sobota, 15 października 2022

Gracze: Inżynier Witkowski

 

Ilustracja muzyczna: David Arnold - Vesper Lynd Theme - Casino Royale OST

W okupowanej Polsce chyba nie było bardziej tajemniczej organizacji niż Muszkieterowie... 

Przez kilkadziesiąt lat po wojnie relacje o jej działalności były bardziej niż skąpe. Ot czasem zdawkowo wspominano, że 18 września 1942 r. jej szefa, inżyniera Stefana Witkowskiego zabiła w Warszawie AK, za to, że zaplątał się on w jakieś dziwne gry z wywiadami brytyjskim, sowieckim i niemieckim. Nieco więcej o tej organizacji pisał w swoich wspomnieniach Kazimierz Leski "Bradl",  oficer wywiadu Armii Krajowej i powstaniec warszawski - który konspiracyjną służbę zaczynał jako wywiadowca Muszkieterów.







 Niektórzy kojarzyli Muszkieterów także z Krystyną Skarbek - legendarną agentką SOE, zasztyletowaną w 1952 r. w Londynie przez kolegę z pracy, który rzekomo oszalał z miłości do niej. (Dostał za to karę śmierci po procesie trwającym... 10 minut. Wyszedł z sali sądowej z uśmiechem na ustach. Nie zachował się żaden dokument mówiący, że wykonano na nim egzekucję.) Skarbek była kochanką Iana Fleminga, który wzorował na niej postać Vesper Lynd z "Casino Royale". Według Jerzego Rostkowskiego, twórca Jamesa Bonda, wygadał się przy niej w łóżku o tym, co się zdarzyło 4 lipca 1943 r. na Gibraltarze. I dlatego ktoś musiał "posprzątać" wbijając jej między żebra nóż Fairbairne'a-Sykesa...

Muszkieterów jednak tak naprawdę rozsławił dopiero Dariusz Baliszewski. Opisał ich jako świetną organizację wywiadowczą z mackami sięgającymi od Gibraltaru po Ural. A przy tym zamieszaną w 1941 r. w sprowadzenie do Polski marszałka Śmigłego-Rydza i premiera Leona Kozłowskiego, po to by próbować tworzyć proniemiecki rząd kolaboracyjny mający chronić naród przed dalszymi stratami biologicznymi. Narrację Baliszewskiego możecie przeczytać choćby w tym artykule. Przeczytajcie go, by wiedzieć, do czego będę się odnosił w tym wpisie.

Historię Muszkieterów w fajny sposób opowiedziano również w serii komiksów "Bradl", których głównym bohaterem jest Kazimierz Leski. Gorąco je polecam, gdyż pięknie sportretowano w nich Witkowskiego i innych bohaterów tej opowieści. 

Niedawno ukazała się za to pierwsza naukowa monografia poświęcona Muszkieterom - "Muszkieterowie 1939-1942. Historia tajnej organizacji wywiadowczej" Adriana Sandaka. Tę pozycję również gorąco polecam. Autor co prawda stroni od sensacji i demitologizuje wiele wątków historii Muszkieterów, ale i tak przedstawia w niej wiele niezwykle ciekawych informacji i dokumentów. 

Sandak przede wszystkim podważa narrację mówiącą o Muszkieterach jak o wszechpotężnej organizacji wywiadowczej. Przypomina, że tworzyli ją amatorzy, którzy zbierali często informacje typu "śmieciowego". Witkowski często uciekał się do blagi i konfabulacji, na przykład gdy pisał na jesieni 1939 r. do Paryża, że jego organizacja dysponuje oddziałami partyzanckimi i... samolotami. Eksperci z wywiadu ZWZ  starali zaś podważać raporty Muszkieterów, wychwytując różnego rodzaju przekłamania. Raporty głębokiego wywiadu z Rzeszy bywały wycinkami z pracy i zasłyszanymi plotkami. To i tak było jednak coś, w obliczu ogólnej posuchy informacyjnej, na którą cierpiały wówczas alianckie służby wywiadowcze. Pamiętajmy też, że wiadomości, które wydają się nieistotne, mogą w określonych okolicznościach dla tajnych służb bardzo cenne. Brytyjczycy na pewno wówczas bardzo cenili raporty przesyłane im przez Muszkieterów, co irytowało oficerów wywiadu ZWZ. Irytowało, bo Muszkieterowie dostawali z Londynu poważne fundusze, których brakowało rozwijającej się polskiej konspiracji.

Organizacja Muszkieterowie dysponowała też czymś unikalnym - wywiadem na terenach ZSRR. Według Baliszewskiego, to ona jako pierwsza wpadła na ślad Katynia. Większość zachowanych meldunków z ZSRR wygląda jednak bardzo ogólnie, a czasem wręcz kuriozalnie, jak choćby ten:

 "Nasz łącznik z Batumi komunikuje, że nawiązał łączność z pograniczem tureckim przez pastuchów– Gruzinów, zwolenników Chalwa Kakomidze, z którego grupą nawiązać można łączność z Paryżem". Na ślad żadnego Chalwy Kakomidzego nigdy nie natrafiono. Może to był pseudonim, za którym krył się na przykład mieszkający w Paryżu działacz prometejski, były gruziński minister spraw zagranicznych Ewgenii Gegeczkori - bliski krewny żony Ławrientija Berii. Zresztą, dla kogo w warunkach sowieckich mogli oni pracować?

O ile w różnych publikacjach można natrafić na wzmianki o relacjach pomiędzy Muszkieterami a wywiadem sowieckim, to w książce Sandaka jest na ten temat jeden konkret: epizod z 1941 r., jeszcze sprzed niemieckiej inwazji na Wschód, w którym Muszkieterowie sprzedali Sowietom informacje dotyczące Niemców. W podobne gry angażował się jednak wówczas też ZWZ.





Sowiecki wątek jest też w sprawie Marii Grocholskiej - ciekawie przedstawionej w komiksie "Bradl". Hrabianka Grocholska była agentką Muszkieterów prywatnie związaną z Rudolfem von Schelihą, sekretarzem ambasady niemieckiej w Warszawie w latach 1932-1939, tajnym radcą niemieckiego MSZ w latach 1939-1942. Scheliha, archetyp "dobrego Niemca", był przeciwnikiem nazistów i dostarczał nam wielu cennych informacji o planach niemieckich. Jednocześnie był członkiem "Czerwonej Orkiestry" czyli sowieckiej siatki szpiegowskiej. Niemcy go powiesili w grudniu 1942 r. Grocholska została zaś zasztyletowana przez nieznanych sprawców w maju 1940 r. 



Czy inżynier Witkowski rzeczywiście próbował stworzyć wraz z marszałkiem Śmigłym-Rydzem rząd kolaboracyjny w okupowanej Polsce? Na 100 proc. wiemy, że to Witkowski witał na dworcu w Krakowie marszałka wracającego z Węgier i że często się spotykał z nim w Warszawie. Przed wojną w listach do Śmigłego nazywał go nawet... ojcem. Marszałek wyraźnie patronował jego pracom badawczym. To, że Witkowski ze swoimi ludźmi kręcił się wokół SGO "Polesie" pod Kockiem (dysponując karabinami przeciwpancernymi Ur!)  i kontaktował się z generałem Kleebergiem sugeruje, że był związany z Dywersją Pozafrontową., a więc z naszymi służbami wywiadowczymi. W Dywersji Pozafrontowej działał też choćby Stanisław Frączysty - kurier, który przeprowadził marszałka przez Tatry. (Premier Leon Kozłowski, w swoich znakomitych wspomnieniach pisał natomiast, że przez front niemiecko-sowiecki pod Moskwą przeszedł w towarzystwie tajemniczego polskiego oficera.)


Powyżej: Stanisław Frączysty w rozmowie z papieżem Benedyktem XVI w Muzeum Obozu Auschwitz-Birkenau w maju 2006 r. 

Bliską znajomą Witkowskiego była Jadwiga Maksymowicz-Raczyńska, wdowa po generale Włodzimierzu Maksymowiczu-Raczyńskim (który zmarł w 1938 r. w dziwnych okolicznościach w Berlinie - według Baliszewskiego został otruty przez polski wywiad, bo współpracował z Niemcami), właścicielka mieszkania przy Sandomierskiej 18, w którym zamieszkał marszałek Śmigły-Rydz.

W ciekawym świetle tę historię stawia notatka z esbeckiego dochodzenia z 1967 r., przytoczona w książce Sandaka:

"Z kręgu tych ludzi S. Witkowski był jedyną osobą niezwiązaną politycznie do 1939 r. z obozem sanacji. Łączyła go natomiast z Rydzem-Śmigłym znajomość datująca się od połowy lat 30-tych, kiedy to S. Witkowski dał się poznać kołom wojskowym jako bardzo zdolny wynalazca i konstruktor z zakresu produkcji specjalnej. W 1939 r. na zlecenie Rydza-Śmigłego Witkowski przebywał w Rumunii i na Węgrzech, a następnie opracował memoriał dotyczący sił i możliwości militarnych obu tych państw. Misja Witkowskiego związana była z przewidywaniami Rydza-Śmigłego, że z chwilą wojny z Niemcami, na skutek różnicy potencjału militarnego i ludnościowego, Polska nie zdoła zachować swojej niepodległości i zajdzie konieczność prowadzenia i kierowania walką z terenu państw sojuszniczych. Na nawiązanie kontaktu z Witkowskim duży wpływ miał charakter działalności jego organizacji, która posiadała powiązania z Watykanem i Episkopatem polskim, kontakty na Intelligence Service i wywiad niemiecki oraz łączność z ważniejszymi krajowymi organizacjami konspiracyjnymi, z Naczelnym Wodzem i z placówkami polskimi na Węgrzech."

Wiemy też, że Witkowski wysłał przez front niemiecko-sowiecki, do kwatery głównej Andersa w Buzułuku, emisariuszy z tajemniczym przekazem. Jak pisał Baliszewski:

"18 stycznia generał Anders wydał bankiet na cześć polskich oficerów przybyłych z kraju. Toastom nie było końca. Święcono polską odwagę, gratulowano patriotyzmu. W uznaniu zasług Szadkowski mianowany został zastępcą dowódcy pocztu przybocznego gen. Andersa. Chwilę później wybuchł skandal. Nagle, jak zapisał w swojej relacji rtm. Szadkowski, "generał Okulicki zapytał o Śmigłego. Padały różne odpowiedzi. Jedni twierdzili, że jest w Budapeszcie, inni, że w Ankarze. Wszyscy patrzyli pytająco na mnie. Ja nachyliłem się do Andersa i cicho powiedziałem: To, co mam do przekazania, przeznaczone jest wyłącznie dla Pana Generała. Proszę o rozmowę na osobności. Gdy do niej niebawem doszło, powiedziałem: Śmigły jest w Warszawie i razem z legionistami szykują zamach na Sikorskiego. Dodałem, że gen. Grot-Rowecki bez wiedzy i zgody Naczelnego Wodza mianował szefem sztabu ZWZ płk. Tadeusza Pełczyńskiego, lecz Warszawa trzyma to w najściślejszej tajemnicy".

Anders był, jak relacjonuje rotmistrz, "wstrząśnięty i zaskoczony". Nie miał powodu wątpić w słowa tego, który mu je przekazał. Szadkowski dowodził ochroną osobistą Śmigłego i nie odstępował go na krok - trudno było wyobrazić sobie bardziej wiarygodnego świadka.

Następnego dnia sprawa przybrała wymiar wręcz katastroficzny. Z mydła do golenia wydobyto mikrofilmy przygotowane przez Witkowskiego dla gen. Andersa. Jak zapisał we wspomnieniach obecny wówczas w Buzułuku późniejszy bohater spod Monte Cassino gen. Klemens Rudnicki: "Treść była bowiem kompromitująca, i to w najwyższym stopniu. Zawierała ona list szefa Muszkieterów, a więc znanego mi Witkowskiego do generała Andersa, w którym wzywał generała do uderzenia na tyły bolszewickie, gdy tylko przyprowadzi swą armię na front przeciwniemiecki". (...) Czy możliwe było, by jakiś nieznany Stefan Witkowski z Warszawy wydawał rozkazy Andersowi, które ten - zamiast lekceważąco wrzucić do kosza - traktował tak poważnie? A jeśli nie Witkowski, to kto? (...)


