sobota, 23 maja 2020

Niepodległość: Misja pokojowa


Ilustracja muzyczna: Professor Green - I need you tonight



„Jeden z tajnych dokumentów wywiadowczych przesłany przez Intelligence Service do Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza, w którym Brytyjczycy wyliczają znane im i udokumentowane w ciągu trzech lat wypadki kontaktów Polaków z Niemcami, kończy się stwierdzeniem: „Istnieje jakiś drugi aparat wojskowy i cywilny w aparacie gen. Sikorskiego o innych celach i zamiarach, ukrywanych pilnie przed władzami polskimi i angielskimi. Tylko wzajemną i szczerą współpracą Intelligence Ser. i O II można to niebezpieczeństwo usunąć zarówno ze względu na interes Polski, jak i W. Brytanii."
 Dariusz Baliszewski
10 maja 1941 r. Rudolfa Hessa wyraźnie zawiodły jego zdolności nawigacyjne. Zmylił drogę i nie zdołał wylądować na terenie posiadłości księcia Hamiltona, gdzie czekało na niego oświetlone lądowisko. Wcześniej odpowiednie siły zadbały, by samolot Hessa nie został zestrzelony - pomimo wykrycia go przez radary. Gdy dwa myśliwce z czechosłowackimi pilotami skierowały się w stronę tego powietrznego intruza, zostały szybko cofnięte. W lokalnym centrum kontroli operacji przebywał wówczas książę Hamilton.

Pierwszą osobą, która przesłuchała Hessa był Roman Battaglia, pracownik... polskiego konsulatu w Glasgow, "sanacyjny" dyplomata z wieloletnim stażem i zarazem znany publicysta ekonomiczny. W oficjalnej wersji jest mowa, że Battaglia służył Brytyjczykom jako tłumacz, choć przecież Hess doskonale mówił po angielsku i żadnego tłumacza nie potrzebował. Jeden ze szkockich oficerów obecnych wówczas na miejscu nie mógł się nadziwić, że komuś takiemu jak Battaglia pozwolono przesłuchiwać na osobności Hessa przez dwie godziny!



W posiadłości księcia Hamiltona w Dungavel przebywała grupa osób sprawiająca wrażenie, że na kogoś czekają. Z zeznań jednej ze służących wynika, że był tam wówczas m.in. książę Kentu Jerzy, w otoczeniu grupy... Polaków. Co mogło łączyć członka brytyjskiej rodziny królewskiej z Polską? Wiadomo, że w 1937 r. odwiedził nasz kraj i spotkał się m.in. z ministrem Józefem Beckiem. Miał też bardzo dobre relacje z gen. Sikorskim, którego był... sąsiadem. W listopadzie 1939 r. Sikorski oficjalnie zaproponował rządowi brytyjskiemu uczynienie księcia Kentu... królem Polski połączonej z Czechosłowacją i kilkoma innymi państwami naszego regionu. Brytyjczycy uznali ten projekt za wariacki. Książę Kentu był znanym przedstawicielem "partii pokojowej" w brytyjskich elitach, świetnym pilotem-wyczynowcem (dzięki czemu zdołał poznać Hessa przed wojną) a przy tym kolesiem, który lubił snuć się po ulicach wojennego Londynu w kobiecych ciuszkach (wyobraźcie sobie miny żołnierzy, którzy go legitymowali :) Zginął na północy Szkocji 25 sierpnia 1942 r. w katastrofie wodnosamolotu, którym udawał się ponoć na Islandię. Istnieje wersja, że wybierał się wówczas na negocjacje pokojowe do Norwegii.



Dziwnym zbiegiem okoliczności, 11 maja 1941 r., czyli w dzień po feralnym locie Hessa, do Szkocji przyleciał gen. Sikorski, który wracał z podróży do USA i Kanady. Tej samej, podczas której ledwo uniknął śmierci w "katastrofie lotniczej".


Sprawa się później robi jeszcze dziwniejsza. Guy Liddell, ówczesny wiceszef MI5, zapisuje w swoim dzienniku w dniu 8 czerwca 1941 r.: "Pewna grupa przedstawicieli polskich sił zbrojnych w Szkocji planowała porwanie i zabicie Hessa. Trudno powiedzieć, jak daleko sprawa zaszła, w każdym razie istnieje wciąż niebezpieczeństwo, że do takiej próby dojdzie". Raport szefa MI6 Stewarta Menziesa z lipca 1942 r. mówi, że 19 maja 1941 r. "kilku polskich żołnierzy odkryło jego [Hessa] miejsce pobytu, próbowali się włamać i zostali ostrzelani." Radosław Golec w książce "Lordowie Hitlera" pisze, że chodziło o próbę zamachu podjętą w pobliżu Fortu William, podczas transportu Hessa. W okolicy znajdował się polski ośrodek szkoleniowy w Aldershot. W akcji miało wziąć udział 17 polskich żołnierzy i dwóch brytyjskich oficerów. Jednym z nich był Alfgar Hesketh-Pritchard, funkcjonariusz SOE, który szkolił czeskich komandosów do misji zabójstwa Heydricha.

Flashback: Dies Irae - Nikt nie lubi Heydricha



W czerwcu 1942 r. brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden pisze, o tym, że "pewni przedstawiciele sił alianckich stacjonujących w tym kraju przygotowali plan najazdu na obóz i porwanie więźnia. Utrzymywanie tak licznej ochrony nie ma na celu zapobieżenie ucieczce Hessa, lecz niedopuszczenie do niego szalonych ludzi".





W dalekim Budapeszcie płk Wacław Lipiński pisze natomiast w swoim dzienniku o tym, że Himmler wysłał do Szkocji zabójców mających zlikwidować Hessa. I podaje nawet ich nazwiska. Na ten wpis zwraca po sześciu dekadach uwagę jedynie Dariusz Baliszewski. Zawodowi historycy udają, że tego zapisku nigdy nie było. (Zwykle narzekają, że jakaś teoria nie jest podparta dokumentami, a gdy dokument się pojawia, ignorują go.)

Wiele lat po wojnie Rudolf Hess, siedząc w więzieniu Spandau, opowiada swojemu synowi Wolfowi Rudigerowi Hessowi szczegóły swojej propozycji pokojowej, którą wiózł do Szkocji w maju 1941 r. Przewidywała ona odwrót Niemiec ze wszystkich terytoriów okupowanych - także z Polski. Zainteresowanie nią pewnych polskich sił byłoby więc w pełni zrozumiałe.



