"Nie lubię Ruskich, bo odebrali nam Lwów i Kuryle"
Chłopiec z mieszanej polsko-japońskiej rodziny
Cuszima 1905. Wczujcie się w atmosferę powyższego klipu: Czarny dym unoszący się z kominów na pancernikach, złote cesarskie chryzantemy na dziobach japońskich okrętów, dostojni i profesjonalni oficerowie IJN, bezsilne modły adm. Rożestwieńskiego kierowane do prawosławnego Boga... Ta bitwa miała dla nas Polaków niesamowite znaczenie. Obok Gorlic i Gallipoli to jedno ze starć, które zniszczyły carskie imperium. Klęska poniesiona w wojnie z Japonią zamknęła Rosji drogę do ekspansji na Dalekim Wschodzie zmuszając ją do szukania guza w Europie. Droga do I wojny światowej i naszej niepodległości została otwarta. Ale nie tylko dlatego powinniśmy darzyć japońskich militarystów sympatią...
Za początek kontaktów naszych narodów w czasach najnowszych uważana jest misja japońskiego szpiega barona Fukushimy Yasumasy, twórcy tajnej policji Kampetai. W 1892 r. przebył on konno drogę z Władywostoku do Berlina przy okazji zahaczając o Polskę. Nawiązał on kontakty z licznymi polskimi patriotami ("porando gishi"), którzy udzielili mu wielu cennych informacji o sprawie polskiej. Polska go zafascynowała, efektem był obszerny raport napisany poetyckim językiem ("Kraj umarł, jedynie góry
i rzeki trwają. Zamki, zagubione wśród drzew i traw, opłakują ślady utraconej
ojczyzny. O zachodzie słońca, na przedmieściach Warszawy, dawnej stolicy, z
sercem pogrążonym w smutku rozmyślam o przeszłych powstaniach. Płaczę nad wieloma
bohaterami którzy grobów swych nawet nie mają i nie potrafię powstrzymać
głębokiego uczucia nienawiści. Wszak, 200 lat temu, była Polska wielką
monarchią Europy Centralnej, rozciągającą się od Bałtyku do Morza
Czarnego.") oraz
wojskowy marsz „Wspomnienie Polski”. W 1904 r. przybywa do naszego kraju inny japoński superagent gen. Akashi Motojiro - kontaktuje się z różnymi grupami politycznymi zaciągając języka zarówno w PPS jak i u Romana Dmowskiego. Dmowski zgadza się w rozmowie z nim na przekazywanie japońskim tajnym służbom informacji wywiadowczych (endecy obecnie lubią wypominać Marszałkowi, że był japońskim agentem, ale zapominają że ich guru też :) Efektem pracy gen. Akashiego są wizyty Piłsudskiego i Dmowskiego w Tokio w 1905 r. W trakcie rozmów z decydentami w Tokio gen. Akashi stał po stronie projektów Piłsudskiego - szerokiego wsparcia dla antyrosyjskiej akcji dywersyjnej w Kongresówce. Argumenty Piłsudskiego poparł również gen. Murata (tak ten od karbinu Muraty, ten sam gen. Murata, którego miecz dostała Saeko "Jestem mokra!" Busujima w Highschool of the Dead :). Ostatecznie jednak Sztab Generalny uznał, że operacja dywersyjna w Polsce byłaby zbyt ryzykowna - memoriał Dmowskiego, na szczęście odegrał małe znaczenie w rachubach japońskich decydentów. Mimo to, owocna współpraca polskich, piłsudczykowskich niepodległościowców oraz japońskich militarystów była dalej kontynuowana.
Ilustracja muzyczna: RSP - Tabidatsu Kimi e
W 1926 r. Marszałek Piłsudski wysłał posłowi polskiemu w Tokio Wacławowi Jędrzejewiczowi pakiet 51 orderów Virtuti Militari do rozdysponowania wśród najbardziej zasłużonych weteranów wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905. We współpracy z japońskim wojskowym biurem historycznym wykonano mrówczą pracę wytypowania najbardziej zasłużonych. 28 marca 1928 r. w tokijskim hotelu Imperial odbyła się wzruszająca okoliczność wręczenia orderów - Virtuti Militari dostał m.in. sędziwy, niesłyszący marszałek Oku oraz minister marynarki Okada Keisuke. Premier Tanaka Giichi wzniósł toast na cześć Marszałka Piłsudskiego.
Oba kraje prowadziły w dwudziestoleciu międzywojennym ożywioną współpracę wywiadowczą. Dzieliliśmy się informacjami dotyczącymi ZSRR. Ppłk Jan Kowalewski uczył Japończyków kryptografii oraz łamania szyfrów wroga. Współpraca sięgała jednak jeszcze głębiej. Polska i Japonia wymieniały doświadczenia dotyczące swoich programów rozwoju broni biologicznych. Nasz kraj odwiedzali lekarze z niesławnego Oddziału 731. Szef Oddziału II gen. Pełczyński przykładał dużą wagę do spraw wojny biologicznej - to z jego inicjatywy rozpylano w tunelu kolei średnicowej w Warszawie "testowe" bakterie. W Brześciu nad Bugiem rzekomo pracowała komora ciśnieniowa, w której uśmiercano obiekty doświadczalne - komunistów i kryminalistów skazanych na śmierć. (To mówiły przynajmniej ubeckie akta z lat '50-tych. Berman chciał zrobić naukowcom i wojskowych zaangażowanym w ten projekt wielki proces pokazowy, ale niespodziewanie Kreml nakazał zrezygnować z oskarżenia i pokazówki.)
W drugiej połowie lat 30-tych japońscy militaryści usilnie namawiali nasz rząd do przystąpienia do Paktu Antykominternowskiego. Trapiony chorobą alkoholową minister Beck niestety ich nie posłuchał, ale miał wystarczająco dużo rozsądku by uznać dyplomatycznie Mandżukuo - ta decyzja bardzo ułatwiła dalszą owocną współpracę polsko-japońską. W czasie II wojny światowej polski i japoński wywiad nadal ze sobą współpracowały na odcinku antysowieckim (co m.in. irytowało gen. Waltera Schellenberga). Japońskie służby zapewniały kurierom polskiego państwa podziemnego dokumenty dyplomatyczne potrzebne do podróżowania po Europie. Japoński konsul w Kownie Sugihara Chiune wydał kilka tysięcy wiz umożliwiających Polakom i polskim Żydom opuszczenie ZSRR. Gdy w grudniu 1941 r. rząd Sikorskiego niepotrzebnie wypowiedział wojnę Japonii, premier gen. Tojo Hideki zareagował ze zdziwieniem: "Polska wypowiedziała nam wojnę?! Pewnie ich do tego zmusili Brytyjczycy. Nie uznajemy tego. Nie jesteśmy w stanie wojny z Polską".
Przez całą wojnę istniała polska kolonia w Harbinie, w Mandżurii. Tworzyli ją inżynierowie i kolejarze z magistrali mandżurskiej (zbudowanej przez Rosję) oraz ich rodziny a także uchodźcy, którzy uciekli z rewolucyjnej Rosji. Jak się ci ludzie zachowywali pod okupacją japońską? Zapewne lojalnie kolaborowali, inaczej trafiliby do obozów internowania - a tak bez przeszkód działały ich organizacje. Wydawali nawet własną gazetę. Repatriowano ich dopiero w 1946 r. Polska historiografia pomija dyskretnym milczeniem dzieje tej wspólnoty. A szkoda. Wszak architektura Otwocka została w czasach carskich zainspirowana mandżurskim Harbinem. W samym Harbinie mamy zaś most zbudowany przez inż. Kierbedzia oraz pierwszy browar w Chinach założony przez niejakiego Wróblewskiego...
Ps. W Harbinie znajduje się również grób dziadka byłego izraelskiego premiera Ehuda Olmerta. Dzięki konsulowi Sugiharze oraz innym japońskim dyplomatom znalazła się tam liczna żydowska wspólnota. Była ona dosyć lojalna wobec Imperium Japońskiego. Japońscy militaryści w ramach planu "Fugu" zasiedlali Mandżurię żydowskimi i polskimi uchodźcami z Europy. Potrzebowali tam przecież wykształconych, nietubylczych kadr. Wpływ na ich politykę miały również antysemickie broszurki wydawane przez białych Rosjan. Japońscy militaryści rozumowali, że skoro "Żydzi rządzą Zachodem", to należy się z nimi dogadać. Poza tym w wojskowych kręgach w Mandżurii funkcjonowała wówczas sekta głosząca, że Japończycy są jednym z 10 zaginionych plemion Izraela (do dzisiaj niektórzy badacze na poważnie dopatrują się podobieństw między żydowskimi a szintoistycznymi obrzędami), a natomiast Arka Przymierza i prawdziwe Drzewo Krzyża znajdują się w świątyni w Ise. Kto wie, skoro jedno z zaginionych plemion znaleziono w Birmie, a w Chinach do dzisiaj żyją "żółci" Żydzi... Albin Siwak, chwalący swego czasu Pol Pota za zbudowanie komunizmu bez Żydów, mógłby wpaść w konfuzję :)
niedziela, 19 maja 2013
sobota, 18 maja 2013
Bengazi: Zamach-ustawka. Teoria adm. Lyonsa
piątek, 17 maja 2013
Największe sekrety: Uderzenie w (pra)Syndykat 1926
Dlaczego doszło do Zamachu Majowego? "Bo Piłsudski musiał rozpędzić złodziei z Sejmu"- powiedzą piłsudczycy. "Bo to był Żyd! I mason! Bo każdy Żyd to mason!" - odpowiedzą endecy. "Bo był faszystą..." - odburkną duchowi spadkobiercy KPP. Zamach Majowy to jedno z najmniej zrozumianych, przemilczanych i wykoślawionych w zbiorowej (a zwłaszcza w prawicowej) świadomości zdarzeń z ostatnich 100 lat naszej historii. Jak zwykle jego przyczyny były zbyt złożone, by zwykły zjadacz chleba je zrozumiał i zbyt tajne, by przeniknęły do świadomości narodowej. Ale jak wiadomo archiwa nie płoną...