A jednak w Warszawie końca 1941 r. coś się działo. Wystarczy sięgnąć do listu gen. Władysława Sikorskiego do ambasadora w Moskwie Stanisława Kota z 26/27 marca 1942 r.: "Zgodnie z raportem, który otrzymałem 20 stycznia, Naród Polski mimo okrutnych prześladowań odpowiedział stanowczo odmownie na wezwanie do udziału w krucjacie przeciw bolszewikom, co było połączone z poważnymi koncesjami na rzecz Polski".

Jakimi koncesjami? Czyje wezwanie? Do kogo skierowane? Dokument na to nie odpowiada. Wiadomo jednak, że kilka dni wcześniej, 24 marca 1942 r., w rozmowie z prezydentem Rooseveltem Sikorski stwierdził: "... tak niedawno, bo zaledwie 20 stycznia, wszystkie polityczne partie Polski zadeklarowały swoją jednomyślną decyzję nieulegania sugestiom niemieckim i nieuczestniczenia Polski w jakiejkolwiek formie w kampanii antyrosyjskiej, w zamian za co Polacy mieli obiecane przywrócenie normalnych warunków na terytorium polskim". Skoro o tym dyskutowano, to znaczy, że było o czym dyskutować. "

(koniec cytatu)

"Przywrócenie normalnych warunków" oznaczało znaczne złagodzenie okupacji. Zero masowych egzekucji, łapanek, pacyfikacji wsi, wysyłania Polaków do obozów... Zapewne jakiś milion Polaków więcej mógłby przeżyć wojnę. A po wojnie można by zrzucić odium kolaboracji na grupę "zbankrutowanych polityków związanych z poprzednim reżimem" - bo przecież mielibyśmy nadal rząd i wojsko na Zachodzie, a później także po stronie Sowietów. Sikorski z tej szansy postanowił nie skorzystać - choć są poszlaki wskazujące, że marszałek Śmigły-Rydz proponował mu tajną współpracę...




Przerzut emisariuszy do Andersa został zorganizowany przy współpracy z Białym Rosjaninem gen. Borysem Smysłowskim i jego Sonderstabem "R" działającym pod auspicjami Abwehry. Postać Smysłowskiego przybliżałem już na tym blogu we wpisie o... polskich illuminatach. Tak się bowiem składało, że Smysłowski był wysokiej rangi wolnomularzem, martynistą i członkiem warszawskiej loży Zakon Illuminatów. Jego mistrz  z loży - Jan Czarnomski-Korwin został zastrzelony przez oddział likwidacyjny AK "Andrzeja Sudeczki" w czerwcu 1944 r. - w tej samej serii zabójstw, co Makowiecki i Widerszal. Kedyw przeprowadził zaś w maju 1944 r. nieudany zamach na Smysłowskiego. Niewątpliwie ten Biały Rosjanin prowadził bardzo interesującą działalność: "Należy stwierdzić, iż w trakcie swoich działań utrzymywał on kontakty m.in. bardzo intensywne w 1941 r. z organizacją Muszkieterzy, jak również z wywiadem AK, organizacją Miecz i Pług, NSZ, oraz z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA), Tarasem Bulbą-Borowciem, przywódcą Siczy Poleskiej. Oferował również swoją pomoc przy przerzucie agentów na Bliski Wschód do Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza."

Bliskie kontakty Witkowskiego z marszałkiem Śmigłym-Rydzem są o tyle ciekawe, że w czasie okupacji Witkowski starał się przedstawić swoją organizację jako "antysanacyjną". Włączył ją nawet do Centralnego Komitetu Organizacji Niepodległościowych inżyniera Ryszarda Świętochowskiego. CKON był organizacją budowaną przez ludzi Sikorskiego w konkurencji do "sanacyjnego" ZWZ. Świętochowski wielkiej kariery w Podziemiu jednak nie zrobił - wpadł na granicy ze Słowacją i trafił do Auschwitz, gdzie zginął. Witkowskiemu jakoś nie udało się go wyciągnąć z aresztu...

CKON pozwalał jednak Witkowskiemu i jego ludziom nawiązywać kontakty z wieloma organizacjami nie scalonymi z ZWZ/AK. Tak nawiązał w ten sposób kontakty z Komendą Obrońców Polski, czyli późniejszą... Polską Armią Ludową!

Borucki, dowódca KOP/PAL zeznawał po wojnie: "Kontakt z Londynem nawiązałem poprzez Witkowskiego, który wobec KOP był zobowiązany (za dostarczane mu informacje, zdobywane przez nas dokumenty i transporty poczty polowej, pomoc techniczną w radiostacjach, pomoc bojówek itp.), a który z Pełczyńskim, […] po przekazaniu szeregu kompromitujących ZWZ-PZP informacji za granicę – był znów na stopie wojennej. W ogóle Witkowski był dla mnie w tym czasie wyjątkowo cennym sojusznikiem. KOP przestał być odosobniony".

Po rozbiciu Muszkieterów, część ludzi Witkowskiego przeszła do KOP a stamtąd do PAL. Był wśród nich m.in. ppłk Stanisław Skwirczyński "R3", jeden z kierowników wywiadu Muszkieterów, który został szefem bezpieczeństwa w PAL. Być może nie pojęliście jeszcze wagi tej informacji, więc powtórzę: człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo kierownictwa "komunizującej" PAL przeszedł tam z organizacji Muszkieterowie.



Muszkieterowie bardzo blisko współpracowali też z Konfederacją Narodu kierowaną przez Bolesława Piaseckiego. Po wojnie, żołnierze KN wspominali Witkowskiego jako "naszego przyjaciela". Witkowski bardzo pomógł KN przy jej słynnej akcji przeprowadzonej w nocy z 26 na 27 lipca 1942 r., czyli odbicia więźniów z aresztu przy ulicy Daniłowiczowskiej w Warszawie. Witkowski nie tylko zorganizował niemieckie mundury i samochód z niemiecką rejestracją. Sam też wziął udział w tej brawurowej akcji. (Wśród jej uczestników był też Leszek Kostek-Biernacki, bojowiec KN a zarazem syn legendarnego wojewody poleskiego płka Wacława Kostka-Biernackiego!) Przed wojną RNR Falanga Piaseckiego (nie mylić ze współczesną prosowiecką organizacją młodzieży niebinarnej płciowo) przez pewien czas współpracował z OZN i Oddziałem II. 

Jak wspominała Zofia Kobylańska: "Kontakty z „Dzięciołem” urwały się w sierpniu 1942 r. Bezpośrednią przyczyną – należy przypuszczać – było zaangażowanie się Piaseckiego w konflikt między Oddziałem II KG AK a Stefanem Witkowskim – Muszkieterem. Piasecki bardzo cenił Muszkietera, który oddał wielkie usługi w sprawie odbicia więźniów z Daniłowiczowskiej – miał o nim
jak najlepszą opinię, uważając go za człowieka dzielnego i bezinteresownego. Ppłk „Dzięcioł” z wielkim niezadowoleniem przyjął ingerencję Piaseckiego w jego obronę, która zresztą była nieaktualna, ponieważ los Muszkietera został już przesądzony wyrokiem Wojskowego Sądu Specjalnego, skazującego go na karę śmierci."

Wspomniany ppłk "Dzięcioł" to płk Marian Drobik, szef wywiadu i kontrwywiadu AK w latach 1942-1943. Jak podają źródła popularne: "Był autorem tzw. „Testamentu Dzięcioła” czy też „Testamentu-Memoriału Drobika”, w którym zawarł swoje obawy co do niebezpieczeństwa, iż po wojnie może dojść do okupacji sowieckiej na terenie Polski i aktualna polityka Polskiego Państwa Podziemnego w stosunku do ZSRR powinna opierać się na szeregu daleko idących ustępstw w stosunku do Sowietów, a nawet ewentualnego oddania im Kresów w zamian za niepodległość. W czasie spotkania ze sztabem KG AK, gdzie płk Drobik miał wygłosić swój memoriał, doszło do dziwnego incydentu – pułkownik Drobik otruł się ampułką z cyjankiem potasu, jednak jego towarzyszom udało się wyratować niedoszłego samobójcę. Płk Marian Drobik został aresztowany przez Gestapo w willi swojej siostry przy ulicy Ptasiej w Podkowie Leśnej w nocy z 9 na 10 grudnia 1943."

Jak już wspomniałem, Witkowski został zastrzelony 18 września 1942 r. Ekipa likwidacyjna z AK złożona była z polskich oficerów Kripo, czyli podległej Niemcom policji kryminalnej. Dowódca tej akcji, Stefan Chamski był opisywany w raportach AK jako typowy "brudny glina", bardzo aktywny w szantażowaniu ukrywających się Żydów. Do zwłok Witkowskiego przyczepił karteczkę z napisem "największy polski bandyta". Równolegle, ktoś skierował Gestapo na trop kilkudziesięciu współpracowników Witkowskiego... Wyraźnie postanowiono zniszczyć jego organizację.

Witkowskiego postanowiła jednak pomścić Konfederacja Narodu. W styczniu 1943 r. zorganizowała zamach na Chamskiego, który zmarł w marcu 1943 r. z ran. Raport AK podawał, że: " Wśród pracowników policji istnieje zwyczaj składania się na wieniec dla zmarłych kolegów, jest jednak charakterystyczne, że na wieniec dla Chamskiego nikt nie dał ani grosza".

W kolejnym odcinku wejdziemy głębiej w żmijowisko. Przyjrzymy się postaci Henryka Boruckiego, komendanta Polskiej Armii Ludowej oraz jego kontaktom. 

***

Według Generała SWR, Putin dostał na urodziny od Jurija Kowalczuka ekstrawagancki prezent: milion (!) żołnierzyków. Każdy żołnierzyk niepowtarzalny, zrobiony według innego wzoru. Reprezentują oni wszystkie rodzaje sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej i wszystkie stopnie od szeregowca po generała-majora. Mają różnorodne uzbrojenie, a na figurkach można odczytać nawet ich insygnia. Zestaw nosi nazwę "Mobilizacja". Kowalczuk złożył na niego zamówienie już w lipcu. Putin bardzo się ucieszył. Co tu się zresztą dziwić -  każdemu by się spodobała taka mini-armia terakotowa.

Niedawne uderzenia rakietowe w infrastrukturę energetyczną Ukrainy były propagandowym zamiennikiem uderzenia nuklearnego. Omawiano bowiem też szaloną opcję zdetonowania taktycznej głowicy nuklearnej nad mostami na Dnieprze w Kijowie. Opcję tę jednak szybko odrzucono. Zdecydowano się pokazowo uderzyć w infrastrukturę i w cele symboliczne, takie jak ukraiński parlament. Dziwnym trafem jednak, żaden cel symboliczny nie został trafiony. Nie udało się nawet zniszczyć turystycznej kładki dla pieszych w Kijowie. Co oczywiście nie przeszkadza różnym towarzyszom Panasiukom pisać: "Ukraina na kolanach!". Jak już zauważył Chehelmut, Rosja jest jak Jabłonowski, mocna w gębie, ale jak dostaje wpierdol, to ma problem z odpowiedzią...

