Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hamas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hamas. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2025

Kto ma szczęście, a kto nie

 


Propalestyńskie lewactwo w żałobie. Trump z pomocą zięcia i Katarczyków doprowadził do rozejmu w Strefie Gazy. 200 tys. Palestyńczyków wraca na gruzy swoich domów. Niektórzy z nich na wieść o rozejmie skandowali: "Donald Trump!". Lewakom się jednak nie podoba, że Izrael wstrzymał bombardowania. Liczyli na to, że plan pokojowy Trumpa się załamie.

Szczęścia nie mają antyhamasowskie milicje - Izrael je porzucił. W "The Telegraph" ciekawy materiał o dowódcy jednej z takich grup (określającego hamasowców jako "psów"), który liczy na to, że będzie współpracował z Tonym Blairem, mającym być zarządcą Strefy Gazy. Administracja Trumpa szuka w palestyńskiej diasporze chętnych do wzięcia udziału w zarządzaniu dziełem odbudowy.

Irańczycy ostrzegają jednak, że pokój w Gazie może oznaczać fanfary wojenne w Libanie, Jemenie lub uderzenie w sam Iran. No cóż, Amerykanie po coś przerzucili do regionu latające cysterny, a o "dokończeniu Iranu" mówi się od miesięcy.

Niespokojnie jest też na Karaibach, gdzie Amerykanie zebrali swoje siły uderzeniowe. Z przecieków wiadomo, że Maduro obiecywał wcześniej Trumpowi, że otworzy wenezuelski system naftowy i górniczy (kopalnie złota!) na amerykański kapitał oraz zmniejszy związki z Rosją, ChRL oraz Iranem. Trump odpowiedział na to zerwaniem rozmów. Widać opozycja wenezuelska obiecała mu więcej.

W nocy nie Amerykanie nie zaczęli bombardować Wenezueli, ale mieliśmy za to cios w Chiny - zapowiedź podwyżki ceł o 100 pkt proc. w odwecie za chińskie restrykcje na eksport metali ziem rzadkich. Jak trafnie zauważa Krzysztof Wojczal, dopiero teraz zaczynają się właściwe negocjacje amerykańsko-chińskie. 

Nieco wcześniej Trump postraszył Rosję Tomahawkami, na co "Putin" odpowiedział, że Rassija zwiększy swoją obronę przeciwlotniczą :) Jak na razie rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej okazały się gówniane, co pokazał Izrael w trakcie ataku na Iran i pokazuje Ukraina od trzech lat. Ukraińcom udało się wywołać w Rosji mały kryzys paliwowy, wyłączając co najmniej 20 proc. mocy przerobowych rosyjskich rafinerii. Uderzenia te na pewno mają zielone światło z Waszyngtonu.

Tymczasem wyciekły ostatnio dokumenty mówiące o rosyjskich stratach na froncie ukraińskim w okresie od początku 2025 r. do końca sierpnia. Wynika z nich, że:


"Rosja miała stracić 281 550 ludzi, z czego:

86 744 zabitych, w tym 1 583 oficerów i 8 633 więźniów zmobilizowanych z kolonii karnych,

33 966 zaginionych bez wieści, z czego aż 11 427 to również więźniowie,

158 529 rannych, w tym 6 356 oficerów i 16 489 byłych więźniów,

2 311 rosyjskich żołnierzy dostało się do niewoli,

To nie koniec. Rosyjska armia straciła także:

13 145 jednostek sprzętu – bezpowrotnie,

48 458 maszyn wymaga pilnej naprawy – to m.in. czołgi, transportery, artyleria i logistyka.

Średnia miesięczna? Ponad 35 tysięcy ludzi i 7 700 jednostek sprzętu."

Przypomnijmy, że oficjalne szacunki ukraińskiego Sztabu Generalnego mówią, że Rosja poniosła w tym czasie około 292 tys. strat ludzkich. Okazało się więc, że są one niewiele wyższe od strat realnie poniesionych przez Rosję.


Typowy pomnik poległych w rosyjskim miasteczku. Afganistan i Czeczenia - po kilka nazwisk. Ukraina - 188 i dwie puste płyty na dalsze nazwiska.

Ile więc wyniosły straty rosyjskie od początku inwazji? Dziennikarzom BBC i Mediazony udało się ustalić imienną listę (na podstawie nekrologów i doniesień mediów lokalnych) liczącą ponad 135 tys. osób.  Szacunki na podstawie rejestrów spadkowych itp. mówią o 219 tys. zabitych. Moim zdaniem te szacunki są jednak bardzo ostrożne, a prawdziwa liczba zabitych sięga pewnie 420 tys. 

"Ludi u nas mnogo". Zasoby ludzkie Rosji nie są jednak niewyczerpane. O czymś świadczy choćby to, że za zaciągnięcie się do armii oferują jednorazową wypłatę wynoszącą równowartość nawet 73 tys. dolarów i że ściągają na front 25 tys. Kubańczyków. To pokazuje, że Rosja dysponuje wciąż dużymi zasobami finansowymi (bo stosuje MMT), ale ma problemy z materiałem ludzkim.

Mocno wyeksploatowane są też rosyjskie magazyny uzbrojenia. Na początku wojny mieli w nich koło 12 tys. czołgów - teraz zostało im jakieś 2,5 tys. Mocno sięgnęli też po artylerię z magazynów. Znaczna większość ich nowej produkcji, to modernizacja starych maszyn.



Czy Rosja będzie więc w stanie szybko odbudować swoje zdolności ofensywne po wojnie na Ukrainie? 2027 rok jako moment rozpoczęcia nowej wojny wydaje się być mało realny - chyba, że będzie to operacja odciągająca uwagę Zachodu od chińskich działań wobec Tajwanu. Wówczas Ruscy uderzą gdzieś na peryferiach - na przykład w Finlandię. 

Mogę więc po raz kolejny powtórzyć, że jako naród mamy więcej szczęścia niż rozumu. To Ukraina robi za Winkelerida Narodów, a nie my. Oczywiście trzeba się przygotowywać na zagrożenie rosyjskim atakiem - tak jakby Rosja była kilka razy potężniejsza niż jest w rzeczywistości. Trzeba modernizować i dozbrajać armię oraz wzmacniać sojusze. To zmniejszy ryzyko tego, że staniemy się celem nowego ataku. Co by jednak było, gdyby Polaczki w 2019 r. i w 2020 r. zagłosowały tak jak w 2023 r.? Czy mielibyśmy w kluczowych miesiącach inicjowaną oraz koordynowaną przez Polskę akcję wsparcia dla Ukrainy, która pozwoliła jej na skuteczne oparcie się najeźdźcy?

Polscy prawicowcy lubią jojczyć - szczególnie po fakcie. A to Duda czegoś nie zrobił, a to Morawiecki coś zrobił co im się nie podoba... I czasem ta krytyka jest całkowicie zasadna. Ale za to, co oni robili w pierwszych miesiącach rosyjskiej inwazji, będziemy im kiedyś stawiać pomniki. Polski prawicowiec narzeka, że Ukry są niewdzięczne i roszczeniowe, że machają banderowskimi flagami na koncertach, że pokazują "sowiecką kulturę", że muszą wysyłać dzieci do szkół pełnych Ukrów, że Nawrocki zjadł kebaba... Ciesz się jęczybuło, że twe dzieci mają szkołę, która nie została zbombardowana, a na stadionie są koncerty zamiast wielkiego szpitala polowego. No bo różnie mogłoby być, gdyby Ukraina padła po kilku dniach lub gdyby w 2014 r. w Rosja zdołała ją sobie całkowicie podporządkować pokojowo.

Oczywiście nie wykorzystujemy obecnie w pełni szans geopolitycznych i nie reagujemy odpowiednio na zagrożenia. Problem jest oczywiście głębszy, ale w dużym stopniu jest skutkiem demokratycznego wyboru Polaczków, którzy w 2023 r. zachowali się jak w dowcipie: "Wchodzi koleś do baru z wielkim krowim plackiem w dłoniach i mówi - zobaczcie w co omal nie wdepnąłem". W polskiej wersji jego kwestia powinna brzmieć: zobaczcie, w co omal nie wdepnąłem za rządów PiSu. :) Dwa lata tusskowej recydywy wyraźnie bowiem pokazały, że to o co oskarżano PiS okazało się głównie fejkami i pierdołami na tle skali porażającej niekompetencji obecnej ekipy rządzącej. (Pierwsze przykłady z brzegu: KPO i sprawa Pegasusa.) Okazało się, że to za co psy wieszano na pisowskiej TVP, czyli "straszenie Tusskiem" i przypominanie Resetu, to były bardzo trafne i konkretne ostrzeżenia, których infantylne Polaczki nie chciały słuchać. Bo mają pamięć złotej rybki. I co? No i okazało się, że wymarzona libkowska ekipa nie zna się na niczym i potrafi spieprzyć nawet to, co jej przekazano na złotej tacy. Można - i powinno się mieć - do PiSu duże pretensje, że zbyt łagodnie postępował z tymi antypaństwowymi berlińsko-moskiewskimi złogami. Tylko pokazywał o nich prawdę w telewizji, a powinien zapłacić Nayibowi Bukele, by ich przyjął w swoich piekielnych więzieniach w Salwadorze...

Libertarianin Murrey Rothbard stwierdził, że gdy prawica dochodzi do władzy, to zwykle boi się wykorzystać wszystkich środków, które ma do dyspozycji. W odróżnieniu do lewicy, która wykorzystuje te środki i nagina (czy wręcz łamie) prawo, by zgnoić prawicę. To sprawdziło się w przypadku PiSu, brytyjskich konserwatystów i wielu innych prawicowych rządów. Niezależnie co sądzimy o Trumpie czy Netanjahu, musimy jednak przyznać, że oni się "nie opierdalają" i wykorzystują swoją władzę w ostry sposób. No i dlatego libki mają taką sraczkę...

