sobota, 26 września 2026

Rosja lepi swoich sympatyków z gówna

 


W okolicach 17 września polskojęzyczny internet przeżywał zalew treściami relatywizującymi sowiecką agresję z 17 września 1939 r. W kampanii tej wziął udział m.in. Tomasz Sommer - naczelny "Najwyższego Czasu!", twierdzący, że w 1939 r. polskie terytoria "zaanektowała nie Rosja, tylko Białoruś i, tak, Ukraina". Sommer - autor książki o operacji antypolskiej NKWD z 1937 r. - dokonał oczywiście manipulacji, traktując wchodzące w skład Związku Sowieckiego i całkowicie pozbawione samodzielności Ukraińską SSR i Białoruską SSR jako podmioty niezależne. Doskonale on wie, że inwazja z 1939 r. i wynikający z niej podział polskich terytoriów był jedynie wynikiem decyzji Stalina - sowieckiego dyktatora do dziś czczonego przez państwo rosyjskie i białoruskie. (O kwestii przekazania Wilna przez ZSRR Litwie, a następnie wchłonięciu całej Litwy przez ZSRR rozmawia się natomiast od dawna. To kwestia dobrze opisana przez historyków i w literaturze wspomnieniowej.) Można - i trzeba! - przy okazji rocznicy agresji z 17 września przypominać haniebną postawę mniejszości ukraińskiej i białoruskiej, ale przerzucać winę za ten cios w plecy z Moskwy na władze sowieckich republik w Mińsku i Kijowie? Takiej relatywizacji sowieckiej agresji nigdy wcześniej u nas nie było.

Nie było, bo to po prostu nowy etap przesuwania granicy. Wcześniej mieliśmy dalszą odsłonę wylewania propagandowego szamba na polskie przedwojenne władze, na AK i na Żołnierzy Wyklętych. Towarzyszyły temu sugestie, że w sumie właściwym wyborem historycznym było budowanie PRL jako państwa "socjalnego" (z nędznym poziomem życia) i "narodowego" (z Fejginami i Humerami w bezpiece). Współgrała stara narodowo-moczarowska propaganda z lewacką ch...wą historią Polski. Nawet - wydawałoby się poważny badacze - pierdzielili, że PRL stała się fundamentem sukcesu gospodarczego III RP, bo zniszczyła "oligarchiczno-szlachecką strukturę społeczną blokującą awans masom ludowym" (tak jakby liczni przedstawiciele chłopstwa i klasy robotniczej nie robili karier w II RP - tak jakby nie było Witosa, marszałka Śmigłego-Rydza, premiera Bartla czy większości korpusu oficerskiego II RP...). 

Jeszcze wcześniej - wiele lat wcześniej - mieliśmy w środowiskach dupoprawicy rehabilitowanie gejnerała Jarucwelskiego, czyli największego cwela wśród peerelowskich kacyków. W pełni zrozumiałbym rehabilitowanie Gierka (sam to robię :). Byłbym w stanie zrozumieć próby pozytywnego pisania o Gomułce (może on podobać się skopcom nienawidzącym wszelakich rozrywek). Ale Jarucwelski?! WTF!? Koleś, który doprowadził Polskę do skrajnej nędzy, a wcześniej błagał Sowietów, by przeprowadzili u nas interwencję wojskową, bo bał się, że sam sobie nie poradzi? Jakim trzeba być cwelem, by traktować taką kupę sowieckiego gówna jako idola? Aha, trzeba być Adamem Wielkodupskim. Pamiętam, jak chyba w 2006 r., napisałem tekst w którym zjebałem Wielkodupskiego za jego ignorancję historyczną i kryptokomunizm. Dupoprawicowcy po nim jojczyli, że "musiałem mieć wyprany mózg w peerelowskiej szkole", bo krytykuję Wielkodupskiego za miłość do gejnerała Jarucwelskiego :)

Czasy się zmieniły, a z tekstów Wielkodupskiego robi się okładkowe materiały w "Do Rzeczy". Kryptokumuniści mocno się natomiast uaktywnili na dupoprawicy. Rebe Braun otwarcie brata się z komunistami z Czech i Słowacji, a na swoich listach wyborczych chce uplasować Mateusza Piskorskiego i MOniczkę Jarucwelską. Kogo jeszcze? Może niech wykopie z grobów gejnerała Jarucwelskiego, Kiszczaka i starego Schnepfa. Można dorzucić jeszcze truchło starego Szwajgierta - żydowskiego ubeka biorącego udział w ostatniej obławie na Józefa Kurasia "Ognia" i doradcę Solidarności, ubeka Wiktora Herera. Będzie porozumienie "Natolina" z "Puławami" jak w 1989 r. Michnik będzie wniebowzięty - wszak nazywał część z tych kreatur "ludźmi honoru", drukował na pierwszej stronie swej gazetki teksty Putina i propagował rosyjską wersję tego, co się stało w Smoleńsku.

