sobota, 18 maja 2019

Shamballah: Spętane demony

Ilustracja muzyczna: Gyuto Monks Tantric Choir - Chants for World Peace






Skąd się wzięła władza dalajlamów w Tybecie? Jest ona instytucją młodszą niż wydaje się wielu zachodnim fanom buddyzmu. Sam Tybet oczywiście nie zawsze był buddyjski, tak jak Polska nie zawsze była chrześcijańska.




Pierwsi królowie Tybetu mieli zstąpić z nieba schodząc po osi świata. Od stworzenia Ziemi do VI w. n.e. miało być ich 27. Po nich nastąpiła pierwsza potwierdzona historycznie dynastia – Jarlung. Niemal wszyscy jej władcy zostali post factum, po wielu wiekach, uznani przez oficjalną tybetańską historiografię za prawowiernych buddystów, a niektórzy nawet za reinkarnację Awalokiteśwary. Prawda była jednak bardziej złożona. Część z nich skłaniała się ku różnym nurtom buddyzmu, część wyznawała lokalną religię bon.Ostatni z nich Langdarma prześladował buddyzm (co było reakcją na prześladowanie wyznawców bon przez poprzedniego władcę, który był fanatycznym buddystą) i został zamordowany w 841, 843 lub 846 r. przez buddyjskiego mnicha. Później panowało w kraju rozbicie dzielnicowe, aż w XIII w. Tybet najechali Mongołowie i przekazali władzę sprzyjającej im buddyjskiej szkole sakya. Potem zmieniają się u władzy poszczególne szkoły i rody, aż w XVII w. dominację nad krajem zdobywa sekta gelugpa, zwana Żółtymi Czapkami. 


Jej przywódca Ngałang Lobsang Gjaco pokonuje, z mongolską pomocą, w wojnie domowej konkurencyjną sektę karma kagyu (Czerwone Czapki) i panuje w latach 1617-1682 jako Dalajlama V Wielki. Jest on pierwszym dalajlamą, który obejmuje świecką władzę nad Tybetem. Jego prestiż był tak duży, że przez 15 lat ukrywano jego śmierć. 
 
Jego następca Dalajlama VI był znany przede wszystkim z pisania erotycznych wierszy, seksualnych podbojów i alkoholowych wybryków. Według legend był tak biegły w kontroli nad własnym ciałem, że potrafił zatrzymać w powietrzu i zassać penisem strumień swojego moczu. Nie obroniło go to jednak przed śmiercią zadaną mu za pomocą trucizny. Niemal wszyscy kolejni dalajlamowie – aż do Dalajlamy XIII umierali w bardzo młodym wieku a w przypadku ich zgonów podejrzewano zwykle truciznę lub czarną magię.


Realia społeczne dawnego Tybetu również mocno się różniły od wyobrażeń zafascynowanych Dalajlamą białych liberałów. Tybet był państwem o ustroju feudalno-teokratycznym (czy raczej buddokratycznym) a większość jego mieszkańców stanowili chłopi pracujący na poletkach należących do świeckich i duchownych feudałów. Miejscowy system karno-penitencjarny przewidywał podobnie makabryczne tortury i metody egzekucji jak w sąsiednich Chinach. Jeszcze na początku XX w. zdarzało się, że szamanów bon obdzierano żywcem ze skóry i później te skóry wieszano na ulicach podczas świąt. Z dyscypliną w klasztorach było zaś różnie – podobnie zresztą jak w Europie u katolików i prawosławnych. Częstą praktyką wśród tybetańskich feudałów było wysyłanie jednego z synów na jeden dzień do klasztoru, by w ten sposób zyskał on do końca życia przywileje przysługujące mnichom. 


 
O Lhasie mówiono, że “kurew jest tam tyle, co psów”. Popyt na ich usługi musiał być więc duży a nawet w opowieściach o życiu dawnych buddyjskich mędrców otwarcie się mówi o ich przygodach z prostytutkami, tancerkami i barmankami. Podaż “panienek” trafiających na ulicę też była spora. Japoński mnich Kawaguchi Eikai nie mógł się nadziwić urodzie młodych towarzyszek wiekowych tybetańskich lamów – były to prawdopodobnie dziewczęta wykorzystywane w tantrycznych rytuałach magii seksualnej. Całkiem sporo miejsca poświęcono tym rytuałom w klasycznych tybetańskich tekstach, co wywoływało rumieńce u ich XIX-wiecznych europejskich tłumaczy. Obecnie podkreśla się, że te rytuały są tylko metaforami i co najwyżej odgrywa się je w wyobraźni. Jednakże żyjący w pierwszej połowie XX w. tybetański mnich-intelektualista Lama Gedün Chöpel rekomendował w jednej ze swoich książek osobom chcącym użyć w takim rytuale dziewczynki, by nie penetrowali jej na siłę, tylko by stymulowali ją ręcznie i by przed seksem z dwunastolatką poczęstować ją miodem i słodyczami. Ze względów numerologicznych preferowano w takich eksperymentach dwunastolatki i szesnastolatki. Te kobiety, które miały ponad 20 lat, czyli były już zbyt stare na wykorzystanie w tantrycznych rytuałach, kontynuowały karierę jako “zwyczajne” kurtyzany. 