W maju 1941 r. toczą się w Budapeszcie jakieś dziwne rozmowy pomiędzy przedstawicielami tamtejszego polskiego ośrodka politycznego a Niemcami, za pośrednictwem władz Węgier. Ze strony polskiej prowadzi je płk Marian Steifer - wybitny oficer, szpieg, szachista i piłkarz. Człowiek, który dzięki swoim kontaktom w Budapeszcie zapewnił polskim internowanym wojskowym znakomite warunki do konspirowania na Węgrzech. Baliszewski pisał o tym epizodzie:

"W pierwszych dniach maja 1941 r. porucznik Wojska Polskiego Kazimierz Morvay, syn Węgra i Polki, urodzony i wychowany na Węgrzech, który we wrześniu 1939 r. walczył w polskim mundurze, a w 1941 r. pełnił służbę adiutanta w sekretariacie szefa XXI Oddziału Honwedów, przypadkowo usłyszał, jak kpt. Kormendy meldował płk Balo: „Pułkownik Steifer prosi o przyjęcie przez ministra obrony narodowej gen. Barthę w sprawie utworzenia rządu polskiego współpracującego z Niemcami". Dopiero po złożeniu meldunku kpt. Komendy zorientował się, że ktoś niepowołany usłyszał jego tajną treść. „Jeśli to, co usłyszałeś, wyniesiesz na zewnątrz – ostrzegł Morvaya – będzie z tobą kiepsko”. Por. Morvay, który czuł się bardziej Polakiem niż Węgrem, uznał jednak za swój obowiązek powiadomić, jak to sam ujął, władze podziemne. W Budapeszcie w podziemiu działali zwolennicy gen. Sikorskiego i ich właśnie powiadomił Morvay o skandalicznej treści meldunku. Tak doszło do powołania Sądu Obywatelskiego i najbardziej tajnej rozprawy w historii ostatniej wojny.
Płk. Steifera oskarżali ludzie Sikorskiego: dr Stanisław Bardzik-Lubelski, zastępca delegata Rządu Polski na Węgrzech, i mec. Adolf Witkowski, zastępca delegata ministra skarbu. Bronił go zapalony piłsudczyk mjr Stefan Benedykt. Skład sądu stanowili Adam Opoka Loewenstein z PPS i sędzia Wacław Słoniński ze Stronnictwa Narodowego. Przewodniczył gen. Jan Kołłątaj- Srzednicki. Po pięciu dniach rozprawy i przesłuchaniu stron oraz polskich i węgierskich świadków: „Sąd nie znalazł dowodów, jakoby jakakolwiek grupa obywateli dążyła do współpracy z Niemcami, ale płk dypl. dr inż. Marian Steifer źle zasłużył się Ojczyźnie". Winny czy niewinny? Były rozmowy z Niemcami czy nie? Wyrok sądu zdaje się niczego nie wyjaśniać. Cóż to bowiem znaczy, że płk Steifer źle zasłużył się ojczyźnie? I czym, skoro żadnych rozmów z Niemcami nie było? A może jednak były?

W połowie lat 80. udało mi się dotrzeć do prywatnych dokumentów Steifera. W liście do rodziny w kraju z 18 kwietnia 1941 r. pułkownik pisał: „Już kilkakrotnie robiono mi ze strony węgierskiej, i to od różnych osób, propozycje, ażebym przy pośrednictwie mego dawnego kolegi z wojny światowej poszedł na układ z gospodarzem i na współpracę. Rzekomo byłoby to chętnie przyjęte, bo on nie ma żadnego kandydata na objęcie dawnego, choć bardzo zmniejszonego mieszkania, a ma mu na tem szczególnie zależeć. Jako argument za tem wysuwają, że jednak lepiej choć cośkolwiek z mebli uratować, a zwłaszcza idzie o dzieci, które teraz cierpią najwięcej. Jak się Ty na to zapatrujesz? Z tego mogłaby być i wielka rzecz albo też i wielka hańba". "

(koniec cytatu)



W grudniu 1940 r. marszałek Edward Śmigły-Rydz ucieka z rumuńskiego miejsca internowania na Węgry - ku przerażeniu gen. Sikorskiego. Na przełomie kwietnia i maja 1941 r. przebywa w Budapeszcie. Jak pisze Baliszewski: "Pewne jest tylko to, że gdy kilka miesięcy później, w październiku 1941 r., marszałek Śmigły udawał się w swą ostatnią drogę do Polski, w Budapeszcie żegnali go regent, admirał Miklós Horthy, minister gen. Károly Bartha i płk dypl. dr Marian Steifer." Po polskiej stronie Karpat marszałka witają ludzie z organizacji wywiadowczej "Muszkieterowie" Stefana Witkowskiego - organizacji posiadającej imponującą siatkę od Lizbony po Ural, utrzymującej też dziwne relacje ze służbami brytyjskimi, niemieckimi, sowieckimi i watykańskimi.


Zróbmy przerwę na małą dygresję: Czy Śmigły-Rydz był jednym z ojców polskiej niepodległości? Część czytelników dostanie krwawej sraczki po takiej "bluźnierczej" sugestii, ale dajmy przemówić faktom. Faktem jest, że Śmigły-Rydz kierował POW w czasie, gdy Piłsudski siedział w Magdeburgu. Co więcej, to Śmigły-Rydz uczynił z POW potęgę na tajnej wojnie. Siatki naszej organizacji sięgały daleko w głąb Rosji i nawiązywały też kontakty z alianckimi tajnymi służbami. To POW sprawnie rozbroiła Niemców i Austriaków na jesieni 1918 r. Bez jej siatek nie byłoby obrony Lwowa, Powstania Wielkopolskiego, Powstania Sejnieńskiego i Powstań Śląskich. Śmigły-Rydz miał też jedną ogromną zasługę na wojnie w 1920 r. - przeprowadził sprawny odwrót z Ukrainy, dzięki któremu mieliśmy do dyspozycji wojska potrzebne do wykonania kontruderzenia znad Wieprza. Bez tych wojsk nie wygralibyśmy wojny z bolszewikami. Ten sam człowiek podjął bardzo trudną i bardzo kontrowersyjną strategiczną decyzję o wejściu Polski do wojny w 1939 r. w obozie alianckim - wiedząc, że "na polskim odcinku będzie przegrana" ale zdając sobie sprawę, że wejście w sojusz z Niemcami - państwem z góry skazanym na klęskę w wojnie światowej - będzie oznaczało koniec jakiejkolwiek państwowości polskiej po wojnie. Dlaczego więc ten sam człowiek w 1941 r. angażuje się w rozmowy z Niemcami na temat przywrócenia Polski pod ich protektoratem? Być może przekonuje go do tego przykład z czasów I wojny światowej. Graliśmy wówczas na kilku fortepianach - mieliśmy swoich ludzi u boku Państw Centralnych, Entanty i bolszewików. W czasie drugiej wojny światowej mieliśmy już swój rząd w Londynie, a powinniśmy mieć też swoich ludzi w obozie niemieckim i sowieckim. I Śmigły-Rydz podjął się tej arcytrudnej misji, zdając sobie w pełni sprawę z tego, że po wojnie może być powieszony jako "zdrajca" za reprezentowanie naszych interesów u Niemców i ratowanie biologiczno-kulturowej substancji narodu.



