sobota, 27 sierpnia 2022

Dugin zabił córkę, bo kazał mu kotek

 


Ilustracja muzyczna: Dear You - Higurashi OST

Raszystowskie tajne służby same się przyznały do wysadzenia w powietrze Darii Dugin. Przyznaniem się przez nie do winy jest kretyńska historyjka o bojowniczce Azowa (z którym oczywiście nie miała nic wspólnego - po prostu FSB nie zna innych oddziałów armii ukraińskiej), która przyjechała do Rosji z legitymacją swojego oddziału  podłożyła bombę pod samochodem Duginówny, a potem wraz ze swoją małoletnią córką uciekła Mini Cooperem do Estonii, przez zamkniętą granicę. Żeby było zabawniej, domniemana zabójczyni była związana z rosyjskim kolaborantem. Służby wyraźnie nie uzgodniły wersji między sobą, bo równolegle wymyśliły terrorystyczną organizację opozycyjną, która wzięła na siebie odpowiedzialność za zamach. Zgrany stalinowski schemat. 

Dlaczego więc zabito Duginównę? I tutaj zaczynają się domysły. Grzegorz Kuczyński podsumowując siedem wersji krążących w rosyjskojęzycznym necie, przypomina o pewnym epizodzie: "W 2014 roku, podczas urlopu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w morzu utonął – w budzących do dziś wiele wątpliwości okolicznościach – starszy syn ówczesnego szefa administracji prezydenckiej Aleksandr Iwanow. Do dziś uważa się, że było to ostrzeżenie dla Siergieja Iwanowa, niedoszłego prezydenta, ministra obrony, w końcu szefa administracji kremlowskiej. Na dodatek był to okres wojny w Donbasie, konfliktu z Zachodem i sankcji – co wielu ludziom w Moskwie niekoniecznie się podobało. Po śmierci syna Iwanow ograniczył aktywność polityczną, a latem 2016 roku zrezygnował z ważnej funkcji i przestał się niemal zupełnie liczyć." Romuald Szermietiew zauważa, że obłędna wizja Dugina mówiąca o budowie imperium euroazjatyckiego przestała pasować do realiów i stała się niewygodna dla Kremla. Jurij Felsztyński wprost twierdzi natomiast, że zamachem stała GRU. 



Zamach nie był bynajmniej fuszerką. Celem nie był Dugin tylko jego córka. To na nią był zarejestrowany samochód, w którym podłożono bombę. Duginówna zostawiła wcześniej swoje autko na parkingu strzeżonym, na którym dziwnym trafem akurat nie działała  kamera ochrony. Diarrhea ("Diarrhea, cza cza cza!!!" - Beavis i Butthead) prowadziła własną działalność biznesową - robiła interesy z Prigożynem, patronem wagnerowców. W rosyjskojęzycznym necie spotkałem się z teorią, że wyeliminowaną ją w ramach akcji usuwania ludzi odpowiedzialnych za defraudacje pieniędzy tajnych służb. Duginówna miała być odpowiedzialna za przekazywanie kasy na kampanię Marine Le Pen. Kasa jednak jakość nie dotarła. Być może nawiązaniem do tego było nazywanie Duginówny w materiałach wspominkowych moskalskiej telewizji "rosyjską Marine Le Pen". :)

Mnóstwo ciekawych rzeczy na ten temat napisał oczywiście Generał SWR. Według niego, Dugin został nagrany przez swojego znajomego generała FSB. Poszedł do niego się wyżalić. Opowiadał jak snuł się ulicami Moskwy rozmyślając o tym dlaczego Putin nie angażuje się w wojnę na Ukrainie "na pełną skalę". W pewnym momencie zauważył na płocie kotka. (Nya!) Kotek ruszył łapką w jego stronę i zniknął. 


Po 150 metrach Dugin zauważył truchło tak samo wyglądającego kota. Uznał to za ZNAK. Zrozumiał wówczas, że ten kto głosi jakąś ideę, musi być gotowy się dla niej poświęcić. Nawet jeśli to poświęcenie oznaczałoby śmierć najbliższej mu osoby. 

Wpadł więc na pomysł, że poświęci własną córkę, by skłonić Putina do ostrzejszego prowadzenia wojny. Wszak Putin też ma córki, więc zamach wrażych, zachodnich służb na Duginównę powinien nim wstrząsnąć i natchnąć myślą o zemście na "atlantystach". 

Generał FSB słuchał tego zszokowany. Zaproponował Duginowi, że może sfingować zamach na jego córkę. Upozorować jej śmierć, a na miejscu zamachu zostawić trudne do rozpoznania spalone ciało kobiety. Dugin uparł się jednak, że zamach musi być przeprowadzony na serio, bo gdyby inscenizacja wyszła na jaw, byłaby wielka afera. FSB przyjęła więc ofertę Dugina. Wiedział on, że jego córka zostanie zabita, ale nie znał daty zamachu, ani sposobu zabójstwa. 

Powyżej: To oczywiście tylko mem, na którym ktoś sobie kpi z Dugina. Ale bliski prawdy.