Mimo tak wielkiego zainfekowania dupoprawicy kremlowskim wirusem mamy jednak prawo cieszyć się, że Rosja ostro tę operację spierdoliła. Dlaczego twierdzę, że poniosła tutaj klęskę?

Wystarczy przyjrzeć się mapie Europy. Polska jest dla Rosji kluczem do kontroli nad Europą kontynentalną. Wyobraźmy sobie, że w 2022 r. rządziłby u nas filoniemiecki rząd, który prowadziłby w kluczowych miesiącach podobną politykę wobec Ukrainy jak Orban. Ukraina padłaby, a Rosja dyktowałaby warunki w regionie. A gdyby rządziły u nas siły jawnie prorosyjskie, które zaatakowałyby Ukrainę od zachodu? Państwo ukraińskie by się załamało. I co dalej? Niemcy mieliby ochotę stawić opór Rosji, czy dogadaliby się z nią? A gdyby Niemcy się wykruszyły z NATO, to kto powstrzymywałby Rosję? Austria? Włochy? Francja? Rassija stałaby się mocarstwem dominującym na kontynencie. 

Taki scenariusz nie został jednak zrealizowany. Dlaczego? Bo Rassija całkowicie spierdoliła zadanie budowania swojej frakcji w Polsce.

Partia rosyjska w Polsce jest oczywiście liczniejsza niż Wam się wydaje. To przede wszystkim stare komuchy - potomkowie wiejskich kryminalistów i meneli (którym merytokratyczny system II RP - słusznie! - blokował mechanizm awansu), którzy służyli w UB, SB, MO, WSW i ORMO. "Komuniści? A to, ci co nie wierzą w Boga, a wierzą w Moskwę" - tak ich określił jeden libański kierowca. I oni rzeczywiście w Moskwę wierzyli, bo od niej zależały ich kariery. Oni byli wiernymi strażnikami interesów Moskwy nad Wisłą i nawet jeśli część z nich się przefarbowała na zwolenników Berlina, Brukseli czy nawet Waszyngtonu, to i tak zachowała szczególny sposób myślenia o Moskwie. Postrzegania jej jako wszechmocnego Demiurga, któremu nie warto się przeciwstawiać. Jednocześnie te kreatury budowały mafijno-januszowski syf w III RP.

Obok nich, partię promoskiewską, stanowiła garstka zidiociałych endeków, wyznawców Jędrzeja "Kretyna" Giertycha oraz różnych sierot po Moczarze. Przez lata jednak ich wysiłki mające na celu budowę prorosyjskiej prawicy były jednak skazane na porażkę. Polscy patrioci słusznie bowiem kojarzyli poglądy promoskiewskie z największym post-ubeckim gównem i zdawali sobie sprawę, że to post-ubeckie, mafijne gówno zyskałoby w promoskiewskiej Polsce hegemonię. Polska poszłaby ścieżką antyrozwojową ówcześnie promoskiewskich państw takich jak Ukraina, Mołdawia czy Armenia. Z postubeckiego gówna nie dałobt się w Polsce stworzyć nawet własnej wersji Łukaszenki czy Alijewa. Najwyżej jakiegoś Janukowycza.

Fiaskiem zakończyły się też próby budowania prokremlowskiej prawicy w czasach tusskowego resetu z lat 2007-2013. Rassija zapewne nie widziała takiej potrzeby. Świetnie się jej przecież współpracowało z proberlińskim rządem i z zatrudnianymi przez niego patafianami w czapkach z "Aurory". Urządzało się z nimi popijawy - sami oprowadzali funkcjonariuszy FSB po polskich bazach wojskowych... Sami też redukowali armię i wypychali Polaczków na emigrację. Proberliński rząd próbował natomiast budować resetową "rozsądną prawicę" wokół Giertycha i Sikorskiego.

