Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajwan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajwan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2026

Wrażenia z Tajwanu i dyplomatyczna klęska Trumpa



                               

 Poprzedni tydzień spędziłem na Tajwanie. Odwiedziłem tam m.in. fabrykę dronów, kilka think-tanków oraz gmach MSZ, w którym wziąłem udział w lunchu roboczym z tamtejszym wiceministrem spraw zagranicznych. Podróż była super, odbyta w bardzo komfortowych warunkach i w fajnym, międzynarodowym towarzystwie.





Przede wszystkim rzucało się w oczy to, że sytuację międzynarodową na Tajwanie postrzegają w sposób mniej sensacyjno-panikarski niż choćby w Polsce.

- Chiny ostatnim razem stoczyły dużą bitwę morską w 1895 r. - przypomniał tajwański wiceminister spraw zagranicznych.

W wojskowym think-tanku wyjaśniono, że celem ChRL jest przerwanie "pierwszego łańcucha wysp" i wybicie się na Pacyfik w sposób wystarczająco szybki, tak by USA nie miały czasu na reakcję. Ten scenariusz wyklucza pierwsze uderzenie na Filipiny - one mają (w odróżnieniu od Tajwanu) - pakt wojskowy z USA. Kluczem do utrzymania status quo w Cieśninie Tajwańskiej jest więc odstraszanie - przekonanie decydentów z Pekinu, że inwazja na Tajwan będzie dla nich zbyt kosztowna i że nie da się łatwo podbić tej Wyspy. Jak na razie ChRL nie dysponuje zresztą wystarczającą liczbą okrętów desantowych, by przeprowadzić pełnoskalową inwazję. Musiałaby się posiłkować nieuzbrojonymi statkami cywilnymi. 



Podobał mi się podczas tej wizyty często spotykany antykomunistyczny vibe :) Firma Thunder Tiger, produkująca drony, w swojej broszurce zamieściła grafikę pokazującą ataki dronowe na okręty wojenne z banderą ChRL. Widać, że tamtejsze siły zbrojne mocno stawiają na transformację dronową - co jednak utrudnia parlamentarna obstrukcja w wykonaniu Kuomintangu (blokującego pakiet wydatków zbrojeniowych). Co ważne - Tajwańczycy chwalą się, że ich łańcuch dostaw części do dronów jest "red free".

Niestety na moje pytania dotyczące chińskiej doktryny wojny powietrznej - tego, czy Chiny są zdolne do przeprowadzenia kampanii bombardowań strategicznych skoncentrowanej na kluczowych celach (a nie partactwa w sowiecko-rosyjskim stylu) - pozostały bez odpowiedzi.

A jeśli ChRL zdecydowałaby się na blokadę morską? Tajwan jest zależny od eksportu LNG. W normalnych warunkach zapasy gazu dla elektrowni skończyłyby się po kilkunastu dniach. Jeśli jednak wyłączony zostałby przemysł, Tajwan przetrwałby co najmniej 40 dni blokady. Oczywiście taka blokada oznaczałaby przerwanie pracy fabryk chipów.  Światu - a także Chinom - zagroziłby kryzys gospodarczy. Od jednego z zachodnich cudzoziemców mieszkających od lat na Tajwanie usłyszałem jednak, że poważnym problemem stałby się dostęp do żywności podczas blokady. Tajwan jest przecież mocno uzależniony od jej importu. Ów expat stwierdził również, że co prawda na budynkach pojawiły się oznaczenia schronów, ale ludzie zwykle nie wiedzą, czy dany schron będzie dostępny i co w nim jest. Ludności nie da się natomiast ewakuować w przypadku blokady - Tajwan to wyspa. Szkolenie obrony cywilnej jest ponoć dalece niewystarczające: obejmuje niewiele osób rocznie.

Czy Tajwan jest chroniony przez mur krzemowy? Wątpliwości co do tego wyrażali przedstawiciele środowisk biznesowych, wskazując, że zadaniem branży półprzewodnikowej nie jest obrona kraju. Dywersyfikacja geograficzna produkcji (przenoszenie jej części do USA) jest motywowana kwestiami biznesowymi. Przy okazji mogłem się przyjrzeć kilku miejscowym nowinkom technicznym - plastikowi wytwarzanemu z muszli ostryg, ekranom 3 D, czy też przenośnej maszynie rentgenowskiej (dało się ją przenieść jedną ręką). Wiele tutejszych wynalazków trafi do UE z dużym opóźnieniem - ze względów regulacyjnych.

Mocna zaakcentowano również hipokryzję niektórych instytucji międzynarodowych. - Do siedziby WHO nie wpuszcza się dwóch kategorii ludzi: terrorystów i Tajwańczyków - stwierdził tajwański wiceminister spraw zagranicznych. Obsesja Pekinu w kwestii "zapobiegania" niepodległości Tajwanu wygląda w tym kontekście mocno absurdalnie. Tajwan już od prawie ośmiu dekad posiada bowiem wszelkie atrybuty suwerennego państwa. Ma choćby armię większą od sił zbrojnych większą niż w niemal wszystkich krajach Europy. ChRL nigdy nie kontrolowała terytorium Tajwanu, a Republika Chińska zarządzała Tajwanem ze swojej stolicy w Nankinie jedynie przez cztery lata. Wiceminister spraw zagranicznych zwrócił uwagę, że Pekin i społeczność międzynarodowa za "deklarację niepodległości" Tajwanu uznałyby zmianę nazwy państwa przez parlament, co jest absurdem, bo przecież zdarzało się już wielokrotnie, że różne państwa zmieniały swoje nazwy. (Co symptomatyczne, oficjele z Taipei, często używają nazwy "Tajwan" zamiast "Republika Chińska", a o ChRL mówią "Chiny".)  Celem Taipei jest oczywiście utrzymanie pokoju w Cieśninie Tajwańskiej i wypracowanie dobrosąsiedzkich relacji z Pekinem. Problem jednak w tym, że Pekin zawęża Tajwanowi opcje przyszłości jedynie do "reunifikacji" na warunkach chińskich komunistów.

***

Wkrótce po tym, jak wróciłem do kraju doszło zawarcia memorandum pomiędzy USA a Iranem, zawieszającego wojnę na dalsze 60 dni i otwierającego Cieśninę Ormuz. To memorandum jest oczywiście wielką dyplomatyczną klęską administracji Trumpa, dającą Iranowi strategiczne zwycięstwo w tej wojnie. Trump tym samym zrezygnował z prób obalenia irańskiego reżimu, pozwolił mu zachować program rakietowy i wpływ na żeglugę w Cieśninie Ormuz. To, co uzyskał w zamian jest dalece niepewne. Nie wiemy bowiem kluczowej rzeczy - czy frakcja Ghalibafa, która ostatnio uzyskała wyraźną przewagę w wewnętrznej walce o władze w Teheranie, zdecyduje się o prowadzeniu przez Iran mniej konfrontacyjnej polityki, obejmującej również zbliżenie z USA.

Przypominam: plan obalenia reżimu upadł w styczniu w wyniku zdrady kurdyjskich komunistów, którzy ukradli broń i Stralinki przeznaczone dla irańskiej opozycji. Postawiono wówczas na zmianę reżimu za pomocą przewrotu wewnętrznego. Po drugiej turze uderzeń dekapitacyjnych - po wyeliminowaniu Laridżaniego - udało się Amerykanom porozumieć z mafijną frakcją Ghalibafa. Ona obiecywała Trumpowi oddanie materiałów rozszczepialnych i włączenie Iranu do systemu zachodniego. A może nawet pokój z Izraelem. To dlatego Trump zamroził wojnę w okolicach Wielkanocy.

Na początku maja mieliśmy ogłoszenie Projektu "Wolność", czyli eksortowania przez US Navy cywilnych statków przez Cieśninę Ormuz. Operację tę oficjalnie zawieszono już po jednym dniu. Potajemnie ją jednak kontynuowano. Tankowce płynęły pod eskortą do Zatoki Omańskiej, gdzie ropę przeładowywano na inne jednostki. Puste tankowce wracały następnie do Zatoki Perskiej, a serwisy monitorujące ruch statków pokazywały, że nie ruszały się one z okolic Dubaju. Ta operacja prowadzona była z sukcesem, tuż pod nosem Irańczyków. Dopiero 9 czerwca Irańczycy zdołali zestrzelić amerykański śmigłowiec biorący udział w tej operacji. Odpowiedzią były amerykańskie bombardowania celów na irańskim wybrzeżu, w porcie Bandar Abbas i w Teheranie. Ponoć wówczas zlikwidowano dowódcę Marynarki Wojennej Korpusu Strażników Rewolucji. Nieco wcześniej mieliśmy krótką wymianę ciosów między Iranem a Izraelem. Pojawiły się doniesienia, że w bombardowaniach został wyeliminowany Vahidi i że stracono kontakt z Modżtabą. Tuż po tej eskalacji nastąpił nagle przełom dyplomatyczny - osławione porozumienie. 

Od dawna przekonuje, że USA miały wszelkie możliwości, by zbrojnie odblokować Cieśninę Ormuz. Przebieg Projektu Wolność to potwierdza. Przez miesiąc prowadzenia operacji eskortowych stracili tylko jeden śmigłowiec. Na kadłubach samolotów A-10 pojawiły się natomiast oznaczenia wskazujące, że brały one udział w dużej liczbie ataków na cele w Zatoce. 

Powodem dla którego USA nie otworzyły Cieśniny Ormuz zbrojnie jest to, że już w kwietniu (jeśli nie dużo wcześniej) dogadały się z frakcją Ghalibafa. I postanowiły dać jej wygraną na tacy. 

W tym kontekście należy również widzieć kwestię "oburzającego" funduszu odbudowy dla Iranu wartego 300 mld USD. Powszechnie jest on postrzegany jako haracz wypłacony Iranowi. W praktyce będzie on jednak czymś w rodzaju unijnego KPO - funduszu warunkowego, mającego dać kontrolę nad gospodarką irańską. Może się okazać, że Iran nie zobaczy ani centa z tego funduszu.