Teoria o Duginównie jako o ezoterycznej ofierze sakralnej ma swoich zwolenników. Jak zauważył Siergiej Sumlenny, Dugin w kwietniu 2020 r. napisał, że członkowie elit powinni wśród swojego potomstwa mieć dzieci przeznaczone tylko do jednego celu: złożenia ich w ofierze, by odzyskać przychylność bogów. Przypomniał w nim m.in. o starożytnych ofiarach z córek (znanych choćby z "Iliady" czy z biblijnej opowieści o Jeftem). Pamiętajmy też, że Dugin leczył się kiedyś psychiatrycznie - jak wszyscy widzimy, terapia była nieskuteczna. W czasach sowieckich mieszkał bodajże z Limonowem i jednym z czołowych rosyjskich punkowców. Kazali mu się wyprowadzić, bo uznali, że koleś jest zbyt popieprzony jak na ich standardy. Bywało, że w środku nocy krzyczał, że Kozacy chcą ich wytruć gazem i zabierał się do uszczelniania okien materacami.


Teorię o ofierze sakralnej czyni bardziej prawdopodobnym to, że Dugin uczynił z pogrzebu swojej "Urszulki" wielką szopkę, na której mówił o... ofierze sakralnej. Coś zbyt dobrze się na tym pogrzebie bawił...

Jeśli Dugin miał intencję wstrząsnąć Putinem, to wyraźnie przecenił empatię kremlowskiego karzełka. Według Generała SWR, Putin dostał od FSB raport mówiący, że za zabójstwem Duginówny stoją brytyjskie tajne służby, które mściły się w ten sposób za otrucie Nawalnego i Skripalów. (Zauważyliście, że przy okazji Margarita Simonian, szefowa Russia Today, przyznała, że to Rosja odpowiada za próbę zabójstwa Skripalów?). Nie myślał wówczas jednak o zemście. Kazał zwiększyć ochronę swoich dzieci, a w jego ślad poszli jego spanikowani współpracownicy. Szybko jednak zorientował się, że raport przedstawiony przez FSB był totalną lipą.

Na videokonferencji z czołowymi członkami swojej ekipy zadał więc pytanie: - Czy wyglądam jak królik? ("Czy Marcellus Wallace wygląda jak kurwa?"). Gdy skonsternowani akolici odpowiedzieli, że "nie", odparł: - Skoro nie wyglądam jak królik, to czemu próbujecie mnie mnożyć? 

Totalnie zjechał odpowiedzialnych za tę szopkę. Zrozumiał bowiem, że próbowano wpływać na jego politykę dezinformując go, a on tego bardzo nie lubi. Spadły więc akcje Patruszewa i Bortnikowa. Triumfujący Kirijenko ostrzegł, że pojawienie się na pogrzebie Duginówny będzie bardzo źle widziane. I rzeczywiście nie było na nim nikogo ważnego. Szojgu i Kadyrow nie złożyli nawet Duginowi kondolencji.

Pomysł Dugina ze złożeniem córki w ofierze sakralnej był więc zupełnie kretyński. I nic dziwnego. Dugin przecież zabił Darię, bo "powiedział mu to kotek". Być może był to jeden z taktycznych kotów Azowa lub kot doktora Targalskiego. Nya!






Kretyński plan Dugina wywołał ruchy sejsmiczne na Kremlu. Szanse młodego Patruszewa na objęcie schedy po Putinie spadły. W górę poszły akcje Kirijenki i związanej z nim Lawendowej Mafii. Członkiem tej tęczowej sitwy jest m.in. Jurij Kowalczuk, założyciel Banku Rassija, prawosławny mistyk i zarazem hedonista, z którym Putin spędzał czas w trakcie covidowej izolacji. Sitwa jest oczywiście bardzo rozgałęziona i obejmuje osoby związane z operacją specjalną na Ukrainie. Ciekawym przypadkiem jest choćby Andriej Aleksiejenko, były burmistrz Kransodaru, a obecnie wiceszef administracji okupacyjnej w zajętej przez raszystów części Obwodu Charkowskiego. Aleksiejenko jest kochankiem gubernatora Kraju Krasnodarskiego Kondratiewa. W swojej willi pod Tuapse urządza imprezy dla biseksualnych swingersów. Kondratiew występuje na nich przebrany za pokojówkę, a Aleksiejenko przebiera się za niegrzeczną uczennicę. 

Prominentnym członkiem sitwy jest również Wiaczesław Wołodin, przewodniczący Dupy Dumy. Niedawno odwiedził on Donbas, gdzie ponoć cudem uniknął śmierci w ukraińskim ostrzale - wraży pocisk trafił w gabinet, w którym kilka minut wcześniej spotykał się on z władzami samozwańczej Donieckiej Republiki Chujowej. Wołodin znalazł podczas tej wizyty czas na sprawy prywatne. Spotkał się ze swoim dawnym kochankiem Denisem Puszylinem, samozwańczym prezydentem DRL.