Baj de łej: zauważyłem, że różnych filosowietów triggeruje to, gdy nazywa się ich "towarzyszami". Wszak często udają oni prawicowców. Taki Panasiuk na przykład afiszuje się z chodzeniem na Mszę Trydencką, ale nie przeszkadza mu to jednocześnie kopiować stalinowskiej propagandy. "Wielki prawicowiec" Ozjasz Goldberg-Mikke bredził ostatnio, by nie pisać źle o Urbanie (chujowym rzeczniku najchujowszego reżimu w dziejach Polski), bo przecież Jaruzelski "zakończył w Polsce socjalizm" aresztując 13 grudnia 1981 r. Gierka. Mamy oczywiście całą plejadę różnych "niepokornych" i "włączających myślenie" "prawicowców" pielgrzymujących do willi córki Jarucwelskiego. Proponuję więc, by tych przebierańców tytułować: "towarzyszami". Towarzysz Panasiuk, towarzysz profesor Adam Wielkodupski, towarzysz Olszański, towarzysz Pafnucy-Serwacy-Jachacy, towarzysz Ronald Robiący Laseczki, towarzysz Gerszom Braun, towarzysz Sykulski, towarzysz Ozjasz Goldberg vel Korwin-Mikke...

***

Kolejny wpis za dwa tygodnie, bo w poniedziałek na tydzień wybieram się do dalekiego kraju. Podpowiedź gdzie w poniższym filmiku. Fani anime od razu zgadną!





sobota, 8 października 2022

Gracze: Śmierć komendanta

 


Ilustracja muzyczna: Schmaletz - Rewolucyjna NSZ

Generał Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski, był przede wszystkim patriotą. Był bohaterem wojny z bolszewikami i kampanii 1939 roku, człowiekiem, który uciekł z niemieckiej niewoli i następnie przez dwa lata z sukcesami organizował Armię Krajową na Mazowszu Północnym. Odszedł z AK po konflikcie ze zwierzchnikiem ppłkiem Tadeuszem Tabaczyńskim, który lekceważył ostrzeżenia Nakoniecznikoffa-Klukowskiego o tym, że jeden z kurierów pracujących dla organizacji jest niebezpiecznym agentem Gestapo. W podokręgu doszło wówczas do rozłamu - część ludzi, z Nakoniecznikoffem-Klukowskim na czele przeszła do NSZ. Nakoniecznikoff dostał za to wyrok śmierci od AK za "dezercję". W marcu 1944 r. doszło natomiast do rozłamu w samych NSZ. Część organizacji podporządkowała się AK, część posłuchała Grupy Szańca (działaczy dawnego ONR), która mianowała Nakoniecznikoffa-Klukowskiego komendantem głównym NSZ w miejsce dotychczasowego komendant płka Tadeusza Kurcyusza, który zmarł na zawał (wywołany stresem związanym z rozłamem w organizacji.) Jako komendant główny NSZ, Nakoniecznikoff bezpośrednio nadzorował m.in. akcje na Ponidziu przeciwko Niemcom, AL i zbolszewizowanej, zbandyciałej części BCh. Dla Grupy Szańca/Rady Politycznej NSZ był jednak, jako zawodowy wojskowy, "ciałem obcym". Stale go podejrzewano o chęć podporządkowania NSZ Armii Krajowej. Wobec tego czasowo go przeniesiono na stanowisko zastępcy komendanta głównego i wysłano do Warszawy, gdzie zaskoczyło go Powstanie. Po udziale w walkach powstańczych Nakoniecznikoff udał się do Częstochowy, gdzie przeniosła się komenda główna NSZ. Tam został zabity przez... własnych ludzi.

18 października 1944 r. w Częstochowie, w domu kapitana Włodziemierza Żaby "Żniwiarza", szefa sztabu Okręgu VIII Częstochowa, odbyło się posiedzenie Rady Politycznej NSZ. W jego trakcie Nakoniecznikoff został ponownie mianowany komendantem głównym NSZ. Gdy członkowie Rady wyszli z budynku, zostali na miejscu "Żniwiarz" i Nakoniecznikoff. Wówczas do domu weszło dwóch mężczyzn, którzy ich zastrzelili. Rada Polityczna NSZ wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że mordu tego dokonali członkowie AK lub  Polskiej Armii Ludowej. Później zaczęła rozpowszechniać wersję, że komendant główny NSZ został zlikwidowany, bo dogadywał się z ową Polską Armią Ludową w celu podporządkowania NSZ komunistycznemu PKWN! Skoro tak było, to czemu ta sama Rada Polityczna, na chwilę przed tym skrytobójczym mordem mianowała owego "komunistycznego agenta" komendantem głównym? Czemu przy okazji zabito szefa sztabu okręgu częstochowskiego?


Zabójcami Nakoniecznikoffa-Klukowskiego i Żaby byli najprawdopodobniej: Otmar Wawrzkowicz, szef wywiadu Sztabu NSZ i Hubert Jura "Toma", którego można określić najkrócej jako: człowieka-zagadkę. Jura, pół-Niemiec, przedwojenny podoficer artylerii, dowodził z sukcesami oddziałem dywersyjnym AK na Lubelszczyźnie (gdzie walczył również przeciwko GL). Po przejściu na Kielecczyznę przeszedł do NSZ, gdzie dowodził oddziałem Akcji Specjalnej "Sosna". (Jego ówczesna działalność została świetnie opisana przez Roberta Rudnickiego w książce "Oddział partyzancki "Sosna"/"Las"). Zwalczał wówczas też komunistów, ale wyraźnie przesadzał. Jako "komunistę" próbował bowiem zabić... Antoniego "Hedę" Szarego, legendarnego dowódcę AK, późniejszego Żołnierza Wyklętego, dowódcy akcji na więzienie w Kielcach w 1945 r. Po masakrze dokonanej we wsi Łysowody - gdzie zabito 17 ludzi podejrzewanych o komunizujące poglądy - nawet podwładni "Toma" byli zszokowani jego nieobliczalnością. W międzyczasie zaobserwowali, że Jura utrzymuje dziwne kontakty z Niemcami, m.in. przekazuje niemieckiej żandarmerii schwytanych ludzi. Zbuntowali się więc przeciwko swojemu dowódcy, który musiał uciekać z oddziału. Wyroki śmierci na Jurę wydała zarówno AK jak i NSZ. Czterokrotnie doszło do prób ich wykonania. Jura w tym czasie kierował własną Organizacją "Toma", która współpracowała z Paulem Fuchsem, szefem Gestapo w Dystrykcie Radomskim. "Tom" miał nawet swoje tajne więzienie w Częstochowie. I z jakiegoś powodu Rada Polityczna NSZ posłużyła się nim, by zabić mianowanego przez siebie komendanta głównego...


"Tom" niewątpliwie grał wówczas na dwie strony. Współpracę z Niemcami wykorzystywał w szczytnym celu odstrzeliwania komunistów, a jednocześnie pomagał wyciągać członków AK i NSZ z niemieckich więzień. Dostarczał też tym organizacjom informacji o działaniach Niemców, a Niemcom przekazywał dezinformacje. Nie da się jednak zaprzeczyć, że w tym okresie był związany z morderstwami na kilku oficerach NSZ, m.in. na Władysławie Pacholczyku, który wcześniej wydał na "Toma" wyrok śmierci. Doszło do dziwnej sytuacji - "Tom" działał pod firmą NSZ, nie będąc wówczas jego członkiem, i psując mu opinię w terenie. Był jednak dla Rady Politycznej bezcennym narzędziem. To on umożliwił ewakuację Brygady Świętokrzyskiej do Czech (i chwała mu za to). Po dołączeniu przez Brygadę do amerykańskiej 3 Armii gen. Pattona, Jura został przesłuchany zarówno przez Oddział II jak i przez brytyjski kontrwywiad. Obie organizacje nie miały mu nic do zarzucenia i zaprzęgły do pracy wywiadowczej. "Tom" utrzymywał wówczas, że od początku prowadził pracę dla polskiego wywiadu i rządu londyńskiego. Ludzie, którzy mieli okazję się z nim wówczas spotkać (i przeżyć) twierdzili później, że nie wiedzą kim on naprawdę był i dla kogo pracował...


Wróćmy jednak do mordu dokonanego przez Radę Polityczną NSZ na komendancie Nakoniecznikoffie-Klukowskim. W oficjalnych wyjaśnieniach przewijał się wątek jego kontaktów z organizacją o nazwie Polska Armia Ludowa. Była to mała organizacja o profilu lewicowym, wręcz komunizującym, która powstała z połączenia radykalnie lewicowych środowisk takich jak RPPS   i... prawicowej Komendy Obrońców Polski, założonej przez gen. Wilhelma Orlika-Ruckemanna, w 1939 r. dowódcy KOP, dowódcy w bitwach pod Szackiem i Wytycznem. Komendantem głównym KOP był samozwańczy generał Henryk Borucki "Czarny" (przedwojenny porucznik, w 1939 r. komendant parku amunicyjnego w składnicy uzbrojenia w Palmirach) - którego dziwną historię opiszę w kolejnych odcinkach tej serii. Szefem sztabu PAL był inny samozwańczy generał, przedwojenny pułkownik Julian Skokowski - w 1918 r. legendarny dowódca Oddziału Murmańczyków, w 1939 r. dowódca piechoty dywizyjnej 25 Dywizji Piechoty i Grupy "Palmiry". W konspiracji Skokowski przeszedł ze Związku Jaszczurczego (który współtworzył później NSZ) do Gwardii Obrony Narodowej, z której częścią trafił do PAL. Pod koniec lipca 1944 r. to właśnie jego pseudonimem firmowano odezwę PAL rozklejoną na ulicach Warszawy, mówiącą, że dowództwo AK uciekło z miasta i że PAL przejmuje dowództwo nad Podziemiem. Podczas Powstania Warszawskiego, we wrześniu 1944 r. Skokowski został komendantem Połączonych Sił Zbrojnych Armii Ludowej, PAL i Korpusu Bezpieczeństwa.  Ciekawa droga - dowódca Murmańczyków podporządkował sobie AL w Warszawie...

Co tych ludzi łączyło jednak z komendantem głównym NSZ?

German Marcinkowski, szpieg AK w dowództwie PAL, zeznawał po wojnie, że w maju lub w czerwcu 1944 r. był świadkiem konferencji PAL i NSZ w restauracji na warszawskim Służewie. Rozpoznał tam Nakoniecznikoffa-Klukowskiego. Byli tam obecni również m.in. Borucki i Skokowski. "Jak mi wiadomo, zawarto wówczas ustne porozumienie, tzw. dżentelmeńskie porozumienie, polegające na sympatyzowaniu ze sobą i wzajemnym popieraniu. Skokowski i "Czarny" kompletnie pijani całowali się z NSZ-owcami, pili tzw. bruderszaft, wykazując całkowitą obojętność do różnic ideologicznych, które powinny istnieć i formalnie istniały pomiędzy PAL i NSZ-em".

W tym czasie w prasie PAL nazywano żołnierzy NSZ "faszystowskimi bandytami". To tajne porozumienie mogło więc wydawać się szokujące dla laików. Wydaje się też, że mogła je źle zrozumieć też Rada Polityczna NSZ. Nie zwracała ona uwagę na to, że w praktyce okazało się ono korzystne dla NSZ. PAL ratowała bowiem NSZ-ców wydając im legitymacje swojej organizacji i zaświadczając, że są oni nastawieni przychylnie do "rządu" lubelskiego. Cywile z Rady Politycznej nie dostrzegali też, że Skokowski i Nakoniecznikoff-Klukowski to zawodowi oficerowie mogący dobrze się znać z przedwojennej armii. (Takich przyjaźni ponad podziałami politycznymi było więcej - na przykład generałowie Berling i Okulicki bardzo się lubili, bo podczas służby w 36 pułku piechoty Legii Akademickiej na Pradze razem się bawili i w pewnym momencie równolegle zalecali się do sióstr-bliźniaczek.) 

