Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atomowi Bogowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atomowi Bogowie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 maja 2021

Atomowi Bogowie: Najstarsza Rasa

 


Ilustracja muzyczna: Shingeki no Kyojin Final Season Opening - My War

Gdyby ktoś Wam powiedział, że w środku nocy odwiedziły go dwie nagie lasencje z Kosmosu i próbowały wykorzystać seksualnie, to zapewne uznalibyście go za niezłego bajarza. A gdyby się przy swojej opowieści upierał i twierdził, że był wcześniej porwany przez Obcych, to patrzylibyście na niego z politowaniem i lekkim przerażaniem. Ot, kolejny wariat. Opowieść Petera Khoury'ego, Australijczyka pochodzenia libańskiego, na pierwszy rzut oka brzmi jak rojenia wariata. Utrzymywał on bowiem, że w 26 lipca 1992 r. obudził się w środku nocy i zobaczył, że na jego łóżku siedzą dwie nagie kobiety. Jedna z nich miała azjatycki wygląd, druga była "nordycką" platynową blondyną z niebieskimi oczami, które sprawiały wrażenie, że są dwa-trzy razy większe od normalnych, ludzkich oczu. 


Blondynka zaczęła mu przyciskać biust do twarzy. Khoury się opierał i w pewnym momencie ugryzł ją w sutek. Obie lasencje zszokowane odmową odpuściły i po prostu zniknęły. Brzmi jak z taniego pornosa? No to, czytajcie dalej, bo będzie jeszcze dziwniej. Gdy Khoury poszedł do łazienki, by się odlać, zauważył, że jego penis jest ciasno owinięty dwoma blond włosami pod napletkiem (perwersyjne te sucze z Kosmosu...). Koleś był na tyle przytomny, że schował te włosy w plastikowej saszetce jako dowód. Totalne wariactwo? No nie do końca, bo kilka lat później jeden z tych włosów został poddany badaniom DNA. Wyszło na jaw, że zawierał on bardzo rzadką chińską linię DNA mitochondrialnego oraz markery genetyczne typowe dla Celtów i Basków. Prawdopodobieństwo tego, że spotkacie naturalnie platynową blondynę mającą przodków zarówno w jakiejś chińskiej mniejszości jak i wśród Celtów oraz Basków jest bliskie zeru, a sfabrykowanie takiego dowodu przez "zwykłego wariata" było w latach 90. absolutnie niemożliwe. 


Być może warto byłoby porównać DNA z tamtego włosa z materiałem genetycznym z mumii europejsko wyglądających ludzi znajdowanych na pustyni Taklamakan w Xinjangu. Wiele z tych mumii ma rude bądź blond włosy. Chińczycy oczywiście blokują wszelkie badania na temat tej tajemniczej starożytnej cywilizacji, gdyż ich wyniki kłóciłyby się z ich oficjalną narracją historyczną, która jest mocno podszyta przekonaniem o wyższości cywilizacyjnej Chińczyków Han nad Ujgurami i innymi "barbarzyńcami". Skąd jednak mieliby się tysiące lat temu wziąć rudowłosi ludzie na zachodnich kresach Chin?
 



Współczesna nauka, dzięki rozwojowi badań nad ludzkim genomem, doszła do tego, że nasz gatunek powstał około 300 tys. lat temu w Afryce i stamtąd się rozprzestrzenił po całym świecie. Ekspansja homo sapiens sapiens była przerywana kataklizmami takimi, jak eksplozja superwulkanu Toba na Sumatrze, która 75 tys. lat temu zabiła 90 proc. ludzkości. 70 tys. lat temu miało dojść do drugiej migracji z Afryki, która dała początek wszystkim współcześnie znanym haplogrupom DNA, w tym oczywiście "aryjskiej" haplogrupie R1a1, wykształconej 10,5 tys. lat temu na stepach Azji Środkowej. Ta haplogrupa jest najczęściej spotykana u przedstawicieli ludów słowiańskich, mieszkańców północnych Indii (szczególnie z wyższych kast) oraz niektórych ludów irańskich i ałtajskich. Tych, którzy są zainteresowani tym kiedy i gdzie pojawiały się poszczególne haplogrupy i jaki był wpływ na to wielkich kataklizmów, odsyłam do znakomitej książki Bogusława Andrzeja Dębka "Początki ludów. Europejczycy. Słowianie."



I w ten sposób miała powstać ludzkość w całym swoim zróżnicowaniu: od Pigmejów po Irlandczyków. Od mieszkańców Singapuru i Hongkongu mający średnie IQ wynoszące 108, po Buszmenów z Kalahari mających średnie IQ wynoszące zaledwie 54. Czy te nierówności w IQ są skutkiem samoistnych mutacji DNA, mieszania się haplogrup czy też innych domieszek oraz interwencji? Wszak przy okazji pandemii mogliśmy się dowiedzieć, że geny neandertalczyków chronią przed ciężkim przebiegiem Covid-19.  Neandertalczycy bardzo długo byli przedstawiani przez oficjalną naukę jako gatunek regresywny, wręcz upośledzony. Obecnie wiadomo jednak, że byli silniejsi i bardziej inteligentni niż homo sapiens sapiens. I wygląda na to, że zmieszali się z przedstawicielami naszego gatunku w Europie i w Azji. W Afryce, nigdy ich ponoć nie było (i może to tłumaczy różnice w średnim IQ). A przecież oprócz neandertalczyków mieliśmy też Denisowian, którzy pozostawili swój ślad genetyczny mieszkańcom Azji Wschodniej oraz ludzi z Flores, przywodzących na myśl hobbitów. To dodatkowo komplikuje nam obraz kształtowania się ludzkich haplogrup.



Z badaniami genetycznymi i lingwistycznymi sugerującymi, że 300 tys. lat temu kolebką gatunku homo sapiens sapiens była Afryka, koresponduje też mitologia bliskowschodnia. Akkadyjski epos Atra-hasis opowiadał o stworzeniu ludzkości przez bogów Annunaki w ABZU - czyli "dolnym świecie". ABZU jest współcześnie interpretowane jako "zaświaty" czy "piekło", ale wiemy, że z Sumeru pływały okręty kupieckie do tego miejsca. Zachowane opisy sugerują, że była to Afryka. "Dolny świat" jest też grą słów, gdyż były tam kopalnie eksploatowane przez bogów (w Zimbabwe znaleziono ślady aktywności górniczej sprzed 100 tys. lat). I stworzyli oni człowieka właśnie do pracy w kopalniach. Zrobili to mieszając DNA hominidów z własnym materiałem genetycznym. "Atra-hasis" opisuje przebieg eksperymentu, wraz z nieudanymi próbami - ludźmi cierpiącymi na choroby genetyczne, które zaczęto rozpoznawać dopiero w XX w.  Zecharia Sitchin wskazywał, że w tej opowieści podano chronologię - opartą na sar, czyli liczących 3600 lat okresach, po upływie których Nibiru - planeta bogów - była widoczna na niebie. Zliczenie tych okresów sugerowało, że do stworzenia człowieka doszło około 300 tys. lat temu.


Część prac nad kreacją ludzkości była wykonywana na Bliskim Wschodzie, w miejscu, które w Biblii jest określane jako Ogród Eden. Opis z Księgi Rodzaju wskazuje na przybliżone położenie geograficzne tego miejsca: w pobliżu rzek Tygrys, Eufrat, "Piszon" i "Gichon". David Rohl, przekonująco twierdzi, że "Gichon" to rzeka Araks, a "Piszon" to Kuzył Uzom. Biblijny Eden był więc położony gdzieś na obszarze między północnym Iranem, północnym Irakiem, zachodnią Turcją i południową Armenią. (Rohl twierdzi, że dokładnie w irańskiej dolinie Tebriz). Zauważmy też, że w Księdze Rodzaju jest mowa o tym, że decyzję o stworzeniu człowieka "na nasz obraz i podobieństwo" podjęli "Elohim" - czyli "bogowie". W liczbie mnogiej. (Bibliści mają spory problem, by wiarygodnie wytłumaczyć, dlaczego zastosowano akurat w tym miejscu liczbę mnogą.) Jest też tam dziwaczna wzmianka, że Bóg "kopał rów w ziemi" (Rdz 2,6). Nie miał pomocników do takiej roboty?


Księga Rodzaju nigdzie nie mówi jednak, że w Edenie została stworzona CAŁA ludzkość. Wręcz przeciwnie. Oto bowiem, po incydencie z Kainem i Ablem dowiadujemy się, że już jacyś inni ludzie wówczas na Ziemi mieszkali.  

"Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli, i mam się ukrywać przed tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!»  Ale Pan mu powiedział: «O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie!» Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka. Po czym Kain odszedł od Pana i zamieszkał w kraju Nod, na wschód od Edenu. Kain zbliżył się do swej żony, a ona poczęła i urodziła Henocha. Gdy Kain zbudował miasto, nazwał je imieniem swego syna: Henoch." (Rdz 4, 14 -17)

Biblia wyraźnie więc wskazuje, że istniał wówczas na wschód od Edenu jakiś kraj Nod, w którym Kain poznał swoją żonę i zbudował miasto. A skoro zbudował całe miasto, to musieli istnieć ludzie, które by je zasiedlili. I cywilizacja przynajmniej na poziomie późnego neolitu. Kto stworzył tamtych ludzi? Zauważmy, że w Księdze Rodzaju są dwa opisy stworzenia. W rozdziale pierwszym jest opis symboliczny - kreacja w ciągu siedmiu dni i nakaz, by ludzie "czynili sobie Ziemię poddaną". W rozdziale drugim jest zaś mowa, że człowieka stworzono, by uprawiał i doglądał ogrodu. Czyli tak jak w mitologii sumeryjsko-akkadejskiej: ludzie zostali stworzeni do ciężkiej pracy.  A kogo się tworzy do ciężkiej pracy? Inteligenta czy średnio rozgarniętego osiłka?