Dziwnym trafem akurat wyciekły na Telegramie prywatne wiadomości Puszylina wskazujące, że był on w kontakcie z przedstawicielem strony ukraińskiej, któremu przekazywał dane o lokalizacji rosyjskich składów wojskowych. Za każde wskazanie brał 500 tys. USD. Przypominam, że Puszylin - gejowska wersja czerwonej jaskółki - zaczynał karierę pracując w piramidzie finansowej a przywódcą DRL został po zamachu bombowym, w którym zginął dotychczasowy przywódca - Aleksander Zacharczenko. 

Rassija to kraj zaiste katechoniczny... Kraj z katechonem w dupie...

***

Przy okazji złożenia z Duginówny ofiary sakralnej, parę osób wykorzystało okazję, by się zbłaźnić. Niezawodny był znany bereciarz, profesor Jacek Bartyzel ("I'm gonna shizel your Bartyzel!" - Snoop Dogg). Jak zwykle odwołując się do historii francuskich przegrywów, napisał:


"Przypomnę, że kiedy wybuchła I wojna światowa, czołowi filozofowie i poeci niemieccy wzywali do zabijania Francuzów i ich sojuszników w imię wyższości germańskiej Die Kultur, a takoż czołowi intelektualiści francuscy i angielscy wzywali do zabijania germańskich „Hunów” w imię postępu i wyższości zachodniej Civilization, ale jakoś nikt nie zamordował z tego powodu Maxa Schelera czy Emile’a Durkheima, bo rozumiano, że myśliciele i artyści, jak popadną w patriotyczne uniesienie, to nie znają granic swojej weny retorycznej.

Normą naszej tradycji moralnej jest przecież właśnie to, że nie zabija się za myślenie, a więc nie zabija się filozofów, nawet jeżeli ich poglądy są nam niemiłe (nb. w wypadku prof. Dugina przynajmniej antyliberalna strona jego koncepcji winna nam być właśnie miła, przy odrzuceniu aspektów gnostyckich i imperialno-wielkoruskich), a jeśli zdarzy się, że jednak się ich zabija, to jest to – począwszy od Sokratesa – hańbą społeczeństw to czyniących. Jest mi zatem wstyd za te prawie rozradowane komentarze, toteż tej chwili składam Aleksandrowi Gieljewiczowi – jak ojciec ojcu, profesor profesorowi i chrześcijanin-katolik chrześcijaninowi-prawosławnemu – wyrazy głębokiego współczucia z powodu tragicznej śmierci jego córki."

(koniec cytatu)

No cóż, resortowego turbogeja Krzeczkowskiego nie da się łatwo wyciągnąć z umysłów naszych dupoprawicowców...

Durniem okazał się nie tylko bereciarz. Warzecha pisał, że przez kilkadziesiąt godzin kontemplował śmierć Duginówny. Nie wyjaśnił, gdzie spoczywała wówczas jego ręka. Zapłakała nad tą blond cipencją również lubelska Młodzież Wszechpolska. O profesorze Wielkodupskim nawet nie ma, co wspominać, bo jego reakcja była bardzo przewidywalna.

Mądrze odpowiedzieli im bardziej ogarnięci nacjonaliści:


"Idąc śladami swojego ojca, Daria Dugina chciała poddaństwa Polski i Finlandii imperium eurazjatyckiemu. Zresztą, Aleksandr wspominał, że państwo polskie istnieć nie może w żadnej formie, gdyż takie są „święte prawa geopolityki”, ewentualnie funkcjonować mogłoby jako wasal niemiecki. Los Polski w wizjach eurazjatów nie był lepszy od ukraińskiego, z tymże może oszczędzonoby nam ludobójstwa. Tym bardziej śmieszne jest ubolewanie nad śmiercią jednej z czołowych postaci przez Wszechpolaków, którzy z dumą noszą hasło Śmierć wrogom Ojczyzny.

O obrońcach Azowstali Daria mówiła, że należy zatknąć ich na pale, a potem oddać pod sąd ludowy. Jako obrończyni „białej cywilizacji”, za jaką uważa ją zachodnia prawica, mówiła o sobie, że jest „antyrasistką”, a zachód nazywała „nazistowskim” i „totalitarnym”. Ukraińskich żołnierzy nazwała podludźmi, a w wojskowym periodyku dla oficerów pisała, że zbrodnia w Buczy to mistyfikacja (co ciekawe, część polskiej prawicy uważała to samo). Zachowywała się jak polityk frakcji jastrzębi i nijak się to ma do porównania do francuskich czy niemieckich filozofów nawołujących swoich żołnierzy do patriotycznych uniesień podczas I WŚ, jak chce tego Bartyzel czy związany z proputinowskim środowiskiem „Falangi” Roland Lasecki piszący, iż na filozofów nie można podnosić ręki.

Dugina była politykiem, pisała do pism wojskowych jak politruk, wzywała do egzekucji jeńców wojennych (ciekawe czemu prawica polska siedzi cicho w sprawie Ołeniwki, gdzie wymordowano ich niemal „katyńskim” sposobem?), w końcu propagowała to, co jej ojciec i była przeciwniczką istnienia Polski oraz naszej tożsamości. To samo z siebie stawia ją w obozie wroga, jej słowa to nie były przemyślenia geopolityczne tylko wzywanie do mordowania i radykalnych działań, niczym oficera prowadzącego. "

***

Oczywiście wielu przedstawicieli rosyjskich "elit" wysłało swoje dzieci na Zachód - tak to już bywa u komuchów. Galijew pisze wręcz o ich "relokacji".