W październiku 1941 r. niemiecko-sowiecki front przechodzi były premier Leon Kozłowski, świeżo wypuszczony z więzienia na Łubiance. Jest jasnym, że pomagają mu ludzie Berii, który prowadzi w tym czasie swoją grę z Niemcami. Kozłowski przybywa do Warszawy, gdzie w listopadzie rzekomo spotyka się z marszałkiem Śmigłym. I znów Baliszewski: ""Do tego tajnego spotkania doszło w rejonie ulic Kopernika i Tamki. Relacjonuje ten fakt rotmistrz Czesław Szadkowski, szef ochrony osobistej Śmigłego w Warszawie, i Józef Lebedowicz, szef wydziału prezydialnego Obozu Polski Walczącej, organizacji powołanej do życia przez Śmigłego. Być może kiedyś potwierdzi się fakt obecności na tym spotkaniu grupy polskich aktywistów, a więc polityków opowiadających się za współpracą z Niemcami - z księciem Januszem Radziwiłłem, posłem Edwardem Kleszczyńskim i przedstawicielami polskiego episkopatu." Wspomniany senator Radziwiłł to jeden z osobistych agentów Berii. Wzmianka o przedstawicielach Episkopatu jest o tyle ciekawa, że Ojciec Święty Pius XII przekazał Muszkieterom poświęcone przez siebie różańce i spore fundusze.



W Warszawie Śmigły-Rydz spotykał się m.in. z takimi legendami Polski Podziemnej jak gen. Fieldorf i szef ZWZ gen. Grot-Rowecki. O czymś konferują. Zapewne chce ich przekonać do swojego planu. Muszkieterowie przerzucają, z pomocą niemieckich służb - i przy przyzwoleniu ludzi Berii, swoich emisariuszy do gen. Andersa. Podczas bankietu wydanego na ich cześć, płk Okulicki pyta o losy marszałka Śmigłego. Emisariusz rtm. Szadkowski, szef ochrony osobistej Śmigłego w Warszawie, mówi, że marszałek wraz z legionistami szykuje zamach na Sikorskiego i że Grot-Rowecki bez wiedzy i zgody Sikorskiego mianował płka Tadeusza Pełczyńskiego szefem sztabu ZWZ. To za czasów Pełczyńskiego Oddział II SG utrzymywał kanał komunikacji z Berią.

Sprawa wychodzi na jaw i z Londynu idą od Sikorskiego rozkazy uśmiercenia rotmistrza Szadkowskiego, Witkowskiego, premiera Kozłowskiego i marszałka Śmigłego-Rydza. W marcu 1942 r. zadowolony z siebie Sikorski pisze do ambasadora Kota, że naród polski odmówił udziału w krucjacie antybolszewickiej, "choćby było to związane z poważnymi koncesjami wobec Polski". Sikorskiego cieszy przede wszystkim to, że w Warszawie nie powstał konkurencyjny ośrodek władzy. Okupowaną Polską przejmuje się dużo mniej.

Wygląda jednak na to, że sprawa się rypła już na początku grudnia 1941 r. Niemcy ponoszą klęskę pod Moskwą. W jakiś czas później Hitler szokuje wszystkich wypowiadając wojnę USA (niemieckie i sowieckie służby wiedzą o przygotowywanym ataku na Pearl Harbor). Jest jasnym, że Rzesza przegra. Grot-Rowecki nie chce się bawić w rządy kolaboracyjne. Marszałek Śmigły-Rydz oficjalnie więc umiera 2 grudnia 1941 r. w mieszkaniu wdowy po generale Maxymowiczu-Raczyńskim (który zginął w dziwnych okolicznościach w Berlinie w 1938 r.) przy ulicy Sandomierskiej 18 w Warszawie. W tym domu, położony o rzut granatem od niemieckich placówek bezpieki, mieszkają funcjonariusze Gestapo i volksdeutsche. A mimo to do mieszkania Maxymowicz-Raczyńskiej pielgrzymują oficerowie polskich organizacji konspiracyjnych i oddają hołd marszałkowi - nosząc nawet wieńce ze wstęgami orderu Virtuti Militari. W kamienicy tej mieszka również pułkownik Zygmunt Polak - człowiek "łudząco podobny" do marszałka Śmigłego-Rydza, używający takiego samego pseudonimu konspiracyjnego jak on ("Adam Zawisza") i chorujący na angina pectoris, czyli dolegliwość, na którą oficjalnie zmarł Śmigły-Rydz. (Pułkownik Polak zmarł w 1982 r.)

Wersja nieoficjalna mówi, że marszałek został skazany na rozpłynięcie się w mroku historii. Po okresie aresztowania przez ZWZ/AK odnawia się u niego gruźlica. Zostaje wypuszczony i umiera latem 1942 r. w Otwocku. Rozmawiałem na ten temat z Dariuszem Baliszewskim - opowiedział mi o tym, co się z nim działo po śmierci. Cmentarz w Otwocku był tylko chwilowym miejscem jego wiecznego spoczynku. Ostatecznie spoczął w bardziej godnym miejscu. Baliszewski oparł się na relacjach ludzi absolutnie wiarygodnych - nie będę jednak zdradzał szczegółów. Niech sam o tym pierwszy napisze.


***

A w następnym odcinku przeniesiemy się do Moskwy...

***

Z ciekawości włączyłem sobie Trójkę. Puszczali muzę z czasów wojny wietnamskiej. Podekscytowany czekałem na wiadomości. Chciałem się dowiedzieć jak idzie ofensywa Tet, a szczególnie walki o Hue :)

Trójka zawsze mi się kojarzyła jako stacja dla młodzieży w wieku 50+. A już szczególną ramotą byli dla mnie Niedźwiecki oraz Hirek Wrona. Rozumiem, że w stanie wojenny fajnie się ich słuchało, ale czemu w 2020 r. w swoich listach "przebojów" jeszcze puszczali Deep Purple obok jakiś nówek? To, że 150 głosów oddanych internetowo na jedną piosenkę wywracało ich listę świadczy o tym, że mało kogo ich listy obchodziły. Ale cóż, jacyś idioci z nadania Krzysztofa Czabańskiego dali się wciągnąć w kretyńską prowokację i zrobili z tego próchna gigantyczną aferę.

