Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2026

Ostrzeżenie dla Rassiji

 


Wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffa w Moskwie była bez wątpienia newsem tego tygodnia.

Oto bowiem szef amerykańskiej agencji wywiadowczej przyleciał do Moskwy z Rygi na pokładzie Boeinga C-17 Globemastera. 



To była pierwsza taka wizyta od 2021 r., czyli od momentu gdy bidenowski szef CIA William Burns pojechał na Kreml, by powiedzieć Putinowi, że USA znają jego plany inwazji na Ukrainę i by nie robił żadnych głupot. Putin wówczas nie posłuchał dobrej rady i wpieprzył się w wojnę, która go wiele kosztuje.

Według Politico i WSJ, Ratcliffe również przyleciał do Moskwy z ostrzeżeniem, by Ruscy nie robili żadnych głupot. Tymi głupotami miały być zbrojne działania przeciwko państwom wschodniej flanki NATO, a w szczególności przeciwko Litwie, Łotwie i Estonii.



W lipcu pojawił się przeciek, że administracja Trumpa ostrzegła prezydenta Nawrockiego o tym, że Rosja planuje prowokację zbrojną przeciwko Polsce.

Pojawiły się również przecieki mówiące, że kremlowscy decydenci rozważają użycie taktycznej broni jądrowej na Ukrainie, co ma wywoływać obawy części rosyjskiego establiszmentu.

Równolegle do wizyty szefa CIA, w Moskwie odbywała się wizyta papieskiego wysłannika, abpa Paula Gallaghera, który w lipcu przez sześć dni przebywał na Ukrainie.

Akurat podczas wizyty Ratcliffa w Moskwie, nad USA było w powietrzu aż pięć samolotów "Dnia Sądu Ostatecznego", czyli maszyn dowództwa nuklearnego. W ostatnich dniach mieliśmy też intensyfikację natowskich operacji lotniczych wokół Obwodu Królewieckiego. Pojawiły się w jego pobliżu - i Przesmyku Suwalskiego - m.in. rozpoznawcze samoloty brytyjskie.  Rosyjska armia na falach krótkich wysłała natomiast radiogram o dużej ważności. Tymczasem Baćkoszenka zarządził swojemu wojsku podwyższoną gotowość bojową.

Pojawiła się też wrzutka mówiąca, że polskie czołgi zostały wysłane nad granicę z Obwodem Królewieckim. Z tego powodu Polska pojawiła się w PsyOp Anime :) To były koreańskie czołgi K2, które trafiły do 16. Dywizji Zmechanizowanej, zgodnie z zamówieniem złożonym jeszcze przez Błaszczaka...





***

Człowiek wybiera się na krótki krajowy wypad, a tu umiera Ratko Mladić...

A wcześniej - między wyjazdami -  to samo spotyka łysego, sowieciarskiego, peerelowskiego gejnerała, który mówił Polaczkom, że "amerykańska baza sprowadzi na nich zagrożenie", Abramsy nie wzmocnią ich bezpieczeństwa, a F-35 to zły samolot.

 We wrześniu jeszcze będą czekały mnie wyjazdy.

Przypominam też o spotkaniu z Waszym Ulubionym Autorem

4 września (piątek), godz. 18, Warszawa, ul. Władysława Skoczylasa 10/12, lok. 81 (wejście przez kawiarnię). Można będzie zdobyć autograf.

sobota, 20 czerwca 2026

Wrażenia z Tajwanu i dyplomatyczna klęska Trumpa



                               

 Poprzedni tydzień spędziłem na Tajwanie. Odwiedziłem tam m.in. fabrykę dronów, kilka think-tanków oraz gmach MSZ, w którym wziąłem udział w lunchu roboczym z tamtejszym wiceministrem spraw zagranicznych. Podróż była super, odbyta w bardzo komfortowych warunkach i w fajnym, międzynarodowym towarzystwie.





Przede wszystkim rzucało się w oczy to, że sytuację międzynarodową na Tajwanie postrzegają w sposób mniej sensacyjno-panikarski niż choćby w Polsce.

- Chiny ostatnim razem stoczyły dużą bitwę morską w 1895 r. - przypomniał tajwański wiceminister spraw zagranicznych.

W wojskowym think-tanku wyjaśniono, że celem ChRL jest przerwanie "pierwszego łańcucha wysp" i wybicie się na Pacyfik w sposób wystarczająco szybki, tak by USA nie miały czasu na reakcję. Ten scenariusz wyklucza pierwsze uderzenie na Filipiny - one mają (w odróżnieniu od Tajwanu) - pakt wojskowy z USA. Kluczem do utrzymania status quo w Cieśninie Tajwańskiej jest więc odstraszanie - przekonanie decydentów z Pekinu, że inwazja na Tajwan będzie dla nich zbyt kosztowna i że nie da się łatwo podbić tej Wyspy. Jak na razie ChRL nie dysponuje zresztą wystarczającą liczbą okrętów desantowych, by przeprowadzić pełnoskalową inwazję. Musiałaby się posiłkować nieuzbrojonymi statkami cywilnymi. 



Podobał mi się podczas tej wizyty często spotykany antykomunistyczny vibe :) Firma Thunder Tiger, produkująca drony, w swojej broszurce zamieściła grafikę pokazującą ataki dronowe na okręty wojenne z banderą ChRL. Widać, że tamtejsze siły zbrojne mocno stawiają na transformację dronową - co jednak utrudnia parlamentarna obstrukcja w wykonaniu Kuomintangu (blokującego pakiet wydatków zbrojeniowych). Co ważne - Tajwańczycy chwalą się, że ich łańcuch dostaw części do dronów jest "red free".

Niestety na moje pytania dotyczące chińskiej doktryny wojny powietrznej - tego, czy Chiny są zdolne do przeprowadzenia kampanii bombardowań strategicznych skoncentrowanej na kluczowych celach (a nie partactwa w sowiecko-rosyjskim stylu) - pozostały bez odpowiedzi.

A jeśli ChRL zdecydowałaby się na blokadę morską? Tajwan jest zależny od eksportu LNG. W normalnych warunkach zapasy gazu dla elektrowni skończyłyby się po kilkunastu dniach. Jeśli jednak wyłączony zostałby przemysł, Tajwan przetrwałby co najmniej 40 dni blokady. Oczywiście taka blokada oznaczałaby przerwanie pracy fabryk chipów.  Światu - a także Chinom - zagroziłby kryzys gospodarczy. Od jednego z zachodnich cudzoziemców mieszkających od lat na Tajwanie usłyszałem jednak, że poważnym problemem stałby się dostęp do żywności podczas blokady. Tajwan jest przecież mocno uzależniony od jej importu. Ów expat stwierdził również, że co prawda na budynkach pojawiły się oznaczenia schronów, ale ludzie zwykle nie wiedzą, czy dany schron będzie dostępny i co w nim jest. Ludności nie da się natomiast ewakuować w przypadku blokady - Tajwan to wyspa. Szkolenie obrony cywilnej jest ponoć dalece niewystarczające: obejmuje niewiele osób rocznie.

Czy Tajwan jest chroniony przez mur krzemowy? Wątpliwości co do tego wyrażali przedstawiciele środowisk biznesowych, wskazując, że zadaniem branży półprzewodnikowej nie jest obrona kraju. Dywersyfikacja geograficzna produkcji (przenoszenie jej części do USA) jest motywowana kwestiami biznesowymi. Przy okazji mogłem się przyjrzeć kilku miejscowym nowinkom technicznym - plastikowi wytwarzanemu z muszli ostryg, ekranom 3 D, czy też przenośnej maszynie rentgenowskiej (dało się ją przenieść jedną ręką). Wiele tutejszych wynalazków trafi do UE z dużym opóźnieniem - ze względów regulacyjnych.

Mocna zaakcentowano również hipokryzję niektórych instytucji międzynarodowych. - Do siedziby WHO nie wpuszcza się dwóch kategorii ludzi: terrorystów i Tajwańczyków - stwierdził tajwański wiceminister spraw zagranicznych. Obsesja Pekinu w kwestii "zapobiegania" niepodległości Tajwanu wygląda w tym kontekście mocno absurdalnie. Tajwan już od prawie ośmiu dekad posiada bowiem wszelkie atrybuty suwerennego państwa. Ma choćby armię większą od sił zbrojnych większą niż w niemal wszystkich krajach Europy. ChRL nigdy nie kontrolowała terytorium Tajwanu, a Republika Chińska zarządzała Tajwanem ze swojej stolicy w Nankinie jedynie przez cztery lata. Wiceminister spraw zagranicznych zwrócił uwagę, że Pekin i społeczność międzynarodowa za "deklarację niepodległości" Tajwanu uznałyby zmianę nazwy państwa przez parlament, co jest absurdem, bo przecież zdarzało się już wielokrotnie, że różne państwa zmieniały swoje nazwy. (Co symptomatyczne, oficjele z Taipei, często używają nazwy "Tajwan" zamiast "Republika Chińska", a o ChRL mówią "Chiny".)  Celem Taipei jest oczywiście utrzymanie pokoju w Cieśninie Tajwańskiej i wypracowanie dobrosąsiedzkich relacji z Pekinem. Problem jednak w tym, że Pekin zawęża Tajwanowi opcje przyszłości jedynie do "reunifikacji" na warunkach chińskich komunistów.

