sobota, 17 kwietnia 2021

Atomowi bogowie: Piorun Indry

 


Ilustracja muzyczna: Blue Monday - Sebastian Boehm Remix - Wonder Woman 1984 OST



Kiedy w lipcu 1945 r. dokonano na pustyni Nowego Meksyku pierwszego amerykańskiego testu broni atomowej, niektórzy mieli uczucie deja vu. Doktor Robert Oppenheimer, zacytował fragment hinduskiego poematu Bhagawagdita: "I stałem się śmiercią niszczycielem światów". Zapytany na jednej z konferencji prasowych, czy tamten test był pierwszym przypadkiem użycia bomby atomowej, zrobił ważne zastrzeżenie, dopowiedział: "Tak, w czasach nowożytnych". 


16 lutego 1947 r. w "New York Herald Tribune" ukazał się artykuł, w którym znalazł się bardzo sugestywny fragment: “Kiedy pierwsza bomba atomowa wybuchła w Nowym Meksyku, piasek pustyni zamienił się w stopione zielone szkliwo. Ten fakt dał według magazynu Free World wiele do myślenia archeologom, którzy prowadzili wykopaliska w dolinie Eufratu. Odkryli oni warstwę agrarnej kultury liczącej sobie 8000 lat oraz warstwę kultury pasterskiej, znacznie starszej, po czym dotarli do warstwy kultury jaskiniowej. Ostatnio dotarli do kolejnej warstwy… stopionego, zielonego szkła.".

Dziwne skojarzenia miał też Albion Hart, amerykański inżynier, który pod koniec XIX w. realizował projekt w Afryce. Przemierzając pustynię natrafił na ogromny obszar zeszklonego piasku. "W owym czasie bardzo mocno zafrapował go duży obszar zielonkawego szkliwa, który rozciągał się tak daleko, jak sięgał wzrok, i którego pochodzenia nie potrafił wyjaśnić. (...) Jakiś czas później… przemierzał obszar White Sands. Było to wkrótce po dokonanych w tamtym rejonie pierwszych eksplozjach atomowych. Bez trudu rozpoznał ten sam typ krzemowego szkliwa, jaki pięćdziesiąt lat wcześniej widział na afrykańskiej pustyni."


W 1932 r. Patrick Clayton, geolog pracujący dla egipskich władz, odkrył południowo-zachodniej części Egiptu rozciągający się na wiele kilometrów obszar pokryty szkłem. Surowiec ten został nazwany Libijskim Szkłem Pustynnym. Okazało się, że to szkło było wykorzystywane przez egipskich rzemieślników przez tysiące lat a  wyroby z niego zrobione znaleziono m.in. w grobowcu Tutenchamona. Było niezwykle czyste - składało się w 98 proc. z krzemionki. Jego powstanie tłumaczone jest uderzeniem wielkiego meteorytu. Jak dotąd nie znaleziono jednak nigdzie krateru ani najmniejszych szczątków tego kosmicznego ciała, gdy np. w kraterach meteorytowych w Arabii Saudyjskiej szkło powstałe wskutek fali wysokiej temperatury jest mocno zanieczyszczone fragmentami meteorytów. W Egipcie mamy jednak do czynienia z rozciągającą się na wiele kilometrów taflą czystego szkła, która powstała po tym, jak w powietrzu eksplodowało coś z mocą bomby atomowej.


W pakistańskiej prowincji Sindh istnieje miejsce o nazwie Mohendżo Daro - "Kopiec Umarłych". To ruiny starożytnego miasta, które według oficjalnej nauki istniało od XXVI w. przed Chrystusem do XIX w. przed Chrystusem. Wyróżniało się ono zaskakująco wysokim standardem życia jak na tamte czasy. Istniała tam m.in. kryta kanalizacja oddzielona od wodociągów a w domach były... spłukiwane toalety. Przyjmuje się, że zostało ono opuszczone po najeździe Ariów. Z końcem tej metropolii wiąże się jednak większa tajemnica. Na jego ulicach znaleziono bowiem wiele nie pochowanych szkieletów, ludzi którzy zginęli nagle (dwa szkielety trzymają się tam za ręce), a poziom radioaktywności ich szczątków był nawet 50 razy większy od normy. Znaleziono tam również stopione cegły i naczynia a także coś w rodzaju epicentrum wybuchu. W pobliżu kręgu o średnicy 30 m znaleziono dużo tzw. czarnych kamieni czyli brył stopionych przez bardzo wysoką temperaturę. Im dalej od epicentrum, tym zniszczenia były mniejsze. To nie jedyna tego typu anomalia na terenie subkontynentu indyjskiego. W Radżastanie w 1992 r. znaleziono podczas prac archeologicznych warstwę radioaktywnego pyłu zalegającego na obszarze 8 km kw.

Czytając starożytny hinduski epos Mahabharata mamy więc mieć prawo deja vu - podobnie jak miał je Robert Oppenheimer. W nim, oraz w innych tekstach z epoki, jest bowiem mowa o wykorzystaniu "boskich broni" użytych podczas regionalnej wojny - wojny Kuruksztera -  w odległych czasach. Podczas tego starcia miało zginąć w ciągu 18 dni 1,8 mld ludzi. Przesada typowa dla dawnych świętych tekstów? Nie da się ukryć, że Mahabharata sprawia wrażenie tekstu, który ktoś próbował na siłę dopasować do realiów swojej epoki. Obok latających pojazdów toczących pojedynki w powietrzu mamy tam bowiem słonie bojowe i wojowników w zbrojach. I mamy dziwnie znajome bronie wywołujące dziwnie znajome efekty:





"Śmiercionośna strzała [...] mierzy trzy łokcie i sześć stóp [około 320 centymetrów] i jest obdarzona mocą pioruna Indry. Posiadała ona moc niszczenia wszystkich żyjących stworzeń."

"Aswatthaman [...] przywołał broń Agneya, której nie mogą się przeciwstawić nawet bogowie [...].Słup światła skrzący się niczym ogień, choć bez dymu, wypełniała wściekłość. Wszystkich, którzy znaleźli się w jego zasięgu, ogarnął mrok [...]. Ciała wielkich słoni bojowych, spalone przez broń, leżały porozrzucane."

"Jeden pocisk wybuchł z całą potęgą świata. Rozżarzony słup dymu i ognia, tak oślepiający jak dziesięć tysięcy słońc, uniósł się w całej swej wspaniałości"

"Ich paznokcie i włosy wypadały, wyroby garncarskie pękały bez widocznego powodu, a wszystkie ptaki zbielały. Po kilku godzinach całe pożywienie zostało zatrute [...]. By uciec przed tym ogniem, żołnierze rzucali się do rzek i strumieni, aby obmyć siebie i swój ekwipunek."

"Wyglądało to, jakby słońce się obróciło. Świat, spieczony ogniem, wydawał się być w gorączce. Słonie i inne zwierzęta lądowe, palone energią tej broni, w popłochu uciekały [...]. Nawet wody były tak gorące, że przebywające w nich stworzenia zaczęły płonąć [...]. Żołnierze przeciwnika upadali jak drzewa w szalejącym ogniu. Ogromne słonie bojowe palone siłą tej broni padały na ziemię, przerażająco rycząc z bólu. Inne, palone ogniem, biegały na wszystkie strony, jakby znajdowały się w środku płonącego lasu. Także rumaki i pojazdy spalone energią tej broni wyglądały jak drzewa płonące w pożarze."

Ale oczywiście to wszystko przejaw bujnej wyobraźni poetów sprzed tysięcy lat, którzy byli tak kreatywni, że wymyślili sobie pocisk o długości kilku metrów, który eksplodował z siłą "tysiąca słońc", wywołując ogromną falę uderzeniową i falę ognia a także skażenie powodujące chorobę popromienną.

Wyjątkowo kreatywna wydaje się być również hinduska kasta kapłańska. Jak czytamy:

"Richard B. Mooney podaje, że brahmińska księga "Siddnanta-Ciromani" posługuje się jednostkami czasu, z których ostatnia, najmniejsza, trutti stanowi 0,33750 sekundy. Uczeni studiujący teksty sanskryckie są zakłopotani, nie mogąc wyjaśnić, do czego służyć mogła w starożytności tak mała jednostka czasu i jak można było ją mierzyć bez odpowiednich instrumentów. Współczesne prymitywne szczepy posiadają dość niejasne pojęcie czasu i nawet godziny mają dla nich stosunkowo niewielkie znaczenie. Trudno więc sobie wyobrazić, by starożytne ludy prymitywne zachowywały się w tym względzie inaczej.
Andrew Thomas w swojej książce "Nie jesteśmy pierwsi" pisze: Według jogi Pundit Kaniah z Ambatturu w Madras, którego spotkałem w roku 1966, początkowo system pomiaru czasu u brahminów był sześćdziesiątkowy, na dowód czego joga cytował wyjątki z "Brihath Sakatha" i innych tekstów sanskryckich. W dawnych czasach doba dzieliła się na 60 "kala", z których każda wynosiła 24 minuty. "Kala" dzieliła się an 60 "vikala", z których każda wynosiła 24 sekundy. Następnymi 60 razy mniejszymi jednostkami były: "para", "tatpara", "vitatpara", "ima" i w końcu "kashta" - jedna trzystamilionowa część sekundy. Do czego starożytnym Hindusom służyć mogły ułamki mikrosekund? Pundit Kaniah wyjaśnił, że uczeni brahmini od zarania dziejów zobowiązani byli do zachowania tej tradycji w pamięci, choć sami jej nie rozumieli.
Jedna trzystamilionowa część sekundy - kashta - nie może naturalnie mieć żadnego sensu praktycznego, jeśli nie dysponuje się urządzeniami, które mogłyby mierzyć czas z taką dokładnością. Z drugiej strony wiadomo, że czas życia niektórych cząstek atomowych: hiperonów i mezonów jest bliski jednej trzystamilionowej części sekundy.
Tablica "Varahamira", datowana na rok 550 naszej ery, zawiera wielkości matematyczne porównywalne z wymiarami atomu wodoru. Czyżby te liczby również przekazano nam z odległej przeszłości? Joga Vashishta twierdzi: Istnieją rozległe światy w pustych przestrzeniach każdego atomu, tak różnorodne, jak pyłki w promieniach słońca. Wydaje się to wskazywać na starożytną wiedzę o tym, że nie tylko materia zbudowane jest z niezliczonej liczby atomów, lecz że w samych atomach, jak dziś wiemy, większa część przestrzeni nie jest wypełniona materią.
Teksty te, pochodzące z dalekiej przeszłości, wskazują więc, iż już wówczas istniała głęboka znajomość fizyki atomowej. Fakt, że brahmini zobowiązani byli pamiętać szereg symboli matematycznych, nie rozumiejąc ich nawet, świadczy o celowo podjętym wysiłku zmierzającym do przekazania wiedzy z zaginionej ery technologicznej. Można sobie wyobrazić pradawnych uczonych, którzy obserwując upadek swojej cywilizacji, zapisywali swoją wiedzę i powierzyli pewnej grupie ludzi odpowiedzialność za przekazywanie jej poprzez wieki, aż do czasu, kiedy znowu stanie się ona zrozumiała."