Niestety, ale muszę się zgodzić ze słowami Chehelmuta dotyczącymi PiSu nie będącego żadną grupą rekonstrukcyjną sanacji, tylko raczej parlamentarnej enedcji z jej ograniczeniami i do tego zamieniającą się w typową partię władzy. Alternatywy nie widać dla niej jednak z prawej strony. Chehelmut widzi zjebanych "rozwolnościowców" pozbawionych wiedzy o tym jak działa państwo i gospodarka. Ja dostrzegam dodatkowo skażenie giertychowszczyzną. To w bezmyśli Jędrzeja "Kretyna" Giertycha tkwią korzenie sporej części zjebania polskojęzycznej prawicy - większego zaangażowania w obronę interesów Rosji, Chin czy Iranu niż Polski, czy też faryzejskiej religijności na pokaz połączonej zachowaniami niegodnymi katolika. Ale cóż, przydałby się degiertychizacja lub jakiś TuroPiS, który nie pieprzyłby się z samorządami, sędziowską kastą czy akademickimi mendami i "artystami" z sopockiej Zatoki Sztuki. Program Bereza+ jest dużo ważniejszy niż 500+. Ale czy takie ugrupowanie miałoby szanse na wygraną wśród priwislańskiego społeczeństwa? Mam wrażenie, że gdyby KO zamiast Czaskowskiego wystawiła w miejsce "hrabiny Grabskiej" Mariusza Trynkiewicza, to zyskałby podobne poparcie jak Paleciarz i mógłby wejść do drugiej tury wyborów.



Baj de łej: pamiętacie jakie heheszki Wojewódzki robił sobie ze sprawy Trynkiewicza? "Bardzo dziękujemy za udostępnienie nam dzieci dla Mariusza Trynkiewicza".

sobota, 16 maja 2020

Niepodległość: Głębokie Państwo Polskie


Ilustracja muzyczna: Sylver - Lay All Your Love on Me

Ilustracja muzyczna: Sylver - Why Worry

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale rok 2020 został ogłoszony przez Senat IX (poprzedniej) kadencji rokiem jednego z czołowych przedstawicieli Głębokiego Państwa Polskiego - pułkownika Jana Kowalewskiego.



Zaiste pułkownik Kowalewski zasłużył sobie na to jak mało kto. Ten oficer rosyjskich wojsk inżynieryjnych, polskich formacji wojskowych w rozpadającej się Rosji i POW, był twórcą radiowywiadu i znakomitych służb kryptologicznych II RP. Podczas wojny 1920 r. jego komórka była naszymi "uszami" i wniosła decydujący wkład w zwycięstwo. Jak podają popularne źródła:

"Kowalewski złamał pierwsze klucze szyfrowe Armii Czerwonej, umożliwiające odczytanie korespondencji bolszewickiej z frontów wojny domowej na Ukrainie, w południowej Rosji i na Kaukazie. Złamał też szyfry Armii Ochotniczej i „białej” Floty Czarnomorskiej, a także szyfry Armii URL, co pozwalało śledzić wydarzenia na terenach Rosji od Syberii po Piotrogród i od Murmańska po Morze Czarne. Już w styczniu 1920 r. rozpoczął łamanie szyfrów niemieckich. (...)



Rezultaty jego pracy dawały władzom Rzeczypospolitej – przede wszystkim Naczelnikowi Państwa i Wodzowi NaczelnemuJózefowi Piłsudskiemu wgląd w najtajniejsze decyzje wszystkich stron konfliktu wojny domowej w Rosji: wojsk białej i czerwonej Rosji, wojsk ZURL i Ukraińskiej Republiki Ludowej, a także innych państw sąsiadujących z Polską.



W czasie Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 r. informacje polskiego radiowywiadu zorganizowanego przez Kowalewskiego miały bezwzględnie rozstrzygający wpływ na decyzje strategiczne Józefa Piłsudskiego i w konsekwencji na rozmiar zwycięstwa Wojska Polskiego nad nacierającą na Warszawę Armią Czerwoną."
(koniec cytatu)



Po zakończeniu wojny z bolszewikami został skierowany do polskiej wojny hybrydowej na Śląsk, gdzie został szefem wywiadu wojsk III Powstania Śląskiego.

Później kontynuował służbę w wojsku i wywiadzie. W 1923 r. pojechał do Tokio, gdzie szkolił "japońskich imperialistów" w łamaniu sowieckich szyfrów. (Polska i Japonia współpracowały również m.in. w badaniach nad bronią biologiczną.)  W latach 1928-1933 był attache wojskowym w Moskwie. Obdarzony fotograficzną pamięcią wysyłał do centrali bardzo dokładne rysunki sowieckiego sprzętu wojskowego. W latach 1933-1937 był attache w Bukareszcie a z tej placówki przeniósł się na stanowisko szefa sztabu Obozu Zjednoczenia Narodowego, czyli najbardziej zajebistej partii politycznej w dziejach Polski.


Powyżej: Jeden z symboli OZN - nawiązujący graficznie do starego słowiańskiego symbolu Sważycy.




Pułkownik Kowalewski w końcówce lat 30-tych uważał, że Polska potrzebuje swojego własnego faszyzmu, który stałby w kontrze do niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu. Proponował nazwać tę ideologię "polonizmem".

Jest więc ogromną anomalią, że ekstremalnie mściwy i pamiętliwy gen. Sikorski nie poddał płka Kowalewskiego czystkom. Może po prostu nie panował nad swoimi służbami wywiadowczymi? A może Kowalewski miał zbyt mocne "plecy" u Brytyjczyków? Kowalewski na przełomie 1939 i 1940 angażuje się w tajne operacje w Rumunii i w plan rozszerzenia wojny na Bałkany. W styczniu 1940 r. trafia do Paryża a w czerwcu ewakuuje się z niego do Lizbony. W Portugalii jest szefem kluczowej placówki Oddziału II, a także centrali wywiadowczej na Europę Zachodnią podległej równoległym służbom Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jakimś cudem udaje mu się omotać ministra Stanisława Kota -  skrajnie nieudolnego a przy tym bardzo ciętego na "sanatorów" przydupasa premiera Sikorskiego. (Kot gdy był ambasadorem w Kujbyszewie celowo olał sprawę ratowania byłego premiera Aleksandra Prystora. Mieliśmy taką możliwość, ale Kot widocznie uznał, że lepiej będzie, gdy Prystor umrze w więziennym sowieckim szpitalu.)



