Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palestyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palestyna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2025

No i po Budapeszcie :))))



Niecały tydzień temu mieliśmy do czynienia z nawrotem libkowskiego słowotoku o tym, że "Trump znów pracuje dla Putina", a Palade delektując się zapachem własnych pierdów pouczał, że Polska "nie ma polityków tej klasy, co Orban", którzy mogliby przyjąć z honorami Putina na szczycie pokojowym. Mocno więc się uśmiałem, gdy zaplanowany szczyt w Budapeszcie poszedł się j...  a Trump nałożył sankcje na Rosnieft i Łukoil, wywołując straszliwy ból d... u Ruskich xxxxDDDDD

Nagłe załamanie tej inicjatywy "pokojowej" przypisuje się rozmowie sekretarza stanu Marco Rubio z Ławrowem. "Rosyjski mistrz dyplomacji", któremu kiedyś wyznawała miłość Barbara Brylska, znów coś spieprzył. Ponoć też Trumpa wkurzyło rosyjskie uderzenie rakietowe w przedszkole w Charkowie.

Moim zdaniem mieliśmy jednak do czynienia od początku z ustawką. Przeciek do "Financial Timesa" o tym, że Trump w rozmowie z Zełenskim ostro klął i rzucał rzeczami próbując zmusić Ukrainę do oddania reszty Donbasu wydawał mi się mało wiarygodny. Wszak na konferencji po tym spotkaniu obaj prezydenci zachowywali się bardzo spokojnie. Zełenski mówił wręcz o konieczności zawarcia rozejmu, a Trump chwalił jego marynarkę. Przeciek do "FT" był więc pewnie celową amerykańską dezinformacją. Nie zdziwiłbym się nawet, by obaj prezydenci zainscenizowali scenkę kłótni, by rosyjska agentura w otoczeniu Zełenskiego mogła przekazać tę dezinformację na Łubiankę. (Pamiętajmy, że Zełenski to aktor, a Trump to showman, który występował w filmach, reality show i walkach wrestlingowych.)  Administracja Trumpa chciała sprawdzić, jak zareagują na nią Ruscy. I zareagowali oczywiście arogancko, eskalując żądania. Kreml po raz kolejny pokazał, że nie zależy mu na prowadzeniu negocjacji w dobrej wierze. I stąd nowe sankcje. 

A Orban dostał prezent w postaci pożarów dwóch rafinerii MOL-a, jednej na Węgrzech, drugiej pod Bratysławą. W dniu pożaru węgierskiej rafinerii, palił się też podobny zakład Łukoilu w Rumunii.



Ciekawą woltę wykonała też administracja Trumpa w kwestii Izraela. Vance opieprzył Netanjahu za głosowanie w Knesecie w sprawie aneksji Zachodniego Brzegu. Trump zagroził odcięciem pomocy dla Izraela, jeśli aneksja zostanie przeprowadzona i że "wydyma Netanjahu, jeśli on będzie próbował wydymać umowę w sprawie Gazy". Netanjahu się tłumaczył, że za głosowaniem stała opozycja, która zgłosiła ten projekt jako antyrządową prowokację. Bezalel Smotricz palnął, że nie chce normalizacji stosunków z Arabią Saudyjską. Powiedział: "niech oni sobie dalej jeżdżą na wielbłądach, a my będziemy się rozwijać". Bardzo szybko nagrał video z przeprosinami. Ciekawe czym go tak wystraszono? Gostek powinien jednak zdać sobie sprawę, że Saudyjczycy nie jeżdżą już na wielbłądach tylko najdroższymi niemieckimi i chińskimi limuzynami, a latają prywatnymi odrzutowcami. Trump zaś wyraźnie widzi, że monarchie znad Zatoki Perskiej mają dla niego dużo więcej do zaoferowania niż Izrael. A i sama demografia wyborcza w USA się zmienia. Zoomersi - zarówno lewaccy jak i prawaccy - zrobili się mocno antysemiccy. (Ciekawostka: Bernie Sanders broni polityki ochrony granic realizowanej przez Trumpa i Noem.)

Izraelska telewizja, w jednym z programów satyrycznych, ciekawie pokazała zaś Trumpa - jako rzymskiego imperatora:





Polscy osintowcy, po kilku tygodniach, wreszcie zauważyli, że coś dzieje się wokół Wenezueli -  zbliża się tam grupa uderzeniowa lotniskowa USS Gerald Ford.  Ponoć są w planach uderzenia na cele związane z kartelami, ale ostateczna decyzja o ich przeprowadzeniu jeszcze nie zapadła. Ponoć Trump ma skonsultować się z Kongresem w sprawie tych uderzeń, gdy Amerykanie będą mieć u siebie zwłoki Maduro.  Trump twierdzi, że Chiny szmuglują fentanyl poprzez Wenezuelę, by ominąć meksykańskie porty, a Hesgeth porównuje kartele do ISIS.  Wenezuela wcześniej finansowała różnego rodzaju lewackie, antytrumpowskie grupy w USA. W każdym bądź razie, w latynoskiej społeczności Miami cieszą się   z uderzeń w narkotykowe łodzie i liczą na obalenie reżimu - nie tylko w Wenezueli, ale również na Kubie. 


A tymczasem Trump, wyburzając Wschodnie Skrzydło Białego Domu pod nową salę balową, ponoć naruszył "masońską świętą geometrię" zawartą w układzie ulic, gmachów publicznych i pomników Waszyngtonu. To dobrze czy źle?

sobota, 11 października 2025

Kto ma szczęście, a kto nie

 


Propalestyńskie lewactwo w żałobie. Trump z pomocą zięcia i Katarczyków doprowadził do rozejmu w Strefie Gazy. 200 tys. Palestyńczyków wraca na gruzy swoich domów. Niektórzy z nich na wieść o rozejmie skandowali: "Donald Trump!". Lewakom się jednak nie podoba, że Izrael wstrzymał bombardowania. Liczyli na to, że plan pokojowy Trumpa się załamie.

Szczęścia nie mają antyhamasowskie milicje - Izrael je porzucił. W "The Telegraph" ciekawy materiał o dowódcy jednej z takich grup (określającego hamasowców jako "psów"), który liczy na to, że będzie współpracował z Tonym Blairem, mającym być zarządcą Strefy Gazy. Administracja Trumpa szuka w palestyńskiej diasporze chętnych do wzięcia udziału w zarządzaniu dziełem odbudowy.

Irańczycy ostrzegają jednak, że pokój w Gazie może oznaczać fanfary wojenne w Libanie, Jemenie lub uderzenie w sam Iran. No cóż, Amerykanie po coś przerzucili do regionu latające cysterny, a o "dokończeniu Iranu" mówi się od miesięcy.

Niespokojnie jest też na Karaibach, gdzie Amerykanie zebrali swoje siły uderzeniowe. Z przecieków wiadomo, że Maduro obiecywał wcześniej Trumpowi, że otworzy wenezuelski system naftowy i górniczy (kopalnie złota!) na amerykański kapitał oraz zmniejszy związki z Rosją, ChRL oraz Iranem. Trump odpowiedział na to zerwaniem rozmów. Widać opozycja wenezuelska obiecała mu więcej.

W nocy nie Amerykanie nie zaczęli bombardować Wenezueli, ale mieliśmy za to cios w Chiny - zapowiedź podwyżki ceł o 100 pkt proc. w odwecie za chińskie restrykcje na eksport metali ziem rzadkich. Jak trafnie zauważa Krzysztof Wojczal, dopiero teraz zaczynają się właściwe negocjacje amerykańsko-chińskie. 