W tym naszym politycznym nieszczęściu (scena polityczna zdominowana przez konflikt koalicji antypaństwowych libków i prawicy rządzącej na pół gwizdka) mieliśmy jednak trochę szczęścia. Załóżmy, że w 2023 r. Morawiecki utrzymałby się u władzy lub powstałby rząd PiS-PSL. W 2025 r. oznaczałoby, że Polaczki byłyby zmęczone PiSem na tyle, że mielibyśmy prezydenta Rafała. I pewnie przedterminowe wybory ze zwycięstwem koalicji lewicowych libków, nie hamowanych przez peeselowców. Zwrotnice historii ustawiły się jednak inaczej i mamy trzaskającą w szwach libkowską koalicję rządzącą oraz Tusska w roli "kulawego kaczora". Od czasu wyborów prezydenckich chodzą pogłoski o naciskach USA na zmianę układu rządzącego w Polsce. Ze względu na to, że silną pozycję w administracji Trumpa mają przedstawiciele syjonozy, to Amerykanie naciskają ponoć, by w nowej koalicji nie było "antysemickiej" Konfederacji. No cóż, przy pajacowaniu autystycznego chłopca Memcena prędzej będzie po kolejnych wyborach koalicja KO-Konfa, niż PiS-Konfa. No chyba, że konfiarskie lasencje zrobią pucz i obalą gejowską mafię, która oplotła ich partię...

***

 Amerykański net żył sprawą socjalistycznego YouTubera od "Młodych Turków", który raził swojego psa prądem za pomocą specjalnej obroży.


Mnie jednak bardziej zaciekawił numer, który zrobiła Ana Kasparian, czyli jedna z prowadzących "The Young Turks" udając chciwego Żyda. Jest ona Ormianką, więc wyglądała w tym numerze niezwykle przekonująco i memicznie :)





sobota, 13 września 2025

Drony, drony, detente z Białorusią i morderstwo Charliego Kirka

 



To, że rosyjskie drony spadły w większej ilości na polskie terytorium, wcale mnie nie dziwi. Takich prowokacji można się było spodziewać od dawna. To typowa moskiewska akcja. Pamiętam jak na moich tegorocznych i zeszłorocznych urodzinach Michał Aleks Orzechowski mówił, że będą nam takie drony i pociski posyłać, by nas postraszyć. Kiedyś prześlą rakietę z jakąś dziwną, kolorystycznie jaskrawą substancją, która na pierwszy rzut oka będzie kojarzyła się z bronią chemiczną, a okaże się ona pastą do zębów.

Nie mieliśmy do czynienia z pomyłkowym wtargnięciem tych dronów w naszą przestrzeń powietrzną, ani z przypadkiem utraty nad nimi kontroli przez Rosjan w wyniku ukraińskiego zakłócania ich systemów naprowadzania. Ruscy szykowali się do tej akcji od miesięcy, umieszczając w dronach polskie i litewskie karty SIM (w feralną noc drony wleciały także na Litwę, co zatuszowano). Tej nocy miały one polskie karty.  Kierowały się one w stronę określonych obiektów, takich jak lotnisko w Rzeszowie, zakłady PGZ czy elektrownia Połaniec.  Nie były to drony z głowicami bojowymi, tylko wabiki Gerbera. Wyposażono je w dodatkowy zbiornik paliwa, by przedłużyć czas ich lotu. Miały też irańskie, w miarę odporne na zakłócenia, czteropasmowe anteny do nawigacji satelitarnej.   Część wleciała do nas znad Białorusi. Początkowo leciało z tamtego kierunku około 50 dronów, ale część zawróciła. 

Czy państwo polskie zdało egzamin? Przypomnijmy kilka rzeczy związanych z dronami.

Niektórzy z Was być może widzieli lata temu odcinek "Beavisa & Buttheada", w którym weszli do bazy wojskowej i zaczęli bawić się dronami latającymi nad Afganistanem, myśląc, że to gra...

Drony nie są zupełną nowością na polu walki. Istniały już w czasie I wojny światowej, ale ich zastosowanie było bardzo ograniczone ze względu na dużą niedoskonałość systemu sterowania. Na dobre zaczęły zadomawiać się w nowocześniejszych armiach w latach 90-tych, ale i wówczas traktowano je jako uzupełnienie dla sprzętu konwencjonalnego. Postzimnowojenne siły zbrojne wciąż stawiały na rozwój uzbrojenia z czasów zimnej wojny - myśliwców kolejnych generacji, nowoczesnych czołgów i pocisków rakietowych. Gdy w czasie wojny w Gruzji, Rosjanie zestrzelili kilka gruzińskich dronów, uznawano to za wielki news w kręgach militarnych nerdów. Sygnałem zmian była wojna o Karabach, podczas której Azerowie umiejętnie wykorzystywali tureckie drony do masakrowania sił ormiańskich, ale i tak drony były wówczas jedynie uzupełnieniem sił konwencjonalnych.

Do przełomu doszło na Ukrainie. Ukraińcy postawili na masowe użycie dronów, bo po prostu brakowało im konwencjonalnego sprzętu. Ruscy postawili na irańskie Szachedy, bo nie chcieli wyprztykać się z Iskanderów i Kindżałów. Dronoza przybrała tam szybko zatrważające rozmiary, uniemożliwiła prowadzenie wojny manewrowej i upodobniła front ukraiński do frontu zachodniego z czasów I wojny światowej. Dron odegrał taką rolę jak ckm, a nawet gorszą - wszak osintowe kanały są pełne filmów pokazujących ataki dronami na pojedynczych żołnierzy. Pojawiły się też odporne na zakłócenia elektroniczne drony FPV sterowane za pomocą światłowodowej szpuli o zasięgu nawet kilkudziesięciu kilometrów. Ukraińskie pola pokryły się światłowodowym "babim latem"...

Pamiętacie historię z pierwszych miesięcy wojny o ukraińskiej babci, która zniszczyła rosyjskiego drona słoikiem ogórków? Musiał to być mały, tani, obserwacyjny Mavic. W przypadku uzbrojonego drona FPV takie działanie byłoby samobójcze. Drony da się jednak niszczyć na wiele sposobów. Problem jednak w tym, że wszystkie armie świata przystosowywały się do niszczenia nie dronów, a "tradycyjnych" rakiet, samolotów i śmigłowców.

Mamy więc jojczenie, że do rosyjskich dronów "ze styropianu" strzelały myśliwce F-35 drogimi rakietami powietrze-powietrze. To miało być "strzelanie z armat do wróbli". Memcen jojczył nawet, że zestrzeliwanie dronów jest "nieekonomiczne". A jakby dron uderzył w zbiorniki z chlorem lub etylenem, albo w elektrownię, to byłoby ekonomiczne czy nie? Tak, tym razem wysłano nam tylko drony-wabiki, ale na radarze nie widać tego, czy mają one głowicę bojową czy nie. No, ale dla Memcena zestrzeliwanie dronów  "się nie opłaca". To po cholerę prowadzi ten swój pub, przynoszący kilkaset tysięcy złotych straty rocznie? Biznesowy Janusz wypowiadający się o opłacalności wojny...

Gdy byłem w czerwcu w Jordanii, obserwowałem nisko lecące myśliwce, które poderwano, do zestrzeliwania irańskich dronów lecących nad Izrael. Tam również strzelano "z armat do wróbli". Amerykanie, ich sojusznicy z NATO i państw arabskich oraz Izraelczycy użyli masę pocisków wystrzeliwanych z baterii rakiet przeciwlotnicznych, samolotów i okrętów, by zestrzelić irańskie drony i rakiety. Nie wszystkie się udało zatrzymać. 

Systemy obrony przeciwlotniczej są wielowarstwowe. U nas niestety działa tylko część z tych warstw. Na rosyjskie samoloty wystarczy, ale na drony nie. Tak samo jest w innych europejskich krajach NATO. I Rosja też okazuje się bezbronna wobec dronów. Wszyscy mają z tym problem. Częściowo przygotowane są do tego tylko Ukraina oraz Izrael. I co? I gdy pojawia się informacja, że nasi żołnierze pojadą na Ukrainę obserwować tamtejsze sposoby walki z dronami, to rozlega się jojczenie, że "wpychają nas w wojnę!". (Niektórzy idioci przekonują nawet, że zestrzeliwanie nad Ukrainą rosyjskich rakiet lecących w naszym kierunku byłoby "aktem agresji" wobec ich ukochanej Rassiji.) A przecież nie powinniśmy zadawać pytania dlaczego nasi żołnierze jadą na Ukrainę z takim zadaniem, tylko pytać: czemu dopiero teraz?!

Jojczenie nigdy nie jest rozwiązaniem. "Dziurę dronową", czyli najniższe piętro obrony przeciwlotniczej, da się obsadzić. Tak mocno krytykowane, zakupione przez Błaszczaka FA-50, mają działka i mogą zestrzeliwać drony. (Tylko przetarg na amunicję opóźniał się za obecnego kierownictwa MON.) Krytykowane AH-64 Apache też mogą posłużyć jako mobilne, powietrzne platformy do zestrzeliwania dronów. Pilnie przydałoby się jednak domknięcie programu Pilica. Nawet stare ZSU-23-4 mogłyby się przydać jako "zapełniacze" broniące obiektów infrastrukturalnych. W przyszłości pewnie pojawią się systemy do niszczenia dronów wykorzystujące lasery oraz impulsy elektromagnetyczne. Drona da się zestrzelić na wiele sposobów (niedawno nawet rosyjskiemu czołgowi udało się trafić drona FPV ze swojej armaty). Dużo większym problemem jest ich wykrywanie. Pomocny okazał się szwedzki SAAB zamówiony przez Błaszczaka, ale amerykańskie aerostaty szybko do nas nie trafią. Rozwiązaniem może być akustyczny system wykrywania dronów, który stosują Ukraińcy - telefony komórkowe na tyczkach, zbierające odgłosy silników Szachedów. I oczywiście gejnerał Goldberg-Różański sabotował zakup systemu SkyCtrl... (Warto też, by Prosiniak-Kamysz odniósł się do pytań doktora Wocha dotyczących systemu antydronowego.)