***

Wkrótce po tym, jak wróciłem do kraju doszło zawarcia memorandum pomiędzy USA a Iranem, zawieszającego wojnę na dalsze 60 dni i otwierającego Cieśninę Ormuz. To memorandum jest oczywiście wielką dyplomatyczną klęską administracji Trumpa, dającą Iranowi strategiczne zwycięstwo w tej wojnie. Trump tym samym zrezygnował z prób obalenia irańskiego reżimu, pozwolił mu zachować program rakietowy i wpływ na żeglugę w Cieśninie Ormuz. To, co uzyskał w zamian jest dalece niepewne. Nie wiemy bowiem kluczowej rzeczy - czy frakcja Ghalibafa, która ostatnio uzyskała wyraźną przewagę w wewnętrznej walce o władze w Teheranie, zdecyduje się o prowadzeniu przez Iran mniej konfrontacyjnej polityki, obejmującej również zbliżenie z USA.

Przypominam: plan obalenia reżimu upadł w styczniu w wyniku zdrady kurdyjskich komunistów, którzy ukradli broń i Stralinki przeznaczone dla irańskiej opozycji. Postawiono wówczas na zmianę reżimu za pomocą przewrotu wewnętrznego. Po drugiej turze uderzeń dekapitacyjnych - po wyeliminowaniu Laridżaniego - udało się Amerykanom porozumieć z mafijną frakcją Ghalibafa. Ona obiecywała Trumpowi oddanie materiałów rozszczepialnych i włączenie Iranu do systemu zachodniego. A może nawet pokój z Izraelem. To dlatego Trump zamroził wojnę w okolicach Wielkanocy.

Na początku maja mieliśmy ogłoszenie Projektu "Wolność", czyli eksortowania przez US Navy cywilnych statków przez Cieśninę Ormuz. Operację tę oficjalnie zawieszono już po jednym dniu. Potajemnie ją jednak kontynuowano. Tankowce płynęły pod eskortą do Zatoki Omańskiej, gdzie ropę przeładowywano na inne jednostki. Puste tankowce wracały następnie do Zatoki Perskiej, a serwisy monitorujące ruch statków pokazywały, że nie ruszały się one z okolic Dubaju. Ta operacja prowadzona była z sukcesem, tuż pod nosem Irańczyków. Dopiero 9 czerwca Irańczycy zdołali zestrzelić amerykański śmigłowiec biorący udział w tej operacji. Odpowiedzią były amerykańskie bombardowania celów na irańskim wybrzeżu, w porcie Bandar Abbas i w Teheranie. Ponoć wówczas zlikwidowano dowódcę Marynarki Wojennej Korpusu Strażników Rewolucji. Nieco wcześniej mieliśmy krótką wymianę ciosów między Iranem a Izraelem. Pojawiły się doniesienia, że w bombardowaniach został wyeliminowany Vahidi i że stracono kontakt z Modżtabą. Tuż po tej eskalacji nastąpił nagle przełom dyplomatyczny - osławione porozumienie. 

Od dawna przekonuje, że USA miały wszelkie możliwości, by zbrojnie odblokować Cieśninę Ormuz. Przebieg Projektu Wolność to potwierdza. Przez miesiąc prowadzenia operacji eskortowych stracili tylko jeden śmigłowiec. Na kadłubach samolotów A-10 pojawiły się natomiast oznaczenia wskazujące, że brały one udział w dużej liczbie ataków na cele w Zatoce. 

Powodem dla którego USA nie otworzyły Cieśniny Ormuz zbrojnie jest to, że już w kwietniu (jeśli nie dużo wcześniej) dogadały się z frakcją Ghalibafa. I postanowiły dać jej wygraną na tacy. 

W tym kontekście należy również widzieć kwestię "oburzającego" funduszu odbudowy dla Iranu wartego 300 mld USD. Powszechnie jest on postrzegany jako haracz wypłacony Iranowi. W praktyce będzie on jednak czymś w rodzaju unijnego KPO - funduszu warunkowego, mającego dać kontrolę nad gospodarką irańską. Może się okazać, że Iran nie zobaczy ani centa z tego funduszu.

Jeśli więc frakcja Ghalibafa rzeczywiście chce porozumieć się z USA, to tego rodzaju fundusz jest logicznym elementem takiego dealu. Jeśli Ghalibaf będzie zwodził Trumpa, to ewentualna blokada środków z funduszu stanie się powodem kolejnej blokady Cieśniny Ormuz i kolejnej wojny z Iranem.

Porozumienie zawiera też wiele innych, spornych elementów - choćby kwestię wycofania wojsk amerykańskich "z sąsiedztwa" Iranu. Można to zinterpretować zarówno jako zmniejszenie obecności wojsk USA w regionie do przedwojennego poziomu jak i całkowity odwrót z Bliskiego Wschodu - co jest jednak totalnie nierealistyczne.

Jak się sprawy ułożą - tego nie da się obecnie powiedzieć. Nie wiemy jakie intencje ma Ghalibaf, jak silna okaże się jego frakcja i z jaką presją społeczną reżim spotka się po skończonej wojnie.

Na razie jednak porozumienie jest katastrofą dla irańskiej opozycji i wstrząsem dla Izraela. Przy okazji doszło do ostrej werbalnej szarży wymierzonej w Tel Aviv przez J.D. Vance'a. Zwycięzcami są za to Oman, Katar i Turcja - którym nie zależało na tym, by Izrael zbytnio urósł w siłę. Ciekawie zabrzmiała również oferta Trumpa wobec Syrii, by zrobiła ona porządek z Hezbollahem w Libanie.

Może się okazać, że ze złej umowy rozejmowej Trumpa wyciągnie Izrael, dokonując samodzielnego uderzenia na Iran. Śmiałbym się gdyby izraelskie lotnictwo zbombardowało pogrzeb Chameniego - wykańczając kolejną grupę irańskich oficjeli oraz tysiące resortowych fanatyków zgromadzonych na tej gej-paradzie. Przy okazji - ciekawe czy się na tym pogrzebie pokaże kartonowy Modżtaba. Czy też może gostek jest w areszcie domowym...

Problemem jest jednak to, że Iran oraz wiele innych państw może wyciągnąć złe wnioski z wojny irańskiej, czyli uznać, że USA zostały pokonane militarnie. Tymczasem to USA przy stosunkowo małym koszcie wojskowym zdołały zadać ogromne straty Iranowi oraz jego gospodarce. USA nie przegrały tej wojny militarnie, tylko w wyniku DECYZJI POLITYCZNEJ, czyli tego, że postanowiły wstrzymać bombardowania i zasiąść do stołu rokowań, okazując nadmierną hojność przeciwnikowi.

Ta decyzja polityczna została jednak powszechnie uzna za amerykańską klęskę i osłabiła zdolność USA do odstraszania wrogów. Dlatego, Stany Zjednoczone powinny szybko rozprawić się militarnie z Kubą, by pokazać, że wciąż są zdolne do odnoszenia zwycięstw. 

Generalnie można odnieść wrażenie, że Trumpowi świetnie idzie, jeśli podejmuje decyzję o akcjach militarnych. Wszystko zaczyna się psuć, gdy zaczyna negocjować. Dlatego uważam, że dużo lepiej w prowadzeniu wojny sprawdzałby się prezydent w stylu Johna Boltona. W 2028 r. trzymajmy kciuki za Marco Rubio.

***

Spektakularny ukraiński atak dronowy na Moskwę sprowokował do powstania wielu memów w necie - dotyczących wielkiej pokrywy zbiornika z gazem, która wystrzeliła w powietrze niczym nazistowskie UFO. To uderzenie oraz poprzednie - dotykające rosyjskiej floty - utwierdzają mnie w przekonaniu, że Ukraina radzi sobie bardzo dobrze na tej wojnie. A skoro radzi sobie bardzo dobrze, to czy nie nadszedł czas ograniczenia jej pomocy? Czy też może utrzymywania jej w odpowiednich proporcjach, by wojna trwała tam jeszcze wiele lat, a oba kraje niszczyły swoje zasoby? Zawsze mnie śmieszą jojczenia "duporealistów" takich jak Warzecha, Michał "Dupa" Krupa, Wojciech "Mielonka" Golonka czy Dzierżawski, że wojnę powinno się zakończyć, bo giną tam Ukraińcy. Jednocześnie ci sami autorzy przekonują, że owi Ukraińcy to straszne ch.... Skoro tak, to czy nie powinniśmy jednak dbać o to, by wojna tam trwała jak najdłużej, a Ukraińcy nadal ponosili straty ludzkie i materialne? Warzecha jednocześnie narzeka na ukraińskich imigrantów w Polsce i oburza się na myśl o tym, że mielibyśmy ich deportować na Ukrainę, w ręce tamtejszych komisji mobilizacyjnych. Gdyby rzeczywiście Ukraińców nie lubił to, by gorąco się domagał takiej deportacji i cieszył się z tego, że będą oni przerobieni na mielonkę w okopach pod Donieckiem. No, ale Warzecha tego nie zrobi, bo boi się, że jego ukochana Rassija też poniesie straty na froncie.