Skuteczną szczepionką przeciwko promoskiewskości okazał się Smoleńsk. Wyborcy PiS jednoznacznie postrzegali wówczas Rosję jako największą siłę wrogom Polski. Doprowadzało to do białej gorączki zarówno libków jak i dupoprawicę. Od "zamachu smoleńskiego" dystansowali się narodowcy i korwiniści. Ich próby otwierania się na Rosję skutecznie ograniczały im jednak poparcie, zwłaszcza po 2013 r. Te środowiska stały się sierotami po resecie, w momencie, gdy libkowski mainstream został zmuszony do rezygnacji z prób budowania "wspólnego europejskiego domu" z Rosja. 


Grafika ukradziona z profilu Niklota...

Gdy PiS doszedł do władzy - marginalizując prorosyjską dupoprawicę - wajcha propagandowa wśród libków została przestawiona. Heroinista Tomasz Piątek publikował w "Wyborczej" wysrywy o tym, że Macierewicz - wyrzucający z wojska starych peerelowskich trepów, stronników Moskwy - jest "rosyjskim agentem". Dowodami na to było to, że: 1) w czasach gdy Macierewicz zaczął tworzyć SKW, w MON pracował koleś, który był wcześniej prawnikiem dewelopera robiącego interesy z rosyjskimi oligarchami 2) Macierewicz w latach 90-tych współpracował politycznie z kolesiem, który pod koniec lat 80-tych, w wieku 18 lat został agentem SB (o współpracy Macierewicza z innym agentem SB - Wałęsą, Piątek milczał...) 3) Macierewicz spotkał się w USA z amerykańskimi senatorem blisko związanym z kompleksem militarno-przemysłowym, który wziął kredyt na kampanię w dużym banku z Wall Street, w którym prała pieniądze rosyjska mafia. :) Naprawdę mocne dowody! Piątek twierdził też, że Macierewicz, propagując teorie o zamachu smoleńskim, "działał na rzecz Rosji" - choć przecież to właśnie smoleńska szczepionka zapobiegła na wiele lat zbudowaniu w Polsce resetowej (giertychowej lub duponarodowej) prawicy...

Pamięć ludzka jest jednak zawodna, a młode pokolenie nie zna historii najnowszej (i ma ogólnie problemy z koncentracją uwagi), więc Polaczki uwierzyły w to, że resetowe libki zawsze były siłą antyrosyjską, a PiS agenturą Kremla. Bardzo pomogła w tym prokuratura Ziobry - kontynuując tuszowanie zamachu smoleńskiego i niszcząc tym samym smoleńską "szczepionkę" przeciwko kremlowskiemu wirusowi. Ludzie młodzi - podświadomie nie lubiący władców III RP - słysząc jak Michnik, Tussk, Czarzasty i inni przedstawiciele establiszmentu prześcigają się w maskującej antyrosyjskiej retoryce zaczęli natomiast się zastanawiać, "a może Rosja nie jest taka zła". Zwłaszcza, że liberalne media non stop jojczyły, że "Trump to rosyjski agent", "brexit to rosyjskie dzieło" i że wszyscy nie będący libkami są po stronie Rosji. Nie podoba ci się zamiana Europy Zachodniej w trzecioświatowy shithole? Nie lubisz feminizmu? Krytykujesz politykę neutralności klimatycznej? Nie smakuje ci dieta planetarna? Nie podoba ci się Zendaya? To stoisz po stronie Rosji! Ta idiotyczna, libkowska propaganda przyczyniła się do wzrostu poparcia dla promoskiewskiej dupoprawicy dużo bardziej niż wszelkiego rodzaju wysiłki Łubianki.

Właściwą odpowiedzią na prokremlowską prawicę nie jest więc to, co proponują libtardzi z NAFO. Oni łączą antymoskiewskość z nierozerwalnym pakietem - musisz jednocześnie popierać wszystko, to co zachodni libtardzi (net zero, masową trzecioświatową imigrację, transów, antyseksualny feminizm) plus banderyzm. Zwalczyć promoskiewską prawicę może tylko antyliberalna, antymoskiewska prawica (lub "radykalne centrum"). 