(koniec cytatu)

Na akademickich historykach takie opisy nie robią oczywiście żadnego wrażenia. "Posługiwali się jednostkami czasu będącymi kilkusetmilionowymi częściami sekundy, bo po prostu potrzebowali tego do celów kultowych. Po ch... to drążyć i przerabiać podręczniki!".



                              


To, że na megalitycznych ruinach w wielu miejscach na świecie znajduje się ślady zeszkleń jest również prosto tłumaczone: tym, że oblegający palili pod murami ogniska. Zeszklenia można znaleźć na murach Hattusy, stolicy państwa Hetytów, na megalitycznych murach w północnej Francji i na tzw. fortach w Szkocji. Ze szkockimi fortami wiążą się legendy mówiące, że stopił je celtycki bóg Lug (od którego imienia ma pochodzić nazwa miasta Legnica). Ślady zeszkleń widać również na cyklopowych murach inkaskiej twierdzy Sacsayhuaman. Teoria mówiąca, że oblegający próbowali stopić wielkie bloki z granitu i bazaltu rozpalając ogniska pod murami nie wytrzymuje tam krytyki, z tego względu, że Sacsayhuaman jest położone na wysokości 3700 m n.p.m. i po prostu w promieniu wielu kilometrów od niego nie ma żadnych drzew, a w samej fortecy jest natomiast bardzo dobry dostęp do wody. Poza tym nie bardzo wiadomo przed kim Inkowie mieliby się tam bronić za tak potężnymi murami. Otoczeni byli przecież tylko przez prymitywne plemiona. 

Historycy starożytności to ludzie obdarzeni bujną wyobraźnią. Muszą ją posiadać, by przy szczupłości materiału źródłowego stworzyć spójną narrację. Narrację, w której jest mowa jedynie o powolnej, linearnej ewolucji cywilizacji - od małpoludów i jaskiniowców, poprzez chatki z gówna, piramidy i megalityczne budowle, znów chatki z gówna aż do starożytnej Grecji i Rzymu do chatek z chrustu w "wiekach ciemnych" wczesnego średniowiecza. Każdy, kto przedstawia alternatywną wizję jest przez nich nazywany człowiekiem "o zbyt bujnej wyobraźni".

A tymczasem nasza wiedza o tym, co się działo na Ziemi tysiące lat temu jest delikatnie mówiąc bardzo dziurawa, a pod piaskami pustyń można nadal znajdywać ślady kwitnących cywilizacji, których nikt nie bada. Z bardzo wielu starożytnych przekazów przeszłość jawi się zaś iście mad maxowsko. Jak czytamy:

"Amerykański etnograf, Baker, odnalazł wśród kanadyjskich Indian legendy mówiące, że kiedyś tam na południu istniały wielkie lasy i łąki, a wśród nich wielkie oświetlone miasta, zamieszkiwane przez ludzi, którzy latali do nieba na spotkanie piorunom. Później jednak pojawiły się demony i wszystkie miasta zostały zniszczone. Pozostały po nich tylko istniejące do dnia dzisiejszego ruiny. Legendy te wywodzą się z objętych wieczną zmarzliną rejonów kanadyjskiej tundry, położonych na dalekiej północy. Odnoszą się one do dawnych epok, kiedy kiedy klimat obecnych obszarów biegunowych odbiegał znacznie od dzisiejszego. Tradycja Indian kanadyjskich przypomina istniejące wśród Majów i Azteków legendy, mówiące o miastach, w których ani w dzień ani w nocy nie gasły światła. Majowie mówili: Ta ziemia (obecnie południowo zachodnia część Stanów Zjednoczonych) stanowi Królestwo Śmierci. Przebywają tam tylko dusze, które nigdy nie będą poddane reinkarnacji (...), ale dawno temu była ona zamieszkana przez starożytne rasy ludzkie. (...)

Sporo legend mówiących o istnieniu wielkiego i katastrofalnego konfliktu w zamierzchłej przeszłości, wskazuje obszary, gdzie zdarzenia te miały miejsce. Okazuje się, że w większości chodzi tu o dzisiejsze pustynie. Szereg takich przekazów pochodzi z terytorium dzisiejszych Chin. Tam też znajduje się część niezbadanej dotychczas w pełni pustyni Gobi, która ukrywa pod swymi piaskami wiele tajemnic. Podobnie w Indiach, w dolinie Indusu, gdzie niegdyś kwitła wspaniała cywilizacja - dziś jest pustynia. Pustynią jest także znaczny obszar południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, który Majowie nazywali właśnie Królestwem Śmierci. W Egipcie Horus przeklął ziemie Seta na tysiące lat - Ogromne obszary Afryki Północnej wraz z Saharą są pustynne. To samo dotyczy także większości terenów na Środkowym Wschodzie - wielkie miasta Babilonii i Sumeru, zrujnowane, spoczywają teraz pod ruchomymi piaskami.
Większa część Australii to także pustynia - rdzenni mieszkańcy wydają się być potomkami ludów niegdyś cywilizowanych. Na niektórych obszarach tej pustyni, gdy w górach zdarzy się ulewny deszcz, woda i szlam przewalają się i dochodzą aż do brzegów płytkiego jeziora Eyre. Przypomina to okres, gdy okolice te były zasobniejsze w wilgoć, gdy żyły tam olbrzymie kangury i diprodonty wielkości nosorożca, jak o tym wspominają legendy tubylców - pisze prof. Alfons Gabriel, znany badacz obszarów pustynnych. Jednak nawet tubylcy zdają się obawiać tych terenów a ich przejście połączone jest z ogromnymi trudnościami, jest tam bowiem strefa, która w języku krajowym nosi nazwę "Narikalinanni", co oznacza "miejsce śmierci i zniszczenia". (...)

Można by stwierdzić, że od niepamiętnych czasów ziemie te wrogie były człowiekowi i ludzkiemu na nich osadnictwu. Ale tak nie jest. Na pustyni Gobi odkryto bowiem ruiny bardzo starych miast, prawie już bezkształtne, ale wszystkie one noszą na sobie ślady działania bardzo wysokich temperatur, pokryte bąblami tego samego rodzaju i postaci, co zaobserwowane w Hiroszimie po wybuchu amerykańskiej bomby atomowej. (...)
A oto co na temat Sahary pisze znawca problemu, prof. Alfons Gabriel: Na pustyni znaleźć można studnie, istniejące od niepamiętnych czasów. Często szyby są zdumiewająco głębokie, w niektórych przypadkach przewyższają 100 m. - i trudno zrozumieć, jak ludzie swymi prymitywnymi narzędziami zdołali je zbudować."


(koniec cytatu)

Skąd jednak w tamtych odległych czasach była technologia pozwalająca na dokonywanie takich spustoszeń. No jak to skąd? Starożytni przecież wyraźnie pisali, że była to technologia ich bogów, którzy przylecieli z Nieba. W dzisiejszych, przepełnionych ateizmem, czasach dawni bogowie nie mają jednak prawa bytu. Nie było ich nigdy. Była powolna ewolucja - od jaskiniowców do Julek.

***

Pentagon oficjalnie przyznał, że nakręcony w 2019 r. film przedstawiający piramidalne UFO latające w pobliżu amerykańskie niszczyciela to autentyk.

Kamery zainstalowane na ISS sfilmowały zaś ponad 100 metrowy trójkąt lecący w przestrzeni kosmicznej. 

***

Pisałem już, że napięcie wojenne wokół Ukrainy to testowanie przez Putina granic, do których może się posunąć pod rządami Bidena. I jak na razie Biden ten test oblewa. Głośno zapowiadana sankcje okazały się słabe. Amerykanie nagle zrezygnowali z posłania dwóch okrętów na Morze Czarne. Putin odrzucił więc propozycję szczytu z Bidenem i rozpoczął blokadę Cieśniny Kerczeńskiej. I będzie testował dalej. Być może Amerykanie go podpuszczają i celowo prowokują do uderzenia na Ukrainę, by później mu dać po nosie. W każdym bądź razie za Trumpa coś takiego by się nie wydarzyło. Trump mówiłby, że Putin to "great guy" i jednocześnie nakładał nowe sankcje, a wszyscy obawialiby się bardziej Trumpa niż Putina widząc w amerykańskim prezydencie świra, który może rozpocząć wojnę pod wpływem kaprysu. Ale cóż, Amerykanom wybrano na prezydenta Pana Magoo. Ale przynajmniej Biden klimatycznie się prezentuje w poniższym klipie.




sobota, 10 kwietnia 2021

Atomowi Bogowie: Zniszczona planeta

 


Ilustracja muzyczna: Harry Gregson-Williams - Life - Prometheus OST

Czy Mars był zawsze Czerwoną Planetą? Współczesna nauka sugeruje, że było tam kiedyś spora błękitnej barwy a sporą część planety zajmował ocean.  Prawdopodobnie Mars miał też kiedyś atmosferę bardziej bogatą w tlen i raczej na pewno wykształciło się tam życie - na razie odkrywane w formie zachowanych w kamieniu mikrobów. Jeśli jednak było na Marsie bardziej zaawansowane życie, to co je zabiło?