Po stronie ukraińskiej też niestety nie brakuje pretensjonalnych debili. Dmytro Jełop czy tam Jarosz z Prawego Sektora dostał ostatnio ogromnego bólu dupy i dowodził, że jeśli nie uznamy, że UPA słusznie wymordowała "polskich okupantów" na Wołyniu, to "zaprzepaścimy wielki sojusz". Robiąc historyczne nawiązanie, przytoczył wierszyk Szewczenki mówiący o tym jak źli jezuici wprowadzili niezgodę między Lachów i Kozaków. Potwierdził tym samym, że ukraińscy prawicowcy zazwyczaj gówno wiedzą o historii swojego kraju. Tak się bowiem składa, że główną siłą podsycającą u Kozaków nienawiść do Lachów (a przy okazji też do Żydów) była cerkiew prawosławna - posiadająca "centra dowodzenia" w Moskwie oraz Istambule, czyli w stolicach krajów wrogich w XVII w. Rzeczypospolitej. Powstanie Chmielnickiego - które wtłoczyło Ukrainę w dupę Moskala - było eksplozją prawosławnego fanatyzmu. Ów prawosławny fanatyzm był naturalnym sojusznikiem wszelkich antyzachodnich prądów umysłowych w Rosji i na Ukrainie - również w wydaniu postsowieckim.

Gdy więc rosyjski dron zapalił Ławrę Peczerską w Kijowie - złośliwie się uśmiechnąłem. Wiem, że nie powinienem, bo to zabytek z listy UNESCO. Zrobiłem to jednak, bo Rassija znów strzeliła sobie piękną samobójczą bramkę. Uderzyła w gniazdo antyzachodniego prawosławia, które do niedawno było też jednym z centrów aktywności FSB na Ukrainie. 

***


Najnowsza książka Waszego Ulubionego Autora jest już dostępna w sprzedaży.  Enjoy!

sobota, 2 maja 2026

Niemcy są jak kurvinoxy: sprytni, ale głupi

 Jest majówka i dobra pogoda, dzik Henio smaży się na grillu, a nie chce mi się pisać, więc zaprezentuje tylko krótki przegląd wydarzeń...



O ile dotychczas wykorzystywano różnych białych, liberalnych cucków do zamachów na Trumpa, to tym razem użyto czarnego nerda, który pomimo 160 IQ okazał się idiotą. Naoglądał się za dużo "Naruto", uzbroił się w noże kunai, niczym ninja z Wioski Ukrytej w Liściach przebiegł przez bramkę do wykrywania metali i został szybko zneutralizowany. Doszło do chwilowego zamieszania na sali balowej. Wolf Blitzer z CNN przestraszony zgubił buta, a towarzysz Szewko się głęboko zasmucił...

Sojowe libki i upośledzona umysłowo prawica zaczęły zgodnie twierdzi, że ten zamach był inscenizacją. Tak sobie jednak pomyślałem, że gdyby Kamala została prezydentem i coś takiego się jej przydarzyło, to by od razu próbowała skasować kilka poprawek do konstytucji. Trump natomiast chce tylko jakiejś sali balowej nad bunkrem dowodzenia.

Nieco wcześniej mieliśmy wywiad kłodzkiego kundla dla "FT", w którym podważał on artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Polska prawica słusznie uznała, że kundel został podpuszczony przez swojego pana, kanclerza Merza. Ma to być element perfidnego niemieckiego planu, by skłócić Polskę z USA. Merz w ciągu 11 miesięcy kanclerzowania trzykrotnie odwiedził Trumpa i mu się podlizywał na różne sposoby. Osiągnął to, że Eldridge Colby pochwalił niemieckie plany zbrojeniowe. (Ch... z tym, że Niemcy rozpisali je na 10 lat, a na razie nie potrafią nawet zebrać jednej brygady na Litwę.)


Kilka dni później potwierdziło się jednak to, że Niemcy to naród niesłychanie emocjonalny. Nie mogą się powstrzymać przed wyrażaniem radości z problemów Amerykanów. Merz palnął, że Iran "upokarza USA". Trump go kilkakrotnie publicznie za to zjebał. Niemcy próbowali odkręcić sprawę, ale Amerykanie zadeklarowali, że chcą zmniejszyć swoją obecność wojskową w RFN. Rząd Merza się chwieje, a w sondażach prowadzi AfD...

(Baj de łej: czy eurocucki zauważyły, że Merz powiedział, że Ukraina "może potrzebować" zrzeczenia się części swoich terytoriów, by wejść do UE?)

W międzyczasie Amerykanie wynegocjowali dla nas uwolnienie Poczobuta i o. Grzegorza Gawła od Baćkoszenki. (No i przekonamy się teraz, jak ten koleś będzie się zachowywał...) Zadeklarowali przy tym, że ważną rolę w tej sprawie odegrał prezydent Nawrocki - zwracając uwagę Trumpowi na istnienie tego więźnia politycznego. Potem USA poparły nasz hub gazowy na Szczycie Trójmorza, a "Homelander" Hegseth wymienił nas wśród modelowych sojuszników - pomijając Niemcy.

Mamy znów więc więcej szczęścia niż rozumu jako naród. Prezydentura Nawrockiego skutecznie neutralizuje starania kłodzkiego kundla i jego niemieckich panów, mające nas skłócać z naszym głównym gwarantem bezpieczeństwa. Gdyby nie debata w Końskich i apel Olszańskiego do brauniarzy, bylibyśmy w wielkiej, strategicznej d...

Brytyjczycy nie mają ostatnio dużo szczęścia i rozumu, ale na posiadają wielki skarb w postaci swojej muzealnej monarchii. By ratować relacje transatlantyckie wysłali więc swego króla do Trumpa, by uświetnił zbliżającą się 250-tą rocznicę buntu kolonii północnoamerykańskich. Król okazał się świetnym stand-uperem. Wizyta wypadła świetnie, a specjalista od czytania z ust, wychwycił ciekawą wymianę zdań między królem a Trumpem, dotyczącą Putina. - On chce wojny. (...) Mam wrażenie, że jeśli on rzeczywiście to powiedział, to on chce wytępić populację - mówił Trump. Bardzo to idzie w poprzek jazgotu libkowskich mediów dla sojowych cucków. Ciekawe, dlaczego większość mediów to pominęła?


(Tymczasem dżihadyści wspierani przez Ukrainę zadali w Mali klęskę rosyjskiemu Korpusowi Afrykańskiemu. Przy okazji wysadzili w powietrze malijskiego ministra obrony, wraz z jego rezydencją i przylegającym do niej meczetem. Rosja grozi podbojem Europy, a dostaje wpierdol od dżihadystów w Sahelu...)

Magister Bartosiusiak (przekręcam jego nazwisko, bo m.in. tak należy zwalczać kolesi uczestniczących w wojnie kognitywnej przeciwko nam) przekonywał, że arabskie monarchie śmiertelnie obrażą się na USA, za to, że USA zapewniły im mniejszą ochronę niż Izraelowi. Tak się jednak składa, że te amerykańskie systemy obrony przeciwlotniczej, które były na miejscu bardzo im pomogły. Co więcej, Izrael dostarczył ZEA elementy swojego systemu Żelaznej Kopuły - kosztem ochrony własnego terytorium! Ostatnio Izraelczycy dostarczyli też tam swoje laserowe cudeńko. Arabskie monarchie szykują się więc wyraźnie na wznowienie wojny - i całkiem dobrze współpracują z Izraelczykami.

Sami mieszkańcy Państwa Żydowskiego przekonują, Izrael pod rządami Netnajahu i jego koalicjantów-świrów, traci natomiast swój europejski charakter i staje się coraz bardziej państwem o dominacji kultury bliskowschodniej, w którym fundamentalistyczna religia odgrywa coraz większą rolę. Likud jest tradycyjnie silnie popierany przez Sefardyjczyków, czyli Żydów z krajów arabskich i basenu Morza Śródziemnego. Są oni bliscy kulturowo i genetycznie Arabom - co jednak oznacza, że potrafią "w sporach w rodzinie" być równie bezwzględni jak Arabowie. 

Paradoksalnie, również w Izraelu jest wdrażana polityka "zastępowania". Dotyczy ona jednak nie tyle zamiany populacji, co zamiany kultury dominującej - z europejsko-aszkenazyjskiej na bliskowschodnio-sefardyjską, z niestety sporą domieszką "kultury" wielkoruskiej. No cóż, europejskie sosny, które Aszkenazyjczycy sadzili na ruinach arabskich wiosek, teraz masowo wymierają...


Poniżej macie mniej znane nagranie przedstawiające Gershoma Brauna (jeszcze bez przepaski na oku) przekonującego, że jeśli Trump chce wspierać Żydów, to powinien zniszczyć państwo Izrael. Ten Żyd reprezentuje pewnie ruch Neturei Karta, który od czasu do czasu współpracuje z irańskimi służbami. Marzy im się państwo mesjańskie, w którym będą mogli bezkarnie trzymać nieletnie niewolnice seksualne w piwnicach...



A tymczasem, czeka nas 11-ta wojna światowa!


sobota, 28 marca 2026

I-Run!