Czyżby więc w ogrodzie Eden nie została stworzona ludzkość, ale jej część? Zauważmy, że Sumerowie również wskazywali, że ich bogowie stworzyli nie tyle ludzi, co "czarnogłowych". (BLM?) Czyli ich. A z tego narodu "wybranego" wywodził się przecież Abraham - przodek ludu, który przekazał potomności narrację z Księgi Rodzaju.

W dawnych wiekach wielu uczonych zastanawiało się nad koncepcją Preadamitów, czyli ludzi żyjących na Ziemi przed biblijnym Adamem. W Kabale pojawiło się natomiast pojęcie "Adam Kadmon", czyli doskonałego Adama stworzonego przed tym znanym z Księgi Rodzaju. Wyraźnie więc dzielono akt stworzenia na dwa odrębne epizody. I taki scenariusz też jest prawdopodobny w świetle badań naukowych.Pierwsze szczątki neandertalczyków są bowiem datowane na 430 tys. lat i pochodzą z Europy. Gdzie więc powstał ten gatunek człowieka, skoro homo sapiens sapiens pojawił się dopiero 300 tys. lat temu w Afryce?  Kim byli przodkowie neandertalczyków?


Ze 20 lat temu wpadła mi w ręce książka Michaela Cremo i Richarda Thompsona "Zakazana archeologia". W drobiazgowy i rzetelny sposób jest tam krytykowana oficjalna narracja mówiąca, że homo erectus, homo habilis i austrolopitek były przodkami homo sapiens. Wskazywane są dowody na to, że te gatunki mogły żyć obok siebie (tak jak współcześnie też dochodzi do kryptozoologicznych obserwacji dwunożnych hominidów). Opisane są też tam znaleziska wskazujące na to, że gatunek ludzki zamieszkiwał Ziemię wcześniej niż 100 tys. - 400 tys. lat temu. Podane są źródła informacji dotyczące znalezisk, okoliczności tych odkryć itp. Sam wykaz tych znalezisk liczy 14 stron! Kilka przykładów:

830 tys. lat - Trinil, Indonezja - kości udowe człowieka, łamane kości, węgiel drzewny, paleniska

1 mln - 1,5 mln lat - Buenos Aires - czaszka człowieka

1 mln - 1,9 mln lat - Trinil - ząb człowieka

1,7 mln - 2 mln - Olduwai, Tanzania - eolity, narzędzia peleolityczne, kamienie-bolas, narzędzia kościane, kamienny krąg (odkrycia małżeństwa Leakeyów z lat 60-tych i 70-tych, przypisane prymitywnym homo habilis)

2 mln - Nampa, Idaho - gliniana figurka

2 mln  - 2,5 mln  - Red Crag, Anglia - przewiercone zęby i rzeźbiona muszla

2 mln - 3 mln - Miramar, Argentyna - szczęka człowieka, paleniska, żużel, przepalona ziemia, narzędzia paleolityczne i neolityczne

4 mln - 7 mln - Antwerpia - nacinane muszle, narzędzia paleolityczne, nacinane kości, odciski palców i stóp człowieka

5 mln - 12 mln - formacja Enterrean, Argentyna - narzędzia paleolityczne, ślady ognia, nacinane kości, łamane kości, kości ze śladami skrobania, przepalone kości

9 mln - 55 mln - wzgórze Tuolumne Table, Kalifornia - narzędzia neolityczne i paleolityczne, paciorek kamienny, szczęka człowieka, fragmenty czaszki człowieka, szkielet człowieka

Całkiem sporo jest tam wymienionych podobnych znalezisk z datowaniem do kilku milionów lat. Znajdowano jednak też rzeczy o wiele starsze!

38 mln - 45 mln - Delemont, Szwajcaria - szkielet człowieka

38 mln - 55 mln - Barton Cliff, Anglia - rzeźbiony kamień

45 mln - 55 mln - Laon, Francja - kula z kredy, nacinane fragmenty drewna

65 mln - 144 mln - Saint-Jean de Livet, Francja - metalowe rury w pokładach z kredy

150 mln - Turkmenia - odciski stóp człowieka

213-248 mln - Newada - odcisk buta

260 mln - 320 mln - Heavener, Oklahoma - ściana z bloków kamiennych

260 mln - 320 mln - Morrisonville, Illinois - złoty łańcuszek

280 mln - 320 mln - Wilburton, Oklahoma - przedmiot wykonany ze srebra

286 mln - 320 mln - hrabstwo Rockcastle, Kentucky - ślady przypominające odciski stóp człowieka

286 mln - 320 mln - Macoupin, Illinois - szkielet człowieka

286 mln -360 mln - Webster, Iowa - rzeźbiony kamień

312 mln - Wilburton, Oklahoma - żelazny kubek

320 mln - 360 mln - Tweed, Anglia - złota nić w kamieniu

360 mln - 408 mln - kamieniołom Kingoodie, Szkocja - żelazny gwóźdź w bloku kamiennym

505 mln - 590 mln - Antelope Spring, Utah - odcisk buta

ponad 600 mln - Dorchester, Massachusetts - metaliczny wazonik




Najstarszym artefaktem opisanym przez Cremo i Thompsona są metalowe, żłobione kule odkrywane w RPA w warstwach sprzed 2,8 mld lat! Zdjęcie jednej z takich kulek macie powyżej. Oczywiście naukowcy twierdzą, że coś takiego powstało naturalnie. No bo przecież kto miałby coś takiego wyprodukować wówczas na Ziemi, która była zamieszkana jedynie przez mikroby? To, że mogły być one częścią jakiejś pozaziemskiej sondy jest oczywiście odrzucane a priori. 

Nawet jeśli 90 proc. znalezisk opisanych przez Cremo i Thomsona jest fałszywkami lub pomyłkami, to pozostałe 10 proc. nakazywałoby cofnąć historię gatunku ludzkiego o co najmniej kilka milionów lat w przeszłość. Zauważmy następującą prawidłowość: znaleziska datowane na kilka milionów lat wstecz świadczą co najwyżej o kulturze neolitycznej. Te starsze - datowane na kilkadziesiąt lub kilkaset milionów lat - o czymś dużo bardziej zaawansowanym cywilizacyjnie. Ta cywilizacja jest  jakby "punktowa". Ale jednak pewne artefakty świadczą o tym, że jej twórcy byli nam fizycznie bardzo podobni.

I tu wracamy do opowieści, od której zacząłem ten wpis. Czy zwróciliście uwagę, że w starożytnych mitologiach bogowie zwykle wyglądają tak jak ludzie. Bywa, że mają olbrzymi wzrost, niebieską skórę, skrzydła lub jakiś hełm upodobniający ich do zwierząt. Generalnie jednak są na tyle bliscy genetycznie ludziom, że się z nimi mieszają. Mają ludzkie kochanki, dzieci itp. Pamiętacie jeszcze mój wpis z serii Phobos poświęcony rasom obcych?

Flashback: Phobos - Obcy tacy jak my

Przytoczyłem tam relację Paula Hellyera - byłego kanadyjskiego ministra obrony - mówiącą, że w latach 60-tych NATO miało świadomość istnienia czterech ras obcych odwiedzających Ziemię. Z tego jedna rasa miała wyglądać tak jak ludzie. Przytoczyłem też relację sierżanta sztabowego Roberta Deana, który w latach 60-tych w kwaterze NATO w Brukseli miał okazję zapoznać się z raportem mówiącym o czterech różnych rasach obcych, z których jedna wygląda jak ludzie. Zacytowałem również opowieści o kobietach - szpiegach "nordyckich" obcych, kręcących się wokół zaawansowanych amerykańskich projektów. I z każdym elementem układanki, ta historia wygląda coraz mniej wariacko.



Dlaczego jednak obcy mieliby wyglądać tak jak my? A co jeśli gatunek ludzki nie powstał na Ziemi? A co jeśli Ziemia jest tylko jednym z punktów we Wszechświecie, w którym on występuje? A co jeśli jesteśmy porzuconą kolonią, o której Oni zaczęli sobie przypominać?

***

Zaskoczeni konkluzją serii? To chyba ostatni wpis w ramach tego cyklu. No chyba, że dotrę do kolejnych ciekawych przekazów...

sobota, 1 maja 2021

Atomowi Bogowie: Mury Jerycha

 


Ilustracja muzyczna: Ilustracja muzyczna - The Bangles - Walk like an Egyptian

"Tajtelbaum Niuta miała małego fiuta" - stwierdził profesor Władysław Bartoszewski. Że jego wypowiedź jest fejkowa? To nie szkodzi, bo cała biografia Rywki vel Niuty Tajtelbaum to jeden wielki bezczelny fejk. "Poważne media" kolportowały historyjkę o tym jak młoda dziewczyna, bojowniczka Gwardii Ludowej, wchodzi do siedziby Gestapo na Szucha z pistoletem z tłumikiem, zabija gestapowców i spokojnie sobie stamtąd wychodzi przez nikogo nawet nie legitymowana. A następnie organizuje akcję "Wieniec" i parę innych spektakularnych uderzeń w Niemców (naprawdę wykonanych przez AK). Niutę uhonorowano za to muralem przy warszawskiej stacji metra Centrum. Tymczasem okazało się, że ta "dzielna bojowniczka" brała udział jedynie w napadzie na zakład krawiecki oraz być może również w spieprzonym napadzie na bank. Ale co ma wspólnego jakaś Niuta z głównym tematem tej serii blogowej? Ano sporo. Skoro bowiem tak bezczelnie głupio jest fałszowana całkiem "świeża" historia, wydarzenia których ostatni świadkowie jeszcze żyją, to jak zakłamana została historia odległa, taka w przypadku której są jedynie nieliczne i skąpe źródła? A taka, w której główna narracja opiera się na świętych księgach?