Słychać również narzekanie na sojuszników, że "kiepsko zareagowali" i że wobec tego pozostaje nam tylko jojczyć, srać i pogodzić się z Rassiją. Tak się akurat składa, że w feralną, dronową noc, naszego nieba broniły niderlandzkie F-35 i to one zestrzeliły większość dronów. (Memcen, Januszu Biznesu, koszty zestrzeliwania w większości pokrył holenderski podatnik, więc nie jojcz, że "to nieekonomiczne".) Wspierał nasz też włoski samolot rozpoznania powietrznego. Francja i Szwecja symbolicznie podesłały nam później parę swoich myśliwców, a Czechy swoje śmigłowce. Niderlandy zadeklarowały, że umieszczą w Polsce w tym roku wielowarstwowy system obrony powietrznej. Silniczki czepiają się wypowiedzi Trumpa o dronach, że "może to była pomyłka" i jednocześnie twierdzą, że zdecydowana reakcja NATO odbyła się "wbrew USA i Trumpowi" - tak jakby cokolwiek w NATO działo się "wbrew USA". No cóż, idiotów u nas nigdy nie brakowało...



Intrygująco brzmi informacja o tym, że białoruski Sztab Generalny ostrzegł nas przed rosyjskimi dronami. Mówił o tym generał Kukuła. Zbiegło się to w czasie z podróżą gen. Kelloga do naszego regionu (którego Zełenski nazwał "najlepszą obroną przeciwlotniczą"). Amerykańscy wysłannicy odwiedzili Baćkoszenkę i przekazali mu miły list od Trumpa. Amerykanie zdjęli też sankcje z białoruskich linii lotniczych Belavia. Baćka wypuścił na prośbę Trumpa 52 więźniów, w tym 3 Polaków. Szkoda że nie Poczobuta i niedawno zatrzymanego zakonnika... Ale i tak można powiedzieć, że mamy oznaki odprężenia. Trump gra na zneutralizowanie Białorusi, a Baćka o to, by Ruscy nie zamienili go na swoją marionetkę. 

Nieco wcześniej doszło do uderzenia izraelskiego lotnictwa w stolicy Kataru. Celem było kierownictwo Hamasu, które przyleciało tam na rozmowy pokojowe. Zamach się nie udał - wszystkie hamasowskie VIPy ocalały, bo zostawiły telefony komórkowe w sali konferencyjnej, zanim poszły do sali modlitewnej. Planowi tego uderzenia sprzeciwiał się Mossad, protestowała część wojskowych. Netanjahu parł jednak do ataku i początkowo myślał nawet o podobnej akcji w Turcji, ale przypomniał sobie o Artykule 5 NATO. Uderzenie w Katar można porównać do uderzenia w Szwajcarię przez Rosję argumentowanego tym, że zaproszona tam na rozmowy pokojowe ukraińska delegacja to "banderowscy naziści". Trump lekko się więc wkurzył na Netanjahu. A Izrael może zapomnieć o odzyskaniu zakładników. Przy okazji warto zwrócić uwagę na kontrast pomiędzy sprawnością izraelskich tajnych służb i lotnictwa, a nieudolnością sił lądowych. Mossad, Aman, IAF: prowadzimy niesamowite operacje wewnątrz wrogich krajów, dekapitujemy irańskie dowództwo i Hezbollah. IDF: eeee, rozwaliśmy wczoraj jeden szpital i meczet, burzymy też bloki mieszkalne w Gazie, by się Hamasowi lepiej broniło w gruzach, walczymy o ten skrawek terenu dłużej niż Amerykanie wyzwalali Filipiny z rąk Japończyków, a niedobitki hamasowców podkładają ładunki wybuchowe w naszych czołgach... A tymczasem w syryjskiej Suwajdzie Izrael oficjalnie wspiera syryjskiego generała, który wcześniej koordynował relację assadowskiej armii z irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej....

W międzyczasie doszło do rewolucji w Nepalu. Młodzi ludzie pogonili rząd stworzony z maoistowskich komuchów, a zrobili to bo komuchy zamknęły im media społecznościowe a wcześniej w złodziejski sposób zarządzali gospodarką kraju. Spłonął parlament, żona premiera udusiła się w płonącej rezydencji, a ministra finansów rozbrano do naga i włóczono po ulicach. Lewary fascynujące się trzecioświatowymi, komuszymi odpadkami są w szoku, że to "kolorowa rewolucja wywołana przez CIA u wrót Chin'. A ja zapytam: a kiedy coś takiego w Europie Zachodniej?



Wszystko to zostało przykryte jednak przez morderstwo Charliego Kirka. Przyznam się, że dotychczas słabo znałem dorobek tego amerykańskiego, konserwatywnego działacza. Wydawał mi się kolesiem o dosyć umiarkowanych poglądach, takich w stylu 2015 r., który kulturalnie a zarazem błyskotliwie debatował z lewarami na uniwersytetach. Bardziej radykalna prawica śmiała się z jego proizraelskiej postawy. Lewary miały jednak przy nim totalny meltdown, słysząc nawet stosunkowo niewinne jego wypowiedzi w stylu: "Taylor, przestań być feministką". Gdy Kirk został zamordowany, lewarstwo dostało jakiegoś dziwnego, radosno-orgazmicznego spazmu. (Przypominającego reakcje naszych lewackich libków po zamordowaniu prezydenta Kaczyńskiego.) No cóż, to tylko potwierdza, że lewary są nie tyle problemem politycznym, co psychiatrycznym. 



Lewacki cuck, który zabił Kirka okazał się być antyfaszystą - czyli przypadkiem psychiatrycznym. Antyfaszysta to bowiem ktoś, kto uważa, że największym zagrożeniem dla świata jest reżim Mussoliniego i jest gotów bić i zabijać osoby, które postrzega jako faszystów, czyli wszystkich na prawo  globalistycznych "elit" chcących obniżyć poziom życia ludziom na Zachodzie. Antyfaszystów powinno się zwalczać w cywilizowanych państwach tak jak wściekłe psy. (A nie wybierać do Parlamentu Europejskiego jak terrorystkę Ilarię Salis. Węgrzy jakoś jej nie załatwili samobójstwa w więzieniu, ani nie przerobili jej tam na warzywo...)  Libki próbują teraz zrobić z tego cucka "prawicowca", tymczasem ludzie, którzy go znali jednoznacznie wskazują, że był on radykalnym lewicowcem, co kontrastowało z prawicowymi poglądami reszty jego rodziny. Typowy, lewacki, antyfaszystowski incel...




Lewary cieszące się ze śmierci Kirka nie zauważają jednej, ważnej rzeczy. Jego zgon przyczyni się do radykalizacji prawicy. Skoro zabiliście kolesia o nieco staroświeckich, republikańskich poglądach z 2015 r., który kulturalnie z wami debatował, to znaczy, że zamykacie drogę do cywilizowanej debaty i chcecie zabić resztę z nas. 












Lewary nie dostrzegły, że poparcie dla powrotu segregacji rasowej w Stanach mocno wzrosło po tym jak wypuszczony z więzienia czarny psychopata z 14 wyrokami zabił w autobusie śliczną ukraińską uchodźczynię Irynę Zarytską. Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, że do mordowania białych przez czarnych dochodzi o wiele, wiele częściej niż czarnych przez białych. Często Czarni popełniają zbrodnie na białych ze szczególnym okrucieństwem. Czarni aktywiści otwarcie też wzywają do eksterminacji białych. Statystyki dotyczące przestępstw popełnianych przez Afroamerykanów są porażające (podobnie jak ich statystyki IQ), a cały rynek nieruchomości w USA opiera się na idei mówiącej, że trzeba znaleźć miejsce do życia "z dala od Czarnuchów, ale nie tak daleko, by jechać 3 godziny do pracy". Amerykanie słyszący Europejczyków jojczących, że w USA jest słabo rozbudowany transport publiczny, pukają się w głowę - "po co nam autobusy, skoro w autobusie można zostać zadźganym przez Czarnucha? Lepiej jeździć samochodem, na co was eurocucków nie stać". Młodzi Amerykanie, widząc jaki syf Czarni robią w szkołach, zaczynają postrzegać jako zbrodnię decyzję prezydenta Eisenhowera, by wymusić za pomocą Gwardii Narodowej desegregację szkół na Południu. Południowcy opowiadający się wówczas za segregacją rasową chcieli bronić swojego stylu życia. Podobnie jak biali mieszkańcy RPA popierający apartheid, robili to, by ich kraj nie stał się kolejnym, zdekolonizowanym, afrykańskim shitholem w stylu Konga. (Lewary często porównują politykę Izraela do apartheidu. Przypominam więc, że apartheid polegał na tym, że biali budowali dla czarnych oddzielne szpitale i szkoły o przyzwoitym standardzie, a Izrael bombarduje tego rodzaju obiekty.) Idee, które jeszcze kilka lat temu byłyby trudne do pomyślenia, zyskują coraz większą popularność. Okno Overtona nie przesunęło się w prawo - ono zostało rozbite w drobny mak przez głupią politykę libkowskich rządów. 



sobota, 23 marca 2024

Rosja wygrywa z Rosją

 


Powyżej: Zidentyfikowano trzech pierwszych sprawców zamachu w Krasnogorsku.

Moją pierwszą reakcją na zamach na salę koncertową Crocus w Krasnogorsku pod Moskwą była myśl: "Coś im musiało nie stykać w prawdziwych wynikach wyborów prezydenckich... Zapewne oskarżą o to Rosyjski Korpus Ochotniczy".