 




W tytule zeszłotygodniowego wpisu znalazło się określenie "deeskalacja przez eskalację". Niezależnie ode mnie o czymś podobnym napisał Krzysztof Wojczal, zwracając uwagę na ustępstwa obu stron: wstrzymanie się od dalszych uderzeń w instalacje wydobywcze oraz irański komunikat, że nie będą minować Cieśniny Ormuz, jeżeli Amerykanie nie zajmą im wyspy Chark. (Ustępstwem było również tymczasowe zwolnienie od sankcji irańskiej ropy znajdującej się już w transporcie morskim, nad którym tak mocno masturbowali się nasi trzecioświatowcy. Było to jednak nie ustępstwo wobec Iranu tylko wobec Indii. Iran już wcześniej dostał zapłatę za tę ropę - z chwilą jej załadowania na tankowce. Po zniesieniu sankcji, ładunki z tym surowcem zostały przekierowane z Chin do Indii.) Na oznaki deeskalacji mało kto jednak wówczas zwracał uwagę, bo wszyscy byli wystraszeni zapowiedzią Trumpa, że zniszczy irańskie elektrownie. W poniedziałek jednak Trump poinformował o przesunięciu tego ultimatum i o "konstruktywnych i dobrych" negocjacjach z Iranem. Propaganda Teheranu zaczęła gwałtownie zaprzeczać, że jakiekolwiek rozmowy są prowadzone, by wkrótce później przyznać, że jednak doszło do wymiany stanowisk poprzez pośredników i wydać komunikat, że "nie chcemy już negocjować z Kushnerem i Witkoffem, bo wolimy rozmawiać z J.D. Vancem". Choć libkowskie media promują z uporem maniaka wersję, że "ha, ha, głupi Trump negocjuje sam ze sobą", to jednak wiele źródeł z regionu wskazuje, że do realnych negocjacji rzeczywiście doszło. Do Pakistanu przyleciał na te rozmowy Mahommed Bagher Ghalibaf, czyli przewodniczący irańskiego parlamentu. Pakistańskie władze wręcz szczycą się, że pomogły Amerykanom w tej tajnej dyplomacji. W pośredniczeniu uczestniczyły też ponoć Turcja i Egipt. Generał SWR twierdzi natomiast, że w proces negocjacyjny mocno zaangażowany jest również Łukaszenka.

"Ha, ha, ha, głupi Trump, negocjuje, bo mocno dostał od Iranu!" - będą się brechtać libki i trzecioświatowcy. Oczywiście nie zauważyli oni licznych sygnałów wysyłanych przez amerykańską administrację od wielu miesięcy, że chętnie dogadałaby się z bardziej rozsądną frakcją we władzach w Teheranie. USA wielokrotnie dystansowały się od tego scenariusza przewidującego całkowitą zmianę reżimu (objęcie władzy przez irańską opozycję). Ponoć wątpiły w zdolność zwolenników szacha do przeprowadzenia przewrotu i objęcia władzy. Izrael był w tej kwestii bardziej optymistyczny, co wynikało z obserwacji dotyczących ostatniej fazy wielkich protestów antyreżimowych. Stąd też izraelska kampania systematycznego równania z ziemią baz Korpusu Strażników, milicji basaji, posterunków policyjnych, "bezpiecznych domów" bezpieki i posterunków kontroli drogowych (co doprowadziło do tego, że basiji śpią na kartonach pod mostami, jak bezdomni). Kielcczok w komentarzu pod poprzednim wpisem określił księcia Pahlaviego mianem "przegrywa". Tymczasem ten przegryw w ostatnich latach skutecznie zalewał totalitarny Iran swoją propagandą, tak że w czasie demonstracji zwykli Irańczycy zjednoczyli się pod dawną flagą i hasłami o powrocie Pahlavich. Chciałbym, by nasz "obóz patriotyczny" był choć w 10 proc. tak skuteczny w mobilizowaniu mas jak ten rzekomy "przegryw". "No to gdzie się podziała ta opozycja?!" - spytają niektórzy. Tak się składa, że szach sam apelował do Irańczyków, by nie wychodzili na ulice podczas bombardowań i by trzymali się z dala od obiektów takich jak posterunki policji. Czas na demonstracje miał nadejść w jednej z kolejnych faz.  Dziennikarz, który jako pierwszy wskazał na tajny kanał negocjacyjny w Pakistanie, donosił również, że Pahlavi nawiązał również kontakty wśród irańskich wojskowych, którzy mieliby wystąpić przeciwko reżimowi. Problem jednak w tym, że amerykańsko-izraelskie bombardowania tak zdezorganizowały armię irańską, że nie jest zdolna do przeprowadzenia zamachu stanu. Trzyma się za to - mimo dużych strat - Korpus Strażników Rewolucji, czyli siła, która przed wojną była lepiej finansowana i uzbrojona niż armia. Netanjahu niedawno zasugerował Trumpowi, że czas zaapelować do Irańczyków o wyjście na ulice. Trump oponował, mówiąc że doszłoby wówczas do masakry irańskich cywilów. Izrael - obawiając się, że prezydent USA szybko ogłosi rozejm - zmodyfikował więc kampanię bombardowań, przesuwając akcenty z niszczenia infrastruktury aparatu represji na niszczenie potencjału wojskowego i przemysłowego Iranu.

Czytając o stosunku USA do irańskiej opozycji, czuje się jakbym czytał "Tajne pieniądze" Zyzaka. Tam również opisano jak różni "eksperci" z think-tanków deprecjonowali polską opozycję antykomunistyczną, a administracja Reagana kombinowała jak porozumieć się z jedną z rzekomo "reformatorskich" frakcji w reżimie, co zakończyło się ostatecznie na przejęciu części esbectwa przez CIA za administracji Busha. Podobny manewr mieliśmy też ostatnio w przypadku Wenezueli.

Czy rzeczywiście jednak w Teheranie istnieje frakcja gotowa porozumieć się z USA? Ghalibaf, czyli "irański Czarzasty", to koleś, który chwalił się, że jadąc na motocyklu lał dechą protestujących studentów. To mafiozo, więc materialista. Mógł rzeczywiście uznać, że nie ma co, ginąć za Kartonowego Modżtabę i upośledzonych umysłowo szyickich silniczków - lepiej zachować życie i majątek, nawet w scenariuszu, w którym doszłoby do oddania władzy. Problem jednak w tym, że inne irańskie frakcje pewnie myślą inaczej. Gdy wyszło na jaw, że Ghalibaf brał udział w rozmowach z Amerykanami, wylała się na niego rzeka hejtu w irańskich, reżimowych kanałach na Telegramie. Powszechnie oskarżano go o zdradę i życzono mu śmierci. 

Warto jednak zwrócić uwagę na to, że na kilka dni przerwano kampanię uderzeń dekapitacyjnych. Wyjątek zrobiono tylko dla dowódcy floty Korpusu Strażników, czyli kolesia odpowiadającego za częściową blokadę Cieśniny Ormuz. To uderzenie mocno podłamało zwolenników reżimu. Dobrze byłoby wyeliminować również Vahidiego, który znalazł się na pierwszym miejscu w łańcuchu dowodzenia Korpusu Strażników.

Czasem można jednak odnieść wrażenie, że siłami irańskimi nikt już nie dowodzi na poziomie centralnym, a po prostu lokalni dowódcy Korpusu Strażników realizują nadal wytyczne sprzed wojny. Widać to choćby po sprzecznych działaniach dotyczących Cieśniny Ormuz - raz Irańczycy mówią, że żegluga jest swobodna dla statków z zaprzyjaźnionych krajów, innym razem cofają dwa chińskie kontenerowce. Resztki irańskich centralnych struktur dowodzenia oraz decydenci polityczne muszą mieć ograniczoną świadomość sytuacyjną. Mogą więc rzeczywiście uważać, że "Iran wygrywa".

Część komentatorów oburza się, że nie przyłączam się do antyamerykańskiej propagandy pałującej się każdą amerykańską stratą. No cóż, oprócz mnie o tym, że Iran wyraźnie przegrywa piszą m.in. Budzisz (polecam ten jego tekst), Wojczal, Grzegorz Kuczyński, płk Mariusz KozłowskiWłodzimierz Wrzosek, Podczarski, bloger Jaszczur (nie mylić z Olszańskim) a przeciwnego zdania są magister Bartosiusiak, Repetowicz, postkomunista Szewko i tacy debile jak Romcio Kuźniar. To, że Iran wystrzeliwuje jeszcze rakiety, nie świadczy o jego zwycięstwie. III Rzesza ostrzeliwała Londyn rakietami V2 jeszcze 27 marca 1945 r. Z podobnym skutkiem. To, że jedna na sto rakiet trafi w jakąś bazę i zrani bądź zabije kilku żołnierzy, jest celebrowane przez gówno-trzecioświatowców jako "wielkie zwycięstwo Iranu". No cóż, Saddam w czasie I Wojny w Zatoce zdołał zestrzelić aliantom kilkadziesiąt samolotów i śmigłowców. Serbowie przynajmniej zestrzelili Amerykanom F-117 (który latał co dziennie po rutynowej trasie, na rutynowej wysokości, a dane o tym przekazał rosyjski szpieg w centrali NATO). Iranowi się to nie udało. Irańskie straty wojskowe i aparatu represji sięgają zapewne około 6 tys. zabitych (takie są oceny organizacji prawoczłowieczej Hengaw), a straty cywilne 640 zabitych (to zaskakująco mało, jeśli bierzemy pod uwagę to, że doszło do uderzeń lotniczych w kilkanaście tysięcy celów). Kill ratio: 1:200 i poważnie zdegradowane irańskie zdolności wojskowe. Jeśli to irańskie zwycięstwo, to jest naprawdę "straszliwe zwycięstwo".