Jeśli więc frakcja Ghalibafa rzeczywiście chce porozumieć się z USA, to tego rodzaju fundusz jest logicznym elementem takiego dealu. Jeśli Ghalibaf będzie zwodził Trumpa, to ewentualna blokada środków z funduszu stanie się powodem kolejnej blokady Cieśniny Ormuz i kolejnej wojny z Iranem.

Porozumienie zawiera też wiele innych, spornych elementów - choćby kwestię wycofania wojsk amerykańskich "z sąsiedztwa" Iranu. Można to zinterpretować zarówno jako zmniejszenie obecności wojsk USA w regionie do przedwojennego poziomu jak i całkowity odwrót z Bliskiego Wschodu - co jest jednak totalnie nierealistyczne.

Jak się sprawy ułożą - tego nie da się obecnie powiedzieć. Nie wiemy jakie intencje ma Ghalibaf, jak silna okaże się jego frakcja i z jaką presją społeczną reżim spotka się po skończonej wojnie.

Na razie jednak porozumienie jest katastrofą dla irańskiej opozycji i wstrząsem dla Izraela. Przy okazji doszło do ostrej werbalnej szarży wymierzonej w Tel Aviv przez J.D. Vance'a. Zwycięzcami są za to Oman, Katar i Turcja - którym nie zależało na tym, by Izrael zbytnio urósł w siłę. Ciekawie zabrzmiała również oferta Trumpa wobec Syrii, by zrobiła ona porządek z Hezbollahem w Libanie.

Może się okazać, że ze złej umowy rozejmowej Trumpa wyciągnie Izrael, dokonując samodzielnego uderzenia na Iran. Śmiałbym się gdyby izraelskie lotnictwo zbombardowało pogrzeb Chameniego - wykańczając kolejną grupę irańskich oficjeli oraz tysiące resortowych fanatyków zgromadzonych na tej gej-paradzie. Przy okazji - ciekawe czy się na tym pogrzebie pokaże kartonowy Modżtaba. Czy też może gostek jest w areszcie domowym...

Problemem jest jednak to, że Iran oraz wiele innych państw może wyciągnąć złe wnioski z wojny irańskiej, czyli uznać, że USA zostały pokonane militarnie. Tymczasem to USA przy stosunkowo małym koszcie wojskowym zdołały zadać ogromne straty Iranowi oraz jego gospodarce. USA nie przegrały tej wojny militarnie, tylko w wyniku DECYZJI POLITYCZNEJ, czyli tego, że postanowiły wstrzymać bombardowania i zasiąść do stołu rokowań, okazując nadmierną hojność przeciwnikowi.

Ta decyzja polityczna została jednak powszechnie uzna za amerykańską klęskę i osłabiła zdolność USA do odstraszania wrogów. Dlatego, Stany Zjednoczone powinny szybko rozprawić się militarnie z Kubą, by pokazać, że wciąż są zdolne do odnoszenia zwycięstw. 

Generalnie można odnieść wrażenie, że Trumpowi świetnie idzie, jeśli podejmuje decyzję o akcjach militarnych. Wszystko zaczyna się psuć, gdy zaczyna negocjować. Dlatego uważam, że dużo lepiej w prowadzeniu wojny sprawdzałby się prezydent w stylu Johna Boltona. W 2028 r. trzymajmy kciuki za Marco Rubio.

***

Spektakularny ukraiński atak dronowy na Moskwę sprowokował do powstania wielu memów w necie - dotyczących wielkiej pokrywy zbiornika z gazem, która wystrzeliła w powietrze niczym nazistowskie UFO. To uderzenie oraz poprzednie - dotykające rosyjskiej floty - utwierdzają mnie w przekonaniu, że Ukraina radzi sobie bardzo dobrze na tej wojnie. A skoro radzi sobie bardzo dobrze, to czy nie nadszedł czas ograniczenia jej pomocy? Czy też może utrzymywania jej w odpowiednich proporcjach, by wojna trwała tam jeszcze wiele lat, a oba kraje niszczyły swoje zasoby? Zawsze mnie śmieszą jojczenia "duporealistów" takich jak Warzecha, Michał "Dupa" Krupa, Wojciech "Mielonka" Golonka czy Dzierżawski, że wojnę powinno się zakończyć, bo giną tam Ukraińcy. Jednocześnie ci sami autorzy przekonują, że owi Ukraińcy to straszne ch.... Skoro tak, to czy nie powinniśmy jednak dbać o to, by wojna tam trwała jak najdłużej, a Ukraińcy nadal ponosili straty ludzkie i materialne? Warzecha jednocześnie narzeka na ukraińskich imigrantów w Polsce i oburza się na myśl o tym, że mielibyśmy ich deportować na Ukrainę, w ręce tamtejszych komisji mobilizacyjnych. Gdyby rzeczywiście Ukraińców nie lubił to, by gorąco się domagał takiej deportacji i cieszył się z tego, że będą oni przerobieni na mielonkę w okopach pod Donieckiem. No, ale Warzecha tego nie zrobi, bo boi się, że jego ukochana Rassija też poniesie straty na froncie.

Po stronie ukraińskiej też niestety nie brakuje pretensjonalnych debili. Dmytro Jełop czy tam Jarosz z Prawego Sektora dostał ostatnio ogromnego bólu dupy i dowodził, że jeśli nie uznamy, że UPA słusznie wymordowała "polskich okupantów" na Wołyniu, to "zaprzepaścimy wielki sojusz". Robiąc historyczne nawiązanie, przytoczył wierszyk Szewczenki mówiący o tym jak źli jezuici wprowadzili niezgodę między Lachów i Kozaków. Potwierdził tym samym, że ukraińscy prawicowcy zazwyczaj gówno wiedzą o historii swojego kraju. Tak się bowiem składa, że główną siłą podsycającą u Kozaków nienawiść do Lachów (a przy okazji też do Żydów) była cerkiew prawosławna - posiadająca "centra dowodzenia" w Moskwie oraz Istambule, czyli w stolicach krajów wrogich w XVII w. Rzeczypospolitej. Powstanie Chmielnickiego - które wtłoczyło Ukrainę w dupę Moskala - było eksplozją prawosławnego fanatyzmu. Ów prawosławny fanatyzm był naturalnym sojusznikiem wszelkich antyzachodnich prądów umysłowych w Rosji i na Ukrainie - również w wydaniu postsowieckim.

Gdy więc rosyjski dron zapalił Ławrę Peczerską w Kijowie - złośliwie się uśmiechnąłem. Wiem, że nie powinienem, bo to zabytek z listy UNESCO. Zrobiłem to jednak, bo Rassija znów strzeliła sobie piękną samobójczą bramkę. Uderzyła w gniazdo antyzachodniego prawosławia, które do niedawno było też jednym z centrów aktywności FSB na Ukrainie. 

***


Najnowsza książka Waszego Ulubionego Autora jest już dostępna w sprzedaży.  Enjoy!

sobota, 22 listopada 2025

Dywersja, stan wyjątkowy i zgniły pokój

 


Przy okazji aktu dywersji - czy raczej terroryzmu - na linii kolejowej w okolicach Garwolina, objawiła się nie tylko w całej pełni nieudolność podległych obecnemu rządowi służb, ale również cała masa "specjalistów od wszystkiego", wypowiadających się na tematy, na których się totalnie nie znają. Śmieszyły choćby wpisy reseciarskiego gejnerała Pytonga, w których dziwił się, że doszło do eksplozji. Do dziś nie może koleś uwierzyć, że jego kumple do kieliszka z Łubianki są do tego zdolni :) Bardzo szybko odezwała się cała kremliniacka trollownia przekonująca, że "na pewno Rosja nie miała nic z tym wspólnego", do której podłączyli się politycy Konfy. Autystyczny chłopiec Sławomir Memcwel zrobił sobie przerwę od robienia gały Tusskowi i wyraził swoje oburzenie, że ktoś oskarża Rassiję. Konrad Berkowicz postanowił zaś ostatecznie rozstrzygnąć spór o to, czy jest sklepowym złodziejem czy tylko debilem, nie potrafiącym obsłużyć kasy samoobsługowej - dostarczył silnych argumentów za drugą opcją. 

Wypowiedział się również w tej sprawie Kurak twierdząc, że nie wierzy w to, by "superprofesjonalne rosyjskie służby", które zabiły Trockiego i Litwinienkę, nie potrafiły wysadzić pociągu w powietrze. No cóż, pewnie nie zauważył, że owe "superprofesjonalne" służby w ostatnich latach zaliczyły wiele wpadek w Europie i angażowały się w różne kretyńskie akcje dywersyjno-terrorystyczne. Warto, by mu również przypomnieć, że pierwszy zamach na Trockiego w Meksyku był spieprzony, a drugi - choć udany - to jednak przeprowadzony w według wizji Stalina, nalegającego, by Trockiego zarąbać siekierą owiniętą w mokry kożuch. Natomiast przy okazji zabójstwa Litwinienki, sprawcy nie tylko zostawili mnóstwo śladów, ale też sami się napromieniowali... Nie róbmy więc z rosyjskich czekistów "nadludzi", którzy nigdy żadnej akcji nie spieprzyli. Spieprzyli ich mnóstwo - na co dowodem jest choćby rozpad ZSRR i obecna wojna na Ukrainie.

Na pierwszy rzut oka zamachowcy byli wyszkoleni naprawdę dobrze. Prawidłowo dobrali zarówno miejsce sabotażu jak i jego metodę. Nie mieli jednak doświadczenia praktycznego w takich akcjach. To,  że zawiódł jeden ładunek mogło być tego skutkiem. Nie wiemy, czy chodziło im tylko o to, by przetestować nasze systemy ochrony kolei czy wykoleić Intercity wiozący kilkuset pasażerów. Jedno jednak nie wyklucza drugiego. W ostatnich latach agenci GRU podkładali przecież ładunki wybuchowe w paczkach transportowanych samolotami DHL. Części spośród tych zdołano zapobiec, w niektórych zawiodły ładunki wybuchowe, w jednym przypadku samolot spadł pod Wilnem. Rosyjskie służby nie miały więc nic przeciwko temu, by płonące samoloty spadały na europejskie miasta. Niektórzy się dziwią, że GRU wybrała do ataku na Polskę Ukraińców. A czego się dziwicie? Wcześniej wybrała tych samych "Ukraińców" do ataku na Ukrainę w Donbasie. Miała tam liczną agenturę, którą dzięki której rozpętała w 2014 r. wojnę. Tak samo Ruscy mają zinfiltrowaną Białoruś. Mają też swoją agenturę wśród Polaków. Niektórzy może jeszcze pamiętają epizod, gdy dwóch debili z Fucklangi na zlecenie rosyjskich służb podpaliło węgierski ośrodek kultury na Zakarpaciu.