Ilustracja muzyczna: Pierwsza Brygada. Po węgiersku
Swego czasu napisałem, że Eligiusz Niewiadomski zabijając prezydenta Narutowicza był mniej lub bardziej świadomym narzędziem sowieckich służb specjalnych a endecy wykazali się kolosalną głupotą dając się wciągnąć w ich grę i robiąc z Niewiadomskiego bohatera. (Dla przypomnienia: chodzi o ten wpis). Teraz moje podejrzenia zostały wzmocnione przez książkę Mariusza Wołosa "O Piłsudskim, Dmowskim i zamachu majowym. Dyplomacja sowiecka wobec Polski w okresie kryzysu politycznego 1925-1926". Z dzieła tego wynika, że Sowieci kokietowali endecję i bardzo mocno ją infiltrowali. "Dyplomaci uzyskiwali od endeków masę interesujących ich informacji o nastrojach w kręgach politycznych, o kierunkach polskiej polityki zagranicznej. Ale udało mi się odkryć w rosyjskich archiwach jeszcze jeden machiawelistyczny zabieg dyplomacji sowieckiej. Otóż Rosjanie planowali za pomocą Narodowej Demokracji jeżeli nie obalić, to przynajmniej osłabić sojusz polsko-rumuński, wymierzony - jak sądzili - w nich. Piotr Wojkow, sowiecki przedstawiciel w Warszawie, twierdził, że gdyby nie strach przed Niemcami, to endecy lekką ręką odrzuciliby układ z Rumunią.(...) Zdawali sobie sprawę, że pewne idee Narodowej Demokracji pasowały do ich koncepcji. Endecja, jeden z najsilniejszych obozów politycznych w Polsce, była po pierwsze antyniemiecka, po drugie antybrytyjska, a po trzecie - profrancuska. Francja była postrzegana przez Sowietów jako mocarstwo tracące wpływy, ale Wielka Brytania była ich największym przeciwnikiem. Narodowa Demokracja miała z kolei sporo sympatii dla Rosji przedrewolucyjnej. (...) Do zamachu majowego Narodową Demokrację i Romana Dmowskiego popierała grupa przedsiębiorców i bankierów z Królestwa Polskiego, czyli Imperium Rosyjskiego, którzy marzyli o rynkach zbytu na wschodzie. Dyplomacja sowiecka wykorzystywała te elementy do tego stopnia, że nie waham się nazwać endecji głównym partnerem politycznym Rosji." - mówi Wołos w wywiadzie dla "Dziennika". Doszło m.in. do tajnych negocjacji Dmowski-Wojkow. W 1923 r. Stanisław Grabski, jeden z przywódców endecji, osławiony negocjator Traktatu Ryskiego i późniejszy członek bierutowskiej KRN, otwarcie wzywał do stworzenia sojuszu polsko-sowieckiego. Piłsudczykowscy oficerowie wojskowych służb specjalnych doskonale zdawali sobie sprawę z tych zalotów, a jeśli dodamy do tego skrajną głupotę jaką endecja wykazała się w związku z wyborami prezydenta w 1922 r. oraz narastającą jeszcze od 1905 r. niechęć pomiędzy obydwoma środowiskami nie powinno nas dziwić dlaczego Marszałek zdecydował się na demonstracje zbrojną mającą nie dopuścić do powstania endeckiego rządu. Impulsami do działania były Traktat w Locarno z 1925 r. (reklamowany przez ówczesny rząd jako "zwycięstwo polskiej dyplomacji) oraz niemiecko-sowiecki układ o współpracy z kwietnia 1926 r. Piłsudski bardzo niepokoił się pogarszającym położeniem się międzynarodowym Polski i uważał, że drogą do wyjścia z pułapki jest poprawa stosunków z Niemcami - wspólny antysowiecki "zychowiczowski" sojusz. Endecy nie byli w stanie takiego sojuszu zawrzeć. Ten kluczowy aspekt jest zwykle pomijany w dyskusjach dotyczących Zamachu Majowego.
Czemu więc Sowieci nie udzielili otwartego poparcia endecji w czasie Zamachu Majowego? Wraz z zacieśnieniem sojuszu z Niemcami, Sowieci uznali, że endecja nie sprawdza się tak jak chcieli jako ewentualne narzędzie i zdecydowali, że wariantem, których ich będzie najbardziej zadowalał byłby wybuch wojny domowej w Polsce, która dałaby pretekst do wspólnej sowiecko-niemieckiej inwazji na nasz kraj. Uznali, że Piłsudski będzie polskim odpowiednikiem Kiereńskiego a jego rządy utorują drogę rewolucji. Tak głupie założenie to zarówno efekt kiepskiej jakości sowieckiego personelu w warszawskim poselstwie jak i zapewne skutek delikatnego sabotażu dokonanego przez naszego "ducha opiekuńczego" na Łubiance - Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego (już w 1923 r. Dzierżyński uratował życie marszałkom Piłsudskiemu i Fochowi w ostatniej chwili powstrzymując iście "smoleński" zamach na Placu Saskim 3 V 1923 r. - przypominam wpis: Dekapitacja 1923). Dziwnym trafem Dzierżyński zmarł na zawał serca - prawdopodobnie został otruty - w sierpniu 1926 r.
Powyżej: Feliks Dzierżyński jako młody hipster
W tle toczyła się również jeszcze inna rozgrywka: o władzę nad wojskiem i wojskowymi służbami specjalnymi. Od ładnych kilku lat toczyły się o nie przepychanki. Marszałka niepokoiły projekty odsuwające go od dowodzenia armią i całkowicie podporządkowujące siły zbrojne rządowi. Przejęcie kontroli nad wojskowymi służbami specjalnymi - tajnym pulsem państwa polskiego - przez ekipę Chjeno-Piasta było uznawane za zagrożenie największe.
9 maja 1926 r. premier Witos, najwybitniejszy demokratyczny polityk w historii Polski, był tak pewny zwycięstwa w tej rozgrywce, że otwarcie prowokował Piłsudskiego mówiąc w wywiadzie dla "Nowego Kuriera Polskiego": "Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą... ja bym nie wahał się tego zrobić; jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to, zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą." Kości zostały rzucone...
Ilustracja muzyczna: Two Steps From Hell - To Glory
Bunt oddziałów wiernych Marszałkowi i ich marsz na Warszawę miał być tylko zbrojną demonstracją. Akcją podobną do Marszu na Rzym Mussoliniego. Marszałek chciał w ten sposób zmusić Witosa do wyjścia z koalicji z endecją. I prawie mu się to udało. Witos, czując respekt przed siłą chciał się ugiąć - uniemożliwiła to niespodziewanie zdecydowana postawa prezydenta Wojciechowskiego utwierdzanego w oporze przez kilku generałów (o nich za chwilę). Prezydent wyznaczył Marszałkowi ultimatum: nakazał, by w ciągu dwóch godzin wojska wierne Piłsudskiemu podporządkowały się rozkazom Ministerstwa Spraw Wojskowych. Ultimatum zostało złamane przez wojska rządowe. Dowódca wojsk prorządowych gen. Tadeusz Rozwadowski wydał rozkaz nakazujący aresztowanie i ewentualną likwidację Marszałka Piłsudskiego. Pierwsze strzały padły na Placu Zamkowym 12 maja 1926 r. o godz. 17.30. To żołnierze prorządowego 30 pułku piechoty strzelali w tłum cywilów fraternizujących się z żołnierzami rebelianckiego 36 pułku piechoty. Major Ziemski, kwatermistrz 36 pułku wspominał później: ""Nie pamiętam jak długo trwała ta rozmowa, gdy w trakcie jej usłyszałem przez otwarte okno strzały karabinów maszynowych od strony Zamku; usłyszał to i Marszałek. Twarz jego jeszcze bardziej pobladła i miała wyraz pełen zatroskania. (...) Marszałek głosem cichym, jakby do samego siebie, powiedział: "A jednak rozpoczęło się. Myślałem, że do tego nie dojdzie.""
W komuszym propagandowym filmie Ryszarda Filipskiego "Zamach stanu" jest kilka świetnych scen. W jednej z nich widzimy, jak po ogłoszeniu kapitulacji sił rządowych gen. Rozwadowski krzyczy: "Nieeeeeeee!!!", płacze i tarza się po dywanie. Rozwadowski, człowiek który mocno przyczynił się do eskalacji, był zwolennikiem walki do samego końca. Powiedział ponoć nawet: "Lepiej, żeby zajęli nas bolszewicy, niż żeby Piłsudski miał rządzić". Zwolennikiem walki do końca był również gen. Włodzimierz Zagórski. , dowódca lotnictwa, który w czasie Zamachu Majowego, osobiście zrzucał bomby na Warszawę. (Zwróćmy uwagę, że Marszałek podczas przewrotu robił co mógł, by walki nie przekształciły się w ogólnopolską wojnę domową - kazał rozbroić cywilną milicję, odrzucił plan PPS mówiący o wykolejaniu pociągów wiozących wojska prorządowe.) Co sprawiło, że od samego początku do końca tak mocno chcieli oni zapobiec objęciu władzy przez Marszałka, z którym przecież wcześniej owocnie współpracowali? Nie były to ich zapatrywania polityczne. Obaj nie udzielali się w polityce, wbrew późniejszej legendzie nie mieli też związków z endecją. Gen. Zagórski był bliżej nieznanym ogółowi wojskowym biurokratą, byłym oficerem wywiadu CK-Armii. Gen. Rozwadowski, późniejszy endecki bohater, dostał swego czasu Żelazny Krzyż od Kaisera Wilhelma za udział w bitwie pod Gorlicami - tej samej, która pogrzebała polityczną strategię Dmowskiego w trakcie I wojny światowej. Obaj byli profesjonalnymi wojskowymi i źródła ich oporu leżały właśnie w ich działalności jako wojskowych w czasie pokoju.
Po Zamachu Majowym gen. gen. Zagórski i Rozwadowski natychmiast trafiają do wieleńskiego więzienia na Antokolu. Towarzyszy im gen. Tarnawa-Malczewski, minister obrony winny bicia i lżenia w szpitalu rannych rebeliantów (sąd uznaje później, że gen. Tarnawa-Malczewski działał w stresie, ale oficerska piłsudczykowska bojówka wyrównuje rachunki robiąc mu łomot w składziku drewna), gen. Rolą-Żymierskim oraz gen. Jaźwińskim. Kim był gen. Jaźwiński? Nikim ważnym, szefem Wojskowego Instytutu Geograficznego. Dlaczego go więc uwięziono bez sądu razem z czterema dowódcami wojsk rządowych? Bo Zagórskiemu, Rozwadowskiemu, Żymierskiemu i Jaźwińskiemu szykowano wspólny proces korupcyjny. Endecy twierdzą oczywiście, że zarzuty korupcyjne były dęte. Pomijają jednak dwie ważne kwestie: właśnie w tej sprawie korupcyjnej został skazany i zdegradowany gen. Rola-Żymierski. (Uciekł po tym do Francji i zaczął tam pracować dla sowieckiego wywiadu.) Żymierskiego skazano za przyjęcie łapówki i zamówienie dla armii wadliwych masek gazowych. W centrum afery była spółka Francopol, w której udziały miał Zagórski oraz kilku innych prominentych wojskowych. Francopol był pośrednikiem w dostawach francuskiego sprzętu wojskowego do Polski. Pośrednikiem biorącym duże prowizje i sprowadzającym głównie złom z I wojny światowej. (Sprawdzała ona m.in. samoloty Spad 61, na których w ciągu kilku lat doszło do 31 wypadków śmiertelnych polskich pilotów wojskowych. Sprzęt ten nazywano "latającymi trumnami"). I tu dochodzimy do drugiej ważnej kwestii: afera Francopolu nie została wcale odkryta przez piłsudczyków, ale przez francuskiego gen. Leveque'a, dowódcę polskiego lotnictwa w latach 1923-24, blisko związanego z gen. Władysławem Sikorskim - a więc przeciwnikiem politycznym piłsudczyków. Leveque zerwał umowy z Francopolem i... musiał pożegnać się ze stanowiskiem. Jego miejsce zajął gen. Zagórski.
Do korupcyjnego procesu zdołał dożyć tylko gen. Rola-Żymierski. Gen. Jaźwiński był już wtedy w podeszłym wieku a więzienie załamało mu zdrowie. Gen. Rozwadowski zmarł w 1928 r. (Prosowiecki idiota Jędrzej Giertych twierdził, że go otruto, by ukryć to, że rzekomo to Rozwadowski a nie Piłsudski dowodził polskimi wojskami w czasie Bitwy Warszawskiej 1920 r. W tej wersji Piłsudski miał się poddać do dymisji przed bitwą. Giertych pomija jednak to, że a) dymisja Piłsudskiego nie została przyjęta przez premiera Witosa b) plan polskiego kontruderzenia wyraźnie różnił się od tego opracowanego przez gen. Rozwadowskiego. Rozwadowski przewidywał wyjście kontrataku z okolic Garwolina, wyszedł on z okolic Puław c) zachowana dokumentacja wskazuje, że gen. Rozwadowski słuchał w czasie bitwy rozkazów Marszałka i odnosił się do niego niesłychanie uniżenie. Twierdzenia o tym, że Piłsudski mówił Rozwadowskiemu w 1927 r. "Ale Bitwę Warszawską wygrałem ja" pochodzą z trzeciej ręki a rozpowszechniał je Giertych - w latach '20-tych nikt nie twierdził, że gen. Rozwadowski był głównodowodzącym w Bitwie Warszawskiej. Wersję taką wymyślono dopiero w latach '80-tych. Giertych twierdził, że gen. Rozwadowskiego otruto za pomocą końskiego włosia lub szkła zmieszanego z posiłkiem, który nabył na dworcu. Istotnie gen. Rozwadowski skarżył się, że "posiłek dziwnie smakował", ale zmarł dopiero rok po jego zażyciu. Najprawdopodobniej zmarł, bo w zimnej celi odnowiła mu się gruźlica.)