Niektórzy wskazują, że Iran - pomimo klęski na poziomie taktycznym i operacyjnym - wygrywa strategicznie, bo zagraża żegludze w Cieśninie Ormuz. Jak to więc możliwe, skoro jego siły zbrojne zostały tak zdemolowane przez Amerykanów oraz Izraelczyków? Mamy do czynienia z sytuacją podobną jak w czasie wojny z Hutimi i z somalijskimi piratami. Oni też zagrażali żegludze we wrażliwych miejscach. Aktywność piratów mocno w ostatnich latach osłabła - co ma związek z tym, że USA ciągle, bez rozgłosu bombardują Somalię. Huti ograniczyli swoją aktywność, po krótkiej wymianie ciosów z US Navy w pierwszych miesiącach rządów Trumpa. Dodatkowo Izrael wykończył im cały rząd jednym atakiem lotniczym. Ostatnio znów przystąpili do walki - wystrzeliwując symbolicznie jedną rakietę na izraelską pustynię. Mogą znów narobić gnoju przy Bab el-Mendeb, ale na razie są dosyć spokojni.

Dyszą za to chęcią zemsty Saudyjczycy i władcy ZEA. MBS namawia Trumpa na kontynuowanie bombardowań, aż do urwania łba szyickiemu wężowi. ZEA rozważa oficjalne przystąpienie do wojny. Magister Bartosiusiak przekonuje, co prawda, że arabskie monarchie śmiertelnie obraziły się na USA, za to, że "nie ochroniły ich" przed irańskimi rakietami i dronami. No tak, o tej "śmiertelnej obrazie" świadczy choćby, to że zamówiły więcej amerykańskiej broni. Chińska bowiem "jakoś nie pykła" - na 52 rakiety przeciwokrętowe made in ChRL wystrzelone w USS Abraham Lincoln nie doleciała żadna. Gadanie o petrojuanie mającym zastąpić petrodolara jest też mocno przedwczesne. Juan musiałby najpierw stać się walutą w pełni wymienialną, nie podlegającą kontroli przepływu kapitału. Nie widać też, by kraje regionu odsuwały się od USA. Wręcz przeciwnie. Arabskie monarchie mówią Trumpowi, że przede wszystkim należy zniszczyć irański arsenał rakietowy. Irańczycy wystrzeliwują gdzieś tak po 10 rakiet dziennie, oszczędnie gospodarując zapasami. Amerykańskie służby oceniają, że zniszczono na pewno jedną trzecią ich arsenału rakietowego, dalsza jedna trzecia jest "uszkodzona" lub zasypana gruzem w podziemnych tunelach. Trump mówi o 3,5 tys. celów, które pozostały do zniszczenia. Rozważana jest opcja mocnego zakończenia wojny. Nie musi ona wcale obejmować zajęcia wyspy Chark (irańscy żołnierze czekają tam już w okopach z dronami FPV  - nie ochroni ich to jednak przed bombami). Amerykanie mogą zająć trzy wyspy w Cieśninie Ormuz - i twierdzić, że nie dokonały inwazji lądowej na Iran, bo te wyspy są sporne (za swoje terytorium uważa je ZEA). Oprócz nich, celem inwazji mogłyby stać się irańskie wyspy u wejścia do Ormuzu - Qeshm (długa na 100 km) lub Larak (długa na 9 km), ewentualnie również wyspa Kish, stanowiąca irańską strefę wolnocłową i bezwizową. Oczywiście sama groźba zajęcia tych wysp może być jedynie argumentem prowadzonym w negocjacjach z irańską frakcją "szczurów opuszczających okręt".

Jeżeli Izrael zrezygnował z gry na zmianę reżimu, a USA dogadają się z Teheranem, to prawdopodobnie będziemy mieć później dogrywkę. Tak sądzi też Wojczal. Podobnie jak on, uważam, że trzecia wojna z Iranem, będzie toczyła się w szerszej koalicji obejmującej kraje arabskie. Mocniej się one zabezpieczą na wypadek powtórki blokady Cieśniny Ormuz. W ramach tych zabezpieczeń zneutralizowani zostaną Huti. Arabskie monarchie uruchomią też swoje służby specjalne, do uderzenia w irański reżim oraz jego regionalnych sojuszników, takich jak Hezbollah czy irackie milicje. (Przy okazji znów przekonujemy się jak wielkim błędem było obalenie Saddama. Mówcie o nim, co chcecie, ale on przynajmniej potrafił zająć się szyickim, terrorystycznym tałatajstwem.)

Trzeciej wojny z Iranem da się uniknąć, wspierając irańską opozycję i przeprowadzając do końca operacji zmiany reżimu. Wystarczyłoby zapewnienie wsparcia lotniczego (choćby i dronowego) demonstrantom - rozwalanie policyjnych sił prewencji, basijich i strażników na ulicach Teheranu. Można po zajęciu np. wyspy Kish - wysłać tam szacha, by utworzył rząd jedności narodowej. Problemem jednak jest czas. Amerykanie nie chcą, by ceny ropy rosły zbyt długo. Są więc gotowi tymczasowo dogadać się z jedną z frakcji rządzących Iranem. Takie dogadanie się nie zapewni jednak długoterminowego przetrwania reżimowi. Jedno z przedwojennych badań, przeprowadzonych dla prezydenta Pezeszkiana, wykazało ponoć, że reżim cieszy się poparciem tylko 8 proc. mieszkańców Iranu. Dodajmy do tego głęboki kryzys gospodarczy, zniszczoną infrastrukturę aparatu represji i likwidację szeregu prominentów - która może się powtórzyć. 

Reżim więc wcześniej, czy później upadnie. Od USA zależy, to jak szybko się to stanie. Można to zrobić szybciej, ponosząc wyższe koszty teraz, a unikając ich w przyszłości, lub wznowić wojnę później, przedłużając problemy. Gdy po wybuchu rewolty w Syrii przekonywałem, że Turcja i USA powinny wspomóc zbrojnie tę rebelię i obalić Assada, straciłem sporo czytelników i byłem wyzywany od izraelskich agentów i zwolenników dżihadu. Po 10 latach okazało się, że miałem rację - reżim Assada został obalony w wyniku jednej ofensywy, a władze nowej Syrii dogadały się z Amerykanami. Nie doszło do apokaliptycznych rzezi, ani wprowadzenia kalifatu. Imigracja netto z Syrii do Europy stała się ujemna. Dało się to zrobić 12 lat wcześniej - uniknięto by w ten sposób kilkuset tysięcy ofiar śmiertelnych i powstania Państwa Islamskiego. Tak samo, da się obalić irański reżim - wystarczy nie słuchać think-tankowych "ekspertów".

W trakcie obecnej wojny z Iranem mamy do czynienia ze zbieżnością interesów kilku sił: USA (które uderzają w Chiny i szykują nowy ład pozwalający ograniczyć im w przyszłości obecność na Bliskim Wschodzie), Izraela (który eliminuje zagrożenie regionalne), arabskich monarchii (które też chcą likwidacji bliskiego zagrożenia) oraz irańskiej opozycji (która chce obalić reżim, który wpędził kraj w nędzę). Widzimy też pewną ewolucję stanowiska Europejczyków - Wielka Brytania i Francja zaczynają montować koalicję na rzecz odblokowania Cieśniny Ormuz. Chęć wysłania swoich okrętów na Bliski Wschód entuzjastycznie zapowiedziała Estonia. Ukraińcy chcą się przypodobać USA, wysyłając na Bliski Wschód swoje interceptory dronów i specjalistów od obrony przeciwlotniczej. (Przy okazji pozbawili Rosję okazji do zarobienia na wzroście cen ropy - niszcząc terminal naftowy w Primorsku i Ust-Łudze oraz eliminując 40 proc. rosyjskich możliwości eksportu surowca.) No tylko głupie, pańszczyźniano-peerelowskie Priwislańcy chcą być większymi Eurocuckami od swoich niemieckich panów i prześcigają się w deklaracjach, jak to dystansują się od złych, amerykańskich imperialistów. Może liczą na to, że Irańczycy będą na swoich rakietach naklejali ich zdjęcia tak jak fotki Pedro "Hijo de la Puta" Sancheza. 

Rozśmieszył mnie na przykład generał Polko, który jojczy, że "Amerykanie powtórzyli wszystkie błędy z Iraku i Afganistanu razem wzięte". Wszystkie, czyli które? Polko wśród tych błędów wymienia, to że w Iraku rozwiązali wojsko i policję. Zaraz zaraz, czyżby jego zdaniem Amerykanie zrobili to samo już w Iranie? Czy już okupują Iran, a my to przegapiliśmy? Wydaje mi się, że po śmierci gen. Skrzypczaka, Polko objął funkcję dyżurnego generała, który bezmyślnie mieli jęzorem w mediach.

Mamy też całą masę prawicowców, którzy oburzają się na to, że ich święty, rewolucyjno-islamsko-bolszewicki Iran, dostaje bęcki od złowrogiego Izraela. Rozumiem ich stanowisko. Ja też nie lubię Netanjahu. Ostro krytykowałem Izrael za to, co robił w Strefie Gazy i w Syrii. Teraz nie podoba mi się, co robi w Libanie. Głęboko gardzę izraelskimi osadnikami i innymi świrami z tamtejszych ortodoksyjnych sekt. Wielokrotnie pisałem ostro krytyczne teksty na temat judaizmu - doprowadzając tym ewangelikalnych sekciarzy do krwawej sraczki w komentarzach. Podzielam jednak zdanie Machiavellego (którego wielcy prawicowcy chyba nie czytają), że zło czasem może owocować dobrem, a dobro złem. Polscy prawicowcy jojczą, że Trump nie odpowiada ich definicji wymarzonego ultraprawicowego kutechona, będącego ultratradycyjnym skopcem i w związku z tym, wszystko co robią USA (nie mówiąc o Izraelu) jest z gruntu złe. Ja twierdzę, że z Roosevelta był kawał skurwysyna, ale amerykańskie wojska zrobiły dobrą robotę rozwalając esesmanów z Dachau. Tak samo wietnamskie komuchy zrobiły dobrą robotę najeżdżając Kambodżę w 1979 r. 