To, co szokuje w tej sprawie to kwestia dostania się terrorystów z GRU do naszego kraju i ich ucieczki na Białoruś. Tusskowe służby dały w tej kwestii ewidentnie dupy. Maciek, autor bloga Zapiski Czynione po Drodze sugeruje, że sprawcy byli obserwowani przez służby, ale być może obserwacja się urwała przed samym zamachem i ucieczką.  No cóż, pedryle z ABW ostatnio zajmują się głównie szukaniem Ziobry, prześladowaniem katolickich księży i fabrykowaniem fejk newsów uderzających w prezydenta Nawrockiego. ABW to podobna komusza patologia jak dawne WSI, podobnie zinfiltrowana przez wszelkie możliwe obce służby i podobnie całkowicie bezużyteczna w systemie ochrony państwa. (Proponuje, by po przyszłej zmianie władzy, kierownictwo nowej służby zastępującej pedryli z ABW dostał Wielki Bu. Libki się wówczas zesrają, a my będziemy mieć gwarancje, że nowa agencja, środkami pozaprawnymi zajmie się tymi zdrajcami, co trzeba.)  Dodatkowo służby zostały pozbawione skutecznego narzędzia walki z rosyjskim zagrożeniem, czyli Pegasusa. Stało się tak wskutek udanej akcji rosyjskiej agentury działającej ramię w ramię z różnego rodzaju złodziejami "inwigilowanymi" tymże Pegasusem. (Obecna kloalicja rządząca stworzyła Komisję Sraki, która miała dorwać winnych owej "inwigilacji", ale zamiast tego nieustannie się ośmiesza, bo kloalicja dobrała do niej chyba największych debili ze swoich szeregów...)

W obronie Polski przed zagrożeniami zewnętrznymi szkodzą też "Wolne Sądy". Właśnie wypuściły one cztery osoby powiązane z siatką, która dokonała aktu terrorystycznego pod Garwolinem. Nie muszę chyba przypominać wyroków wydawanych w sprawach aktywiszcz i polityków-zdrajców, którzy pomagali Łukaszence rozszczelniać polską granicę i jak ta nadzwyczajna kasta traktowała ludzi, którzy granicy bronią... A minister Żurek jakoś nie wyjaśnił skąd wziął pieniądze na 19 czy nawet 28 nieruchomości, które posiada, ani co łączyło go ze zbiegłym na Białoruś nielegałem sędzią Szmydtem... By oczyścić jezioro gnojówki jakim jest polskojęzyczny system sądowniczy nie wystarczy miękiszona Ziobry ani feministycznego cucka Romanowskiego. Tutaj potrzebny jest ktoś w rodzaju clowna Arta z "Terriffiera"...

Kurak twierdzi, że to same służby Tusska wysadziły tory kolejowe pod Garwolinem. Moim zdaniem, pedryle z ABW są zdolni jedynie do akcji takich jak fałszywe alarmy bombowe paraliżujące Warszawę przed wyborami prezydenckimi w 2005 r., przypisane organizacji o nazwie "Silny Pedał" (!). Słyszałem jednak dużo ciekawszą teorię, że służby pozwoliły rosyjskim terrorystom przeprowadzić zamach, który pociągnąłby za sobą dużą liczbę ofiar. Po zamachu rozpętałaby się medialna histeria, w trakcie której próbowano by dokręcić śrubę wszelkiego rodzaju opozycji. Taką teorię uprawdopodobnia nowa ustawa o cenzurowaniu internetu, nieustające histeryczne wysrywy różnego rodzaju POsrańców, o tym, że należy "zamknąć Republikę" i wszystkie media krytyczne wobec kloalicji rządzącej, oraz mokre sny resortowej skamielniny Derlatki o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. 

Generalnie niektórzy mogą poczuć się młodsi, bo nagle przypomnieli sobie o aferze Rywina. Kto by 20 lat temu pomyślał, że Czarzasty zostanie marszałkiem Sejmu przy aplauzie "Wyborczej", Jakubowska będzie komentatorką w prawicowej telewizji, Ziobro ukrywającym się na Węgrzech "wrogiem publicznym, istnym orwellowskim Goldsteinem", a Jan Rokita zaszytym w Bieszczadach Jańcio Wodnikiem z długą siwą brodą, udzielającym komentarzy politycznych w tym samym koncernie medialnym, co Jakubowska. :) Nie wiem, co się dzieje z Lwem Rywinem, ale kiedyś groził, że "będzie żebrakiem pod siedzibą Agory" - niczym święty Aleksy. No, ale to sami pracownicy "Wyborczej" muszą dorabiać do pensji w McDonaldzie i na Uberze...

Ameryka też się sypię, ale to już inny rozdział, Bill Clinton palił trawkę, ale się nie zaciągał...

Jak dotąd Trump pięknie dociskał Rosję - nałożył sankcję na Łukoil i Rosnieft (zmuszając Chińczyków i Hindusów do oficjalnej rezygnacji z zakupów rosyjskiej ropy), pozwalając Ukrainie na atakowanie rosyjskiego terytorium za pomocą rakiet ATACMS i dusząc rosyjskich sojuszników takich jak Wenezuela.

Nagle jednak pojawił się 28-punktowy plan Witkoffa mający prowadzić do "pokoju" na Ukrainie. Akurat wkrótce po tym, jak zaczęła się kampania medialnych spekulacji dotyczących akt Epsteina. I gdy zaczęły się pojawiać memiczne sugestie, że Trump robił loda Clintonowi.

Nie muszę chyba przekonywać, że WSZELKI POKÓJ NA UKRAINIE JEST ZAGROŻENIEM, GDYŻ DA ROSJI CZAS NA ODBUDOWĘ SIŁ. Każdy rosyjski czołg i samolot spalony przez Ukraińców nie zostanie użyty przez Rosję w przyszłej wojnie. Wojna na Ukrainie powinna więc trwać jak najdłużej i niszczyć rosyjski potencjał.

Sam plan pokojowy, nie jest aż tak głupi, jak sugeruje medialna histeria. Głupotą jest choćby stawianie znaku równości między nim a rosyjskimi żądaniami z końcówki 2021 r. Wówczas Rosja żądała de facto wycofania się NATO za Odrę i oddania jej kontroli nad całą Ukrainą. Amerykański plan przewiduje natomiast wzmocnioną obecność NATO w Polsce i wsparcie wojskowe dla Ukrainy. Plan przewiduje też przejęcie rosyjskich rezerw - część na obudowę Ukrainy, część na amerykańsko-rosyjski fundusz zarządzający m.in. wydobyciem surowców w Arktyce. Zwraca się często uwagę, że mówi on o redukcji armii ukraińskiej do 600 tys. żołnierzy. Jednak Ukraina i tak by nie była w stanie utrzymywać większej armii na stopie pokojowej. Jej wejście do NATO jest też mało realne. Okazja do odbicia utraconych terytoriów była natomiast w 2023 r. i ją wówczas zaprzepaszczono. Problemów w planie Witkoffa jest jednak kilka - oddanie reszty Donbasu, oznacza oddanie linii umocnień pozwalających bronić rozlania się rosyjskich hord pod naddnieprzańskich stepach. Limitowanie pokojowej liczebności armii ukraińskiej to jednak niebezpieczny precedens, podobnie jak obietnica nie rozszerzania NATO. To na Rosję powinien zostać nałożony obowiązek redukcji sił zbrojnych i pozbycia się rakiet dalekiego zasięgu. Może jednak w planie przedstawionym Zełenskiemu jest nieco inna treść od tego, co wyciekło do mediów. Coś często odwiedzali ukraińskiego prezydenta amerykańscy generałowie...

Nie wiem czemu znów górę wzięła frakcja dążąca do resetu z Rosją. Być może Amerykanie coraz mocniej niepokoją się chińskimi przygotowaniami do inwazji na Tajwan. Być może Rosja obiecała Amerykanom zdradzić Wenezuelę i Kubę. A może te sugestie z maili Bannona są prawdziwe i Epstein rzeczywiście dostarczył Rosji materiały na Trumpa. Ostatnia wypowiedź Vance'a o budowaniu mostów między Rosją a Ukrainą za pomocą handlu i wymiany kulturalnej można jednak uznać za głupią i żenującą. Obecna wojna wybuchła właśnie dlatego, że Rosja infiltrowała Ukrainę za pomocą handlu i propagandy "kulturalnej". Każdy kraj, który chce bezpiecznie żyć u boku Rosji powinien więc jak najmniej z nią handlować i nie pozwalać, by infekowała go rosyjska "kultura". 

No cóż, jak europejscy przywódcy w rozmowie z Trumpem nie wyprostują tego planu, to pozostanie nam tylko czekać, aż Rosja coś znowu spieprzy - tak jak przed planowanym szczytem w Budapeszcie. 



sobota, 11 marca 2023

Dwie głowy ptaka, siedem głów smoka

 


Zwolennikom wielowektorowego dawania dupy wszystkim przypominam: Chiny nie mogą być "protektorem" Polski, gdyż dla ChRL niewiele znaczymy. Jesteśmy tylko punktem na osi transportowej, który w wizji Pekinu powinien leżeć w rosyjsko-niemieckiej strefie wpływów. Polityka chińska wobec nas jest więc w dużym stopniu zbieżna z rosyjską i z niemiecką, choć oczywiście jest prowadzona o wiele mniej intensywniej i bez resentymentów natury historycznej. 