Nieco wcześniej Trump postraszył Rosję Tomahawkami, na co "Putin" odpowiedział, że Rassija zwiększy swoją obronę przeciwlotniczą :) Jak na razie rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej okazały się gówniane, co pokazał Izrael w trakcie ataku na Iran i pokazuje Ukraina od trzech lat. Ukraińcom udało się wywołać w Rosji mały kryzys paliwowy, wyłączając co najmniej 20 proc. mocy przerobowych rosyjskich rafinerii. Uderzenia te na pewno mają zielone światło z Waszyngtonu.

Tymczasem wyciekły ostatnio dokumenty mówiące o rosyjskich stratach na froncie ukraińskim w okresie od początku 2025 r. do końca sierpnia. Wynika z nich, że:


"Rosja miała stracić 281 550 ludzi, z czego:

86 744 zabitych, w tym 1 583 oficerów i 8 633 więźniów zmobilizowanych z kolonii karnych,

33 966 zaginionych bez wieści, z czego aż 11 427 to również więźniowie,

158 529 rannych, w tym 6 356 oficerów i 16 489 byłych więźniów,

2 311 rosyjskich żołnierzy dostało się do niewoli,

To nie koniec. Rosyjska armia straciła także:

13 145 jednostek sprzętu – bezpowrotnie,

48 458 maszyn wymaga pilnej naprawy – to m.in. czołgi, transportery, artyleria i logistyka.

Średnia miesięczna? Ponad 35 tysięcy ludzi i 7 700 jednostek sprzętu."

Przypomnijmy, że oficjalne szacunki ukraińskiego Sztabu Generalnego mówią, że Rosja poniosła w tym czasie około 292 tys. strat ludzkich. Okazało się więc, że są one niewiele wyższe od strat realnie poniesionych przez Rosję.


Typowy pomnik poległych w rosyjskim miasteczku. Afganistan i Czeczenia - po kilka nazwisk. Ukraina - 188 i dwie puste płyty na dalsze nazwiska.

Ile więc wyniosły straty rosyjskie od początku inwazji? Dziennikarzom BBC i Mediazony udało się ustalić imienną listę (na podstawie nekrologów i doniesień mediów lokalnych) liczącą ponad 135 tys. osób.  Szacunki na podstawie rejestrów spadkowych itp. mówią o 219 tys. zabitych. Moim zdaniem te szacunki są jednak bardzo ostrożne, a prawdziwa liczba zabitych sięga pewnie 420 tys. 

"Ludi u nas mnogo". Zasoby ludzkie Rosji nie są jednak niewyczerpane. O czymś świadczy choćby to, że za zaciągnięcie się do armii oferują jednorazową wypłatę wynoszącą równowartość nawet 73 tys. dolarów i że ściągają na front 25 tys. Kubańczyków. To pokazuje, że Rosja dysponuje wciąż dużymi zasobami finansowymi (bo stosuje MMT), ale ma problemy z materiałem ludzkim.

Mocno wyeksploatowane są też rosyjskie magazyny uzbrojenia. Na początku wojny mieli w nich koło 12 tys. czołgów - teraz zostało im jakieś 2,5 tys. Mocno sięgnęli też po artylerię z magazynów. Znaczna większość ich nowej produkcji, to modernizacja starych maszyn.



Czy Rosja będzie więc w stanie szybko odbudować swoje zdolności ofensywne po wojnie na Ukrainie? 2027 rok jako moment rozpoczęcia nowej wojny wydaje się być mało realny - chyba, że będzie to operacja odciągająca uwagę Zachodu od chińskich działań wobec Tajwanu. Wówczas Ruscy uderzą gdzieś na peryferiach - na przykład w Finlandię. 

Mogę więc po raz kolejny powtórzyć, że jako naród mamy więcej szczęścia niż rozumu. To Ukraina robi za Winkelerida Narodów, a nie my. Oczywiście trzeba się przygotowywać na zagrożenie rosyjskim atakiem - tak jakby Rosja była kilka razy potężniejsza niż jest w rzeczywistości. Trzeba modernizować i dozbrajać armię oraz wzmacniać sojusze. To zmniejszy ryzyko tego, że staniemy się celem nowego ataku. Co by jednak było, gdyby Polaczki w 2019 r. i w 2020 r. zagłosowały tak jak w 2023 r.? Czy mielibyśmy w kluczowych miesiącach inicjowaną oraz koordynowaną przez Polskę akcję wsparcia dla Ukrainy, która pozwoliła jej na skuteczne oparcie się najeźdźcy?

Polscy prawicowcy lubią jojczyć - szczególnie po fakcie. A to Duda czegoś nie zrobił, a to Morawiecki coś zrobił co im się nie podoba... I czasem ta krytyka jest całkowicie zasadna. Ale za to, co oni robili w pierwszych miesiącach rosyjskiej inwazji, będziemy im kiedyś stawiać pomniki. Polski prawicowiec narzeka, że Ukry są niewdzięczne i roszczeniowe, że machają banderowskimi flagami na koncertach, że pokazują "sowiecką kulturę", że muszą wysyłać dzieci do szkół pełnych Ukrów, że Nawrocki zjadł kebaba... Ciesz się jęczybuło, że twe dzieci mają szkołę, która nie została zbombardowana, a na stadionie są koncerty zamiast wielkiego szpitala polowego. No bo różnie mogłoby być, gdyby Ukraina padła po kilku dniach lub gdyby w 2014 r. w Rosja zdołała ją sobie całkowicie podporządkować pokojowo.

Oczywiście nie wykorzystujemy obecnie w pełni szans geopolitycznych i nie reagujemy odpowiednio na zagrożenia. Problem jest oczywiście głębszy, ale w dużym stopniu jest skutkiem demokratycznego wyboru Polaczków, którzy w 2023 r. zachowali się jak w dowcipie: "Wchodzi koleś do baru z wielkim krowim plackiem w dłoniach i mówi - zobaczcie w co omal nie wdepnąłem". W polskiej wersji jego kwestia powinna brzmieć: zobaczcie, w co omal nie wdepnąłem za rządów PiSu. :) Dwa lata tusskowej recydywy wyraźnie bowiem pokazały, że to o co oskarżano PiS okazało się głównie fejkami i pierdołami na tle skali porażającej niekompetencji obecnej ekipy rządzącej. (Pierwsze przykłady z brzegu: KPO i sprawa Pegasusa.) Okazało się, że to za co psy wieszano na pisowskiej TVP, czyli "straszenie Tusskiem" i przypominanie Resetu, to były bardzo trafne i konkretne ostrzeżenia, których infantylne Polaczki nie chciały słuchać. Bo mają pamięć złotej rybki. I co? No i okazało się, że wymarzona libkowska ekipa nie zna się na niczym i potrafi spieprzyć nawet to, co jej przekazano na złotej tacy. Można - i powinno się mieć - do PiSu duże pretensje, że zbyt łagodnie postępował z tymi antypaństwowymi berlińsko-moskiewskimi złogami. Tylko pokazywał o nich prawdę w telewizji, a powinien zapłacić Nayibowi Bukele, by ich przyjął w swoich piekielnych więzieniach w Salwadorze...

Libertarianin Murrey Rothbard stwierdził, że gdy prawica dochodzi do władzy, to zwykle boi się wykorzystać wszystkich środków, które ma do dyspozycji. W odróżnieniu do lewicy, która wykorzystuje te środki i nagina (czy wręcz łamie) prawo, by zgnoić prawicę. To sprawdziło się w przypadku PiSu, brytyjskich konserwatystów i wielu innych prawicowych rządów. Niezależnie co sądzimy o Trumpie czy Netanjahu, musimy jednak przyznać, że oni się "nie opierdalają" i wykorzystują swoją władzę w ostry sposób. No i dlatego libki mają taką sraczkę...