"Fox, przecież pobożni Żydzi to świętobliwi ludzie, którzy nie konfabulowali w swoich świętych księgach" - napisze mi zaraz w komentarzach jakiś naiwniak. Skoro nie konfabulowali, to rozumiem, że w 100 proc. prawdziwa jest opisana w Talmudzie historia o tym jak asyryjski władca Nabuchodonozor zerżnął judejskiego króla Sedecjasza i jego synów 100-metrowym kutasem?

Gdy w VI w. przed Chrystusem kapłani jerozolimscy odkryli w świątynnym magazynie zwój Księgi Powtórzonego Prawa, wywołało to wielką sensację. Nikt bowiem wcześniej - z kapłanami włącznie - nie znał tej księgi i nie stosował się do zawartych tam przepisów. Podobny szok wywołało ogłoszenie ludowi jerozolimskiego przez Ezdrasza i Nehemiasza zasad prawa mojżeszowego po powrocie z niewoli babilońskiej. Lud wówczas zapłakał. Nigdy wcześniej nie słyszał bowiem, że musi stosować się do tak ostrych przepisów, nakazujących m.in. oddalenie cudzoziemskich żon. Lud miał prawo jednak nie znać tych nakazów i zakazów. Bo większości z nich nie znali jego przodkowie. Nie znał ich ani mądry król Salomon mający harem złożony z cudzoziemskich żon i oddający cześć ich bogom. Nie znał ich wielki król Dawid, również współżyjący z cudzoziemskimi pięknościami i służący jako najemnik u Filistynów. Nie znał ich nawet Mojżesz, który miał żonę Madianitkę (a drugą żonę pochodzącą ponoć z Etiopii). Czy Mojżesz więc napisał prawo zawarte w Torze czy też jest ono dopiero wytworem umysłu judejskich kapłanów, czyli gostków składających w jedno ze świąt w ofierze "kozła dla Azazela" i odprawiających inne dziwaczne gusła ?

W judaizmie i chrześcijaństwie przyjęto, że Pięcioksiąg napisał Mojżesz. No może poza fragmentem mówiącym o śmierci tegoż Mojżesza. (Ciekawe czy Mojżesz też napisał o swoim przedśmiertnym rozkazie nakazującym eksterminację Madianitów - swoich dobroczyńców? Czy też ten rozkaz to tylko późniejszy dopisek jakiegoś kapłana?) Nie wiadomo za bardzo w jakim alfabecie to spisał, bo alfabet hebrajski powstał dopiero w X w. p.n.e., czyli kilkaset lat po Mojżeszu. Być może posługiwał się on alfabetem wczesnosemickim, którego ślady odkryto na Synaju w miejscach aktywności ludzkiej z XVIII w. p.n.e. Być może pisał, tak jak go nauczono - czyli egipskimi hieroglifami. Ale dla kogo miałby pisać? Dla niepiśmiennych niewolników i pastuchów? A może było tak, że przez stulecia opowieść o Mojżeszu była przekazywana w formie ustnej?  Jej rdzeń był zbyt znany, by go fałszować. Może go tylko nieco wyolbrzymiono. Ale wszelkie dodatki, w postaci "Prawa Mojżeszowego" to jedynie późniejsze dopowiedzenie.



Większość biblistów i historyków długo utrzymywało, że Mojżesz żył gdzieś w XIII w. Z jakiegoś idiotycznego powodu uznali oni, że do eksodusu mogło dojść akurat w okolicach panowania Ramzesa II, czyli wówczas, gdy Egipt był supermocarstwem. O głupocie takiego poglądu świadczy choćby dowód materialny w postaci Stelli Marneptaha pochodzącej z około 1360 r. p.n.e., na której znajduje się wzmianka, że "Izrael został podbity" przez Egipt. Jak wskazałem w poprzednim odcinku serii Atomowi Bogowie, chronologia podana w Biblii - liczona od budowy Świątyni jerozolimskiej - umieszcza eksodus w XV w. przed Chrystusem. Teofil z Antiochii, biskup żyjący w II w. n.e., pisał, powołując się na egipskiego historyka Manethona, że Żydów zniewolił faraon o imieniu Tethmozis (Thotmes?) a wyszli oni z Egiptu za panowania faraona Amazisa. Prawdopodobnie faraonem "Tethmozisem" był Thotmes I (1525-1515 p.n.e.), który wyprawiał się zbrojnie aż nad górny Eufrat. W Księdze Wyjścia (1,10) jest mowa, że obrócił on Żydów w niewolników, bo obawiał się, że sprzymierzą się z wrogami Egiptu, czyli z innymi ludami semickimi. Faraonem, za którego czasów doszło do eksodusu był według Sitchina Amenhotep II, którego panowanie część badaczy datuje na lata 1454-1419 p.n.e. Sitchin wskazuje 1433 r. p.n.e. jako datę eksodusu. Są jednak też badacze twierdzący, że do wyjścia z Egiptu doszło w XVII w. p.n.e. - co zbiegło się z drugim okresem przejściowym w historii Egiptu, czyli okresem słabości tego państwa. Osłabienie państwa miałoby być związane z jakimś kataklizmem (plagami?). Przekonująco ta teoria została przedstawiona w tym filmie dokumentalnym. Niestety biblijna narracja o eksodusie nie przekazała nam żadnych imion faraonów i jakby celowo zaciemnia okoliczności historyczne tego zdarzenia. Mamy więc do czynienia z dwoma prawdopodobnymi wariantami tej historii: albo do eksodusu doszło w XV w. p.n.e. a opisy plag egipskich zostały straszliwie przesadzone albo w XVII w. p.n.e. i plagi doprowadziły do załamania państwa egipskiego. Jest też nowa chronologia egipska Davida Rohla,  wskazująca, że poszczególni faraonowie współrządzili państwem i w związku z tym ich listy panowania (zakładające, że jeden rządził po drugim) są spieprzone. W tym scenariuszu do załamania porządku społecznego w  drugim okresie przejściowym doszło w XV w. p.n.e., datą eksodusu był 1446 r. p.n.e. a faraonem, rządzącym w tym czasie był Dedumose II.

Powszechnie przyjęto, że Żydzi uciekali z Egiptu na Synaj. Synaj był jednak wówczas terytorium egipskim i znajdowały się na nim egipskie twierdze. Zatopienie wojska faraona w morzu nie mogło więc nastąpić w tzw. Morzu Sitowia, tylko raczej w Zatoce Akaba. (Czy wody wlały się do tej zatoki w wyniku jakiegoś kataklizmu sejsmicznego, tak jak tysiące lat temu wlały się na obecne Morze Czarne zatapiając tam tysiące osad ludzkich?). Góra Synaj (Dżebel al-Musa) nie jest też górą na którą zstąpił tajemniczy "Pan" w chmurze ognia i dymu, by przekazać Mojżeszowi 10 przykazań. Prawdziwą "Górą Mojżesza" był saudyjski wulkan Dżebel Al-Lawz znajdująca się w dawnym kraju Madianitów. Pasuje on do opisu topograficznego z Księgi Wyjścia, a na równinie znajdującej się pod nim znajdowano zakopaną złotą biżuterię. W pobliżu są miejsca kojarzone w lokalnej tradycji z Mojżeszem (np. Żródło Mojżesza), a także resztki ołtarza z namalowanym wizerunkiem cielca. (Co ciekawe, obecnie znajduje się tam saudyjska baza rakietowa. Podczas jej budowy zdarzyło się, że jeden z filipińskich robotników wszedł do jaskini w tej górze. Wyszedł z niej po kilku godzinach oszalały - opowiadał, że był tam duch, który mu śpiewał. No cóż, według arabskich wierzeń, w takich miejscach zdarzało się spotykać dżiny a jedna z tych istot objawiła się w jaskini Mahometowi...)

Pomińmy jednak liczne kontrowersje dotyczące peregrynacji Izraelitów po pustyni. Przejdźmy do clue tego odcinka, czyli do zburzenia Jerycha. W Księdze Jozuego, w rozdziale 6, opisano jak Izraelici zburzyli potężne, dochodzące do 6 m wysokości mury tej metropolii, za pomocą Arki Przymierza i trąb. W latach 30. John Garstang datował zburzenie Jerycha na okres między 1400 r. p.n.e. a 1380 r. p.n.e. Kathleen Kenyon później datowała to wydarzenie na około 1560 r. p.n.e. I znów mamy problem: każda z tych wersji pasuje do jednej z dwóch konkurencyjnych chronologii eksodusu. Nie to jest tu jednak kluczowe. Najważniejsze jest odkrycie Kenyon mówiące, że najpierw coś zburzyło mury Jerycha "do zewnątrz" a później miasto ogarnął wielki pożar "o ekstremalnej temperaturze". Z dokonanych przez nią wykopalisk wynika, że zburzone tuż przed pożarem były również domy wewnątrz miasta. Kenyon twierdzi, że to skutki działania machin oblężniczych armii egipskiej. Czy te machiny oblężnicze mogły jednak wywołać wielką falę uderzeniową, która zniszczyłaby nie tylko mury, ale również domy wewnątrz miasta? Ta fala poprzedziła wielki pożar. 