Gen. Zagórski zaginął w sierpniu 1927 r. Był już postacią skończoną politycznie - jego reputację zszargała afera Francopolu, bombardowanie Warszawy, działania delatorskie przeciwko żołnierzom Legionów na rzecz CK-służb (zachował się jego spisany po niemiecku meldunek "Piłsudski wierzy w bzdurę o wolnej Polsce") i sposób w jaki potraktował legionistów idących do obozów internowania (Jak czytamy na tym profilu: "Stojąc na czele 3 p.p. w obliczu odmowy złożenia przysięgi przez niektórych swoich żołnierzy, pozamykał niepokornych w lochach skazując na głodówkę. Gdy mimo tego nie udało się ich złamać, odesłał ich do internowania, przedtem odbierając obuwie. Ta postawa odbiła się nawet na pieśni legionów - "Pierwszej Brygadzie", którą w zmienionej formie właśnie jemu zadedykowano. Legioniści wspominali, że idącym na internowanie w Szczypiornie Polakom, Zagorski wygrażał: - "Szaleńcy! Wy zdechniecie!". W odpowiedzi idące boso kolumny ryknęły mu "Pierwszą Brygadę", a piątą strofę "Nie chcemy dziś od was uznania..." kończąc słowami "jebał was pies". Von Zagorski zadenuncjował także kilku oficerów legionowych, którzy w przebraniu zwykłych legunów chcieli dzielić niewolę na internowaniu w Szczypiornie. Byli wśród nich m.in. Biernacki, Skotnicki czy Dreszer. Zadenuncjowanych odesłano do obozu karnego w Havelbergu, gdzie byli brutalnie traktowani z torturami włącznie.") Zabijanie go wydawało się bezcelowe. A jednak... 6 sierpnia 1927 r. w dobrym humorze wysiadł z pociągu na warszawskiej Pradze i wsiadł do samochodu czekającego na niego z tajemniczymi oficerami. Prawdopodobnie jechał na negocjacje z piłsudczykami dotyczące przekazania im dokumentów austriackich służb dotyczących działalności wywiadowczej Marszałka. W powszechnie przyjętej wersji negocjacje się nie udały, panowie oficerowie zaczęli się spierać, doszło do rękoczynów i zaszlachtowania gen. Zagórskiego. Miano go zabić w mieszkaniu na Solcu, w Forcie Legionów, w twierdzy w Modlinie, w twierdzy Brześć (w sierpniu 1926 r. płk Kostek-Biernacki na kilka dni objął tam komendanturę). Ale tak naprawdę wiemy, że nic nie wiemy. Ciała generała Zagórskiego nigdy nie znaleziono. Nie wykluczałbym więc wersji, że negocjacje zakończyły się sukcesem. Zagórski wyjechał za granicę pod zmienioną tożsamością. By zatrzeć ślady wymyślono bajeczkę o jego "szlachtowaniu". Pewną wskazówką może być to, że również brat gen. Zagórskiego rozpłynął się w powietrzu. W 1919 r. w Hamburgu. Też był oficerem austriackich tajnych służb. Ta sprawa rzeczywiście zasługuje na miano Największego Sekretu...
Nie wszyscy dowódcy wojsk rządowych skończyli tak jak gen. Rozwadowski. Szef sztabu wojsk prorzadowych płk. Anders robił później w armii karierę. Zyskał m.in. gwiazdki generalskie. Wielkich czystek w wojsku nie było. Zgodnie z rozkazem Marszałka:
"Gdy bracia żywią miłość ku sobie, wiąże się węzeł między nimi, mocniejszy nad inne węzły ludzkie. Gdy bracia się waśnią i węzeł pęka, waśń ich również silniejsza jest nad inne. To prawo życia ludzkiego. Daliśmy mu wyraz przed paru dniami, gdy w stolicy stoczyliśmy miedzy sobą kilkudniowe walki. W jedna ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. Niechaj krew ta gorąca, najcenniejsza w Polsce krew żołnierza, pod stopami naszymi będzie nowym posiewem bohaterstwa, niech wspólną dla braci prawdę głosi."
Minęło 87 lat od tych wydarzeń. W odróżnieniu od Hiszpanów nie mamy wspólnych pomników bohaterów obu stron tej zapomnianej wojny domowej. A przydałyby się. Możeby więc 12 maja ogłosić narodowym świętem: Dniem Piłsudskiego i Andersa? Obaj zmarli 12 maja - w rocznicę zamachu stanu. Obaj byli zasłużonymi patriotami, naczelnymi wodzami. Obaj zawładnęli wyobraźnią Polaków. A stali przecież po różnych stronach tego konfliktu.
Powyżej: Marszałek Piłsudski między gen. Andersem i gen. Śmigłym-Rydzem. Trzech Wodzów Naczelnych na jednej fotce...
Ilustracja muzyczna: Pierwsza Brygada. Po węgiersku
Swego czasu napisałem, że Eligiusz Niewiadomski zabijając prezydenta Narutowicza był mniej lub bardziej świadomym narzędziem sowieckich służb specjalnych a endecy wykazali się kolosalną głupotą dając się wciągnąć w ich grę i robiąc z Niewiadomskiego bohatera. (Dla przypomnienia: chodzi o ten wpis). Teraz moje podejrzenia zostały wzmocnione przez książkę Mariusza Wołosa "O Piłsudskim, Dmowskim i zamachu majowym. Dyplomacja sowiecka wobec Polski w okresie kryzysu politycznego 1925-1926". Z dzieła tego wynika, że Sowieci kokietowali endecję i bardzo mocno ją infiltrowali. "Dyplomaci uzyskiwali od endeków masę interesujących ich informacji o nastrojach w kręgach politycznych, o kierunkach polskiej polityki zagranicznej. Ale udało mi się odkryć w rosyjskich archiwach jeszcze jeden machiawelistyczny zabieg dyplomacji sowieckiej. Otóż Rosjanie planowali za pomocą Narodowej Demokracji jeżeli nie obalić, to przynajmniej osłabić sojusz polsko-rumuński, wymierzony - jak sądzili - w nich. Piotr Wojkow, sowiecki przedstawiciel w Warszawie, twierdził, że gdyby nie strach przed Niemcami, to endecy lekką ręką odrzuciliby układ z Rumunią.(...) Zdawali sobie sprawę, że pewne idee Narodowej Demokracji pasowały do ich koncepcji. Endecja, jeden z najsilniejszych obozów politycznych w Polsce, była po pierwsze antyniemiecka, po drugie antybrytyjska, a po trzecie - profrancuska. Francja była postrzegana przez Sowietów jako mocarstwo tracące wpływy, ale Wielka Brytania była ich największym przeciwnikiem. Narodowa Demokracja miała z kolei sporo sympatii dla Rosji przedrewolucyjnej. (...) Do zamachu majowego Narodową Demokrację i Romana Dmowskiego popierała grupa przedsiębiorców i bankierów z Królestwa Polskiego, czyli Imperium Rosyjskiego, którzy marzyli o rynkach zbytu na wschodzie. Dyplomacja sowiecka wykorzystywała te elementy do tego stopnia, że nie waham się nazwać endecji głównym partnerem politycznym Rosji." - mówi Wołos w wywiadzie dla "Dziennika". Doszło m.in. do tajnych negocjacji Dmowski-Wojkow. W 1923 r. Stanisław Grabski, jeden z przywódców endecji, osławiony negocjator Traktatu Ryskiego i późniejszy członek bierutowskiej KRN, otwarcie wzywał do stworzenia sojuszu polsko-sowieckiego. Piłsudczykowscy oficerowie wojskowych służb specjalnych doskonale zdawali sobie sprawę z tych zalotów, a jeśli dodamy do tego skrajną głupotę jaką endecja wykazała się w związku z wyborami prezydenta w 1922 r. oraz narastającą jeszcze od 1905 r. niechęć pomiędzy obydwoma środowiskami nie powinno nas dziwić dlaczego Marszałek zdecydował się na demonstracje zbrojną mającą nie dopuścić do powstania endeckiego rządu. Impulsami do działania były Traktat w Locarno z 1925 r. (reklamowany przez ówczesny rząd jako "zwycięstwo polskiej dyplomacji) oraz niemiecko-sowiecki układ o współpracy z kwietnia 1926 r. Piłsudski bardzo niepokoił się pogarszającym położeniem się międzynarodowym Polski i uważał, że drogą do wyjścia z pułapki jest poprawa stosunków z Niemcami - wspólny antysowiecki "zychowiczowski" sojusz. Endecy nie byli w stanie takiego sojuszu zawrzeć. Ten kluczowy aspekt jest zwykle pomijany w dyskusjach dotyczących Zamachu Majowego.
Czemu więc Sowieci nie udzielili otwartego poparcia endecji w czasie Zamachu Majowego? Wraz z zacieśnieniem sojuszu z Niemcami, Sowieci uznali, że endecja nie sprawdza się tak jak chcieli jako ewentualne narzędzie i zdecydowali, że wariantem, których ich będzie najbardziej zadowalał byłby wybuch wojny domowej w Polsce, która dałaby pretekst do wspólnej sowiecko-niemieckiej inwazji na nasz kraj. Uznali, że Piłsudski będzie polskim odpowiednikiem Kiereńskiego a jego rządy utorują drogę rewolucji. Tak głupie założenie to zarówno efekt kiepskiej jakości sowieckiego personelu w warszawskim poselstwie jak i zapewne skutek delikatnego sabotażu dokonanego przez naszego "ducha opiekuńczego" na Łubiance - Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego (już w 1923 r. Dzierżyński uratował życie marszałkom Piłsudskiemu i Fochowi w ostatniej chwili powstrzymując iście "smoleński" zamach na Placu Saskim 3 V 1923 r. - przypominam wpis: Dekapitacja 1923). Dziwnym trafem Dzierżyński zmarł na zawał serca - prawdopodobnie został otruty - w sierpniu 1926 r.
Powyżej: Feliks Dzierżyński jako młody hipster
W tle toczyła się również jeszcze inna rozgrywka: o władzę nad wojskiem i wojskowymi służbami specjalnymi. Od ładnych kilku lat toczyły się o nie przepychanki. Marszałka niepokoiły projekty odsuwające go od dowodzenia armią i całkowicie podporządkowujące siły zbrojne rządowi. Przejęcie kontroli nad wojskowymi służbami specjalnymi - tajnym pulsem państwa polskiego - przez ekipę Chjeno-Piasta było uznawane za zagrożenie największe.
9 maja 1926 r. premier Witos, najwybitniejszy demokratyczny polityk w historii Polski, był tak pewny zwycięstwa w tej rozgrywce, że otwarcie prowokował Piłsudskiego mówiąc w wywiadzie dla "Nowego Kuriera Polskiego": "Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, to niech bierze władzę siłą... ja bym nie wahał się tego zrobić; jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to, zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą." Kości zostały rzucone...