W tym naszym politycznym nieszczęściu (scena polityczna zdominowana przez konflikt koalicji antypaństwowych libków i prawicy rządzącej na pół gwizdka) mieliśmy jednak trochę szczęścia. Załóżmy, że w 2023 r. Morawiecki utrzymałby się u władzy lub powstałby rząd PiS-PSL. W 2025 r. oznaczałoby, że Polaczki byłyby zmęczone PiSem na tyle, że mielibyśmy prezydenta Rafała. I pewnie przedterminowe wybory ze zwycięstwem koalicji lewicowych libków, nie hamowanych przez peeselowców. Zwrotnice historii ustawiły się jednak inaczej i mamy trzaskającą w szwach libkowską koalicję rządzącą oraz Tusska w roli "kulawego kaczora". Od czasu wyborów prezydenckich chodzą pogłoski o naciskach USA na zmianę układu rządzącego w Polsce. Ze względu na to, że silną pozycję w administracji Trumpa mają przedstawiciele syjonozy, to Amerykanie naciskają ponoć, by w nowej koalicji nie było "antysemickiej" Konfederacji. No cóż, przy pajacowaniu autystycznego chłopca Memcena prędzej będzie po kolejnych wyborach koalicja KO-Konfa, niż PiS-Konfa. No chyba, że konfiarskie lasencje zrobią pucz i obalą gejowską mafię, która oplotła ich partię...

***

 Amerykański net żył sprawą socjalistycznego YouTubera od "Młodych Turków", który raził swojego psa prądem za pomocą specjalnej obroży.


Mnie jednak bardziej zaciekawił numer, który zrobiła Ana Kasparian, czyli jedna z prowadzących "The Young Turks" udając chciwego Żyda. Jest ona Ormianką, więc wyglądała w tym numerze niezwykle przekonująco i memicznie :)





sobota, 13 września 2025

Drony, drony, detente z Białorusią i morderstwo Charliego Kirka

 



To, że rosyjskie drony spadły w większej ilości na polskie terytorium, wcale mnie nie dziwi. Takich prowokacji można się było spodziewać od dawna. To typowa moskiewska akcja. Pamiętam jak na moich tegorocznych i zeszłorocznych urodzinach Michał Aleks Orzechowski mówił, że będą nam takie drony i pociski posyłać, by nas postraszyć. Kiedyś prześlą rakietę z jakąś dziwną, kolorystycznie jaskrawą substancją, która na pierwszy rzut oka będzie kojarzyła się z bronią chemiczną, a okaże się ona pastą do zębów.

Nie mieliśmy do czynienia z pomyłkowym wtargnięciem tych dronów w naszą przestrzeń powietrzną, ani z przypadkiem utraty nad nimi kontroli przez Rosjan w wyniku ukraińskiego zakłócania ich systemów naprowadzania. Ruscy szykowali się do tej akcji od miesięcy, umieszczając w dronach polskie i litewskie karty SIM (w feralną noc drony wleciały także na Litwę, co zatuszowano). Tej nocy miały one polskie karty.  Kierowały się one w stronę określonych obiektów, takich jak lotnisko w Rzeszowie, zakłady PGZ czy elektrownia Połaniec.  Nie były to drony z głowicami bojowymi, tylko wabiki Gerbera. Wyposażono je w dodatkowy zbiornik paliwa, by przedłużyć czas ich lotu. Miały też irańskie, w miarę odporne na zakłócenia, czteropasmowe anteny do nawigacji satelitarnej.   Część wleciała do nas znad Białorusi. Początkowo leciało z tamtego kierunku około 50 dronów, ale część zawróciła. 

Czy państwo polskie zdało egzamin? Przypomnijmy kilka rzeczy związanych z dronami.

Niektórzy z Was być może widzieli lata temu odcinek "Beavisa & Buttheada", w którym weszli do bazy wojskowej i zaczęli bawić się dronami latającymi nad Afganistanem, myśląc, że to gra...

Drony nie są zupełną nowością na polu walki. Istniały już w czasie I wojny światowej, ale ich zastosowanie było bardzo ograniczone ze względu na dużą niedoskonałość systemu sterowania. Na dobre zaczęły zadomawiać się w nowocześniejszych armiach w latach 90-tych, ale i wówczas traktowano je jako uzupełnienie dla sprzętu konwencjonalnego. Postzimnowojenne siły zbrojne wciąż stawiały na rozwój uzbrojenia z czasów zimnej wojny - myśliwców kolejnych generacji, nowoczesnych czołgów i pocisków rakietowych. Gdy w czasie wojny w Gruzji, Rosjanie zestrzelili kilka gruzińskich dronów, uznawano to za wielki news w kręgach militarnych nerdów. Sygnałem zmian była wojna o Karabach, podczas której Azerowie umiejętnie wykorzystywali tureckie drony do masakrowania sił ormiańskich, ale i tak drony były wówczas jedynie uzupełnieniem sił konwencjonalnych.

Do przełomu doszło na Ukrainie. Ukraińcy postawili na masowe użycie dronów, bo po prostu brakowało im konwencjonalnego sprzętu. Ruscy postawili na irańskie Szachedy, bo nie chcieli wyprztykać się z Iskanderów i Kindżałów. Dronoza przybrała tam szybko zatrważające rozmiary, uniemożliwiła prowadzenie wojny manewrowej i upodobniła front ukraiński do frontu zachodniego z czasów I wojny światowej. Dron odegrał taką rolę jak ckm, a nawet gorszą - wszak osintowe kanały są pełne filmów pokazujących ataki dronami na pojedynczych żołnierzy. Pojawiły się też odporne na zakłócenia elektroniczne drony FPV sterowane za pomocą światłowodowej szpuli o zasięgu nawet kilkudziesięciu kilometrów. Ukraińskie pola pokryły się światłowodowym "babim latem"...

Pamiętacie historię z pierwszych miesięcy wojny o ukraińskiej babci, która zniszczyła rosyjskiego drona słoikiem ogórków? Musiał to być mały, tani, obserwacyjny Mavic. W przypadku uzbrojonego drona FPV takie działanie byłoby samobójcze. Drony da się jednak niszczyć na wiele sposobów. Problem jednak w tym, że wszystkie armie świata przystosowywały się do niszczenia nie dronów, a "tradycyjnych" rakiet, samolotów i śmigłowców.

Mamy więc jojczenie, że do rosyjskich dronów "ze styropianu" strzelały myśliwce F-35 drogimi rakietami powietrze-powietrze. To miało być "strzelanie z armat do wróbli". Memcen jojczył nawet, że zestrzeliwanie dronów jest "nieekonomiczne". A jakby dron uderzył w zbiorniki z chlorem lub etylenem, albo w elektrownię, to byłoby ekonomiczne czy nie? Tak, tym razem wysłano nam tylko drony-wabiki, ale na radarze nie widać tego, czy mają one głowicę bojową czy nie. No, ale dla Memcena zestrzeliwanie dronów  "się nie opłaca". To po cholerę prowadzi ten swój pub, przynoszący kilkaset tysięcy złotych straty rocznie? Biznesowy Janusz wypowiadający się o opłacalności wojny...

