim Państwem silne powiązania. Narracje Vance'a mocno zbiegają się z narracjami gen. Michaela Flynna (szefa DIA za Obamy, studenta płka Michaela Aquino), choć Flynn w prawyborach senackich z 2022 r. wspierał jego kontrkandydata. Zobaczymy jak się potoczą ich relacje w okresie prawyborów prezydenckich.
Vence ma jednak silnych kontrkandydatów w obozie republikańskim przed wyborami prezydenckimi. Jednym z nich jest gubernator Florydy Ron DeSantis, który obronił swój stan przed "niebieską falą". Innym jest Marco Rubio, który będzie w stanie przedstawiać się jako rozsądny republikanin i zdobyć głosy latynoskie.
W 2028 r. republikanin będzie miał wciąż największe szansę na wygraną w wyborach prezydenckich. Dlaczego tak sądzę? Bo demokraci się znów skompromitują. Jeśli pójdą na zwarcie z Trumpem, to sami sobie zaszkodzą. On się na to przygotowuje, m.in. awansując Stephena Millera na szefa personelu Białego Domu. Nie sądzę, by demokraci znaleźli rozwiązanie vibecesji i "kryzysu dostępności cenowej". Zamiast przyjmować ustawy pomagające zwykłym ludziom, mogą prowokować prezydenckie weta i bawić się w szopki takie jak impeachment. Poza tym część ich kadr jest naprawdę gówniana - wybrani zostali choćby afroamerykańscy kandydaci winni kradzieży samochodów czy przestępstwa z udziałem broni palnej. Pole do kompromitacji jest więc bardzo duże. Już te osły sprowokowały krach na giełdach swoimi kretyńskimi wypowiedziami o zablokowaniu rozwoju technologii AI.
Trzeba też jednak o tym pamiętać, że USA (podobnie jak Brazylia) jest krajem cudów nad urną. Mówi się, że republikanie przegrali, bo część ich wyborców zagłosowała w złości na demokratów. Sondaże exit poll tego jednak nie potwierdzają. Republikanie nie utracili głosów w porównaniu z midtermsami z 2022 r. To demokratom przybyło blisko 20 mln głosów. Czy to podejrzane? Można to tłumaczyć tym, że frekwencja u demokratów była nieco wyższa niż w wyborach prezydenckich z 2024 r., a u republikanów była jednak sporo niższa niż w 2024 r. Zabrakło więc republikanom tych wyborców, którzy na co dzień nie czuli się związani z ich partią, ale dwa lata temu chętnie oddawali głosy na Trumpa. To jednak nie tłumaczy wszystkiego. Na przykład tego, że w Teksasie gubernator Abbot poprawił swój wynik o 100 tys. głosów - a kandydatka demokratów uzyskała o 1,7 mln głosów więc niż on i o 500 tys. głosów więcej niż Kamala w 2024 r. Talarico uzyskał tam wynik lepszy niż Biden w 2020 r. Wszystkie hrabstwa w Teksasie dosyć równomiernie przesunęły się na stronę demokratów. Podobnie było w Kansas i innych tradycyjnych stanach. Prawdopodobieństwo takiego wyniku jest bardzo małe. (Podobnie jak tego, że Bolsonaro w ponad 1,1 tys. komisji wyborczych uzyskał zero głosów.) W Teksasie w latach 2022-2024 zarejestrowano na listach wyborczych 2,9 mln ludzi. Część z nich to osoby zmieniające adresy, które przemieszczały się wewnątrz stanu. Imigrantów z Kalifornii było najwyżej 600 tys. Podobny ruch odnotowano również w innych stanach, w których doszło do przesunięcia preferencji wyborczych. Rejestracji tych dokonywano bez tzw. dowodu na obywatelstwo. Republikanie wygrali w stanach, w których ten dowód jest wymagany. Przegrali w tych, w których takich przepisów nie wprowadzono. Z jednym wyjątkiem Florydy - gdzie też doszło do dużego skoku rejestracji wyborczych, a przepisy wymagające dowodu na obywatelstwo i pokazywania dokumentów tożsamości w lokalach wyborczych wchodzą dopiero z dniem 1 stycznia 2027 r. Wybory gubernatora na Florydzie wygrał czarny republikanin - uzyskując o 108 tys. głosów więcej niż demokrata. Floryda to jednak stan z dużym odsetkiem kubańskich antykomunistów nienawidzących dupokratów od czasów JFK oraz żydowskich emerytów mających alergię na propalestyńskie lewactwo...
Dlaczego więc administracja Trumpa nie zabezpieczyła wyborów przed oszustwami na poziomie ogólnokrajowym. Próbowała to zrobić za pomocą ustawy SAVE America Act. Ustawa ta została przyjęta przez Izbę Reprezentantów, ale utknęła w Senacie, bo republikański establiszment nie chciał naruszyć procedury filibuster. Brak ustawy nie usprawiedliwia jednak republikańskich władz stanów takich jak Teksas, Kansas czy Alaska, które same powinny wprowadzić przepisy zakazujące głosowania bez okazania dokumentu tożsamości. Po doświadczeniach z roku 2020 r. to - oraz ostrzejsza kontrola nad głosowaniem korespondencyjnym - powinna być priorytetem republikanów. A jednak nie było... (Co przypomina postawę PiSu w 2023 r. - gdy jego posłowie zniechęcali ludzi do angażowania się w Ruch Kontroli Wyborów, bo "stworzymy własny, lepszy".) Czy to tendencje samobójcze czy też element akceleracjonistycznego planu Vance'a lub generała Flynna?
Fajnie, że przynajmniej Anna Paulina Luna wygrała reelekcję...
***
Libki i świętojebliwa część prawicy oburzają się, że poseł Wójcik zaśpiewał przed Trybunałem kawałek Krawczyka, a nikt nie bóldupi z tego powodu, że ja przechadzając się tam puściłem kawałek Kanye Westa...










.jpg)










.jpeg)