Kontakty pomiędzy PAL a NSZ komuś się jednak wyraźnie nie podobały. 22 czerwca 1944 r. pod wspomnianą restaurację przy ulicy Puławskiej 247 zajechały bowiem trzy ciężarówki pełne dobrze uzbrojonych ludzi ubranych po cywilnemu. "wszyscy uzbrojeni w rozpylacze, kilku w lkm. Jednego z PAL-owców zastali na ławeczce przed lokalem, spytali go, ile ma pieniędzy i po sprawdzeniu, że posiada tylko 200 zł zostawili go w spokoju. Przy wkraczaniu do samego lokalu z okrzykiem: "Strzelać wszystkich s...synów" zastrzelili właścicielkę lokalu Feliksę Skonieczną, jej przyjaciela mec. Klocka i służącą Zielińską. (...) W czasie walki, jaka się wywiązała z nadbiegającymi z radiostacji żołnierzami niemieckimi a bojówkarzami, zostało ciężko rannych 4-ch Niemców i kilku bojówkarzy. (...) Dochodzenie prowadzi policja polska, która prawdopodobnie obrabowała mieszkanie Skoniecznej i pozoruje napad rabunkowy" - donosił AK Marcinkowski. Zaatakowany lokal należał do PAL, a celem był prawdopodobnie "Borucki". 



Gestapowiec Alfred Otto, zeznał później w więzieniu mokotowskim, że słyszał od gestapowca Burknera, że ataku dokonała związana z nim bojówka "Branda" Stanisława Szopińskiego. Nie wiadomo jednak na ile prawdziwa, a na ile wymuszona przez UB była ta relacja. Szopiński miał w każdym bądź razie ciekawy życiorys - członek Pogotowia Bojowego PPS i POW, powstaniec śląski z Grupy Wawelberga, współpracownik polskiego wywiadu, współtwórca Korpusu Zaolziańskiego, członek Żegoty, organizator pomocy wojskowej dla Getta, szef Referatu Informacyjnego Wydziału Bezpieczeństwa Delegatury Rządu na Warszawę, a jednocześnie członek Korpusu Bezpieczeństwa, który w sierpniu 1944 r. dostał misję przedarcia się do Lublina, gdzie wstąpił do... KBW. Po wojnie represjonowany. Czy ktoś taki mógł współpracować z Gestapo? 


Są też zeznania wiążące z akcją na Puławskiej Andrzeja Popławskiego "Andrzeja Sudeczko", dowódcę świetnie uzbrojonego oddziału likwidacyjnego AK. Tak się jakoś złożyło, że Sudeczko i jego ludzie w czerwcu 1944 r. zlikwidowali członków Biura Informacji i Propagandy AK Ludwika Widerszala i Jerzego Makowieckiego, przewodniczącego Stronnictwa Demokratycznego. Sudeczko działał w dobrej wierze, bo dostał rozkaz dokonania tych zabójstw od Witolda Bieńkowskiego, prominenta z Delegatury Rządu. Bieńkowski, przedwojenny endek i powojenny Paxowiec, członek Żegoty, był według Józefa Światły sowieckim agentem. Ale chyba dopiero po wojnie.

Takie to wówczas było żmijowsko...

W następnym odcinku: "Wyobraź sobie najpiękniejszą kobietę jaką może sobie wyobrazić. A później jej ładniejszą siostrę. To właśnie będzie ona." Ekscentryczny inżynier, siatka wywiadowcza, Biali Rosjanie, marszałek i w tle znów... Polska Armia Ludowa. 

*** 

Spodziewałem się, że Most Krymski zostanie wysadzony dopiero w dalszej fazie ofensywy, a tu proszę... BUM!!! Piękny prezent na 70-te, a właściwie na 72-gie, urodziny Putina. Pięknie przeprowadzona akcja! Idealny timing - eksplozja, od której zapaliły się cysterny z paliwem stojące na moście kolejowym.

Nie wyrokuje, kiedy całkiem posypie się front pod Chersoniem, a kiedy pod Melitopolem. Ale być może mamy znów do czynienia z "wabiem".

A bomba atomowa? Gdy Putin uderzy głowicą taktyczną, Ukraińcy nadal będą prowadzić wojnę. Nie padną przed nim na kolana błagając o pokój. 

Baj de łej: Słyszałem ohydną i zapewne totalnie nieprawdziwą plotkę, że Homokomando załatwiło patostreamera Urbana w sposób znany z filmu "Scary Movie"...

sobota, 1 października 2022

Gracze: Za kotarą

 


Ilustracja muzyczna: Ludzie i bogowie - ending

Ta akcja Podziemia była niczym z filmów Quentina Tarantino...

8 października 1943 r. oddział likwidacyjny 993/W dokonał rzezi w warszawskiej kawiarni "Za Kotarą". Celem akcji było zlikwidowanie groźnego podwójnego agenta Józefa Staszauera, właściciela tego lokalu. W tej szemranej knajpie była jednak wówczas grupa funkcjonariuszy i konfidentów Gestapo oraz volksdeutschów, którzy nie posłuchali wezwania "Hande Hoch!". Doszło chaotycznej strzelaniny. Staszauer zginął sięgając po słuchawkę telefonu. Zastrzelono też jego żonę i szwagra, co najmniej siedmiu Niemców i ich współpracowników oraz cztery osoby postronne (w tym kelnerkę-aktorkę, która szpiegowała Staszauera dla AK). Straty oddziału 993/W wynosiły dwóch rannych. Uczestnikom likwidacji udało się uciec, choć w okolicy roiło się od niemieckich posterunków i patroli. Było to centrum miasta, a w pobliżu znajdowało się wiele okupacyjnych instytucji.

Kim był Józef Sztaszauer i dlaczego zdecydowano się go zabić w tak spektakularny sposób?

Był przedwojennym filmowcem. Był też finansowym aferzystą. I prawdopodobnie już przed 1939 r. utrzymywał kontakty z Abwehrą. Mimo, że był Żydem, mieszkał poza gettem i nie nosił opaski z Gwiazdą Dawida. Prowadził popularną kawiarnię, do której przychodzili zarówno ludzie z półświatka jak i z niemieckich służb i polskich organizacji konspiracyjnych. W jego lokalu prowadzili interesy handlarze bronią. Jawnie kolportowano tam też prasę konspiracyjną i słuchano BBC. Istniało bardzo uzasadnione podejrzenie, że Staszauer współpracuje z Gestapo. Znał się też z zastępcą dowódcy komendanta warszawskiej placówki Abwehry ppłkiem Hansem Horaczkiem. Widywał się również ze swoimi "szkolnymi przyjaciółmi" - oficerem Gestapo z Szucha i oficerem SD. Gdy w lokalu pojawili się szmalcownicy próbujący szantażować Staszauera, on po prostu zadzwonił na niemiecką żandarmerię i kazał wyprowadzić ich wyprowadzić. Jednocześnie właściciel baru "Za Kotarą" angażował się w patriotyczne akcje charytatywne. Co więcej, Staszauer był członkiem AK o pseudnimie "Aston", zastępcą kierownika referatu magazynów i spedycji sprzętu radiotechnicznego Oddziału V Komendy Głównej AK. Do AK należała też jego żona, a szwagier udostępniał jeden ze swoich sklepów na magazyn sprzętu radiowego. Staszauer organizował transporty dla KG AK i przerzucał osoby poszukiwane przez Gestapo. Powiązano go jednak z donosem na Gestapo na jego zwierzchnika i uznano, że jego podwójna gra wymknęła się spod kontroli. Postanowiono go zlikwidować.


Do grona znajomych Staszauera i zarazem stałych bywalców baru "Za Kotarą" należał również eks-generał Michał Żymierski, późniejszy peerelowski marszałek, otwarcie nazywanyprzez gen. Berlinga "kryminalistą". Żymierski vel Żymirski vel Łyżwiński przez pewien czas próbował się wkręcić do ZWZ, BCh i Związku Jaszczurczego. Ostatecznie został dowódcą Armii Ludowej. Według powojennych zeznań gestapowca Alfreda Otta, Żymierski proponował gestapowcowi Birknerowi wydanie całego składu komunistycznej Krajowej Rady Narodowej  za 500 tys. USD. Jak na tamte czasy była to ogromna suma, więc gestapowcy zapłacili Żymierskiemu jedynie 2 tys. USD zaliczki i próbowali się targować. Negocjacje się jednak przeciągały, a Żymierski, obdarzony pseudonimem "Rola" (mającym przyciągać ludowców) został skierowany na Lubelszczyznę a później do Moskwy. Żymierski kontaktował się również w Warszawie z Anglikiem Horatio Williamem Cookiem, udającym rezydenta wywiadu brytyjskiego a będącym agentem Abwehry pomagającym namierzać zbiegłych alianckich jeńców. Cook współdziałał natomiast z białym Rosjaninem z Abwehry płkiem Borysem Smysłowskim, który jeszcze się pojawi w tej historii.


Zaskakujące jest to, że Żymierski prowadził w barze "Za Kotarą" rozmowy, w których brał udział przedwojenny senator Bolesław Fichna, działacz piłsudczykowskiego Konwentu Organizacji Niepodległościowych, reprezentant tej organizacji w Społecznym Komitecie Antykomunistycznym. Czyżby Żymierski wystawiał komunistów również Podziemiu? W każdym bądź razie nie wydał Fichny ani Gestapo ani Sowietom. Fichna został bowiem pojmany przez Niemców dopiero podczas Powstania Warszawskiego i zginął w obozie koncentracyjnym w kwietniu 1945 r. 


Komunistów wydawał na Gestapo i wystawiał do odstrzału przez AK również inny peerelowski marszałek - Marian Spychalski. To on, a nie Bolesław Mołojec, załatwił odstrzelenie Marcelego Nowotki. Jak pisałem w serii "Prometeusz":


"29 listopada 1942 r. (a nie 28-go jak mówi większość źródeł!) na rogu ulicy Przyokopowej i Kolejowej w Warszawie policja znalazła podziurawione kulami zwłoki człowieka, przy którym znaleziono kenkartę na nazwisko Jan Wysocki. To był Marceli Nowotko. Na miejscu znalezienia zwłok nie było żadnych śladów krwi, tak jakby ciało przeniesiono z innego miejsca. Kierownictwo nad partią szybko objął dowódca Gwardii Ludowej Bolesław Mołojec. Do przywódcy Kominternu Dymitrowa wysłano depeszę, w której Mołojec opisywał, że był świadkiem napadu "sikorszczaków" na Nowotkę i że sam ledwo uciekł z życiem. Mołojec nie mógł jednak wysłać tej depeszy, gdyż nie dysponował szyfrem. Jednocześnie prowadzono - bez wiedzy Mołojca - wewnątrzpartyjne śledztwo dotyczące śmierci Nowotki. Zeznania świadków były sprzeczne i często wyraźnie naciągane, a relacja najmocniej obciążająca Mołojca została złożona przez Helenę Wolińską - biuściastego tłumoka o mentalności taniej, nastoletniej kurewki. Śledztwo w oczywisty sposób było farsą, ale na jego podstawie wydano wyrok śmierci na Bolesława Mołojca i jego brata Zygmunta, szefa wywiadu Gwardii Ludowej. Pierwszy dowódca GL, były dowódca XIII Brygady Międzynarodowej, został zastrzelony 31 grudnia 1942 r. na ulicy Kamienne Schodki w Warszawie. Zygmunta wraz z jego dziewczyną wykończono w Kielcach podczas popijawy. Przez partię przetoczyła się fala zabójstw. Ginęli ludzie związani z Mołojcami, ich żołnierze, łączniki, przyjaciele. Moskwa wysłała do Polski nowego szefa PPR Barucha Cukiera vel Witolda Kolskiego. Złamał sobie nogę przy skoku spadochronowym. Wylądował na polu a miejscowi chłopi odmówili mu pomocy, choć oferował im dolary. Strzelił sobie w łeb. Partią kierowali Finder i Małgorzata Fornalska (kochanka Bieruta) - w listopadzie 1943 r. ktoś wydał ich jednak Gestapo, które ich rozstrzelało 26 lipca 1944 r. w ruinach getta. Wcześniej ktoś podkablował Niemcom też Janka Krasickiego, kanalię z lwowskiego Komsomołu, która wykonała wyrok na Bolesławie Mołojcu i sprowadziła do Warszawy Bieruta. Komuniści wykańczali się własnymi rękami. Kto jednak zainicjował ten łańcuch śmierci?