No cóż, u nas i w USA rozlewa się szeroko propaganda mówiąca, że to wojna, w którą Izrael wciągnął USA, a nawet, że to "wojna Epsteina", a to bogate arabskie monarchie - wraz z irańską opozycją - najmocniej się opowiadają za jej zaostrzeniem. Tymczasem Ehud Barak - kumpel Epsteina, czy też nawet jego oficer prowadzący - opowiada się przeciwko tej wojnie. Przypominam, że wcześniej Epstein sprzedawał broń Iranowi. Wykorzystywanie przez Iran w swojej propagandzie motywu  blondwłosej dziewczynki na Wyspie Epsteina (nie było tam, aż tak młodych!) razem z Indianem, kowbojem, policjantem, marynarzem, budowlańcem, japońskim chłopcem z Hiroshimy, wietnamską wieśniaczką, Jemeńczykiem, gejnerałem Sulejmanim i starym pedofilem Alim Chameneim - obserwujących irańską rakietę lecącą na Nowy Jork, można interpretować jako zapowiedź zemsty za zabójstwo Epsteina :)

Baj de łej: Alexis Wilkins, piosenkarka country a zarazem dziewczyna dyrektora FBI Kasha Patela napisała ciekawą rzecz. Zwróciła uwagę na sieć trolli podlegającą generałowi Michaelowi Flynnowi. Owa sieć rozpowszechniała wcześniej o niej plotkę, że jest "czerwoną jaskółką" podstawioną Patelowi przez Mosad. Owa sieć trolli rozpowszechniała też wiele wrzutek uderzających w administrację Trumpa, które rezonowała z treściami rozpowszechnianymi przez duginistów. Związki z operacją prowadzoną przez Flynna ma również Candence Owens. Tuż po zabójstwie Kirka, Owens zaczęła operację osłaniającą radykalne lewactwo, kierując podejrzenia na Izrael, a następnie na wdowę po Kirku i ostatecznie ośmieszyła sprawę teoriami o tym, że Kirk był podróżnikiem w czasie mającym z nią sekretny romans. Gdy koleś z CIA Joe Kent nagle wyskoczył ze swoimi antywojennymi rewelacjami, to niemal natychmiast zostały one też rozpowszechniane przez trollownię Flynna i w ciągu 24 godzin miał już długi wywiad u Tuckera Curlsona. 

Przed zamachem na Trumpa w Butler, zielony beret będący człowiekiem Flynna pisał, że Flynn może uczynić Trumpa "odpornym na zabójstwo".

Przypominam, że Flynn, szef wywiadu wojskowego DIA za Obamy i zarazem twórca ruchu QAnon, to uczeń płka Michaela Aquino - specjalisty od wojny psychologicznej, twórcy satanistycznej Świątyni Seta. 

Podejrzewam, że siatka generała Flynna gra teraz na JD Vance'a, któremu ponoć mocno nie podoba się wojna z Iranem. Vance ostro opieprzył Netanjahu w rozmowie telefonicznej. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ciągu kilku miesięcy ludzie Flynna przeprowadzili zamach na Trumpa (możliwe, że przy współpracy z Irańczykami), dający władzę ludziom Vance'a. (Który ostatnio stwierdził, że "UFO i obcy to demony", więc jednoznacznie postawił się po stronie tych, którzy chcą blokować ujawnienie w tych kwestiach.)

Trollownia Flynna zapewne bierze udział też w operacji netowego budowania sympatii dla niemieckiego nazizmu (nie żadnej skrajnej prawicy, czy faszyzmu, ale dla autentycznego, zbrodniczego nazizmu) wśród amerykańskiej młodzieży. Robiła to otwarcie m.in. Candence Owens (dobrze podsumowana przez Laurę Loomer jako "ghetto bitch"). Operacja ta ma podatny grunt, gdyż wcześniej przez wiele lat libki wpychały Amerykanom aż do odruchów wymiotnych tęczowo-transowo-feministyczno-BLMową propagandę, a wojna w Strefie Gazy niesamowicie wzmocniła propalestyńskie lewactwo. 

Wasz Ulubiony Autor wspomniał o owej akcji "nazyfikacyjnej" w podcaście u Jaremy Jamrożka, dotyczącym jego książki "Demony nazistów".



sobota, 7 marca 2026

Tydzień wojny z Iranem - krety w reżimie, dekapitacje, irański odwet i strategia wyjścia

 


"To nie jest i nigdy nie miała być uczciwa walka. Uderzamy w nich, gdy leżą" - Peter "Homelander" Hegseth, sekretarz wojny USA.

Najwyższy Przywódca ajatollah Ali Chamenei został wysłany do Piekła. To już pewne i od dawna oficjalnie potwierdzone. Jego zgon wywołał wybuch radości zarówno wśród zwykłych Irańczyków jak i wśród Syryjczyków oraz jojczenie wśród szyickich sekciarzy, lewarów i gaśniczaków. Zgromadzenie Ekspertów - jedyne ciało mogące wybrać jego następcę - zostało zbombardowane. Nie wiadomo ilu z tych mułów zginęło w tym ataku. Irański reżim twierdzi, że nikt, bo głosowanie nad wyborem nowego przywódcy odbyło się online. Początkowo pojawiły się doniesienia, że Zgromadzenie wybrało na nowego Najwyższego Przywódcę Modżtabę Chameneia, syna dotychczasowego przywódcy. To koleś, który wcześniej zajmował się zarówno finansami ojca jak i bezpieką. (W ramach powiększania majątku rodziny Chameneich masowo wywłaszczano zwykłych Irańczyków z ich domów, mieszkań i ziemi. Sam majątek Chamenich był szacowany na 100 mld - 200 mld USD.) Równolegle pojawiły się też przecieki, że Modżtaba zginął. Zdementowano też to, że już został wybrany na Najwyższego Przywódcę. Pojawiła się nawet narracja, że nie jest on zainteresowany tym stanowiskiem, bo "chce się oddać nauce i kulturze"! Wyniki głosowania Zgromadzenia Ekspertów miały być ogłoszone po pogrzebie Alego Chameneia, ale pogrzeb przesunięto "na świętego nigdy"... Nie wiadomo więc, co się dzieje z Modżtabą. Zapewne krajem rządzi Ali Laridżani, a tymczasowe władze - w tym prezydent Pezeszkian to jedynie figuranci. 

Śmierć Najwyższego Przywódcy Alego Chameniego była skutkiem tego, że uwierzył on w propagandę amerykańskich demokratów mówiącą, że "Trump zawsze się wycofuje". Po wielu tygodniach spekulacji dotyczących zamiarów amerykańskiego prezydenta, Chamenei poczuł się na tyle bezpiecznie, by zebrać 50 swoich najbliższych współpracowników na śniadaniu w swojej oficjalnej rezydencji w Teheranie. Według oficjalnej wersji, Mosadowi udał się go namierzyć, bo kilka lat wcześniej zhakował rosyjski system monitoringu video zainstalowany w Teheranie. Inne doniesienia mówiły jednak, że Izraelczycy dokonali nalotu, po wskazówce przekazanej przez CIA. W grę wchodziły więc informacje pozyskane przez Amerykanów od osobowego źródła informacji.


W kręgu podejrzanych znalazł się generał Esmail Qaani, dowódca sił al-Quds (którymi dowodzi od 2020 r., czyli od likwidacji gen. Soleimaniego). Dziwnym trafem przeżył on w 2024 r. uderzenie lotnicze na bunkier Hasana Nasrallaha w Bejrucie. Przeżył też w 2025 r. falę izraelskich uderzeń dekapitacyjnych. Nie został też zabity w ataku na siedzibę Chameneia. W arabskich mediach pojawiły się wczoraj doniesienia, że generał Qaani został zabity przez irański reżim za zdradę. Izraelskie źródła donosiły natomiast, że został ewakuowany do Izraela.

Może było tak jak w poniższym filmie:






Dziwne rzeczy działy się też wokół byłego prezydenta Mahmuda Ahmadinedżada. Jego dom został zbombardowany pierwszego dnia wojny. Wydawało mi się to dziwne, gdyż Ahmadinedżad stanowił w ostatnich latach wewnętrzną opozycję wobec reżimu. Otwarcie mówił choćby o dużym zinfiltrowaniu irańskich tajnych służb przez Mosad. Donoszono w ostatnich dniach o jego śmierci. Nagle okazało się jednak, że koleś nadal żyje i ma się dobrze. Irańska opozycja spekulowała, że zawarł on układ z Mosadem. W 2009 r. "The Telegraph" donosił, że rodzina Ahmadinedżada nosiła wcześniej nazwisko Sabourdżian, co oznacza tkacza szali modlitewnych i jest uznawane w Iranie za żydowskie. Ciekawie brzmi w tym kontekście fragment Sunny mówiący że Dajjal (islamski "antychryst") będzie miał wśród zwolenników 70-tych Żydów z Isfahanu noszących... perskie szale.

Być może mamy do czynienia z przypadkami bardzo podobnymi jak w "Czerwonej Jaskółce".