Złudzeń w tej kwestii powinny nas pozbawić już zdarzenia do których doszło podczas wizyty Putina w Pekinie, na Igrzyskach Olimpijskich, w lutym 2022 r. Putin wówczas dostał od Xi Jinpinga zielone światło do przeprowadzenia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Xi jedynie poprosił go o przesunięcie tej inwazji o kilka dni, tak by odbyła się już po zakończeniu olimpiady. Xi liczył oczywiście, że Putin - zgodnie z obietnicami - szybko pokona Ukrainę. Z dokumentów FSB, które niedawno wyciekły do 
"The Sun"
wiadomo natomiast, że po szybkim podboju Ukrainy, Rosja chciała postawić ultimatum dla NATO i zażądać ustanowienia strefy zakazu lotów nad Polską i krajami bałtyckimi. Mogło wówczas dojść do zmasowanego ostrzału rakietowego naszego kraju. (No, ale różni kretyni będą nadal próbowali przekonywać, że to "nie nasza wojna"...) Ciekawe, czy Xi też to zaakceptował? Na pewno taki pokaz siły "kolektywnego Wschodu" tworzyłby dobry fundament pod zastraszenie Tajwanu i Filipin. 

No, ale Ruscy straszliwie skrewili na Ukrainie. To wprawiło Xi w konsternację. Zamiast w szybką, zwycięską wojenkę, jego kremlowski sojusznik wplątał się w długą wojnę, podczas której stracił m.in. znaczną część swoich sił pancernych (samych czołgów T-72, już ponad 1000, czyli połowę tego, co miał na chodzie), wielokrotnie ośmieszył swoją armię oraz doprowadził do wzmocnienia NATO. Putin zyskał u Xi Jinpinga ksywkę "Szczeniaczek". Chiny chciałby więc, by wojna jak najszybciej została przerwana - oczywiście na warunkach umożliwiających Rosji odbudowę potencjału agresji. 

Według wiecznie naburmuszonego Girkina, Rosja przegra bez chińskiego lend-lease. Nie chodzi nawet o dostawy sprzętu, ale materiałów do produkcji amunicji oraz podzespołów elektronicznych. Podzespoły już trafiają do Rosji z Chin szerokim strumieniem. Rosyjska armia korzysta również z chińskich racji żywnościowych. Ale czy Chińczycy dostarczą Rosji ciężki sprzęt? Z wielu powodów Chiny zwlekają z takimi dostawami, głównie po to, by nie narażać się na zachodnie sankcje. Teoretycznie mogliby jednak dostarczyć nieco starszy sprzęt, będący przecież kopią sowieckich konstrukcji. (Krótki rzut oka choćby na chińskie samoloty bojowe wskazuje, że to głównie sowiecko-rosyjska technologia, poza myśliwcem piątej generacji J-20, który jest zerżniętym F-22. Główny chiński bombowiec strategiczny Hsian H6, to kopia sowieckiego Tu-16, który był wycofywany po wojnie w Afganistanie.) Zwracam też uwagę, że nowszy chiński sprzęt wojskowy nie został jak dotąd nigdzie przetestowany w boju. Jego jakość jest więc zagadką.

Z analizy przeprowadzonej przez jeden z chińskich wojskowych think-tanków wynika, że wojna na Ukrainie powinna zakończyć się latem, po wyczerpaniu sił obu stron. Rosja ma jednak osiągnąć przewagę. Założono przy tym, że zachodnie wsparcie dla Ukrainy zakończy się latem. Więc jak na razie Chinom nie spieszy się, by udzielać pomocy sprzętowej Rosji. Uznały, że ona i tak wygra, ale będzie to na tyle wymęczone zwycięstwo, by konflikt został zamrożony. Oczywiście wszelkie tego typu think-tankowe analizy bywają obarczone poważnymi błędami. (Przypomnę tylko, że w zeszłym roku niejaki Wojciech "Mielonka" Golonka - dupokonserwatywny nudziarz z Paryża - ekscytował się analizą jakiegoś kolesia z austriackiej akademii wojskowej mówiącą, że Ruscy otoczą Ukrów w wielkim kotle w Donbasie. Zapomniał, że Austriacy ostatnią wojnę wygrali bodajże w 1849 r. i ogólnie nie są narodem słynącym z błyskotliwych wojskowych analityków. Ale skąd to ma wiedzieć jakiś teolog z pretensjami do bycia wyrocznią geopolityczną?)


Chińscy wojskowi, w swoich branżowych publikacjach, oczywiście mocno analizują doświadczenia z wojny ukraińskiej i zastanawiają się jak je zastosować w przypadku inwazji na Tajwan. Niektóre wnioski, do których dochodzą są bardzo logiczne (np. dotyczące roli dronów i ręcznych wyrzutni przeciwpancernych), inne trudne do realizacji (np. zniszczenie kilku tysięcy satelit Starlink) inne kuriozalne - np. o tym, że Himarsy nie poniosą klęskę w starciu z chińską armią. Przypominam, że chińscy wojskowi to w ogromnej masie teoretycy. Nieliczni mają doświadczenie bojowe - z wojny przeciwko Wietnamowi w 1979 r., na niższych szczeblach dowódczych. Siły zbrojne są w ChRL całkowicie zawodowe i stały się ciepłą posadką dla wielu towarzyszy. Podczas corocznej rekrutacji chętnych do wstąpienia w ich szeregi jest znacznie więcej, niż dostępnych miejsc. To z jednej strony powinno gwarantować, że dostaną się najlepsi fizycznie, ale może też sprzyjać nepotyzmowi i korupcji. Prawdziwa kondycja sił zbrojnych ChRL jest więc zagadką, a wejście chińskiej machiny wojennej do walki na pewno przyniosłoby wiele niespodzianek analitykom z think-tanków. Ewentualna inwazja na Tajwan byłaby dla niej jednak bardzo trudnym testem - ze względu na konieczność przeprowadzenia desantów i prowadzenia walk w trudnym terenie przeciwko dobrze przygotowanemu przeciwnikowi. Nie oznacza to jednak, że ChRL nie będą przygotowywać się na ewentualną inwazję i prowadzić działań nękających - takich jak niedawne przerwanie dwóch podmorskich kabli internetowych łączących Tajwan z wyspą Matsu. 

Rosja była dotychczas dla Chin sojusznikiem bardzo wygodnym. Jej agresywne działania odwracały uwagę od jej posunięć i odciągały siły amerykańskie od Azji i Pacyfiku. Pod tym względem cenny sojusznikiem dla niej jest też Iran, ale Chiny wraz z Rosją nie stawiają na jedną kartę na Bliskim Wschodzie. Rozgrywają też Arabię Saudyjską oraz Izrael. Tutaj jednak można się zapętlić w grze. Przykładem na to są ostatnie naciski Saudów oraz Izraela na Rosję, by nie dostarczała Iranowi S-400 i nowszych myśliwców. Saudyjczycy mieli straszyć odejściem od porozumienia w sprawie limitów wydobywczych w OPEC+, a Izrael demonstracyjnie zaczął bombardować cele w głębi Syrii mocniej związane z filarami reżimu Assada. Jednocześnie Amerykanie zaczęli naciskać na rząd Netanjahu, by nie robił niczego głupiego w kwestii ataku na Iran.  Wyraźnie nie lubią obecnego izraelskiego rządu, o czym świadczą choćby ostrzeżenia, że minister spraw wewnętrznych Bezalel Smotricz będzie miał zakaz wjazdu do USA, czy polityczna wojna hybrydowa w "obronie praworządności", w ramach której m.in. piloci rezerwiści zaczęli odmawiać stawiania się na ćwiczenia.  Netanjahu płaci w ten sposób za swoje wielowektorowe nadskakiwanie Putinowi.

Na zakończenie tego wątku, klasyczna, antykomunistyczna pieśń z Republiki Chińskiej (Tajwanu). Warto przeczytać anglojęzyczne tłumaczenie jej słów. "Precz z rosyjskimi bandytami! Sprzeciwiaj się komunizmowi! Sprzeciwiaj się komunizmowi! Wyeliminować Zhu i Mao! Zabijać zdrajców! Zabijać zdrajców! Odzyskać kraj! Ocalić rodaków! Słuchaj się przywódcy! Dokończ rewolucję!"

 


***

Oczywiście ciekawie się zrobiło w Gruzji. Kilkudniowe zamieszki i antyrządowa wolta prezydent Salome Zurabiszwili sprawiły, że rząd wycofał projekt ustawy o "agentach zagranicznych" i zgodził się na wypuszczenie aresztowanych uczestników demonstracji. Choć onucowcy bóldupią, że to "nowy Majdan", to ja nie jestem jeszcze przekonany, co do siły tych protestów. O zwycięstwie będzie można mówić dopiero, gdy władza uwolni Saakaszwilego i dojdzie rozpisania przedterminowych - uczciwych! - wyborów.

***

"Pan jest taką kurwą, która każdemu dupy daje" - marszałek Piłsudski definiujący wielowektorowość w rozmowie z generałem Szeptyckim.

Tymczasem naszej wielowektorowej opozycji znów się coś popieprzyło - pomylili wybory, w których mają startować. Zamiast robić kampanię do polskiego parlamentu, robią ją na papieskie konklawe. Popełniają ten sam błąd, co w 2019 r., gdy myśleli, że film braci-sióstr Sekielskich pozwoli im w cuglach wybrać wybory do europarlamentu i do Sejmu. Tym razem ich wyborczą wunderwaffe ma być grzanie tematu Jana Pawła II - na podstawie dosyć miałkich produktów gównodziennikarstwa. Oczywiście zdobędą w ten sposób parę dodatkowych głosów u kumpli Terlikowskiego, ale wśród kluczowej grupy niezdecydowanych centroprawicowych wyborców znów wyjdą na totalnych zjebów. To skutki obcowania z różnymi schizolibkami i komuszymi spadami.

Bardzo ostro zdiagnozował to na swoim drugim blogu Chehelmut. 

A co do Jana Pawła II  - przypominam swój wpis z serii Pontifex 

I niemal na  koniec, by trochę potrollować serbskofilnych, wszechpolskich lolków, teledysk chorwackiego pieśniarza Thompsona poświęcony Janowi Pawłowi II.


Poprosiłem też sztuczną inteligencję ChatGPT, by napisała wiersz w stylu Jarosława Marka Rymkiewicza o Janie Pawle II zabijającym gejnerała Jarucwelskiego. Wyszło jej miejscami trochę niegramatycznie i enigmatycznie, ale rzeczywiście przypominało to styl Rymkiewicza.