Jako ciekawostkę dodajmy, że podobnie dekadencki bywał również mongolski buddyzm. Ostatni Bogdo-gegen, czyli zwierzchnik mongolskich buddystów, był znany z tego, że ulicami Urga (obecnie Ułanbaatar) prowadził pijackie procesje nagich prostytutek. Jakże to kontrastuje choćby z bardziej "mizoginistycznymi" praktykami buddyzmu therawada np. w Tajlandii. Kobieta nie może tam nawet dotknąć mnicha a jeśli nie daj Buddo zajdzie z nim w ciążę, to po śmierci zamienia się w demona. Co nie przeszkadza oczywiście w tym, by w salonach masażu były buddyjskie ołtarzyki i by w klubach go-go rozpoczynano wieczór od buddyjskiej ceremonii mającej zapewnić powodzenie w interesie. (Sam bym w to nie uwierzył, ale byłem świadkiem takiej ceremonii w Pattayi. :)


Jakie było miejsce dalajlamy w tym buddokratyczno-feudalnym systemie? Podobne jak papieża w Państwie Kościelnym (które też miewało podobne okresy dekadencji  jak "dziwkarskie zagłębie" Lhasa). Papież jednak jest uważany przez katolików za człowieka. Jest Namiestnikiem Chrystusa na Ziemi a może po śmierci zostać ogłoszony błogosławionym, świętym czy nawet Doktorem Kościoła, ale jest tylko człowiekiem. Dalajlama to jednak zarówno człowiek jak i tulku, czyli istota duchowa manifestująca się w kolejnych inkarnacjach. Dalajlama jest najważniejszą tego typu istotą – inkarnacją Awalokiteśwary, bodhisatwy współczucia.



Bodhisatwa to istota, która osiągnęła buddyjskie oświecenie, ale nie skorzystała z możliwości zaprzestania cyklu reinkarnacji. Postanowiła dalej się odradzać, by pomagać ludzkości osiągnąć oświecenie. Awalokiteśwara (po tybetańsku Czerenzi) jest w buddyzmie tybetańskim najważniejszym bohisatwą, który przejął też cechy przedbuddyjskiego boga ognia. Jest on emanacją Buddy Amithaby, będącego regentem naszych czasów i panem żywiołu ognia. Historyczny Budda Sakyamuni, żyjący w V w. przed Chrystusem, był również emanacją tego Buddy. (Buddyzm naucza, że w przeszłości istniało wielu buddów i że za jakiś czas pojawi się nowy – Budda Maitreja.) Dalajlama jest więc inkarnacją zarówno ludzi jak i potężnych duchowych istot. Tybetańczycy nazywają go Yeshe Norbu, czyli Klejnot Spełniający Życzenia i Kundun, czyli Obecność. W czasie ceremonii kalachakra tantra idzie on jeszcze wyżej w duchowej hierarchii – medytując internalizuje w sobie obraz Adi Buddy, czyli pierwotnego, kosmicznego najwyższego Buddy i wyobraża sobie jak niszczy cały Wszechświat (pogrążając w morzu ognia nawet bogów i buddów w niebiosach), a następnie stwarza Kosmos od nowa.


Buddyzm tybetański naucza, że każdy Budda i bodhisatva oprócz pełnej współczucia i dobrotliwej postaci posiada również straszne oblicze. I tak jedną z 11 głów Awalokiteśwary jest głowa Yamy, pana buddyjskich piekieł. Yama jest przedstawiany jako rogaty demon, noszący na głowie koronę z ludzkich czaszek, trzymający w ręku „koło śmierci”, mający podnieconego penisa i tańczący byku kopulującym z kobietą, która jest jednocześnie zgniatana pod ciężarem tej bestii. Pamiętamy jednak, że Yama nie jest buddyjskim odpowiednikiem Szatana. Jest jakby nadprzyrodzonym komendatem Służby Więziennej. Takim Kostkiem-Biernackim zaświatów. W swojej Berezie trzyma różnych złoczyńców, komunistów i innych wywrotowców. Tym niemniej, jako reinkarnacja Awalokiteśwary Dalajlama jest jednocześnie… władcą demonów.I to nie byle jakich.


Dalajlamie ma służyć kilka tysięcy demonicznych istot – są to dawne tybetańskie bóstwa oraz różne lokalne duchy i duszki, które po wprowadzeniu w kraju buddyzmu jako religii panującej, musiały się „przebranżowić”. Jednym z nich jest Palden Lhamo, opiekunka Dalajlamy, miasta Lhasa i całego Tybetu. To istota o ciemnoniebieskiej skórze, trojgu oczu i demonicznej twarzy z ostrymi zębami, która galopuje na dzikim mule poprzez morze krwi, w którym pływają odcięte kończyny i głowy, wyprute oczy i wnętrzności wrogów doktryny buddyjskiej. Siodło na którym siedzi jest zrobione ze skóry małego dziecka – jej synka, który nie chciał się podporządkować władzy Buddy. Dalajama zmusił ją do zabicia jej jedynego dziecka, którego szkielet trzyma w ręku i wykorzystuje jako pałkę do bicia wrogów buddyzmu.