Jozue zakazał Izraelitom plądrować Jerycho. Każdy, kto wyniósłby cokolwiek z jego zgliszczy miał zostać ukamienowany. Miasto zostało objęte klątwą i nie wolno było nic na jego miejscu budować. Czy na rumowisku znajdowało coś co zagrażało zdrowiu i życiu przyszłych pokoleń?

I. M. Blake i Cynthia Weber opublikowali w latach 60. artykuł wskazujący na to, że kości zwierzęce z okolic Jerycha datowane od średniej epoki brązu po epokę żelaza wykazywały radioaktywność. Sugerowali oni, że skażone radioaktywnie mogły być tamtejsze źródła wody. Istotnie w II Księdze Królewskiej jest mowa o cudzie proroka Elizeusza, który oczyścił źródło w pobliżu Jerycha. Mieszkańcy okolicy skarżyli mu się wcześniej, że "woda jest niezdrowa a ziemia nie rodzi". Przez tysiące lat istniała tam wielka metropolia, w której kwitła aktywność ludzka, aż nagle gdzieś w XVI lub XIV w. p.n.e. miasto zostało spustoszone przez falę uderzeniową i pożar, a w tamtejsze źródła wody zostały radioaktywnie skażone. Jakieś skojarzenia? 


W historii tej pojawia się tajemniczy artefakt - Arka Przymierza, za pomocą, której Mojżesz komunikował się ze swoim bóstwem. Arka była przedmiotem niezwykłym. Zabijała bowiem, tych, którzy oddawali jej cześć. Jak czytamy w Drugiej Księdze Samuela (6, 6-8):

"Gdy przybyli na klepisko Nakona, Uzza wyciągnął rękę w stronę Arki Bożej i podtrzymał ją, gdyż woły szarpnęły. I zapłonął gniew Pana przeciwko Uzzie i poraził go tam Bóg za ten postępek, tak że umarł przy Arce Bożej.  A Dawid strapił się, dlatego że Pan dotknął takim ciosem Uzzę, i nazwał to miejsce Peres-Uzza".

Wcześniej Arka była łupem Filistynów, ale postanowili oni ją oddać Izraelitom, bo jej obecność sprowadzała na nich choroby. 1 Sm 5,6: "Ręka Pańska zaciążyła nad mieszkańcami Aszdodu i przeraziła ich. Ukarał On guzami tak mieszkańców Aszdodu, jak i jego okolic."


Król Dawid bał się później wprowadzić Arkę do swojego domu. W Świątyni zbliżać się mogli do niej jedynie kapłani ubrani w specjalne szaty - i to tylko od święta, zmieniając się i zachowując środki ostrożności. W 1933 r. Frederick Roberts, dziekan wydziału inżynierii w Lewis Institute of Technology, opublikował artykuł, w którym dowodził, że Arka Przymierza była wielkim kondensatorem. I to by tłumaczyło śmierć Uzzy po dotknięciu jej powierzchni. Nie tłumaczy to jednak "guzów', jakie dostali mieszkańcy Aszdodu.


Dziwnych guzów nabawił się też na głowie Mojżesz na Górze Synaj. Na słynnej rzeźbie Michała Anioła zostały one przedstawione jako rogi. Wj 34, 30: "Gdy Aaron i Izraelici zobaczyli Mojżesza z dala i ujrzeli, że skóra na jego twarzy promienieje, bali się zbliżyć do niego." Czy to skutek kontaktu z Panem i jego pojazdem? Czy też coś co lud wziął za tablice dziesięciu przykazań, było tak naprawdę potężnym źródłem energii umieszczonym w Arce?

Wspieranie przez bogów poszczególnych wodzów, królów i faraonów nie było traktowane przez starożytnych jako coś nadzwyczajnego. Tak jak obecnie Rosja czy USA prowadzą swoje wojny hybrydowe, tak dawniej prowadzili je bogowie. Uczestnicy tych wojen nie musieli znać ich przyczyn. Nie wiemy więc czemu postanowiono przemieścić potomków Abrahama z Egiptu w okolice dawnego "centrum kontroli lotów" w Jerozolimie. Być może jednak któremuś z Atomowych Bogów chodziło o wyhodowanie sobie rzeszy fanatycznych wyznawców, którzy mniej lub bardziej świadomie będą mu pomagać w sterowaniu rozwojem ludzkości.

Bez wątpienia  spotkanie na Synaju zmieniło historię. Kontakt z technologią bogów doprowadził do powstania mitu, wokół którego skupił się naród, który uznał się za "Wybrany". Fajerwerk w postaci zburzenia starej twierdzy broniącej przeprawy przez Jordan umocnił tę narrację. Do mitu dorobiono Prawo i cały system kontroli jego przestrzegania. Wybraństwo narodu zaczęło się jednak o wiele wcześniej - od rodu, który wiernie służył bogom w Sumerze. W Nippur, a później w Ur Chaldejskim, mieście z wielkim zigguratem boga Księżyca Sina. Tego od którego pochodzi nazwa "Synaj" i który miał się później wycofać na tereny Arabii, gdzie był znany jako bóg Księżyca Hubal, czczony też jako Allah.

Flashback: Demiurg - Prorok istoty o wielu imionach

***

A w następnym odcinku serii Atomowi Bogowie - nieco o pochodzeniu ludzkości. Być może będzie on dopiero za dwa tygodnie...



sobota, 24 kwietnia 2021

Atomowi Bogowie: Holokaust w Sodomie

 


Ilustracja muzyczna: Abaddon - Annunaki (bułgarska kapela black metalowa śpiewa po sumeryjsku)

Zecharia Sitchin nie był historykiem ani archeologiem. Był lingwistą, który znał starożytne języki Bliskiego Wschodu i opierając się na przekazach sprzed tysięcy lat napisał serię książek "Kroniki Ziemi", w której przedstawił teorię mówiącą, że sumeryjskimi oraz egipskimi bogami były istoty z krwi i kości - przybyłe z Nibiru, czyli "12 planety"  widocznej na ziemskim niebie raz na 3600 lat. Te istoty zwane Annunaki ("tymi, którzy zstąpili z nieba") lub Strażnikami (egipskie: Neteru) mieli według dawnych mitów stworzyć ludzkość i obdarzyć ją cywilizacją. Nie będę wchodził tutaj w szczegóły jego teorii ani w ich krytykę (autorstwa m.in. biblijnego zjeba Michaela Haiera zarzucającego Sitchinowi "antysemityzm") - nie wystarczyłaby bowiem na to nawet cała seria wpisów. Badacz-amator Sitchin był oczywiście uznawany przez świat nauki za "pseudonaukowca". Ten "pseudonaukowiec" potrafił jednak wytykać "profesjonalnym badaczom"  w swoich książkach dziury w ich teoriach oraz ewidentne zafałszowania. Takim zafałszowaniem jest m.in. chronologia biblijna dotycząca Abrahama. 


Świat akademicki powszechnie przyjmuje, że ów biblijny patriarcha mógł żyć na przełomie XIX i XVIII przed Chrystusem. Czyli w czasach, gdy w Mezopotamii istniało państwo babilońskie. To przekonanie jest oparte tylko i wyłącznie na jednej przesłance - na fragmencie 14 rozdziału Księgi Rodzaju mówiącym o najeździe królów mezpotamskich na Kaanan. "W czasach Amrafaela, króla Synearu" - mówi ów fragment. Synear to inaczej Sumer, a "profesjonalni" badacze (ci sami, którzy przekonują, że Sitchin źle odczytał sumeryjskie teksty) uznali, że Amrafael to władca Babilonu Hammurabi panujący w latach 1792-1750 p.Chr. Trzymają się tej teorii, mimo, że w zachowanej korespondencji dyplomatycznej Hammurabiego pojawiają się wzmianki o królach wymienionych w opowieści o najeździe na Kanaan jako... martwych od kilku pokoleń. "Manipulator" Sitchin w swojej książce "Wojny bogów i ludzi" przekonująco wskazuje, że "Amrafael, król Synearu" to Amarsuen, król Ur panujący w latach 2047-2038 p.n.e. czyli w XXI w. przed Chrystusem. I tam należy umiejscowić Abrahama. I to się zgadza z przekazami samej Biblii (ignorowanymi przez zawodowych biblistów). Pierwsza Księga Kronik (5,36) mówi, że król Salomon, panujący bez wątpienia w X w. przed Chrystusem, zaczął budować Świątynię 480 lat po wyjściu Izraelitów z Egiptu. Wyjście to jest datowane przez mainstreamową biblistykę i historiografię na XIII w. p.n.e., czyli na moment szczytu potęgi egipskiego Nowego Państwa (!), mimo że Biblia oraz liczne poszlaki wskazują, że doszło do niego w XV w. przed Chrystusem. Księga Wyjścia mówi, że Izraelici spędzili w Egipcie 430 lat, czyli przybyli tam w XVIII w. p.n.e. Jeśli dodamy do tego wyliczenia genealogiczne z Księgi Rodzaju to wychodzi, że Abraham urodził się w końcówce XXII w. p.n.e. Ale co nam daje właściwe umiejscowienie jakiegoś biblijnego dziadka w chronologii? Daje wszystko. To klucz do całej historii. "Amator" Sitchin zrobił bowiem coś, czego nie potrafili utytułowani profesorowie - porównał tę chronologię biblijną z wydarzeniami w dziejach Sumeru i Egiptu. 