O silnym zinfiltrowaniu irańskiego reżimu świadczy choćby to, że izraelskie służby bardzo dokładnie znały rozkład bunkra Chameneiego i wiedziały nawet, jakie plakaty wiszą tam na ścianach. Bunkier ten został wczoraj zbombardowany przez 50 izraelskich myśliwców. Ataku dokonano, bo pojawił się tam "wysokiej rangi cel". Oficjalnie chodzi o szefa biura Chameneia, ale coś mi się wydaje, że to za mało, by rozpocząć takie akcje.

Izraelczycy oraz Amerykanie kontynuują uderzenia dekapitacyjne, likwidując kolejnych reżimowych oficjeli. Równają z ziemią kolejne bazy wojska, Korpusu Strażników Rewolucji, siedziby bezpieki, policji i milicji basiji, lotniska, składy amunicji, radary oraz wyrzutnie rakiet. Irańska obrona przeciwlotnicza - oparta na rosyjskiej i chińskiej technologii - po raz kolejny okazała się całkowicie bezbronna. (Choć trzeba przyznać, że omal nie zestrzeliła własnego Miga.) Większe straty Amerykanom zdołał pomyłkowo wyrządzić jeden kuwejcki pilot myśliwca, który zestrzelił 3 F-15. Irańskie lotnictwo jest głównie niszczone na ziemi, choć zdarzyło się jedno zestrzelenie w powietrzu - izraelski F-35 trafił irańskiego, szkoleniowego Jaka-130. Było to pierwsze w historii zestrzelenie samolotu załogowego dokonane przez F-35.



Jak dotąd Amerykanie koncentrowali się na bombardowaniu celów znajdujących się na irańskim wybrzeżu, a Izraelczycy atakowali Teheran i kilka innych miast. Amerykańskie B1 i B2 uderzały w cele ukryte pod ziemią. Amerykańskie bombardowania będą się zapewne przesuwały głębiej w stronę wnętrza kraju.

Systematycznie niszczona jest irańska marynarka wojenna. Choć niektórzy rozkwiniali wcześniej, na podstawie filmu "I pet goat 2", że Irańczycy w okolicach 2 marca zatopią Amerykanom lotniskowiec USS Abraham Lincoln, to jak na razie jedynym zatopionym "lotniskowcem" jest irański "dronowiec" Shahid Bagheri. W pobliżu Sri Lanki, amerykański okręt podwodny, storpedował irańską fregatę Dana - wywołując tym straszny ból dupy o młodych modelarzy udających "ekspertów" od wojny. No bo jak to, tak torpedować wrogie okręty bez ostrzeżenia? Zupełnie jakby ich wiedza o historii wojskowości zatrzymała się na roku 1913... Zatopienie Dany podziałało odstraszająco, więc załogi kolejnych dwóch fregat wybrały internowanie - jedna na Sri Lance, druga w Indiach. 

Zbombardowano port Jask będący siedzibą flotylli Korpusu Strażników Rewolucji, w skład której wchodziły głównie małe jednostki. Mimo to, Irańczykom udało się trafić kuwejcki tankowiec podmorskim dronem. 

Irański odwet jak dotąd wyrządził znikome straty Izraelowi. (Amerykanom zniszczył kilka drogich radarów i zabił sześciu żołnierzy w bazie w Kuwejcie.) Skupił się on bowiem na państwach arabskich. Iran w kilka dni zbombardował ich więcej, niż Izrael w całej swojej historii. Uderzono nie tylko w saudyjskie rafinerie, katarskie instalacje naftowe, dubajskie międzynarodowe lotnisko pasażerskie i drogie hotele, czy w bloki mieszkalne w Bahrajnie. Rakiety i drony spadały też na Oman (kraj, który pośredniczył wcześniej w negocjacjach!), Kuwejt, Irak, Syrię, Jordanię, Cypr i Azerbejdżan. (Irańczycy twierdzą co prawda, że uderzenie dronowe w lotnisko w azerskim Nachiczewaniu było izraelskim "false flag", ale azerskie służby rozbiły też siatkę dywersyjną Korpusu Strażników Rewolucji szykującą się do serii zamachów bombowych w Azerbejdżanie.) Strategia Iranu jest jasna - siać chaos w krajach arabskich, sparaliżować żeglugę w Zatoce Perskiej i międzynarodowy ruch lotniczy, doprowadzić do jak największego skoku cen ropy naftowej, tak by bogate arabskie monarchie i amerykańska opinia publiczna zmusiła Trumpa do przerwania wojny. Ta strategia już częściowo się sprawdza - ceny ropy wzrosły w tydzień o 35 proc., przebijając 90 USD za baryłkę. Drożeje też gaz i ceny nawozów.


Irańska strategia ma jednak swoje ograniczenia. Pierwszym z nich są zdolności do kontynuowania ostrzału rakietowego i dronowego. Izraelczycy przygotowywali się na 200 rakiet dziennie, a poleciało w ich kierunku 200 w ciągu tygodnia. Dane wyraźnie wskazują, że z każdym dniem spada liczba wystrzeliwanych przez Iran rakiet i dronów. Trzy czwarte ich wyrzutni rakietowych zostało przecież zniszczonych. Niektóre są porzucane przez załogi po strzale - bo są niszczone z powietrza nawet w ciągu czterech minut od odpalenia rakiety. Bombardowane są też składy rakiet i dronów. Wielu irańskich dowódców nie żyje, a dezercje ponoć przybierają na sile. Irański żołnierz na tym filmie mówi, że w jego jednostce zostały tylko dwie osoby - oficerowie nie żyją albo uciekli, a koszary są zniszczone. To ta słynna "zdecentralizowana obrona".

Irański reżim, swoimi działaniami odwetowymi zjednoczył też region w przekonaniu, że jest rakiem, który trzeba wyciąć. Arabia Saudyjska ponoć chce deeskalować konflikt, obawiając się ataków na swoje pola naftowe. Odwetowo uderzyła ponoć jednak w irańskie rurociągi. Nawet Katar - dotychczas dosyć przychylny irańskiemu reżimowi - stał się jego wrogiem. Irańczycy mają szczęście, że zestrzelono ich rakietę lecącą nad Turcją. Gdyby uderzyła w coś cennego, Erdogan zacząłby inwazję lądową i po kilku dniach tureckie wojska byłyby w Teheranie.

Irański prezydent Pezeszkian dzisiaj przeprosił państwa regionu, za bombardowania i obiecał, że ataki ustaną, dopóki te kraje same nie będą podejmować wrogich działań. Niedługo po jego przemówieniu, dron uderzył w lotnisko pasażerskie w Dubaju...

Paradoksalnie strategia Iranu uderza też w Chiny, które przecież większość swojej ropy importują z regionu Zatoki Perskiej. Ponadto naraża ona również statki z irańskiej i rosyjskiej floty cienia. 

Paradoksalnie najbezpieczniejszym krajem regionu stała się (nie licząc Turcji)... Syria. Syryjczycy pamiętają irańskiemu reżimowi masakry i bombardowania z czasów wojny domowej. Po likwidacji Chameneia, z syryjskich meczetów płynęło więc przesłanie, że zdechł tyran i trafił do Piekła. Syryjczycy śmieją się z reakcji szyickich fanatyków. Izraelczycy z Amerykanami rozwalili im najwyższego przywódcę, a na tym filmie irański dziadzio- silniczek krzyczy: przeklęci Ummajadzi! :)

Wspominałem wcześniej, że Iran jest obecnie krajem islamskim najwyżej w 30 proc. Poparcie dla reżimy jest jeszcze niższe (najwyżej 20 proc.) i skupia się głównie wokół resortowych rodzin i starych zidiociałych silniczków, będących tymi samymi debilami, którzy obalali szacha. Poza tym reżim sprowadził sobie imigrantów z Afganistanu i Pakistanu oraz bandytów z szyickich milicji z Iraku.

Cóż z tego jednak, że co najmniej 80 proc. narodu irańskiego jest przeciwko reżimowi, skoro rządząca krajem mniejszościowa sekta jest uzbrojona a zwykli Irańczycy nie? W styczniu terrorystyczna sekta pokazała, że nie ma żadnych skrupułów, by urządzić Irańczykom rzeź na ulicach. Oni traktują Iran jak kraj okupowany i nie oddadzą władzy dobrowolnie. Bombardowania niszczą im koszary i posterunki, ale to sprawia, że przenoszą się oni do szkół i szpitali. Liczą na to, że uczniowie, pacjenci i członkowie personelu medycznego będą ich żywymi tarczami. Jak na razie, w nalotach zginęło około 3 tys. funkcjonariuszy irańskiego aparatu "bezpieczeństwa". To oznacza, że dziesiątki tysięcy nadal terroryzują Irańczyków. Strzelają do ludzi, za to, że się śmieją na ulicach.

Zapewne za jakiś czas na irańskim niebie pojawią się drony. Będą one uderzały w skupiska basijich i strażników rewolucji na ulicach. Może do akcji włączą się śmigłowce - osłaniające z powietrza irańskich demonstrantów. 

Irańską wojnę można zakończyć na cztery sposoby:

1) Dostarczenie broni irańskiej opozycji, by sama dokończyła robotę. Broń jest niezbędna do przeprowadzenia rewolucji. Amerykanie mogą się jednak obawiać, że trafi ona w niewłaściwe ręce.