Najbardziej znaną córką kremlowskiego oficjela żyjącą na Zachodzie jest oczywiście Liza Pieskowa, córka rzecznika Kremla. Była ona m.in. stażystką w Parlamencie Europejskim. Pieskowa podejrzewam jednak, że jest kretem pracującym dla Zachodu...



Mało kto wie jednak, że Artiom, wnuk generała Zołotowa, studiuje w Wielkiej Brytanii. I jak widać na powyższym zdjęciu kontynuuje tradycję rodzinną.

***

Historia ostatnio się aktualizuje. W przyszłym tygodniu postaram się jednak zrobić wpis historyczny - bezlitosną orkę dziełka, na którym opierali się zarówno Zychowicz jak i Patlewicz w swoich wysrywach o Powstaniu Warszawskim i generale Okulickim.

sobota, 20 sierpnia 2022

Imprezowa Zacharowa i tajemnice rosyjskiego MSZ

 


Ilustracja muzyczna: Ying Yang Twins - Wait (The Whisper Song) - motyw muzyczny Marii Zacharowej

Trwa operacja specjalna mająca na celu demilitaryzację Krymu. Tymczasem w Moskwie zaczęło się najważniejsze wydarzenie militarne roku - biatlon czołgowy! Załogi z państw Trzeciego Świata mają niepowtarzalną okazję zbłaźnić się podczas kierowania czołgami T-72, które przecież powinny doskonale znać. Towarzyszące mu targi zbrojeniowe oraz konferencja bezpieczeństwa są natomiast okazją do przekonywania różnych skorumpowanych afrykańskich watażków, że rosyjski sprzęt "nie ma analoga w mirie" i że można z jego pomocą "nakryć czapkami" Abramsy i F-35. Tak jak warszawski Festiwal Młodzieży z 1955 r. ta impreza jest również okazją do nawiązywania wielu ciekawych znajomości z przybyszami z egzotycznych krajów. Przekonała się o tym znana i lubiana Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ.



Według doniesień tajemniczego Generała SWR, Zacharowa w pewnym momencie zaniedbała swoje obowiązki podczas tej imprezy. Przepadła, choć miała robić za konferansjerkę. Znaleziono ją jednak. Okazało się, że utknęła. Między dwoma przedstawicielami państw afrykańskich. Z jednej strony był ambasador, z drugiej przedstawiciel MON jednego z krajów Afryki. Przyglądał się temu ochroniarz jednego z tych VIP-ów. Wyglądało na to, że Zacharowa z nimi wcześniej trochę się napiła, a że jest rozrywkową i zboczoną kobietą, to tylko ją za to chwalić. Niektórzy rosyjscy narodowcy mogą dostrzec w tym incydencie "zdradę rasy", ale przecież Rosjanie bardzo gościnnie już przyjmowali u siebie Afroziomali. Wystarczy wspomnieć pradziadka Aleksandra Puszkina, który był Etiopczykiem. 

Jak ktoś taki jak Zacharowa mógł zrobić karierę w MSZ drugiego mocarstwa Trzeciego Świata? No cóż, pochodzi ona z resortowego klanu. Jej rodzice byli dyplomatami. Pracę w ich zawodzie miała już od początku zagwarantowaną. I podobnych miernot przyjmowanych "po dupie i znajomości" jest w rosyjskim MSZ cała masa. Z Siergiejem Ławrowem na czele. Koleś zaczynał karierę w dyplomacji w 1972 r. Za czasów Breżniewa. Na rok przed tym, jak Joe Biden dostał się do Senatu.


Miałem kiedyś okazję rozmawiać z Rosjaninem mającym kilka lat temu staż w moskiewskim MSZ. Powiedział mi, że najczęściej kradzioną rzeczą w tej instytucji jest - papier verge. Specjalny, luksusowy papier, który się nie zatniesz. Skąd taki popyt na niego? Bo Ławrow odmawia czytania dokumentów, które nie są zapisane na papierze verge. Gdy przychodzi do niego ktoś z superważną notatką, na przykład dotyczącą wojny, Ławrow mówi z niesmakiem: "Nie będę tego czytał. Przepisz to najpierw na verge". 

(I pomyśleć, że niejaka Barbara Brylska dekadę temu mówiła publicznie Ławrowowi, w siedzibie polskiego MSZ, że "go kocha" i "nienawidzi, tych którzy nie kochają Rosjan".  Brylska - kiepska wersja Stevena Seagala. Równie głupia jak Seagal, ale o słabszym talencie...)

W moskiewskim MSZ jest też w podziemiach ciekawy sklepik. Sprzedają w nim różne artykuły spożywcze (pewnie i te luksusowe) po cenach, które się niewiele zmieniły od czasów sowieckich. Zdarzało się też, że wszyscy ustawiali się z naczynkami na korytarzu, bo rzucili... miód. Taka to oderwana od rzeczywistości instytucja. Przestroga, by różne zdegenerowane resortowe klany wycinać.