2123 r. p.n.e. - Abraham rodzi się w Nippur. W książeczkach do religii oraz w pracach różnych uniwersyteckich przepisywaczy ów biblijny patriarcha jest przedstawiany zwykle jako prosty pastuszek, jakiś biedak z bliskowschodniego shitholu mieszkający w chatce z gówna. Czasem robią z niego kupca, bo w tradycji żydowskiej oraz islamskiej jego ojciec Terah "sprzedawał figurki idoli". Sitchin wskazuje jednak, że Terah mógł być kapłanem. Abraham pochodził wyraźnie z wyższych klas społecznych - później przecież paktował  z faraonem (!), a w Kanaanie dysponował poważną siłą militarną. Jego żona i zarazem siostra przyrodnia ("Braciszku Abrahamie znów mi ukradłeś majtki! Jestem platynowo wściekła!") nosiła imię "Saraj", czyli "księżniczka". To że wyszedł za swoją siostrę przyrodnią było wówczas zwyczajem rodów panujących, które naśladowały w ten sposób bogów (genetycznie nieco się od nas różniących, więc bardziej odpornych na takie kazirodztwo). Sitchin wskazuje również, że obecny kalendarz żydowski jest kopią kalendarza sumeryjskiego z Nippur. Początkowa data w tym kalendarzu, czyli 3800 r. p.n.e. - interpretowana do dzisiaj jako moment "stworzenia świata" - to dzień wizyty Anu - najwyższego boga Sumerów - w Nippur. 


2113 r. p.n.e. - Enlil , głowa gałęzi boskiej rodziny rządzącej na Bliskim Wschodzie, przekazuje kraje Szem w patronat bogowi Księżyca Nannarowi znanemu też jako Sin lub Suen (a w późniejszych wiekach na terenach arabskich jako Hubal lub Allah). Ur zostaje ogłoszone stolicą nowego imperium sumeryjskiego, a na jego tron wstępuje Urnammu, nazywany Opiekunem Nippur. Kapłan Terah przybywa do Ur na dwór królewski.


2096 r. p.n.e. - Urnammu pechowo ginie w bitwie. Lud poczytuje to za zdradę bogów. W obliczu niepokojów społecznych Terach przenosi się z rodziną do Harranu w północnej Syrii - czyli kolonii handlowej zwanej "Małym Sumerem".



2095 r. p.n.e. - na tron Ur wstępuje Szulgi i przywraca siłę państwu. Według przekazów sumeryjskich zostaje kochankiem bogini Innany (znanej w Babilonie jako Isztar). Oczywiście wszelkie przekazy z tamtych czasów - nie tylko sumeryjskie - mówią, że bogowie współżyli seksualnie z ludźmi a z tych związków rodzili się półbogowie. Nie różniliśmy się więc mocno genetycznie od "bogów".


2080 r. p.n.e. - w Egipcie trwa wojna domowa. Książęta tebańscy, pod wodzą Mentuhotepa I prą na północ. Są oni stronnikami boga Amona, identyfikowanego przez Sitchina jako bliskowschodni Marduk. O co chodzi w tej wojnie? O supremację nad innymi bogami. Przywódcy Annunaki są podzieleni na dwie gałęzie rodzinne: Enlila i Enki znanego jako egipski bóg Ptah. Sukcesja w rodzinie jest regulowana według er zodiakalnych. XXI w. p.n.e. to moment, w którym kończy się era byka a zaczyna era barana. Ra/Marduk uważa, że to czas na objęcie przez niego obiecanej supremacji nad innymi bogami. Inni bogowie są oczywiście odmiennego zdania. 


Marduk dąży więc do opanowania Egiptu i Synaju. Dlaczego akurat Synaju? Według egipskich przekazów na Synaju, będącym "obszarem neutralnym" znajdował się kompleks w którym "dusze faraonów wznosiły się do nieba wraz z bogami". Sitchin nazywa to miejsce portem kosmicznym i wskazuje, że znajdował się on na geograficznej siatce, w którą wpisane zostały też: góra Ararat, piramidy w Gizie, synajska Góra św. Katarzyny, Baalbek i Jerozolima. Zainteresowanych tematem odsyłam do "Schodów do Nieba" Sitchina. 


Miasta w kraju Kanaan  zmieniają wówczas orientację geopolityczną. Do sprawy Marduka przyciąga go jego syn Nabu. Nabu jest nazywany "Synem Człowieczym", gdyż jego matka była pochodzenia ziemskiego. Od jego imienia powstaje później semickie słowo "nabih", czyli "prorok". 

2055 r. p.n.e. - Szulgi, z rozkazu boga Sina, wysyła wojska elamickie do uśmierzenia buntu miast kananejskich. Elamici docierają aż do wrót Synaju.

2048 r. p.n.e. - Szulgi umiera a Marduk udaje się do kraju Hetytów. Odwiedza też Harran, skąd Abraham wyrusza do południowego Kanaanu z elitarnymi oddziałami kawalerii.

2047 r. p.n.e. - Amarsuen zostaje królem Ur. Abraham udaje się na pięć lat do Egiptu, skąd wraca z większym wojskiem. Bibliści mimo to nadal uważają, że był on tylko biednym pasterzem z zadupia.


2041 r. p.n.e. - Amarsuen, prowadzony przez Innanę, organizuję wyprawę siedmiu królów do Kanaanu. Zostaje ona jednak powstrzymana przez Abrahama na Pustyni Negew. Gdy kieruje się na północ, Abraham zdobywa jej tabory z łupami i jeńcami. (Nieźle jak na pastuszka-siscona? :) Dziękuje mu za to w imieniu swojego boga Melchizedek, król Szlamu Szalemu. Szalem to Jerozolima, czyli "Uru Szalem", "miasto Szalema". Szalem to lokalne bóstwo, którego symbolem jest sześcioramienna gwiazda znana później jako "gwiazda Dawida". To, że imię tego boga jest podobne do hebrajskiego słowa "szalom" i arabskiego "salam", czyli "pokój" nie jest przypadkowe. Ten bóg, jako rozjemca w konflikcie dwóch boskich rodów, kontrolował bowiem strategicznie ważne instalacje na jerozolimskich górach Moriah, Syjon i Scopus, czyli na górach Naprowadzania, Sygnału i Obserwatorów.

2038 r. p.n.e. - Szusuen zastępuje Amarsuena na tronie Ur. Imperium się rozpada.

2029 r. p.n.e. - Ibbisuen zastępuje Szusuena a prowincje zachodnie przechylają się coraz bardziej na stronę Marduka.

2024 r. p.n.e. - Walki rozszerzają się na centralną Mezopotamię. Sprofanowana zostaje świątynia w Nippur. Enlil żąda kary dla Marduka i Nabu. Nabu szykuje królów miast kanaanejskich na wyprawę mającą doprowadzić do zajęcia Synaju.

O tym co się wydarzyło później mówią: Księga Rodzaju, Epos Erra (znaleziony w bibliotece Assurbanipala w Niniwie) oraz teksty sumeryjskie. Historycy starożytności zazwyczaj ignorują istnienie Eposu Erra, choć są tam dogłębnie wyjaśnione konflikty w boskiej rodzinie i gra dyplomatyczna towarzysząca ówczesnej wojnie bliskowschodniej. Mowa jest tam m.in., że przeciwko Mardukowi zwrócił się jego brat Nergal, określany w tym eposie przydomkiem Erra, czyli "niszczyciel". Nergal obiecał, że zniszczy miasta w Kanaanie popierające Marduka.

"Zniszczę te kraje, obrócę je w kupę popiołu, miasta zrównam z ziemią, zamienię je w pustynię, góry spłaszczę, zwierzęta wytępię (...) ludzi zetrę z powierzchni ziemi, ich dusze zamienią się w parę".

Nergal zamierza użyć przeciwko tym miastom "siedem broni" spoczywających "we wnętrzu góry". "Z miejsca tego wylecą świecąc blaskiem, od ziemi do nieba obleczone w szatę grozy".

Nergal Erra przeprowadził atak wraz z bogiem Ninurtą, znany pod przydomkiem Iszum. Ich pierwszym celem był port kosmiczny na Synaju - woleli go zniszczyć, niż oddać Mardukowi. 



"Iszum skierował się do Góry Najwyższej, Straszliwe Siedem, nieporównane, podążało za nim. Do Góry Najwyższej bohater przybył. Podniósł rękę - góra została zmiażdżona. Równinę przy Górze Najwyższej wytarł wówczas do czysta, w jej lasach ani jednego stojącego pnia nie zostawił".

"Tekst o Kaedolaomerze" podaje nieco więcej szczegółów:

"Ten, który wypala ogniem [Iszum] i ten, który powala złym wiatrem [Erra], dopuścili się razem swego zła. Ci dwaj zmusili bogów do ucieczki, bogowie uciekali przed paleniem ziemi. (...) To, co było wzniesione do Anu, by puszczać w ruch, usunęli w cień niebytu, sprawili, że oblicze tej rzeczy zgasło, miejsce jej spustoszyli".

Równina Środkowa Synaju to płaski teren o twardym podłożu, który idealnie obecnie by się nadawał do lądowań wahadłowców. Jest jednak jeden problem - jest pokryta miliardami odprysków wypalonych skał. Tworzą one czarną plamę wyróżniającą się na tle wapiennych skał reszty Synaju. Cokolwiek tam było, zostało zniszczone w ogniu nuklearnej eksplozji.