Ciekawą postacią jest również Pehar, demon służący od wieków jako państwowa wyrocznia Tybetu. Był on wcześniej bogiem Mongołów Hor (od których pochodzi słowo „horda”) opisywanych w tybetańskich kronikach jako „jedzący ludzkie mięso demony”. W VIII w. indyjski mędrzec Padmasambhava(Guru Rinpoche), człowiek który przywiózł buddyzm wadżrajana do Tybetu, za pomocą magii podporządkował sobie Pehara i zmusił go do służenia tybetańskim buddystom. Pehar zarzekał się później wielokrotnie, że się zemści. Obiecywał, że spustoszy Tybet, sprowadzi na niego obcych najeźdźców, zniszczy klasztory, wymorduje mnichów, sprofanuje relikwie i zgwałci wszystkie dziewice. Zdarzało mu się też jako wyrocznia podpuszczać tybetańskie władze, by dokonywały złych decyzji. Na początku XX w. namawiał np. Dalajlamę XIII do zaatakowania brytyjskich wojsk. Niektórzy Tybetańczycy uważają więc, że Pehar zdradził kraj w 1950 r. i od tej pory jest agentem komunistycznych tajnych służb.


Nie wszystkie demony udało się tybetańskim buddystom zmusić do służby. Srinmo, kobiecy demon i zapewne również przedbuddyjska bogini opiekuńcza Tybetu, musiała zostać spętana. Trzynaście głównych klasztorów tybetańskich jest uznawanych za gwoździe przebijające i unieruchamiające jej ciało. Najważniejszy z nich – Jokhang w Lhasie – to rytualny sztylet wbity w jej serce. Według legendy, pod tym klasztorem znajduje się wielkie podziemne jezioro krwi. Gdy przyłoży się ucho do ziemi w tym “tybetańskim Watykanie” można ponoć usłyszeć bijące serce Srinmo.


Są jednak istoty duchowe, których jakoś nie daje się okiełznać. Jedną z nich jest jest Dordże Szugden, mnich-buntownik z XVII w., który został spalony żywcem na rozkaz Dalajlamy V. Odwiedzał on później dalajlamę jako poltergeist i zdobył pewną popularność wśród prostego ludu. Jest on przedstawiany jako demon jadący na śnieżnym tygrysie przez jezioro wrzącej krwi. Kult Dordże Szugdena jest wciąż żywy a Dalajlama XIV traktuje go jako zagrożenie. Powołuje się m.in. na słowa wyroczni Pehara mówiące, że Szugden pracuje dla Chińczyków i chce obalić rządy Dalajlamy. Wyznawcy Dordże Szugdena skarżą się zaś, że są prześladowani przez ludzi Dalajlamy. Są atakowani fizycznie, dostają groźby śmierci, ich ołtarzyki są niszczone. Gdy w 1998 r. ekipa szwajcarskiej telewizji kręciła w Dharamsali reportaż na ten temat, podszedł do niej buddyjski mnich i zagroził: “Za siedem dni zginiecie!”.




Wojciech Cejrowski po przeczytaniu tego tekstu z pewnością złapałby się za głowę i uznał go za kolejny dowód na "satanizm" buddyzmu. Mówienie jednak o "satanistycznym buddyźmie" to jednak głupie uproszczenie jak ewangelikalno-analbaptystyczne rojenia o "szatańskim katolicyzmie". Tak się bowiem składało, że i katolicyzm i prawosławie przejmowały elementy dawnych kultów, głęboko zakorzenionych w wierze prostego ludu. Stąd święci przejmowali atrybuty dawnych bogów (a dawni bogowie zostawali uznawani za demony) a na ikonach pojawiały się swastyki. Tak samo robił buddyzm. Dawni bogowie zostali uznani za bodhisatwów lub demony. Demony przy tym okiełznano - zrobiono z nich niewolników lamów (tak jak podczas egzorcyzmów, katolicki ksiądz zmusza demona do spełniania jego woli). To nie lamowie służą demonom, tylko demony im.Ale to na tybetańskich lamów spada odium "satanizmu" a nie np. na kapłanów starożytnej Judy, którzy składali co roku ofiarę dla Azazela  i wydali Jezusa na śmierć.

Tak sobie pomyślałem, że gdyby jakimś cudem tybetańscy buddyści podbili starożytną Judę (jakimś cudem...), to J*** skończyłby jak Pehar czy Palden Lhamo. Widzielibyśmy go na obrazach w buddyjskich świątyniach jak ozdobiony swastyką tańczy na złotym cielcu kopulującym z apokryficzną Lilith, na stosie ciał żydowskich więźniów w obozie Bergen Belsen...