Tak się akurat składa, że od ponad tygodnia w obwodach biełgorodzkim i kurskim walczą grupy dywersyjne takich okrytych chwałą jednostek jak Rosyjski Korpus Ochotniczy, Legion Wolna Rosja i Batalion Syberia. Pierwszego dnia tej operacji kremlowska propaganda twierdziła, że "wszystkich dywersantów zabito na granicy", ale dziwnym trafem donosi wciąż o "zwycięskich walkach" przeciwko nim. Sami rosyjscy ochotnicy wrzucają do netu fotki pokazujące ich obecność w różnych miejscowościach zaatakowanych regionów, a Rusnia nagle postanowiła ewakuować z obszarów przygranicznych 9 tys. osób. Można się więc domyślać, że rosyjska inwazja na Rosję nie została powstrzymana przez siły podległe Kremlowi.

Zapijaczony żul i zarazem dwunożny kawałek gówna Miedwiediew rzeczywiście obwinił "reżim kijowski" za wczorajszy zamach, a FSB twierdziła, że sprawcy "mieli kontakty na Ukrainie". Oczywiście ledwo co ich złapała. Do scenariusza przewidującego atak "ukraińskich faszystów" na teatr (czyli do mutacji scenariusza znanego z prowokacji na Dubrowce) kremlowska propaganda już dawna Moskali przygotowywała. Rosyjskie opozycyjne portale pisały natomiast o szykowanej nowej fali mobilizacji, w ramach której ma zostać powołanych 300 tys. osób. 

ALE...

"Putin" miał w piątek w nocy wystąpić z orędziem. Nie wystąpił. Nie miał więc z góry przygotowanej wersji propagandowej. 

Niedawno zapewniał on, że "nie będzie żadnych zamachów terrorystycznych w Moskwie". Oficjalnie zidentyfikowani sprawcy pochodzili z Tadżykistanu. Ledwo co, bo w zeszłym miesiącu, "Putin" spotkał się z tadżyckim prezydentem i zapewniał o wspaniałej współpracy z nim. Oczywiście to polityka Putina otworzyła szeroko drzwi do Rosji dla wszelkiego rodzaju imigrantów z Azji Środkowej, Bliskiego Wschodu i Afryki. Oczywiście część z tych imigrantów razem z Baćkoszenką i różnymi polskojęzycznymi agentami oraz pożytecznymi idiotami próbowała przerzucać przez naszą granicę. Karma więc wraca...

Co więcej FSB pozwalała rosyjskim muzułmanom jeździć do Syrii, by zasilać szeregi Państwa Islamskiego. A później pozwalała im wracać do Rosji. Oczywiście miała cały czas przeświadczenie o tym, że kontroluje sytuację. Tymczasem była zbyt zajęta ściganiem zwolenników Nawalnego oraz organizowaniem gejowskich orgii, by zajmować się islamskimi fundamentalistami. 

Do zamachu jakoby rzekomo przyznała się organizacja ISIS-K (czyli Państwo Islamskie Chorezmu), która jak dotąd walczyła głównie przeciwko talibom oraz Iranowi. To ona dokonała niedawnego zamachu na uroczystościach upamiętniających irańskiego gen. Sulejmaniego - w odwecie za który popierdoleni Irańczycy zbombardowali... iracki Kurdystan i Pakistan. 

Tak się akurat złożyło, że kilka tygodni temu amerykańskie tajne służby ostrzegły FSB, że ISIS-K szykuje zamachy w Moskwie, w tym na koncerty. FSB olała to ostrzeżenie, wobec czego Amerykanie wydali komunikat, w którym wzywali swoich obywateli, by unikali w Moskwie miejsc, w których zbierają się tłumy. Twitterowi analitycy pisali wówczas: "Ciekawe, czy rzeczywiście dojdzie do pierwszego ataku ISIS-K w Rosji."

Jurij Felsztyński twierdzi, że zanim Amerykanie ostrzegli Rosję przed zamachem szykowanym przez ISIS, FSB twierdziła, że Ukraińcy i NATO przygotowują zamach w Moskwie. To dało pewność Amerykanom, że sama FSB szykuje prowokację, więc zdecydowali się na ruch uprzedzający: publiczne ostrzeżenie przed zamachem w rosyjskiej stolicy. Takie to wielopiętrowe rozgrywki służb...

W nadchodzących dniach będziemy zapewne świadkami tego jak kremlowska propaganda będzie dokonywała fikołków i łamańców logicznych, by wykazać, że terroryści z Tadżykistanu byli powiązani z Czeczenami, Rosyjskim Korpusem Ochotnicznym, Nawalnym, ukraińskim wywiadem wojskowym, służbami specjalnymi Litwy, Rumunii, Polski, Francji, Wielkiej Brytanii oraz USA. 

Zachowanie cwelotrolli z Olgino jest równie przewidywalne. Będą pisać, że ISIS=CIA, Mossad i "banderowcy". Z góry więc ostrzegam: DARUJCIE SOBIE, BO JUŻ WIEMY, CO NAPISZECIE. NIECH NIKT NIE ODPOWIADA NA SPAMUJĄCE KOMENTARZE, BO BĘDĄ ONE USUWANE. Może tylko co głupsze zostawię, by się z nich pośmiać.

***

Ktoś w komentarzach pod poprzednim wpisem narzekał, że nie piszę ostatnio nic o wojnie w Strefie Gazy. A co mam pisać? Konflikt trwa już ponad pięć miesięcy. W jego trakcie Izrael zgruzował i zajął ponad dwie trzecie Strefy Gazy. Walki były monotonne i mało spektakularne, a z pola bitwy wyciekało niewiele filmów. Straty poniesione przez wojsko izraelskie przekroczyły 600 zabitych, więc można je uznać za "akceptowalne". Nie udało się jednak całkowicie zniszczyć Hamasu, pomimo zabicia części jego dowódców. Hamas ponownie przejmował kontrolę nad gruzowiskami opuszczanymi przez wojska izraelskie. Znaczna większość zakładników wciąż znajduje się w rękach Hamasu. Tych, których uwolniono, odzyskano głównie w wyniku negocjacji. Palestyńska ludność cywilna poniosła ciężkie straty, ale zapewne sporo mniejsze od tych podawanych oficjalnie. Te oficjalne są na pewno lipne - liczba zabitych rośnie tam zgodnie z algorytmem, niezależnie od tego czy danego dnia toczą się walki czy nie.  Bidenowi nie udało się obalić Netanjahu, ale Netanjahu wraz z Saudyjczykami nie może się doczekać obalenia Bidena, który traci poparcie z powodu swojego proizraelskiego stanowiska. Ogólnie większość rządów arabskich po cichu cieszy się z tego, że Izrael niszczy proirański Hamas.

Ogólnie: wojna Izraela z Hamasem nie jest naszą wojną i żadna z jej stron nie zasługuje na to, by jej kibicować. To jak obserwowanie walki gangów-kanibali na Haiti. Oczywiście w Europie Zachodniej się tym mocno ekscytują starciem bliskowschodnich plemion. No, ale skoro burmistrzem Londynu i premierem Szkocji są Pakistańczycy, a premierem Wielkiej Brytanii Hindus, no to trudno się dziwić, że czują się związani emocjonalnie z tym shitholem...

***

Nie wiem, czy w przyszłym tygodniu będę miał czas zrobić wpis, więc tradycyjnie życzę Szanownym Czytelnikom Wesołych Świąt Wielkanocnych!



sobota, 3 lutego 2024

Szarada z Iranem, Taylor Swift, Travis z Kielc i prawdziwa incepcja

 


Ilustracja muzyczna: Taylor Swift - Blank Space

Nikołaj Patruszew, obecny wielkorządca Rusni, ponoć stwierdził, że administracja Bidena to najsłabsza i najbardziej niekompetentna ekipa rządząca USA od 100 lat. Nie podejmuje się ocenić jego opinii, ale faktem jest, że wrogowie Ameryki wyraźnie dostrzegają w tej ekipie słabość, która ośmiela ich do agresywnych działań. Gdyby tak nie było, Rosja nie szykowałaby się na przełomie 2021 i 2022 r. na triumfalny marsz na Ukrainie. Co prawda w pierwszych miesiącach wojny władze USA zrobiły wiele, by odbudować obraz swojej potęgi, ale później rozgrzebały wojnę, dozując Ukrainie sprzęt, tak by nie wyrządziła Rosji zbyt wielkiej krzywdy, a zamiast ukarać Niemcy  za długoletnie konszachty z Moskwą i osłabianie europejskiej obrony postanowiła znów zrobić z tego wiarołomnego "sojusznika" filar bezpieczeństwa w Europie i na zachętę przekazała mu Polskę. (Ten ostatni aspekt podsumował Marcin Kędryna obśmiewając Mareczka Brzezińskiego: "Po radości, która zapanowała w Waszyngtonie 15 października ubiegłego roku, przyszła refleksja, że po zmianie władzy, sytuacja w Polsce się zmienia i że niekoniecznie będzie tak, że interesy robi się łatwo, tyle że z fajniejszymi partnerami, gdyż fajniejsi partnerzy mają swoich kolegów, z którymi mogą woleć robić interesy. Do tego przecięte zostaną budowane przez lata bezpośrednie połączenia pomiędzy ludźmi i instytucjami. Spora część transoceanicznej komunikacji odbywała się bez udziału ambasady. Ludzie po prostu do siebie dzwonili i załatwiali sprawy. Teraz się to miało zmienić. Później pojawiły się wyraźne sygnały, że z amerykańskimi interesami może wcale nie być dobrze. Dyskusje o lokalizacji elektrowni jądrowych, wizyty Francuzów, dziwne sygnały w sprawie kontraktów zbrojeniowych. Ekscelencja uspokajał. Tłumaczył, że wszystko jest w porządku, bo przecież już dawno nawiązał kontakty z nową władzą. Centrala cisnęła. Stąd jego obchód i zdjęcia, które ministrowie robili sobie jak z gubernatorem."). 