Kolejne uderzenie wymierzone w miasta południowego Kanaanu, w których miał przebywać wówczas Nabu. "Erra Drogą Królewską podążył. Miasta owe zniszczył, obrócił je w perzynę. (...) Przekopał się przez morze podzielił jego całość. To, co w nim żyje, nawet krokodyle, wyniszczył. Ogniem spalił zwierzęta, przeklął zboża, obróciły się w pył".

Biblijne Sodoma i Gomora ("Gomora! Gdzież można się lepiej zabawić?! No chyba, że w Sodomie" - "Król Skorpion") były częścią aglomeracji siedmiu miast a ich ruiny znajdują się na dnie południowego języka Morza Martwego. Współczesna nauka podejrzewa, że gdzieś w XXI w. przed Chrystusem wydarzyła się tam jakaś wielka katastrofa geologiczna, która sprawiła, że miasta te zostały pochłonięte przez morze. Z przytoczonego wyżej Eposu Erra wynika, że przed tą katastrofą tereny te były żyzne a w Morzu Martwym pływały krokodyle. Obecnie w źródłach otaczających Morze Martwe woda jest... radioaktywna. Tak mocno, że może wywołać bezpłodność u ludzi.



"A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana z nieba. I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność. Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli. Abraham, wstawszy rano, udał się na to miejsce, na którym przedtem stał przed Panem. I gdy spojrzał w stronę Sodomy i Gomory i na cały obszar dokoła, zobaczył unoszący się nad ziemią gęsty dym, jak gdyby z pieca, w którym topią metal". (Rdz 19, 24-28).

Zatrzymajmy się na chwilę przy "słupie soli", w jaki zmieniła się żona Lota. Językiem jakim posługiwali się Lot i Abraham nie był hebrajski. Z prostej przyczyny: takiego języka wówczas jeszcze nie było. Z dużym prawdopodobieństwem mówili w rodzimym języku: sumeryjskim. Niemiecki asyriolog Paul Haupt wykazał natomiast w 1918 r., że sumeryjskie słowo "NIMUR" ma podwójne znacznie. Da się je tłumaczyć jako "sól" i... "para", gdyż Sumerowie wydobywali sól ze słonych bagien. Żona Lota zmieniła się więc w "słup pary". Z czym Wam się to kojarzy?


Biblia potwierdza też motyw dokonania nuklearnego ataku na Sodomę i Gomorę. W Księdze Powtórzonego Prawa (29, 22-27) jest mowa, że miasta te zostały zniszczone, bo "służyły innym bogom". Oczywiście w Biblii jest mowa, że Sodomę i Gomorę zniszczył tajemniczy "Pan". W Eposie Erra jest mowa, że zrobił to Nergal (czy Adam "Nergal" Darski wie, że ma pseudonim po kimś, kto mordował Sodomitów? :) I zagadka: jak miało na imię (główne, bo bynajmniej nie jedyne) bóstwo, które czcili Żydzi w czasach biblijnych? Nie pytam o przydomki takie jak "Pan" (w językach semickich: Baal), "Król" ("Melech" lub "Moloch")  "Bóg" ("El", "Allah"), czy szarady w stylu "Jestem, kimkolwiek będę". Pytam o imię.

Nuklearny blitzkrieg w Palestynie i na Synaju przyniósł skutki uboczne. Teksty opisujące ostatnie lata Sumeru mówią, że państwo upadło z powodu "złego wiatru" z zachodu.  Kraj pokryła "złowroga chmura", która "w nocy świeciła na krawędziach". Ludzie zaczęli masowo chorować, plując krwią. Ta katastrofa wiązana była z ciosem zadanym Ziemi w "dolinie pośród gór" i miejscu w pobliżu "Góry Ryczących Tuneli".    Przed tym kataklizmem uciekali bogowie, kryjąc się pod ziemią i w górach. 

Sumer upadł i na wiele lat pogrążył się w nędzy i w chaosie, a w jego granice wkroczyli najeźdźcy. Bogowie dali za wygraną a Marduk osiągnął supremację. Kilkadziesiąt lat później, w miejscu Sumeru zaczęło powstawać nowe imperium - Babilon. W tym czasie zubożali potomkowie Abrahama zaczęli migrować do Egiptu...

***
A o tym, co towarzyszyło wyjściu z Egiptu oraz podbojowi Palestyny w kolejnym odcinku serii "Atomowi Bogowie".

sobota, 17 kwietnia 2021

Atomowi bogowie: Piorun Indry

 


Ilustracja muzyczna: Blue Monday - Sebastian Boehm Remix - Wonder Woman 1984 OST



Kiedy w lipcu 1945 r. dokonano na pustyni Nowego Meksyku pierwszego amerykańskiego testu broni atomowej, niektórzy mieli uczucie deja vu. Doktor Robert Oppenheimer, zacytował fragment hinduskiego poematu Bhagawagdita: "I stałem się śmiercią niszczycielem światów". Zapytany na jednej z konferencji prasowych, czy tamten test był pierwszym przypadkiem użycia bomby atomowej, zrobił ważne zastrzeżenie, dopowiedział: "Tak, w czasach nowożytnych". 


16 lutego 1947 r. w "New York Herald Tribune" ukazał się artykuł, w którym znalazł się bardzo sugestywny fragment: “Kiedy pierwsza bomba atomowa wybuchła w Nowym Meksyku, piasek pustyni zamienił się w stopione zielone szkliwo. Ten fakt dał według magazynu Free World wiele do myślenia archeologom, którzy prowadzili wykopaliska w dolinie Eufratu. Odkryli oni warstwę agrarnej kultury liczącej sobie 8000 lat oraz warstwę kultury pasterskiej, znacznie starszej, po czym dotarli do warstwy kultury jaskiniowej. Ostatnio dotarli do kolejnej warstwy… stopionego, zielonego szkła.".

Dziwne skojarzenia miał też Albion Hart, amerykański inżynier, który pod koniec XIX w. realizował projekt w Afryce. Przemierzając pustynię natrafił na ogromny obszar zeszklonego piasku. "W owym czasie bardzo mocno zafrapował go duży obszar zielonkawego szkliwa, który rozciągał się tak daleko, jak sięgał wzrok, i którego pochodzenia nie potrafił wyjaśnić. (...) Jakiś czas później… przemierzał obszar White Sands. Było to wkrótce po dokonanych w tamtym rejonie pierwszych eksplozjach atomowych. Bez trudu rozpoznał ten sam typ krzemowego szkliwa, jaki pięćdziesiąt lat wcześniej widział na afrykańskiej pustyni."


W 1932 r. Patrick Clayton, geolog pracujący dla egipskich władz, odkrył południowo-zachodniej części Egiptu rozciągający się na wiele kilometrów obszar pokryty szkłem. Surowiec ten został nazwany Libijskim Szkłem Pustynnym. Okazało się, że to szkło było wykorzystywane przez egipskich rzemieślników przez tysiące lat a  wyroby z niego zrobione znaleziono m.in. w grobowcu Tutenchamona. Było niezwykle czyste - składało się w 98 proc. z krzemionki. Jego powstanie tłumaczone jest uderzeniem wielkiego meteorytu. Jak dotąd nie znaleziono jednak nigdzie krateru ani najmniejszych szczątków tego kosmicznego ciała, gdy np. w kraterach meteorytowych w Arabii Saudyjskiej szkło powstałe wskutek fali wysokiej temperatury jest mocno zanieczyszczone fragmentami meteorytów. W Egipcie mamy jednak do czynienia z rozciągającą się na wiele kilometrów taflą czystego szkła, która powstała po tym, jak w powietrzu eksplodowało coś z mocą bomby atomowej.


W pakistańskiej prowincji Sindh istnieje miejsce o nazwie Mohendżo Daro - "Kopiec Umarłych". To ruiny starożytnego miasta, które według oficjalnej nauki istniało od XXVI w. przed Chrystusem do XIX w. przed Chrystusem. Wyróżniało się ono zaskakująco wysokim standardem życia jak na tamte czasy. Istniała tam m.in. kryta kanalizacja oddzielona od wodociągów a w domach były... spłukiwane toalety. Przyjmuje się, że zostało ono opuszczone po najeździe Ariów. Z końcem tej metropolii wiąże się jednak większa tajemnica. Na jego ulicach znaleziono bowiem wiele nie pochowanych szkieletów, ludzi którzy zginęli nagle (dwa szkielety trzymają się tam za ręce), a poziom radioaktywności ich szczątków był nawet 50 razy większy od normy. Znaleziono tam również stopione cegły i naczynia a także coś w rodzaju epicentrum wybuchu. W pobliżu kręgu o średnicy 30 m znaleziono dużo tzw. czarnych kamieni czyli brył stopionych przez bardzo wysoką temperaturę. Im dalej od epicentrum, tym zniszczenia były mniejsze. To nie jedyna tego typu anomalia na terenie subkontynentu indyjskiego. W Radżastanie w 1992 r. znaleziono podczas prac archeologicznych warstwę radioaktywnego pyłu zalegającego na obszarze 8 km kw.