***

A w następnym odcinku będzie crossover z serią Pontifex. Zajrzymy też na chwilę do Swarzędza.

sobota, 11 maja 2019

Shamballah: Ciasteczka na nieśmiertelność



Ilustracja muzyczna: Potężna tybetańska mantra

- Inkarnacje wielkich lamów to pomioty piekieł. Nie znają ludzkich emocji w sprawach dotyczących potęgi Żółtego Kościoła - w ten sposób Li Lien, główny dworskich eunuch, przestrzegał cesarzową-wdowę Cixi przed spotkaniem z Dalajlamą XIII. Było to na jesieni 1908 r.



Cixi była przedstawiana przez dziesięciolecia w oficjalnej historiografii jako władczyni głupia, tyrańska i skorumpowana. Nowsze badania, np. chińskiej emigracyjnej autorki Jung Chang, wskazują jednak, że tak naprawdę cesarzowa-wdowa była światłą władczynią, która stopniowymi reformami modernizowała Chiny. Nie wszystko się jej udało, ale była patriotką kierującą się interesem swojego kraju. I o interes Chin jej również chodziło podczas spotkania z Dalajlamą. Chciała uregulować stosunki zależności pomiędzy Chinami a Tybetem, tak by państwo chińskie zaczęło sprawować realną władzę nad Dachem Świata. Dalajlamie dano protokolarnie odczuć, że choć jest ważnym przywódcą, to jednak wasalem cesarzowej. Na dodatek Cixi pokazała mu, że identyfikuje się z Guanyin, czyli żeńską wersją bodhisatthwy współczucia. Męskim odpowiednikiem Guanyin jest Awalokiteśwara, czyli bodhisatthwa, którego inkarnacjami są rzekomo dalajlamowie. Cixi sugerowała więc, że Guanyin stoi wyżej niż Awalokiteśwara. By okazać jednak swoją wspaniałomyślność poprosiła Dalajlamę, by odprawił dla niej specjalny rytuał zapewniający pomyślność dynastii. Dalajlama po rytuale wręczył jej prezent - Ciasteczka Nieśmiertelności. Jakiś czas później, jeszcze podczas wizyty Dalajlamy stan zdrowia Cixi nagle gwałtownie się pogorszył. Cesarzowa zmarła 15 listopada 1908 r. (W "Ostatnim cesarzu" Bertolucciego jest piękna scena, w której cesarzowa umiera a zza kotary wybiegają tybetańscy mnisi radośnie dmiący w trąby.) Przed śmiercią kazała jednak otruć swojego syna, cesarza Guangxu, który chciał wcześniej prowadzić projapońską politykę. Cztery lata później dynastia Qing została obalona, Chiny stały się republiką a Tybet odzyskał pełną niezależność.

Ciasteczka Nieśmiertelności to oczywiście przykład na to, że tybetańscy lamowie mają niezłe poczucie humoru...

Trucicielstwo było w Tybecie czymś w rodzaju sportu narodowego. Pisał o tym m.in. Ferdynand Ossendowski (wspominał jak w Mongolii złapano mnichów tybetańskich chcących otruć Bogdo-gegena, czyli lokalnego przywódcę buddyjskiego). Nikołaj Roerich pisał zaś, że czasem otrucie gościa w domu traktowano jako wyraz oddania mu najwyższego szacunku.



Niestety tybetańskim lamom nie udała się ta sztuka ze swoim największym wrogiem - Mao Zedongiem (i jego "Guanyin" Jiang Qing). Być może dlatego, że Mao miał zbyt szczelną ochronę, stworzoną przez swojego szefa bezpieki Kang Shenga? Nawet więc gdy Dalajlama XIV w 1954 r. został wiceprzewodniczącym Komitetu Stałego Narodowego Komitetu Ludowego ChRL i miał okazję spotykać się z Mao, to raczej nie był w stanie podarować mu Ciasteczek Nieśmiertelności. Mao jadł tylko produkty ze specjalnego gospodarstwa prowadzonego przez bezpiekę. To nie oznacza jednak, że usunąć chińskiego tyrana nie próbowano...



W 1976 r. wyrocznie przepowiadały wielkie nieszczęście dla Tybetu, Dalajlama wycofał się więc do pustelni i przeprowadził „ekstremalnie surowy rytuał”. Jak pisze Claude B. Levenson, wkrótce Chiny nawiedziło ogromne trzęsienie ziemi a w jakiś czas potem Mao zmarł. – Byłem wtedy w Ladakh, odległej części indyjskiej prowincji Jammu i Kaszmiru, gdzie przeprowadzałem inicjację Kalachakra. Drugiego dnia trzydniowej ceremonii Mao zmarł. A trzeciego dnia padało przez cały ranek. Po południu pojawiła się na niebie jedna z najpiękniejszych tęcz jaką kiedykolwiek widziałem. Z pewnością musiał to być dobry omen – wspominał te dni Dalajlama XIV.