Stanisława Sowińska, łączniczka i sekretarka szefa sztabu GL i późniejszego marszałka PRL Mariana Spychalskiego, ujawniła drowi Dariuszowi Baliszewskiemu, że to nie Mołojec ale Spychalski spotkał się z Nowotką 28 listopada 1942 r. w godzinach wieczornych. Do spotkania doszło na Żoliborzu, w pobliżu mieszkania Spychalskiego (mieszkał na Felińskiego). Dr Baliszewski zdobył również dotyczącą śmierci Nowotki relację płka Stanisława Sosabowskiego "Stasinka", syna generała Sosabowskiego. "Stasinek" był legendarnym żołnierzem Kedywu, osobą w najwyższym stopniu wiarygodną. Ujawnił on, że Nowotkę zastrzeliło dwóch likwidatorów z AK przebranych w mundury niemieckiej żandarmerii: Krzysztof Sobieszczański "Kolumb" i Jan Barszczewski "Janek". Rozkaz został wydany przez płka Antoniego Chruściela "Montera". Ta sama grupa dokonała później nieudanego zamachu na Bieruta. Nowotko został zastrzelony wieczorem 28 listopada 1942 r. na rogu Alei Wojska Polskiego i Wyspiańskiego na Żoliborzu. Ciało przewieziono stamtąd na Przyokopową i położono w rynsztoku w pobliżu baru "U Ciotki". Przechodnie myśleli, że to po prostu żul uciął sobie drzemkę. Ten rejon był też miejscem polowań na ludzi dokonywanych przez Karla Schmaltza zwanego "Panienką", dowódcy pobliskiego posterunku policji kolejowej. ("Panienka" został rozwalony przez Kedyw w marcu 1944 r.)Wszystko wskazuje więc na to, że Nowotko został wystawiony likwidatorom z AK przez Spychalskiego ps. "Marek". Spychalski był też skonfliktowany z Mołojcem - ostentacyjnie olał jego rozkaz nakazujący mu wyruszenie do lasu wraz z oddziałem partyzanckim. Gdy Fornalska siedziała na Pawiaku przekazała na zewnątrz dramatyczny gryps mówiący, że partia została zinfiltrowana przez wroga a Niemcy wiedzą wszystko, co się dzieje wewnątrz. Mają w niej swojego człowieka i jest to "Marek"!"

(koniec cytatu)


Rewelacje Baliszewskiego dotyczące zabójstwa Nowotki były oczywiście podważane, gdyż m.in. Kolegium A Kedywu nie istniało jeszcze w trakcie tego zamachu. Emil Marat w książce "Sen Kolumba" wykazał jednak, że ta historia jest bardzo prawdopodobna. Nie istniało jeszcze Kolegium A, ale tworzący je ludzie stanowili zwarty oddział należący do organizacji scalającej się z AK i w ramach próby nakazano im likwidację przywódcy PPR. I rzeczywiście Nowotkę mógł odstrzelić Krzysztof Sobieszczański "Kolumb" - niezwykle barwna postać: przedwojenny marynarz, dezerter i kryminalista, więzień Auschwitz, bohater konspiracji z AK, powstaniec warszawski i powojenny gangster we Francji.

Psychopata Spychalski był też jednym z inicjatorów akcji na archiwum Wydziału Bezpieczeństwa Delegatury Rządu na ulicy Poznańskiej. Zrobił to, bo w archiwum tym było dużo materiałów na jego temat. Akcja na Poznańskiej została przeprowadzona wspólnymi siłami przez AL, Gestapo i skrajnie prawicową organizację Miecz i Pług. Tą ostatnią kierował wówczas sowiecki agent Bogusław Hrynkiewicz, który dzięki swoim związkom ze Smysłowskim w 1943 r. namierzył gen. Grota-Roweckiego i proponował AL wystawienie go Gestapo. Miecz i Pług zaczynał jako organizacja patriotyczna o profilu narodowo-radykalnym i wsławił się choćby zdobyciem pierwszych informacji na temat niemieckich broni "V". Po aresztowaniu pierwszego kierownictwa tej organizacji, jej przywódcami zostali Anatol Słowikowski i Zbigniew Grad, przedwojenni oficerowie polskiego wywiadu, którzy pisali do Niemców i Japończyków (!) memoriały z propozycją współpracy przeciwko Sowietom. (Za co ich chwalił Zychowicz w "Opcji niemieckiej" :) Zlikwidowano ich po tym, jak Hrynkiewicz dostarczył AK dokumenty rzekomo wskazujące na ich współpracę z Gestapo.  Casus Miecza i Pługa miejcie w pamięci, gdyż kolejne odcinki serii będą poświęcone bardzo podobnej organizacji...


Relacje pomiędzy organizacjami konspiracyjnymi bywały również zagmatwane na prowincji. Świadczą o tym choćby wspomnienia Józefa Wyrwy "Starego".  Ów współpracownik majora Hubala, jeden z pionierów konspiracji w Świętokrzyskim, skonfliktował się ze swoimi zwierzchnikami z obwodu AK Końskie. Miał zastrzeżenia do szefa wywiadu obwodu Maksymiliana Szymańskiego. Szwagier Szymańskiego został zidentyfikowany jako niemiecki agent. Gdy szef wywiadu został odwołany ze stanowiska, odgrażał się, że wykończy następcę - i rzeczywiście pomógł Gestapo aresztować owego człowieka. W międzyczasie Wyrwa dostawał dziwne rozkazy z dowództwa obwodu - raz kazano mu przejść na inny teren, innym razem kazano przejść w stan spoczynku. Wobec tego Wyrwa przeszedł do NSZ. Na jesieni 1943 r. pięciu podchorążych zmierzających do jego oddziału zostało zabitych przez bandę AL Władysława Staromłyńskiego "Żbika". Niby jeden z wielu przykładów tarć pomiędzy AL i NSZ, ale... Zimą 1944 r. Staromłyńskiego dorwał oddział NSZ-AK Huberta Jury "Toma". "Tom" dostał z komendy obwodu AK w Końskich informację o miejscu przebywania "Żbika". Ranny Staromłyński wyjawił Wyrwie przed śmiercią, że polecenie zorganizowania zasadzki na jego oddział dostał od niejakiego "Wrony" działającego w porozumieniu z... Komendą Obwodu AK w Końskich! Wyrwa zrobił prywatne śledztwo i potwierdził słowa "Żbika". "Zeznanie to świadczy o ścisłej współpracy komunistów z AK. Byłoby to chwalebne, gdyby celem współpracy była walka z Niemcami, a nie likwidowanie Polaków i to nadto bolszewicką metodą" - pisał Wyrwa. Później zerwał on z NSZ i wrócił do AK, gdyż zorientował się, że "Tom" współpracuje z Gestapo. Ale to już historia na kolejny odcinek...

Jeśli boli Was głowa od tych dziwnych powiązań, to dopiero początek. W kolejnych odcinkach serii "Gracze" poznacie historię niesamowitej organizacji konspiracyjnej lawirującej pomiędzy Polskim Państwem Podziemnym, Gestapo i komunistami. Będzie też w tej historii miejsce dla NSZ i organizacji wywiadowczej "Muszkieterowie". Mam nadzieję, że seria będzie się Wam podobać!

W kolejnym odcinku - dlaczego zabito komendanta głównego NSZ?

***

Wracając do spraw bieżących...



Według Generała SWR, Putin odbył naradę ze swoją Radą Bezpieczeństwa. Rozważano dwa scenariusze dalszych działań na Ukrainie, po aneksji czterech obwodów. Pierwszy przewiduje uruchomienie podobnej maszynki do mielenia mięsa jak za czasów Żukowa pod Rostowem. Zmobilizowani mają być rzuceni na front, by zająć resztę anektowanych obwodów i być może zdobyć również Mikołajów i Odessę. Straty ludzkie nawet na poziomie 300 tys. zabitych będą akceptowalne. Drugi scenariusz mówi o szantażu nuklearnym. Rosja ma nakazać Ukrainie wycofanie się z reszty anektowanych obwodów pod groźbą ataku nuklearnego. Putina bardzo kusi właśnie ten scenariusz. Ubzdurał sobie, że USA stały się supermocarstwem właśnie dzięki użyciu broni jądrowej przeciwko japońskim miastom. Sądzi, że Rosja może znów się stać wielką światową potęgą, jeśli zrzuci bomby atomowe na bezbronne miasta i zabije setki tysięcy cywilów. Bunkrowemu dziadkowi umknęły inne czynniki, które złożyły się w 1945 r. na zdobycie przez USA statusu supermocarstwowości, takie jak bezdyskusyjna supremacja gospodarcza oraz panowanie na morzach. 

Załóżmy, że Putin uderzy nuklearnie na Kijów, Odessę i Lwów. Co się wydarzy później? Szok większy niż po zamachach z 11 września. Putin stanie się w oczach świata większym pariasem niż bin Laden. Chiny, Indie, Turcja, Izrael, Iran będą musiały się od niego gwałtownie odciąć. Koniec więc z omijaniem sankcji. Państwo, które dokonało ataku nuklearnego na europejskie miasta będzie traktowane jak niebezpieczny wariat biegający z po ulicy z piłą łańcuchową.  Do takich wariatów się strzela. Wpływowy republikański senator Lindsey Graham - głos kompleksu militarno-przemysłowego - stwierdził, że atak nuklearny na Ukrainę, będzie atakiem na NATO.  Jeden z amerykańskich generałów ostrzegł ostatnio, że po takim ataku, USA zatopią rosyjską Flotę Czarnomorską. Inny zapowiedział, że utworzenie strefy zakazu lotów nad Ukrainą zajmie Amerykanom "kilka minut". Oznacza to wymiatanie znad ukraińskiego nieba wszelkich rosyjskich maszyn latających i niszczenie ich obrony przeciwlotniczej - scenariusz znany z Iraku, Libii oraz Jugosławii. Skoro Ruscy nie radzą sobie ze starymi Migami-29, to jak myślicie, jak poradzą sobie z F-16, F-22 i F-35? Przydałoby się też zneutralizować Kalinigrad. Jest tam obecnie oraz w innych obwodach graniczących z państwami bałtyckimi jakieś 6000 żołnierzy.  Obronę Kaliningradu mogłaby zgnieść 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana im. Króla Kazimierza Jagiellończyka. Spełniona zostałaby obietnica dana przez Stalina gen. Berlingowi - całe dawne Prusy stałyby się częścią Polski. Próba przekształcenia tego w wojnę nuklearną na pełną skalę, skończyłyby się spierdoleniem Putina z bartosiakowskiej drabiny eskalacyjnej przez Patruszewa, Kirijenkę i resztę tego kremlowskiego tałatajstwa. Przecieki dokonywane przez Generała SWR świadczą zresztą, że trwa już operacja podpiłowywania szczebli tej drabiny...




A co do Radka Sikorskiego, to nie dziwiło Was nigdy jak to się stało, że zwykły licealista z Bydgoszczy tak po prostu dostał w 1981 r. paszport i wyjechał na kurs angielskiego do Wielkiej Brytanii, a tam ów zabiedzony imigrant z biednego kraju poszedł na studia na Oksfordzie, gdzie przyjęto go do Klubu Bullingdona? Przyjęcie do tego Klubu wiążę się z dużymi kosztami - samo klubowe ubranie kosztuje parę tysięcy funtów. Skąd biedny emigrant z PRL miał na to pieniądze? Ktoś zna odpowiedź na to pytanie?