Myślicie, że w naszym MSZ w latach 90-tych było lepiej? Ciekawie to przedstawił Witold Waszczykowski w niedawnym wywiadzie dla "Plusa Minusa":


" W czasach komunistycznych MSZ zarządzała partia. Urzędnicy przychodzili do pracy przed godziną 9, zaczynali od śniadania, kawy i gazety, trochę popracowali i szli na obiad, a po obiedzie lektoraty językowe i już szykowali się do wyjścia z pracy. Punktualnie o 16.15 otwierały się wrota MSZ i wszyscy wypadali jak stado bawołów. Po wyborach w 1989 r. polityka zagraniczna nagle zaczęła odgrywać istotną rolę. Polska miała siedmiu nowych sąsiadów, zniknęły: NRD, Czechosłowacja, Związek Radziecki. Aspirowaliśmy do Unii Europejskiej i NATO. Słowem – był huk roboty.

W poprzednim ustroju tej pracy dla urzędników MSZ nie było?

Wie pani, co znaleźliśmy w szafach pancernych MSZ, gdy je otworzyliśmy na początku lat 90.? Papier toaletowy, herbatę, mydło, jakiś ręcznik, czyli towary deficytowe, a oprócz tego skromne wycinki z zachodnich gazet. To było główne źródło informacji dla PRL-owskich dyplomatów. Wszystko się zmieniło i ci, którzy nie byli w stanie zaadaptować się do nowej rzeczywistości, odchodzili. Otwarcie się na świat spowodowało lawinę informacji do przetwarzania. Rozpowszechniały się komputery osobiste z edytorami tekstów i wyparły maszyny do pisania. Wypierało to też pracowników niechętnych do przystosowania się do nowych form pracy.

Ale gdy w 1993 r. wybory wygrały SLD i PSL, fala byłych pracowników dyplomacji na powrót wlała się do MSZ. Wiązał się z tym pewien problem – większość z nich była sceptycznie nastawiona do NATO. Latami tkwili w paradygmacie, że sojusz jest wrogiem. Po 1989 r. nie mogli już tak mówić, ale pojawiła się koncepcja, że NATO jest przeżytkiem. Skoro ZSRR upadł, NATO też nie ma racji bytu i dlatego trzeba budować nowy, inkluzywny system bezpieczeństwa, oparty na KBWE (Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – red.), dziś OBWE. Guru tej koncepcji był Adam Rotfeld, wówczas szef Instytutu Badań nad Pokojem w Sztokholmie. Należy pamiętać, że dyplomacja PRL działała pod dyktando Moskwy i miała wytyczone zadania. Była aktywna w procesie helsińskim, procesie detente, który doprowadził do powstania KBWE – system ten miał zastąpić rywalizację zimnowojenną. Powrócili wtedy do aktywności w MSZ tacy ludzie, jak Andrzej Towpik lub Jerzy Nowak.

Co ma pan im do zarzucenia?

Tylko to, że z wielką rezerwą i bojaźnią podchodzili do koncepcji Polski w NATO. A byli wspierani przez grupę wojskowych, szczególnie tych, którzy pracowali w kontrwywiadzie. Wszyscy byli wyszkoleni w ZSRR, często wspominali, że spędzili lata w tym kraju, mieli tam przyjaciół, którzy w stanie wojennym przysyłali im paczki. „I teraz mamy zerwać z nimi kontakty” – mówili z żalem.

(...)



Kilku pracowników MSZ sporządziło raport o kosztach rozszerzenia NATO. Dowiedliśmy w nim, że nie będą one duże. Zostaliśmy za to ukarani przez Dariusza Rosatiego, ówczesnego szefa MSZ.

Jak to ukarani?

Normalnie, dostaliśmy nagany i zabrano nam po tysiąc złotych z pensji za to, że zajęliśmy się sprawą, która – jak twierdził Rosati – do nas nie należała. "

(koniec cytatu)

***
Dwóch Finów, kiedyś bliskich przyjaciół, spotyka się po raz pierwszy od 20 lat. Idą się razem napić. Piją wódkę w milczeniu. Po kilku kolejkach, jeden z nich nieśmiało mówi:
- Ładną dziś mamy pogodę....

- Coś ty kurwa taki rozmowny? - odpowiada mu przyjaciel nie widziany od 20 lat.

Podejrzewam więc, że cała ta gównoburza z panienką z teledysków Basshuntera premier Finlandii Sanną Marin, dotyczy tego, że podeptała ona świętą fińską tradycję picia w milczeniu :)


"Ktoś dissuje mnie, niech mówi co chce" - Sanna Marin.

Jak zdesperowana musi być rosyjska i niemiecka (Marin krytykowała ostatnio Niemcy) agentura, by kręcić aferę z filmiku, na którym trzydziestoparolatka bawi się grzeczniej niż typowa polska gimbiara :)

No cóż, oburzeni być mogą różnego rodzaju purytanie, brewaryści, skopcy i onucowcy tacy jak z poniższego screenu:



No cóż, gdyby wzorem Zacharowej dała sobie włożyć wielkie czarne katechony w co najmniej dwa otwory jednocześnie, to byłoby OK. Byłaby katechonicą. 