Tantryczny, tybetański tekst “Hevajra-tantra” radzi: “Po oznajmieniu intencji guru i znakomitym osobistościom przeprowadź rytuał zabójstwa ze współczuciem tego, który nie wierzy w nauki Buddy i jest krytykiem guru i Buddy. Taką osobę należy wyeliminować, wyobrażając ją sobie jako istotę zawieszoną do góry nogami, wymiotującą krwią, trzęsącą się i ze zmierzwionymi włosami. Należy wyobrazić sobie palącą igłę wchodzącą w jej plecy. Następnie w wyniku wyobrażenia sylaby symbolizującej żywioł ognia w jej sercu zostaje ona natychmiastowo zabita”.„Guhysamajatantra” opisuje zaś inną metodę rzucenia uroku: „„Osoba rysuje mężczyznę lub kobietę kredą lub węglem drzewnym, lub czymś podobnym, po czym przedstawia siekierę w ręku i sposób, przy pomocy którego zostaje poderżnięte gardło. Kiedy już urok zostanie w ten sposób rzucony na wroga, można go otruć, zniewolić lub sparaliżować”. Jest tam również mowa o zdobywaniu mocy magicznej po zabiciu wrogiego czarodzieja i wykonaniu rytualnych utensyliów z jego szczątków.
Oczywiście ta magiczna strona buddyzmu tybetańskiego jest zwykle pomijana w wykładach dla jego zachodnich wyznawców. Przeżyliby zbyt duży szok kulturowy... "Bo jak to, myśleliśmy, że w buddyźmie chodzi tylko o wpierdalanie wegetariańskich sałatek?". No cóż, Dalajlama nie jest wegetarianinem (tłumaczy to względami zdrowotnymi) a w dawnym Tybecie wielu wegetarian nie było. Z prostej przyczyny - ziemia tam niezbyt nadaje się do uprawy, trzeba więc zadowolić się mięsem i mlekiem zwierząt hodowlanych. W dawnej Lhasie zażynano zwierzęta na ulicach a ich krew spływała rynsztokami. Oczywiście nie było też wówczas w Tybecie żadnej demokracji (tylko buddokratyczny feudalizm) i nikt nie słyszał o koncepcji "praw człowieka". 


Mitem jest również pacyfizm tybetańskich lamów. Zdarzały się przecież krwawe konflikty pomiędzy frakcjami w pałacu Potala i nawet wojny pomiędzy klasztorami. Ofiarą dworskich intryg stał się m.in. ojciec obecnego Dalajlamy, który został otruty. Kiepsko skończył również regent Reting Rinpoche, który początkowo sprawował władzę za małoletniego Dalajlamę XIV. W 1947 r. został wtrącony do więzienia i prawdopodobnie otruty. Gdy po jego śmierci zebrali się z myślą o zemście jego zwolennicy z klasztoru Sera, zostali skoszeni ogniem karabinów maszynowych i artylerii. Zginęło kilkuset mnichów. 


 Jego Świętobliwość Dalajlama XIV sam jest maniakiem militariów, co było często wykorzystywane w memach. - Już gdy byłem dzieckiem lubiłem zaglądać do ilustrowanych książek mojego poprzednika, szczególnie tych poświęconych pierwszej wojnie światowej. Lubiłem wszystkie instrumenty, bronie, czołgi, samoloty, fantastyczne pancerniki i okręty podwodne. Później pytałem o książki poświęcone drugiej wojnie światowej. Gdy w 1954 r. odwiedziłem Chiny widziałem o niej więcej, niż Chińczycy – wspominał w 1998 r. w wywiadzie dla „Die Zeit”. W 1986 r. podczas wizyty we Francji, odszedł on od oficjalnego programu podróży i wybrał się do Normandii, by obejrzeć plaże, na których lądowali alianci w 1944 r. – Chciałem zobaczyć też bronie, te potężne działa i karabiny, które zrobiły na mnie wrażenie. Wśród tych maszyn, tych broni, tego piasku czułem emocje ludzi, którzy tam wówczas byli – wspominał Dalajlama.
Duchowy przywódca tybetańskich buddystów miał też okazję uczestniczyć w swojej wojnie – we wspieraniu antykomunistycznej, tybetańskiej partyzantki. – Nazwałem rebeliantów reakcjonistami i stwierdziłem, że Tybetańczycy nie powinni ich wspierać. Jednocześnie nasza delegacja została poinstruowana, by namawiała partyzantów do dalszej walki. Mówiliśmy dwoma językami: oficjalnym i nieoficjalnym. Oficjalnie uznawaliśmy ich działania za rebelię, nieoficjalnie mieliśmy ich za bohaterów i mówiliśmy im to – twierdził Dalajlama XIV w książce “The Last Dalai Lama” Michaela Harrisa Goodmana. 