Ilustracja muzyczna: Two Steps From Hell - To Glory
Bunt oddziałów wiernych Marszałkowi i ich marsz na Warszawę miał być tylko zbrojną demonstracją. Akcją podobną do Marszu na Rzym Mussoliniego. Marszałek chciał w ten sposób zmusić Witosa do wyjścia z koalicji z endecją. I prawie mu się to udało. Witos, czując respekt przed siłą chciał się ugiąć - uniemożliwiła to niespodziewanie zdecydowana postawa prezydenta Wojciechowskiego utwierdzanego w oporze przez kilku generałów (o nich za chwilę). Prezydent wyznaczył Marszałkowi ultimatum: nakazał, by w ciągu dwóch godzin wojska wierne Piłsudskiemu podporządkowały się rozkazom Ministerstwa Spraw Wojskowych. Ultimatum zostało złamane przez wojska rządowe. Dowódca wojsk prorządowych gen. Tadeusz Rozwadowski wydał rozkaz nakazujący aresztowanie i ewentualną likwidację Marszałka Piłsudskiego. Pierwsze strzały padły na Placu Zamkowym 12 maja 1926 r. o godz. 17.30. To żołnierze prorządowego 30 pułku piechoty strzelali w tłum cywilów fraternizujących się z żołnierzami rebelianckiego 36 pułku piechoty. Major Ziemski, kwatermistrz 36 pułku wspominał później: ""Nie pamiętam jak długo trwała ta rozmowa, gdy w trakcie jej usłyszałem przez otwarte okno strzały karabinów maszynowych od strony Zamku; usłyszał to i Marszałek. Twarz jego jeszcze bardziej pobladła i miała wyraz pełen zatroskania. (...) Marszałek głosem cichym, jakby do samego siebie, powiedział: "A jednak rozpoczęło się. Myślałem, że do tego nie dojdzie.""
W komuszym propagandowym filmie Ryszarda Filipskiego "Zamach stanu" jest kilka świetnych scen. W jednej z nich widzimy, jak po ogłoszeniu kapitulacji sił rządowych gen. Rozwadowski krzyczy: "Nieeeeeeee!!!", płacze i tarza się po dywanie. Rozwadowski, człowiek który mocno przyczynił się do eskalacji, był zwolennikiem walki do samego końca. Powiedział ponoć nawet: "Lepiej, żeby zajęli nas bolszewicy, niż żeby Piłsudski miał rządzić". Zwolennikiem walki do końca był również gen. Włodzimierz Zagórski. , dowódca lotnictwa, który w czasie Zamachu Majowego, osobiście zrzucał bomby na Warszawę. (Zwróćmy uwagę, że Marszałek podczas przewrotu robił co mógł, by walki nie przekształciły się w ogólnopolską wojnę domową - kazał rozbroić cywilną milicję, odrzucił plan PPS mówiący o wykolejaniu pociągów wiozących wojska prorządowe.) Co sprawiło, że od samego początku do końca tak mocno chcieli oni zapobiec objęciu władzy przez Marszałka, z którym przecież wcześniej owocnie współpracowali? Nie były to ich zapatrywania polityczne. Obaj nie udzielali się w polityce, wbrew późniejszej legendzie nie mieli też związków z endecją. Gen. Zagórski był bliżej nieznanym ogółowi wojskowym biurokratą, byłym oficerem wywiadu CK-Armii. Gen. Rozwadowski, późniejszy endecki bohater, dostał swego czasu Żelazny Krzyż od Kaisera Wilhelma za udział w bitwie pod Gorlicami - tej samej, która pogrzebała polityczną strategię Dmowskiego w trakcie I wojny światowej. Obaj byli profesjonalnymi wojskowymi i źródła ich oporu leżały właśnie w ich działalności jako wojskowych w czasie pokoju.
Po Zamachu Majowym gen. gen. Zagórski i Rozwadowski natychmiast trafiają do wieleńskiego więzienia na Antokolu. Towarzyszy im gen. Tarnawa-Malczewski, minister obrony winny bicia i lżenia w szpitalu rannych rebeliantów (sąd uznaje później, że gen. Tarnawa-Malczewski działał w stresie, ale oficerska piłsudczykowska bojówka wyrównuje rachunki robiąc mu łomot w składziku drewna), gen. Rolą-Żymierskim oraz gen. Jaźwińskim. Kim był gen. Jaźwiński? Nikim ważnym, szefem Wojskowego Instytutu Geograficznego. Dlaczego go więc uwięziono bez sądu razem z czterema dowódcami wojsk rządowych? Bo Zagórskiemu, Rozwadowskiemu, Żymierskiemu i Jaźwińskiemu szykowano wspólny proces korupcyjny. Endecy twierdzą oczywiście, że zarzuty korupcyjne były dęte. Pomijają jednak dwie ważne kwestie: właśnie w tej sprawie korupcyjnej został skazany i zdegradowany gen. Rola-Żymierski. (Uciekł po tym do Francji i zaczął tam pracować dla sowieckiego wywiadu.) Żymierskiego skazano za przyjęcie łapówki i zamówienie dla armii wadliwych masek gazowych. W centrum afery była spółka Francopol, w której udziały miał Zagórski oraz kilku innych prominentych wojskowych. Francopol był pośrednikiem w dostawach francuskiego sprzętu wojskowego do Polski. Pośrednikiem biorącym duże prowizje i sprowadzającym głównie złom z I wojny światowej. (Sprawdzała ona m.in. samoloty Spad 61, na których w ciągu kilku lat doszło do 31 wypadków śmiertelnych polskich pilotów wojskowych. Sprzęt ten nazywano "latającymi trumnami"). I tu dochodzimy do drugiej ważnej kwestii: afera Francopolu nie została wcale odkryta przez piłsudczyków, ale przez francuskiego gen. Leveque'a, dowódcę polskiego lotnictwa w latach 1923-24, blisko związanego z gen. Władysławem Sikorskim - a więc przeciwnikiem politycznym piłsudczyków. Leveque zerwał umowy z Francopolem i... musiał pożegnać się ze stanowiskiem. Jego miejsce zajął gen. Zagórski.
Do korupcyjnego procesu zdołał dożyć tylko gen. Rola-Żymierski. Gen. Jaźwiński był już wtedy w podeszłym wieku a więzienie załamało mu zdrowie. Gen. Rozwadowski zmarł w 1928 r. (Prosowiecki idiota Jędrzej Giertych twierdził, że go otruto, by ukryć to, że rzekomo to Rozwadowski a nie Piłsudski dowodził polskimi wojskami w czasie Bitwy Warszawskiej 1920 r. W tej wersji Piłsudski miał się poddać do dymisji przed bitwą. Giertych pomija jednak to, że a) dymisja Piłsudskiego nie została przyjęta przez premiera Witosa b) plan polskiego kontruderzenia wyraźnie różnił się od tego opracowanego przez gen. Rozwadowskiego. Rozwadowski przewidywał wyjście kontrataku z okolic Garwolina, wyszedł on z okolic Puław c) zachowana dokumentacja wskazuje, że gen. Rozwadowski słuchał w czasie bitwy rozkazów Marszałka i odnosił się do niego niesłychanie uniżenie. Twierdzenia o tym, że Piłsudski mówił Rozwadowskiemu w 1927 r. "Ale Bitwę Warszawską wygrałem ja" pochodzą z trzeciej ręki a rozpowszechniał je Giertych - w latach '20-tych nikt nie twierdził, że gen. Rozwadowski był głównodowodzącym w Bitwie Warszawskiej. Wersję taką wymyślono dopiero w latach '80-tych. Giertych twierdził, że gen. Rozwadowskiego otruto za pomocą końskiego włosia lub szkła zmieszanego z posiłkiem, który nabył na dworcu. Istotnie gen. Rozwadowski skarżył się, że "posiłek dziwnie smakował", ale zmarł dopiero rok po jego zażyciu. Najprawdopodobniej zmarł, bo w zimnej celi odnowiła mu się gruźlica.)
Gen. Zagórski zaginął w sierpniu 1927 r. Był już postacią skończoną politycznie - jego reputację zszargała afera Francopolu, bombardowanie Warszawy, działania delatorskie przeciwko żołnierzom Legionów na rzecz CK-służb (zachował się jego spisany po niemiecku meldunek "Piłsudski wierzy w bzdurę o wolnej Polsce") i sposób w jaki potraktował legionistów idących do obozów internowania (Jak czytamy na tym profilu: "Stojąc na czele 3 p.p. w obliczu odmowy złożenia przysięgi przez niektórych swoich żołnierzy, pozamykał niepokornych w lochach skazując na głodówkę. Gdy mimo tego nie udało się ich złamać, odesłał ich do internowania, przedtem odbierając obuwie. Ta postawa odbiła się nawet na pieśni legionów - "Pierwszej Brygadzie", którą w zmienionej formie właśnie jemu zadedykowano. Legioniści wspominali, że idącym na internowanie w Szczypiornie Polakom, Zagorski wygrażał: - "Szaleńcy! Wy zdechniecie!". W odpowiedzi idące boso kolumny ryknęły mu "Pierwszą Brygadę", a piątą strofę "Nie chcemy dziś od was uznania..." kończąc słowami "jebał was pies". Von Zagorski zadenuncjował także kilku oficerów legionowych, którzy w przebraniu zwykłych legunów chcieli dzielić niewolę na internowaniu w Szczypiornie. Byli wśród nich m.in. Biernacki, Skotnicki czy Dreszer. Zadenuncjowanych odesłano do obozu karnego w Havelbergu, gdzie byli brutalnie traktowani z torturami włącznie.") Zabijanie go wydawało się bezcelowe. A jednak... 6 sierpnia 1927 r. w dobrym humorze wysiadł z pociągu na warszawskiej Pradze i wsiadł do samochodu czekającego na niego z tajemniczymi oficerami. Prawdopodobnie jechał na negocjacje z piłsudczykami dotyczące przekazania im dokumentów austriackich służb dotyczących działalności wywiadowczej Marszałka. W powszechnie przyjętej wersji negocjacje się nie udały, panowie oficerowie zaczęli się spierać, doszło do rękoczynów i zaszlachtowania gen. Zagórskiego. Miano go zabić w mieszkaniu na Solcu, w Forcie Legionów, w twierdzy w Modlinie, w twierdzy Brześć (w sierpniu 1926 r. płk Kostek-Biernacki na kilka dni objął tam komendanturę). Ale tak naprawdę wiemy, że nic nie wiemy. Ciała generała Zagórskiego nigdy nie znaleziono. Nie wykluczałbym więc wersji, że negocjacje zakończyły się sukcesem. Zagórski wyjechał za granicę pod zmienioną tożsamością. By zatrzeć ślady wymyślono bajeczkę o jego "szlachtowaniu". Pewną wskazówką może być to, że również brat gen. Zagórskiego rozpłynął się w powietrzu. W 1919 r. w Hamburgu. Też był oficerem austriackich tajnych służb. Ta sprawa rzeczywiście zasługuje na miano Największego Sekretu...
Nie wszyscy dowódcy wojsk rządowych skończyli tak jak gen. Rozwadowski. Szef sztabu wojsk prorzadowych płk. Anders robił później w armii karierę. Zyskał m.in. gwiazdki generalskie. Wielkich czystek w wojsku nie było. Zgodnie z rozkazem Marszałka:
"Gdy bracia żywią miłość ku sobie, wiąże się węzeł między nimi, mocniejszy nad inne węzły ludzkie. Gdy bracia się waśnią i węzeł pęka, waśń ich również silniejsza jest nad inne. To prawo życia ludzkiego. Daliśmy mu wyraz przed paru dniami, gdy w stolicy stoczyliśmy miedzy sobą kilkudniowe walki. W jedna ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. Niechaj krew ta gorąca, najcenniejsza w Polsce krew żołnierza, pod stopami naszymi będzie nowym posiewem bohaterstwa, niech wspólną dla braci prawdę głosi."