Przypomnę też rozmowy z "Sowy i Przyjaciół", gdzie Radek mówi, że "sojusz z USA jest nic nie warty" i narzeka, że "skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom". Te wywody oraz jego realne, prorosyjskie działania z czasów kierowania MSZ (rozpoczął reset z Rosją już w 2008 r., czyli zanim Obama doszedł do władzy!), raczej nie sugerują, że jest on agentem amerykańsko-brytyjskim. Te taśmy nieco mu popsuły karierę. Nie chcę mi się więc wierzyć w teorie o tym, że afera u "Sowy" była "pisana cyrylicą". No chyba, że w grę wchodził znów model kopulujących ośmiornic, czy raczej ośmiorniczek...

sobota, 24 września 2022

Mogilizacja w Rosji

 


Ilustracja muzyczna: Aleksander Bujnow - VDV


Po necie krążą zdjęcia, filmy i relacje pokazujące chaotyczny przebieg "częściowej" mobilizacji w Rosji. Czasem przyjmuje ona postać popijawy na smutno, czasem popijawa przekształca się w żulerską bójkę,  czasem wywołuje gniewne reakcje ludności tubylczej (tak jak w Dagestanie), ale przede wszystkim skłoniła ona tysiące młodych Rosjan do ucieczki do takich krajów jak Finlandia, Armenia czy Gruzja. Z tego powodu ciągu jednego dnia lot z Moskwy do Erywania osiągnął cenę 11 000 USD. Przy okazji wychodzą niedostatki wiedzy zwykłych Rosjan o świecie. Do Gruzji wielu z nich próbuje bowiem wjechać przez Abchazję lub Osetię - co gruzińska straż graniczna uznaje za nielegalne przekroczenie granicy. Jest też wielu debili próbujących wjechać do Gruzji samochodami ozdobionymi symbolami Z i V. Łukasz Narzeka Warzecha oczywiście opowiada się, by przyjmować u nas takich "uchodźców"...

Tym, którzy spodziewają się szybkiej rewolucji w Rosji, pragnę zwrócić uwagę na jedną rzecz: skalę ucieczki i protestów. Choć na filmach krążących w necie wygląda ona spektakularnie, to jest ona wciąż niewielka jak na potencjał demograficzny kraju. 1300 zatrzymanych po pierwszej nocy protestów antymobilizacyjnych to bardzo niewiele. Co to jest na skalę Moskwy liczącej 12 mln mieszkańców? Groźniejsze są objawy niezadowolenia w Czeczenii, Dagestanie czy Buriacji, ale wciąż nie przyjęły one odpowiednio dużej skali, by można by mówić o irredencie. Przykład Wenezueli pokazuje, że czerwone reżimy potrafią przetrwać zarówno wielkie fale protestów społecznych jak i emigrację milionów ludzi. 

Niebezpieczeństwo dla Rosji związane z mobilizacją polega na czymś innym. Jak zauważył Galijew, Rosja nie jest przygotowana na mobilizację pod względem technicznym. W latach 90-tych zlikwidowała bowiem całą posowiecką machinę mobilizacyjną - wszystkie jednostki kadrowe, centra wyszkolenia, koszary mogące pomieścić miliony ludzi itp. Zmobilizowanych nie będzie miał teraz za bardzo kto szkolić, zwłaszcza, że wielu oficerów i podoficerów walczy na Ukrainie lub jest na koncercie Kobzona. Rosyjski system logistyczno-transportowy jest natomiast tak skonstruowany, że większość zmobilizowanych będzie przejeżdżała przez Moskwę i zapewne też będzie tam się zatrzymywać na dłużej. To według Galijewa zaczyna przypominać sytuację z 1917 r. Rewolucja lutowa nie została wówczas przeprowadzona rękami mitycznych robotników, tylko 460 tys. poborowych przebywających w Piotrogrodzie. 


Pamiętajmy jednak, że Putin jest człowiekiem bardzo ostrożnym. Gdy ogłaszano mobilizację, na wszelki wypadek był poza Moskwą. Zdecydowanie przecenił zdolność mieszkańców stolicy do protestów. Będzie próbował więc wdrożyć również środki mające zapobiec temu, by po Moskwie wałęsały się tłumy uzbrojonych i pijanych poborowych. Pytanie na ile te środki okażą się skuteczne i na ile skomplikują one mobilizację.

300 tys. powołanych to oczywiście tylko wstęp. Utajniony punkt dekretu mobilizacyjnego rzekomo bowiem mówi o powołaniu 1 mln ludzi. Jak na razie powoływani bywają ludzie, którzy nigdy nie służyli wcześniej w wojsku i mają kategorię D. Wezwania też wysyła się ludziom, którzy od lat nie żyją. Takie pomyłki administracyjne były nie do uniknięcia. Ciekawszą sprawą jest to, że wyciekła lista 305 tys. osób, które mają zostać zmobilizowane w pierwszej fali. Ktoś wyraźnie sabotuje mobilizację od wewnątrz.

Oczywiście do mobilizacji dojść musiało, bo według ministra Szojgu, rosyjskie siły zbrojne zabiły 61 tys. ukraińskich żołnierzy i "zniszczyły połowę ukraińskiej armii", tracąc przy tym dokładnie 5937 zabitych.  

Liczba 5937 podana przez Szojgu jest niezmiernie ciekawa. Generał SWR podawał bowiem, że w raporcie dla Putina podawano bezpowrotne straty rosyjskich sił zbrojnych na 21 września jako 59373 osoby. Szojgu więc pomniejszył je dokładnie dziesięciokrotnie. Straty Rossgwardii miały natomiast wynieść 4638 zabitych. Straty prywatnych firm wojskowych na 17 września - 17 561 zabitych. (Dla porównania, 20 sierpnia, według Generała SWR, straty bezpowrotne w personelu rosyjskich sił zbrojnych miały wynieść 48 745 ludzi, Rosgwardii 2366 a prywatnych firm wojskowych na 19 sierpnia 13 494. Tymczasem ukraiński sztab generalny szacował straty rosyjskie na dzień 21 września na 55 110 zabitych, a na 21 sierpnia 45 200 zabitych.  Nie wiem, czy w raportach dla Putina bojcy DNR i LNR są wliczani do zabitego personelu wojskowego czy do prywatnych firm wojskowych.) Według Generała SWR, w analizach dotyczących mobilizacji przedstawiono Putinowi wyliczenia mówiące, że do końca marca rosyjskie straty mogą wynieść nawet 300 tys. zabitych. To oczywiście scenariusz, w którym nie dochodzi do użycia broni jądrowej. Dziesięciu przedstawicieli Sztabu Generalnego miało napisać do Putina, że cele operacji specjalnej na Ukrainie są niemożliwe do zrealizowania, a mobilizacja jest totalnym błędem. Autor zaprzyjaźnionego bloga Zapiski Czynione Po Drodze, twierdzi, że Generał SWR to "Głos FSB w twoim domu", ja szukałbym jednak jego inspiracji gdzie indziej, gdyż on wyraźnie bardziej sprzyja armii a dysponuje materiałami, które mogła pozyskać jedynie Federalna Służba Ochrony. 

***

Tym, którzy jeszcze nie oglądali polecam wykład prof. Marka Kornata poświęciony polityce ministra Becka. 


środa, 14 września 2022

Klęska Rosji - daleko czy blisko?


 

"Ja nie ginekolog, ale nam pizda" - tak skomentował sytuację na froncie charkowskim jeden Rosjanin. Co prawda sytuacja na froncie szybko się zmienia, ale mamy do czynienia z przełomem psychicznym. Klęski nie dało się ukryć, ani łatwo wytłumaczyć. Jej obraz kontrastował z pokazywanymi w rosyjskich mediach celebracjami Dnia Moskwy. Były fajerwerki a Putin otworzył największy w Europie diabelski młyn. "Czy z tego diabelskiego młyna widziałeś lanie, jakie spuścili twojej armii pod Charkowem?" - skomentowała to złośliwa internautka.


Króluje czarnowidztwo. "Wszyscy zbiorowo się śmieliśmy z Girkina, ale teraz uznaliśmy, że miał rację" - stwierdził jeden z najemników z Grupy Wagnera. Pojawiają się projekty mobilizacji. Problem jednak w tym, że Rosja w ostatnich dekadach rozmontowała swój system mobilizacyjny. Według Generała SWR, eksperci doradzali Putinowi, że 15 lipca był ostatnim momentem na przeprowadzenie mobilizacji. Później przyjęłaby ona charakter chaotyczny. Wskazują oni obecnie, że w przypadku klęsk na froncie, w Rosji pojawiłoby się mnóstwo uzbrojonych maruderów. Sytuacja byłaby podobna jak przed rewolucją z 1917 r. Putin mimo to skłania się ku mobilizacji, ale nie jest mocno zdeterminowany, by ją przeprowadzić. Christo Grozev, cytuje swoje źródło z Grupy Wagnera mówiące, że polecono wszystkim oligarchom, by stworzyli własne prywatne firmy wojskowe. Oligarchowie z prywatnymi armiami? Nie przypomina Wam to czasem magnatów z czasów I RP? "Szykujcie się na załamanie Imperium Rosyjskiego" - pisze gen. Ben Hodges.



Sytuacja na froncie oczywiście może szybko się zmienić, ale w ciągu sześciu dni września Ukraińcom udało się osiągnąć błyskotliwe zwycięstwo pod Bałakleją oraz Iziumem. Wyzwolili niemal cały Obwód Charkowski i nawet weszli na tereny okupowane od 2014 r. Zdobyli tyle sprzętu, że dałoby się nim uzbroić dywizję zmechanizowaną. To w większości sprzęt porzucony w panice przez orków. Sporo też oczywiście sprzętu zniszczonego. W mediach społecznościowych jest mnóstwo filmów pokazujących skalę zwycięstwa.

Osiągnięcie podobnie miażdżącego zwycięstwa pod Chersoniem jest dużo trudniejsze. Ukraińcom udało się wcześniej wprowadzić Rusaków w błąd, co do celu swojej ofensywy. Ruscy ściągnęli więc pod Chersoń swoje najbardziej bojowe jednostki. Mają one za plecami Dniepr - cholernie szeroką rzekę. Mosty przez tę przeszkodę wodną są zniszczone. Cały teren jest w zasięgu ukraińskiej artylerii rakietowej. Dostawy idą tam w skali dwukrotnie mniejszej od potrzeb na wpół okrążonych rosyjskich wojsk. Jak myślicie, Ruscy będą tam trwali w okopach przez zimę? A co jeśli Ukraińcy przeprowadziliby następne uderzenie w Obwodzie Zaporoskim, na przykład na Melitopol, odcinając im kilka dróg zaopatrzenia? Bez zniszczenia rosyjskiego zgrupowania pod Chersoniem i uwolnienia od wroga brzegów dolnego Dniepru nie będzie mowy o ukraińskim zwycięstwie. Ta wygrana sprawiłaby, że Krym - czyli też flota czarnomorska w Sewastopolu - znalazłby się w zasięgu ciężkiego ukraińskiego ostrzału.

Oczywiście dużo jeszcze ukraińskiego terytorium do wyzwolenia...Że coś się jednak dzieje świadczy choćby testowanie Rosji przez Azerbejdżan, który zaatakował ormiańskie bazy wojskowe na terytorium Armenii właściwej. Jak zwykle ormiańskie S300 poszły tam, gdzie rosyjski okręt wojenny, a Azerom udało się chyba zająć nawet jakieś ormiańskie koszary. Paszynian zgodził się na traktat pokojowy z Azerbejdżanem. Reakcją zwykłych Ormian były zamieszki w Erywaniu. 

Warto więc zacząć myśleć, o tym, na co zwróciła uwagę ambasador Mosbacher w niedawnym wywiadzie dla "Rz": 


"Osobiście obawiam się jednak o plany dotyczące Rosji po zwycięstwie Ukrainy. Jak wówczas może wyglądać sytuacja i co stanie się z Putinem? Nie mówimy o kraju podobnym do Kuby czy Wenezueli. Mówimy o największym państwie świata, zamieszkałym przez ponad 140 mln ludzi. Co stanie się z Rosją? Niepokoi mnie to, że jak dotąd nie widziałam żadnych planów tego dotyczących i nie słyszałam żadnych dyskusji na ten temat.