2) Inwazja dokonana przez stronę trzecią - na przykład irackich Kurdów. CIA i Mosad ponoć namawiają do tego ugrupowania kurdyjskie. Problem jednak w tym, że Barzani - przywódca irackich Kurdów chce się trzymać z dala od wojny. Porozumiał się w tej sprawie z Turcją. Mogą się ruszyć kurdyjscy komuniści z PJAK, ale mają najwyżej 5 tys. ludzi. Najwyżej zajmą część górskiego pogranicza i tyle. Wspieranie Kurdów jest ogólnie głupim pomysłem, bo uderzy w irańską opozycję (przeciwną separatyzmom) a reżimowi da do ręki "patriotyczne" argumenty.

Głupim pomysłem byłoby również wsparcie Mudżahedinów Ludowych (MEK), czyli marksistowsko-szyickich sekciarzy mających silne lobby wśród amerykańskich republikanów. Sekciarze z MEK byli przepędzani z opozycyjnych demonstracji. Protestujący studenci skandowali, że nie chcą szyickich mułłów, komunistów i MEK-owców. Irańczycy pamiętają, że Mudżahedini Ludowi brali udział w przejęciu kraju przez szyicką sektę w 1979 r. i że w czasie wojny z Irakiem stali po stronie Saddama.



3) Wysłanie ograniczonego kontyngentu lądowego do Iranu. Taką opcję ponoć rozważa Trump. Chodzi mu o oddziały specjalne, które zajęłyby kilka kluczowych obiektów i wsparły opozycję. Ciekawym scenariuszem byłoby również zajęcie Wyspy Kharg - dałoby kontrolę nad irańskim eksportem naftowym i zmusiło reżim do negocjacji.

4) Zamach stanu w Teheranie. Trump wielokrotnie dawał do zrozumienia, że to jego preferowany scenariusz - objęcie władzy przez kogoś z reżimu, kto zwróciłby się przeciwko rządom ajatollahów. Problem jednak w tym, że to musiałby być ktoś, częściowo akceptowalny dla islamskiej opozycji. Zmiotłaby ona wszelkich Pezeszkianów, Ruhanich i innych lipnych "reformistów". Ahamdinedżad? 

Libkowskie media przekonują, że obecna wojna to jakiś niezrozumiały kaprys Trumpa. Jak zwykle dostosowują one swój przekaz do niskiego poziomu umysłowego swoich odbiorców. Każdy, kto się interesuje geopolityką może bowiem dostrzec, że atak na Iran to część dłuższego procesu - eliminowania elementów moskiewsko-teherańskiej osi. Przed Iranem mieliśmy akcję w Wenezueli, potem zapewne będziemy mieć działanie przeciwko kubańskim komunistom. Zaczęło się to już jednak wcześniej. W czerwcu 2025 r. mieliśmy izraelsko-amerykańskie uderzenie na Iran. W grudniu 2024 r. Turcja i HTS obaliły reżim Assada. Wcześniej Izrael zdziesiątkował, osłabił i ośmieszył Hezbollah oraz w jednym ataku lotniczym rozwalił cały rząd Hutich. Nie byłoby tego, gdyby 7 października 2023 r.  Hamas - podpuszczony przez Rosję - nie zaatakował Izraela. Rosja oczywiście zrobiła to, by odciągnąć uwagę USA od wojny na Ukrainie, którą zaczęła po tym jak administracja Bidena spieprzyła odwrót z Afganistanu, wynegocjowany przez administrację Trumpa. Administracja Trumpa zaczęła natomiast osłabianie Iranu od likwidacji gen. Sulejmaniego w styczniu 2020 r. Likwidacja ta pozwoliła awansować generałowi Qaaniemu.

Pamiętajmy jednak, że to Iran zaczął tę wojnę - w 1979 r. Zamiast całować Cartera i Brzezińskiego po rękach, za to że pomogli mu obalić szacha - szyiccy bolszewicy wzięli na zakładników pracowników ambasady USA. Po Carterze przyszedł Reagan, który też był spolegliwy wobec Iranu. Sprzedawał mu broń w ramach afery Iran-Contra. Irański reżim odwdzięczał się porywając Amerykanów, wysadzając koszary marines, amerykańskie ambasady i samoloty pasażerskie. Bushowie pomogli Iranowi obalając Saddama. Iran się odwdzięczył dostarczając wraz z Assadem IED, za pomocą których zabito i raniono 80 proc. amerykańskich żołnierzy w Iraku.  Amerykanie przez ponad 40 lat byli niezwykli spolegliwi i cierpliwi wobec irańskiego reżimu. Skończyło się to w 2020 r., wraz z likwidacją gen. Sulejmaniego - odpowiedzialnego za ataki na amerykańskich żołnierzy w całym regionie.

Mimo zawirowań związanych ze skokiem cen ropy, wojna przeciwko Iranowi jest dużym ciosem dla Rosji i Chin. Tracą kolejnego sojusznika i zainwestowane tam miliardy. Tracą możliwość podpalania Bliskiego Wschodu. Cały świat widzi ile warte są ich zapewnienia o pomocy (choć zarówno Chiny jak i Rosja wsparły Iran m.in. zdjęciami satelitarnymi amerykańskich baz). Z "potężnej osi oporu" od Caracas po Pyongyang został sojusz komunistycznych cucków.

Na strasznego cucka wyszedł też brytyjski premier Keir Starmer. Irański dron trafił w Akrotiri - zamorskie terytorium Wielkiej Brytanii - a on ogłosił: "nie przyłączamy się do ataków na Iran, wyślemy na Cypr okręt, który wypłynie w trasę za tydzień". Postawa hiszpańskiego premiera Sancheza mnie natomiast nie dziwi - irański i wenezuelski reżim finansowały przecież hiszpańską lewicę. Chodzą plotki, że Sanchez był gejowską prostytutką. Marokańskie służby mu zhakowały telefon, a po tym zaczął on prowadzić politykę niezwykle spolegliwą wobec Maroka....

Ogólnie postawa zachodniej lewicy mocno kontrastuje z nastrojami wśród samych Irańczyków - zarówno tych przebywających w Iranie jak i na emigracji. Ci z Iranu oglądają bombardowania z dachów swoich domów przy piwie i grillu. Ci z diaspory organizują radosne demonstracje poparcia dla obalenia reżimu. (W Manchasterze miejscowe lewarstwo zorganizowało "ciche zgromadzenie" ku pamięci Chameneia, przy którym irańska emigracja zorganizowała imprezę :) Iranki całkiem nieźle tańczą, co wkurza zachodnie feministki.



U nas natomiast kwik i żałoba wśród dupoprawicowców. Lisicki, odłożył na chwilę "chłodny realizm polityczny oparty na sile" i emocjonalnie jojczy, że "jak mogli zabić irańskiego przywódcę!?". Pewnie nie ma świadomości tego, że ludzie Chameneia zabili wcześniej m.in. libańskiego prezydenta Rene Moawada. 

Hegseth stwierdził, że zlikwidowany został dowódca jednostki irańskiego wywiadu odpowiedzialnej za przygotowanie zamachu na Trumpa. Ponoć tego irańskiego resorciaka zastrzelono na ulicy w Teheranie. Toczy się obecnie proces Pakistańczyka, którego Iran wynajął w 2024 r. do zabójstwa Trumpa. Oskarżony twierdzi, że to Iran odpowiadał za zamach na Trumpa w Pennsylwanii w czerwcu 2024 r.
Nie wiem ile w tym prawdy, ale przeprowadzanie zamachów na przywódców innych państw to narzędzie stosowane w polityce międzynarodowej od czasów starożytnych. Nasi dupoprawicowcy (często z góry wykluczający to, że Rosja zabiła prezydentów Kaczyńskiego i Kaczorowskiego w Smoleńsku) nie powinni więc jojczyć, tylko się douczyć.




Wychodzi na to, że Trump jest pierwszym bliskowschodnim prezydentem USA. Nie tylko dlatego, że dwie swoje córki wydał za przedstawicieli bliskowschodnich narodów (jedną za Żyda, drugą za Libańczyka). Doskonale posługuje się językiem powszechnie rozumianym na Bliskim Wschodnie - językiem politycznym. Poza tym lubi złoto i słowiańskie blondynki...

Wyobraźmy sobie taką sytuację: w 1986 r. Amerykanie rozwalają gejnerała Jarucwelskiego, Kiszczaka, Milewskiego, Ciastonia, Płatka, Urbana i szereg innych komuchów. W Warszawie, zwykli Polacy okazują radość po atakach. W Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Chicago odbywają się radosne demonstracje polskiej diaspory. Miejscowe lewary i dupoprawicowcy są oburzeni "zabiciem przywódcy państwa" i twierdzą, że komunistyczny reżim cieszy się masowym poparciem w Polsce, a emigranci to tylko "banda reakcjonistów". Wyciągnięci z dupy "eksperci" tłumaczą w libkowskich mediach, że prezydent Kaczorowski wraz z nie żyjącym od 15 lat generałem Andersem chcą przywrócić w Polsce "feudalizm", "rządy kapitału", "Brześć, Berezę i getto ławkowe" i że Polacy z tego powodu staną murem za komuszym reżimem okupacyjnym. Jakaś kretynka w stylu Agnieszki Piwar publikuje zdjęcia polskich, antykomunistycznych emigrantów i pisze, by "zapamiętać twarze tych zdrajców". Absurdalne? Nie. To właśnie dzieje się na naszych oczach.