Portugalia jest jednym z krajów kluczowych dla tajnej wojny prowadzonej na kontynencie. To autorytarne państwo rządzone przez katolickiego ekonomistę profesora Antonio Salazara nieoficjalnie bardzo blisko współpracuje z Wielką Brytanią i USA, a jednocześnie pośredniczy w handlu Niemiec ze światem. Skutkuje to m.in. szybkim przyrostem portugalskich rezerw złota. Niemcy od 1940 r. masowo transferują złoto do Hiszpanii i Portugalii, którym płacą za potrzebne im surowce strategiczne takie jak wolfram. Tylko od czerwca 1942 r. do grudnia 1943 r. przejechało przez stację kolejową Canfranc przy granicy francusko-hiszpańskiej 86 ton złota. A równocześnie wiele ton kruszcu było transportowane ciężarówkami. Kowalewski wraz innymi oficerami Oddziału II podkradał to złoto Niemcom. Nasz wywiad tworzył we Francji firmy transportowe, które wykonywały zlecenia dla Niemców - w tym przewóz złota! Wiemy, że Oddział II całkowicie kontrolował m.in. zaangażowaną w transporty złota do Hiszpanii spółkę Societe de Transport a Touluse Francis Dufrage. Historia jeszcze lepsza niż w "Złocie dla zuchwałych"... :)



Polskie służby były w tym czasie we Francji potęgą a pod opieką naszych służb znajdowały się takie grupy jak choćby Polska Organizacja Walki o Niepodległość kryptonim "Monika". Blisko współpracowała ona z brytyjskim SOE a zwalczała jednocześnie Niemców i komunistów - tych drugich likwidując i wystawiając Gestapo. Po wojnie polscy weteranie tych organizacji, wspólnie z mafią korsykańską, gnębili francuskich komuchów na zlecenie Amerykanów. (Dlaczego o tym wspominam? Choćby ze względu na rolę polskich siatek wywiadowczych we Francji w zamachu na Gibraltarze. Wszystko w tej historii łączy się bardziej, niż się spodziewacie.)


Powyżej: Marszałek Piłsudski rozmawia z ministrem spraw zagranicznych Królestwa Włoch, znanym faszystą, kawalerem Orderu Orła Białego Dino Grandim - człowiekiem, który w lipcu 1943 r. odebrał władzę Mussoliniemu.



Węgierski przywódca, wielki przyjaciel Polski, admirał Miklos Horthy z królem Włoch



Rumuński de facto dyktator marszałek Ion Antonescu


Płk Kowalewski prowadził w trakcie wojny również operację "Trójnóg". Miała ona na celu odciąganie Włoch, Rumunii i Węgier od sojuszu z Niemcami. Co jakiś czas konferował on z dyplomatami i szpiegami z tych krajów. Jego aktywność była zakrojona na tak dużą skalę, że zaniepokoiła samego Stalina. Paranoiczny sowiecki dyktator zażądał w trakcie konferencji w Teheranie, by odwołano płka Kowalewskiego z placówki w Lizbonie! Brytyjczycy zażądali tego w marcu 1944 r., dzień po wdarciu się armii sowieckiej na Węgry, od Mikołajczyka a Mikołajczyk oczywiście błyskawicznie spełnił ich życzenie. Wcześniej Kowalewski Brytyjczykom jakoś nie przeszkadzał - negocjacje prowadzone z wybitnymi włoskimi faszystami dotyczące opuszczenia Osi przez Włochy toczyły się właśnie w Portugalii, zapewne na gruncie zbudowanym już przez Kowalewskiego.

Jak czytamy w oficjalnej publikacji:



"Najważniejszym jednak czynnikiem był fakt, iż ppłk Kowalewski znał doskonale Rumunię, jako że pełnił w tym kraju z powodzeniem funkcję attaché wojskowego. Wyrobiwszy sobie tam wyjątkowo mocną pozycję, cieszył się poważaniem i zaufaniem, które w czasie wojny okazać się miało nader przydatne. Pierwszym jego poważnym kontaktem na kierunku rumuńskim był list wysłany przez polskiego oficera do marszałka Antonescu, z którym od lat pozostawali w bliskich osobistych stosunkach (Kowalewski znał rumuńskiego przywódcę z czasów, gdy pełnił funkcję polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie; obaj m.in. jeździli razem na narty do Predeal w Karpatach). Pismo zawierało powołanie się na wspólne interesy polityczne oraz wyrażało gotowość do utrzymywania dwustronnych kontaktów. Polityk rumuński przekazał ustnie pozytywną odpowiedź za pośrednictwem zaufanego posłańca. Zapoczątkowany został w ten sposób stały kontakt polskiej placówki lizbońskiej z oficjalnymi czynnikami rumuńskimi, który przetrwał nawet odwołanie ppłk. Kowalewskiego do Londynu w marcu 1944 r., choć uległ wtedy dużemu osłabieniu. Marszałek Antonescu wydawał wręcz polecenia kontaktowania się szeregu rumuńskich wysłanników z polskim oficerem.
Kowalewski niezmiennie przekonywał Rumunów, że Hitler wojnę przegra. Zdaniem polskiego MSW, nie raz polskie podpowiedzi były uwzględniane w rumuńskiej polityce. Poza kontaktem z oboma Antonescu, dyktatorem oraz stawiającym w swej reasekuracyjnej polityce na króla Michała wicepremierem Mihai’em („Icą”), utrzymywano także stosunki z proaliancką częścią opozycji. W rezultacie relacje rumuńskiego świata politycznego z Polakami wybijały się na czoło prób nawiązania kontaktu z aliantami. Wytworzyła się w tym względzie sieć agentów, łączności, kontaktów, intryg i oddziaływań, wymagająca niezwykle subtelnej polityki.
Polskim celem było prowadzenie antyniemieckiej dywersji politycznej, co miało doprowadzić do zerwania przez Rumunię z Osią przy propagowanej przez Polaków tezie, że potencjalnie proaliancka Rumunia weszła do wojny po stronie niemieckiej pod przymusem, wbrew swej woli. Ppłk Kowalewski miał duży udział w przekonywaniu Rumunów, że zwycięstwo aliantów było nieuniknione. Polacy przekonywali swoich partnerów, iż najważniejszym krokiem byłoby dążenie do wycofania wojsk rumuńskich z frontu wschodniego."

(koniec cytatu)



Kowalewski prowadził również w Lizbonie dialog z przywódcą niemieckiej (manipulowanej przez Himmlera, chcącego się pozbyć Hitlera) opozycji: szefem Abwehry admirałem Wilhelmem Canarisem (który często jeździł incognito na Półwysep Iberyjski), płk Erwinem Lahousenem i generałem Alexandrem von Falkenhausenem, wojskowym gubernatorem Belgii. Niemieccy rozmówcy Kowalewskiego poinformowali go m.in. o przygotowaniach do ataku na ZSRR i wyrażali opinię, że trzeba stworzyć polski rząd kolaboracyjny. Proponowali nawet zorganizowanie spotkania... generała Sosnkowskiego z Hitlerem!



W potajemnych rozmowach z Niemcami i Włochami uczestniczył również Jan Szembek, były wiceminister spraw zagranicznych, bliski współpracownik Józefa Becka. Tego samego Becka, którego gen. Sikorski nienawidził i pomawiał o bycie niemieckim agentem. (Przypomnijmy, że jeden z zabójców z kompanii Mirandczyków, z którymi Sikorski miał bliskie spotkanie na Gibraltarze w dniu swojej śmierci używał fałszywego nazwiska... Józef Beck.) Abwehra prowadziła również sondażowe rozmowy z Beckiem w Rumunii w 1940 r., namawiając go na powrót do Polski a także nawiązała kontakt z sekretarzem ambasady polskiej w Bukareszcie Jerzym Giedroyiciem. 