Po tym spadła Bidenowi na głowę seria konfliktów na Bliskim Wschodzie. 7 października - akurat na urodziny Putina - Hamas zaatakował Izrael i to w taki sposób, by sprowokować jego najbardziej bezwzględny odwet i totalne zniszczenie miast w Strefie Gazy. Obrazki martwych palestyńskich dzieci zestawione z poparciem administracji dla Izraela zmobilizowały amerykańską młodzież do skandowania "F*ck Joe Biden!" na antysyjonistycznych demonstracjach. Od Bidena odwrócił się też elektorat arabski, stanowiący klucz do zwycięstwa w ważnym stanie Michigan. Nawet jeśli połowa tamtejszych muslimów nie zagłosuje na Śpiącego Joe, to głosy elektorskie z tego stanu zgarnie Trump. Nieporadność administracji w konflikcie Izraela z Hamasem (wspiera ona Izrael, ale jednocześnie błaga go, by zakończył operację w Gazie) sprowokowała Irańczyków, by podpuścili Hutich do atakowania żeglugi międzynarodowej na Morzu Czerwonym. Wspierane przez Irańczyków grupy terrorystyczne z Iraku i Syrii ostrzeliwały też od dłuższego czasu amerykańskie bazy. Było to głównie "strzelanie na wiwat", w którym starano się nie wyrządzić większych szkód. (Iran w "proteście przeciwko izraelskim zbrodniom" zbombardował też... iracki Kurdystan oraz Pakistan.) Irańczycy z jednej strony zobowiązali się, by pomóc Moskwie odciągnąć uwagę USA od Ukrainy, ale z drugiej sami obawiali się bezpośredniej konfrontacji z USA lub z Izraelem. Konsternację w Teheranie musiało więc wywołać udane uderzenie dronem Shahed w amerykańską bazę Tower 22 w Jordanii, w którym zginęło trzech amerykańskich żołnierzy a kilkudziesięciu zostało rannych. Atak się udał w wyniku zbiegu okoliczności - Amerykanie czekali wówczas na powrót swojego drona i pomylili z nim irańskiego. Po tym udanym ataku, szef proirańskiej grupy Kataib Hezbollah uciekł z Syrii do Teheranu, a w jego ślad poszli wysokiej rangi oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Administracja Bidena wspaniałomyślnie dała im kilka dni na ewakuację. Bombardowania 85 celów w Syrii oraz Iraku przeprowadziła dopiero w nocy z piątku na sobotę, jakoś mało się chwaląc co zostało trafione. Mamy więc do czynienia z działaniem pro forma i ustawką. Mocno to kontrastuje z trafną decyzją Trumpa o odstrzeleniu generała Sulejmaniego. 

Atrakcje organizowane Bidenowi przez sojuszników Rassiji jeszcze się nie skończyły. Groźne pomruki wydaje Korea Północna. , a Maduro właśnie wyrzucił do kosza porozumienie z USA dotyczące przeprowadzenia wolnych wyborów. Same sukcesy... W takich momentach zwykle pojawia się pilne zapotrzebowanie na temat zastępczy. Na operację psychologiczną mającą odbudować poparcie dla władzy. 

I stąd z pozoru absurdalna teoria o tym, że Taylor Swift jest w centrum tej operacji, mającej przynieść Bidenowi reelekcję.



Jak wiadomo Taylor Swift to bardzo popularna piosenkarka, mająca olbrzymią bazę szalonych fanek i fanów. Taylor jest znana z tego, że śpiewa o swoich nieudanych związkach. (Polecam odcinek "Family Guya", w którym jej chłopakiem zostaje Chris Griffin :) Ostatnio jednak szczęśliwie się związała z futbolistą Travisem Kelce. (Ciekawe, czy urzędnik w imigracyjnym pomylił rubryki i nadał jego przodkom nazwisko "Kielce". Może Chehelmut wie coś więcej? :) Vivek Ramaswamy, do niedawna republikański kandydat na prezydenta, twierdzi jednak, że ich związek to fejk. Cały ich romans został wyreżyserowany i podobnie ustawiony będzie Super Bowl. Popularność Travisa z Kielc i Taylor Swift ma pomóc Bidenowi zdobyć reelekcję.


Brzmi jak szalona QAnonowska teoria spiskowa? No cóż, Biden bardzo chce, by Taylor dla niego zaśpiewała.  Chętnie by ją pewnie obmacał i obwąchał :) Trump się jednak nie przejmuje ewentualnym poparciem Taylor Swift dla Bidena. Twierdzi, że jest od niej popularniejszy. 

Prorokiem po raz kolejny okazał się Kanye West - gdy w 2009 r. Taylor dostała nagrodę MTV VMA, Kanye przerwał je wystąpienie sugerując, że nie zasłużyła na tę statuetkę :)

***

Bardzo rzadko śni mi się coś, co później pamiętam. Baaardzo rzadko. Sen, który miałem kilka miesięcy temu idealnie wpisywał się jednak w temat dzisiejszego wpisu. Doszło do niego w nocy z 1 na 2 listopada, czyli z Wszystkich Świętych na Dzień Zaduszny. Ciekawa data, co nie?

Śniło mi się, że byłem gdzieś na polskiej prowincji, na ciut spalonej Słońcem łące graniczącej z lasem i drogą. Może w Kieleckim, bo gleba była dosyć piaszczysta :)  Siedziała tam grupka ludzi. Nie pamiętam o czym rozmawiali. Snuła się między nimi wysoka dziewczyna w kombinezonie kierowcy (z odsuniętym suwakiem, by podkreślić biust), w czerwonej czapeczce, spod której wychodziły blond loki. Po prostu snuła się, uśmiechała i nic nie mówiła. Ludzie naokoło mówili jednak, że to Taylor Swift.  

Kilka dni później znów mi się śniło, coś co zapamiętałem - co już samo w sobie było wielką anomalią. (Nigdy wcześniej nie miałem snów, w tak krótkim odstępie czasowym!) Sen zaczął się jak koszmar - drogę zastąpił mi trans w sukni wieczorowej, który chciał mnie poderwać. Powiedziałem mu, że nie jestem zainteresowany i poszedłem dalej. Obraz stał się wówczas czarnobiały. Byłem na wzgórzu z którego rozciągał się widok na rozlewisko szerokiej rzeki. Słyszałem, że to Nowy Jork w 1944 r. Przypominało to jednak bardziej widok na Dunaj i Sawę z belgradzkiej twierdzy Kalmegdan. Nagle pojawiła się młoda kobieta w mundurze armii amerykańskiej z czasów drugiej wojny światowej. Tylko buty miała jakieś takie bardziej cywilne i wyjściowe. Szła nic nie mówiąc i się uśmiechając. Jako jedyna była w kolorze. Włosy miała pod czapką jasne czy nawet rudawe. Miałem wrażenie, że to ta sama postać, co w poprzednim śnie. Bardzo chciałem ją pocałować.

Obraz "Taylor Swift" jako tajnej agentki Pentagonu - i to jeszcze w kontekście kampanii Trumpa (czerwona bejsbolówka) pojawił się więc w moich snach na kilka miesięcy przed pojawieniem się podobnej teorii. Aż mi się to skojarzyło z filmem "Incepcja" i z zasiewaniem idei w snach. Czyżby ktoś próbował się włamać do mojego umysłu jako wytrych wykorzystując taki kobiecy archetyp?

Z dziwną próbą "incepcji" miałem do czynienia też na kilka miesięcy przed rosyjską pełnoskalową inwazją przeciwko Ukrainie. Śniło mi się, że zostałem aresztowany na ulicy w Moskwie. Podczas aresztowania był Putin, a ja śmiałem się, że jest taki niski :) Później przesłuchiwała mnie jakaś stara kagiebistka w mundurze oficerskim - przypominając postać z "Pozdrowień z Moskwy" z serii o Bondzie. Mówiła do mnie: - Co ty sobie myślisz?! My czytamy wszystko, co piszesz i bardzo się to nam nie podoba! Igrasz z ogniem! Nawet nie wiesz, jak jesteśmy wszechmocni! 

Wówczas spytałem: - Naprawdę jesteście wszechmocni? To w takim razie, czemu upadł Związek Sowiecki? Przecież wszyscy przysięgaliście, że będzie bronić sowieckiej konstytucji i nawet, że oddacie w jej obronie życie. Więc co? Może nie jesteście tacy wszechmocni. Albo wszyscy byliście zdrajcami!

Kagiebistka nie potrafiła odpowiedzieć na moje argumenty. Zostałem więc wypuszczony na wolność.

Kilka dni po śmierci ks. Isakowicza-Zaleskiego miałem inny ciekawy sen. Byłem gdzieś w Małopolsce, na malowniczej prowincji, w budynku przypominającym domek drożnika. Byli też tam Paweł Zyzak i o. Tadeusz Rydzyk. W pewnym momencie Zyzak (którego cenię jako historyka) zanucił "Barkę", mówiąc wcześniej, że to na cześć zmarłego ks. Isakowicza-Zaleskiego. Zdegustowany o. Tadeusz mu przerwał i stwierdził: - On nie zasłużył na piosenkę. 

sobota, 18 listopada 2023

Jak Izrael dał się zaatakować Rosji i Chinom

 


7 października, czyli dzień spektakularnego ataku Hamasu na Izrael, to data szczególna. To dzień urodzin Władimira Putina. Kiedyś na ten dzień zrobiono mu prezent w postaci zabójstwa Politkowskiej. W tym roku - na ostatnie urodziny w jego życiu - zafundowano mu dużo większy podarek. Atak Hamasu był dla niego iście darem z niebios. Odwrócił bowiem uwagę USA i dupokratycznego Zachodu od wojny na Ukrainie.

Oglądając w rosyjskiej TV relacje z wojny w Strefie Gazy można zwrócić uwagę na jeden ciekawy szczegół. Bardzo dużo pokazywanych tam Palestyńczyków dobrze mówi po rosyjsku. Mówią zwykle z bliskowschodnim akcentem, ale słownictwo mają dobre. Posługują się językiem Puszkina lepiej niż Kadyrow. Oczywiście Arabowie mają zdolności do nauki języków obcych. Poświadczy to każdy, kto odwiedził jakikolwiek ośrodek turystyczny w tym regionie. Gaza nie jest jednak ośrodkiem turystycznym. Częsta znajomość rosyjskiego wśród jej mieszkańców jest więc najprawdopodobniej wynikiem edukacji odbytej w Moskwie lub działalności rosyjskich organizacji na miejscu.