Gdy byłem w czerwcu w Jordanii, obserwowałem nisko lecące myśliwce, które poderwano, do zestrzeliwania irańskich dronów lecących nad Izrael. Tam również strzelano "z armat do wróbli". Amerykanie, ich sojusznicy z NATO i państw arabskich oraz Izraelczycy użyli masę pocisków wystrzeliwanych z baterii rakiet przeciwlotnicznych, samolotów i okrętów, by zestrzelić irańskie drony i rakiety. Nie wszystkie się udało zatrzymać. 

Systemy obrony przeciwlotniczej są wielowarstwowe. U nas niestety działa tylko część z tych warstw. Na rosyjskie samoloty wystarczy, ale na drony nie. Tak samo jest w innych europejskich krajach NATO. I Rosja też okazuje się bezbronna wobec dronów. Wszyscy mają z tym problem. Częściowo przygotowane są do tego tylko Ukraina oraz Izrael. I co? I gdy pojawia się informacja, że nasi żołnierze pojadą na Ukrainę obserwować tamtejsze sposoby walki z dronami, to rozlega się jojczenie, że "wpychają nas w wojnę!". (Niektórzy idioci przekonują nawet, że zestrzeliwanie nad Ukrainą rosyjskich rakiet lecących w naszym kierunku byłoby "aktem agresji" wobec ich ukochanej Rassiji.) A przecież nie powinniśmy zadawać pytania dlaczego nasi żołnierze jadą na Ukrainę z takim zadaniem, tylko pytać: czemu dopiero teraz?!

Jojczenie nigdy nie jest rozwiązaniem. "Dziurę dronową", czyli najniższe piętro obrony przeciwlotniczej, da się obsadzić. Tak mocno krytykowane, zakupione przez Błaszczaka FA-50, mają działka i mogą zestrzeliwać drony. (Tylko przetarg na amunicję opóźniał się za obecnego kierownictwa MON.) Krytykowane AH-64 Apache też mogą posłużyć jako mobilne, powietrzne platformy do zestrzeliwania dronów. Pilnie przydałoby się jednak domknięcie programu Pilica. Nawet stare ZSU-23-4 mogłyby się przydać jako "zapełniacze" broniące obiektów infrastrukturalnych. W przyszłości pewnie pojawią się systemy do niszczenia dronów wykorzystujące lasery oraz impulsy elektromagnetyczne. Drona da się zestrzelić na wiele sposobów (niedawno nawet rosyjskiemu czołgowi udało się trafić drona FPV ze swojej armaty). Dużo większym problemem jest ich wykrywanie. Pomocny okazał się szwedzki SAAB zamówiony przez Błaszczaka, ale amerykańskie aerostaty szybko do nas nie trafią. Rozwiązaniem może być akustyczny system wykrywania dronów, który stosują Ukraińcy - telefony komórkowe na tyczkach, zbierające odgłosy silników Szachedów. I oczywiście gejnerał Goldberg-Różański sabotował zakup systemu SkyCtrl... (Warto też, by Prosiniak-Kamysz odniósł się do pytań doktora Wocha dotyczących systemu antydronowego.)

Słychać również narzekanie na sojuszników, że "kiepsko zareagowali" i że wobec tego pozostaje nam tylko jojczyć, srać i pogodzić się z Rassiją. Tak się akurat składa, że w feralną, dronową noc, naszego nieba broniły niderlandzkie F-35 i to one zestrzeliły większość dronów. (Memcen, Januszu Biznesu, koszty zestrzeliwania w większości pokrył holenderski podatnik, więc nie jojcz, że "to nieekonomiczne".) Wspierał nasz też włoski samolot rozpoznania powietrznego. Francja i Szwecja symbolicznie podesłały nam później parę swoich myśliwców, a Czechy swoje śmigłowce. Niderlandy zadeklarowały, że umieszczą w Polsce w tym roku wielowarstwowy system obrony powietrznej. Silniczki czepiają się wypowiedzi Trumpa o dronach, że "może to była pomyłka" i jednocześnie twierdzą, że zdecydowana reakcja NATO odbyła się "wbrew USA i Trumpowi" - tak jakby cokolwiek w NATO działo się "wbrew USA". No cóż, idiotów u nas nigdy nie brakowało...



Intrygująco brzmi informacja o tym, że białoruski Sztab Generalny ostrzegł nas przed rosyjskimi dronami. Mówił o tym generał Kukuła. Zbiegło się to w czasie z podróżą gen. Kelloga do naszego regionu (którego Zełenski nazwał "najlepszą obroną przeciwlotniczą"). Amerykańscy wysłannicy odwiedzili Baćkoszenkę i przekazali mu miły list od Trumpa. Amerykanie zdjęli też sankcje z białoruskich linii lotniczych Belavia. Baćka wypuścił na prośbę Trumpa 52 więźniów, w tym 3 Polaków. Szkoda że nie Poczobuta i niedawno zatrzymanego zakonnika... Ale i tak można powiedzieć, że mamy oznaki odprężenia. Trump gra na zneutralizowanie Białorusi, a Baćka o to, by Ruscy nie zamienili go na swoją marionetkę. 

Nieco wcześniej doszło do uderzenia izraelskiego lotnictwa w stolicy Kataru. Celem było kierownictwo Hamasu, które przyleciało tam na rozmowy pokojowe. Zamach się nie udał - wszystkie hamasowskie VIPy ocalały, bo zostawiły telefony komórkowe w sali konferencyjnej, zanim poszły do sali modlitewnej. Planowi tego uderzenia sprzeciwiał się Mossad, protestowała część wojskowych. Netanjahu parł jednak do ataku i początkowo myślał nawet o podobnej akcji w Turcji, ale przypomniał sobie o Artykule 5 NATO. Uderzenie w Katar można porównać do uderzenia w Szwajcarię przez Rosję argumentowanego tym, że zaproszona tam na rozmowy pokojowe ukraińska delegacja to "banderowscy naziści". Trump lekko się więc wkurzył na Netanjahu. A Izrael może zapomnieć o odzyskaniu zakładników. Przy okazji warto zwrócić uwagę na kontrast pomiędzy sprawnością izraelskich tajnych służb i lotnictwa, a nieudolnością sił lądowych. Mossad, Aman, IAF: prowadzimy niesamowite operacje wewnątrz wrogich krajów, dekapitujemy irańskie dowództwo i Hezbollah. IDF: eeee, rozwaliśmy wczoraj jeden szpital i meczet, burzymy też bloki mieszkalne w Gazie, by się Hamasowi lepiej broniło w gruzach, walczymy o ten skrawek terenu dłużej niż Amerykanie wyzwalali Filipiny z rąk Japończyków, a niedobitki hamasowców podkładają ładunki wybuchowe w naszych czołgach... A tymczasem w syryjskiej Suwajdzie Izrael oficjalnie wspiera syryjskiego generała, który wcześniej koordynował relację assadowskiej armii z irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej....

W międzyczasie doszło do rewolucji w Nepalu. Młodzi ludzie pogonili rząd stworzony z maoistowskich komuchów, a zrobili to bo komuchy zamknęły im media społecznościowe a wcześniej w złodziejski sposób zarządzali gospodarką kraju. Spłonął parlament, żona premiera udusiła się w płonącej rezydencji, a ministra finansów rozbrano do naga i włóczono po ulicach. Lewary fascynujące się trzecioświatowymi, komuszymi odpadkami są w szoku, że to "kolorowa rewolucja wywołana przez CIA u wrót Chin'. A ja zapytam: a kiedy coś takiego w Europie Zachodniej?