Informacje o sondażach prowadzonych w Rumunii przez Niemców wywołały strach i wściekłość gen. Sikorskiego. O rozmowach prowadzonych z Niemcami przez kilka lat w Portugalii jednak prawdopodobnie nic nie wiedział. A przecież już w lipcu 1940 r. płk Kowalewski napisał tzw. Memoriał z Lizbony. Ten dokument, wysłany do niemieckiego MSZ, mówił o konieczności stworzenia w Polsce ośrodka politycznego konkurencyjnego wobec rządu londyńskiego. Państwo polskie miałoby zostać odbudowane i przesunięte o "kilka stopni geograficznych" na Wschód. Oczywiście byłoby to rozwiązanie tymczasowe. Pułkownikowi Kowalewskiemu zależało na oszczędzeniu polskiej krwi i zakończeniu okupacji niemieckiej - podczas gdy rząd londyński dbałby o polskie interesy u aliantów, rząd warszawski reprezentowałby nasze interesy u Niemców.



To, że propozycję taką złożył człowiek z sanacyjnego Głębokiego Państwa nie może dziwić. To, że podpisali się pod nią tacy "realiści" jak Stanisław-Cat Mackiewicz czy płk Ignacy Matuszewski też nie dziwi. Ale podpisali się pod nią też: Jan Szembek, taki zasłużony społecznik i dyplomata jak Emeryk Hutten-Czapski, były endecki minister skarbu Jerzy Zdziechowski, działacz endecki Stanisław Strzetelski (szef biura pomocy uchodźcom polskim w Portugalii), przywódca Stronnictwa Narodowego Tadeusz Bielecki (ten koleś, co później wywalił z SN znanego debila Jędrzeja Giertycha za wiernopoddańczy list do Chruszczowa), czy działacz ONR Jerzy Kurcyusz (późniejszy doradca NSZZ "Solidarność"!) świadczy o tym, że istniało wówczas ponadpartyjne porozumienie dotyczące gry z Niemcami.

Na liście osób, które podpisały Memoriał z Lizbony znajdziemy zarówno przeciwników politycznych Sikorskiego jak i osoby, które pracowały dla jego administracji. Wobec żadnego z nich Sikorski nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Bo zapewne nie wiedział o memoriale. Świadczy to o tym, że nie kontrolował tego, co się dzieje we własnych tajnych służbach. W czasie gdy zajmował się polowaniami na takich "sprawców klęski Wrześniowej" jak np. naczelny lekarz WP czy oficerowie, którzy byli już od dawna na emeryturze, trzymał w kluczowych instytucjach ludzi będących jego śmiertelnymi wrogami. Funkcjonariuszy Głębokiego Państwa Polskiego.



Przypomnijmy odnalezioną przez przez Dariusza Baliszewskiego depeszę płka Stanisława Karo z Oddziału II N.W. w Lizbonie do płka Michała Protasewicza, dowódcy Oddziału VI N.W. z 25 czerwca 1943 r. :

"Gralewski Jan pseudonim Pankracy wyjechał z Polski 8 lutego na rozkaz ZWZ, wyjechał 23 (czerwca) - odwołany z puczu na Gibraltar celem ewakuacji do Londynu pod nazwiskiem Nowakowski Jerzy, w Lizbonie nie był".

Lizbona to teren płka Kowalewskiego. I miejsce, gdzie prowadzą niektóre wątki zamachu na Gibraltarze, a konkretnie te dotyczące ekipy zabójców.

To co się wydarzyło 4 lipca 1943 r. na "Skale" nie było żadnym wypadkiem lotniczym. Było skomplikowanym samobójstwem - śmiercią w wyniku samobójczej polityki kadrowej.

***

A w następnym odcinku: pojawi się Rudolf Hess.

***


Pisałem niedawno, że głupota jest u Grabskich dziedziczna. No i wykrakałem, bo w rocznicę zamachu majowego zrzucona z Mostu Poniatowskiego została prawnuczka prezydenta Wojciechowskiego. Upokorzono ją wcześniej jak jakimś japońskim pornosie. Feministki nabrały wody (a może innej substancji...) w usta. Zastąpił ją koleś, który ogłosił, że "w Warszawie zaczęła się fala" przypominając wszystkim gównoburzę po awarii w oczyszczalni "Czajka". Mimo to, nie lekceważyłbym go - w polityce nigdy nic nie wiadomo, a głupota ludzka nie zna granic. 



W USA jeszcze ciekawiej. Biden pogrąża się w demencji i zetrze się z również zmęczonym przez starość Trumpem. Byleby tylko Hillary nie wyskoczyła jako kandydatka na wiceprezydenta. Wówczas przez pierwsze miesiące nowej administracji będzie ona pracowała. Nad nekrologiem Bidena.

sobota, 9 maja 2020

Niepodległość: Skała


Ilustracja muzyczna: Shanguy - Desole (Wyobraźcie sobie Hitlera zwiedzającego w 1940 r. i słuchającego tego utworu :)

„Skoro byliśmy zdecydowani pozwolić Hitlerowi na pożarcie Polski bez poważniejszej interwencji z naszej strony, nasuwa się pytanie, po co wypowiedzieliśmy wojnę we wrześniu 1939 roku?” – płk Adolphe Goutard, "Wojna straconych okazji".




Francja mogła w 1940 r. bez większego problemu pokonać Niemcy. Jeśli tego nie zrobiła, to głównie z powodu załamania morale i fatalnego przywództwa wojskowego i politycznego. Już po pierwszej porażce pod Sedanem (której dało się uniknąć - wystarczyło rzucić do boju dwie stojące bezczynnie dywizje pancerne!) władze kraju i dowództwo armii uznały, że nic nie da się już zrobić. Szybko przeszły do konkluzji, że pozostaje im już tylko stać się częścią niemieckiej Europy.



Totalnie nie popisało się wówczas też polskie kierownictwo polityczno-wojskowe. Generał Sikorski był człowiekiem ślepo zapatrzonym we Francję (wykonującym też dla niej pracę agenturalną). Jednocześnie jednak był człowiekiem, który totalnie nie rozumiał swojego francuskiego protektora. Tak więc na posiedzeniu rządu w dniu 28 maja 1940 r. zapewniał ministrów, że "nie ma mowy o załamaniu moralnym we Francji" i że "niezłomne postanowienie wytrwania za wszelką cenę aż do zwycięskiego końca jest mocniejsze niż kiedykolwiek".  7 czerwca przekonywał, że problemy  Francji są tylko przejściowe i że wkrótce dojdzie do całkowitego odwrócenia sytuacji. Kilka dni później przekonywał, że "Petain i Weygand symbolizują jedność w prowadzeniu wojny aż do zwycięstwa". Głosił taką tezę wówczas, gdy ci dwaj dowódcy szykowali już Francję do kapitulacji. 