Jest niezaprzeczalnym faktem, że Hamas jest sojusznikiem Rosji. Jego przywódcy wielokrotnie odwiedzali Moskwę. Poparli też rosyjską inwazję na Ukrainę.  Hamasowcy posługują się często rosyjską bronią i prawdopodobnie byli szkoleni z taktyki przez rosyjskie prywatne firmy wojskowe. Według ukraińskiego wywiadu wojskowego, Rosja została powiadomiona o planowanym ataku na Izrael i wcześniej przekazała Hamasowi też broń zdobytą na ukraińskich polach bitew. Atak Hamasu był w oczywisty sposób skoordynowany z nieudaną rosyjską ofensywą pod Awdijewką.

Hamas używa też broni chińskiej i północnokoreańskiej produkcji. Oczywiście Chińczycy zaprzeczają, by zbroili tę organizację. Broń made in China miała zostać dostarczona do Strefy Gazy przez Iran (bliskiego sojusznika Rosji i Chin). To, że hamasowcy korzystają z chińskiego sprzętu komunikacyjnego też da się wytłumaczyć jego taniością i łatwą dostępnością. Dużo trudniej jednak wyłgać się z tego, że chińskie państwowe banki prały pieniądze Hamasu.  Izraelski kontrwywiad Szin-Bet natrafił na tą aktywność, ale sprawę zamieciono pod dywan, by nie narażać relacji z Chinami. Szekle okazały się ważniejsze od bezpieczeństwa kraju.

Ciekawy trop podali też przedstawiciele chińskiej opozycji. Mohamed Deif, dowódca Brygad al-Kasama, strateg ataku z 7 października, miał zostać wysłany w 1996 r. do Chin, gdzie studiował w akademii wojskowej. Jego druga i trzecia żona rzekomo pochodziły z chińskiej mniejszości Dongxiang (posługującej się językiem mongolskim z wieloma zapożyczeniami z arabskiego). Zaznaczam jednak, że nie zostało to potwierdzone w żadnych innych źródłach.

Można powiedzieć, że Izrael zapłacił za głupią politykę prowadzoną przez Netanjahu i obecną opozycję (Lapida i Katza). Izraelscy politycy prześcigali się w ostatnich latach we włazidupstwie wobec Moskwy. Nie chcieli pomagać Ukrainie, podczas wojny w Gruzji przekazali Moskalom kody źródłowe do dronów używanych przez Gruzinów (!), pozwolili na to, by ich kraj stał się bezpieczną przystanią dla rosyjskiej mafii oraz oligarchów, umizgiwali się do Rosji dyplomatycznie i koordynowali z nimi swoją politykę historyczną, w tym szczekanie na Polskę. Nie chcieli słuchać amerykańskich ostrzeżeń w sprawie Huawei, a za to chcieli przekazać Chińczykom część strategicznego portu w Hajfie (ostatecznie Hindusi zapłacili więcej za dzierżawę i port trafił do nich). Izrael płaci więc obecnie za politykę przymilania się do swoich wrogów.

Jeden z komentatorów z mojego bloga (Odkrywca) zastanawiał się niedawno nad tym, czy wyciek planów przesiedlenia Palestyńczyków ze Strefy Gazy na Synaj nie jest czasem operacją psychologiczną mającą na celu złamanie palestyńskiego morale. Częścią tej operacji byłoby też straszenie przez jednego z izraelskich ministrów zrzuceniem bomby atomowej na Gazę. Ten sam minister snuł też jednak plany przesiedlenia Palestyńczyków do... Irlandii. Sądząc po wypowiedziach i zachowaniach wielu innych przedstawicieli rządu Netanjahu można odnieść wrażenie, że w jego skład wchodzą ludzie, którzy uciekli z zakładów psychiatrycznych.  

Ich silną obecność w rządzie można wytłumaczyć beznadziejną ordynacją wyborczą, która sprawia, że do Knesetu dostają się przedstawiciele partyjek mających śladowe poparcie. O ile więc w obecnym Sejmie większość wisi na PSL, a w poprzednim na Porozumieniu, Kukiz'15 czy Polskich Sprawach, tak przy izraelskiej ordynacji wyborczej wisiałaby na Kamratach. O tym, że izraelska polityka jest współtworzona przez wariatów świadczy choćby to, że podczas rozmów koalicyjnych jedna z ortodoksyjnych partyjek domagała się, by zaprzestać... produkcji prądu w szabat! No cóż, ludzi z zaburzeniami psychicznymi jest bardzo dużo nie tylko w Izraelu. Obserwując polskie społeczeństwo też można dostrzec ten trend. 


sobota, 4 listopada 2023

Putin jest martwy jak Elvis?

 


Zacznijmy od tego, co wiemy na pewno. Japońscy naukowcy użyli zaawansowanej technologii rozpoznawania twarzy i głosu, by przyjrzeć się różnym wystąpieniom publicznym Putina. Wyszło im, że Putin z wizyty na moście krymskim był jedynie w 53 proc. wizualnie podobny do Putina odbierającego 9 maja paradę na Placu Czerwonym, a Putin z mostu krymskiego był zaledwie w 18 proc. podobny do Putina odwiedzającego Mariupol. Również analiza głosu wykazała, że to trzy różne osoby. Możemy więc uznać za niezaprzeczalny fakt, że Putin ma co najmniej dwóch sobowtórów, którzy zastępują go podczas wystąpień publicznych. Szczególnie wystąpień w bardziej ryzykownych miejscach.

W zeszły piątek kanał Generał SWR podał, że Putin zmarł 26 października o 20.42 w swojej rezydencji w Wałdaju. Jego zwłoki włożono do zamrażarki z jedzeniem. Dzisiaj (w sobotę 4 listopada) miała się odbyć skromna ceremonia pamięci i kolacja dla "żałobników". Putin jest zastępowany przez sobowtóra, a de facto rządzi kumpel generała Kozieja, czyli Patruszew. Powszechnie uznano to za wrzutkę mającą ośmieszać przecieki o złym stanie zdrowia Putina i o jego sobowtórach, bądź też mającą za zadanie sprawdzić jak duże jest poparcie społeczne dla rosyjskiego prezydenta.

I też bym to uznał za wrzutkę, gdyby nie pewne zmiany w rosyjskiej propagandzie, które dostrzegłem w ostatnich dniach. Przede wszystkim telewizja mało pokazuje tam Putina. Wcześniej każde wydanie "Wiesti" pełne było relacji o tym kogo to Putin spotkał, z kim rozmawiał, których ministrów opieprzał, który wychodek otwierał... Przez ostatni tydzień Putin pojawił się w wiadomościach trzy razy. Najpierw było wystąpienie w sprawie wydarzeń na lotnisku w Machaczkale. Potem spotkanie z prezydentem Gwinei Równikowej. A w piątek wystąpienie na forum w Moskwie, przed starannie dobraną publicznością, gdzie mówił m.in.: "Nasi przodkowie zwrócili się ku ordyńcom przeciwko najeźdźcom z Zachodu, bo ordyńcy szanowali naszą kulturę". Każde z tych wystąpień było w warunkach ściśle kontrolowanych, bez żadnego ryzyka. Wyglądało to wszystko na próbę przyzwyczajenia Rosjan, że Putin będzie się rzadziej wypowiadał i że nie jest już tym wszechwładnym przywódcą, co dawniej. Możliwe również, że uznano, że nie warto ryzykować posyłania głównego sobowtóra na wystąpienia z udziałem tłumów. Jeśli mu się coś stanie, trzeba będzie go zastąpić sobowtórem nieco mniej podobnym.


 

Drugi ciekawy akcent w propagandzie: W czasie gdy narastały plotki o śmierci Putina, Szojgu brylował w Pekinie na konferencji bezpieczeństwa. Miał na sobie iście marszałkowski mundur. Choć jego wystąpienie tam było dosyć konfrontacyjne (tak pokazywano je w rosyjskiej telewizji), to znalazł się w nim również ciekawy akcent: oferta negocjacji z Zachodem.

Akira Kurosawa w filmie "Sobowtór" przedstawił historię, w której poległy pan feudalny jest zastępowany przez sobowtóra, będącego wcześniej drobnym rzezimieszkiem. Być może opierał się na legendzie mówiącej, że szogun Ieyasu Tokugawa zginął w 1615 r. podczas oblężenia Osaki i był później przez blisko rok zastępowany przez sobowtóra. Tak się akurat składa, że Ieyasu ma dwa groby - jeden w małej kapliczce w Osace, a drugi w mauzoleum w Nikko. Przedstawiałem tu też kiedyś teorię mówiącą, że Hitler pod koniec lipca lub na początku sierpnia 1944 r. zmarł z ran odniesionych w zamachu w Wilczym Szańcu i został 3 sierpnia 1944 r. pochowany w Mauzoleum Hindenburga w Olsztynku. Do 30 kwietnia  1945 r. (a możliwe, że później na emigracji też) zastępował go sobowtór. (Teorię tę uprawdopodobniła informacja o tym, że Hitler na jesieni 1944 r. przeszedł operację "wycięcia polipa ze strun głosowych". Ów polip miał pojawić się po zamachu z 20 lipca i sprawiać, że głos Hitlera brzmiał nieco inaczej.) Być może więc za około rok usłyszymy oficjalny komunikat o śmierci Putina. Wyprawi mu się państwowy pogrzeb pod murem Kremla. A w tym czasie będą paliły się znicze na drugim grobie Putina w ogródku rezydencji w Wałdaju...