Ktoś to fajnie skomentował:




***

Kroi się nowa seria blogowa. Będzie poświęcona pewnej małej organizacji będącej w samym centrum podziemnego żmijowiska w trakcie drugiej wojny światowej. Nie wiem, czy się publice będzie podobać tak specyficzny temat, ale koneserzy mogą docenić.

sobota, 13 sierpnia 2022

FBI inauguruje kampanię Trumpa

 


Ilustracja muzyczna: MetalTrump - Symphony of Destruction

Czy to możliwe, by FBI zapewniła Donaldowi Trumpowi republikańską nominację i zwycięstwo w wyborach prezydenckich?

No cóż, agenci którzy przeszukali jego rezydencję Mar-a-Lago (i robili to w sposób zapewniający polityczną amunicję republikanom) wypełniali tylko rozkazy prokuratora generalnego Merricka Garlanda, który raczej nie miał takiej intencji. On zapewne dostrzegł okazję, by uwikłać Trumpa w kolejny proces sądowy i po wyroku zablokować mu możliwość sprawowania urzędów publicznych. Wcześniej próbowano udupić Trumpa za pomocą komisji ds. zdarzeń z 6 stycznia 2021 r., ale komisja ta nie zdołała w sposób znaczący wpłynąć na opinię publiczną.  Teraz będą więc próbować skazać Trumpa za niewłaściwe obchodzenie się z tajnymi dokumentami. Z przecieków wynika, że Trump miał w swoim prywatnym archiwum ściśle tajny dokument dotyczący broni nuklearnej. W domyśle - kody do bomb atomowych. Tego typu kody są jednak regularnie zmieniane, więc szybko wycofano się z tej wrzutki. (Choć niektóre media sugerują, że Trump mógł przekazać nuklearne tajemnice do Arabii Saudyjskiej, a gen. Michael Hayden, szef NSA i CIA za Busha, porównuje Trumpa do Rosenbergów i sugeruje, że powinien dostać karę śmierci.) FBI chyba sama nie wiedziała za bardzo czego szuka, bo na liście przejętych "dowodów" wpisała akt ułaskawienia Rogera Stone'a, który jest przecież całkowicie jawny.

Faktem jest, że Trump od wielu miesięcy spierał się z Narodowymi Archiwami, jakie dokumenty im przekazać.  Prowadził też dialog z FBI w tej sprawie. Jeszcze w czerwcu pozwolił im przejrzeć dokumenty i zabrać część z nich.  Funkcjonariusze FBI chyba nie mieli nic przeciwko temu, że Trump trzyma u siebie dokumenty z czasów prezydentury, bo kilka tygodni temu nakazali mu, by je dodatkowo zabezpieczył instalując dodatkowy zamek w drzwiach do pomieszczenia, w którym były one przechowywane.  Trump twierdzi, że wszystkie dokumenty, które miał u siebie zostały zdeklasyfikowane i że w każdej chwili mógł przekazać FBI jakikolwiek dokument, o który by został poproszony. Rzeczywiście prezydent USA posiada najwyższą władzę odtajniania dokumentów, więc mógł przed opuszczeniem Białego Domu odtajnić wszystko, co zabrał do Mar-a-Lago. Prawdopodobieństwo tego, że sprawa przeciwko Trumpowi zostanie spieprzona jest więc duże. 

Jak na razie FBI i Departament Sprawiedliwości dokonały ponownej transformacji Trumpa w człowieka walczącego z Głębokim Państwem. Przynajmniej w oczach republikańskiego elektoratu, który zaczął spontanicznie demonstrować w obronie Trumpa. (Jak widać zapomniał, że Trump olał uczestników zamieszek z 6 stycznia 2021 r.) Szybko zauważono, że sędzia z Florydy, który podpisał nakaz przeszukania Mar-a-Lago, był prawnikiem reprezentującym pracowników Jeffreya Epsteina. Przypomniano sobie o tym jak łagodnie potraktowano Hillary za usunięcie 33 tys. emaili objętych nakazem sądowym. Nic dziwnego więc, że republikańscy politycy - w tym gubernator Ron de Santis, główny rywal Trumpa - musieli stanąć w obronie byłego prezydenta.  Newt Gingrich pytał: "Jeśli 30 agentów FBI może opanować dom byłego prezydenta i zarazem prawdopodobnego kandydata na prezydenta, to co mogą zrobić Wam?". Kongresmen Paul Gosar stwierdził nawet: "Musimy zniszczyć FBI". Istotnie ta rządowa agencja ma sporo za uszami - ostatnio zajmuje się głównie namawianiem rozchwianych psychicznie trans-nastolatków do przeprowadzania szkolnych maskar - ale raczej można się spodziewać komisji śledczych po październikowych wyborach "midterms". (Na celowniku znajdzie się też pewnie IRS, czyli skarbówka, ostatnio rekrutująca ludzi do swoich jednostek paramilitarnych.) Nawet niektórzy demokraci, tacy jak Andrew Cuomo, twierdzą, że rajd na Mar-a-Lago był polityczny.  Nie brak więc głosów, że działania FBI są politycznym ratunkiem dla Trumpa lub że nawet zapewnią mu prezydenturę. 