Wszystko to zostało przykryte jednak przez morderstwo Charliego Kirka. Przyznam się, że dotychczas słabo znałem dorobek tego amerykańskiego, konserwatywnego działacza. Wydawał mi się kolesiem o dosyć umiarkowanych poglądach, takich w stylu 2015 r., który kulturalnie a zarazem błyskotliwie debatował z lewarami na uniwersytetach. Bardziej radykalna prawica śmiała się z jego proizraelskiej postawy. Lewary miały jednak przy nim totalny meltdown, słysząc nawet stosunkowo niewinne jego wypowiedzi w stylu: "Taylor, przestań być feministką". Gdy Kirk został zamordowany, lewarstwo dostało jakiegoś dziwnego, radosno-orgazmicznego spazmu. (Przypominającego reakcje naszych lewackich libków po zamordowaniu prezydenta Kaczyńskiego.) No cóż, to tylko potwierdza, że lewary są nie tyle problemem politycznym, co psychiatrycznym. 



Lewacki cuck, który zabił Kirka okazał się być antyfaszystą - czyli przypadkiem psychiatrycznym. Antyfaszysta to bowiem ktoś, kto uważa, że największym zagrożeniem dla świata jest reżim Mussoliniego i jest gotów bić i zabijać osoby, które postrzega jako faszystów, czyli wszystkich na prawo  globalistycznych "elit" chcących obniżyć poziom życia ludziom na Zachodzie. Antyfaszystów powinno się zwalczać w cywilizowanych państwach tak jak wściekłe psy. (A nie wybierać do Parlamentu Europejskiego jak terrorystkę Ilarię Salis. Węgrzy jakoś jej nie załatwili samobójstwa w więzieniu, ani nie przerobili jej tam na warzywo...)  Libki próbują teraz zrobić z tego cucka "prawicowca", tymczasem ludzie, którzy go znali jednoznacznie wskazują, że był on radykalnym lewicowcem, co kontrastowało z prawicowymi poglądami reszty jego rodziny. Typowy, lewacki, antyfaszystowski incel...




Lewary cieszące się ze śmierci Kirka nie zauważają jednej, ważnej rzeczy. Jego zgon przyczyni się do radykalizacji prawicy. Skoro zabiliście kolesia o nieco staroświeckich, republikańskich poglądach z 2015 r., który kulturalnie z wami debatował, to znaczy, że zamykacie drogę do cywilizowanej debaty i chcecie zabić resztę z nas. 












Lewary nie dostrzegły, że poparcie dla powrotu segregacji rasowej w Stanach mocno wzrosło po tym jak wypuszczony z więzienia czarny psychopata z 14 wyrokami zabił w autobusie śliczną ukraińską uchodźczynię Irynę Zarytską. Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, że do mordowania białych przez czarnych dochodzi o wiele, wiele częściej niż czarnych przez białych. Często Czarni popełniają zbrodnie na białych ze szczególnym okrucieństwem. Czarni aktywiści otwarcie też wzywają do eksterminacji białych. Statystyki dotyczące przestępstw popełnianych przez Afroamerykanów są porażające (podobnie jak ich statystyki IQ), a cały rynek nieruchomości w USA opiera się na idei mówiącej, że trzeba znaleźć miejsce do życia "z dala od Czarnuchów, ale nie tak daleko, by jechać 3 godziny do pracy". Amerykanie słyszący Europejczyków jojczących, że w USA jest słabo rozbudowany transport publiczny, pukają się w głowę - "po co nam autobusy, skoro w autobusie można zostać zadźganym przez Czarnucha? Lepiej jeździć samochodem, na co was eurocucków nie stać". Młodzi Amerykanie, widząc jaki syf Czarni robią w szkołach, zaczynają postrzegać jako zbrodnię decyzję prezydenta Eisenhowera, by wymusić za pomocą Gwardii Narodowej desegregację szkół na Południu. Południowcy opowiadający się wówczas za segregacją rasową chcieli bronić swojego stylu życia. Podobnie jak biali mieszkańcy RPA popierający apartheid, robili to, by ich kraj nie stał się kolejnym, zdekolonizowanym, afrykańskim shitholem w stylu Konga. (Lewary często porównują politykę Izraela do apartheidu. Przypominam więc, że apartheid polegał na tym, że biali budowali dla czarnych oddzielne szpitale i szkoły o przyzwoitym standardzie, a Izrael bombarduje tego rodzaju obiekty.) Idee, które jeszcze kilka lat temu byłyby trudne do pomyślenia, zyskują coraz większą popularność. Okno Overtona nie przesunęło się w prawo - ono zostało rozbite w drobny mak przez głupią politykę libkowskich rządów. 



sobota, 8 lutego 2025

Pierwsza wojna w drugiej kadencji Trumpa?

 



Ilustracja muzyczna: Sicario - The Beast

Pierwsza wojna z udziałem nowej administracji Trumpa prawdopodobnie będzie toczyła się w Meksyku.  To nie tylko moja opinia. Tom Homan, prezydencki pełnomocnik ds. zabezpieczenia granicy, stwierdził, że spodziewa się "kinetycznej" wojny pomiędzy oddziałami amerykańskimi a kartelami.  Sekretarz obrony Pete Hegseth przyznał, że uderzenia przeciwko kartelom są brane pod uwagę a swoją pierwszą wizytę złożył wśród żołnierzy pilnujących granicy południowej. Wywiad straży granicznej przechwycił informacje, że kartele planują używać IED oraz dronów-kamikaze przeciwko funkcjonariuszom Border Patrol. To byłby świetny pretekst do ekspedycji karnej. Mieliśmy ostatnio przelot amerykańskiego wojskowego samolotu rozpoznawczego (wykonującego misję SIGINT) w meksykańskiej przestrzeni powietrznej, nad Zatoką Kalifornijską, wzdłuż wybrzeża stanów Sinaloa i Sonora. 



Nagła zapowiedź nałożenia karnych, 25-procentowych ceł na Kanadę i Meksyk, a następnie szybkie ich zawieszenie miało przyczyny nie tyle ekonomiczne, co związane z bezpieczeństwem narodowym. Meksykańska prezydent Claudia Sheinbaum szybko zgodziła się wysłać 10 tys. żołnierzy do zabezpieczenia granicy. Władze Meksyku robiły taką pokazówkę już za rządów Bidena, co oczywiście niewiele zmieniało, gdyż Meksyk jest rządzony przez kartele. (Niestety nie wiemy dla którego kartelu pracuje meksykańska prezydent.) Trudeau również zgodził się wzmocnić granicę, ale także powołać specjalną amerykańsko-kanadyjską grupę zadaniową walczącą z przestępczością zorganizowaną i uznać meksykańskie kartele za organizacje terrorystyczne. Dlaczego Trump uderzył w Kanadę? Bo Kanada jest główną pralnią pieniędzy karteli i triad oraz centrum produkcji i dystrybucji fentanylu. Centrum tej działalności jest Vancouver, gdzie wspólne interesy prowadzą chińskie triady (oczywiście mocno powiązane z bezpieką ChRL), meksykańskie kartele i... Hezbollah (przypominam o silnym zaangażowaniu irańskich służb i dawnego reżimu Assada w handel narkotykami). Chińczycy robią tam za bankierów dla mafii narkotykowych, a pieniądze piorą m.in. na kanadyjskim rynku nieruchomości ( i to dlatego domy w Kanadzie stały się tak drogie). Zainteresowanych tematem odsyłam do tego artykułu.