Niezależnie od tego, czy Putin żyje, czy nie, mogliśmy zaobserwować w ostatnich miesiącach pewne pozycjonowanie się niektórych rządów na ewentualność jego śmierci i nowego ułożenia stosunków z Rosją. To by tłumaczyło choćby zwrot w polityce Bidena. To, że zaproponował on von den Leyen (karykaturalnej postaci, która niszczyła wcześniej Bundeswehrę) stanowisko sekretarza generalnego NATO - w kontrze do kandydatury byłego brytyjskiego ministra obrony Bena Wallace'a - sugeruje, że jednak USA chcą ułożyć ład w Europie przy współpracy z jej największą gospodarką. Wizja narzuconego Ukrainie rozejmu zamrażającego konflikt, tłumaczy natomiast zwrot Zełenskiego ku Niemcom, a także wsparcie ambasady USA dla naszej dotychczasowej proniemieckiej opizdycji. (Dodajmy do tego przyspieszenie przez UE procesu federalizacji oraz działania papieża-peronisty mające na celu demontaż Kościoła katolickiego, m.in. przez jego regionalizację, w ramach której nasz episkopat będzie podległy tym turbogejowskim zjebom z Niemiec.)  Oczywiście ta strategia USA jest bardzo dziurawa. Zakłada, że Niemcy chcą lojalnie współpracować z USA i że problem z Rosją był wyłącznie problemem personalnym, tyczącym się Putina. 

Większej nadziei nie dają też przyszłoroczne wybory w USA. Kolesie od MAGA z Kongresu są niechętnie nastawieni do udzielania pomocy dla Ukrainy, choć chętnie trwonią pieniądze amerykańskich podatników wysyłając je do Izraela, czyli państwa zamożnego, które potrafi samo się obronić. (A przy tym ma tendencje do kumania się z Rosją i Chinami.) Przykładem na to jest nowy republikański przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson - biblijny zjeb, który nie ma konta bankowego (co w oczach Amerykanów czyni go albo nieudacznikiem albo ostrym przekręciarzem), ale wyciągał publiczne pieniądze na biblijny park rozrywki "Arka Noego".  No cóż, America First stawia zawsze Amerykę na drugim miejscu. 

Po drugiej stronie też ciekawie. Biden w najbliższych wyborach może stracić stan Michigan. Tamtejszy, bardzo liczny, elektorat muzułmański odwraca się od obecnego prezydenta, w proteście przeciwko jego proizraelskiemu stanowisku. 



Wobec konfliktu izraelsko-palestyńskiego zajmuje oczywiście stanowisko neutralne - czyli takie jak Szwajcaria. To nie nasza wojna! Nie mamy żadnego interesu we wspieraniu żadnej ze stron wojny ludów semickich o kawałek pustyni. Rozumiem jednak, że ten konflikt wywołuje u wielu ludzi niepotrzebne emocje. Jeśli więc na serio przejęli się opowiastkami o straszliwych hamasowcach, którzy palą dziećmi w piecach, niech polecą do Izraela i wstąpią na ochotnika do IDF. Ci, którzy zbyt mocno identyfikują się ze stroną palestyńską, też mogą tam polecić i walczyć po drugiej stronie. Będą mogli poczuć się przez chwilę tak jak bojownik Hamasu z tego filmu, kładący ładunek wybuchowy na izraelskim czołgu - niemal jak w jakimś MoHu czy Battlefieldzie.

Oczywiście izraelskie "hipotetyczne" plany mówiące o wysiedleniu do Egiptu 2,2 mln Palestyńczyków ze Strefy Gazy można zakwalifikować jako zbrodnię przeciwko ludzkości. Są one również totalną głupotą z punktu widzenia interesów strategicznych Izraela. To byłaby powtórka z wojny libańskiej. Ich realizacja doprowadziłaby do tego, że Izrael miałby Hamas - lub dużo bardziej radykalną organizację - na całej swojej południowej granicy. Palestyńczycy mogliby też tak zdestabilizować Egipt, że objęliby w nim władzę islamscy radykałowie. To oznaczałoby perspektywę wojny z krajem liczącym ponad 100 mln ludzi. 

Sam wyciek tych planów do izraelskich mediów (!) pokazuje też jaki chaos panuje wewnątrz izraelskich władz. Izrael przegrywa wojnę propagandową na całej linii, a jego władze mocno pracują na to, by Żydzi przestali się już kojarzyć światowej opinii publicznej z ofiarami Holokaustu, a zaczęli być coraz silniej postrzegani jako kolonialni ludobójcy. No cóż, obecna ekipa rządząca Izraelem wyraźnie postawiła na akcję afirmatywną, gdyż promuje ludzi upośledzonych umysłowo na wysokie stanowiska w dyplomacji. Przykładem tego jest obecny ambasador w Warszawie - gostek chyba się nazywa admirał Rachel Levine, czy jakoś tak. W każdym bądź razie kiedyś pozował w sowieckiej czapce na 9 maja w Moskwie, a obecnie non stop twittuje, że propalestyńska wypowiedź jakiegoś lewaka na rachitycznej demonstracji to przejaw "odwiecznego polskiego antysemityzmu". Gigantyczne propalestyńskie demonstracje i prawdziwe akty antysemityzmu na Zachodzie jakoś mu umykają. Skutkiem prowadzenia przez towarzysza ambasadora dyplomacji w tak głupiej formie, jest to, że prawica i lewica zjednoczyły się w je*aniu go w komentarzach na Twitterze. Kiedyś Izrael nam wysyłał Szewacha Weissa do ambasady, a obecnie tego typu ćwoków. "Kadry decydują o wszystkim" - słusznie pisał Lenin.



Światowa opinia publiczna stała się oczywiście najbardziej propalestyńska od dekad. I ja się temu nie dziwię. Oglądając w angielskojęzycznych telewizjach relacje ze Strefy Gazy, zaczynam rozumieć, czemu w latach 60-tych i 70-tych młodzież z Zachodu emocjonalnie solidaryzowała się z mieszkańcami komunistycznego Wietnamu Północnego, wypierając z umysłu wszelkie niuanse konfliktu. Transparenty typu "Geje za Palestyną" dowodzą tego, że wojna w Strefie Gazy stała się kolejną po wojnie na Ukrainie, pandemii, BLM czy globalnego ocipienienia, "modną aktualną sprawą". (Proponuje pojawić się na propalestyńskiej demonstracji z transparentem "Palestyna ma rację w kwestii gejów". Ciekawe jakie będą reakcje.) Podejrzewam jednak, że środowiska propalestyńskie wkrótce po prostu przegną i wkurwią czymś zwykłych ludzi. W Londynie szykują się one już do zakłócenia uroczystości na 11 listopada, upamiętniających poległych żołnierzy brytyjskich. 


Powyżej: Greta Thunberg ze swoją ośmiorniczką szykuje się do zemsty za zabójstwo szwedzkiego księcia Folke Berandotte 

Oczywiście jednym z powodów tego, że Żydom udało się osiągnąć tak wiele sukcesów jest to, że po stronie antysemickiej jest mnóstwo umysłowych spierdolin. Umysłowa spierdolina wyznaje antysemityzm w najbardziej karykaturalnej postaci i szuka Żydów, tam gdzie ich nie ma. Kiedyś, gdy rzeczywiście zajmowałem stanowisko proizraelskie, mogłem czytać  śmieszne historyjki o tym jakim to jestem wszechpotężnym agentem Mossadu. Gdy moje stanowisko stało się mocno krytyczne wobec Izraela (podobnie jak jest mocno krytyczne wobec Rosji, Chin, USA, Niemiec, UE, Watykanu czy sporej części Polaków), a nawet po serii "Demiurg" bezlitośnie bijącej w największe żydowskie mity narodowe i religjne, umysłowe spierdoliny nadal piszą, że "entuzjastycznie popieram Izrael". Nawet jakbym tutaj co tydzień wklej fragmenty z gazetki dra Streichera i "Mein Kampf", a nawet gdyby się okazało, że to ja byłem okrytym złą sławą Iwanem Groźnym, strażnikiem z Treblinki i własnoręcznie wepchnąłem dra Korczaka do komory gazowej, to umysłowe spierdoliny nadal by pisały, że mój blog jest prożydowski. Bo są totalnymi debilami i wtórnymi analfabetami. Przypomniała mi się historia o tym jak Henryk Pająk twierdził, że Eugeniusz Sendecki "musi być Żydem, bo żaden Polak nie potrafiłby robić tego, co Sendecki". Czyli według Henryka Pająka, żaden Polak nie potrafiłby kręcić filmów komórką i wrzucać ich do netu... Zapewne nabrał on takiego przekonania obcując z wieloma umysłowymi spierdolinami.


sobota, 14 października 2023

Kompletna kompromitacja Izraela

 


(Poprzedni post został uznany za niezgodny z wytycznymi społeczności)

Wciąż nie mogę się nadziwić, czemu izraelskie wojsko i tajne służby dały taki popis olbrzymiej niekompetencji?

W przypadku służb niektórzy to tłumaczą ich grą w "szachy 4D". Jedna interpretacja mówi, że kierownictwo Shin Bet, Mosadu i Amanu jest wrogie wobec Netanjahu i chce go obalić za to, że się wziął za izraelską, aszkenazyjską, nadzwyczajną kastę sądową. Uznali więc, że trzeba olać ostrzeżenia wywiadowcze i pozwolić Hamasowi na dokonanie ataku, który skompromitowałby rząd. Problem jednak w tym, że ostrzeżenia egipskich tajnych służb o szykowanej przez Hamas wielkiej akcji dochodziły też bezpośrednio do Netanjahu. Egipcjanie byli zszokowani, że przyjął je on bardzo obojętnie. Może więc liczył na to, że mała wojna pomoże mu skonsolidować chwiejną władzę. Oba scenariusze brzydko jednak świadczą o izraelskich tajnych służbach. Są one bowiem bardziej zajęte gierkami politycznymi niż służeniem narodowi. Wygląda też na to, że służby źle oceniły skalę szykowanego ataku i liczyły na to, że łatwo powstrzyma je armia.