W starożytnym Sumerze planetę Mars przyporządkowano Nergalowi, bogowi podziemnego świata i wojny. Grecy i Rzymianie też ją kojarzyli ze swoimi bogami wojny: Aresem i Marsem. Starożytni jednoznacznie kojarzyli więc tę planetę z wojną. Nie wiadomo skąd im to przyszło do głowy.

Współczesne badania wykazały, że w marsjańskiej atmosferze znajdują się niezwykle duże ilości xenonu-129, izotopu, który powstaje w trakcie reakcji nuklearnych. Jego wzrost w ziemskiej atmosferze obserwuje się o 1945 r. - z oczywistych przyczyn: atomosferycznych testów nuklearnych oraz awarii reaktorów atomowych. Na Marsie jest go jednak o wiele więcej. Na powierzchni Czerwonej Planety mamy zaś duże obszary pokryte warstwą izotopów uranu, toru i radioaktywnego potasu. Są dwa ich ogromne skupiska: Mare Acidalium i Utopia Planum. Amerykański fizyk, dr John Brandenburg, sformułował na tej podstawie hipotezę mówiącą, że w tych dwóch miejscach doszło do eksplozji bomb wodorowych o ogromnej mocy.


Jedno z miejsc wybuchów nuklearnych - Mare Acidalium - leży blisko Cydonii, czyli miejsca, gdzie znajduje się słynne wzgórze przypominające twarz, duża piramida, kopiec i ślady czegoś, w czym niektórzy dopatrują się ruin miasta. Wszystkie te obiekty położone są na siatce geograficznej.


Na zdjęciach robionych przez łaziki marsjańskie można w wielu miejscach dostrzec anomalie, takie jak skały z prostymi krawędziami, otwory o regularnych kształtach, piramidalne wzgórza, połamane kolumny i rzeźby. Dopatrzono się tam nawet zerodowanej rzeźby sfinksa stojącej przed bliźniaczymi "zerodowanymi piramidami", rzeźb przedstawiających humanoidalne twarze a nawet czaszek. 








Oczywiście, to według NASA, to jedynie zwykłe skały i złudzenia optyczne. Na Marsie nie ma przecież żadnych starożytnych miast zniszczonych przez eksplozje nuklearne.



Dziwnym trafem jednak CIA interesowała się tymi marsjańskimi "złudzeniami optycznymi". Joseph McMoneagle, amerykański "remote viewer", czyli uczestnik rządowego programu szpiegostwa parapsychicznego, wziął w 1984 r. udział w sesji zdalnego widzenia poświęconej Marsowi. Zachował się z tego dokument, a McMoneagle przedstawił pokrywającą się z nim relację. Kazano mu przyjrzeć się określonym współrzędnym na Marsie w przeszłości - 1 mln lat temu. McMoneagle zobaczył miasto z piramidami, przez który przechodziła burza piaskowa. Widział jego wysokich humanoidalnych mieszkańców ubranych w coś w rodzaju jedwabnych tóg. Miał wrażenie, że ta cywilizacja umiera. Współrzędne, które sprawdzał podczas tamtej sesji odnosiły się właśnie do Cydonii. 

Czy nuklearne eksplozje na pobliskim Mare Acidalium, które przyniosły radioaktywny pył na Cydonię, wydarzyły się wcześniej czy też później? Kto był ich sprawcą? Wielkość tych eksplozji sugeruje, że owa marsjańska cywilizacja została zaatakowana przez kogoś, kto nie miał zamiaru później tam mieszkać. Nie wahał się, by zamienić planetę w czerwoną, nuklearną pustynię. To co przydarzyło się na Marsie, może być jednak wyjaśnieniem Paradoksu Fermiego - tego, że Kosmos jest martwym i milczącym miejscem, pomimo tego, że potencjalna liczba cywilizacji pozaziemskich jest ogromna.

***

A w kolejnym odcinku poszukamy śladów Atomowych Bogów na Ziemi... 


sobota, 3 kwietnia 2021

Cat in the Hat Mackiewicz

 


"Wy beze mnie w tę wojnę nie wchodźcie, wy ją beze mnie przegracie" - pewnie znacie tę wypowiedź marszałka Piłsudskiego skierowaną do swoich następców? Można by ją uznać z niezwykle proroczą. Ale problem w tym, że Piłsudski nigdy czegoś takiego nie powiedział. Cytat ten został wymyślony przez Stanisława Cata-Mackiewicza (o czym zdawkowo wspominają Kornat i Wołos w swojej biografii Becka). Ów ceniony pisarz i przedwojenny redaktor "Słowa" wileńskiego był znanym twórcą fake-newsów, fałszerzem historii i człowiekiem bez kręgosłupa moralnego. I właśnie dlatego współcześni dupokonserwatyści propagują jego dzieło, a przy okazji robią go jednym z patronów opcji niemieckiej.

Cat fałszerzem historii? A jak inaczej, grzecznie nazwać kolesia, który w swoich syntezach historycznych wstawiał wyciągnięte z dupy anegdotki, które okazywały się później fałszywe? Cat opisywał m.in. jak marszałek Śmigły-Rydz, po przybyciu do Rumunii we wrześniu 1939 r., awanturował się z rumuńskim królem, dlaczego go nie powitała kompania honorowa. "Nie spodziewałem się Pana tak szybko" - miał odpowiedzieć król. Oczywiście ta wymiana zdań była przez Cata całkowicie zmyślona. Nie ukrywał on wówczas, że chce za wszelką cenę dosrać dawnej sanacyjnej ekipie i że "nie będzie pudrował przedwojennej gnojówki". 

"Łże jak naoczny świadek" - mówi rosyjskie przysłowie. Pasuje ono do Cata-Mackiewicza, który m.in. podkoloryzował swoją relację o pobycie w Berezie Kartuskiej. Cat rozpisywał się o tym jakim to sadystą był wojewoda poleski płk Wacław Kostek-Biernacki i że osobiście całymi dniami nadzorował torturowanie więźniów. Tak częste wizyty Kostka-Biernackiego w Berezie oczywiście nie miały miejsca, a wojewoda poleski doprowadził nawet do wyrzucenia jednego z komendantów Miejsca Odosobnienia (pierwszego komendanta) za nadmierne dręczenie więźniów. Bóldupizm Cata można jednak zrozumieć, bo nie za bardzo wiadomo, za co on do Berezy trafił. Chodziły pogłoski, że chciał brać udział w proniemieckim zamachu stanu Walerego Sławka, ale to mogą być późniejsze projekcje. Oczywiście w 1940 r. Cat opowiadał się za stworzeniem rządu kolaboracyjnego w Polsce, a później jako "kapitan po fakcie" krytykował politykę Becka, to jednak na wiosnę 1939 r. mocno opowiadał się za... postawieniem się Niemcom.

Problem z Catem polegał na tym, że o ile bardzo dobrze pisał i czasem jego publicystyka była niezwykle trafna (jak wtedy, gdy krytykował rządy Sikorskiego i Mikołajczyka), to miał straszliwie słaby charakter. Gdy więc po wojnie zaczynało mu brakować kasy na dziwki i alkohol, nawiązał dialog operacyjny z Reichem-Ranickim i innymi ubekami z londyńskiej ambasady PRL. Stał się kontaktem operacyjnym "Rober" i za pieniądze bezpieki napisał broszurę potępiającą tzw. aferę Bergu, czyli to, że nasza emigracja brała pieniądze od CIA i MI6, by szkolić agentów utrzymujących łączność z krajem. W logice Mackiewicza branie pieniędzy od obcych wywiadów na działalność niepodległościową i walkę przeciwko komunistom było niesłychanym skandalem, ale branie pieniędzy od obcego wywiadu, by sobie poimprezować w burdelu, było realizmem politycznym. (Ciekawe, że Sławomir Cenckiewicz powielał narrację Cata w swoim artykule o sprawie Bergu w marcowej "Historii Do Rzeczy".) 

Cat zaszokował emigrację wracając w czerwcu 1956 r. do stalinowskiej Polski - jeszcze ledwo rok wcześniej był przecież premierem rządu londyńskiego. Po przylocie do PRL stał się dobrze opłacanym i mocno promowanym celebrytą. W zamian pisał, że emigracyjne środowiska niepodległościowe to banda debili. Tadeusza Żenczykowskiego, człowieka kierującego w trakcie wojny Akcją "N" i "Antykiem", wybitnego sowietologa nazywał "ozonowskim Goebbelsem". Oczywiście Cat z czasem dostrzegł, że bycie nawet wysoko opłacanym celebrytą w peerelowskiej szarzyźnie nie jest niczym specjalnie atrakcyjnym i zaczął pisywać pod pseudonimem do paryskiej "Kultury", a tuż przed śmiercią szykowano mu proces. "Realizm polityczny" wyszedł mu więc bokiem tak jak wszystkim innym debilom myślącym, że w państwie totalitarnym będą mogli pisać, co im się podoba.