Minęło 87 lat od tych wydarzeń. W odróżnieniu od Hiszpanów nie mamy wspólnych pomników bohaterów obu stron tej zapomnianej wojny domowej. A przydałyby się. Możeby więc 12 maja ogłosić narodowym świętem: Dniem Piłsudskiego i Andersa? Obaj zmarli 12 maja - w rocznicę zamachu stanu. Obaj byli zasłużonymi patriotami, naczelnymi wodzami. Obaj zawładnęli wyobraźnią Polaków. A stali przecież po różnych stronach tego konfliktu.
Powyżej: Marszałek Piłsudski między gen. Andersem i gen. Śmigłym-Rydzem. Trzech Wodzów Naczelnych na jednej fotce...
wtorek, 14 maja 2013
Syria: jak Assad sprowokował rebelię. Aspekt ekonomiczny
Spora część "prawej" i "narodowej" strony internetu rozpływa się w pochwałach nad syryjskim dyktatorem (Katechonem czy Kutafonem? zawsze mi się to myli...) Baszarem Assadem - kreowanym niemal na wielkiego przywódcę i krześcijańskiego męża stanu. Baszar, według "judeosceptycznej" narracji zmaga się z rebelią (w której - co muszę przyznać walczą różne typy wzięte z "Mad Maxa", np. ten islamski kanibal pałaszujący serce i chyba śledzionę zabitego assadowca) zesłaną na jego mlekiem i miodem płynącą krainę przez zły spisek amerykańsko-izraelsko-turecko-saudyjsko-katarski-alkaidyjski (rolę libańskich chrześcijan jakoś pomijają...). Zapominają jednak o bardzo ważnym czynniku, który doprowadził do wybuchu rebelii: polityce wewnętrznej "syryjskiego męża stanu". A szczególnie o jego polityce gospodarczej.
Syria jest od blisko 45-lat oficjalnie państwem socjalistycznym, a latach Zimnej Wojny była zapatrzona na sowieckie wzorce. Ominęły ją szaleństwa typu kolektywizacja czy "bitwa o handel", ale za panowania starszego Assada zbudowano tam nieefektywną gospodarkę marnotrawstwa. Syryjskie władze liczyły, że ropa naftowa zapewni im dobrobyt i nie będą się musieli o nic martwić. Podobnie jak Irańczycy fatalnie zarządzali swoimi kurczącymi się złożami, zaniedbali inwestycje w infrastrukturę i w wyniku tego wydobycie ropy osiągnęło swój szczyt w 1996 r. i od tamtej pory zaczęło spadać. Z 610 tys. baryłek dziennie w 1996 r. do 385 tys. baryłek dziennie w 2010 r. Spadek przychodów z eksportu ropy zdemolował syryjskie finanse publiczne. Baszar Assad próbował się ratować współpracując z MFW i wprowadzając postulowane przez Fundusz "reformy". Skończyło się "terapią szokową", na której skorzystali głównie spryciarze z powiązanego z partią BAAS oraz bezpieką biznesu (w większości alawici i chrześcijanie). Na nieumiejętnych reformach stracili głownie średniozamożni oraz biedniejsi sunnici, czyli większość mieszkańców kraju. ( A teraz skonfrontujcie to z bredniami "trzecioświatowych trzeciopozycjonistów" o tym, że: "Syryjskie państwo socjalne i jego publiczna infrastruktura nie ma sobie równych w większości krajów regionu." Jeśli dla duponarodowców tak drogie jest "państwo socjalne", to powinni popierać Arabię Saudyjską lub ZEA, które pod względem "socjału" przebijają inne kraje świata, jeśli podziwiają syryjską infrastrukturę to powinni pojechać do Turcji, Libanu lub Izraela - od Dubaju nawet nie wspominam:)
Jednocześnie ekipa Assada prowadziła fatalną politykę rolną. W latach 2002-2008 zasoby wodne Syrii zmalały o połowę (!) w dużej mierze w skutek nadmiernego zużycia i marnotrastwa. Kraj nawiedziła seria katastrofalnych suszy, dławiące się rolnictwo całkowicie olano w Damaszku. W 2008 r. rząd zniósł subsydia do paliw. Cena benzyny w ciągu jednego dnia skoczyła trzykrotnie, ceny żywności poszły również mocno w górę - w większości była to żywność importowana. Krajowe rolnictwo zostało dobite przez politykę ekonomiczną Assada. Do miast napłynęło wówczas mnóstwo sfrustrowanych migrantów zarobkowych.To właśnie ten eksodus ożywił religijne, społeczne i narodowościowe animozje w Syrii. Nie przypadkowo rebelia przeciwko Assadowi wybuchła w mieście Daara, w centrum rolniczego rejonu, który był wcześniej szczególnie mocno dotknięty przez suszę.
Zaczęło się od ludowej rebelii, którą próbowali pokierować intelektualiści (ale w wyniku ostrożnej polityki Obamy stracili już szansę na przywództwo), ale która wpada w ręce zawodowych terrorystów. Swoje zrobił katarski sponsoring rebelii (Katar miał też ekonomiczny interes w destabilizacji Syrii - chciał storpedować powstanie gazociągu z Iranu do Syrii, który umożliwiałby eksport irańskiego gazu do śródziemnomorskich portów i dalej do Europy). Swoje zrobiła polityka Obamy - nie zaangażował się zbyt mocno w popieranie "świeckich" ugrupowań rebelianckich, więc wielu powstańców nie miało większego wyboru - łączyli siły z al-Kaidą, bo ona miała broń i amunicję. Poza tym na popularność dżihadyzmu w Syrii miała wielki wpływ polityka Assada. Jego służby dopieszczały przecież te same komórki al-Kaidy, które teraz wysadzają w powietrze assadowskich żołnierzy. Robiły to, gdy ci "podrzynacze gardeł" zabijali żołnierzy Koalicji w Iraku (m.in. Polaków). Syryjska propaganda kreowała ich wówczas na bohaterów godnych naśladowania. No i Syryjczycy ich teraz naśladują.
Wniosek: Assad to przykład dyktatora, który sam zapiął się w d...pala.
Syria jest od blisko 45-lat oficjalnie państwem socjalistycznym, a latach Zimnej Wojny była zapatrzona na sowieckie wzorce. Ominęły ją szaleństwa typu kolektywizacja czy "bitwa o handel", ale za panowania starszego Assada zbudowano tam nieefektywną gospodarkę marnotrawstwa. Syryjskie władze liczyły, że ropa naftowa zapewni im dobrobyt i nie będą się musieli o nic martwić. Podobnie jak Irańczycy fatalnie zarządzali swoimi kurczącymi się złożami, zaniedbali inwestycje w infrastrukturę i w wyniku tego wydobycie ropy osiągnęło swój szczyt w 1996 r. i od tamtej pory zaczęło spadać. Z 610 tys. baryłek dziennie w 1996 r. do 385 tys. baryłek dziennie w 2010 r. Spadek przychodów z eksportu ropy zdemolował syryjskie finanse publiczne. Baszar Assad próbował się ratować współpracując z MFW i wprowadzając postulowane przez Fundusz "reformy". Skończyło się "terapią szokową", na której skorzystali głównie spryciarze z powiązanego z partią BAAS oraz bezpieką biznesu (w większości alawici i chrześcijanie). Na nieumiejętnych reformach stracili głownie średniozamożni oraz biedniejsi sunnici, czyli większość mieszkańców kraju. ( A teraz skonfrontujcie to z bredniami "trzecioświatowych trzeciopozycjonistów" o tym, że: "Syryjskie państwo socjalne i jego publiczna infrastruktura nie ma sobie równych w większości krajów regionu." Jeśli dla duponarodowców tak drogie jest "państwo socjalne", to powinni popierać Arabię Saudyjską lub ZEA, które pod względem "socjału" przebijają inne kraje świata, jeśli podziwiają syryjską infrastrukturę to powinni pojechać do Turcji, Libanu lub Izraela - od Dubaju nawet nie wspominam:)
Jednocześnie ekipa Assada prowadziła fatalną politykę rolną. W latach 2002-2008 zasoby wodne Syrii zmalały o połowę (!) w dużej mierze w skutek nadmiernego zużycia i marnotrastwa. Kraj nawiedziła seria katastrofalnych suszy, dławiące się rolnictwo całkowicie olano w Damaszku. W 2008 r. rząd zniósł subsydia do paliw. Cena benzyny w ciągu jednego dnia skoczyła trzykrotnie, ceny żywności poszły również mocno w górę - w większości była to żywność importowana. Krajowe rolnictwo zostało dobite przez politykę ekonomiczną Assada. Do miast napłynęło wówczas mnóstwo sfrustrowanych migrantów zarobkowych.To właśnie ten eksodus ożywił religijne, społeczne i narodowościowe animozje w Syrii. Nie przypadkowo rebelia przeciwko Assadowi wybuchła w mieście Daara, w centrum rolniczego rejonu, który był wcześniej szczególnie mocno dotknięty przez suszę.
Zaczęło się od ludowej rebelii, którą próbowali pokierować intelektualiści (ale w wyniku ostrożnej polityki Obamy stracili już szansę na przywództwo), ale która wpada w ręce zawodowych terrorystów. Swoje zrobił katarski sponsoring rebelii (Katar miał też ekonomiczny interes w destabilizacji Syrii - chciał storpedować powstanie gazociągu z Iranu do Syrii, który umożliwiałby eksport irańskiego gazu do śródziemnomorskich portów i dalej do Europy). Swoje zrobiła polityka Obamy - nie zaangażował się zbyt mocno w popieranie "świeckich" ugrupowań rebelianckich, więc wielu powstańców nie miało większego wyboru - łączyli siły z al-Kaidą, bo ona miała broń i amunicję. Poza tym na popularność dżihadyzmu w Syrii miała wielki wpływ polityka Assada. Jego służby dopieszczały przecież te same komórki al-Kaidy, które teraz wysadzają w powietrze assadowskich żołnierzy. Robiły to, gdy ci "podrzynacze gardeł" zabijali żołnierzy Koalicji w Iraku (m.in. Polaków). Syryjska propaganda kreowała ich wówczas na bohaterów godnych naśladowania. No i Syryjczycy ich teraz naśladują.
Wniosek: Assad to przykład dyktatora, który sam zapiął się w d...pala.
sobota, 11 maja 2013
Sny#6: Demokracja w czasach zombie
Inspirowane legendarnym esejem Cezarego Michalskiego pt. "Demokracja w czasach zombie"
Opening
Czerwonawe światło zachodzącego Słońca pięknie komponowało się z dymami pożarów unoszącymi się nad Warszawą. Dymił Pałac Kultury, dymiły nowoczesne wieżowce, dymiły blokowiska. W eterze, na wojskowych i policyjnych częstotliwościach błąkały się dramatyczne komunikaty. "Nie możemy się przebić do NBP! Potrzebujemy wsparcia! Powtarzam: wsparcia!!! O k...wa!!! Otoczyli nas i jest ich w ch...!!! Tratata!!! Aaaaa!!!!". Płk Rymarz bezsilnie zacisnął pięści. Nie mówiąc słowa odszedł od radiostacji i szybkim krokiem wyszedł z pokoju. Przedzierając się korytarzem i schodami między żołnierzami taszczącymi jakieś papierzyska wszedł na dach BBN. Poczuł na twarzy uderzenie wiatru. Łopaty prezydenckiego Bella już się rozgrzewały. Przed śmigłowcem stał jego zwierzchnik Kaiser Soeze, otoczony wianuszkiem generałów, pułkowników i ubranych w garnitury oficjeli. Rymarz podszedł do nich, zasalutował i zameldował:
- Straciliśmy kontakt z oddziałem mającym zabezpieczyć NBP. Wokół BBN wszystko idzie zgodnie z planem. W ciągu pół godziny dokumenty powinny być już zniszczone. Później będziemy bronić lądowiska i czekać na ewakuacje.