Tybetańscy Żołnierze Wyklęci byli wspierani przez CIA. Brat Dalajlamy był jednym z głównych organizatorów niepodległościowej rebelii i zarazem należał do "największych aktywów" Agencji. CIA przekazywała Dalajlamie 180 tys. USD subwencji rocznie. Program został jednak wstrzymany w 1972 r., po wizycie Nixona w Chinach. CIA pomogła mu również w ucieczce z Tybetu do Indii w 1959 r. Paradoksalnie ta ucieczka i późniejsza działalność emigracyjna Jego Świętobliwości bardziej przyczyniły się do rozpropagowania buddyzmu tybetańskiego na świecie niż działalność wszystkich poprzednich dalajlamów...



Dalajlama XIV opierał się nie tylko na Amerykanach. Układał sobie dobre relacje z wszystkimi siłami będącymi w opozycji do Chin. Np. patrzył przychylnie na indyjski program nuklearny widząc w Indiach przeciwagę dla chińskiej potęgi. Indie przeprowadziły pierwszy tajny test jądrowy w 1974 r. Dały mu kryptonim "Śmiejący się Budda". Gdy w 1998 r., w dzień urodzin Buddy, Indie przeprowadziły próbę jądrową, bronił tego testu. - Indie powinny mieć taki sam dostęp do broni jądrowej jak kraje rozwinięte. Przekonanie, że kilka krajów może posiadać broń jądrową a reszta świata nie, jest niedemokratyczne – przekonywał.


Gdy były chilijski dyktator Augusto Pinochet Ugarte był zagrożony ekstradycją do Hiszpanii, Dalajlama stanął w jego obronie. Stwierdził, że Pinochetowi trzeba wybaczyć.

Oczywiście Dalajlama próbował również skorzystać z rozłamu sowiecko-chińskiego. Miał więc bardzo dobre relacje z Breżniewem. Jak czytamy:



"
Pupil sekretarza KC wabił się Lama. Imię to wzięło się od imienia duchowego przywódcy Tybetańczyków. Ponoć dalajlama osobiście podarował Breżniewowi kota trzy tygodnie przed zamachem, w czasie wizyty sowieckiego sekretarza u premier rządu Indii, Indiry Gandhi. Choć w 2007 r. dalajlama wyparł się w rozmowie z rosyjskim tygodnikiem śledczym „Nasza Wersja”, jakoby kot był prezentem od niego, Atamanienko relacjonuje w książce spotkanie obu przywódców. Według otoczenia Breżniewa dalajlama miał odgadnąć, że gość z ZSRR 13 lat wcześniej przeszedł zawał serca, a następnie ostrzegł go, że będzie grozić mu inne śmiertelne niebezpieczeństwo. Zdumiony Breżniew nie protestował, kiedy mnich zapytał, czy nie przyjąłby prezentu, który uchroni go przed zagrożeniem. Był to czarny kot. Dalajlama nazywał go talizmanem, polecał, by Breżniew karmił go wyłącznie surowym mięsem oraz zwracał uwagę na jego zachowanie. Jeśli kot zacznie być nerwowy, jego pan powinien mieć się na baczności. 


Ponoć 22 stycznia 1969 r. Lama obudził Breżniewa w jego rezydencji w Zawidowie, wskoczył mu na piersi i wyraźnie okazał niepokój. Sekretarz zlekceważył jednak humory zwierzaka. Przypomniał sobie o nich, odbierając w limuzynie telefon od Andropowa. Dlatego kiedy 13 miesięcy później, 20 lutego 1970 r. Lama od samego świtu nie odstępował Breżniewa na krok, ocierając się o jego nogi i łapiąc zębami za mankiety spodni, sekretarz potraktował ten sygnał poważnie. „Chłopcy, wy jedźcie, a ja tu popracuję nad dokumentami... Przyślijcie po mnie drugą zmianę” – powiedział do ochroniarzy, którzy mieli zawieźć go na Kreml.
Limuzyna Breżniewa nie dotarła do celu. Na jednym ze skrzyżowań z bocznej ulicy niespodziewanie wyjechała wojskowa ciężarówka. Nikołaj Zieńkowicz, autor „Kremlowskiej księgi zamachów”, opisywał ten wypadek, powołując się na treści z tajnych komunikatów KGB. „Kierowcy ziła udało się uniknąć zderzenia czołowego, lecz samochód wpadł w poślizg i uderzył o słup trakcyjny”. Pięciu z sześciu oficerów przeżyło. Skończyło się na połamaniu żeber, zwichnięciach i zadrapaniach. Zginął tylko jeden, Władimir Jegorow. Akurat siedział na miejscu Breżniewa i spał po nocnej służbie. (...)