Do głupot, które zrobił Cat można też zaliczyć promowanie Stanisława Augusta Poniatowskiego jako "wielkiego króla" i "geniusza geopolitycznego" - króla, który sabotował wojnę 1792 r.,  brał pieniądze od Rosji na spłacenie swoich gigantycznych długów i żebrał o kasę u Prusaków. Króla "Kluchosława" tak świetnie pokazanego przez Zbyszewskiego w jego znakomitej książce "Niemcewicz od przodu i tyłu".

Ale cóż, opcja niemiecka i dupokonserwatyści pilnie potrzebują własnych "świętych" - "realistów politycznych", których truchłami można by walić Polaczków po głowach i mówić im "zobaczcie jacy jesteście głupi, nie słuchaliście takich geniuszów jak Cat i Studnicki".

Obawiam się jednak, że dupokonserwatywna opcja niemiecka, mimo deklarowanego antykomunizmu i antysowieckości, zacznie nam stręczyć w pakiecie z Niemcami (i ich obecną ideologiczną zielono-tęczową ramotą) również Rosję. Zychowicz w "Germanofilu" zamieścił wiele mówiący następujący fragment:

"Pokazują to ostatnie lata, gdy Polska zaczęła coraz wyraźniej schodzić z „linii Studnickiego”, czyli antagonizować jednocześnie Niemcy i Rosję oraz szukać jedynego protektora w odległych Stanach Zjednoczonych. Polityka ta dowodzi, że duchy sprawców naszych klęsk, Józefa Becka, Tadeusza Bora-Komorowskiego i Stanisława Mikołajczyka, wciąż są żywe." 

Ledwo dwa zdania a tyle w nich zafałszowań. Choćby to, że Beck, Bór-Komorowski i Mikołajczyk "antagonizowali Rosję"! 



I ta iście stalinowska poetyka. W kwietniowym numerze "Historii Do Rzeczy" Zychowicz napisał tekst o ataku na Hiroszimę jako zbrodni wojennej. Sam też podobne rzeczy kiedyś pisałem - cytując amerykańskich generałów i wskazując, że to bombardowanie nie było potrzebne do pokonania Japonii. Zychowicz podszedł do tematu jednak nieco inaczej - zacytował makabryczne opisy cierpień ofiar Hiroszimy i skonfrontował je z opisem "alkoholowej imprezy" w bazie na Tinian na cześć załogi Enoli Gay. Gdy to czytałem aż mi się przypomniał wiersz Szymborskiej o amerykańskim "pułkowniku wesołku", który wykłuł oczy koreańskiemu chłopcu. Aż się kłania Stefan Martyka i jego "Fala 49".

***

Coś czuję, że wkrótce będziemy mieć urodzaj geopolitycznych "ekspertów" - a zwłaszcza takich stręczących nam Rosję i Niemcy. Rosja zbiera bowiem wojska nad granicą z Ukrainą. W oczywisty sposób testuje administrację dziadzia Bidena. Za poprzedniej administracji takie numery nie przechodziły, bo wszyscy postrzegali Trumpa jako wariata, który naprawdę może pierdolnąć atomówką w jakiś wrogi kraj pod wpływem kaprysu. Jeden koleś nie wierzył w taki image Trumpa - nazywał się Solejmani i później zdrapywali go z pasa startowego w Bagdadzie. No ale oczywiście dupoprawica i lewactwo cieszyli się z powrotu "normalności"...

***


Czytelnikom bloga składam najlepsze życzenia dobrych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego!


A rodzimowiercom udanych Jarych Godów!


sobota, 27 marca 2021

Republikańskie ujawnienie + Sabotaż łańcuchów dostaw

 


John Ratcliffe, Dyrektor Narodowego Wywiadu USA w latach 2020-2021, stwierdził w wywiadzie dla Fox News, że "dokonano dużo więcej obserwacji UFO niż opinia publiczna wie". Mówił o obserwacjach dokonanych przez Siły Powietrzne i Marynarkę Wojenną. Wspomniał m.in., że obserwowano obiekty wchodzące w prędkość ponaddźwiękową bez wywoływania boomu sonicznego oraz dokonujące innych rzeczy niemożliwych dla pojazdów opartych na konwencjonalnej technologii.

Senator Marco Rubio przyznał natomiast, że "nad naszymi bazami latają rzeczy, których nie potrafimy zidentyfikować".  Przypominam, że Rubio to człowiek mocno związany z tajnymi służbami.

Marynarka Wojenna ujawniła natomiast, że w lipcu 2019 r. nad formacją jej niszczycieli 100 mil od wybrzeży Kalifornii przelatywały niezidentyfikowane "drony" rozwijające ogromne szybkości, wykonujące niesamowite manewry i mające kształt "tik-taków".

Mamy więc do czynienia z dalszą częścią procesu kontrolowanego, stopniowego ujawniania elementów prawdy o UFO. Bardzo ciekawe jest to, że ten proces stymuluje obecnie strona republikańska. Czy to element szantażu w wewnętrznych rozgrywkach, dotyczących m.in. kontroli nad procesem wyborczym?

***


Nie wiem, czy również Wy macie wrażenie, że jakaś "bondowska organizacja Widmo" miesza przy globalnych łańcuchach dostaw. W lipcu 2020 r. doszło do pożaru w fabryce japońskiej firmy Nittobo pod Fukushimą. Fabryka ta produkowała specjalne włókna szklane używane do wytwarzania mikroprocesorów. W listopadzie pożar wybuchł w produkującej mikroprocesory fabryce japońskiej firmy AKM. Niedawno spłonęła część fabryki japońskiej firmy Renasans - też produkującej mikroprocesory. Do tej "serii niefortunnych zdarzeń" dochodzi akurat wtedy, gdy na globalnych rynkach narasta niedobór mikroprocesorów, powodujący, że wiele fabryk motoryzacyjnych stoi a odczuwać niedobory zaczynają też wielkie koncerny technologiczne. I w tym właśnie momencie wielki kontenerowiec blokuje Kanał Sueski.  A zanim dochodzi do blokady, kreśli na mapie wielkiego penisa. Operatorem statku jest tajwańska spółka, ale właścicielem jest japońska firma Shoei Kissen Kaisha.

Tak się akurat składa, że tajwański producent mikroprocesorów TSMC stał się w ostatnich miesiącach najbardziej zasypywaną zamówieniami firmą na Ziemi.  Jako jedyny potrafi produkować niektóre bardzo zaawansowane chipy wykorzystywane przez Apple. Rośnie przez to znaczenie Tajwanu - który jest oczywiście stale zagrożony militarnie przez Chiny.  Dodajmy, że Japonia to bliski sojusznik Republiki Chińskiej. Czy w tej grze chodzi więc o ochronę Tajwanu przez agresją chińskich komunistów? Czy Republika Chińska i Japonia stworzyły własną "prometejską" konspirację, w stylu tej tworzonej przez Polaków w dawnych czasach?

***

Pod filmem z mojej prelekcji poświęconej tajemnicom Września '39, pojawił się ciekawy komentarz jednego z widzów. Może w pewnych kwestiach zbyt daleko idący, ale dający do myślenia:


Nie zgodzę się z tym, że tzw. realny socjalizm "skonsolidował Polaków" - on ich raczej zdemoralizował, ale to oczywiście temat na inną dyskusję. Dyskusyjne jest również to, czy wymiana Kresów na Ziemie Odzyskane była dobra - pachnie to trochę rozważaniami różnych Grabskich-Kidawa-Błońskich. Ale były szanse na to, by nasza granica wschodnia została ukształtowana inaczej. Jeszcze przecież w czerwcu 1944 r. Stalin wysyłał sygnały, że jest gotów zostawić Lwów i Zagłębie Naftowe przy Polsce. Gdyby zaś ten skończony kretyn i nieudaczniek Mikołajczyk nie spieprzył sprawy i nie powiadomił Mołotowa o zbliżającym się Powstaniu w Warszawie, to plan Berii zostałby zrealizowany i władzę w Polsce przejąłby Berling wraz z innymi wojskowymi o "sanacyjnej" i "prometejskiej" - przeszłości. Dołączyłoby się do nich ludzi z AK. To byłaby inna Polska niż protektorat rządzony przez Bermana, Minca i Bieruta. Gdyby Berii udało się natomiast w 1953 r. wykończyć Chruszczowa i resztę swoich wrogów, to komunizm skończyłby się już w połowie lat 50., ze wszystkimi tego konsekwencjami. Załapalibyśmy się jeszcze jako kraj na złotą erę keynsowskiego kapitalizmu, ale trwale bylibyśmy zaszczepieni przeciwko czerwonej zarazie, więc ominęłyby nas później różne marksistowskie szaleństwa produkowane na Zachodzie.

Autor komentarz do mojego wykładu zauważył jednak coś bardzo ważnego. Kwestię niemieckiej potęgi. Wyobraźmy sobie, że obecnie Niemcy zaczynałyby się za Mławą i za Częstochową. Druga wojna światowa nie wybuchła. Niemcy mają swoich granicach pokojowo przyłączoną Austrię i być może również Czechy. Wyobraźcie sobie jak potężnym krajem są w tych granicach. . Dzisiaj widzimy zagrożenie w niemieckiej potędze gospodarczej i zdolności Niemiec do korumpowania, zastraszania i kreowania klasy politycznej państw Europy. A jak wielka byłaby ta siła, gdyby Niemcy miały granice z kwietnia 1939 r.? Pamiętajmy również, że to nie straty terytorialne były największym ciosem dla Niemiec w 1945 r. Ten naród został poddany reedukacji, odcięty od tradycji i zdemoralizowany. To, że dzisiaj armia niemiecka jest w tak żałosnym stanie, to rezultat tej polityki. To, że to kraj zapóźniony cyfrowo, dokonujący sabotażu własnej gospodarki (np. odrzucając energetykę jądrową) i niewiele wnoszący do światowej kultury jest właśnie efektem tego przymusowego odmóżdżenia wdrażanego przez aliantów. Póki w RFN rządzili przedstawiciele przedwojennego lub wczesnopowojennego pokolenia, ten kraj się jeszcze rozwijał. I oczywiście to jest jeden ze skutków decyzji podjętych przez Śmigłego-Rydza, Becka i Mościckiego na Zamku Królewskim w styczniu 1939 r.