Zalew fentanylu jest oczywiście elementem chińskiej strategii zwalczania USA. Świadczy o tym choćby to, że chińscy producenci półproduktów do wytwarzania tego narkotyku mogą ubiegać się o zwrot VAT za eksport tych substancji, a jednocześnie nie mogą sprzedawać ich w Chinach. Fentanyl, który trafia do USA jest bardzo tanim narkotykiem, a jednocześnie mocno uzależniającym i zabójczym. 42 proc. pigułek skonfiskowanych przez DEA zawierało jego śmiertelną dawkę. Zalewanie Ameryki fentanylem jest więc nie tyle operacją narkotykową, co terroryzmem chemicznym. (Dodajmy, że port w Vancouver służy również jako centrum logistyczne dla dostaw fentanylu do Australii oraz wysp Oceanii.) 



Nie zapominajmy też, że triady i kartele zarabiają również na organizowaniu nielegalnej imigracji, do której zwalczania ostro zabrała się nowa administracja. Liczba prób przekroczenia granicy spadła o 94 proc. rok do roku. Sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem patronuje tej polityce. Ostatnio przejechała się konno nad granicą z funkcjonariuszami Border Patrol. Złośliwcy nazywają ją ICE Barbie, ze względu na zamiłowanie do cosplayu (rywalizowała z nią ostatnio pod tym względem kongreswoman Nancy Mace). 



Tymczasem Marco Rubio odwiedził Panamę i wymógł na tamtejszym prezydencie wycofanie się z chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku. Jednocześnie "grupa prawników" wniosła skargę do panamskiego Sądu Najwyższego, w której domagają się odebrania spółce z Hongkongu Hutchinson Ports licencji na zarządzanie dwoma portami po obu stronach Kanału Panamskiego. To całkiem rozsądne rozwiązanie. W razie wojny z Chinami, amerykańska grupa bojowa musiałaby zająć Kanał, tak jak Grenlandię w czasie II wojny światowej.

Na Grenlandii mają się odbyć wybory 11 marca, a po nich referendum niepodległościowe. Grenlandia jest oczywiście ważna nie tylko ze względu na metale ziem rzadkich, ale również na konieczność panowania nad morskim przesmykiem GIUK - blokowania tam rosyjskich i chińskich okrętów podwodnych.

Wyciekł plan "pokojowy" dla Ukrainy. Tyle, że postępów w negocjacjach z Rosją nie ma. Politbiuro nie jest zdecydowane, na co się zgodzić. Generał Keith Kellog zagroził Rosji zaostrzeniem sankcji, oceniając, że siła obecnych w skali od 1 do 10 wynosi zaledwie 3. Ostatnio wzrosła częstotliwość ukraińskich uderzeń dronowych w rosyjskie rafinerie. To również sposób nacisku na Moskwę. Nie zdziwcie się, jeśli zostaną nałożone 25 proc. cła na towary z UE - Unia wciąż kupuje rosyjski LNG, a Amerykanie chcieliby go mocniej zastąpić swoim gazem. Dla USA wojna handlowa z UE byłaby tylko niedogodnością, a dla strefy euro czynnikiem, który wepchnąłby ją w recesję.

W kwestii wojen handlowych, zapoznałem się z ciekawą teorią Jeffa Parka, analityka Bitwise. Wynika z niej, że Trump i Bessent chcą wykorzystać wojny handlowe jako narzędzie do doprowadzenia do układu Plaza 2.0. Jego istotą byłoby kontrolowane osłabienie dolara i spadek rynkowych stóp procentowych. Słaby dolar i niskie stopy to doskonałe warunki zarówno dla amerykańskiego eksportu jak i dla rynku akcji oraz kryptowalut. Pozwoliłoby to również rządowi USA - i innym rządom - na zadłużanie się niskim kosztem. Czyli same korzyści, tylko libki i inne osoby patrzące na ekonomię zgodnie z teoriami sprzed ponad 100 lat (to trochę jakby uczyć się fizyki na podstawie podręczników z początku XX w.) będą płakać, że "nasze wnuki będą musiały spłacać te długi", po raz miliardowy wieszczyć "koniec dolara" oraz hiperinflację.



O ile wiele działań administracji Trumpa ogłoszonych w pierwszych dniach jej urzędowania było bardzo rozsądnych lub dużo rozsądniejszych, niż się nam próbuje wmawiać, to pomysł wysiedlenia Palestyńczyków ze Strefy Gazy i budowy tam "bliskowschodniej riwiery" to całkowicie autorski, kretyński, pomysł Trumpa. Rubio oraz inni oficjele z administracji dowiedzieli się o nim z telewizji. Zaskoczony był pewnie też Netanjahu. Trump po prostu znów poczuł się ambitnym deweloperem, a ten projekt mogli mu zasugerować Jared Kushner i Steve Witkoff. Realizacja tego projektu wymagałaby jednak finansowego współudziału Arabii Saudyjskiej, Kataru i ZEA. One nie chcą w tym uczestniczyć, bo byłoby to samobójstwo wizerunkowe grożące buntem poddanych. Poza tym, kto da im gwarancję, że Izrael nie zamieni tej "riwiery" w morze gruzów? Problematyczne byłoby też "tymczasowe" wysiedlenie Palestyńczyków. Nie chcą ich przyjąć Egipt i Jordania, bo obawiają się, że owi nachodźcy przynieśliby ze sobą dobrze zorganizowane siatki dżihadystyczne. Palestyńczycy mogliby zdestabilizować Egipt tak jak Liban w latach 70-tych. Izraelczycy kombinują z wysłaniem Palestyńczyków do somalijskiego Puntlandu. Musieliby jednak sami przeprowadzić taką operację logistyczną. Jednym z elementów bliskowschodniej gry jest to, że nikt dobrowolnie nie opuszcza swojej ziemi. Tak więc Palestyńczycy nigdy dobrowolnie nie opuszczą Strefy Gazy. Mogą koczować w ruinach, ale nie odejdą. Co ciekawe Rubio w 2016 r. wyśmiewał Trumpa, że postrzega on Palestynę jako aktywo nieruchomościowe...


Ale przyznam, że byłoby ciekawie, gdyby USA przejęły Strefę Gazy jako swoje terytorium. Przy zmianie trendów politycznych stałoby się ono przyczółkiem do powstania nowoczesnego państwa krzyżowców, które mogłoby z czasem wchłonąć Izrael i okoliczne ziemie. :)


Tymczasem Trump wyznaczył na nowego ambasadora w Warszawie Toma Rose'a, byłego wydawcę "Jerusalem Post". Wyznawcy rebe Brauna już krzyczą: "Gewałt! 447!" i twierdzą, że to będzie drugi ambasador Izraela w Warszawie. Ja się cieszę, że Izrael będzie miał wreszcie prawdziwego ambasadora, bo przez ostatnie kilkanaście lat głównie zsyłał na warszawską placówkę ludzi upośledzonych umysłowo. Rose co prawda jest syjonistą, ale w dyskusjach dotyczących historii bronił Polaków - prostując łgarstwa. Dla zarządców Weischselgau będzie trudniejszym rozmówcą niż Mareczek Brzeziński, gdyż ostro się wypowiadał choćby w kwestii przejęcia TVP przez ekipę Kapitana Pizdy, a lubi się z prezydentem Dudą i Morawieckim. Występował też w telewizji WPolsce24. Więc może być ciekawie, ale pamiętajmy, że będzie on realizował nie swoją własną politykę, ale politykę Departamentu Stanu.