10 czerwca opuszczając Paryż mówił, że jedzie do Weyganda, by przedstawić mu swój "zbawczy plan" uderzenia na flankę niemiecką wojskami z Linii Maginota. Przez tydzień błąka się po Francji, nie wiedząc, że Weygand przeniósł się do Bordeaux. 12 i 14 czerwca depeszuje do rządu  w Angers, by nie spieszyć się z ewakuacją, bo "sytuacja jest dobra i poprawia się". Przypomnijmy: 14 czerwca to dzień wkroczenia Niemców do porzuconego Paryża. W nocy z 16 na 17 czerwca rozmawia z prezydentem Władysławem Raczkiewiczem i próbuje go przekonywać, że "nie jest tak źle". Raczkiewicz krzyczy na niego, by "pozbył się złudzeń" i wracał jak najszybciej. Sikorski odpowiada, że nie może, bo ma następnego dnia ważną rozmowę z Weygandem. Prezydent zaskakuje go mówiąc, że Weygand jest w Bordeaux.



Sikorski wyjeżdżając na tydzień w poszukiwaniu Weyganda nie zostawił swojemu sztabowi żadnych rozkazów. Sterroryzował za to swój sztab wybuchając złością na sugestię, by wycofać niezaangażowane w walkę polskie oddziały i jednostki tyłowe za Loarę. Gen. Kukiel przez tydzień nie chce więc wydawać żadnych rozkazów polskim wojskom bez wiedzy Sikorskiego. A z Sikorskim nie jest w stanie się skontaktować. Naczelny Wódz po prostu zniknął. Dzisiaj krytykujemy np. gen. Rómmla za to, że "porzucił" Armię Łódź i wyjechał do Warszawy (Kutrzeby za to samo nie krytykujemy, bo wiadomo, jest bohaterem bez skazy) i straszliwie się zżymamy na marszałka Śmigłego-Rydza za ewakuację do Rumunii. Co jednak sądzić o Wodzu Naczelnym, który w ogniu walk na tydzień zrzeka się dowództwa i zrzuca mundur? Generał Sikorski pozbył się munduru, pod wpływem panicznej pogłoski o Niemcach zmierzających do miasteczka, w którym się zatrzymał. Później musiano instruować miejscowego krawca jak uszyć mundur polskiego Wodza Naczelnego...



Polskie wojsko toczy bohaterskie walki pod Lagarde, Montbard i Clou du Doubs. Nasze jednostki zostały jednak rzucone na front oddzielone od siebie. Sztab z gen. Kukielem na czele nic nie robi, by temu zapobiec. No może, poza prośbami do Francuzów, by bardziej rozumnie wykorzystywali nasze siły. Co więcej - nasze kierownictwo wojskowe marnuje Samodzielną Brygadę Strzelców Podhalańskich, którą ze zwycięskich walk w Norwegii zamiast do Anglii wysłano już w czerwcu do Bretanii! Liczące ponad 80 tys. wojsko zostaje zaprzepaszczone, dlatego że sztab nie przygotowuje jego ewakuacji. Ci sami sztabowcy drwili wcześniej z ewakuacji WP do Rumunii i na Węgry. No cóż, tamta ewakuacja była wzorem profesjonalizmu i dalekowzroczności.



Rząd ewakuuje się 14 czerwca z Angers do Libourne pod Bordeaux. Francuski premier Paul Reynoud  mówi ministrowi Augustowi Zaleskiemu (piłsudczykowi i znanemu masonowi), by polski rząd i wojsko w ciągu 3-4 dni ewakuowały się do Anglii. Zaleski zaczyna organizować ewakuację w porozumieniu z Brytyjczykami, ale oponuje znany idiota płk Izydor Modelski oraz...generał Sosnkowski. Twierdzą oni, że decyzję w tej sprawie może podjąć tylko gen. Sikorski. Kontakt z Sikorskim zostaje nawiązany dopiero w nocy z 16 na 17 czerwca a 17-go wydaje on zgodę na ewakuację rządu i prezydenta. Raczkiewicz i Zaleski w ostatniej chwili odpływają na brytyjskim okręcie, unikając niemieckich nalotów bombowych do Anglii. Prezydenta Raczkiewicza 21 czerwca król Jerzy V wita na londyńskim dworcu kolejowym. Sikorski przez parę dni nie wie, co ma robić ze sobą, aż przylatuje po niego "szara eminencja' Józef Rettinger i zabiera go wraz z gen. Sosnkowskim i paroma oficerami do Londynu. Z wojska udaje się przedostać do Wielkiej Brytanii tylko 15 tys. żołnierzy. Polskie rezerwy złota nie zostają ewakuowane - przechwytują je Francuzi i wywożą do Afryki. Przez kilka lat walczymy o nie w nowojorskich sądach - wygrywamy dzięki zaangażowaniu braci Dulles. 


Sikorski zapomniał co prawda o polskim złocie, ale nie zapomniał o swoich przeciwnikach politycznych więzionych w obozie internowania w Cerizey. Zapewnił im transport do Wielkiej Brytanii, tylko po to by wsadzić ich do obozu karnego na Wyspie Węży.  W obozie tym przebywają piłsudczycy, oskarżani o "sprawstwo klęski wrześniowej". W większości są to ludzie, którzy nie mieli żadnego wpływu na przebieg działań wojennych w 1939 r. a nawet byli wówczas poza wojskiem i polityką, ale przed laty czymś podpadli sitwie Sikorskiego. Wśród osadzonych są m.in.:  inicjator Powstania Wielkopolskiego - por. Mieczysław Paluch, inny bohater tego zrywu - dr. Wojciech Jedlina-Jacobson,  wojewoda śląski Michał Grażyński (bohater Powstań Śląskich), mjr Jerzy Niezbrzycki, kierownik wydziału "Wschód" w Oddziale II Sztabu Generalnego, czy gen. Stanisław Rouppert, naczelny lekarz Wojska Polskiego. Internowani są również niektórzy oficerowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy krytykowali dowodzenie Sikorskiego we Francji - np. płk Władysław Dec z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Znany pisarz i pilot Janusz Meissner trafia do obozu, za wydanie jednego numeru pisma satyrycznego "Spitfire". 



Sikorski stawia wyżej lojalność polityczną niż zdolności. Na przyjęcie na jakąś sensowne stanowisko dowódcze w wojsku nie mają co liczyć tacy bohaterowie Września jak płk Adam Epler czy płk Wilhelm Orlik-Ruckemann. Gdy były premier gen. Felicjan Sławoj-Składkowski prosi o możliwość przyjęcia do armii jako zwykły, szeregowy lekarz, dostaje w odpowiedzi chamski list od Sikorskiego. 