***

Chodzi mi po głowie nowa seria blogowa. O "Nuklearnych Bogach".


sobota, 20 marca 2021

Polityka Becka

 


Ilustracja muzyczna: Linked Horizon - Shinzo wo Sasageyo 

Sławuś Cenckiewicz wspomniał coś, że zrobi recenzję książki Marka Kornata i Mariusza Wołosa "Józef Beck. Biografia". Jednak jakoś się do tego nie pali, bo książka jest rzetelnie napisana i świetnie wsparta źródłami, więc nie mógłby się przypierdolić do jakiegoś mało znaczącego szczegółu i udawać, że "zaorał" narrację. (Dupoprawica zaraz się oburzy, że szkaluję "wielkiego historyka", ale przypomnę, że taka jest właśnie psychopatyczna metoda recenzji Cenckiewicza. Filmowi "Legiony" zarzucił on "antysemityzm", bo w scenie walki w jakimś miasteczku parka żydowskich mieszczan uciekała z ulicy do domu. Cenckiewicz jojczył, że w ten sposób zarzuca się wszystkim Żydom "tchórzostwo" i obojętność na sprawę polską i rozpisał się, że przecież tylu Zydów walczyło o niepodległość...) No cóż, skoro Cenckiewicz nie zrecenzował tej książki, to ja to zrobię.

Po jej lekturze muszę jeszcze raz podkreślić, że ci, którzy jojczą teraz, że nie prowadzimy polityki wielowektorowej i że przez to "skończymy jak w 1939 roku", są jebanymi idiotami. Tak się bowiem składa, że Beck prowadził ich ukochaną politykę wielowektorową. Opowiadał się za utrzymaniem poprawnych relacji z Niemcami i ZSRR, a jednocześnie z tym, by nie zrywać z Francją i by nawiązać bliższe relacje z Wielką Brytanią. To jest właśnie polityka wielowektorowa. Zwolennikami polityki jednowektorowej - opartej ściśle na Francji - byli zaś wówczas endecy. Ale skąd to może wiedzieć przeciętny internetowy idiota, który wiedzę historyczną czerpie od nauczycielskich nieudaczników czy ze śmieciowych gazetek takich jak "Najwyższy Czas!"?

Przeciętny internetowy idiota przeciwstawia też Becka "prorokowi" Studnickiemu. Studnicki, jak pamiętamy, pisał na wiosnę 1939 r., że Polska powinna być neutralna w zarysowującym się konflikcie pomiędzy III Rzeszą a Zachodem. Pod tym twierdzeniem podpisałby się pewnie i sam Beck - ale parę miesięcy wcześniej. Problem polegał bowiem wówczas na tym, że to Hitler nie chciał, by Polska była neutralna. Na początku 1939 r. pragnął byśmy podporządkowali mu swoją politykę zagraniczną. Gdy się ociągaliśmy z odpowiedzią potwierdzającą, zaczął myśleć o wojnie. Beck próbował w kolejnych miesiącach przemawiać Hitlerowi do rozsądku i jeszcze w sierpniu zostawiał otwarte drzwi dla porozumienia dyplomatycznego. To Niemcy konsekwentnie unikali możliwości porozumienia i dążyli do wywołania wojny - która skończyła się dla nich katastrofą narodową.

Zaletą książki Wołosa i Kornata jest z pewnością to, że przywraca ona właściwą chronologię konfliktu. To nie gwarancje brytyjskie sprawiły, że Hitler zwrócił się przeciwko Polsce. 25 marca, a więc na 6 przed gwarancjami Chamberlaina, Fuehrer mówił generałowi von Brauchitschowi, że optymalnym rozwiązaniem sytuacji z Polską byłoby wyznaczenie nowej granicy - idącej od zachodniego krańca Prus Wschodnich po wschodni kraniec Śląska. Mówił wówczas też o możliwych deportacjach ludności. O tym, że prawdopodobnie pójdzie na wojnę przeciwko Polsce wspominał już w lutym. A przecież jeszcze 26 stycznia Ribbentrop prowadził z Beckiem negocjacje w Warszawie dotyczące "skromnych żądań" w postaci Gdańska, eksterytorialnej autostrady i Paktu Antykominternowskiego. Gdyby Hitler wykazał się większą zręcznością i cierpliwością, to wojna nie wybuchłaby w 1939 r. Niemiecki przywódca jednak wówczas narzekał, że nie udało mu się wywołać europejskiej wojny już w roku 1938. 

Wołos i Kornat słusznie przypominają, że polskie władze podjęły decyzję o oporze przeciwko Niemcom w styczniu 1939 r., na długo przed gwarancjami brytyjskimi. Gdybyśmy, tak jak radzą Zychowicz i Cenckiewicz, odrzucili brytyjskie gwarancje, to Niemcy i tak by nas zaatakowali. Atak na Polskę byłby jednak w takim scenariuszu konfliktem lokalnym. Tak jak Polsko-Niemiecka Deklaracja o Niestosowaniu Przemocy z 1934 r. uchroniła Polskę od stania się pierwszą ofiarą appeasementu, tak brytyjskie gwarancje de facto pozwoliły na przetrwanie państwowości polskiej.

Nie do końca rozwiązaną zagadką pozostaje kwestia tego dlaczego Beck w styczniu 1939 r. tak się przestraszył "umiarkowanej" oferty Hitlera. Oczywiście trzeba brać pod uwagę, że ledwie dwa lata wcześniej Goering zapewniał, że "Niemcy nie chcą Gdańska". Rzesza zapewniała też, że nie chce Austrii i że Sudety będą jej ostatnią aneksją w Europie. Tylko głupiec nie wierzyłby więc zapewnieniom Hitlera, że Niemcy chcą od Polski tylko Gdańska, autostrady i przystąpienia do Paktu Antykominternowskiego? Co nie? 

Być może Hitler za bardzo się odsłonił, proponując w styczniu 1939 r. Polsce... Ukrainę. Wyjawił w ten sposób swój plan wojny przeciwko ZSRR. Chciał, by Polska dołączyła do wyprawy na Wschód. Wyprawa ta mogła mieć dwa skutki. Bardziej prawdopodobny: Rzesza przegrywa z Sowietami hojnie wspieranymi przez amerykańską potęgę przemysłową i przez Wielką Brytanię. Okrojona Polska staje się po wojnie częścią ZSRR i nikt tym się na świecie nie przejmuje. Obecnie bylibyśmy więc w najlepszym przypadku taką większą Łotwą a w najgorszym większą Mołdową. Wariant mniej prawdopodobny: Niemcy wygrywają wojnę z ZSRR i aliantami zachodnimi. Porządkują Europę według swojej wizji. Beck żartował sobie na internowaniu w Rumunii, że w takim scenariuszu "pasalibyśmy wszyscy krowy dla Hitlera za Uralem". Zwolennicy Zychowicza wskazują jednak na wariant pośredni: zmiana sojuszów w trakcie wojny. Nie wspominają jednak, jak taki manewr skończył się dla Włoch i Węgier. Jak Niemcy potraktowali swoich dawnych sojuszników. To, że położonej peryferyjnie Finlandii, Bułgarii i Rumunii udało się zmienić w ostatniej chwili front, jest słabym argumentem. Biorąc pod uwagę to, że przez Polskę przebiegałoby jakieś 80 proc. linii zaopatrzeniowych dla frontu wschodniego i w związku z tym na terenie naszego kraju obecne byłyby ogromne siły niemieckie przemieszczające się w różnych kierunkach, łatwo sobie wyobrazić z jakim zaangażowaniem Niemcy przystąpiliby do karania "polskich zdrajców". No ale Zychowicz sugeruje, że nasza żandarmeria wojskowa i policja powstrzymałyby Niemców...

W świetle tego, jak potoczyła się historia, zwracają na siebie w biografii Becka krótkie fragmenty poświęcone marszałkowi Śmigłemu-Rydzowi. Okazuje się on często o wiele bardziej przenikliwy od ministra spraw zagranicznych. Na przykład, gdy mówi w 1936 r., że Niemcy będą gotowi do wojny w "dwa-trzy lata" i że wojna zacznie się od Gdańska. Co ciekawe, podczas kryzysu czechosłowackiego z marca 1938 r. pojawiły się plotki, że Śmigły-Rydz strzelał do Becka, przeciwstawiając się jego "proniemieckiej" polityce.

W książce Wołosa i Kornata jest rozdział poświęcony planom wojny prewencyjnej przeciwko Niemcom w 1933 r. W typowy dla zawodowych historyków sposób nie stawia się w nim "kropki nad i", ale ilość poszlak dotyczących tych planów jest wystarczająco duża, by stwierdzić, że Piłsudski rzeczywiście planował rozprawę z Niemcami a Hitler ugiął się wobec polskiej groźby. Twierdzenia Krzysztofa Raka, że "udowodnił", że wojna prewencyjna była bluffem można więc włożyć między bajki.