Brauniarz mówi: "jestem przeciwko masowej imigracji". Antyliberalny, antymoskiewski prawicowiec odpowiada: "Bardzo dobrze! Nie chcemy takiego trzecioświatowego, islamskiego shitholu jak w Moskwie!". Brauniarz mówi: "lockdowno-szczepionkowy holokaust!". Odpowiada mu: "Nie lubisz lockdownów? A wiesz, jakie były w Rosji i w Chinach? Co sądzisz o rosyjskich szczepionkach?". Brauniarz: "Biczować pederastów!". Odpowiedź: "Putin to pedofil!". Brauniarz: "Nie lubię Żydów!". Odpowiedź: "To zrozumiałe, bo wielu z nich budowało i wspierało sowiecko-rosyjski imperializm, a sam Izrael często współpracował z Rosją w Syrii.". Brauniarz: "Popieram wolną Palestynę!". Odpowiedź: "Nie nasza wojna! Palestyńczycy to też Semici." Brauniarz: "USA chcą prowadzić wojnę na Ukrainie do ostatniego Ukraińca!". Odpowiedź: "A co ci zależy na życiu Ukraińców?! Jesteś może banderofilem? Niech k... zdychają na froncie!". Brauniarz: "Nie wejściu Polski do wojny!". Odpowiedź: "Pełna zgoda! Niech Ukraina walczy za nas i się wykrwawia, zadając maksymalnie duże straty moskiewskim bolszewikom. My im tylko dostarczajmy amunicji, by się zabijali. Sam nie dałem złotówki na wsparcie humanitarne dla Ukrainy. Jak im będzie w zimie mroźno, to niech palą w piecu truchłami Bandery i Koniowalca". 

Można być nastawionym ostro antymoskiewsko, a przy tym nie lubić Ukraińców - zwłaszcza, że Ukraki co jakiś czas dają powody, by ich postrzegać jako "Palestyńczyków Europy". W ostatnich miesiącach ich aktywiszcza wrzucały do netu filmiki z każdej ulicznej sprzeczki z Polakami. A gdy ich menel (mieszkający od 5 lat w Niemczech, więc nie walczący na froncie) zabił nożem dwóch księży - zaangażowanych wcześniej w pomoc dla ukraińskich uchodźców - na ukraińskich profilach newsowych cisza. (Baj de łej: pamiętacie jak Warzecha histerycznie protestował przeciwko pomysłowi wydawania Ukrainie ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym?)  A co głupsze Ukraki, w komentarzach się cieszą i wstawiają grafiki w stylu "Kuty 1939 - Pamiętamy". Co pamiętacie? Że po sowieckiej inwazji na Polskę wywozili was na Sybir, zmuszali do kolektywizacji i znaleźliście się w sowieckim gównie, z którego się do dziś nie wygrzebaliście

***

Tyle się materiału nazbierało, że czas chyba zrobić nowy odcinek serii Sny...



sobota, 19 września 2026

Xi zachorował?

 


12 września, chiński przywódca Xi Jinping niespodziewanie nie pojawił się na uroczystej kolacji podczas szczytu BRICS w Indiach. Zastąpił go wicepremier Wang Yi, a nieobecność Xi została wytłumaczona "zmęczeniem podróżą". Następnego dnia, Xi uczestniczył w obradach szczytu. Wieczorem niepewnym krokiem wchodził po schodach do samolotu.  Szybko pojawiły się plotki mówiące, że niedyspozycja Xi była poważniejsza. Miał on doznać jakiegoś "udaru" i trafić do wojskowego szpitala nr. 301 w Pekinie. Chciano za wszelką cenę uniknąć udziału w tej sprawie indyjskich lekarzy. Po niedyspozycji z dnia 12 września podano więc Xi leki, pozwalające mu chwilowo stanąć na nogi, a terapię kontynuowano w szpitalu nr. 301. Nie było więc ceremonii powitalnej na lotnisku w Pekinie.  Rzekomo zdiagnozowano u niego "transient ischemic attack", czyli "mini-udar". Ponoć postawiono wojsko w stan gotowości, a funkcjonariuszy wywiadu nagle zaczęto ściągać z zagranicy.  Pojawiły się nawet fantastyczne plotki o wypuszczeniu z więzienia Bo Xilaia i byłego szefa MSW Zhou Yongkanga  - dwóch największych wrogów Xi. To oczywiście niepotwierdzone spekulacje - typowe dla krajów o takim modelu władzy. Mogą one być wrzutkami wrogiej frakcji w chińskich służbach specjalnych. Samo jednak pojawienie się takiej frakcji byłoby sprawą bardzo poważną, świadczącą o słabnięciu pozycji przywódcy. Pewne poszlaki wskazują, że 73-letni Xi Jinping rzeczywiście mógł odczuwać podczas szczytu BRICS jakieś dolegliwości zdrowotne.  Źródła wskazują, że rzeczywiście doszło na szczycie BRICS do krótkiego epizodu "paniki medycznej" a służby były gotowe do ewakuacji Xi do Pekinu, ale skończyło się jedynie na strachu.