Lama jeszcze parokrotnie ostrzegał Breżniewa przed niebezpieczeństwem. Gdy sowiecki przywódca wybierał się w 1971 r. do Francji na zaproszenie prezydenta Georges’a Pompidou, kot nie pozwolił założyć sobie obroży, wyrywał się, uciekał. Zaniepokojony tym zachowaniem sekretarz KC wykręcił numer telefonu do Andropowa i zapytał, czy KGB ma jakieś nowe meldunki z Paryża. Andropow przyznał, że pół godziny wcześniej dostał ostrzeżenie o możliwym zamachu planowanym przez francuskich nacjonalistów ze skrajnej organizacji OAS.
„Wywiad radziecki otrzymał sygnał: gdy Breżniew będzie składał wieniec przed Łukiem Tryumfalnym, możliwe, że zostanie do niego oddany strzał z karabinu z celownikiem optycznym. Złożoność sytuacji polega na tym, że przy Łuku zbiega się dwanaście ulic, trudno jest zapobiec aktom terroru. Nie wiadomo, skąd zamachowiec może strzelać” – pisał Nikołaj Zieńkowicz, czerpiąc informacje z raportów KGB. „Na wszelki wypadek zablokowano wszystkie ulice. Wykorzystano 12 tysięcy francuskich policjantów (po tysiąc na każdą ulicę), 6 tysięcy strażaków (po 500 na dachach domów przy każdej ulicy) i tysiąc policjantów (specjalna rezerwa prefekta Paryża) w celu zagwarantowania bezpieczeństwa w rejonie placu. Jednakże wystrzał nie padł. Albo sygnał był fałszywy, albo zamachowcowi przeszkodziły wzmocnione środki bezpieczeństwa”. (...)


Breżniew zmarł w listopadzie 1982 r., choć niewiele brakowało, by stracił życie osiem miesięcy wcześniej, w czasie wizyty w zakładach lotniczych w Uzbekistanie. Tak wypadek z 23 marca wspomina generał-major KGB Władimir Miedwiediew, osobisty ochroniarz Breżniewa: „Ruszyliśmy do montażowni. Drzwi do hangaru były szeroko otwarte i tłum ludzi też tam się wdarł. (...) Tysiące robotników wdrapywało się na rusztowania wokół budowanych samolotów, rozpełzało się wszędzie jak mrówki. Ochrona z trudem powstrzymywała napierający tłum. Nie opuszczał nas niepokój. Leonid Iljicz prawie już wyszedł spod samolotu, gdy nagle rozległ się potworny huk. Wiązary nie wytrzymały i wielka drewniana platforma – długa jak samolot, szeroka na cztery metry – runęła pod ciężarem poruszających się na niej ludzi... A oni, niczym po równi pochyłej, staczali się na nas”. Oszołomiony Breżniew leżał na plecach. Miedwiediew podnosił go wraz z jego osobistym lekarzem, doktorem Kosariewem. Przywódca miał rozbitą i zalaną krwią głowę, złamany obojczyk. Jednak, jak pisze Atamanienko, po powrocie spotkał go jeszcze większy cios. Lama czekający w rezydencji w Taszkiencie na Breżniewa pogryzł i podrapał ochroniarzy, a gdy ci próbowali go schwytać, wyskoczył na ulicę prosto pod koła nadjeżdżającego samochodu."
 (koniec cytatu)
Wspomniane w tym artykule zamachy na Breżniewa były najprawdopodobniej organizowane przez Andropowa. Sam Breżniew (rozmawiający z Gierkiem po polsku i przyznający się do matki pochodzenia polskiego) co prawda doprowadził ZSRR do największej potęgi i wewnętrznego dobrobytu, ale jednocześnie hamował plany wojskowych takich jak marszałek Kulikow przewidujące wybuch III wojny światowej. (Co zostało przypadkiem pokazane chociażby w "Jacku Strongu".) Wsparcie "magiczne" jakie Dalaljlama okazywał Breżniewowi było więc dla świata dobre - im dłużej Breżniew żył, tym ZSRR dalej odkładał w przyszłość swoją ekspansję.


Dalajlama, podobnie jak papież, łączy władzę świecką z duchową. Jest kimś w rodzaju buddyjskiego pontifexa maximusa. Ma obowiązek zajmować się nie tylko zagrożeniami politycznymi, ale również ponadnaturalnymi. Jest więc kimś w rodzaju Doktora Strange'a :) Jak tą misję realizuje? O tym w następnym odcinku serii Shamballah. Będzie m.in. o spętanych demonach i Panu Piekieł.

  

niedziela, 5 maja 2019

Re:Restituta - Co mogliście przeoczyć

Ilustracja muzyczna: Myth & Roid - Styx Helix - Re: Zero Ending



Niedawno zakończona seria Restituta nie była tylko rocznicową opowiastką o pierwszych latach II RP. Nie była też zwyczajnym oraniem narracji różnych kucerzy i powielaczy giertychowych narracji. Mało kto to zauważył, ale to był również brakujący prequel do Wrześniowej Mgły.To opowieść o dwóch środowiskach, które spotkały się w latach 1904-1918 w galicyjskim, wywiadowczym gnieździe żmij, by zetrzeć się później w 1922 r., 1926 r. i 1939 r. To tam są korzenie lwowsko-paryskiego zamachu stanu z września 1939 r.