Trump ma tym razem dosyć dokładny plan dokonania czystek w waszyngtońskiej biurokracji po przejęciu władzy.  Czystki mają szczególnie mocno dotknąć Departament Sprawiedliwości, FBI, Departament Obrony i Departament Stanu. Oczywiście istnieje duże prawdopodobieństwo, że jakiś Kushner czy Bannon wyrzuci ten plan do kosza. Bernard Kerik, były szef nowojorskiej policji twierdzi jednak, że prawdopodobniej wcześniej demokraci będą próbowali zabić Trumpa. Ja widziałbym raczej scenariusz, w którym republikański wiceprezydent wdroży w życie plan zabójstwa. Zabójstwo nie musi być tak spektakularne jak w Dallas. Wszak częściej amerykańscy prezydenci też umierali z przyczyn "naturalnych" w trakcie kadencji, a Trump będzie miał w 2024 r. 78 lat. (Joe Biden 81 lat, Bernie Sanders 82 lata.)

***

Z rajdem FBI na Mar-a-Lago był powiązany niedawny wyrok na Alexa Jonesa, nakazujący mu zapłacić łącznie 49 mln USD rodzinom ofiar strzelaniny z Sandy Hook.  Jones podczas tego procesu miał przeciwko sobie swoich prawników, którzy "przypadkowo" wysłali prawnikom oskarżenia jego prywatną korespondencję z okresu kilku lat. Biorąc pod uwagę to, że Jones odegrał dużą (i chlubną) rolę w zatapianiu Hillary w 2020 r., można to odebrać jako próbę jego zakneblowania przed wyborami "midterms" i wyborami prezydenckimi. 

Przy okazji wychodzą na jaw też drobne sprawy obyczajowe Jonesa, jak choćby to, że wysłał nagie zdjęcie swojej żony Rogerowi Stone'owi. To w sumie nic takiego... Zwłaszcza, że Jones był wcześniej przyłapywany na oglądaniu trans-pornografii. (Ale trzeba przyznać, że transy, które oglądał wyglądały 100 razy lepiej od Rafalali, więc mógł się pomylić...)


Powyżej: Alex Jones z trans-youtuberem/ką/xm Blaire White. Gdybym nie znał kontekstu, zapytałbym się co to za loli...

***

A na koniec, dobra parodia.


sobota, 6 sierpnia 2022

Tajwan: Projekcja siły

 




Nancy Pelosi ma 82 lata. Jest tylko o 13 lat młodsza od Traczyk-Stawskiej. Ale spodziewam się, że za 13 lat nadal będzie aktywnie grała na giełdzie i osiągała stopy zwrotu lepsze od funduszów hedgingowych. Jeśli jednak zostanie zapamiętana w historii za cokolwiek pozytywnego, to będzie to jej niedawna wizyta na Tajwanie.

Administracja Bidena odradzała jej tę podróż i starała się przekonywać, że nie jest ona wyrazem oficjalnych amerykańskich poglądów na temat suwerenności Tajwanu. Nancy miała jednak pełne poparcie Partii Republikańskiej.  Były sekretarz stanu Mike Pompeo krytykował administrację, że pozwala Chińczykom na to, by grozili zestrzeleniem samolotu przewodniczącej Izby Reprezentantów. Republikanie wiedzieli doskonale, że ewentualne wycofanie się przez Pelosi z podróży do Taipei będzie odebrane przez ChRL jako słabość. W całej sprawie chodziło o projekcję siły. 

I Chińczycy ten test oblali. Zareagowali zarazem przesadnie jak i tragikomicznie. O ile w 1997 r., podczas podróży Newta Gingricha na Tajwan, zorganizowali manewry jedynie w Cieśninie Tajwańskiej, tak teraz przeprowadzili je wokół Tajwanu.  Doszło oczywiście do naruszeń przestrzeni powietrznej Republiki Chińskiej, a komunistyczne rakiety spadły również na wody będące częścią japońskiej wyłącznej strefy ekonomicznej. Chińczycy zrobili więc wiele wojennego szumu i niewiele poza tym. Bo zerwanie przez ChRL współpracy z USA w kwestii zmian klimatycznych można chyba uznać za dobrą wiadomość. Pokazali, że amerykańscy politycy wysokiej rangi mogą sobie swobodnie składać wizyty w "zbuntowanej prowincji". 