Kaiser Soeze, ubrany w generalski mundur, lecz bez wojskowej czapki, pogładził swoje przypruszone siwizną włosy, uśmiechnął się i odparł:
- Nie jestem w stanie zagwarantować kiedy będziemy w stanie zapewnić pańskim ludziom ewakuację. Czy ma pan jakieś pytania?
- Tak. Czy prezydent jest bezpieczny?
Kaiser Soeze uśmiechnął się szeroko i przyjaznym tonem, tak jak dziadek do wnuczka, odparł:
- O to niech pan się nie martwi pułkowniku. BUL był zawsze figurantem. Został już dawno ugryziony. Podobnie jak marszałek Sejmu, Senatu, wicemarszałkowie - tutaj mogę powiedzieć, że wicemarszałek Niesiołowski dzielnie walczył sam gryząc - premier, ministrowie, tudzież szefowie tych centralnych urzędów, z którymi mieliśmy jeszcze kontakt.
- Kto więc pełni obowiązki prezydenta?
- W obecnej sytuacji ja. Pan pułkownik wybaczy, musimy się już ewakuować - Kaiser Soeze zrobił kilka kroków w tył i stanął w drzwiach śmigłowca. Wyciągnął starego Tokariewa i wręczył go płkowi Rymarzowi mówiąc : - Przyda się panu. Wielokrotnie mi ocalił życie w 1968 r. w Czechosłowacji.
Płk. Rymarz zbaraniały wpatrywał się w ostrzymany dar. Do śmigłowca zaczęli gramolić się wojskowi oraz cywilni oficjele. Rymarz wychwycił wśród nich roześmianych od ucha do ucha profesorów Nałęcza i Kuźniara. Uśmiechł im zgasł, gdy zobaczyli wycelowane w siebie lufy karabinów. Kaiser Soeze przekrzykując silnik Bella oznajmił: - I jeszcze jedno: zostawiam panu profesora Nałęcza i Romka Kuźniara! Na pewno się przydadzą!
Bell poderwał się z hukiem w przestworza wzbudzając tabuny pyłu. Oddalał się na Wschód, za Wisłę... Prof. Nałęcz miał łzy w oczach a Kuźniar gniewnie rzucił: - Obyś rozjebał się o brzozę palancie!
Spadochroniarz lustrujący okolicę z dachu BBN rzucił do kolegi:
- Wygląda to jak w "Resident Evil"
- Chyba jak w "Prezydent Debil" - wyzłośliwiał się jego kolega.
- Daj spokój, każdy może robić błędy...
***
- Ueeehhh.... - jęczał skłębiony tłum zombich nacierających na Krzyż na Krakowskim Przedmieściu.
Tratatatata!!!! - Taśma się kończy! - wrzeszczał Fox zataczając erkaemem coraz szersze łuki.
- Ueeeehhh.... - jęczał skłębiony tłum zombich, który nie bacząc na grad ołowiu konsekwentnie parł w stronę Krzyża pod Pałacem Prezydenckim. Tratatata!!! - Taśma się kończy - wrzeszczał Fox zataczając erkaemem coraz szersze łuki.
"Jest godzina 19.00. Znajdujemy się na Krakowskim Przedmieściu, dla Telewizji Narodowej..." - mówił do turystycznej kamery Eugeniusz Sendecki.
- Ueeeehhh.... - jęczał skłębiony tłum zombich, który nie bacząc na grad ołowiu konsekwentnie parł w stronę Krzyża pod Pałacem Prezydenckim. Trata...ta...ta...tat! - K...wa! Taśma się skończyła!!! Dawać amunicję! - w oczach Foxa płonął dziki ogień. Dawno się tak dobrze nie bawił: panienki, broń palna, rewolucja i możliwość masakrowania lemingozy wyzwoliły w nim ludobójcze instynkty.
- Nie mamy już amunicji - rzuciła Veronica, dziewoja cudnej urody, ciut psychopatyczna, acz doskonale wychowana, taktowana i posiadająca arystokratyczne maniery a przede wszystkim mająca rzadko dziś spotykaną cechę: psią lojalność. Po chwili dodała: - Mogę ich pociąć mieczem samurajskim niczym Saeko Busujima w "High School of the Dead", wszak sprawia mi to niekłamaną przyjemność. A kiedy zostaniemy otoczeni, to na wasze życzenie odbiorę wam życie i skieruje wasze dusze w stronę przyszłej polskiej świątyni Yasakuni. Dzielnie walczyliście, więc będziecie czczeni tam jak kami. Wszak kobieta powinna chronić męską dumę.
Oczy Foxa przybrały maślany wyraz a z ust zaczęła mu cieknąć ślinka...
- Ja mam amunicję! - oznajmiła Alice, głupia biuściasta blondynka (bez której każda dobra opowieść o zombie nie może się obejść), prezentując Springfielda M1A1. - Nie umiem tego jednak odczepić... - wskazała na pasek, którym karabin był przywiązany do specjalnej uprzęży, jaką miała na sobie.
Fox zmierzył ją wzrokiem i podekscytowany polecił jej:
- Połóż się na ziemię, plecami w dół. Przepraaaaaaszaaaaaam!!!
Alice posłużyła mu jako podstawka dla karabinu. BANG! BANG! BANG! BANG! BANG! Za każdym razem kiedy posyłał zombim pociski w łeb energia odrzutu przelewała się falą przez piersi Alice wywołując jej stłumione westchnienia.
- Potrafisz się znęcać nad dziewczynami, ale jednocześnie starasz się być dżentelmenem. Jakie to staroświecko, przedwojenno, sanacyjno, militarystycznie wspaniałe... - westchnęła Veronica.
- Dosyć tego! - Michał z Janek xyfka Śledź, konserwatywny bojówkarz obwieszony naręczami czosnku, zrobił się czerwony na twarzy. - Nie dość, że zerżnąłeś tą scenę z jakiegoś zboczonego anime...
- To nie zerżnięcie Śledziu, tylko postmodernistyczny cytat, rodzaj oddania hołdu.... - tłumaczył Fox.
- ...to jeszcze tutaj uskuteczniasz pornografię....
- ...to lekka erotyka Śledziu, nikt tu się jeszcze nie rozebrał...
- ...stygmatyzujesz erotycznie kobiety, depczesz ich godność i obdarzasz je osobowościami będącymi pochodnymi twoich chorych fantazji....
- ...Śledziu używasz argumentów szwedzkich feministek...
- ...z badań psychologów wynika...
- ...z badań Andrzeja Samsona?
- ...że pornografia prowadzi do przemocy wobec kobiet...
- ... a piłka nożna wobec tego sprawia, że jakieś zjeby biegają z maczetami po Krakowie....
- ...Radzę ci więc skończ z tymi swoimi chorymi fantazjami...
...Alice masowała zbolały biust, Veronica podeszła by jej pomóc...
- ... bo to się źle skończy...
- Skończyła to mi się amunicja! - przerwał dyskusję Fox.
Eugeniusz Sendecki skierował kamerę w napierający tłum zombich. Spokojnym głosem relacjonował: - Napierają w stronę Pałacu Prezydenckiego zupełnie jakby stał tam orzeł z czekolady. Sytuacja przypomina pamiętne dnie i noce z lata 2010 r. W tłumie zombie widzimy nawet zmobie-Dominika Tarasa, zombie-"Niemca" - to ten w różowym podkoszulku. Panie Fox, jak pan to skomentuje dla Telewizji Narodowej?
- No cóż, skończyła nam się amunicja, więc uratować nas może tylko zewnętrzna odsiecz. Potrzebujemy kogoś takiego jak "Skipper" Obrońca Granic w tandemie z kimś tak mądrym jak dr. Targalski vel Darski... Słowem deus ex machina...
Trzask! Oczom naszych bohaterów ukazał się nagle niezwykły widok. Ogromny, pomalowany w wojskowy kamuflaż Humvee wjechał na pełnym gazie w tłum zombie, po czym wykręcił bączka kosząc kilkanaście żywych trupów "przeciwników Krzyża". Tratatata!!! To "Skipper" Obrońca Granic słał w tłum zombiaków grad ołowiu z erkaemu. - Skończyła mi się taśma! - rzucił do wnętrza samochodu. - Tak tatusiu! Juz podaje! - odparła mała blondwłosa dziewczynka. - Zuziu! Jesteś słodka! - wzruszył się Skipper.
Łup! Drzwi znajdujące się po stronie kierowcy otworzyły się z hukiem zdzielając w łeb zombie-Tarasa. Jucha rozbryzgała się po bruku. Z autka wysiadł dr. Darski z Mauserem C96 w dłoni. - Ueeeeh... - tępo zawył, wpatrując się w lufę zombie-"Niemiec". - Żryj to gówno - rzucił Darski. BAM! Kula rozwaliła łeb żywego trupa. Ekipa spod Krzyża wpatrywała się z ulgą i podziwem w Skippera i Darskiego, który z uśmieszkiem na ustach zagaił: - No i co? Beze mnie nie dajecie sobie rady. Skutki wychowania w Ubekistanie.
Ending
Po endingu: Komandor (późniejszy wiceadmirał) Jaszczur mógł być z siebie zadowolony. Mostek okrętu atomowego Jurij Dołorukij był zaśmiecony zwłokami oficerów rosyjskiej floty a podłoga lepiła się od krwi. - Lepiej, że dorwaliśmy ich my, niż zombie... - westchnął. Kody były wprowadzone, klucze potrzebne do detonacji znajdowały się już w "stacyjce". Współrzędne wprowadzono: Moskwa, Sankt Petersburg, Kaliningrad oraz obiekt "E" - tajny bunkier Kaisera Soeze. - Ognia!- zaordynował Jaszczur.
***
Śmigłowiec z Kaiserem Soeze na pokładzie był jeszcze daleko od celu lotu, gdy mroki nocy rozświetlił oślepiający błysk. Pokładowe oświetlenie zgasło, silnik się zakrztusił a z deski rozdzielczej poszedł dym. - May day! May day! - pilot wrzeszczał do głuchego radia. Śmigłowiec gwałtownie zanurkował. Kaiser Soeze szukał swojego pistoletu. "Sic transit gloria mundi" - przebiegło mu przez umysł.
wtorek, 7 maja 2013
Gulio Andreotti (1919-2013) - R.I.P.
Ilustracja muzyczna: Gabriel Faure - Pavane
"Wszyscy, którzy radzili mi uprawiać sport już nie żyją"
"Doktor na komisji wojskowej dawał mi dwa lata życia. Do dzisiaj od czasu do czasu odwiedzam jego grób"
Gulio Andreotti
Zmarł Gulio Andreotti vel Boski vel Belzebub - człowiek instytucja, siedmiokrotny premier Włoch, 25 razy minister. Pierwszy raz w rządzie w 1947 r., ostatni w 1993 r. Mąż stanu i filar systemu politycznego Włoch a zarazem zwyczajny mafiozo i być może prawdziwy mistrz loży P2. Świetnie sportretowany w filmie "Il Divo" Paula Sorentino (tutaj zrecenzowałem to dzieło). "Jest strażnikiem czegoś cennego, kimś kto musi mieć dostęp do jakiegoś obcego wymiaru, do którego my nie mamy dostępu" - mówił o nim Federico Fellini.