Czytając starożytny hinduski epos Mahabharata mamy więc mieć prawo deja vu - podobnie jak miał je Robert Oppenheimer. W nim, oraz w innych tekstach z epoki, jest bowiem mowa o wykorzystaniu "boskich broni" użytych podczas regionalnej wojny - wojny Kuruksztera -  w odległych czasach. Podczas tego starcia miało zginąć w ciągu 18 dni 1,8 mld ludzi. Przesada typowa dla dawnych świętych tekstów? Nie da się ukryć, że Mahabharata sprawia wrażenie tekstu, który ktoś próbował na siłę dopasować do realiów swojej epoki. Obok latających pojazdów toczących pojedynki w powietrzu mamy tam bowiem słonie bojowe i wojowników w zbrojach. I mamy dziwnie znajome bronie wywołujące dziwnie znajome efekty:





"Śmiercionośna strzała [...] mierzy trzy łokcie i sześć stóp [około 320 centymetrów] i jest obdarzona mocą pioruna Indry. Posiadała ona moc niszczenia wszystkich żyjących stworzeń."

"Aswatthaman [...] przywołał broń Agneya, której nie mogą się przeciwstawić nawet bogowie [...].Słup światła skrzący się niczym ogień, choć bez dymu, wypełniała wściekłość. Wszystkich, którzy znaleźli się w jego zasięgu, ogarnął mrok [...]. Ciała wielkich słoni bojowych, spalone przez broń, leżały porozrzucane."

"Jeden pocisk wybuchł z całą potęgą świata. Rozżarzony słup dymu i ognia, tak oślepiający jak dziesięć tysięcy słońc, uniósł się w całej swej wspaniałości"

"Ich paznokcie i włosy wypadały, wyroby garncarskie pękały bez widocznego powodu, a wszystkie ptaki zbielały. Po kilku godzinach całe pożywienie zostało zatrute [...]. By uciec przed tym ogniem, żołnierze rzucali się do rzek i strumieni, aby obmyć siebie i swój ekwipunek."

"Wyglądało to, jakby słońce się obróciło. Świat, spieczony ogniem, wydawał się być w gorączce. Słonie i inne zwierzęta lądowe, palone energią tej broni, w popłochu uciekały [...]. Nawet wody były tak gorące, że przebywające w nich stworzenia zaczęły płonąć [...]. Żołnierze przeciwnika upadali jak drzewa w szalejącym ogniu. Ogromne słonie bojowe palone siłą tej broni padały na ziemię, przerażająco rycząc z bólu. Inne, palone ogniem, biegały na wszystkie strony, jakby znajdowały się w środku płonącego lasu. Także rumaki i pojazdy spalone energią tej broni wyglądały jak drzewa płonące w pożarze."

Ale oczywiście to wszystko przejaw bujnej wyobraźni poetów sprzed tysięcy lat, którzy byli tak kreatywni, że wymyślili sobie pocisk o długości kilku metrów, który eksplodował z siłą "tysiąca słońc", wywołując ogromną falę uderzeniową i falę ognia a także skażenie powodujące chorobę popromienną.

Wyjątkowo kreatywna wydaje się być również hinduska kasta kapłańska. Jak czytamy:

"Richard B. Mooney podaje, że brahmińska księga "Siddnanta-Ciromani" posługuje się jednostkami czasu, z których ostatnia, najmniejsza, trutti stanowi 0,33750 sekundy. Uczeni studiujący teksty sanskryckie są zakłopotani, nie mogąc wyjaśnić, do czego służyć mogła w starożytności tak mała jednostka czasu i jak można było ją mierzyć bez odpowiednich instrumentów. Współczesne prymitywne szczepy posiadają dość niejasne pojęcie czasu i nawet godziny mają dla nich stosunkowo niewielkie znaczenie. Trudno więc sobie wyobrazić, by starożytne ludy prymitywne zachowywały się w tym względzie inaczej.
Andrew Thomas w swojej książce "Nie jesteśmy pierwsi" pisze: Według jogi Pundit Kaniah z Ambatturu w Madras, którego spotkałem w roku 1966, początkowo system pomiaru czasu u brahminów był sześćdziesiątkowy, na dowód czego joga cytował wyjątki z "Brihath Sakatha" i innych tekstów sanskryckich. W dawnych czasach doba dzieliła się na 60 "kala", z których każda wynosiła 24 minuty. "Kala" dzieliła się an 60 "vikala", z których każda wynosiła 24 sekundy. Następnymi 60 razy mniejszymi jednostkami były: "para", "tatpara", "vitatpara", "ima" i w końcu "kashta" - jedna trzystamilionowa część sekundy. Do czego starożytnym Hindusom służyć mogły ułamki mikrosekund? Pundit Kaniah wyjaśnił, że uczeni brahmini od zarania dziejów zobowiązani byli do zachowania tej tradycji w pamięci, choć sami jej nie rozumieli.
Jedna trzystamilionowa część sekundy - kashta - nie może naturalnie mieć żadnego sensu praktycznego, jeśli nie dysponuje się urządzeniami, które mogłyby mierzyć czas z taką dokładnością. Z drugiej strony wiadomo, że czas życia niektórych cząstek atomowych: hiperonów i mezonów jest bliski jednej trzystamilionowej części sekundy.
Tablica "Varahamira", datowana na rok 550 naszej ery, zawiera wielkości matematyczne porównywalne z wymiarami atomu wodoru. Czyżby te liczby również przekazano nam z odległej przeszłości? Joga Vashishta twierdzi: Istnieją rozległe światy w pustych przestrzeniach każdego atomu, tak różnorodne, jak pyłki w promieniach słońca. Wydaje się to wskazywać na starożytną wiedzę o tym, że nie tylko materia zbudowane jest z niezliczonej liczby atomów, lecz że w samych atomach, jak dziś wiemy, większa część przestrzeni nie jest wypełniona materią.
Teksty te, pochodzące z dalekiej przeszłości, wskazują więc, iż już wówczas istniała głęboka znajomość fizyki atomowej. Fakt, że brahmini zobowiązani byli pamiętać szereg symboli matematycznych, nie rozumiejąc ich nawet, świadczy o celowo podjętym wysiłku zmierzającym do przekazania wiedzy z zaginionej ery technologicznej. Można sobie wyobrazić pradawnych uczonych, którzy obserwując upadek swojej cywilizacji, zapisywali swoją wiedzę i powierzyli pewnej grupie ludzi odpowiedzialność za przekazywanie jej poprzez wieki, aż do czasu, kiedy znowu stanie się ona zrozumiała."

(koniec cytatu)

Na akademickich historykach takie opisy nie robią oczywiście żadnego wrażenia. "Posługiwali się jednostkami czasu będącymi kilkusetmilionowymi częściami sekundy, bo po prostu potrzebowali tego do celów kultowych. Po ch... to drążyć i przerabiać podręczniki!".



                              


To, że na megalitycznych ruinach w wielu miejscach na świecie znajduje się ślady zeszkleń jest również prosto tłumaczone: tym, że oblegający palili pod murami ogniska. Zeszklenia można znaleźć na murach Hattusy, stolicy państwa Hetytów, na megalitycznych murach w północnej Francji i na tzw. fortach w Szkocji. Ze szkockimi fortami wiążą się legendy mówiące, że stopił je celtycki bóg Lug (od którego imienia ma pochodzić nazwa miasta Legnica). Ślady zeszkleń widać również na cyklopowych murach inkaskiej twierdzy Sacsayhuaman. Teoria mówiąca, że oblegający próbowali stopić wielkie bloki z granitu i bazaltu rozpalając ogniska pod murami nie wytrzymuje tam krytyki, z tego względu, że Sacsayhuaman jest położone na wysokości 3700 m n.p.m. i po prostu w promieniu wielu kilometrów od niego nie ma żadnych drzew, a w samej fortecy jest natomiast bardzo dobry dostęp do wody. Poza tym nie bardzo wiadomo przed kim Inkowie mieliby się tam bronić za tak potężnymi murami. Otoczeni byli przecież tylko przez prymitywne plemiona. 

Historycy starożytności to ludzie obdarzeni bujną wyobraźnią. Muszą ją posiadać, by przy szczupłości materiału źródłowego stworzyć spójną narrację. Narrację, w której jest mowa jedynie o powolnej, linearnej ewolucji cywilizacji - od małpoludów i jaskiniowców, poprzez chatki z gówna, piramidy i megalityczne budowle, znów chatki z gówna aż do starożytnej Grecji i Rzymu do chatek z chrustu w "wiekach ciemnych" wczesnego średniowiecza. Każdy, kto przedstawia alternatywną wizję jest przez nich nazywany człowiekiem "o zbyt bujnej wyobraźni".

A tymczasem nasza wiedza o tym, co się działo na Ziemi tysiące lat temu jest delikatnie mówiąc bardzo dziurawa, a pod piaskami pustyń można nadal znajdywać ślady kwitnących cywilizacji, których nikt nie bada. Z bardzo wielu starożytnych przekazów przeszłość jawi się zaś iście mad maxowsko. Jak czytamy:

"Amerykański etnograf, Baker, odnalazł wśród kanadyjskich Indian legendy mówiące, że kiedyś tam na południu istniały wielkie lasy i łąki, a wśród nich wielkie oświetlone miasta, zamieszkiwane przez ludzi, którzy latali do nieba na spotkanie piorunom. Później jednak pojawiły się demony i wszystkie miasta zostały zniszczone. Pozostały po nich tylko istniejące do dnia dzisiejszego ruiny. Legendy te wywodzą się z objętych wieczną zmarzliną rejonów kanadyjskiej tundry, położonych na dalekiej północy. Odnoszą się one do dawnych epok, kiedy kiedy klimat obecnych obszarów biegunowych odbiegał znacznie od dzisiejszego. Tradycja Indian kanadyjskich przypomina istniejące wśród Majów i Azteków legendy, mówiące o miastach, w których ani w dzień ani w nocy nie gasły światła. Majowie mówili: Ta ziemia (obecnie południowo zachodnia część Stanów Zjednoczonych) stanowi Królestwo Śmierci. Przebywają tam tylko dusze, które nigdy nie będą poddane reinkarnacji (...), ale dawno temu była ona zamieszkana przez starożytne rasy ludzkie. (...)