W jakiej kondycji jest Xi przekonamy się w czwartek, podczas jego wizyty w Waszyngtonie.

Co ciekawe, podczas szczytu BRICS, poważnie zachorował prezydent RPA Cyril Ramaphosa. Tak poważnie, że odwołano na wiele dni wszelkie jego wystąpienia publiczne. Nie ujawniono jednak, na co on zachorował, a pojawiły się plotki o "mini-udarze". 

Dwóch prezydentów krajów BRICS na jednym szczycie nagle zapada na dziwną chorobę? To jakiś nowy "syndrom hawański", czy co? A może - jak zasugerowało PsyopAnime - zaszkodziło im indyjskie jedzenie?




 


 ***

Nieco wcześniej doszło do niezłego zwrotu akcji w Jemenie. W czasie gdy trwała ofensywa armii rządowej na jemeńską stolicę, Huti przeprowadzili własną ofensywę ku wybrzeżu. Okazało się, że jemeńscy sojusznicy Saudyjczyków napompowali wcześniej swoje bataliony, fikcyjnie wciągając na żołd krewnych i znajomych. Gdy doszło do walki, porzucali sprzęt. Saudyjczycy bombardowali ich na pół gwizdka. Amerykanie odmówili bombardowań i zaczęli negocjacje z Hutimi, którzy zapewnili, że nie będą już atakować statków cywilnych. Jednocześnie CENTCOM zapewnił arabskie monarchie, że się nie wycofuje z regionu, a Saudyjczycy poprosili Chiny, by utemperowały zachowanie Hutich, a jednocześnie sondowali Izrael, czy sam by nie uderzył w tych narkomanów. Nikt nie wpadł na to, by im spalić lub skazić pola katu.

***

Na urlopie byłem przez tydzień na Teneryfie. Polecam tam szczególnie: muzeum Thora Hayerdhala i "piramidy" w Guimar (moim zdaniem początkowo będące tworem Guanczów, a po kilkuset latach degradacji, odnowione w XIX w. do celów rolniczych) - daje dużo do myślenia w kwestii starożytnych cywilizacji, zniszczonych przez kataklizmy. (Guanczowie ten kataklizm przetrwali dlatego, że Teneryfa jest terenem górzystym, z wulkanem Teide mającym 3715 m. n.p.m.) Ponadto warto zobaczyć mumie Guanczów w muzeum w Santa Cruz de Tenerife oraz miejscowe muzeum wojskowe (dużo ciekawego sprzętu), a także miasteczko La Laguna. Miłośnicy nieziemskich widoczków mogą się się wybrać do parku narodowego Teide. 



















***

A Niklot zorganizował spotkanie z Waszym Ulubionym Autorem:




A później także z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie przeciwko Rassiji:



sobota, 5 września 2026

Szacha obalono, by zastąpić go kartelem narkotykowym

 


Znalazłem brakujący element układanki wyjaśniający, dlaczego amerykańskie, brytyjskie, francuskie, sowieckie i enerdowskie służby wywiadowcze wsparły w 1979 r. szyicki zamach stanu w Iranie, w wyniku którego został obalony szach Mohammed Reza Pahlavi. Nie miało to oczywiście żadnego związku z bajbeczkami o okrucieństwie szacha (właściwie jego służby były ZBYT ŁAGODNE wobec różnych szyicko-komunistycznych śmieci), ani z większością aspektów jego polityki zagranicznej i wewnętrznej. Szach właściwie podjął tylko jedną decyzję, która przesądziła o losach Iranu. Wziął się na poważnie za walkę z narkotykami. Ponieważ Iran zajmował kluczowe miejsce na szlaku przerzutowym heroiny do Europy, to ta walka psuła interesy tajnym służbom z wielu krajów. I stąd współpraca ponad zimnowojennymi podziałami politycznymi w obaleniu irańskiego władcy.