Niezwykle interesująco przedstawiają się rozdziały dotyczące tego jak Beck i ambasador Wacław Grzybowski oceniali Sowietów. Nie tam ani grama sympatii do reżimu Stalina. Widzieli oni w nim państwo zagrażające Europie, które podsyca konflikty między "imperialistami" i tylko czeka, by jak hiena wkroczyć do wojny, gdy będzie ona bliska rozstrzygnięcia. Beck i Grzybowski bardzo nisko oceniali kondycję Armii Czerwonej po stalinowskich czystkach i spodziewali się, że Sowiety nie wkroczą przez to do wojny od razu. Traktowali więc porozumienie niemiecko-sowieckie (o którego przygotowywaniu mieli od lat wiele sygnałów) jako sowiecką zachętę dla Hitlera do ataku na Polskę, ale jednocześnie jako bluff w licytacji z Zachodem. Beck i Grzybowski uważali, że Sowiety będą w pierwszej fazie wojny neutralne. Czy zmienili swoją percepcję pod wpływem meldunków wywiadowczych z końcówki sierpnia i września? Tego nie wiadomo, gdyż brakuje dokumentów. Są jednak wypowiedzi niektórych polskich dyplomatów z tego okresu - np. ambasadora w Paryżu Juliusza Łukasiewicza - o groźbie inwazji sowieckiej. Jest relacja mówiąca, że Beck nie mógł spać martwiąc się o koncentrację sowieckiego wojska nad granicą i list Becka do Śmigłego-Rydza, w którym przytacza "szalone pogłoski" o mającym nastąpić sowieckim ataku na Polskę "w obronie Ukrainy". Jak wiadomo sam Stalin się wahał czy i kiedy atakować Polskę. Gdyby na froncie zachodnim ruszyła ofensywa francuska, pewnie zachowałby neutralność dłużej.

Klęska poniesiona przez Polskę w 1939 r. była oczywiście w dużo większym sposób zawiniona przez Zachód niż przez Becka czy Śmigłego-Rydza. Francuscy politycy, dyplomaci i wojskowi jawią się na kartach tej książki jako kreatury zupełnie nie zorientowane w tym co się dzieje w Europie Środkowo-Wschodniej. Brytyjczycy wypadają nieco lepiej, ale ich wojskowi sprawiają wrażenie idiotów totalnie nie przygotowanych do wojny. Benesz jest tam oczywiście trafnie pokazany jako wyjątkowo podła i głupia kreatura, która myślała, że ocali Czechosłowację swoją międzynarodową popularnością.

Ciekawie czyta się też rozdziały poświęcone "młodym latom" Becka, czyli m.in. jego działalności w POW w Rosji i na Ukrainie, a także w Oddziale II podczas wojny polsko-bolszewickiej. Widzimy jak Piłsudski wybiera go sobie jako oficera z wielkimi perspektywami i przygotowuje do pełnienia roli ministra spraw zagranicznych.

Najbardziej przygnębiająca jest zaś część poświęcona Beckowi na internowaniu w Rumunii. Widzimy m.in. jak rząd Sikorskiego i podlegli mu dyplomaci sabotowali amerykańskie, brytyjskie i polskie próby zorganizowania ucieczki byłego ministra spraw zagranicznych. Ludzie Sikorskiego sprawiają wrażenie "bandy patałachów" (tak ich słusznie nazywał Beck), która jest totalnie nieprzygotowana do rządzenia. Do tego są "foliarzami" rozpowszechniającymi teorie, że Beck stoi na czele jakiejś organizacji Widmo walczącej z rządem Sikorskiego. Co ciekawe, taka szara eminencja jak ambasador William Bullitt na jesieni 1939 r. ostrzegała Rumunów, że USA zerwą stosunki dyplomatyczne z Bukaresztem, jeśli Beck i Mościcki nie zostaną wypuszczeni. Rumuni wypuścili wówczas Mościckiego, jako obywatela Szwajcarii. Z Beckiem się nie udało, choć prezydent Roosevelt snuł plany przyjęcia go z honorami w Białym Domu. Wiosną 1944 r. Becka miało wywieść z Rumunii SOE. Brytyjczykom zależało na tym, by ten "tragarz tajemnic" nie wpadł w ręce Sowietów.

W ostatnich rozdziałach jest często cytowany Ludwik Łubieński, sekretarz Becka, towarzyszący swojemu szefowi przez kilka miesięcy internowania. Wyraźnie jest zły na rząd Sikorskiego za to, jak potraktował jego szefa. Łubieński jest później polskim attache wojskowym na Gibraltarze. Gdy Sikorski latem 1943 r. zatrzymuje się tam w drodze na Bliski Wschód, Łubieński rozmawia z nim m.in. o kwestii uratowania Becka. Sikorski zaczyna się z nim wykłócać, a po chwili decyduje, by... awansować Łubieńskiego na porucznika. W drodze powrotnej znów dochodzi między nimi do rozmowy o Becku, a Łubieński zostaje... awansowany na kapitana. Według ustaleń Dariusza Baliszewskiego, Ludwik Łubieński mocno się zaangażował w tuszowanie zamachu na Gibraltarze i także w sam zamach. Jeden z polskich zabójców, który dotarł na Gibraltar posługiwał się zaś nazwiskiem "Józef Beck". Mieli wówczas w tajnych służbach poczucie humoru...

Podsumowując: "Józef Beck. Biografia" autorstwa Marka Kornata i Mariusza Wołosa, to rzetelna i ciekawa "cegła" przeznaczona jednak dla tych, którzy potrafią czytać między wierszami. Z niecierpliwością czekam na "Piłsudski między Stalinem a Hitlerem" Krzysztofa Raka, gdzie ma być poruszony sensacyjny wątek planów sojuszu polsko-sowieckiego w 1933 r.

sobota, 13 marca 2021

Co się zmieniło, co się nie zmieni

 


Ilustracja muzyczna: Twenty One Pilots: Heathens

Polskojęzyczni demoliberałowie ekscytują się tym, że prezydent Joe Biden wciąż nie zadzwonił do prezydenta Andrzeja Dudy. Jak widać są słabo poinformowani, gdyż ostatnio za rozmowy telefoniczne z zagranicznymi przywódcami wzięła się Kamala (rozmawiała m.in. z premier Norwegii i z Netanyahu). Prezydent Biden od początku rządów nie brał udziału w żadnej samodzielnej konferencji prasowej. Nie wygłosił też w Kongresie orędzia o stanie państwa.  Podczas spotkań z Ludem, jego współpracownicy pilnują, by nikt mu nie zadawał pytań. Podczas wizyty w Teksasie Biden miał problem z przeczytaniem nazwisk kongresmenów (ludzi, których zna od lat) z promptera i nagle wtrącił do przemówienia: "Co ja tu robię? Zaraz stracę wątek".  Podczas innego wystąpienia zapomniał nazwiska sekretarza obrony i nazwy podległego mu departamentu, mówiąc o "kolesiu, który tym wszystkim zarządza". Bidenowi zmienił się też kolor oczu - z niebieskiego, na głęboko czarny, co może być skutkiem choroby lub brania  leków.  Jen Psaki, rzeczniczka Białego Domu, broniąc weekendowych wyjazdów prezydenta do Wilmington w stanie Delaware, palnęła, że "prezydent tam mieszka". Mark Meadows, były szef sztabu Białego Domu, złośliwie stwierdził, że Trump był bardziej skupiony o 1 w nocy, niż Biden jest o 1 po południu. Jeden z republikańskich senatorów powiedział, że w przypadku Bidena w Białym Domu mamy do czynienia ze znęcaniem się nad starszym człowiekiem ("elder abuse"). Reporterka serwisu The Hill na poważnie zaś zasugerowała, by Biden podczas wystąpień publicznych był zastępowany przez hologram. W sumie byłoby to logiczny ciąg dalszy tego, co ponad 20 lat temu pokazano na filmie "Wag the dog" opowiadającym o zmyślonej interwencji humanitarnej USA w Albanii. 

To, że Biden nie zadzwonił do Dudy może więc świadczyć o czymś zupełnie innym, niż myślą liberałowie. "Wujkowi Joe" mogłoby się coś pomylić i mógłby myśleć, że np. dzwoni po pizzę lub by zamówić odrobaczanie psa. Polityką zagraniczną zajmuje się w jego administracji Anthony Blinken, a on już odpowiedni telefon wykonał parę tygodni temu.

Każda administracja przejmuje pewien bagaż doświadczeń po poprzednikach i pewnych rzeczy nie zmienia. Nawet jeśli obiecywała wyborcom, że je zmieni. Tak było choćby w przypadku sankcji na Arabię Saudyjską za poćwiartowanie kuzyna jednego z głównych aktorów afery Iran-Contras. Sankcje objęły grupę wykonawców, ale już nie księcia Mohammeda bin Salmana. Wobec Arabii Saudyjskiej zachowano business as usual. Nie wstrzymano rozpoczętych przez administrację Trumpa rozmów pokojowych z talibami. Korea Płd. podpisała umowę, według której będzie płaciła więcej za obecność amerykańskich żołnierzy - tak jak chciał Trump. Zaostrzono sankcje wobec Huawei a Gina Raimondo, nowa sekretarz handlu stwierdziła, że polityka Trumpa wobec Chin była w dużym stopniu skuteczna. Kontynuowane są demonstracje siły wobec Iranu, Rosji i Chin, takie jak wysłanie okrętu do Cieśniny Tajwańskiej, posłanie bombowca B1 Lancer w eskorcie polskich F-16 nad Wilno czy jego lądowanie w Powidzu.  Administracja Trumpa mogłaby robić to wszystko w bardziej ostentacyjny i nieprzewidywalny sposób. Zapewne też uderzyłaby sankcjami w Niemców za Nord Stream II. W wielu obszarach polityki zagranicznej administracja Bidena idzie jednak dokładnie w tym samym kierunku, co administracja Trumpa. Być może wolniej, ale idzie.