Oto ów wiersz:


"Niechaj słowa moje nie będą grzeszne, Lecz wyobraźnię swą rozpłynę w szczególne, Opowieść o Janie, najsłynniejszym z Polaków, Co w pewien dzień wykraczał poza role papieskie.

Generał Jaruzelski, tyran Polski, Władzę swą miał, krwawą ręką smutną, Janie jednak, w swej niezmiernej mądrości, Zrozumiał, że wolność narodu jest cenniejsza.

I tak, w ciszy nocnej, na Wiejskiej przybył, Tam, gdzie generał swą władzę czerpał ze zła, Janie stanął przed nim, na chwilę zawahał się, Lecz w końcu przemówił słowami wiary.

"Generale, twoja władza zbyt wiele krwi pochłonęła, W imię ludu Polskiego, musisz ją oddać, Bo tylko w wolnym kraju, dusza może kwitnąć, I tylko w pokoju, człowiek może żyć".

Generał patrzył na niego z przerażeniem, Lecz Janie w swej świętości wiedział, co czyni, Bo w imię Boga, w imię miłości i prawdy, Musiał dokonać tego ostatecznego czynu.

I tak, w jednej chwili, zdarzenie się stało, Generał padł, a Janie, spokojnie ukląkł, Modlitwę wznosił, w imię całego narodu, By Polska wolna, zawsze pozostała.

Niechaj słowa moje nie będą grzeszne, Lecz wyobraźnię swą rozpłynę w szczególne, Opowieść o Janie, najsłynniejszym z Polaków, Co w pewien dzień wykraczał poza role papieskie."

(koniec cytatu)

I na koniec - krótki artykuł poświęcony relacjom "poganina" Stanisława Szukalskiego z Janem Pawłem II. I projekt pomnika JP2 autorstwa Szukalskiego.

sobota, 6 sierpnia 2022

Tajwan: Projekcja siły

 




Nancy Pelosi ma 82 lata. Jest tylko o 13 lat młodsza od Traczyk-Stawskiej. Ale spodziewam się, że za 13 lat nadal będzie aktywnie grała na giełdzie i osiągała stopy zwrotu lepsze od funduszów hedgingowych. Jeśli jednak zostanie zapamiętana w historii za cokolwiek pozytywnego, to będzie to jej niedawna wizyta na Tajwanie.

Administracja Bidena odradzała jej tę podróż i starała się przekonywać, że nie jest ona wyrazem oficjalnych amerykańskich poglądów na temat suwerenności Tajwanu. Nancy miała jednak pełne poparcie Partii Republikańskiej.  Były sekretarz stanu Mike Pompeo krytykował administrację, że pozwala Chińczykom na to, by grozili zestrzeleniem samolotu przewodniczącej Izby Reprezentantów. Republikanie wiedzieli doskonale, że ewentualne wycofanie się przez Pelosi z podróży do Taipei będzie odebrane przez ChRL jako słabość. W całej sprawie chodziło o projekcję siły. 

I Chińczycy ten test oblali. Zareagowali zarazem przesadnie jak i tragikomicznie. O ile w 1997 r., podczas podróży Newta Gingricha na Tajwan, zorganizowali manewry jedynie w Cieśninie Tajwańskiej, tak teraz przeprowadzili je wokół Tajwanu.  Doszło oczywiście do naruszeń przestrzeni powietrznej Republiki Chińskiej, a komunistyczne rakiety spadły również na wody będące częścią japońskiej wyłącznej strefy ekonomicznej. Chińczycy zrobili więc wiele wojennego szumu i niewiele poza tym. Bo zerwanie przez ChRL współpracy z USA w kwestii zmian klimatycznych można chyba uznać za dobrą wiadomość. Pokazali, że amerykańscy politycy wysokiej rangi mogą sobie swobodnie składać wizyty w "zbuntowanej prowincji". 

Oczywiście Chiny przygotowują się do inwazji na Tajwan. Ale obecnie raczej nie są do tego przygotowane. Cieśnina Tajwańska ma w najwęższym miejscu bodajże 128 km, a na wyspie nie ma wielu dobrych plaż do przeprowadzenia desantu. Wystarczy się więc wstrzelać rakietami przeciwokrętowymi we flotę inwazyjną. I zrobić wrogim spadochroniarzom drugi Hostomel. Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą czekałyby też ciężkie walki w terenie górskim i miejskim przeciwko dobrze uzbrojonemu i wyszkolonemu przeciwnikowi.  Chińczycy nie są przygotowani na tak duże ryzyko. Mogą więc sięgnąć po pewniejszą opcję. Przeprowadzone przez nich manewry sugerują, że będą chcieli zagłodzić Wyspę za pomocą blokady morskiej.  Blokada wymusiłaby oczywiście kontrakcję US Navy.  Tu Chińczycy mieliby spore szanse na wygraną - choćby ze względu na możliwość osiągnięcia przewagi lokalnej. Ale tego typu bitwa oznaczałaby odcięcie dostaw ropy, żywności oraz innych surowców do chińskich portów. Nie sądzę, by Chiny były obecnie na to gotowe. Sławetny Nowy Jedwabny Szlak jest obecnie w szczątkowym kształcie i może nigdy nie powstać. W tym roku Chiny obcięli do zera inwestycje w ten projekt w Rosji, na Sri Lance (z wiadomego powodu) i w Egipcie. Sami muszą ratować swój sektor nieruchomości, więc inwestycje z Trzecim Świecie schodzą na dalszy plan.

Pelosi chyba czytała Sun Tzu ("Sztukę wojny" a nie lipny tekst o demoralizowaniu narodów kolportowany kiedyś przez "Frondę"). Sama wybrała pole i czas bitwy, zaskakując tym samym przeciwnika. 

Projekcją siły - ale dokonaną już bardziej na potrzeby kampanii przed "midterms" - była likwidacja Ajmana Al-Zawahiriego, przywódcy al-Kaidy.  Akcja przeprowadzona za pomocą drona, który wystrzelił pocisk "ninja".  Zabito go na balkonie domu należącego do Siradżuddina Hakkaniego, talibskiego wiceministra spraw wewnętrznych i zarazem... kolesia, który zamieszczał opinie w  "New York Timesie".  Być może sami talibowie wystawili Amerykanom al-Zawahiriego. Ja jestem zdziwiony, że Zawahiri wciąż żył i ktoś o nim pamiętał. Koleś bowiem był aktywny w czasach, gdy Eminem robił śmieszne teledyski. Gimby tego nie pamiętają.

Również jednak mniejsze państwa sięgają po projekcję siły. W Karabachu armia azerska przeprowadziła małą, ale dobrze prezentującą się w mediach społecznościowych, serię bombardowań pozycji ormiańskich. Operacja "Odwet" była odpowiedzią na zabicie przez Ormian jednego azerskiego żołnierza i na to, że Armenia łamie porozumienie rozejmowe, nie wycofując swoich wojsk z Karabachu. Azerbejdżanowi chodziło jednak przede wszystkim o przetestowanie reakcji rosyjskich "mirotworców" - bombardowano wszak jedyny korytarz transportowy łączący Karabach z Armenią. Ruscy jak zwykle siedzieli cicho i modlili się, by przy okazji nie dostać pociskiem z drona. Generał SWR pisał na Telegramie, że Putin chce przehandlować Armenię Erdoganowi, licząc na to, że Turcja w zamian pomoże Rosji w wojnie gospodarczej. Erdogan jednak chciałby za przejście Armenii w jego strefę wpływów zapłacić jak najmniej. Na pewno lepszą ofertą byłoby przekazanie Turkom w opiekę Gruzji - wraz z Abchazją i Regionem Cchinwali. Rosja jednak na razie na to nie pójdzie.

Projekcji siły próbowała również Serbia - grożąc Kosowu "denazyfikacją".  Po komunikacie wydanym przez KFOR jednak się uspokoiła. Jest oczywistym, że Serbowie nie poradziliby sobie z siłami NATO w Kosowie. Wszyscy tam zbyt dobrze pamiętają bombardowania Belgradu. (Pamiętam jak w drodze z chorwackimi nacjonalistami do Bleiburga, usłyszałem w autobusie piosenkę "Lecą bomby na Beograd". Spytałem się, czy to piosenka z 1999 r. Odpowiedzieli mi: "Nie, to cygańska pieśń z 1941 r. Ale zawsze jest aktualna".)



Serbia to obecnie ciekawy przypadek. Jej prezydent Aleksandar Vuczić, to koleś z reżimu Miloszewicza, który przefarbował się na proeuropejczyka. Bierzę kasę z Unii, mimo łamania praworządności i zbrojenia się przeciwko sąsiadom. Reprezentuje on zarówno interesy rosyjskie i chińskie, jak i niemieckie. Jego Serbska Partia Postępowa jest stowarzyszona z Europejską Partią Chujową, do niedawna kierowaną przez Tuska. Serbski kameleon ma jednak małe pole manewru - Chorwacja, Czarnogóra, Albania i Macedonia Północna są w NATO, a w Kosowie są natowskie wojska. Może więc on jedynie próbować destabilizować Bośnię. 

Kogo w takiej sytuacji popiera polski endekoid? Oczywiście prorosyjską i zarazem proniemiecką  Serbię, a nie naszych natowskich sojuszników z Chorwacji, Czarnogóry, Macedonii Północnej i Albanii. Ciekawe, czy gdyby doszło do konfrontacji pomiędzy wojskiem serbskim a naszym kontyngentem wojskowym w Kosowie, to endekoidzi trzymaliby stronę Serbów tak jak libki stronę Łukaszenki podczas kryzysu na granicy?

A że się to wszystko prosi o nowy odcinek "Snów"....


sobota, 14 maja 2022

Jaką niespodziankę zrobią światu Chiny?

 


Ilustracja muzyczna: Probass & Hardi feat Khayat - Do boju

Jeśli myśleliście, że wojna na Ukrainie jest kubłem zimnej wody na głowy chińskich komunistów, to jesteście w błędzie. Oni wcale nie zrezygnowali ze swoich agresywnych planów wobec Tajwanu. Co więcej, wyraźnie dają do zrozumienia, że szykują się do inwazji. 