Sporo legend mówiących o istnieniu wielkiego i katastrofalnego konfliktu w zamierzchłej przeszłości, wskazuje obszary, gdzie zdarzenia te miały miejsce. Okazuje się, że w większości chodzi tu o dzisiejsze pustynie. Szereg takich przekazów pochodzi z terytorium dzisiejszych Chin. Tam też znajduje się część niezbadanej dotychczas w pełni pustyni Gobi, która ukrywa pod swymi piaskami wiele tajemnic. Podobnie w Indiach, w dolinie Indusu, gdzie niegdyś kwitła wspaniała cywilizacja - dziś jest pustynia. Pustynią jest także znaczny obszar południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, który Majowie nazywali właśnie Królestwem Śmierci. W Egipcie Horus przeklął ziemie Seta na tysiące lat - Ogromne obszary Afryki Północnej wraz z Saharą są pustynne. To samo dotyczy także większości terenów na Środkowym Wschodzie - wielkie miasta Babilonii i Sumeru, zrujnowane, spoczywają teraz pod ruchomymi piaskami.
Większa część Australii to także pustynia - rdzenni mieszkańcy wydają się być potomkami ludów niegdyś cywilizowanych. Na niektórych obszarach tej pustyni, gdy w górach zdarzy się ulewny deszcz, woda i szlam przewalają się i dochodzą aż do brzegów płytkiego jeziora Eyre. Przypomina to okres, gdy okolice te były zasobniejsze w wilgoć, gdy żyły tam olbrzymie kangury i diprodonty wielkości nosorożca, jak o tym wspominają legendy tubylców - pisze prof. Alfons Gabriel, znany badacz obszarów pustynnych. Jednak nawet tubylcy zdają się obawiać tych terenów a ich przejście połączone jest z ogromnymi trudnościami, jest tam bowiem strefa, która w języku krajowym nosi nazwę "Narikalinanni", co oznacza "miejsce śmierci i zniszczenia". (...)

Można by stwierdzić, że od niepamiętnych czasów ziemie te wrogie były człowiekowi i ludzkiemu na nich osadnictwu. Ale tak nie jest. Na pustyni Gobi odkryto bowiem ruiny bardzo starych miast, prawie już bezkształtne, ale wszystkie one noszą na sobie ślady działania bardzo wysokich temperatur, pokryte bąblami tego samego rodzaju i postaci, co zaobserwowane w Hiroszimie po wybuchu amerykańskiej bomby atomowej. (...)
A oto co na temat Sahary pisze znawca problemu, prof. Alfons Gabriel: Na pustyni znaleźć można studnie, istniejące od niepamiętnych czasów. Często szyby są zdumiewająco głębokie, w niektórych przypadkach przewyższają 100 m. - i trudno zrozumieć, jak ludzie swymi prymitywnymi narzędziami zdołali je zbudować."


(koniec cytatu)

Skąd jednak w tamtych odległych czasach była technologia pozwalająca na dokonywanie takich spustoszeń. No jak to skąd? Starożytni przecież wyraźnie pisali, że była to technologia ich bogów, którzy przylecieli z Nieba. W dzisiejszych, przepełnionych ateizmem, czasach dawni bogowie nie mają jednak prawa bytu. Nie było ich nigdy. Była powolna ewolucja - od jaskiniowców do Julek.

***

Pentagon oficjalnie przyznał, że nakręcony w 2019 r. film przedstawiający piramidalne UFO latające w pobliżu amerykańskie niszczyciela to autentyk.

Kamery zainstalowane na ISS sfilmowały zaś ponad 100 metrowy trójkąt lecący w przestrzeni kosmicznej. 

***

Pisałem już, że napięcie wojenne wokół Ukrainy to testowanie przez Putina granic, do których może się posunąć pod rządami Bidena. I jak na razie Biden ten test oblewa. Głośno zapowiadana sankcje okazały się słabe. Amerykanie nagle zrezygnowali z posłania dwóch okrętów na Morze Czarne. Putin odrzucił więc propozycję szczytu z Bidenem i rozpoczął blokadę Cieśniny Kerczeńskiej. I będzie testował dalej. Być może Amerykanie go podpuszczają i celowo prowokują do uderzenia na Ukrainę, by później mu dać po nosie. W każdym bądź razie za Trumpa coś takiego by się nie wydarzyło. Trump mówiłby, że Putin to "great guy" i jednocześnie nakładał nowe sankcje, a wszyscy obawialiby się bardziej Trumpa niż Putina widząc w amerykańskim prezydencie świra, który może rozpocząć wojnę pod wpływem kaprysu. Ale cóż, Amerykanom wybrano na prezydenta Pana Magoo. Ale przynajmniej Biden klimatycznie się prezentuje w poniższym klipie.




sobota, 10 kwietnia 2021

Atomowi Bogowie: Zniszczona planeta

 


Ilustracja muzyczna: Harry Gregson-Williams - Life - Prometheus OST

Czy Mars był zawsze Czerwoną Planetą? Współczesna nauka sugeruje, że było tam kiedyś spora błękitnej barwy a sporą część planety zajmował ocean.  Prawdopodobnie Mars miał też kiedyś atmosferę bardziej bogatą w tlen i raczej na pewno wykształciło się tam życie - na razie odkrywane w formie zachowanych w kamieniu mikrobów. Jeśli jednak było na Marsie bardziej zaawansowane życie, to co je zabiło?

W starożytnym Sumerze planetę Mars przyporządkowano Nergalowi, bogowi podziemnego świata i wojny. Grecy i Rzymianie też ją kojarzyli ze swoimi bogami wojny: Aresem i Marsem. Starożytni jednoznacznie kojarzyli więc tę planetę z wojną. Nie wiadomo skąd im to przyszło do głowy.

Współczesne badania wykazały, że w marsjańskiej atmosferze znajdują się niezwykle duże ilości xenonu-129, izotopu, który powstaje w trakcie reakcji nuklearnych. Jego wzrost w ziemskiej atmosferze obserwuje się o 1945 r. - z oczywistych przyczyn: atomosferycznych testów nuklearnych oraz awarii reaktorów atomowych. Na Marsie jest go jednak o wiele więcej. Na powierzchni Czerwonej Planety mamy zaś duże obszary pokryte warstwą izotopów uranu, toru i radioaktywnego potasu. Są dwa ich ogromne skupiska: Mare Acidalium i Utopia Planum. Amerykański fizyk, dr John Brandenburg, sformułował na tej podstawie hipotezę mówiącą, że w tych dwóch miejscach doszło do eksplozji bomb wodorowych o ogromnej mocy.


Jedno z miejsc wybuchów nuklearnych - Mare Acidalium - leży blisko Cydonii, czyli miejsca, gdzie znajduje się słynne wzgórze przypominające twarz, duża piramida, kopiec i ślady czegoś, w czym niektórzy dopatrują się ruin miasta. Wszystkie te obiekty położone są na siatce geograficznej.


Na zdjęciach robionych przez łaziki marsjańskie można w wielu miejscach dostrzec anomalie, takie jak skały z prostymi krawędziami, otwory o regularnych kształtach, piramidalne wzgórza, połamane kolumny i rzeźby. Dopatrzono się tam nawet zerodowanej rzeźby sfinksa stojącej przed bliźniaczymi "zerodowanymi piramidami", rzeźb przedstawiających humanoidalne twarze a nawet czaszek. 








Oczywiście, to według NASA, to jedynie zwykłe skały i złudzenia optyczne. Na Marsie nie ma przecież żadnych starożytnych miast zniszczonych przez eksplozje nuklearne.



Dziwnym trafem jednak CIA interesowała się tymi marsjańskimi "złudzeniami optycznymi". Joseph McMoneagle, amerykański "remote viewer", czyli uczestnik rządowego programu szpiegostwa parapsychicznego, wziął w 1984 r. udział w sesji zdalnego widzenia poświęconej Marsowi. Zachował się z tego dokument, a McMoneagle przedstawił pokrywającą się z nim relację. Kazano mu przyjrzeć się określonym współrzędnym na Marsie w przeszłości - 1 mln lat temu. McMoneagle zobaczył miasto z piramidami, przez który przechodziła burza piaskowa. Widział jego wysokich humanoidalnych mieszkańców ubranych w coś w rodzaju jedwabnych tóg. Miał wrażenie, że ta cywilizacja umiera. Współrzędne, które sprawdzał podczas tamtej sesji odnosiły się właśnie do Cydonii. 

Czy nuklearne eksplozje na pobliskim Mare Acidalium, które przyniosły radioaktywny pył na Cydonię, wydarzyły się wcześniej czy też później? Kto był ich sprawcą? Wielkość tych eksplozji sugeruje, że owa marsjańska cywilizacja została zaatakowana przez kogoś, kto nie miał zamiaru później tam mieszkać. Nie wahał się, by zamienić planetę w czerwoną, nuklearną pustynię. To co przydarzyło się na Marsie, może być jednak wyjaśnieniem Paradoksu Fermiego - tego, że Kosmos jest martwym i milczącym miejscem, pomimo tego, że potencjalna liczba cywilizacji pozaziemskich jest ogromna.

***

A w kolejnym odcinku poszukamy śladów Atomowych Bogów na Ziemi...