Jestem trochę rozczarowany, że pierwszy odcinek serii Restituta, poświęcony nieznanemu, polskiemu zamachowi na cara Mikołaja II - pierwszej próbie wywołania wojny światowej! - nie wywołał szoku. Przy odcinkach o Zagórskim i Konecznym chyba wszyscy jednak załapali narrację o ówczesnej wojnie hybrydowej. Odcinki o prawdziwym obliczu Paderewskiego i Hallera, o prawdziwych kulisach Powstania Wielkopolskiego i Powstań Śląskich a także o Pękosławskim spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Nasza historia jest bowiem o wiele ciekawsza niż sądzą różni przepisywacze, odgrzewający stare kotlety po Cacie-Mackiewiczu czy Jędrzeju Giertychu. Przyznajcie sami? Co wygląda bardziej cool: Paderewski pierdoła wzruszający Wilsona łzawymi opowiastkami o Polsce, czy Paderewski przygrywający na fortepianie podczas orgii rodem z "Oczu szeroko zamkniętych"? Haller leżący krzyżem w kościele i modlący się o zwycięstwo, czy też Haller realizujący wojnę hybrydową dla Austriaków i chroniony przez Dzierżyńskiego w Moskwie w 1918 r.? Zagórski dający się zaszlachtować jak baran czy też pozorujący własną śmierć i spędzający resztę życia w Panamie? Piłsudski pierdoła na koniu, "co uciekł do kochanki i wprowadził w Polsce socjalizm", czy też Piłsudski destabilizujący Niemcy i Rosję za pomocą rewolucji i wojny hybrydowej?



Wrześniowa Mgła  była pierwszą serią pokazującą, że nasza historia była o wiele ciekawsza od tych kłamstw i niedopowiedzeń, co nam serwują w większości książek. Wrzesień 1939 r. stał się niejako punktem wyjścia do zajrzenia za mgłę fałszywych narracji. W seriach Steamroller oraz Inferno pokazałem Wrzesień 1939 r. i drugą wojnę światową na szerszym tle: wielkiego planu skruszenia europejskich mocarstw przez USA i zastąpienia ich w roli globalnego hegemona. To nie "perfidny Albion" wciągnął nas w wojnę z Niemcami. To my pomogliśmy go wciągnąć do wojny Amerykanom. W seriach Magiczna Kula z Dallas oraz Euphoria pokazałem co Ameryka z tym zwycięstwem i z tą hegemonią zrobiła.



W serii Samael przyjrzałem się narodzinom spiskowego kłębowiska żmij w Ameryce.




W serii Archanioł pokazałem jak pomogliśmy temu kłębowisku żmij wywołać pierwszą wojnę światową i rewolucję w Rosji. Jak zniszczyliśmy trzy monarchie zaborcze i jak dzięki temu odzyskaliśmy niepodległość. Jedna "czerwona nić" biegła od Radziwiłła "Panie Kochanku", illuminaty Tadeusza Grabianki i Sułkowskiego do Bilińskiego, Hutten-Czapskiego, Piłsudskiego i Dzierżyńskiego. W serii Prometeusz opisałem jak nasi prometejscy sojusznicy a zwłaszcza Ławrientij Beria próbowali zniszczyć ZSRR od środka i jak ich próby wpływały na Polskę. I jak wpływają do dzisiaj (choć oczywiście o wiele słabiej niż w przeszłości).

W serii Dies Irae przyjrzałem się wielkiemu spiskowi jakim była druga wojna światowa z perspektyw różnych biorących w niej sił, a szczególnie Niemiec.




W serii Pontifex opowiedziałem o roli Stolicy Apostolskiej w przemianach i spiskach ostatnich 170 lat. Zasugerowałem, że Jezus był założycielem organizacji wywiadowczej, co wówczas jeszcze jakoś szczególnie nie zaszokowało czytelników...



W serii Demiurg przyjrzałem się roli jaką odegrali w tym spiskowym kłębowisku sabatejczycy i ogólnie wyznawcy pewnej istoty duchowej z Synaju podającej się za Boga Jedynego. Wywołało to płacz i zgrzytanie zębów u różnych analbaptystów. Niektórzy byli też zszokowani koncepcją, że na naszą historię mogą wpływać jakieś byty pozamaterialne. No cóż, można też powiedzieć, że materialistyczne koncepcje historii są stosunkowo młode i nie sprawdzone...

Wsłuchajcie się więc zapowiedź nowej serii: Shamballah




Będzie dużo o tybetańskim "Watykanie", o trucicielstwie, rytualnej polityce, spętanych potężnych demonach, poszukiwaniach największej skarbnicy wiedzy w dziejach świata i o tym jak współczesne teorie idealnie korespondują z pradawnymi przekazami.  Teorie Mathilde Ludendorff (żony znanego obywatela Swarzędza) mówiące o tym, że "dalajlama kontroluje Żydów i papieża" nie będą już wydawały się takie szalone... :) Idziemy śladami "Vrila"!



Vril Power for Europe!/ Vril Power USA!/ Find Shamballah before it's to late!