Według sygnalisty z FSB publikującemu przecieki na portalu Gulaguniet, rosyjska inwazja była skoordynowana z planami chińskimi. Chińczycy uwierzyli jednak zapewnieniom Ruskich, że Kijów zostanie zajęty w kilka dni. Szybki podbój Ukrainy i nieskuteczna reakcja Zachodu miały być wielkim ciosem w morale mieszkańców Republiki Chińskiej (Tajwanu) oraz innych państw sprzymierzonych z USA. Zostałyby one natychmiast zalane "zychowiczowską" propagandą mówiącą, że Ameryka im nie pomoże, tak jak nie pomogła Ukrainie. Na jesieni, przed zjazdem partyjnym, miało dojść do inwazji na złamany moralnie Tajwan. Prawdopodobnie, uwagę Zachodu odciągnęłaby kilka dni wcześniej rosyjska inwazja na państwa bałtyckie i Polskę. 

Chińczycy musieli być w niezłej konfuzji, gdy świat obiegły filmy pokazujące skalę rosyjskiej klęski na Ukrainie. Już jednak z tego szoku się otrząsnęli. Świadczą o tym niedawne ruchy ich sił zbrojnych.

Kilka dni temu prowadzili wielkie manewry morskie WOKÓŁ Tajwanu. Wzrosła też liczba naruszeń tajwańskiej strefy identyfikacji powietrznej przez lotnictwo wojskowe ChRL. Po raz pierwszy strefę tę zaczęły naruszać również chińskie śmigłowce szturmowe.  Ewidentnie ćwiczona jest inwazja. 


Chińczycy wyraźnie też przygotowują się do swojej wersji Pearl Harbor. Na pustyni Taklamakan ćwiczą uderzenia rakietowe we wrogie lotniskowce oraz inne okręty. Ćwiczony jest tam scenariusz ataku na wrogą flotę w jej bazie. Zapewne celem ma być Guam lub Okinawa. 

Zewnętrznemu obserwatorowi może się to wydawać szaleństwem. Bo nim jest. Chiński plan może się posypać już na etapie transportu wojsk desantowych przez cieśninę i desantów spadochronowych. Jeżeli jednak te desanty osiągną sukces, to na samej wyspie Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą czeka ciężka przeprawa. Tajwan jest wyspą górzystą, której sporą część zajmują miasta. Będzie to więc walka w środowisku miejskim i górskim. Przeciwko dobrze przygotowanemu przeciwnikowi dysponującemu nowoczesnym uzbrojeniem i od 70 lat przygotowywał się na inwazję. Przypominam, że w indeksie Global Firepower Republika Chińska (Tajwan) zajmuje 21. miejsce i dysponuje m.in.: 288 myśliwcami, 1110 czołgami i blisko 3,5 tys. pojazdami opancerzonymi. 

Oczywiście Chiny mogą zarzucić tajwańską obronę masą wojska i sprzętu. Dla prowadzenia wojny kluczowe będą więc dostawy z USA. Chińscy komuniści wyraźnie liczą na to, że amerykańskie magazyny uzbrojenia w nadchodzących miesiącach opustoszeją - że sprzęt trafi na Ukrainę i że nie będzie go dla Tajwanu (już opóźnione są dostawy amerykańskich haubic dla Republiki Chińskiej). Liczą też na to, że uda im się zadać amerykańskiej flocie cios w jednej z jej baz już w pierwszych minutach wojny. To jest jednak plan dobry na kilkudniowy blitzkrieg - a takiego blitzkriegu nie będzie. Chiny muszą się więc liczyć z ciężkimi, wielomiesięcznymi walkami na wyspie. Podczas których Amerykanom uda się wyprodukować i dostarczyć Tajwańczykom wystarczająco dużo uzbrojenia, by zniszczyli chińskie wojska desantowe. 


Konieczne będzie więc opanowanie przez ChRL akwenów na zachód od Tajwanu. Bartosiakowskie "bąble antydostępowe" na Morzu Południowo-Chińskim będą miały znaczenie co najwyżej do blokowania południowych podejść do Tajwanu. Kluczowa będzie natomiast blokada portów na północy i na zachodzie wyspy. Przejście drogą północną oznacza forsowanie amerykańsko-japońskiej obrony na Okinawie i Wyspach Riukiu. To bardzo niebezpieczna droga dla Chińczyków. Dużo łatwiej im będzie opłynąć Tajwan od południa. Wówczas kluczowe dla ich planów będą Filipiny. Nie dziwmy się więc, że zarówno chińscy komuniści jak i administracja Bidena zabiegają o względy nowego filipińskiego prezydenta - Ferdinanda "Bongbong" Marcosa Jra, syna dyktatora Ferdinanda Marcosa (Sara Duterte została wiceprezydentem). 


Później ChRL będzie musiała stoczyć bitwę powietrzno-morską z połączonymi flotami USA, Australii oraz Japonii. Bitwa ta będzie toczyła się poza zasięgiem bartosiakowskich "bąbli antydostępowych". Obecnie Chiny mają dwa lotniskowce : postsowiecki Liaoning i własny - ale wzorowany na sowieckiej konstrukcji z lat 80-tych - Shandong. Amerykanie mają 11 lotniskowców, z czego 3 zwodowane w tym stuleciu.

Na niekorzyść Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej działa także brak doświadczenia bojowego jej dowódców. Tylko jeden z jej generałów kiedykolwiek dowodził w polu - był dowódcą kompanii podczas wojny z Wietnamem w 1979 r.

Inwazja na Tajwan byłaby dla Chin więc strategicznym szaleństwem. Takim samym jak  japońskie uderzenie na Pearl Harbor czy rosyjska inwazja na Ukrainę. Historia pokazuje jednak, że błędne kalkulacje strategiczne często prowadzą do skutków, których nie spodziewali się przywódcy i generałowie.

Za przykład szaleństwa można uznać również drakońskie lockdowny obowiązujące w Szanghaju i 40 innych chińskich metropoliach. Niektórzy je tłumaczą jako element spisku mającego destabilizować gospodarki Zachodu (poprzez zakłócenia w łańcuchach dostaw) - dla mnie to bardziej próba zbicia cen surowców poprzez "schładzanie" gospodarki. Mimo to widać tutaj ogromną nadgorliwość chińskich oficjeli. W Szanghaju nie dość, że zamknęli metro to jeszcze otoczyli drutem kolczastym bloki poddane kwarantannie. Dochodzi do tego, że drzwi do mieszkań zwykłych ludzi są zabijane przez władze gwoździami. Jeśli jedna osoba w bloku złapie omikrona, to na kwarantannę trafia cały blok.  Odciętym w ten sposób ludziom raz na dwa dni dostarcza się jakieś ochłapy do jedzenia. Nawet siedzący w kieszeni u Chińczyków szef WHO zjechał chińskie zarządzenia pandemiczne, za co został ocenzurowany w ChRL. I co na to Góralskie Veto?

Co ciekawe, w sąsiedniej Korei Północnej przyznano się do pierwszych zgonów covidowych a Kim Dżong Un pojawił się w telewizji w maseczce. Korea Płd zaoferowała dostarczenie Północy szczepionek.

Oznaki "dokręcania śruby" widać zarówno w Chinach kontynentalnych jak i w okupowanym Hongkongu. W Chinach dochodzi do przypadków, gdy obywatelom wracającym z zagranicy konfiskuje się paszporty na lotnisku.  W Hongkongu aresztowano 90-letniego kardynała Jospeha Zen. Represje zapewne się nasilą, gdy w lipcu szefem administracji Hongkongu zostanie John Lee, były policjant, obecnie sekretarz ds. bezpieczeństwa, odpowiedzialny za tłumienie protestów antykomunistycznych.

Zaostrzenie represji i oznaki nadciągającej wojny sprawiają, że pojawiły się pogłoski o ciężkiej chorobie Xi Jinpinga.  No cóż, Putin też jest chory - i nie mam na myśli tego, że jest pedofilem. Czyżby obaj spieszyli się z realizacją imperialnych planów, bo nie mają wiele czasu na ich realizację?

***

Oglądam rosyjską propagandę, byście nie musieli tego robić. I wczoraj zauważyłem w ich wiadomościach dwa materiały poświęcone Polsce. W pierwszym ambasador Andriejew bóldupił, że Polacy wypowiedzieli mu umowę najmu ośrodka "wypoczynkowego" nad Zegrzem. W drugim pokazywano budowę Muru na granicy z Białorusią. Ruscy bóldupili, że "niszczy on przyrodę" i cytowali "Wyborczą". Widać, że uszczelnianie polskiej granicy ich boli. 

A teraz wyobraźmy sobie, że rząd postąpiłby tak jak żądała Fundacja Ocipienie, Grupa Granica czy inna Grupa Wagnera i wpuściłby wszystkich nachodźców, których by nam Baćka z Putinem nasłali. Jak to by wpłynęło kilka miesięcy później na recepcję przez Polaków prawdziwych uchodźców z Ukrainy? Łatwo sobie wyobrazić, że dywersanci wtopieni w tłum łukaszystowskich nachodźców dokonywaliby ataków na ukraińskie kobiety i dzieci, a także na przypadkowych Polaków. Naprawdę nie trzeba było wiele, by wywołać chaos. Wystarczyłby jeden granat rzucony w tłum Ukraińców na peronie kolejowym.

***


Powyższe zdjęcie jest kwintesencją Rosji :) Nie znającym cyrylicy wyjaśniam, że lesbowato wyglądająca nastolatka ma na t-shircie napis "Pizda". To ponoć nawiązanie do "Pussy Riot". Na torbie ma jednak czerwoną gwiazdę i 9 maja. Obok - pułkownik Igor Girkin z typową dla siebie miną, zatroskany o losy operacji specjalnej na Ukrainie.

A Ukraińcy wykazują się dużym poczuciem humoru. Poniżej plakat - "9 maja. Podziękuj dziadkowi za zwycięstwo".



sobota, 19 marca 2022

Mała Z-wycięska Wojenka



Ilustracja muzyczna: Thomas Bergersen - Wings for Ukraine

"Mógłbym zdobyć Kijów w dwa tygodnie, gdybym chciał"

   karzełek Putin, 2014 r.