Zmieniła się jednak polityka wewnętrzna. Jedna z doradczyń Bidena stwierdziła, że polityka Trumpa chroniła USA przed nielegalną imigracją.  Teraz fala nielegalnej imigracji znów ruszyła, a kartele i handlarze dziećmi znów się mają z czego cieszyć. Chiński fentanyl (to świństwo, co zabiło George'a Floyda) znów płynie szerokim strumieniem przez południową granicę. Interes się kręci. CIA i chińska bezpieka zarabiają. Janusze biznesu i wielkie korporacje mają więcej taniej siły roboczej a demokraci wyborców. 

Ofensywa propagandowa się nasila. Mat Taibbi pisze o "sowietyzacji amerykańskiej prasy".  USA mają być krajem szczęśliwym, dostatnim, pozbawionym rasizmu i transofobii. Biden mówi o priorytetach dla sił zbrojnych: kombinezonach ciążowych. Wojskowi mogą znów na koszt państwa zmieniać płeć.  Pół biedy, gdyby ta ideologiczna gorączka ograniczała się do malowania flag transów na bombach zrzucanych na Syrię. Pentagon rezygnuje z takich samych testów sprawnościowych dla żołnierzy i żołnierek. Od dawna powtarzam, że liberalizm to ustrój "zjadający własny ogon", który z czasem prowadzi do mocno zidealizowanej dyktatury. Może się jednak okazać, że się własnym ogonem zadławi, gdy coraz mocniej będą dawały o sobie znać ideologiczne szaleństwa.

Jak na razie jednak mamy do czynienia z cementowaniem systemu. Izba Reprezentantów przyjęła ustawę federalizującą ordynację wyborczą i de facto znoszącą identyfikację wyborców. Głosy korespondencyjne będzie można dosypywać jeszcze dziesięć dni po wyborach a każdy, kto będzie mówił o fałszerstwach wyborczych, będzie karany przez federalnych. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby Joe Biden - lub jego hologram - był prezydentem nawet do 2049 r. Ani razu nie wygrywając wyborów. A oczywiście zza kulis rządziliby ci sami ludzie, co zwykle...

***

Czy zauważyliście, że Meghan Markle w niesławnym wywiadzie ubrała się w kieckę nawiązującą do tej, którą nosiła na słynnym zdjęciu Wallis Simpson. To nie przypadek. To ten sam modus operandi. Ona już w wieku 11 lat rzekomo napisała list do Hillary, w którym skarżyła się na "seksizm" w reklamie płynu do mycia naczyń. Po studiach była stażystką w ambasadzie USA w Buenos Aires i próbowała dostać pracę w Departamencie Stanu, ale nie zdała testu.

Dowiadujemy się, że niesławna Meghan zabroniła księciu Harry'emu pić alkoholu, kawy i nawet herbaty. Jak w jakiejś pieprzonej sekcie. I po tym osobowość Harry'ego się zmieniła. No i tak niestety kończą SIMPY.


sobota, 6 marca 2021

W pustyni i w d... Marksa

 


Ilustracja muzyczna: Rachid Taha - Barra Barra - Blackhawk Down OST


Maciej Gdula, (synalek kolesia, któremu gejnerał Jarucwelski pisał, co ma mówić podczas obrad Okrągłego Stołu) , stwierdził, że "W pustyni i w puszczy" to powieść rasistowska.  Ciekawe, czy to samo powiedziałby o pismach Marksa?

Obecnie nie jest przecież wielką tajemnicą, że ów filozoficzny patostreamer był maniakalnym rasistą cieszącym się z europejskiej kolonizacji Afryki, Wojen Opiumowych i tego, że Amerykanie odebrali Kalifornię "leniwym Meksykanom". O swoim rywalu Ferdynandzie Lassallu pisał, że jest "żydowskim Czarnuchem", którego przodkowie mogli być czarnymi niewolnikami, którzy wyszli z Egiptu wraz z Mojżeszem. 


Mało znanym faktem jest jednak to, że Marks miał zięcia Mulata. Jego córka Laura wyszła za Paula Lafargue, urodzonego na Kubie aktywistę mającego pochodzenie francusko-kreolskie, autora książki "Prawo do bycia leniwym. Lafargue nie miał jakoś specjalnie ciemnej skóry, ale Marks z Engelsem w prywatnej korespondencji w pogardliwy sposób pisali o jego pochodzeniu rasowym. "Lafargue ma jedną ósmą lub jedną dwunastą krwi Czarnucha" - pisał Engels. W 1887 r. zięć Marksa kandydował na radnego w paryskiej dzielnicy, w której było zoo. "Posiadając przymioty Czarnucha, w stopniu bliższym pozostałemu królestwu zwierząt niż reszta z nas, jest on bez wątpienia najbardziej właściwym reprezentantem tej dzielnicy" - wyzłośliwiał się Engels w liście do Laury Marks.

Warto w tym miejscu zadać pytanie: skoro Marks uważał Lafargue'a za przedstawiciela niższej rasy, to dlaczego pozwolił córce na ten ślub? Przecież to był patriarchalny XIX wiek, czasy gdy córeczka nie mogła powiedzieć rodzicom "pierdolę was, jadę ssać pały na Erasmusie". Związek Laury Marks z Paulem Lafarguem musiał mieć błogosławieństwo Karola Marksa. Czyżby więc zgodził się on na niego "dla beki"?

By to zrozumieć, musimy sięgnąć do omawianego przeze mnie niedawno drugiego tomu "To eliminate the opiate" rabina Marvina Antlemana. Poświęca on w nim sporo miejsca Marksowi i jego sabatajskim koneksjom takim jak Mojżesz Hess. Zwraca jednak uwagę na to, że już ojciec Marksa (Hirschel Marx) był sabatajczykiem. Został zwerbowany po tym jak stał się sierotą a  sabatejczycy pomagali mu w karierze. Jego konwersja na protestantyzm miała naturę sabatejską. Rabin Antleman twierdzi, że ten werbunek był rodzajem zemsty - na dziadku Karola Marksa, który jako ortodoksyjny rabin zwalczał sabatejską herezję.

Sabatejczycy/Frankiści wierzyli w to, że angażując się w "niecodzienne zachowania seksualne" zbliżają się do J***we. Urządzali więc orgie, podczas których wymieniali się żonami, dopuszczali się kazirodztwa, aktów homoseksualnych czy pedofilii. (Zachowały się zapisy procesu z jednego sądów rabinackich, na którym jeden z frankistów zeznawał, że nie za bardzo chciał się dzielić żoną, ale musiał to robić.) Czyżby więc Marks traktował międzyrasowe małżeństwo córki - z Mulatem porównywanym w liście Engelsa do zwierząt - za kolejną perwersję? Za rytualne przekroczenie granicy?

Flashback: Czerń sufich

Antelman wskazywał też na rytualne znaczenie koloru czarnego u sufich i sabatejczyków. Czerń i mrok były potrzebne do oświecenia. Zastanawiał się więc czy niektórzy sabatejczycy nie traktowali "szukania iskier bożych w mroku" zbyt dosłownie. Jako szukanie ich w "niższej" (w ich mniemaniu) czarnej rasie? Z teorią tą współbrzmiały żydowskie legendy mówiące o tym, że pierwsza żona Mojżesza pochodziła z Etiopii. Antelman przytoczył fragment relacji prasowej z lat 70-tych, dotyczącej zatrzymań w radykalnie lewicowej komunie, której członkami byli młodzi żydowscy radykałowie, z których każdy miał czarną partnerkę. Przytaczał też wiele przykładów na związki pomiędzy żydowskimi lewicowcami a czarnymi radykałami. Związki, które były pomimo silnego antysemityzmu w czarnej społeczności w USA. Tak było w latach 60-tych i 70-tych. I tak jest również współcześnie, w erze Black Lives Matters. Czy powszechny na Zachodzie, odgórnie narzucany i sponsorowany przez wielkie korporacje, kult BLM i towarzyszący mu "odwrócony rasizm" nie jest przejawem zbyt dosłownego rozumienia teorii o szukaniu iskier bożych w mroku?


Na pewno kult BLM nie pomaga w żaden sposób czarnej społeczności. Przyzwalanie na zamieszki,  redukowanie funduszów dla policji i zastępowanie jej pracownikami socjalnymi nie poprawia stanu bezpieczeństwa w czarnych dzielnicach i nie wspiera lokalnych, czarnych drobnych biznesów. Akcja afirmatywna i zaniżanie standardów nauczania w szkołach publicznych nie zwiększa szans Afroamerykanów na rynku pracy. Promowanie w popkulturze gwiazdek typu Cardi B czy różnych gangstaraperów utrwala tylko stereotypy o Czarnych. Murzyni są traktowani przez współczesnych marksistów tak samo jak w XIX wieku - jako tępe zwierzaki, które można wykorzystać do swoich celów. Maciejowi Gduli jakoś nie przeszkadza jego głupia jak osrana ścierka, rasistowska koleżanka z klubu Lewicy ciesząca się z masakry na kilkuset mieszkańców Etiopii.  

Rasizm na lewicy jest jednak głębszy. Szczególnie widać go w przypadku stosunku wielu "kawiorowych" lewicowców do polskich "roboli" i "ciemnych chłopów". Ale to już inna opowieść..

***

Ilustracja muzyczna: Fugees - Ready or not

W "Pustyni i w puszczy" nie ma szczęścia do ekranizacji. Pierwsza, w zrobiona w PRL, mocno różniła się od książki - dodano do niej silne wątki antykolonialne i "black power". Druga, robiona niedługo przed 911, wyszła słabo warsztatowo, choć fajnie pokazano tam wątek islamskiego fundamentalizmu. Powinno się zrobić wersję trzecią, alt-rightową. Proponowałbym następujące postacie:

Staś Tarkowski - koleś w typie rodezyjskiego najemnika z "Krwawego Diamentu", powtarzający co chwila "TIA" ("Things in Africa").