Ten brakujący element układanki znalazłem w książce Johna Colemana "Tajny rząd światowy. Nieznana historia Komitetu 300". Książka ta została wydana po raz pierwszy w 1991 r., a jej autor (ukrywający się pod pseudonimem) rzekomo był funkcjonariuszem brytyjskich służb specjalnych. W książce tej pada wiele kontrowersyjnych twierdzeń, ale wątek związany z irańskim zamachem stanu jest tam akurat dobrze wyjaśniony. Autor wskazuje, że pod rządami Chomeiniego, w 1984 r. produkcja opium w Iranie sięgnęła 650 ton rocznie. O ile pod koniec rządów szacha liczba narkomanów w tym kraju dochodziła do miliona, to po kilku latach rządów Chomeiniego, sięgała 2 mln. 


Ilustracja muzyczna: Jan Hammer - Crocket's Theme (Miami Vice)

William Buckley, szef stacji CIA w Bejrucie, uważnie przyglądał się tej "eksplozji" handlu narkotykami produkowanymi w Iranie, Afganistanie i Pakistanie. Choć był członkiem Bractwa Kości i Czaszki, to jednak chciał powstrzymywać ten handel. Z tego powodu ambasada USA w Islamabadzie stała się celem zamachu bombowego, a Buckley ledwo uniknął zlinczowania przez motłoch. Pomimo tego, że jego przykrywka została zdradzona, CIA wysłała go znów do Bejrutu. Tam został porwany przez Hezbollah i po wielu dniach tortur zabity. Torturować miał go osobiście syryjski generał Mohammmed el-Khoulil, który chciał od niego wydobyć informacje o amerykańskich agentach narkotykowych na Bliskim Wschodzie.

Z tym wątkiem ściśle się łączy też sprawa zamachu bombowego na lot PanAm 103 nad Lockerbie w 1989 r., na pokładzie którego było dwóch agentów DIA, którzy zdobyli dowody na współpracę CIA w handlu narkotykami z Hezbollahem. W zamach ten byli bezpośrednio zaangażowane syryjskie oraz irańskie tajne służby. Bombę - skonstruowaną przez specjalistę z Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny - ukryto w walizkę, w której miała się znaleźć heroina idąca jednym ze szlaków wykorzystywanych przez te służby.

Wielokrotnie wspominałem na tym blogu, że irański Korpus Strażników Rewolucji to gigantyczny kartel narkotykowy, którego kluczową filią jest Hezbollah. Dobrze są udokumentowane choćby interesy prowadzone przez niego w Kanadzie wspólnie z chińskimi triadami oraz meksykańskimi kartelami. To, że kiedyś CIA i MI6 również brały udział w tych interesach doskonale tłumaczy zarówno aferę Iran-Contra, jak i to dlaczego w latach 80-tych, 90-tych i w pierwszej dekadzie XXI w. USA tak mocno pobłażały Iranowi oraz Assadowi - słabo reagując na dokonywane przez niego zamachy terrorystyczne i porwania wymierzone w amerykańskich dyplomatów, wojskowych i cywilów. Przypominam również, że Iran współpracował z USA w latach 80-tych przy wspieraniu afgańskich mudżahedinów i w 2001 r. podczas obalania władzy talibów w Afganistanie. Tych samych talibów, którzy wcześniej zakazali uprawiania opium. Przypominam również, że Assad zaangażował swoją armię do produkcji captagonu na ogromną skalę. (A Izrael chroni obecnie narkotykowego druzyjskiego barona z Syrii - Hikmeta al-Hidżriego, u którego służy wielu assadowskich resortowców.) Ponadto Huti - bliscy sojusznicy Teheranu są bandą narkomanów jadących na kacie. 

Ta polityka chronienia Iranu zmieniła się po 2016 r., wraz zerwaniem przez pierwszą administrację Trumpa umowy nuklearnej z Teheranem. Kolejnym ciosem w kartel Korpusu Strażników Rewolucji było wyeliminowanie na początku 2020 r. gen. Sulejmaniego, który wspólnie z meksykańskim kartelem Las Zetas chciał wcześniej odstrzelić jednego z saudyjskich dyplomatów w Waszyngtonie. Resztę tej historii znamy...