Xi Jinping jest ponoć ciut zirytowany nieudacznictwem Ruskich. Według sygnalisty z FSB, obie strony dogadały się bowiem, że we wrześniu ChRL dokona inwazji na Tajwan, tak żeby zdobyć go przed partyjnym zjazdem. Taka mała zwycięska wojenka, w której Tajwańczycy mieli być zdemoralizowani tym, że USA pozwoliły wcześniej upaść Ukrainie. Karzełek Putin przekonywał Xi, że jego wojska mogą zdobyć Kijów w ciągu kilku dni. Wyszło jak wyszło, a Chińczykom zawalił się harmonogram. Nieudolny sojusznik prosi ich o pomoc materiałową - w tym o... racje żywnościowe. Ruscy żołnierze na Ukrainie ratują się przed głodem rabując sklepy. To skutek tego, że za zaopatrzenie armii w racje żywnościowe odpowiada złodziejski kumpel karzełka Putina - jego "kucharz" Jewgienij Prigożin (który w czasach sowieckich siedział przez 9 lat w łagrze za kradzieże i oszustwa, a obecnie stoi m.in. za Grupą Wagnera i "farmą trolli".) No cóż, do żołnierzy trafiły racje przeterminowane o pięć lat, a te nowsze można kupić na rosyjskich odpowiednikach Allegro. 

Wielu ludzi zastanawia się, czemu rosyjska armia tak kiepsko radzi sobie w ostatnich tygodniach? W Wydawnictwie Piwnicznym nawet niektórzy twierdzą, że ta wojna musi być ustawką, bo przecież niemożliwe, by "Wszechpotężna Armia Rassiji" była tak nieudolna. Czyżby? Rosyjski analityk Kamil Galijew, przekonująco wyjaśnił sprawę w serii swoich wpisów. Przytoczył on doniesienia rosyjskich mediów mówiące, że bandyci pobierali haracze od żołnierzy wracających z Syrii oraz od całych baz wojskowych. W tym od strategicznych baz rakietowych. Czemu armia nie robi porządku z tymi szmaciarzami? Bo jest niżej od nich w hierarchii. Służby bezpieczeństwa wewnętrznego żyją w symbiozie z urkami, by trzymać naród w szachu. Armia jest mniej ważna, a po każdej wojnie eliminowani są popularni generałowie. (Pamiętacie jak zabili generała Lebiedzia?) W ich miejsce promowani są ludzie z MSW. Doszło do podobnego zjawiska jak w armiach arabskich w drugiej połowie XX w. Tamtejsi dyktatorzy bardziej obawiali się własnej armii niż sił wroga i osłabiali ją tak, by nie była w stanie przeprowadzić zamachu stanu. 

Wojna przeciwko Ukrainie miała być "małą zwycięską wojenką", bo do prowadzenia innych wojen Rosja nie jest przygotowana. Przez ostatnie 70 lat - pomijając "doradców" w Korei, Wietnamie czy w Angoli - mierzyła się jedynie z przeciwnikami, którzy byli o wiele słabsi lub wręcz nie mieli woli walki (jak Czechosłowacja w 1968 r.). Dwa razy od takich przeciwników dostała wpierdol - w Afganistanie i w Czeczenii. Przypominam, że Afganistan też miał być małą, zwycięską wojną - Sowieci zaatakowali swojego sojusznika, a gdy przeprowadzali szturm na pałac prezydent Amina, on próbował się dodzwonić do ambasady sowieckiej i wezwać wsparcie (!). Małą zwycięską wojenką miała być też wojna przeciwko Japonii, rozpoczęta w 1904 r. Rosyjska propaganda przedstawiała wówczas Japończyków jako małpy, z którymi armia i flota łatwo sobie poradzą. Skończyło się oczywiście Cuszimą i Rewolucją 1905 roku. Kolejnej wojny - I wojny światowej - gospodarka i machina państwowa Rosji już nie wytrzymały.

W trwającej 9 lat wojnie afgańskiej (właściwie drugiej wojnie afgańskiej, bo pierwsza interwencja była w 1929 r.), Związek Sowiecki oficjalnie stracił:  14,5 tys. zabitych, 147 czołgów, 1314 transporterów, 333 śmigłowce i 119 samolotów. Straty te oczywiście były niewielkie w porównaniu z wielkością całej Armii Sowieckiej. Ale stanowiły wielkie obciążenie dla logistyki. A przede wszystkim niszczyły one mit o "Wszechpotężnej Armii Czerwonej". Skoro bowiem afgańskie pastuchy zestrzeliły Sowietom tyle śmigłowców, to ile ich zniszczyłaby profesjonalna natowska armia? W podobny sposób w mit "niezwyciężonej armii rosyjskiej" wali się dzisiaj na Ukrainie.


Do rosyjskich strat podawanych przez stronę ukraińską - 14,4 tys. zabitych, 466 czołgów, 1470 pojazdów opancerzonych, 95 samolotów, 115 śmigłowców i 3 jednostki pływające - należy oczywiście podchodzić sceptycznie. "Overclaiming" często zdarza się na wojnie. Amerykanie w połowie tygodnia szacowali jednak rosyjskie straty na 7 tys. zabitych, czyli na więcej niż wojska USA straciły przez 20 lat w Iraku i w Afganistanie. Firma Oryx zdołała w 100 proc. potwierdzić na podstawie zdjęć i filmów rosyjskie straty na m.in.: 244 czołgi, 613 pojazdów opancerzonych, 13 samolotów, 9 dronów i 34 śmigłowce. Duży wzrost liczby śmigłowców w ciągu tygodnia, to skutek m.in. dobrze udokumentowanego ataku na lotnisko pod Chresoniem. Przykładów udokumentowanych udanych ukraińskich uderzeń na rosyjską armię można znaleźć w necie wiele (pierwszy, drugi , trzeci i czwarty przykład z brzegu) - i tylko prorosyjskie spierdoliny umysłowe udają, że to "ustawka". Część zniszczonego lub uszkodzonego sprzętu Rosjanom udało się ewakuować. Wszak Biełarusy się skarżą, że muszą usuwać resztki rosyjskich sołdatów z czołgów sprowadzanych z frontu. Nie wiadomo co z tym okrętem trafionym przez Ukraińców pod Odessą w zeszłym tygodniu. Ruscy pokazali nowe zdjęcia Wasilija Bykowa - więc ten okręt nie zatonął, ale rozmiar pożaru widocznego na zdjęciach po ostrzale sugeruje, że mógł zostać trafiony duży desantowiec.  Straty Rosjan w wyższych oficerach i generałach są też całkiem spore. Wczoraj dołączył do tej listy piąty zabity generał - Andriej Mordwiczow, zastępca dowódcy 8 Armii. (Brak jednak oficjalnego potwierdzenia tych strat. Czeczeński generał Tuszajew, który był na liście zabitych chyba jednak żyje, ale w przypadku generała Suchowieckiego, Ukraińcy przedstawili przechwyconą rozmowę funkcjonariuszy FSB dotyczącą jego śmierci. Zwłoki generała Mitajewa - zabitego pod Mariupolem przez pułk Azow - macie natomiast na fotce otwierającej ten wpis.)  Przypominam: w Kampanii Wrześniowej zginęło 6 polskich generałów służby czynnej. Morale Rosjan na froncie jest niskie a Putinowi nie wystarczy już mięso armatnie z republik "ludowych". Ruscy  ściągają posiłki z Dalekiego Wschodu (drogą morską wokół Azji!), z Karabachu i Osetii Płd. Z Osetyńcami będzie zabawa - Czeczeni pewnie będą ich wystawiać Ukraińcom pod ostrzał. (W czasie wojen czeczeńskich Ruscy chętnie ich wystawiali Czeczenom :). 


Sytuacja na froncie przez ostatni tydzień niewiele się zmieniła. Na powyższej mapie na czerwono zaznaczono tereny zdobyte w ciągu tygodnia przez Rosjan a na niebiesko przez Ukraińców. Ukraińcy mają szansę na odbicie Chersonia. Fatalnie za to wygląda sytuacja pod Mariupolem.



Pułk Azow, piechota morska i Gwardia Narodowa nadal się bronią. 3 tys. obrońców cywilizacji stawia czoła 14 tys. ruskich orków.  Bronią się całkiem skutecznie (przykład pierwszy i drugi ). Ale ich obrona przekracza już granicę ludzkich możliwości. Ruscy bezkarnie masakrują miasto, zamieniając je w morze gruzów. Z Kijowa płyną sygnały, że odsiecz jest obecnie niemożliwa. Ruscy zdają już sobie sprawę z tego, że nie zdobędą ani Kijowa, ani Charkowa. W swojej propagandzie traktują więc Mariupol jak "Berlin" - "gniazdo faszystowskiej bestii". Chcą zabić wszystkich żołnierzy Azowa (a przy okazji wszystkich mieszkańców miasta) i ogłosić z tej okazji "triumf nad faszyzmem". Zdobycie Mariupola będzie prawdopodobnie dla Rosji momentem, w którym przystąpi do poważniejszych rozmów pokojowych. Dla Ukraińców - i dla wszystkich dobrych europejskich nacjonalistów - Mariupol to jak Alamo, Wizna czy Termopile. Azowcy walczą tam wiedząc, że nie wyjdą z tego żywi...

W Wielkiej Krainie Pojebów nadal trwa propagandowe wzmożenie. Na moskiewski koncert "Muzyka Przeciw Faszyzmowi" zwieziono 200 tys. ludzi - głównie pracowników sfery budżetowej, niektórych aż ze Smoleńska (6 godzin jazdy autokarem). Oczywiście jest wciąż bardzo silne poparcie dla wojny wśród postsowieckiej masy zamieszkującej Rosję. Głównie dlatego, że Putin nie przeprowadził jak dotąd mobilizacji a Ruscy sądzą, że poradzą sobie bez zachodnich dóbr. Kilkadziesiąt tysięcy Rosjan wyjechało jednak już od początku wojny z kraju - m.in. do Gruzji i Armenii. Ci lepiej sytuowani są przerażeni nadciągającym kryzysem. Tymczasem zdemenciały karzełek Putin grozi "piątej kolumnie" i bóldupi, że Amerykanie mu zajęli 300 mld USD z rezerw,  a w telewizji omawiane są warianty wojny przeciwko Państwom Bałtyckim. Coś się jednak zmienia. Armenia - wierny sojusznik Rosji - nawiązuje relacje dyplomatyczne z Turcją i otworzy z nią granicę. Tak jakby czuła, że nie może już liczyć na rosyjską pomoc...