Oczywiście Chiny przygotowują się do inwazji na Tajwan. Ale obecnie raczej nie są do tego przygotowane. Cieśnina Tajwańska ma w najwęższym miejscu bodajże 128 km, a na wyspie nie ma wielu dobrych plaż do przeprowadzenia desantu. Wystarczy się więc wstrzelać rakietami przeciwokrętowymi we flotę inwazyjną. I zrobić wrogim spadochroniarzom drugi Hostomel. Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą czekałyby też ciężkie walki w terenie górskim i miejskim przeciwko dobrze uzbrojonemu i wyszkolonemu przeciwnikowi.  Chińczycy nie są przygotowani na tak duże ryzyko. Mogą więc sięgnąć po pewniejszą opcję. Przeprowadzone przez nich manewry sugerują, że będą chcieli zagłodzić Wyspę za pomocą blokady morskiej.  Blokada wymusiłaby oczywiście kontrakcję US Navy.  Tu Chińczycy mieliby spore szanse na wygraną - choćby ze względu na możliwość osiągnięcia przewagi lokalnej. Ale tego typu bitwa oznaczałaby odcięcie dostaw ropy, żywności oraz innych surowców do chińskich portów. Nie sądzę, by Chiny były obecnie na to gotowe. Sławetny Nowy Jedwabny Szlak jest obecnie w szczątkowym kształcie i może nigdy nie powstać. W tym roku Chiny obcięli do zera inwestycje w ten projekt w Rosji, na Sri Lance (z wiadomego powodu) i w Egipcie. Sami muszą ratować swój sektor nieruchomości, więc inwestycje z Trzecim Świecie schodzą na dalszy plan.

Pelosi chyba czytała Sun Tzu ("Sztukę wojny" a nie lipny tekst o demoralizowaniu narodów kolportowany kiedyś przez "Frondę"). Sama wybrała pole i czas bitwy, zaskakując tym samym przeciwnika. 

Projekcją siły - ale dokonaną już bardziej na potrzeby kampanii przed "midterms" - była likwidacja Ajmana Al-Zawahiriego, przywódcy al-Kaidy.  Akcja przeprowadzona za pomocą drona, który wystrzelił pocisk "ninja".  Zabito go na balkonie domu należącego do Siradżuddina Hakkaniego, talibskiego wiceministra spraw wewnętrznych i zarazem... kolesia, który zamieszczał opinie w  "New York Timesie".  Być może sami talibowie wystawili Amerykanom al-Zawahiriego. Ja jestem zdziwiony, że Zawahiri wciąż żył i ktoś o nim pamiętał. Koleś bowiem był aktywny w czasach, gdy Eminem robił śmieszne teledyski. Gimby tego nie pamiętają.

Również jednak mniejsze państwa sięgają po projekcję siły. W Karabachu armia azerska przeprowadziła małą, ale dobrze prezentującą się w mediach społecznościowych, serię bombardowań pozycji ormiańskich. Operacja "Odwet" była odpowiedzią na zabicie przez Ormian jednego azerskiego żołnierza i na to, że Armenia łamie porozumienie rozejmowe, nie wycofując swoich wojsk z Karabachu. Azerbejdżanowi chodziło jednak przede wszystkim o przetestowanie reakcji rosyjskich "mirotworców" - bombardowano wszak jedyny korytarz transportowy łączący Karabach z Armenią. Ruscy jak zwykle siedzieli cicho i modlili się, by przy okazji nie dostać pociskiem z drona. Generał SWR pisał na Telegramie, że Putin chce przehandlować Armenię Erdoganowi, licząc na to, że Turcja w zamian pomoże Rosji w wojnie gospodarczej. Erdogan jednak chciałby za przejście Armenii w jego strefę wpływów zapłacić jak najmniej. Na pewno lepszą ofertą byłoby przekazanie Turkom w opiekę Gruzji - wraz z Abchazją i Regionem Cchinwali. Rosja jednak na razie na to nie pójdzie.

Projekcji siły próbowała również Serbia - grożąc Kosowu "denazyfikacją".  Po komunikacie wydanym przez KFOR jednak się uspokoiła. Jest oczywistym, że Serbowie nie poradziliby sobie z siłami NATO w Kosowie. Wszyscy tam zbyt dobrze pamiętają bombardowania Belgradu. (Pamiętam jak w drodze z chorwackimi nacjonalistami do Bleiburga, usłyszałem w autobusie piosenkę "Lecą bomby na Beograd". Spytałem się, czy to piosenka z 1999 r. Odpowiedzieli mi: "Nie, to cygańska pieśń z 1941 r. Ale zawsze jest aktualna".)



Serbia to obecnie ciekawy przypadek. Jej prezydent Aleksandar Vuczić, to koleś z reżimu Miloszewicza, który przefarbował się na proeuropejczyka. Bierzę kasę z Unii, mimo łamania praworządności i zbrojenia się przeciwko sąsiadom. Reprezentuje on zarówno interesy rosyjskie i chińskie, jak i niemieckie. Jego Serbska Partia Postępowa jest stowarzyszona z Europejską Partią Chujową, do niedawna kierowaną przez Tuska. Serbski kameleon ma jednak małe pole manewru - Chorwacja, Czarnogóra, Albania i Macedonia Północna są w NATO, a w Kosowie są natowskie wojska. Może więc on jedynie próbować destabilizować Bośnię. 

Kogo w takiej sytuacji popiera polski endekoid? Oczywiście prorosyjską i zarazem proniemiecką  Serbię, a nie naszych natowskich sojuszników z Chorwacji, Czarnogóry, Macedonii Północnej i Albanii. Ciekawe, czy gdyby doszło do konfrontacji pomiędzy wojskiem serbskim a naszym kontyngentem wojskowym w Kosowie, to endekoidzi trzymaliby stronę Serbów tak jak libki stronę Łukaszenki podczas kryzysu na granicy?

A że się to wszystko prosi o nowy odcinek "Snów"....