Obecnie irański kartel liczy na to, że wysokie ceny ropy (i diesla) oraz rosnące ich śladem rentowności obligacji wymuszą na administracji Trumpa zakończenie wojny i poważne ustępstwa. Amerykańska blokada poważnie jednak przyspieszyła erozję gospodarki irańskiej. Iran tak kontroluje Cieśninę Ormuz, że w okolicach Sri Lanki stoi 27 jego pustych tankowców, które nie mogą wrócić do kraju. 29 irańskich tankowców nie może opuścić Zatoki Perskiej. Amerykanie wdrażają strategię - uderzenia w jeden irański tankowiec, za każdy statek zaatakowany przez Iran.  Irański eksport ropy załamał się najbardziej spośród wszystkich państw regionu.  Choć Iran dysponuje dużymi złożami ropy, to na rynku wewnętrznym boryka się z ogromnymi niedoborami paliw. Waluta jest na wczesnym stadium weimarskiej hiperinflacji.  Amerykanie wzięli się również za banki, w których kartel Korpusu Strażników Rewolucji ukrywa swoje pieniądze.


Irański kartel jest więc obecnie dymany przez "Potężnego Geja" Bessenta. Trump i Bessent naruszają jednak w ten sposób też potężne międzynarodowe interesy i zagrażają narkotykowym fortunom wielu służb. Odpowiecie: "ale Trump prowadzi tę wojnę dla Epsteina oraz Izraela".  Nie oceniam jego intencji. Stwierdzam tylko fakt: jego administracja odeszła od trwającej od dekad współpracy amerykańskich służb z irańskim kartelem narkotykowym. Zamiast bóldupić i jojczyć w komentarzach powinniście się zastanowić: dlaczego doszło do zmiany tej polityki? Zauważcie też, że w przypadku Libanu, Syrii oraz Turcji, administracja Trumpa prowadzi politykę idącą wbrew Izraelowi, a mocno sprzyjającą interesom Erdogana (kolejnego przywódcy, który wywrócił "geopolityczny stolik"). 

Coleman w swojej książce o Komitecie 300 pisał czasem bzdury, m.in. stawiając brytyjską arystokrację w centrum światowego spisku. Dobrze jednak opisywał działalność grup takich jak Klub Rzymski zmierzających do zabicia zachodniego przemysłu i ogólnego obniżenia poziomu życia mieszkańców Ameryki Północnej i Europy. Wyjaśniał, że to uderzenie w standard życia miało być tłumaczone "kryzysem klimatycznym", koniecznością zwalczania biedy w Trzecim Świecie i innych plag społecznych stymulowanych przez globalistów. Chodziło po prostu o to, by pod płaszczykiem tych "sytuacji nadzwyczajnych" zwolennicy "zerowego wzrostu" przejęli władzę i całkowicie uzależnili wszystkich od świadczeń społecznych, robiąc z wolnych ludzi bandę proli zadowolonych z ochłapów, które im dostarcza państwo. Ten program zaczął być formułowany w latach 50-tych, a wdrażany w kolejnych dekadach.

Ciekawe, że akurat administracja Trumpa (ale też do pewnego stopnia Bidena) zaczęła odchodzić od tej utopijnej filozofii "degrowth"... Nikt nie zadaje pytania: co się tam właściwie w Waszyngtonie dzieje za kulisami!

Kilka dni temu - akurat pomiędzy moimi wyjazdami - zeszła z tego świata Gloria Steinem, funkcjonariuszka CIA, która była jedną z liderek amerykańskiego feminizmu lat 60-tych i 70-tych. Swoją propagandą spierdoliła życie dziesiątkom milionów kobiet i mężczyzn. Sama wyszła za bogatego kolesia, który finansował jej gazetkę. Steinem jest teraz pewnie torturowana w zaświatach przez dusze kilkudziesięciu milionów wyabortowanych dzieci, a jej ideologia właśnie poniosła ogromną klęskę wizerunkową przy okazji procesu Lindsey Clancy - psychopatki, która zadusiła kablem trójkę swoich małych dzieci. Feministki argumentują, że kobieta może z powodu hormonów łatwo stać się morderczynią - tym samym dają argument za odebraniem kobietom praw wyborczych i wprowadzeniem prawa szariackiego. 

Hitem znów stała się więc (wśród internetowych rasistów i -pillowców) piosenka Johna Lennona "Woman is a nigger of the world".

***

W przyszłym tygodniu nie będzie wpisu, bo będę w rozjazdach.