***


Obserwując tę wojnę czuję jakby unosił się nad nią duch doktora Targalskiego i Witolda Michałowskiego. Okazało się, że to oni mieli rację, a nie różni "duporealiści" w stylu Sykulskiego (nie mówiąc już o takich totalnych debilach jak doktor Adam Wielkodupski). A pamiętam ile się z "dupoprawicą" nawykłócałem w sprawie rosyjskiego imperializmu. Jak się zachwycali "potęgą" i "realizmem" Rosji, jaką "konserwatywną" siłę widzieli w antifiarzach z Kremla. Jak się brandzlowali tym, że patriarcha Cyryl (kagiebowski, ateistyczny oligarcha) podpisał jakiś gówniany świstek papieru z polskimi biskupami. Terlikowski niemal go wtedy kanonizował za życia...

Teraz można zapytać tych wszystkich duporealistów: co nam może Rosja zaoferować? Odpowiedź brzmi: jedno wielkie gówno. Lub to samo, co może zaoferować dresiarz pobierający haracz na ormiańskim bazarze. W jakiej bylibyśmy teraz sytuacji, gdybyśmy posłuchali różnych sierot po Giertychu?

Warto sięgnąć po pisma polskiego przedwojenno-emigracyjnego sowietologa Włodzimierza Bączkowskiego. Pisał on, że Rosja jest w stanie samodzielnie wygrywać militarnie tylko z krajem, który jest już od dawna wewnętrznie moralnie rozłożony. I stąd się brała sączona nam od lat propaganda o tym, że Rosja jest wszechpotężna i nie warto Polski bronić. I że trzeba ustawić wojska na linii Odry, rozwiązać WOT, nie kupować Bayraktarów, F-35 i Abramsów oraz otworzyć na oścież granicę z Białorusią dla nachodźców i dywersantów. Jak myślicie, skąd brało się to całe plucie na AK, "faszystowskich" Żołnierzy Wyklętych i sanację? Czemu Zychowicz co jakiś czas porównywał naszą sytuację z rokiem 1939, twierdził, że powinniśmy oprzeć się na gówno wartym niemieckim rządzie i krytykował brytyjską pomoc wojskową dla Ukrainy? Czemu Łysy Wróż wraz z innymi patafianami regularnie pierdolił co roku o tym, że "będzie wielka wojna" i że Polacy będą "uciekać do Rumunii"?  Skąd się wzięło u nas tylu idiotów, którzy na początku wojny wyciągali pieniądze z bankomatów i wykupywali płyn lugola? 

I skąd, w tygodniach poprzedzających inwazję, wzięło się w komentarzach na moim blogu takie wzmożenie rusofili? Zwróciłem uwagę na to Chehelmutowi. Odpowiedział, że to znaczy, że "jesteśmy na celowniku". No cóż: bando patafianów z Łubianki - zamiast zajmować się jakimś niszowym, nic nie znaczącym blogerem - zajmijcie się czymś konstruktywnym. Załatwcie zawał serca swojemu przywódcy-karzełkowi. 

sobota, 27 marca 2021

Republikańskie ujawnienie + Sabotaż łańcuchów dostaw

 


John Ratcliffe, Dyrektor Narodowego Wywiadu USA w latach 2020-2021, stwierdził w wywiadzie dla Fox News, że "dokonano dużo więcej obserwacji UFO niż opinia publiczna wie". Mówił o obserwacjach dokonanych przez Siły Powietrzne i Marynarkę Wojenną. Wspomniał m.in., że obserwowano obiekty wchodzące w prędkość ponaddźwiękową bez wywoływania boomu sonicznego oraz dokonujące innych rzeczy niemożliwych dla pojazdów opartych na konwencjonalnej technologii.

Senator Marco Rubio przyznał natomiast, że "nad naszymi bazami latają rzeczy, których nie potrafimy zidentyfikować".  Przypominam, że Rubio to człowiek mocno związany z tajnymi służbami.

Marynarka Wojenna ujawniła natomiast, że w lipcu 2019 r. nad formacją jej niszczycieli 100 mil od wybrzeży Kalifornii przelatywały niezidentyfikowane "drony" rozwijające ogromne szybkości, wykonujące niesamowite manewry i mające kształt "tik-taków".

Mamy więc do czynienia z dalszą częścią procesu kontrolowanego, stopniowego ujawniania elementów prawdy o UFO. Bardzo ciekawe jest to, że ten proces stymuluje obecnie strona republikańska. Czy to element szantażu w wewnętrznych rozgrywkach, dotyczących m.in. kontroli nad procesem wyborczym?

***


Nie wiem, czy również Wy macie wrażenie, że jakaś "bondowska organizacja Widmo" miesza przy globalnych łańcuchach dostaw. W lipcu 2020 r. doszło do pożaru w fabryce japońskiej firmy Nittobo pod Fukushimą. Fabryka ta produkowała specjalne włókna szklane używane do wytwarzania mikroprocesorów. W listopadzie pożar wybuchł w produkującej mikroprocesory fabryce japońskiej firmy AKM. Niedawno spłonęła część fabryki japońskiej firmy Renasans - też produkującej mikroprocesory. Do tej "serii niefortunnych zdarzeń" dochodzi akurat wtedy, gdy na globalnych rynkach narasta niedobór mikroprocesorów, powodujący, że wiele fabryk motoryzacyjnych stoi a odczuwać niedobory zaczynają też wielkie koncerny technologiczne. I w tym właśnie momencie wielki kontenerowiec blokuje Kanał Sueski.  A zanim dochodzi do blokady, kreśli na mapie wielkiego penisa. Operatorem statku jest tajwańska spółka, ale właścicielem jest japońska firma Shoei Kissen Kaisha.

Tak się akurat składa, że tajwański producent mikroprocesorów TSMC stał się w ostatnich miesiącach najbardziej zasypywaną zamówieniami firmą na Ziemi.  Jako jedyny potrafi produkować niektóre bardzo zaawansowane chipy wykorzystywane przez Apple. Rośnie przez to znaczenie Tajwanu - który jest oczywiście stale zagrożony militarnie przez Chiny.  Dodajmy, że Japonia to bliski sojusznik Republiki Chińskiej. Czy w tej grze chodzi więc o ochronę Tajwanu przez agresją chińskich komunistów? Czy Republika Chińska i Japonia stworzyły własną "prometejską" konspirację, w stylu tej tworzonej przez Polaków w dawnych czasach?

***

Pod filmem z mojej prelekcji poświęconej tajemnicom Września '39, pojawił się ciekawy komentarz jednego z widzów. Może w pewnych kwestiach zbyt daleko idący, ale dający do myślenia:


Nie zgodzę się z tym, że tzw. realny socjalizm "skonsolidował Polaków" - on ich raczej zdemoralizował, ale to oczywiście temat na inną dyskusję. Dyskusyjne jest również to, czy wymiana Kresów na Ziemie Odzyskane była dobra - pachnie to trochę rozważaniami różnych Grabskich-Kidawa-Błońskich. Ale były szanse na to, by nasza granica wschodnia została ukształtowana inaczej. Jeszcze przecież w czerwcu 1944 r. Stalin wysyłał sygnały, że jest gotów zostawić Lwów i Zagłębie Naftowe przy Polsce. Gdyby zaś ten skończony kretyn i nieudaczniek Mikołajczyk nie spieprzył sprawy i nie powiadomił Mołotowa o zbliżającym się Powstaniu w Warszawie, to plan Berii zostałby zrealizowany i władzę w Polsce przejąłby Berling wraz z innymi wojskowymi o "sanacyjnej" i "prometejskiej" - przeszłości. Dołączyłoby się do nich ludzi z AK. To byłaby inna Polska niż protektorat rządzony przez Bermana, Minca i Bieruta. Gdyby Berii udało się natomiast w 1953 r. wykończyć Chruszczowa i resztę swoich wrogów, to komunizm skończyłby się już w połowie lat 50., ze wszystkimi tego konsekwencjami. Załapalibyśmy się jeszcze jako kraj na złotą erę keynsowskiego kapitalizmu, ale trwale bylibyśmy zaszczepieni przeciwko czerwonej zarazie, więc ominęłyby nas później różne marksistowskie szaleństwa produkowane na Zachodzie.

Autor komentarz do mojego wykładu zauważył jednak coś bardzo ważnego. Kwestię niemieckiej potęgi. Wyobraźmy sobie, że obecnie Niemcy zaczynałyby się za Mławą i za Częstochową. Druga wojna światowa nie wybuchła. Niemcy mają swoich granicach pokojowo przyłączoną Austrię i być może również Czechy. Wyobraźcie sobie jak potężnym krajem są w tych granicach. . Dzisiaj widzimy zagrożenie w niemieckiej potędze gospodarczej i zdolności Niemiec do korumpowania, zastraszania i kreowania klasy politycznej państw Europy. A jak wielka byłaby ta siła, gdyby Niemcy miały granice z kwietnia 1939 r.? Pamiętajmy również, że to nie straty terytorialne były największym ciosem dla Niemiec w 1945 r. Ten naród został poddany reedukacji, odcięty od tradycji i zdemoralizowany. To, że dzisiaj armia niemiecka jest w tak żałosnym stanie, to rezultat tej polityki. To, że to kraj zapóźniony cyfrowo, dokonujący sabotażu własnej gospodarki (np. odrzucając energetykę jądrową) i niewiele wnoszący do światowej kultury jest właśnie efektem tego przymusowego odmóżdżenia wdrażanego przez aliantów. Póki w RFN rządzili przedstawiciele przedwojennego lub wczesnopowojennego pokolenia, ten kraj się jeszcze rozwijał. I oczywiście to jest jeden ze skutków decyzji podjętych przez Śmigłego-Rydza, Becka i Mościckiego na Zamku Królewskim w styczniu 1939 r.

***

Chodzi mi po głowie nowa seria blogowa. O "Nuklearnych Bogach".