Sam Departament Stanu wspólnie z DOGE dokonali rzeczy niesamowitej, czyli rozpieprzyli w drobny mak agencję USAID. Okazało się, że oprócz fundowania kondomów hamasowcom i finansowania libkowskich mediów z całego świata oraz różnych inicjatyw związanych z transami, LPG i aborcją, dawała też granty na chińskie badania nad wirusami oraz na działalność Kościoła Szatana. W Polsce pieniądze z USAID dostawały m.in.: Kampania Przeciwko Homofobii, Feminoteka, kodziarska Tour de Konstytucja, "Wyborcza", "Krytyka Polityczna" czy OKO Press. Agencja rządu amerykańskiego finansowała więc organizacje działające przeciwko poprzedniemu, sojuszniczemu rządowi. Razem z NED wręcz spiskowała przeciwko rządowi PiS. Zarządzała tą pralnią Samantha Power, była obamowska ambasador przy ONZ. USAID kiedyś była uważana za przykrywkę dla CIA, ale z czasem stała się ona samodzielną, "dziką" agencją prowadzącą własną politykę. Teraz, gdy ten burdel rozwalono i kasa została odcięta, wśród lewicowych libków z całego świata rozległ się kwik. "Nie będzie pieniędzy na głodne dzieci w Afryce!". (I dlatego pięknym ruchem było też odcięcie wsparcia dla komuszej RPA.) Na głodne dzieci tam szedł ułamek środków, a poza tym "Tylko 1 dolar wystarczy, by wykarmić afrykańskie dziecko, którego ojciec zabił białego farmera, od którego kupował wcześniej jedzenie". Nawet gdyby rozwalenie USAID było jedyną dobrą rzeczą zrobioną przez administrację Trumpa, to i tak pozytywnie zapisałoby ją w historii.

A to dopiero początek drugiej kadencji Trumpa...



sobota, 4 maja 2024

Prawdziwy chiński budżet wojskowy i Wietnam Bidena

 


Mediom krajowym i zagranicznym umknął niezwykle ciekawy raport American Enterprise Institute dotyczący wielkości prawdziwego budżetu wojskowego Chińskiej Republiki Ludowej. Niektórzy z Was pewnie się żachną, że AEI to "straszny, neokonserwatywny think-tank", ale akurat w tej kwestii ma on całkowitą rację. Tylko totalny idiota lub zawodowy sinolog (chcący, by mu nadal wydawano wizy do ChRL i zapraszano na stypendia na tamtejsze uczelnie) wierzy w oficjalne chińskie dane mówiące, że ich budżet wojskowy jest kilkakrotnie mniejszy od amerykańskiego. Raport AEI wskazuje, że jest on podobnie duży jak wydatki militarne USA. Zresztą każdy kto przygląda się tempu w jakim Chińczycy oddają do użytku nowe okręty wojenne domyśli się, że ich oficjalny budżet jest lipą. Zda sobie również z tego sprawę, każdy kto miał jakieś pojęcie o oficjalnych i ukrytych sowieckich wydatkach zbrojeniowych.



Z wyliczeń AEI płyną dosyć oczywiste wnioski: ChRL zbroi się w bardzo szybkim tempie, by rzucić wyzwanie USA i zdobyć globalną supremację. To, że Chińczycy tak wiele wydają na swoje siły zbrojne nakazuje natomiast Ameryce na nowo zdefiniować priorytety. Może czas przestać traktować jako śmiertelne zagrożenie takie dziadowskie państwo jak Iran lub jakiś kolesi z kałachami na pustynnych zadupiach? A może zacząć starcie z Chinami od wyeliminowania z gry ich najbliższego sojusznika, czyli Rosji?

Tymczasem w Stanach największe emocje budzi obecnie nie chińskie zagrożenie, ale starcie dwóch pustynnych plemion na Bliskim Wschodzie.

Widzieliśmy w ostatnich dniach sceny przywodzące na myśl czasy hippisowsko-mansonowskie. Zamieszki na kampusach rozpoczęte przez "antywojenną", propalestyńską lewicę. Sytuacja jest pod wieloma względami podobna do tej z 1968 r. Wówczas Partia Demokratyczna była podzielona w kwestii wojny wietnamskiej, obecnie dzieli ją kwestia izraelsko-palestyńska. Politycy starej daty oraz ich sponsorzy wspierają Izrael, młody elektorat demokratów popiera Palestyńczyków. W 1968 r. wojna domowa w Partii Demokratycznej pomogła Nixonowi wygrać wybory prezydenckie. Według Rogera Stone'a ten sam scenariusz wchodzi w grę również obecnie - mająca bliskowschodnie korzenie wojna domowa wśród demokratów otworzy Trumpowi drogę do powrotu do Białego Domu. To niebezpieczeństwo widzi też choćby taki weteran hippisowskiej rewolucji jak Bernie Sanders.

Jest jednak kilka poważnych różnic między obecną sytuacją a tą z 1968 r. Wówczas skompromitowany Lyndon Johnson zrezygnował z ubiegania się o reelekcję. Biden nie zamierza tego robić, a Partia Demokratyczna właściwie nie ma kim go zastąpić. Nie ma nowego Kennedy'ego, Clintona czy Obamy. Tzn. Kennedy jest - Robert Kennedy Jr., syn zastrzelonego w 1968 r. Roberta Kennedy'ego - ale startuje on jako niezależny i nie jest zbyt poważnym kandydatem. Z jednej strony to foliarz wygadujący głupoty o wojnie na Ukrainie, z drugiej ekoświr mocno powiązany z establiszmentem. Nie jest więc wiarygodny dla obu stron.



Druga różnica dotyczy postaw społecznych Amerykanów. Protesty na kampusach zmieniły się w zamieszki, bo lewactwo sprowokowało swoimi głupimi zachowaniami (takimi jak zerwanie z masztu amerykańskiej flagi i zastąpienie ją palestyńską) członków bractw studenckich. Kolesie z bractw wraz z prawicowcami spuścili więc tam lewakom wpierdol. Policja - pamiętająca akcje lewaków przy okazji BLM - spokojnie patrzyła, po czym też spuściła wpierdol lewicowcom. (Jednego z policjantów sfilmowano, gdy pluł na palestyńską flagę ściągniętą z masztu.) W jednej kwestii wszystkie strony sporu się jednak zgodziły. Propalestyńscy lewicowcy i proizraelscy prawicowcy wspólnie skandowali: "Fuck Joe Biden!".

Kto by pomyślał, że Afroman zrobi kiedyś razem z Rogerem Stone'm kawałek o Hunterze Bidenie...




***

Pamiętacie pewnie pewnie niedawny atak terrorystyczny w Sydney, w trakcie którego stracił oko asyryjski biskup Mari Emmanuel? Posłuchałem paru jego wypowiedzi na YouTube i muszę powiedzieć, że poruszał on pewne wątki, które opisywał na swoim blogu Spiskolog. W tym kwestię kontroli populacji za pomocą muzyki. Ciekawe, czy podczas jednego z takich kazań nie powiedział czegoś za dużo i ktoś dał na niego zlecenie?




***

Jak pewnie zauważyliście, zacząłem wzbogacać blog obrazkami generowanymi przez Sztuczną Inteligencję. Będzie ich dużo więcej przy ewentualnych seriach dotyczących starożytności. I nie będą to obrazki purytańskie ani brewarystyczne...

sobota, 23 marca 2024

Rosja wygrywa z Rosją

 


Powyżej: Zidentyfikowano trzech pierwszych sprawców zamachu w Krasnogorsku.

Moją pierwszą reakcją na zamach na salę koncertową Crocus w Krasnogorsku pod Moskwą była myśl: "Coś im musiało nie stykać w prawdziwych wynikach wyborów prezydenckich... Zapewne oskarżą o to Rosyjski Korpus Ochotniczy".