Żołnierzom polskim, którzy przybywali od 1939 r. we Francji kazano "trzymać głowę nisko" i pamiętać, że "reprezentujecie kraj pokonany". Emigracyjna prasa ówcześnie starała się maksymalnie zohydzać II RP. Podważano nawet legalność Konstytucji Kwietniowej - na podstawie której działały przecież władze RP na uchodźstwie! W wojsku zakazano śpiewać legionowe piosenki, ale namawiano by śpiewano pieśni o gen. Sikorskim, Kukielu czy nawet płk Modelskim. Modelski znany był z tego, że w czasie I wojny światowej prowadził działalność donosicielską dla austriackich władz a podczas zamachu majowego dowodził pułkiem na warszawskiej Cytadeli. Gdy ogłosił neutralność, żołnierze zamknęli go w kiblu i ruszyli na pomoc Piłsudskiemu. Komuniści uczynili tego prezesa Związku Hallerczyków (co ciekawe hallerczyka pochodzenia żydowskiego) attache wojskowym w Waszyngtonie w latach 1946-1949. Gdy chcieli go odwołać ze względu na rażącą nieudolność, przeszedł na stronę Amerykanów. 

Cofnijmy się jednak nieco w przeszłość, by lepiej oświetlić pewne sprawy...



Płk Józef Jaklicz wspominał jak 17 września 1939 r. gen. Sikorski zgłosił się do niego w Kołomyji. Znali się bardzo dobrze z wojny 1939 r. i bardzo lubili. Sikorski powiedział, że z upoważnienia gen. Sosnkowskiego chce się skontaktować z marszałkiem Śmigłym-Rydzem. Namawiał Naczelnego Wodza do ewakuacji poprzez Rumunię do Francji! Mówił, że ma we Francji liczne znajomości a jego przyjacielem jest generał Maurice Gamelin (ten sam, który nie pomógł nam w 1939 r. i zawalił sprawę w 1940 r.), więc chętnie pomoże marszałkowi w budowie armii polskiej na ziemi francuskiej. W tym momencie marszałek Śmigły-Rydz jeszcze nie myślał o ewakuacji do Rumunii - chciał szukać śmierci przebijając się z garstką oficerów pod Lwów.

18 września już po rumuńskiej stronie granicy Sikorski ponownie rozmawiał z Jakliczem. Sondował go co ma robić. Jaklicz odparł, że to co wcześniej ustalono z Naczelnym Wodzem. Sikorski przerwał rozmowę i bardzo chłodno się z nim pożegnał. Jaklicz później przez wiele miesięcy nie mógł się doprosić stanowiska w WP we Francji, aż w czerwcu 1940 r. powierzono mu dowództwo piechoty dywizyjnej 3 Dywizji Piechoty, która nie była jeszcze do końca uformowana. 

Po kampanii francuskiej został na terenie Francji, kierując tam do 1944 r. konspiracyjnym Wojskiem Polskim. Był więc wodzem polskiej tajnej wojny na terenie tego kraju.

A działo się tam wiele. Ale bardzo niewiele o tej tajnej wojnie wiemy. Dlaczego to francuskie ogniwo jest ważne? Choćby dlatego, że według ustaleń Dariusza Baliszewskiego, w grupie 95 polskich żołnierzy tzw. mirandczyków, z którymi widział się Sikorski na Gibraltarze 4 lipca 1943 r. był kilkunastu ludzi ze służb specjalnych z fałszywymi tożsamościami. Trzech z nich wykonywało wcześniej wyroki śmierci wydawane przez "oficerskie sądy kapturowe we Francji".

I jeszcze jedno: wielokrotnie pewnie czytaliście o majorze Galinacie, który 27 września w brawurowy sposób dostaje się samolotem ukradzionym z rumuńskiego lotniska do oblężonej Warszawy i wręcza gen. Rómmlowi rozkaz marszałka Śmigłego-Rydza o utworzeniu armii podziemnej. Wiecie co się z nim później stało? Był jednym z pierwszych więźniów Wyspy Węży. Gdy zostaje wypuszczony z obozu, zaczyna w lutym 1943 r. tworzyć Samodzielną Kompanię Grenadierów, czyli oddział komandosów przeznaczony do akcji w okupowanej Francji. A co jeżeli jej pierwsza akcja została przeprowadzona na Gibraltarze?



Odnaleziona przez Dariusza Baliszewskiego depesza płka Stanisława Karo z Oddziału II N.W. w Lizbonie do płka Michała Protasewicza, dowódcy Oddziału VI N.W. z 25 czerwca 1943 r. :

"Gralewski Jan pseudonim Pankracy wyjechał z Polski 8 lutego na rozkaz ZWZ, wyjechał 23 (czerwca) - odwołany z puczu na Gibraltar celem ewakuacji do Londynu pod nazwiskiem Nowakowski Jerzy, w Lizbonie nie był"

***

A w kolejnym odcinku serii Niepodległość przeniesiemy się do wojennej Lizbony i Madrytu.

***

Niektórzy hejterzy narzekają, że za dużo zajmuję się historią. Zwykle jednak ci sami ludzie tarzają się w historycznych analogiach, nazywając obecną ekipę rządzącą "grupą rekonstrukcyjną sanacji". No cóż, moim zdaniem porównywanie Zjednoczonej Prawicy do sanacji to dla niej zbyt duży komplement. Ale z punktu widzenia zwolenników tej formacji, przynajmniej Jarosław Gowin nie zachował się teraz jak generał Sosnkowski w 1939 r. i nie przeszedł na stronę "puczystów" chcących zdobyć władzę w wyniku kryzysowego chaosu.

Skoro jednak obecna władza ma być "grupą rekonstrukcyjną sanacji", to co rekonstruują partie opozycyjne? W przypadku PSL nie ma wątpliwości - rekonstruuje ono PSL "Piast" tak pięknie opisane w "Mateuszu Bigdzie". Mam na myśli oczywiście spryt polityków tej formacji - rozgrywają PO, tak jak dawny PSL rozgrywał endecję. Zresztą KO do pewnego stopnia jest grupą rekonstrukcyjną parlamentarnej endecji. Co prawda jej elektoratowi nie przejdą przez gardło słowa "Naród" czy "Bóg", ale jego oparta na mieszczaństwie struktura jest bardzo podobna. Oczywiście nie porównuje ich do NSZ czy ONR - to inne pokolenie. Widać jednak, że w obecnej kampanii wyborczej chwalili się pochodzeniem swojej kandydatki od Grabskich. Tych samych Grabskich, których Pękosławski idealnie obśmiał w swoich wspomnieniach za ich bezdenną głupotę.Mamy wreszcie też grupy rekonstrukcyjne niemieckiej piątej kolumny (niektórzy z nich przebierają się nawet na Śląsku w mundury Freikorpsów czy innych formacji LGBT) i KPP. Zastanawiam się jednak gdzie zakwalifikować byłego rezydenta Komorowskiego z jego groźbami, by Gowin uważał na siebie w ciemnym zaułku? Bo tak samo KPP groziła "zdrajcom" i "prowokom".