HK: Mam wrażenie, że wielu zachodnioeuropejskich polityków myśli głównie o tym, jak wrócić po wojnie do prowadzenia interesów z Rosją. Po ewentualnym upadku Putina pojawi się nowy prezydent Rosji, być może rządzący w ten sam sposób, a wówczas zachodnioeuropejscy politycy stwierdzą: „Ok, to nowa Rosja i trzeba dać jej szansę na stanie się krajem demokratycznym”.


To byłoby myślenie życzeniowe. Oczywiście wszyscy mamy nadzieję na to, że Rosja stanie się innym krajem. Ale samo myślenie nie sprawi, że marzenia się spełnią. Wciąż potrzebujemy planów na różne warianty rozwoju sytuacji. Co bowiem będzie, jeśli Putin nie odejdzie? Co będzie, jeśli Rosjanie nie zaakceptują porażki? To są prawdziwe pytania, które nasi przywódcy powinni sobie zadawać, by móc sporządzać plany.":

(koniec cytatu)




A ja niedawno skończyłem czytać znakomite wspomnienia premiera Leona Kozłowskiego z sowieckiego więzienia z lat 1939-1941 i ZSRR pierwszych miesięcy wojny z Niemcami. Choć autor pospieszył się z wieszczeniem "grobu bolszewizmu", to jednak zawarł w tej książce wiele interesujących spostrzeżeń na temat Rosji i komunizmu. Przewidywał, że Rosja postkomunistyczna również będzie Rosją imperialną i agresywną. Widział więc w ewentualnym rozpadzie tego państwa nadzieję na pokój w Europie.

***

Jeśli ktoś nie widział zapisu prelekcji ukraińskiego weterana - jednego z "cyborgów" broniącego lotniska w Doniecku w 2014 r. - w stowarzyszeniu Niklot, to ma okazję obejrzeć ją na wklejonym poniżej filmie. Weteran brał udział również w walkach pod Kijowem w 2022 r., a w Polsce przebywał na 30-dniowej przepustce. Odwiedził rodzinę. Jego syn walczy na froncie, a nastoletnia córka poczęstowała uczestników prelekcji pączkami.




***

Wpis w nietypowy dzień i nieco krótszy niż zwykle, gdyż jestem na urlopie. Nie łączcie mojego urlopu ze śmiercią królowej. 

sobota, 10 września 2022

God save the Queen, the fascist regime...

 


Ilustracja muzyczna: Motorhead - God save the Queen

Foliarze mają teraz używanie, wszak królowa Elżbieta II była dla nich reptilianinem składającym ofiary z dzieci. Jak zwykle kiepsko wyczuły moment również lewackie libki cieszące się ze śmierci "kolonizatorki".  Ciepło się wypowiadał o zmarłej królowej natomiast Donald Trump - ku przerażeniu wyznawców QAnona, którzy kiedyś twierdzili, że królowa została poddana egzekucji w Guantanamo. Co ciekawe, partia Sinn Fein, złożyła kondolencje rodzinie królewskiej i wszystkim pogrążonym w żałobie. 

No cóż, panująca przez 70 lat królowa, która przyjmowała u siebie na audiencjach 15 premierów - od Churchilla po Liz Truss - była pomnikiem historii, a jej żywot odzwierciedlał to jak rozpadało się Imperium i jak dużą pracę wykonano, by ocalić jego resztki. Kiedyś nazwałem europejskich monarchów eksponatami muzealnymi. Podtrzymuje to, choć PR towarzyszący królowej pokazuje, że tego typu "eksponaty" stanowią cenne aktywa w mocarstwowym soft power. Elżbietę II można uznać za dobrą aktorkę, która świetnie odgrywała swoją rolę - pomimo wypływających na jaw dziwnych koneksji jej małżonka księcia Filipa, wizyt u Epsteina jej syna księcia Andrzeja i tragikomicznych perypetii obecnego króla Karola III.

Oczywiście brytyjscy monarchowie od ponad 200 lat panują, ale nie rządzą. Dowodem na to jest choćby los Edwarda VIII, obalonego w transatlantyckim zamachu stanu, z tego względu, że chciał zbliżenia swojego kraju z Rzeszą. Ogólnie, nawet w trakcie wojny monarchowie byli bliscy stronnictwa pokojowego, czy też kapitulanckiego. I co? I nic. Nie oni kształtowali politykę. Dziwny zgon księcia Kentu w "katastrofie" lotniczej w 1942 r. sugerował wręcz, że członka rodziny królewskiej można się pozbyć, jeśli za dużo kombinuje. 



Tak się akurat składało, że Edward VIII był ulubionym wujkiem Elżbiety, a w 1933 r. uczył ją jak wykonywać gest rzymskiego pozdrowienia. (Ironią losu jest to, że niesławna Meghan później celowo naśladowała styl Wallis Simpson.) Nie przeszkadzało to jednak, by młoda Elżbieta w czasie wojny założyła mundur i zasiadła za kierownicą ambulansu. Niemcy bombardując w 1940 r. Pałac Buckingham po raz kolejny pokazali, że są narodem kretynów - dali w ten sposób sygnał prolom z East Endu, że bombardują nie tylko biedaków, ale też klasy wyższe i zapobiegli prowokowanemu przez komunistów buntowi społecznemu w Londynie. 

Ilustracja muzyczna: The British Grenadiers - Girls und Panzer OST

W tej historii są też polskie akcenty. W latach powojennych ochroniarzem młodej księżniczki Elżbiety był gen. Janusz Brochwicz-Lewiński. Wspomniał, że wszyscy bardzo lubili wówczas księżniczkę Małgorzatę, bo była bardzo rozrywkowa. 


Ale to była wówczas zupełnie inna Brytania - umierające Imperium potrafiące pokazać swoją okrutną stronę. Brochwicz-Lewiński po wojnie służył też w Mandacie Palestyńskim. Wspominał, że jego dowódca bardzo się wściekł, po tym gdy żydowscy terroryści w ataku na brytyjski konwój zabili młode, powszechnie lubiane pielęgniarki. Złapanego młodego Żyda ciągnięto wówczas za jeepem po pustyni, aż została z niego tylko oderwana połowa ciała. W dzisiejszych czasach coś takiego, by oczywiście nie przeszło. 


I na koniec anegdota: Dziennikarze spytali kiedyś Roberta Mugabe, dyktatora Zimbabwe i zarazem byłego poddanego brytyjskiego, czy nie myśli o zrezygnowaniu ze stanowiska ze względu na wiek. Mugabe odparł: - Królowej brytyjskiej też zadacie to pytanie?



sobota, 3 września 2022

Jak profesor Ciechanowski nafajdał Zychowiczowi do głowy

 


Ilustracja muzyczna: Laibach - Warszawskie Dzieci

W dyskusjach o okolicznościach wybuchu Powstania Warszawskiego dominuje następująca narracja: Powstanie wybuchło, bo Komendę Główną AK sterroryzował "dyletant, alkoholik i zapewne sowiecki agent" gen. Leopold Okulicki, który "całkowicie nie liczył się z uwarunkowaniami wojskowymi". Jedyną rozsądną osobą KG AK, która sprzeciwiła się wybuchowi Powstania był płk Janusz Bokszczanin "górujący doświadczeniem wojskowym" nad wszystkimi innymi. Narracja ta jest widoczna choćby w "Obłędzie '44" Piotra Zychowicza, jak i w publikacjach Radosława Patlewicza, znanego akolity Gerszoma Brauna. Wszyscy oni przepisali narrację stworzoną przez profesora Jana Ciechanowskiego, weterana Powstania a później badacza z "fabiańskiego" London School of Economics. Ciechanowski oparł ją natomiast na jednym źródle - na tym, co mu w latach 60-tych wypisywał Bokszczanin. Konfrontacja z dokumentami i innymi relacjami jasno jednak wskazuje, że główny świadek Ciechanowskiego zwyczajnie konfabulował.


Zapewne brałbym Ciechanowskiego nadal za poważnego badacza, gdybym przypadkiem nie natrafił na książkę Jerzego Iranka-Osmeckiego "Powstanie Warszawskie po 60 latach". Jej autor to syn płka Kazimierza Iranka-Osmeckiego, szefa  wywiadu Komendy Głównej AK, jednego z uczestników procesu decyzyjnego prowadzącego do Powstania, a później głównego negocjatora aktu powstańczej kapitulacji. Jerzy Iranek-Osmecki to również wytrawny historyk, który bezlitośnie wypunktował bzdury w "pomnikowej" monografii Ciechanowskiego. 

Przede wszystkim zwraca uwagę na to, że Bokszczanin konfabulował, co do swojego udziału w ostatnich naradach KG AK przed Powstaniem. Na pewno był na naradzie z 28 lipca 1944 r. Na późniejszych się nie pojawił - dokumenty wykluczają jego udział w nich, przeczą mu również relacje uczestników. Opowieści o tym jak Bokszczanin bohatersko przeciwstawiał się Powstaniu można więc włożyć między bajki. (Bajkopisarstwem jest też relacja Jana Nowaka-Jeziorańskiego o tym jak 31 lipca 1944 r. wziął udział w odprawie KG AK z 31 lipca 1944 r. i słyszał na niej zastrzeżenia Bokszczanina. Jeziorański został przyjęty bowiem dzień wcześniej w węższym gronie - u Bora-Komorowiskiego i Pełczyńskiego.) Ciechanowski nawet nie skonfrontował opowiastek Bokszczanina z ustaleniami londyńskiego Studium Polski Podziemnej dotyczącymi narad KG AK przed Powstaniem.


Ciechanowski plącze się nawet w podstawowych faktach. Pisze np., że Bokszczanin był od stycznia do lipca 1944 r. zastępcą szefa sztabu KG AK ds. operacyjnych. Kwestionował to płk Iranek-Osmecki, a generał Pełczyński twierdził, że Bokszczanina ściągnięto na to stanowisko dopiero w marcu, ale nie nadawał się do pracy sztabowej, więc już 3 czerwca przejął jego obowiązki Okulicki. "Bokszczanin nie mógł się na nic zdecydować" - twierdził Pełczyński. Ciechanowski podaje, że Bokszczanin był dokładnie wprowadzony w tematykę powstania powszechnego. Tymczasem płk Iranek-Osmecki pisał: "robił wrażenie niedokładnie zorientowanego w swych obowiązkach, gdyż z planami operacyjnymi AK nie miał dotąd wiele wspólnego". Bokszczanin wcześniej kierował Departamentem Broni Szybkich w Oddziale III KG AK, czyli zajmował się planami tworzenia w przyszłości akowskiej broni pancernej. Plany powstańcze opracowywał wcześniej płk Stanisław Tatar - o którym więcej będzie w dalszej części wpisu - który przed odlotem do Londynu wdrożył dokładnie wdrożył w swoje prace płka Józefa Szostaka, szefa Oddziału III. Bokszczanin sam przyznał, że w okresie, gdy był zastępcą szefa sztabu KG AK tylko kilka razy się widział z Szostakiem. W listach do Ciechanowskiego opisywał później jak miał działać sztab KG AK w okupowanej Warszawie. Według niego sztab miał stanowić duże pomieszczenie z rzędami biurek, przy których pracowali oficerowie. Bokszczanin w oczywisty sposób fantazjował, a oprócz Iranka-Osmeckiego żaden historyk nie śmiał wskazać, że główny świadek Ciechanowskiego był totalnie niewiarygodny.

Wróćmy jednak do kwestii tego, czy generał Okulicki sterroryzował KG AK i w ten sposób doprowadził do wybuchu Powstania. Bokszczanin, opisując narady na których go nie było, twierdził, że Okulicki groził Borowi-Komorowskiemu, że jeśli nie zgodzi się na Powstanie, czeka go los gen. Skrzyneckiego z Powstania Listopadowego. Relacje uczestników tych narad są zgodne: Okulicki nic takiego nie mówił. Taka sugestia - wygłoszona dosyć słabo - padła z ust płka Jana Rzepeckiego, szef Biura Informacji i Propagandy KG AK. Gen. Bór-Komorowski wspomina zresztą, że Rzepecki mocniej opowiadał się za wybuchem Powstania niż Okulicki.