Tak się akurat składa, że od ponad tygodnia w obwodach biełgorodzkim i kurskim walczą grupy dywersyjne takich okrytych chwałą jednostek jak Rosyjski Korpus Ochotniczy, Legion Wolna Rosja i Batalion Syberia. Pierwszego dnia tej operacji kremlowska propaganda twierdziła, że "wszystkich dywersantów zabito na granicy", ale dziwnym trafem donosi wciąż o "zwycięskich walkach" przeciwko nim. Sami rosyjscy ochotnicy wrzucają do netu fotki pokazujące ich obecność w różnych miejscowościach zaatakowanych regionów, a Rusnia nagle postanowiła ewakuować z obszarów przygranicznych 9 tys. osób. Można się więc domyślać, że rosyjska inwazja na Rosję nie została powstrzymana przez siły podległe Kremlowi.

Zapijaczony żul i zarazem dwunożny kawałek gówna Miedwiediew rzeczywiście obwinił "reżim kijowski" za wczorajszy zamach, a FSB twierdziła, że sprawcy "mieli kontakty na Ukrainie". Oczywiście ledwo co ich złapała. Do scenariusza przewidującego atak "ukraińskich faszystów" na teatr (czyli do mutacji scenariusza znanego z prowokacji na Dubrowce) kremlowska propaganda już dawna Moskali przygotowywała. Rosyjskie opozycyjne portale pisały natomiast o szykowanej nowej fali mobilizacji, w ramach której ma zostać powołanych 300 tys. osób. 

ALE...

"Putin" miał w piątek w nocy wystąpić z orędziem. Nie wystąpił. Nie miał więc z góry przygotowanej wersji propagandowej. 

Niedawno zapewniał on, że "nie będzie żadnych zamachów terrorystycznych w Moskwie". Oficjalnie zidentyfikowani sprawcy pochodzili z Tadżykistanu. Ledwo co, bo w zeszłym miesiącu, "Putin" spotkał się z tadżyckim prezydentem i zapewniał o wspaniałej współpracy z nim. Oczywiście to polityka Putina otworzyła szeroko drzwi do Rosji dla wszelkiego rodzaju imigrantów z Azji Środkowej, Bliskiego Wschodu i Afryki. Oczywiście część z tych imigrantów razem z Baćkoszenką i różnymi polskojęzycznymi agentami oraz pożytecznymi idiotami próbowała przerzucać przez naszą granicę. Karma więc wraca...

Co więcej FSB pozwalała rosyjskim muzułmanom jeździć do Syrii, by zasilać szeregi Państwa Islamskiego. A później pozwalała im wracać do Rosji. Oczywiście miała cały czas przeświadczenie o tym, że kontroluje sytuację. Tymczasem była zbyt zajęta ściganiem zwolenników Nawalnego oraz organizowaniem gejowskich orgii, by zajmować się islamskimi fundamentalistami. 

Do zamachu jakoby rzekomo przyznała się organizacja ISIS-K (czyli Państwo Islamskie Chorezmu), która jak dotąd walczyła głównie przeciwko talibom oraz Iranowi. To ona dokonała niedawnego zamachu na uroczystościach upamiętniających irańskiego gen. Sulejmaniego - w odwecie za który popierdoleni Irańczycy zbombardowali... iracki Kurdystan i Pakistan. 

Tak się akurat złożyło, że kilka tygodni temu amerykańskie tajne służby ostrzegły FSB, że ISIS-K szykuje zamachy w Moskwie, w tym na koncerty. FSB olała to ostrzeżenie, wobec czego Amerykanie wydali komunikat, w którym wzywali swoich obywateli, by unikali w Moskwie miejsc, w których zbierają się tłumy. Twitterowi analitycy pisali wówczas: "Ciekawe, czy rzeczywiście dojdzie do pierwszego ataku ISIS-K w Rosji."

Jurij Felsztyński twierdzi, że zanim Amerykanie ostrzegli Rosję przed zamachem szykowanym przez ISIS, FSB twierdziła, że Ukraińcy i NATO przygotowują zamach w Moskwie. To dało pewność Amerykanom, że sama FSB szykuje prowokację, więc zdecydowali się na ruch uprzedzający: publiczne ostrzeżenie przed zamachem w rosyjskiej stolicy. Takie to wielopiętrowe rozgrywki służb...

W nadchodzących dniach będziemy zapewne świadkami tego jak kremlowska propaganda będzie dokonywała fikołków i łamańców logicznych, by wykazać, że terroryści z Tadżykistanu byli powiązani z Czeczenami, Rosyjskim Korpusem Ochotnicznym, Nawalnym, ukraińskim wywiadem wojskowym, służbami specjalnymi Litwy, Rumunii, Polski, Francji, Wielkiej Brytanii oraz USA. 

Zachowanie cwelotrolli z Olgino jest równie przewidywalne. Będą pisać, że ISIS=CIA, Mossad i "banderowcy". Z góry więc ostrzegam: DARUJCIE SOBIE, BO JUŻ WIEMY, CO NAPISZECIE. NIECH NIKT NIE ODPOWIADA NA SPAMUJĄCE KOMENTARZE, BO BĘDĄ ONE USUWANE. Może tylko co głupsze zostawię, by się z nich pośmiać.

***

Ktoś w komentarzach pod poprzednim wpisem narzekał, że nie piszę ostatnio nic o wojnie w Strefie Gazy. A co mam pisać? Konflikt trwa już ponad pięć miesięcy. W jego trakcie Izrael zgruzował i zajął ponad dwie trzecie Strefy Gazy. Walki były monotonne i mało spektakularne, a z pola bitwy wyciekało niewiele filmów. Straty poniesione przez wojsko izraelskie przekroczyły 600 zabitych, więc można je uznać za "akceptowalne". Nie udało się jednak całkowicie zniszczyć Hamasu, pomimo zabicia części jego dowódców. Hamas ponownie przejmował kontrolę nad gruzowiskami opuszczanymi przez wojska izraelskie. Znaczna większość zakładników wciąż znajduje się w rękach Hamasu. Tych, których uwolniono, odzyskano głównie w wyniku negocjacji. Palestyńska ludność cywilna poniosła ciężkie straty, ale zapewne sporo mniejsze od tych podawanych oficjalnie. Te oficjalne są na pewno lipne - liczba zabitych rośnie tam zgodnie z algorytmem, niezależnie od tego czy danego dnia toczą się walki czy nie.  Bidenowi nie udało się obalić Netanjahu, ale Netanjahu wraz z Saudyjczykami nie może się doczekać obalenia Bidena, który traci poparcie z powodu swojego proizraelskiego stanowiska. Ogólnie większość rządów arabskich po cichu cieszy się z tego, że Izrael niszczy proirański Hamas.

Ogólnie: wojna Izraela z Hamasem nie jest naszą wojną i żadna z jej stron nie zasługuje na to, by jej kibicować. To jak obserwowanie walki gangów-kanibali na Haiti. Oczywiście w Europie Zachodniej się tym mocno ekscytują starciem bliskowschodnich plemion. No, ale skoro burmistrzem Londynu i premierem Szkocji są Pakistańczycy, a premierem Wielkiej Brytanii Hindus, no to trudno się dziwić, że czują się związani emocjonalnie z tym shitholem...

***

Nie wiem, czy w przyszłym tygodniu będę miał czas zrobić wpis, więc tradycyjnie życzę Szanownym Czytelnikom Wesołych Świąt Wielkanocnych!