(Tutaj jest świetna scena z filmu "Il Divo", prezentacja frakcji Andreottiego w Chrześcijańskiej Demokracji. A tutaj intro pokazujące serię tajemniczych zgonów - Pecorelli, Calvi, Sindona, Moro... Można by też zrobić taki film o Tusku i Schetynie. :)
Gulio Andreotti gawędzi sobie pewnie teraz w czyścu z papieżem Aleksandrem VI, Niccolo Machiavellim, Benito Mussolinim i Roberto Calvim...
poniedziałek, 6 maja 2013
Czym Izrael uderzył w Damaszek?
Powyższy amatorski filmik przedstawia bombardowanie przedmieść Damaszku (ośrodka wojskowego Dżamraja) przez izraelskie lotnictwo w nocy z soboty na niedzielę. Widać wyraźnie potężny wybuch, który przyjmuje formę grzyba. Odnotowano po tym wstrząs o skali 4 stopni Richtera. Syryjska armia przyznała, że Izrael użył tam "nowego rodzaju broni" (ale na skalę eksplozji wpłynęło pewnie również to, że na miejscu wyleciały w powietrze syryjskie rakiety). Poniższa fotka przedstawia syryjską bazę po bombardowaniu:
W atakach lotniczych miało zginąć i odnieść rany łącznie około 500 żołnierzy z elitarnych proassadowskich oddziałów. Izraelskie samoloty atakowały m.in. ultralojalną 4-tą Dywizję. Sen. John McCain trafnie zauważył, że "syryjski system obrony przeciwlotniczej nie jest tak straszny jak to malował Szef Połączonych Sztabów gen. Dempsey. Izraelczycy penetrują syryjską przestrzeń powietrzną bez problemu." Syria odgraża się, że ostatni atak stanowił "deklarację wojny". A mają czym odpowiedzieć?
sobota, 4 maja 2013
Kolejne izraelskie uderzenie w Syrii. Irak na skraju wojny domowej
Izraelskie lotnictwo po raz kolejny zaatakowało cele na terenie Syrii - a konkretnie transport rakiet dalekiego zasięgu przeznaczony dla Hezbollahu. Doszło również do przelotu myśliwców IAF nad Bejrutem. Wyraźnie widać, że Tel Aviv jest zaniepokojony działaniami Hezbollahu w Syrii - ostrzegawczo uderza więc dając do zrozumienia, że nie będzie tolerował zdobycia przez szyickich terrorystów nowych systemów rakietowych. Niepokoi go również to, że na terenach kontrolowanych przez Hezbollah stacjonują tysiące irańskich terrorystów z milicji Basiji. W nadchodzących tygodniach można się spodziewać więcej izraelskich ataków na cele w Syrii oraz w Libanie. Tymczasem szyicko-alawicki bloka ma kolejny problem: dyktatorskie zapędy szyickiego premiera al-Malikiego (irańskiej agentury) doprowadziły kraj na skraj wojny domowej. Na prowincji, w "sunnickim trójkącie" uaktywniają się już oddziały dawnego postsaddamowskiego "ruchu oporu". Ten konflikt może być dużo ostrzejszy niż syryjski.
piątek, 3 maja 2013
Największe sekrety: Szaleństwo "Dzikiego Billa" Donovana
Brytyjski premier Harold McMillan stwierdził, że każdy kto spędził więcej niż 10 lat w świecie szpiegów musi mieć poważne problemy z psychiką. Rzeczywiście, tajne służby przyciągają oryginałów i osoby chore psychicznie. Można wskazać tabuny szefów bezpieki z różnych państw, którzy nie byli normalni w ortodoksyjnym, filisterskim tego słowa znaczeniu. Można zdiagnozować ślady chorób psychicznych u wielu ziemnowojennych zdrajców, podwójnych agentów i dezerterów (choćby płk Michał Goleniewski podający się za cudownie ocalałego carewicza Aleksego). Na pewno przypadkiem godnym do zbadania przez psychiatrów był William "Dziki Bill" Donovan - legenda amerykańskich służb, szef OSS, jeden z ojców CIA.
Donovan miał wielu wrogów: przede wszystkim wojskowych i szefa FBI J. Edgara Hoovera. Wojskowi i FBI widzieli w OSS groźną konkurencję dla własnych służb wywiadowczych. W przypadku Hoovera nakładała się na to również niechęć osobista. W latach '20-tych Donovan był jego zwierzchnikiem w Departamencie Sprawiedliwości i współpracowało im się fatalnie. W czasie wojny Hoover obsmarowywał więc "Dzikiego Billa" rozpowiadając, że jest sympatykiem komunizmu i osobą niekompetentną. Donovan odpłacał mu siejąc plotki, że Hoover to homoseksualista. Gejowskie skłonności Hoovera, wbrew popularnej legendzie nie zostały nigdy udowodnione, ale w oskarżeniach szefa FBI wobec Donovana było dużo prawdy. Szef OSS przyjmował do służby ludzi, którzy nie kryli się ze swoimi komunistycznymi poglądami - np. niemieckiego ekonomistę Juergena Kuczynskiego, sowieckiego a później enerdowskiego agenta. Gdy w 1942 r. wybrał się do Moskwy, biesiadował tam z kierownictwem sowieckiej bezpieki i po powrocie do Stanów podekscytowany ględził jaka to NKWD zajebista służba i że Amerykanie też powinni coś takiego mieć (!). Takie są korzenie późniejszej penetracji CIA przez sowieckie służby - hydry z którą walczył James Jesus Angleton.
A co do niekompetencji Donovana i jego ludzi, zacytujmy fragment książki Tima Weinera "Dziedzictwo popiołów" (podkreślenia autora bloga):
"„Miał nieograniczoną wyobraźnię — powiedział David K. E. Bruce, jego prawa ręka,
Donovan miał wielu wrogów: przede wszystkim wojskowych i szefa FBI J. Edgara Hoovera. Wojskowi i FBI widzieli w OSS groźną konkurencję dla własnych służb wywiadowczych. W przypadku Hoovera nakładała się na to również niechęć osobista. W latach '20-tych Donovan był jego zwierzchnikiem w Departamencie Sprawiedliwości i współpracowało im się fatalnie. W czasie wojny Hoover obsmarowywał więc "Dzikiego Billa" rozpowiadając, że jest sympatykiem komunizmu i osobą niekompetentną. Donovan odpłacał mu siejąc plotki, że Hoover to homoseksualista. Gejowskie skłonności Hoovera, wbrew popularnej legendzie nie zostały nigdy udowodnione, ale w oskarżeniach szefa FBI wobec Donovana było dużo prawdy. Szef OSS przyjmował do służby ludzi, którzy nie kryli się ze swoimi komunistycznymi poglądami - np. niemieckiego ekonomistę Juergena Kuczynskiego, sowieckiego a później enerdowskiego agenta. Gdy w 1942 r. wybrał się do Moskwy, biesiadował tam z kierownictwem sowieckiej bezpieki i po powrocie do Stanów podekscytowany ględził jaka to NKWD zajebista służba i że Amerykanie też powinni coś takiego mieć (!). Takie są korzenie późniejszej penetracji CIA przez sowieckie służby - hydry z którą walczył James Jesus Angleton.
A co do niekompetencji Donovana i jego ludzi, zacytujmy fragment książki Tima Weinera "Dziedzictwo popiołów" (podkreślenia autora bloga):
"„Miał nieograniczoną wyobraźnię — powiedział David K. E. Bruce, jego prawa ręka,
późniejszy
amerykański ambasador we Francji, Niemczech i Anglii. — Bawił się pomysłami.
Z
podniecenia parskał jak koń wyścigowy. Biada oficerowi, który odrzucił projekt,
ponieważ
wydawał mu
się śmieszny lub co najmniej niecodzienny. Przez kilka bolesnych tygodni pod
jego
dowództwem sprawdzałem możliwość wykorzystania nietoperzy zebranych w jaskiniach
na Zachodzie
do zniszczenia Tokio" — miano je
zrzucić z samolotów z bombami
zapalającymi
przymocowanymi do grzbietów. Oto był duch OSS.
Prezydent
Roosevelt zawsze miał wiele wątpliwości co do Donovana. Na początku 1945
roku
rozkazał swojemu głównemu adiutantowi w Białym Domu, pułkownikowi Richardowi
Parkowi
juniorowi, żeby przeprowadził tajne śledztwo dotyczące operacji OSS czasu
wojny.
(…) Raport
Parka zniweczył możliwość istnienia OSS
jako części amerykańskiego rządu, obalił romantyczny mit, który stworzył Donovan, by chronić swoich szpiegów, i
zaszczepił w Harrym
Trumanie
głęboką i trwałą nieufność do tajnych operacji wywiadowczych. OSS wyrządziło
„poważną
krzywdę obywatelom, przedsiębiorstwom i interesom narodowym Stanów
Zjednoczonych",
stwierdzał raport. Park nie dał żadnego
przykładu działań, którymi Biuro Służb Strategicznych przyczyniło się do wygrania wojny, bezlitośnie natomiast
wyliczył wszystkie jego niepowodzenia. Szkolenie oficerów OSS było wedle niego „prymitywne i
słabo zorganizowane". Szefowie wywiadu
brytyjskiego uważali, że amerykańscy szpiedzy „miękną w ich rękach jak
wosk". W Chinach przywódca
nacjonalistów Czang Kaj-szek manipulował OSS dla własnych celów. Niemieccy szpiedzy
penetrowali działalność tej służby w całej Europie i Afryce Północnej. Japońska
ambasada w
Lizbonie odkryła, że ludzie OSS zamierzają wykraść jej książki szyfrów —
skutkiem
czego Japończycy zmienili szyfry i latem 1943 roku „doszło do przerwania
dopływu
ważnych
informacji wojskowych". Jeden z informatorów Parka stwierdził: „Nie
wiadomo, jak
wielu
Amerykanów na Pacyfiku padło ofiarą głupoty OSS". Fałszywe informacje
dostarczone
przez Biuro
Służb Strategicznych po upadku Rzymu w czerwcu 1944 roku zaprowadziły
tysiące
Francuzów w hitlerowską pułapkę na Elbie, napisał Park, a „w wyniku tych błędów
OSS i złej
oceny sił wroga zginęło około 1100 francuskich żołnierzy".
Park
atakował też w raporcie samego Donovana. Twierdził, że generał zgubił na
przyjęciu w
Bukareszcie
teczkę, którą „rumuńska tancerka przekazała Gestapo". Do OSS przyjmowano i
awansowano
na wyższe stopnie, nie kierując się zasługami, lecz starymi koleżeńskimi
koneksjami z
Wall Street i Social Register. Donovan wysyłał ludzi na samotne posterunki,
takie jak
Liberia, i zapominał o nich. Przez pomyłkę zrzucił komandosów do neutralnej
Szwecji. We
Francji skierował wartowników do pilnowania przejętego niemieckiego składu
amunicji, a
potem wysadził ich w powietrze."
Wiele niepochlebnych rzeczy o OSS można wyczytać również w znakomitej książce Williama Breuera "Nieznana wojna MacArthura". Ostatni Bóg Wojny, gen. Douglas MacArthur po przybyciu w 1942 r. do Australii stworzył własną, międzyaliancką organizację wywiadowczą AIB. Kierował nią jego szef wywiadu, gen. Charles Willoughby (Niemiec o faszystowskich poglądach, posługujący się wcześniej nazwiskiem Karl Weidenbach, odznaczony przez Mussoliniego i przyjaźniący się z Primo de Riverą). AIB zatrudniała amerykański oraz australijski personel wywiadowczy, w tym wielu nissei - potomków japońskich imigrantów. Jej siatki - od Guadalcanal po Filipiny - osiągały niesamowite rezultaty w zbieraniu informacji o wrogu, miały też na koncie wiele brawurowych operacji dywersyjnych.