Według relacji płka Iranka-Osmeckiego, Okulicki doszedł do wniosku o konieczności włączenia Warszawy do akcji "Burza" doszedł dopiero w kraju, gdzieś w czerwcu 1944 r. Zrobił to po zapoznaniu się z lokalnymi warunkami. Płk Antoni Sanojca, szef Oddziału I Organizacyjnego KG AK wspomniał, że w połowie czerwca odbył rozmowę z Okulickim, w której najpierw przedstawił on stanowisko gen. Sosnkowskiego przeciwne Powstaniu, a później przytoczył argumenty "za". Płk Szostak wspomina natomiast rozmowę z Okulickim i Pełczyńskim "w okolicach 22 lipca":



"Jeżeli podczas opanowywania Warszawy Armia Krajowa zachowa się biernie, to nie można wykluczyć, że PPR i jej jednostki wojskowe rozpoczną bezplanowe działanie przeciw Niemcom, a wtedy zupełnie prawdopodobne, że nasi żołnierze Armii Krajowej przyłączą się do tej akcji, uznając bierność Komendy Głównej za pewnego rodzaju niedołęstwo, jeżeli nie za zdradę. (…) Prócz tego, wnosząc z dotychczasowej taktyki niemieckiej, która stosowała obronę miast, zwłaszcza położonych nad dużymi rzekami (np. Kijów), można było spodziewać się, że Warszawa będzie broniona i ulegnie poważnemu zniszczeniu. Wszystkie te względy, a przede wszystkim polityczne, polegające na konieczności wyzwolenia stolicy rękami polskimi, aby powitać Armię Czerwoną jako gospodarze swego kraju przez własny rząd, zmuszały do wystąpienia czynnego Armii Krajowej. Przyznaję, że zgodziłem się z tymi wywodami i nie wytaczałem kontrargumentów” - pisał Szostak.


Do kluczowej narady doszło 28 lipca. Brali w niej udział m.in.: Okulicki, Bokszczanin, Iranek-Osmecki, Pełczyński. Ustalano wówczas warunki wojskowe rozpoczęcia Powstania. Według Iranka-Osmeckiego i Pełczyńskiego przyjęto wówczas założenie, że Powstanie może wybuchnąć wówczas, gdy wojska sowieckie przebiją się z przyczółku na południe od Warszawy. Gdy przebiją się o 40 km spod Magnuszewa, zagrozi to niemieckim liniom komunikacyjnym w Warszawie i zmusi Niemców do wycofania się z miasta. Trzeba podkreślić, że KG AK uznała sytuację na przyczółku warecko-magnuszewskim za dużo ważniejszą od tej na przedpolu Pragi. Trafnie rozpoznano wówczas plany marszałka Rokossowskiego. (Obecnie pisze się, że sowiecka armia Czujkowa przeprawiła się na przyczółek warecko-magnuszewski dopiero 1 sierpnia. To była jednak przeprawa głównych sił. Mniejsze oddziały - nie zauważone przez Niemców, ale dostrzeżone przez wywiad AK - były po drugiej stronie Wisły już 28 lipca. Pisze o tym choćby gen. Jerzy Kirchmayer, w swojej klasycznej monografii Powstania Warszawskiego.) Wszyscy zgodzili się wówczas na ten warunek rozpoczęcia Powstania - i Okulicki i Bokszczanin. Bokszczanin wręcz spodziewał się szybkiego wkroczenia Sowietów do Warszawy, gdyż złożył wówczas rezygnację z udziału w pracach KG AK i wyjechał poza Warszawę, tłumacząc to niechęcią do kontaktu z Sowietami. Bokszczanin do Warszawy już nie wrócił a Powstanie obserwował z prowincji. (Ciechanowski wspomina z jakim niesmakiem przyjęto to, że tuż przed Powstaniem, dowódca jego oddziału wyjechał do Kampinosu, argumentując, że "jestem kawalerzystą, a tam się będzie zbierać kawaleria". Postrzegano to jako dezercję. Jak więc ocenić postawę Bokszczanina?)


Dlaczego więc Powstanie rozpoczęto, pomimo tego, że warunki wojskowe nie zostały spełnione? Tutaj przede wszystkim zawinił płk Antoni Chruściel "Monter" , komendant Okręgu AK Warszawa-Miasto. To on zarządził przedwczesne pogotowie bojowe w Okręgu, a gdy został zaproszony na popołudniową naradę KG AK w dniu 31 lipca 1944 r., złożył na niej meldunek, który Jerzy Iranek-Osmecki określił jako "fałszywy". "Monter" mówił wówczas o wdzieraniu się sowieckich czołgów na Pradze. Nie wiemy, co mówił o sytuacji na przyczółku warecko-magnuszewskim. Chruściel złożył ten mylący meldunek, pomimo tego, że o godz. 15.00 dokładnie zreferował mu sytuację na froncie pod Warszawą jego szef sztabu ppłk Stanisław Weber. Mówił on wówczas "Monterowi" m.in. o szykowanym przez Niemców kontruderzeniu pod Wołominem. Chruściel miał "natychmiast" po spotkaniu z Weberem udać się na naradę z  KG AK, z której wrócił po 17.30. Ciechanowski w swojej książce sfałszował relację Webera, tak by wynikało z niej, że to Weber wrócił po 17.30 i spotkał "Montera". Co Ciechanowski starał się ukryć? Wiadomo, że Chruściel dotarł na spotkanie KG AK dopiero o 17.00. Co więc robił między spotkaniem z Weberem a naradą KG AK? Z kim się spotkał.


Jerzy Iranek-Osmecki sugeruje, że Chruściel spotkał się wówczas z Rzepeckim. Chruściel był zbyt prostym człowiekiem, by bawić się w intrygi. Z powodu paskudnego charakteru przyjaźnił się zaś jedynie z Rzepeckim. Kazimierz Iranek-Osmecki, Tadeusz Żenczykowski i Aleksander Kamiński zgodnie sugerują, że Rzepecki wręcz sterował "Monterem". Rzepecki również naciskał na to, by Powstanie rozpocząć NIEZALEŻNIE OD WARUNKÓW WOJSKOWYCH. Zależało mu bardzo na tym, by doszło do niego 1 sierpnia. Dlaczego? Wygadał się pod koniec września. Chodziło o to, by przebywający w Moskwie Mikołajczyk miał "dobry argument w negocjacjach" ze Stalinem. 

Powstanie Warszawskie mogło się udać. Miało nawet duże szanse na zwycięstwo. Ale szanse te zostały zaprzepaszczone przez totalnego kretyna jakim był Mikołajczyk. Wieczorem 31 lipca, gdy był on przyjmowany na Kremlu, powiedział Mołotowowi otwartym tekstem, że w Warszawie jest szykowane Powstanie. Mołotow natychmiast przerwał rozmowę i pobiegł do Stalina donieść mu o tym. Spanikowany Stalin kazał z dniem 1 sierpnia wstrzymać natarcie pod Warszawą. 9 Armia niemiecka była wówczas pobita i nie miała sił, by powstrzymać Sowietów - zwłaszcza na przyczółku warecko-magnuszewskim. Warszawa zgodnie z planem Rokossowskiego do 6 sierpnia zostałaby zajęta przez wojska sowieckie. Nie byłoby rzezi Woli, ani zniszczenia Starówki. Powstanie trwałoby kilka dni, tak jak zaplanowano. Tak by było, gdyby nie bezdenna głupota Mikołajczyka i podłość Rzepeckiego - innego ludowca z antypiłsudczykowskim zajobem. Baj de łej: Iranek-Osmecki pisał również o antysanacyjnych kompleksach "Montera". Również Bokszczanin dawał wyraz tym kompleksom w korespondencji z Ciechanowskim. Czyżby więc fanatyczna antysanacyjność była synonimem spierdolenia umysłowego?



Ciechanowski przekonuje jednak, że to Okulicki był głównym winowajcą klęski Powstania. By uwiarygodnić swoje teoryjki starał się przedstawić ostatniego komendanta głównego AK w jak najgorszym świetle. Przedstawiał go więc jako półdebila i wojskowego dyletanta - choć przecież Okulicki miał przed wojną opinię świetnego oficera Sztabu Generalnego a we Wrześniu 1939 r. świetnie dowodził w obronie Warszawy. O kompetencjach i charakterze Okulickiego bardzo dobrze się wypowiadali tacy ludzie jak płk Iranek-Osmecki, płk Aleksander Klotz (błyskotliwy antysowiecki konspirator) czy też jego przedwojenny przyjaciel... gen. Zygmunt Berling. (Polecam ten artykuł poświęcony Okulickiemu i jego karierze.) Ciechanowski stara się też zrobić z Okulickiego alkoholika - argumentem za tym jest to, że częstował kolegów włoskim koniakiem ("Monter" w tym czasie popijał "najgorszą siwuchę z czerwonym kapslem".) Londyński bajkopisarz robi też zarzut Okulickiemu z tego, że był "kobieciarzem" - a w innym miejscu swojej książki wychwala gen. Andersa, za to, że był "miłośnikiem kobiet i koni". Można więc założyć, że Ciechanowski zafałszował też epizod z uwięzieniem Okulickiego przez Sowietów robiąc z niego sowieckiego agenta. Tak się składa, że gen. Iwan Sierow wspomina Okulickiego z tamtego okresu jako groźnego i godnego przeciwnika. "Na marginesie, wywarł na mnie wrażenie mądrego i dobrego, kompetentnego pracownika wywiadu” - pisał Sierow. Nie można oczywiście wykluczyć, że Okulicki zaangażował się wspólnie z Berią (i Berlingiem) w grę wymierzoną w Stalina. Właśnie to sugerował też Sierow.

Ciechanowski przeciwstawia Okulickiemu nie tylko Bokszczanina, ale przede wszystkim płka Tatara. Problem w tym, że Tatar jawnie sympatyzował z Sowietami od co najmniej 1943 r. i z tego powodu dano mu "kopa w górę" do Londynu. Wcześniej jako szef Oddziału Operacyjnego KG AK, Tatar przygotował plany akcji "Burza" i zdecydował o wyłączeniu Warszawy z "Burzy". Wysłał na Wschód wiele transportów broni z Warszawy - broni, której niedostatek był później bardzo mocno odczuwalny podczas Powstania. Gdy Okulicki został komendantem głównym AK, Tatar próbował pozbawić go władzy, tak by samemu dowodzić AK z Londynu. Człowiekiem Tatara był Bokszczanin, którego narzucono Okulickiemu jako szefa sztabu.

Pouczające są też dalsze losy ludzi, których decyzje doprowadziły do tego, że Powstanie Warszawskie poniosło klęskę. Rzepecki na jesieni 1945 r., po aresztowaniu przez UB, dogadywał się z bezpieką wydając wszystkich współpracowników z WiN oraz majątek i radiostacje pozostawione przez AK. Tatar przekazał bezpiece złoto i srebro FON oraz fundusz "Drawa". Mikołajczyk entuzjastycznie zaś poparł odebranie polskiego obywatelstwa gen. Andersowi, Maczkowi oraz wielu innym oficerom PSZ na Zachodzie, w tym... Chruścielowi. Rzepecki i Mikołajczyk mimo to siedzieli później w więzieniach bezpieki a Mikołajczyk musiał uciekać z kraju. Chruściel natomiast na emigracji wyraźnie dystansował się od prac historycznych związanych z Powstaniem. Nie mógł przeboleć tego, że to Bór-Komorowski był uznawany za wodza Powstanie Warszawskiego, a nie on...

A sam Ciechanowski? Wiele mówi o nim choćby to, że w swoich książkach pisał o "obozie londyńskim" zamiast o rządzie II RP na uchodźstwie a odkrycie sowieckiej zbrodni w Katyniu zbył jako "katyńskie rewelacje". Nie powinno więc nas dziwić, że komunistyczna cenzura pozwoliła na wydawanie jego książek w PRL.