Zachowania izraelskiej armii nie da się jednak wyjaśnić niczym innym jak totalną niekompetencją na różnych szczeblach dowództwa i słabym wyszkoleniem żołnierzy. Hamasowi udało się nie tylko zająć teren większy od całej Strefy Gazy i swobodnie polować na cywilów w izraelskich miastach (w tym w centrum strategicznego miasta portowego jakim jest Aszkelon!), ale również łatwo zajęli oni bazy wojska izraelskiego, w których zdobyli ciężki sprzęt, taki jak transportery opancerzone i urządzenia do nasłuchu elektronicznego. Izraelskie siły pancerne były w dniu ataku co najmniej zdezorientowane. Izraelczycy stracili kilka czołgów Merkawa IV. Palestyńczykom udało się je eliminować zrzucając z dronów granaty do otwartych czołgowych włazów. Wyraźnie widać, że Hamas uważnie analizował taktykę stosowaną na Ukrainie, a Izrael tę wojnę po prostu przespał. 

W wyniku spektakularnego ataku Hamasu upadł mit potęgi militarnej Izraela, tak jak w lutym 2022 r. upadł mit supermocarstwowości Rosji. Można odnieść wrażenie, że ten mit o "wszechmocy" Izraela opierał się na oparach błyskotliwej wiktorii z 1967 r., ciężko wywalczonego zwycięstwa z 1973 r. i sprawnie przeprowadzonej inwazji na Liban z 1982 r. Faktem jest jednak to, że armia izraelska od 50 lat nie wygrała żadnej wojny z równorzędnym przeciwnikiem. Wojna libańska, była sukcesem w pierwszej fazie, ale Izrael przegrał ją strategicznie już w chwili zamachu na libańskiego prezydenta Baszira Dżemajela. Wplątał się tam w kilkanaście lat walk z Hezbollahem, które zakończyły się izraelską klęską strategiczną. Izraelowi nie udało się też złamać Hezbollahu w wojnach z 1996 r. i 2006 r. Oba starcia obfitowały zaś w kompromitacje wojskowe. Po 2006 r. Izrael prowadził jedynie walki o stosunkowo niskiej intensywności z Hamasem w Strefie Gazy. Polegały one głównie na tym, że obie strony ostrzeliwały się rakietami. Armia lądowa mocna się więc rozleniwiła. Uznała, że wystarczy Żelazna Kopuła, by chronić Izrael przez atakiem, a żołnierze mogą zająć się ważniejszymi sprawami, takimi jak nagrywanie głupich filmików na TikToka.



Skończyło się więc tak, że Hamasowcy rozwalali izraelskich żołnierzy tak jak w Call of Duty, wzięli sporo jeńców i w ciągu pierwszych dni walk zlikwidowali dowódcę "elitarnej" brygady Nahal płka Jonatana Steinberga.  Ciekawie będzie jak niekompetentne wojska izraelskie wkroczą do zgruzowanej Strefy Gazy. Wielu z tych młodych chłopców i dziewcząt z IDF wróci do domów w trumnach. Hezbollah jest jak na razie zadziwiająco powściągliwy, ale front północny też może zapłonąć...



Hamasowcy oczywiście rozwalali nie tylko izraelskich żołnierzy. W ciągu jednego dnia zabili też ponad 1000 cywilów i sporo ich też wzięli na zakładników. Atak na paralotniach na festiwal rave nad granicą był po prostu memicznym terrorystycznym majstersztykiem. Do masakr doszło też w kibucach położonych na południu Izraela.  Nigdy nie wątpiłem w rzeźnickie umiejętności hamasowców, ale tym razem byli oni nad wyraz kreatywni. Zabić jakąś staruszkę, wziąć jej telefon i wrzucić filmik z jej zakrwawionymi zwłokami na jej facebookowego walla, by strollować jej rodzinę? Dla nich nic trudnego. Dodajmy, że nie zabijali oni tylko Żydów, czy też obcokrajowców mogących za Żydów uchodzić. Ich ofiarami stali się też gastarbeiterzy z Azji Wschodniej. Oczywiście wiele uwagi przyciągnęło to, że hamasowcy porwali Izraelczykom mnóstwo kobiet. Zapewne niemal wszystkie z nich zostały już zbiorowo zgwałcone. To sugeruje choćby nagranie pokazujące jak tryumfalnie obwozili na pick-upie nagie i połamane ciało pechowej niemieckiej imprezowiczki. Dziwić może więc inny filmik - pokazujący młodą dziewczynę porywaną przez Palestyńczyków, która z uśmiechem na ustach kręci live'a na TikToka. 

Dowodów na zbrodnie Hamasu jest mnóstwo, ale Izrael postanowił ośmieszyć się propagandowo puszczając w eter bajeczki o "40-tu dzieciach, którym ucięto głowy" i publikując zdjęcie spalonego (nie wiadomo w jakich okolicznościach) niemowlaka. No cóż, ich tradycja nakazuje przesadę w takich opisach - przypominam, że według Talmudu Nabuchodonozor zerżnął króla Sedecjasza i jego synów swoim 500-metrowym kutasem... Im więcej będzie takich historyjek, tym globalna opinia publiczna (z wyjątkiem Hindusów i amerykańskich biblijnych pojebów) bardziej będzie obojętna na rzeczywiste zbrodnie popełniane na Izraelczykach. 

Obecna wojna to również wielka kompromitacja izraelskiej dyplomacji. Wchodziła ona bowiem od wielu lat w dupę Putinowi i Ruskim. (Z tego powodu Izrael nie udzielił Ukrainie żadnej znaczącej pomocy.) Netanjahu liczył na to, że Putin pomoże mu rozwiązać problemy strategiczne Izraela. Putin jednak jak zwykle nie wchodził w żadne dyplomatyczne gierki, tylko znów bezczelnie nasrał na geopolityczną szachownicę. Hamasowcy byli szkoleni przez rosyjskich instruktorów, a cały atak niemal na pewno był skoordynowany z Teheranem i Moskwą. Zresztą hamasowcy do Moskwy jeździli - raczej nie po to, by rozmawiać tam o pogodzie. Jest oczywistym, że ten atak ma za zadanie odciągnąć uwagę świata od tego, co się dzieje na Ukrainę. Niedawno też Serbowie szykowali się do ataku na Kosowo, ale zrobili to zbyt wcześnie i musieli się wycofać pod naciskiem USA.

Jaką Izrael ma strategię przeciwko Hamasowi? Nie ma żadnej. Po prostu dyszy zemstą i chce zabić jak najwięcej Palestyńczyków i zburzyć jak najwięcej cywilnych budynków w Gazie. Stąd też "precyzyjne" naloty polegające na burzeniu całych kwartałów ulic i bombardowania kolumn z cywilami uciekającymi na południe Strefy Gazy.  W ciągu 6 dni na Strefę Gazy zrzucono 6000 bomb, podczas gdy podczas walk koalicji międzynarodowej z ISIS na o wiele rozleglejsze terytorium Państwa Islamskiego zrzucano średnio 2,5 tys. bomb miesięcznie.  Jak widać Izrael bardzo się stara przyćmić Hamas pod względem skali zbrodni.  Bombardowanie Gazy niewiele się różni od rosyjskich zbrodni w Mariupolu. W obu miejscach zrzucano biały fosfor i niszczono całe kwartały ulic. Militarnie upokorzony Izrael sięgnął po takie same metody jak militarnie upokorzona Rosja. 

Netanjahu "wspaniałomyślnie" wezwał Palestyńczyków, by opuścili Strefę Gazy. Izraelskie lotnictwo (dobre do atakowania celów z kiepską osłoną przeciwlotniczą) zrzucało nawet ulotki, by uciekali oni na południe. Jak humanitarnie! Zupełnie jak w Warszawie po kapitulacji Powstania. Tylko, gdzie ci Palestyńczycy mają uciekać? Egipt nie chce ich przyjąć - słusznie obawiając się, że go zdestabilizują tak jak wcześniej palestyńscy uchodźcy wywołali wojnę domową w Libanie i próbowali obalić monarchię w Jordanii. Palestyńczycy mogą więc próbować płynąć na Cypr - co byłoby totalną katastrofą dla tego pięknego kraju i dla Unii Europejskiej. Izrael kreuje więc swoją barbarzyńską, "biblijną" polityką nowy kryzys imigracyjny dla Europy. Zachód i południe UE już i tak trzeszczy w szwach z powodu tego konfliktu. Hamas ma w Europie dużo więcej zwolenników niż w Strefie Gazy. Zachodnie libki ukręciły sobie bat na własne dupy prowadząc przez kilka dekad liberalną politykę imigracyjną. Gdyby w Brukseli zasiadali ludzie kompetentni, to zagroziliby Izraelowi sankcjami (konfiskata majątków izraelskich firm i obywateli w UE, zakaz lotów komercyjnych z i do Izraela, zakaz eksportu do Izraela produktów zaawansowanych technologicznie, paliw i drewna), ale tego nie zrobią. Zamiast tego zwykli ludzie mogą częśćiej przyłączać się do bojkotu ekonomicznego Izraela. Jeśli zaś decydenci z Tel Avivu znów wpadną na "genialny" pomysł zrażania sobie Polaków pluciem na ich przodków i oskarżaniem ich o udział w Holokauście, zawsze możemy przypomnieć im palestyńskie dzieci, które izraelskie bomby paliły i rozrywały w Gazie. (Izrael wyłącznie na własne życzenie w ostatnich latach stracił sympatię 80 proc. Polaków.)

Na koniec kilka ciekawostek:

W 2006 r. "Gazeta Wyborcza" dała na pierwszej stronie nagłówek: "Dajmy Hamsowi szansę". Poniżej był artykuł "Straszni ludzie rządzą Polską".

W 2014 r. Hamas pozwał UE przed TSUE za wpisanie go na listę organizacji terrorystycznych. Nadzwyczajna sędziowska kasta z TSUE orzekła na jego korzyść :))))))

Trzy miesiące temu wysłannik UE Sven Kuhn von Burgsdorff wykonał natomiast lot na paralotni do Strefy Gazy mający promować wolność dla Palestyny. Nie był wówczas świadomy tego, że jego akcja stanie się memiczna. 

***

Dzisiaj wrzuciłem dwa wpisy. Poprzedni - będący relacją z podróży do Tunezji -