MacArthur i Willoughby podchodzili do problematyki tajnych operacji profesjonalnie a ludzi OSS uważali za niebezpiecznych dyletantów. Niepokoiło ich też to, że w OSS roiło się od lewicowych liberałów. Ostatecznie jednak gen. MacArthura do współdziałania z OSS zniechęciło spotkanie z Billem Donovanem. Szef OSS, w egzaltowany sposób przedstawił mu swój plan dokonania przełomu w wojnie. Plan ten sprowadził się do jednego: "ogłośmy, że Japończycy zaatakują Singapur i to będzie przełom w wojnie". Zażenowany MacArthur zakazał OSS działalności na swoim terenie.
OSS próbowała jednak wejść do królestwa MacArthura bocznymi drzwiami. Pewnego dnia do kwatery adm. Halseya na Nowej Kaledonii przybył wysłannik Donovana. Przedstawił się jako profesor, specjalista od Tybetu i od razu stwierdził, że jego wiedza bardzo się przyda na południowym Pacyfiku. Długo nie potrafił wyjaśnić o co mu chodzi, ale w końcu ponaglany przez Halsaya przyznał, że chce mu przedstawić rewolucyjny wynalazek: jednoosobową gumową łódź desantową.
- Czy mógłby Pan mi ją opisać? - spytał Halsey.
- No nie wiem, to sprawa ściśle tajna.... Nie wiem, czy Panu mogę zaufać admirale... - odparł profesor.
- Zapewniam Pana, że gwarantuje zachowanie tajemnicy...
- Zapewniam Pana, że gwarantuje zachowanie tajemnicy...
- Ok. Kamień spadł mi z serca...
- No to, niech mi Pan opiszę ten wynalazek. Chętnie posłucham - nalegał Halsey.
- Ale... my jeszcze nie opracowaliśmy tej łodzi. Mamy tylko ogólny pomysł - bezceremonialnie wypalił wysłannik Donovana. Admirał Halsey wyprosił go z pokoju i od tej pory trzymał się z dala od ludzi z OSS...
W 1945 r., w ramach przygotowań do operacji "Downfall" (inwazji na Kyusiu i Honsiu) MacArthur był zmuszony współpracować z OSS. To wówczas ludzie Donovana zaproponowali mu nowy "genialny pomysł" na wygranie wojny. Wypuszczenie na brzegi Japonii tysięcy lisów pomalowanych fosforyzującą farbą. Lisy w japońskiej mitologii to zwierzęta demoniczne, potrafiące się zmieniać w ludzi, zwodzić ich oraz uwodzić. Planiści z OSS wymyślili sobie, że jeśli ryzykując życie tysięcy marynarzy dostarczy się fosforyzujące lisy na japońskie plaże, to przesądni Japończycy wezmą to za zły omen i podupadnie ich morale. MacArthur zauważył, że fosforyzująca farba może zostać zmyta przez morskie fale, gdy lisy będą płynąć do brzegu. OSS, by to sprawdzić przeprowadziła testy z lisami na jeziorze w stanie Michigan. Eksperymenty przyznały rację MacArthurowi i dopiero wtedy OSS zrezygnowała ze swojego kretyńskiego planu...
Powyżej: lis to wieloznaczna postać w japońskiej mitologii. Istnieją legendy o uwodzicielskich lisicach zamieniających się w piękne kobiety, potrafiące omotać potężnych feudałów. Taka właśnie "lisica o dziewięciu ogonach" (im więcej ogonów, tym większa moc) omotała Shingena Takedę, znanego feudalnego wodza z XVI w. Motyw lisich demonów jest mocno eksploatowany w japońskiej popkulturze - od "Kyubiego" z "Naruto", po Chizuru z "Kanokona". Poniżej: panienka przebrana za Miyamoto Chizuru (w lisiej formie) z serialu "Kanokon". :)
środa, 1 maja 2013
Nikolić i Jobbik zaorali kosowską narrację endecji. Orban zaorał rosyjską narrację PiS
Ilustracja muzyczna: Hriste Boze (rock verzija)
Laibach - Nato 1994
Dla przypomnienia: Jan Paweł II zaorał bałkańską narrację endecji
Nie zazdroszczę teraz endekom. Tak się emocjonalnie zaangażowali w odległy konflikt kosowski, chodzili w marszach poparcia dla serbskiego Kosowa, podjarali się "ostatnim bastionem" oporu "chrześcijańskiej-nacjonalistycznej Słowiańszczyzny przeciwko islamowi i demoliberalizmowi" a tu nagle, ta kochana przez nich Serbia zapięła ich centralnie w d*pala. Serbski nacjonalistyczny rząd de facto uznał niepodległość Kosowa i rozpoczął proces normalizacji wzajemnych stosunków. I tego mógł się spodziewać każdy rozsądnie myślący, nie zaślepiony ideologią obserwator. Serbia nie ma środków, by odzyskać Kosowo, a gdyby je nawet jakimś cudem odzyskała, nie wiedziałaby co zrobić z zamieszkującymi je Albańczykami. (Wariant z lat '90-tych nie wchodzi w grę, bo serbskim politykom nie uśmiecha się ukrywać przez kilkanaście lat w przebraniu bioenergoterapeutów, jak to robił "Dr. Dabić":). Głupotą była wiara w mit Kosowa - bastionu chrześcijaństwa i cywilizacji europejskiej przeciwko islamowi, gdyż a) wbrew pozorom, między obiema nacjami nie ma dużej przepaści cywilizacyjnej a ich kultury przenikały się przez stulecia. Albańczycy są zresztą takimi gorliwymi muzułmanami jak Czesi chrześcijanami... b) ten kosowski mit został ożywiony przez ateistycznych postkomunistów od Miloszewicza w końcówce lat '80-tych, do celów wewnętrznej walki politycznej. Kolejne ekipy rządzące w Belgradzie nie traktowały go poważnie. Co więcej, w latach '90-tych ekipa Miloszewicza poważnie myślała o tym, by się pozbyć Kosowa. (W ten sam sposób rozumuje obecnie wielu rosyjskich nacjonalistów. Uważają oni, że Rosja powinna wycofać się z Północnego Kaukazu, bo ten rejon to tylko kłopoty. Mieszkające tam wrogie ludy rozwijają się demograficznie, gdy Rosja się zwija, i przenoszą się w dotychczas etnicznie rosyjskie tereny.) Gdyby USA nie było śpieszno ze zmiażdżeniem jugosłowiańskiego mafijnego reżimu (polecam film dokumentalny "Jedinica" - o tym jak jednostka specjalna MSW rządziła Serbią i bałkańską mafią), to by pewnie po paru latach Belgrad sam pozbył się Kosowa. Gra się toczyła o kilka północnych, etnicznie serbskich gmin, które Belgrad teraz prawdopodobnie zostawi w cholerę... Mit sypie się zresztą coraz bardziej. Czetnicki prezydent Nikolić odwiedził ostatnio Srebrenicę i przeprosił tam za serbską zbrodnię na Bośniakach (co jest jak najbardziej godne pochwały), a kilka dni później w Izraelu dziękował miejscowym politykom (bynajmniej nie palestyńskim :) za to, że przez wiele lat stali po stronie serbskiej w sporze o Kosowo.
Powyżej: dr Krisztina Morvai, eurodeputowana Jobbiku, która powiedziała liberalnym krytykom, by poszli do domu i "pobawili się swoimi obrzezanymi wackami".
By konfuzji stało się zadość przypomnę, że węgierska nacjonalistyczna partia Jobbik, z którą współpracuje Ruch Narodowy, organizowała demonstracje pod hasłem "Kosowo jest albańskie, a Wojewodina węgierska". Jak widać można być europejskim, chrześcijańskim nacjonalistą i popierać Albańczyków w sporze o Kosowo.
Co więcej, Jobbik, partia odwołująca się do turanizmu, to grono miłośników tureckiego premiera Erdogana. Dlatego też popiera syryjską rebelię przeciw Assadowi - uznawanego przez wielu polskich endeków za Kutafona czy Katechona (zawsze mi się to myli), w każdym bądź razie za kolejnego "krześcijańskiego męża stanu". Z Assadem również ciekawa sprawa, bo ten "obrońca chrześcijan" jeszcze do niedawna, przed swoim "nawróceniem na drodze do Damaszku" wspierał antychrześcijański terroryzm w Libanie, Iraku oraz w Europie. Jego służby udzielały pomocy tej samej al-Kaidzie, z którą teraz walczą na śmierć i życie. No cóż, sytuacja na Bałkanach i Bliskim Wschodzie jest dużo bardziej skomplikowała niż się śniło endeckim filozofom...
Powyżej: idol polskich środowisk niepodległościowych z szefem rosyjskiego Syndykatu
Żeby nie być monotematycznym, przywalę teraz środowiskom znajdującym się nieco na lewo od endecji. Jednym z idoli Ruchu Niepodległościowego jest węgierski premier Viktor Orban. Nie chcę mi się już go krytykować za głupie i niepotrzebne wojenki ze spekulantami finansowymi, ale zwrócę uwagę, że Orban jest w cichym sojuszu z Putinem - sojuszu taktycznym przeciwko Brukseli i Berlinowi. (Wspominał o tym m.in. dr Targalski). Przed wyborami z 2010 r. jeździł na zloty proputinowskiej młodzieżówki "Nasi". Później Putin dał mu wiele przysług - np. sprzedał węgierskiemu skarbowi państwa udziały Surgutnieftigazu w MOL-u. Nade wszystko jednak Orban, dzięki temu sojuszowi zyskał bezpieczeństwo, które pozwoliło mu na zorganizowanie olbrzymich czystek w służbach specjalnych. Widzimy jak w ostatnich miesiącach byli szefowie bezpieki z czasów postkomunistycznych lądowali na sali sądowej i w areszcie za szpiegostwo na rzecz Rosjan - a Rosja nabrała wody w usta.
To co zrobił Orban jest bardzo mądre: przejęcie służb (czyli pełnej władzy w państwie - co nie udało się Kaczyńskim) w zamian za sojusz z Putinem. Ale czy można taki scenariusz zrealizować w Polsce? Nie. Z dwóch powodów: 1) Polska jest krajem o dużo większym znaczeniu strategicznym dla Rosji niż malutkie Węgry. Rosja dąży więc do silniejszej kontroli nad naszym krajem. Prezydent Kaczyński, wbrew mitom dążył do partnerskiego porozumienia z Rosją, ale to Rosji nie odpowiadało takie porozumienie. 2) U nas jest zbyt wielu zdrajców i pajaców - od Ruchaczy Palikota po endeków - którzy za darmo nadstawiają się Putinowi.
Ps. Polecam dwa klipy z telewizji Republika. Oba z nich to rozmowy z drem Targalskim vel Darski (tak, tym samym Darskim, który podarł "Wyborczą" na scenie na koncercie i rozrzucił w tłumie krzycząc: "Żryjcie to gówno!" :) vel Dr. Housem vel Behemotem. Pierwsza z nich mówi o hydratach metanu, ale także o grafenie, czyli prawdziwym powodem afery wokół Azotów. Druga jest poświęcona sytuacji Tuska i Gowina, którego Darski nazywa "figurantem" i "rzecznikiem Szetyny". Jak zwykle mistrzowskie są złośliwostki dra Darskiego, szczególnie sposób w jaki wymawia on nazwisko "Szetyna".
Subskrybuj:
Posty (Atom)