Nel - kawaii neonazistka, w typie Murdoch-chan. Postrzega Afrykę jako jeden wielki shithole.


Sierżant Kali - nosi czapkę zrobioną z futra lamparta i wielki złoty łańcuch z wisiorkiem "ME". Na końcu zostaje prezydentem jednego z afrykańskich państw i laureatem Pokojowej Nagrody Nobla.

Mahdi - wiadomo, koleś przypominający Osamę bin Ladena czy Baghdadiego.

Gebhr - były oficer syryjskiej bezpieki, który przeszedł do Państwa Islamskiego, a później został najemnikiem. Dorabia sobie pracując dla GRU, CIA i Mossadu. Sadysta lubiący jednak pokazać, że jest intelektualistą. Tak zaplątał się w różne gry wywiadowcze, że sam nie wie, dla kogo pracuje.

Chamis - stereotypowy terrorysta z budki z kebabem, głośno słuchający arabskiego disco, marzący o podróży do Europy, życiu tam z socjału i rwaniu panienek na Sylwestrze w Kolonii. 

Ojciec Stasia Tarkowskiego - złośliwy geopolityczny analityk w typie doktora Targalskiego (nya!). Bawiąc się z wielkimi kotami, objaśnia geopolityczne zawiłości fabuły.

sobota, 27 lutego 2021

Nancy

 

Ilustracja muzyczna: Metallica - Memory Remains

Kobietom ponoć się wieku nie wypomina - ale czy zdawaliście sobie sprawę, że Nancy Pelosi jest starsza od Berniego Sandersa? Za niecały miesiąc kończy 81 lat. Jej kariera w Kongresie jest krótsza niż Joe Bidena - zasiada ona bowiem w Izbie Reprezentantów dopiero od 1987 r. Kariera polityczna trzeciej osoby w państwie zaczęła się jednak o wiele wcześniej. Już w 1976 r. zasiadała ona w Narodowym Komitecie Demokratów. W Polsce rządził wówczas Gierek i ledwo co oddano do użytku Dworzec Centralny. Nancy Pelosi była  w polityce już o wiele wcześniej. Bezpośrednio po studiach, czyli w 1962 r. została stażystką senatora Daniela Brewstera. Już wcześniej jednak udzielała się jako wolontariuszka dla Partii Demokratycznej i pomagała swojemu ojcu (do którego za chwilę wrócimy) w kampaniach wyborczych. 20 stycznia 1961 r., brała udział w spotkaniu z  Johnem F. Kennedym, w dniu jego zaprzysiężenia. Na poniższej fotce Nancy Pelosi jest pierwsza z lewej, obok niej jest jej matka, potem oczywiście JFK, a składa przysięgę jej ojciec Thomas D'Alesandro Jr., burmistrz Baltimore w latach 1947-1959 a wcześniej, w latach 1939-1947, kongresmen. 


1961 rok. Joe Biden kończył wówczas szkołę średnią. Bernie Sanders jeszcze studiował i nie angażował się w aktywizm polityczny. Kamali Harris nie było wówczas na świecie. Donald Trump był kadetem w szkole wojskowej. Barack Obama urodzi się parę miesięcy po zrobieniu tej fotografii. George W. Bush chodził do liceum. Podobnie jak Bill Clinton. Hillary należała do drużyny skautowej. Putin chodził do podstawówki. Tak samo jak Xi Jinping. I żona Macrona. Papież Franciszek był wówczas w seminarium a Kościołem rządził Jan XXIII. W ZSRR rządził Chruszczow, w Chinach Mao, w Izraelu Ben Gurion, we Francji De Gaulle, w RFN Adenauer, w PRL Gomułka. Oscara za najlepszy film dostał "West Side Story". 


Oglądając zdjęcia Nancy Pelosi z tego okresu możemy się zastanawiać, czy miała okazję "poznać bliżej" JFK. Wszak ten prezydent był znany z tego, że nie przepuścił, żadnej lasencji. "Jak codziennie nie mam nowej dupy, to dostaję migreny" - mawiał JFK. No ale bliskość z rodem Kennedych mogła mieć też inny charakter...



Z niedawno odtajnionych dokumentów FBI wynika, że Thomas D'Alesandro Jr., zarówno jako kongresmen i jako burmistrz Baltimore był bardzo blisko związany z mafią. W jego teczce są też wzmianki o występowaniu w czasach wojny na wiecach prosowieckich, kryptokomunistycznych organizacji - ale w tamtym czasie robiło to wielu demokratów. W 1954 r. wycofał się z wyścigu o zdobycie stanowiska gubernatora Maryland. Stało się tak po ujawnieniu łapówek, jakie brał od "właściciela parkingu" Dominica Piracci, oskarżanego o liczne oszustwa. Córka Piracciego była żoną Thomasa D'Alesandro III, starszego brata Nancy Pelosi i zarazem burmistrza Baltimore w latach 1967-1971. 







Drugi brat Nancy - Franklin  Roosevelt D'Alesandro - został w 1953 r. aresztowany za udział w gwałcie zbiorowym na dwóch dziewczynkach - 11-latce i 13-latce. Wyszedł z aresztu dzięki koneksjom ojca.



Nancy Pelosi to żywe muzeum historii amerykańskiej polityki. Steve Bannon, wspominając w książce Michaela Wolfa, pierwsze spotkanie z nią, stwierdził, że zauważył błysk w jej oku wyrażający radość. "Zjem was żywcem amatorzy!". W następnych latach mocno ona pracowała nad sabotowaniem prac administracji Trumpa (i trudno się temu dziwić, wszak to wilcze prawo opozycji), co czasem przyjmowało tragikomiczną postać - tak jak podczas obydwu procesów o impeachment. Pelosi jednocześnie kierowała procesem dryfu Partii Demokratycznej w lewo. Jeśli Demokraci przestali reprezentować już ludzi pracy i "wyczyścili" ze swoich szeregów kongresmenów i senatorów nastawionych bardziej centrowo, antykomunistycznie czy antyaborcyjnie i zastąpili ich różnymi postaciami z freakshowów, to jest to w dużym stopniu zasługa Nancy.

Da się zauważyć, że obecnie Partia Demokratyczna dąży do tego, by całe USA stały się jedną wielką Kalifornią - hiperprogresywnym stanem, w którym doskonale mają się oligarchia technologiczna i kartele narkotykowe, zwykłych ludzi nie stać na mieszkania, a po ulicach kręci się mnóstwo narkomanów i bezdomnych. Nie powinno więc nas dziwić to, że Nancy D'Alesandro weszła poprzez małżeństwo w grupę rodzin, które od kilku dekad silnie mieszają w kalifornijskim kotle. Jej mąż Paul Pelosi, to finansista z San Francisco, którego rodzina jest blisko związana z rodami Brownów i Newsomów. Patronami Brownów i Newsomów była zaś sławna rodzina Getty. Przedstawiciele rodziny Brownów byli gubernatorami Kalifornii w latach 1959-1967, 1975-1983 oraz 2011-2019. Od 2019 gubernatorem jest Gavin Newsom, burmistrz San Francisco z lat 2004-2011.




 Newsom to człowiek wypromowany przez Williego Browna, burmistrza San Francisco z lat 1994-2003 (ale nie spokrewnionego z gubernatorami Brownami). Długoletnią kochanką Williego Browna była natomiast obecna wiceprezydent Kamala Harris, która dzięki jego wsparciu zaczęła karierę w prokuraturze i w polityce.  Willy Brown w latach 70. udzielał wsparcia sekcie znanej jako Świątynia Ludu, kierowanej przez pastora Jima Johnsa. Tak, to ta sama sekta, której członkowie popełnili "zbiorowe samobójstwo" w Gujanie.  Chyba nie muszę przypominać, że Świątynia Ludu była sektą łączącą maoizm z dziwnymi powiązaniami z CIA i programem MK Ultra. Taki to wczesny przejaw konwergencji pomiędzy USA a komunistycznymi Chinami...




W mailach Nancy Pelosi wykradzionych przez hakera Guccifer 2.0 znalazł się dokument, w którym Nancy jako swój adres maila podaje "philip@goathill.com". Prawdopodobnie wkleiła adres mailowy pracownika swojego biura Philipa DeAndrade, który był założycielem pizzerii Goat Hill Pizza w San Francisco.  Pizzeria ta wywołuje oczywiste skojarzenia u konspirologów, ale oczywiście nie ma żadnych  dowodów, że odwiedzał ją John Podesta lub działo się coś równie podejrzanego. 



Jak pisał Lenin: "Kadry decydują o wszystkim". I ogromne doświadczenie polityczne Nancy Pelosi jest niewątpliwie ogromnym atutem dla amerykańskiego Głębokiego Państwa. Kadry mają jednak to do siebie, że się starzeją. I tracą sprawność umysłową. A u Nancy Pelosi wielokrotnie zobserwowano zjawisko "zamrożenia umysłu".  No cóż, takie już są uroki gerontokracji...

Gerontokracja siłą rzeczy wywołuje spory komptencyjne. Pojawia się wówczas pytanie: kto rządzi naprawdę? Grupa demokratów z Kongresu podpisała się więc ostatnio pod listem wzywającym prezydenta Joe Bidena, by przekazał prawa do odpalania pocisków nuklearnych.  A Kamala Harris jest ponoć niezadowolona, że nikt jej nie powiadomił o bombardowaniu Syrii. 

Pół biedy jednak, gdy demencję ma marionetka, którą się zainstalowało w Białym Domu. Gorzej jest, gdy demencję ma lalkarz.

***

Z okazji zbliżającego się Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, polecam Wam zapoznanie się z dwiema biografiami cichociemnych: