Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2025

Nowa Wojna Zimowa, atak na Japonię i aneksja Grenlandii



Fiński dziennik "Ilthalehti" niedawno opisał, powołując się na informatorów z NATO, rosyjskie plany wojenne na okres po zakończeniu "trzydniowej specjalnej operacji wojskowej" na Ukrainie. Przewidują one atak na norweską prowincję Finmark oraz na Finlandię. Celem jest m.in. przesunięcie granicy na linię ustaloną w Traktacie z Turku z 1743 r.  W kolejnym etapie miałyby zostać zaatakowane: Estonia, Łotwa, Litwa oraz szwedzka Gotlandia.





Na pierwszy rzut oka te plany wyglądają na szalone - ale przecież tak samo nieprawdopodobna wydawała się pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę. Uderzenie na Norwegię miałoby jednak dla Moskwy głęboki sens. Sparaliżowanie wydobycie ropy i gazu ze złóż norweskich znów otwierałoby Europę na rosyjski szantaż gazowy. Zwłaszcza jeśliby Rassija ze swojego libijskiego przyczółku zaczęła równolegle uderzać w energetyczne trasy przesyłowe z Afryki Północnej. Pamiętajmy również, że rosyjskie wojska ćwiczą od lat scenariusz inwazji na Norwegię i Finlandię - robiły to choćby podczas manewrów Zapad 2017.

Jak wyglądałaby jednak taka inwazja w praktyce? Na niekorzyść agresora grałby przede wszystkim teren. To nie bezkresne ukraińskie równiny na które łatwo wjechać czołgami. Tam trzeba byłoby się przedzierać przez mroźne góry, tereny polodowcowe i bagna. Desant spadochronowy na fińskie lotnisko Ivalo skończyłby się pewnie większą masakrą niż próba zajęcia lotniska Hostomel. Konwój z Królewca wiozący wojska mające desantować się na Gotlandii zostałby pewnie zatopiony na wiele mil przed tą wyspą. Dodajmy, że Finlandia i Norwegia posiadają dosyć nowoczesne armie, ze sprawnymi systemami mobilizacji rezerw. Jedynym elementem tego planu, który mógłby się powieść byłaby inwazja na Estonię, Łotwę i Litwę. 




Imperialne apetyty, "biednej, stale osaczanej przez NATO" Rassiji nie ograniczają się jednak tylko jednak do Europy. "Financial Times" ujawnił niedawno, że od 2014 r. Rosja planowała kampanię bombardowań Japonii oraz Korei Płd. Wyznaczono 160 celów w obu krajach, m.in. elektrownie jądrowe i tunele. Kampanię lotniczą na Dalekim Wschodzie miano zacząć po to, by... uniemożliwić Japonii i Korei Płd. wsparcie dla NATO w przypadku rosyjskiej inwazji na zachód. Czyli Rassija chciała otworzyć wojnę na drugim froncie, by uniknąć prowadzenia wojny na dwóch frontach... Logiczne. Jakby taka kampania wyglądała w praktyce? Przypomnę, że Ruscy wciąż się nie nauczyli jak prowadzić kampanie bombardowań strategicznych i nie potrafią wywalczyć supremacji w powietrzu nad terytorium kraju, który miał lotnictwo oparte na postsowieckich maszynach. Jakby wyglądało ich starcie z japońskimi Mitsubishi F-2? Zapewne skończyłaby się tym, że Japończycy i Koreańczycy zmasakrowaliby rosyjskie lotnictwo, a następnie zatopiliby Flotę Pacyfiku. 

A różni duporealiści w rodzaju Mażewskiego, Michała "Dupy" Krupy czy Wojciecha "Mielonki" Golonki mówią nam, że z Rosją możemy się racjonalnie dogadać - jak za tusskowego resetu...

Tymczasem...



Prezydent-elekt Donald Trump pajacuje mówiąc o inwazji na Panamę, Grenlandię i Kanadę. Tak jakby realizował scenariusz starego filmu Michaela Moore'a "Operacja kanadyjski boczek". Czy on właśnie skutecznie odciągnął w ten sposób uwagę globalnej opinii publicznej od czegoś bardzo ważnego? Czy może w tym szaleństwie jest metoda?

Spodziewam się, że w przypadku wojny USA z Chinami, Amerykanie będą musieli dokonać szybkiego desantu w Panamie, by przejąć Kanał, zanim zrobią to Chińczycy. To byłoby coś podobnego jak brytyjsko-kanadyjsko-amerykańska okupacja Islandii w czasie drugiej wojny światowej. Panama formalnie nie ma armii, tylko siły policyjne i straż wybrzeża. Ponadto nie radzi sobie z utrzymywaniem infrastruktury Kanału - z jego pogłębianiem itp. Ryzyko tego, że kontrolę nad Kanałem przejmą Chińczycy jest całkiem realne - oni już są operatorami portów po obu stronach Kanału.




Grenlandia też jest ważna strategicznie - zwłaszcza w przypadku rosyjskiej inwazji na Norwegię. To również terytorium bogate w surowce, w tym metale ziem rzadkich. USA mogłyby ją przejąć w sposób o wiele prostszy niż inwazja militarna. Wystarczyłoby wesprzeć finansowo odpowiednie siły w ewentualnym referendum niepodległościowym. Choćby płacąc po 100 tys.  dolarów każdemu mieszkańcowi Grenlandii. Być może początkiem takiego scenariusza jest niedawna wizyta Donalda Trumpa Jra na Grenlandii. Dania w praktyce ma małą kontrolę nad tym, co się tam dzieje. Nie jest w stanie obronić Grenlandii militarnie, a wojska amerykańskie już tam są. O ile więc słowa prezydenta-elekta o zbrojnym włączeniu tej wyspy do USA można uznać za werbalną prowokację, to olbrzymim pajacowaniem są deklaracje Francji i Niemiec o tym, że są one gotowe bronić Grenlandii przed Amerykanami. Wyobraźcie sobie... żołnierze Bundeswehry marznący w okopach podczas bitwy o Nuuk :)




Zapowiedzi Trumpa mówiące, że Kanada stanie się 51 stanem USA można brać oczywiście za trolling. Tak samo jak nazywanie Justina Castro Trudeau "gubernatorem Kanady", czy zapowiedź przemianowania Zatoki Meksykańskiej na Zatokę Ameryki.  ALE... Latem 2024 r. pewien protestancki ewangelista zaczął twierdzić, że "Bóg mu pokazał przyszłość", w której USA, Kanada i Meksyk będą posiadały wspólną walutę i że do tego doprowadzi Trump. Można się pośmiać z bibliozjeba, ale to co on rzekomo widział we śnie bardzo przypomina plany z czasów Busha Jra na pogłębienie integracji USA, Kanady i Meksyku. Miała powstać Unia Północnoamerykańska ze wspólną walutą o nazwie amero. Byłaby to największa gospodarka świata, mająca nominalny PKB warty blisko 35 bln USD. Czyżby więc Trump imperialną retoryką przykrywał bardziej konkretne, "globalistyczne" plany?

Jak myślicie, Obama śmiał się podczas rozmowy z Trumpem podczas pogrzebu Cartera, bo Trump opowiedział mu dowcip o Wielkim Mike'u i dwumetrowej kutandze?

***




Niektórzy żartują, że wielki pożar w Kalifornii, który strawił domy miejscowych celebrytów, to kolejny przykład działania "efektu Trumpa". Jak dla mnie to może być ostatnie "f*ck you", które Biden pokazał kalifornijskim demokratom, czyli klice, która podmieniła go w wyborach na Kamalę. Odchodzący prezydent żartował sobie podczas sztabów kryzysowych i ogłosił podczas jednego z nich, że został pradziadkiem.  Raczej mu nie było żal cwelebrytów-pogorzelców, którzy wcześniej wzywali go do rezygnacji.





Tymczasem Trump od lat ostro rugał demokratycznego gubernatora Kanady Kalifornii Gavina Newsoma, że mocno zaniedbał on system ochrony przed pożarami lasów.  Karen Bass, prokubańska komunizująca czarnoskóra burmistrz Los Angeles, ostro cięła wydatki na straż pożarną, a zwiększała je na różne inicjatywy DEI. Straż pożarna rzekomo składała się ze zbyt wielu białych mężczyzn, więc zdywersyfikowano tam kadry (luzując zasady przyjęcia), a jej komendantem mianowano totalnie niekompetentną lesbijkę. A później się skarżą, że robią o nich memy...

"Do pieca" dołożyli tam też chciwi kapitaliści. To, że w hydrantach brakowało wody ma zapewne coś wspólnego z tym, że od 1994 r. sporą część zasobów wodnych Kalifornii kontroluje rodzina Resnicków, zarabiająca na odsprzedawaniu wody stanowi. To jest model ka(ł)pitalizmu, który MFW promował w latach 90-tych w Trzecim Świecie. Jak widać dupokraci skutecznie zmienili bogaty stan Kalifornię w Trzeci Świat.

Karma dopadła jednak nie tylko pro-dupokratycznych cwelebrytów, którym wraz z domami zjarały się dyski twarde z terabajtami pornografii dziecięcej. Karma dopadła też znanego z sympatii do republikanów aktora Jamesa Woodsa. O ile Woods ma w wielu sprawach rozsądne poglądy, to w kwestii bliskowschodniej za bardzo angażuje się emocjonalnie po stronie Izraela. Domagał się więc, by Strefę Gazy zmienić w morze ruin, a teraz płacze, że mu się spalił dom...

***

W Libanie wybrano nowego prezydenta - został nim gen. Joseph Aoun, dowódca armii, maronita (czyli katolik lokalnego obrządku), na szczęście nie spokrewniony z poprzednim prezydentem generałem Michelem Aounem.  Joseph Aoun wyróżnił się podczas operacji odbicia części sunnickiego miasta Trypolis z rąk Państwa Islamskiego. Obecnie zapowiada rozbrojenie Hezbollahu. 

Co ciekawe, jeden z libańskich parlamentarzystów, podczas elekcji prezydenta oddał głos na Berniego Sandersa. 

W Syrii odnaleziono natomiast dokumenty bezpieki identyfikujące Asmę - żonę Baszara Assada - jako agentkę brytyjskiego MI5. 

***

Związany z republikańskim mainstreamem magazyn "National Review" określił rząd Tusska jako poważny problem dla nowej administracji Trumpa wskazując, że gabinet rządzący w Warszawie prześladuje proamerykańską opozycję i zapowiadał... aresztowanie Netanjahu. Można to uznać za pojedynczy głos, ale... 

Unia Europejska idzie na zderzenie czołowe z amerykańskimi gigantami technologicznymi. Robi sobie problem swoimi idiotycznymi regulacjami, które mocno ograniczają badania nad sztuczną inteligencją oraz przewidują cenzurowanie platform społecznościowych. I robi to akurat w momencie, gdy Musk, Zuckerberg i Bezos wkupili się w łaski Trumpa i prezentują się jako obrońcy wolności słowa w internecie.  J.D. Vance groził państwom Unii, że jeśli będą zwalczać amerykańskich gigantów cyfrować i cenzurować net, to mogą zostać objęte sankcjami i pozbawione amerykańskiej ochrony militarnej.

Co w tym czasie robią geniusze rządzący w Weichselgau? Deklarują chęć zamykania opozycyjnych telewizji i cenzurowania netu. Ciekawe czy będą też cenzurować kolesia wyglądającego jak Homelander, który ma ponoć nadzorować TVN z ramienia Fox News?





Pomysł Schnepffowej, by powtórzyć Obławę Augustowską zablokować X na czas wyborów już został zauważony przez amerykański alt-right.  Czy oni naprawdę są tak głupi, by bruździć w interesach najbogatszemu człowiekowi świata i całej Dolinie Krzemowej? Biorąc pod uwagę, że szefem SKW zrobili niejakiego Stróżyka i za ich rządów odbywają się różne akcje w stylu zgubienia 240 min przeciwpancernych, obawiam się, że tak. 

***



Uruchomiłem drugiego bloga - poświęconego recenzjom książek. Na razie wrzucam recenzje, które wcześniej robiłem dla prasy. Link do niego jest na pasku bocznym  - Recenzje Foxa.

Na początek chciałbym Wam zwrócić szczególną uwagę na książkę Marka Koprowskiego, "Armia Krajowa na Wołyniu: czyli zdrady nie było".  Rozbija ona w pył narrację Zychowicza i sprawia, że można poczuć się naprawdę dumnym z wołyńskiej AK. 




Będę tam wrzucał recenzje zarówno nowości, jak i książek wydanych kilka lat temu oraz pozycji antykwarycznych. Jeśli szukacie ciekawych lektur historycznych - możecie tam znaleźć coś interesującego. Może spodoba się Wam historia polskiego czetnika, mocne opowieści o losach berlingowców, historia konspiratora robiącego podczas okupacji interesy z gangsterem na Ząbkowskiej lub wspomnienia policjanta z pierwszych lat niepodległości?

Oczywiście pamiętajcie też o "Mrocznych sekretach II wojny światowej". Jeśli moja książka Wam się podobała - polecajcie ją znajomym lub kupujcie im ją na prezent.

***

Kończę motywem muzycznym, czyli piosenką z bardzo ciekawym tekstem. Zwłaszcza refren (gdzieś tak od 0:54)



sobota, 20 sierpnia 2022

Imprezowa Zacharowa i tajemnice rosyjskiego MSZ

 


Ilustracja muzyczna: Ying Yang Twins - Wait (The Whisper Song) - motyw muzyczny Marii Zacharowej

Trwa operacja specjalna mająca na celu demilitaryzację Krymu. Tymczasem w Moskwie zaczęło się najważniejsze wydarzenie militarne roku - biatlon czołgowy! Załogi z państw Trzeciego Świata mają niepowtarzalną okazję zbłaźnić się podczas kierowania czołgami T-72, które przecież powinny doskonale znać. Towarzyszące mu targi zbrojeniowe oraz konferencja bezpieczeństwa są natomiast okazją do przekonywania różnych skorumpowanych afrykańskich watażków, że rosyjski sprzęt "nie ma analoga w mirie" i że można z jego pomocą "nakryć czapkami" Abramsy i F-35. Tak jak warszawski Festiwal Młodzieży z 1955 r. ta impreza jest również okazją do nawiązywania wielu ciekawych znajomości z przybyszami z egzotycznych krajów. Przekonała się o tym znana i lubiana Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ.



Według doniesień tajemniczego Generała SWR, Zacharowa w pewnym momencie zaniedbała swoje obowiązki podczas tej imprezy. Przepadła, choć miała robić za konferansjerkę. Znaleziono ją jednak. Okazało się, że utknęła. Między dwoma przedstawicielami państw afrykańskich. Z jednej strony był ambasador, z drugiej przedstawiciel MON jednego z krajów Afryki. Przyglądał się temu ochroniarz jednego z tych VIP-ów. Wyglądało na to, że Zacharowa z nimi wcześniej trochę się napiła, a że jest rozrywkową i zboczoną kobietą, to tylko ją za to chwalić. Niektórzy rosyjscy narodowcy mogą dostrzec w tym incydencie "zdradę rasy", ale przecież Rosjanie bardzo gościnnie już przyjmowali u siebie Afroziomali. Wystarczy wspomnieć pradziadka Aleksandra Puszkina, który był Etiopczykiem. 

Jak ktoś taki jak Zacharowa mógł zrobić karierę w MSZ drugiego mocarstwa Trzeciego Świata? No cóż, pochodzi ona z resortowego klanu. Jej rodzice byli dyplomatami. Pracę w ich zawodzie miała już od początku zagwarantowaną. I podobnych miernot przyjmowanych "po dupie i znajomości" jest w rosyjskim MSZ cała masa. Z Siergiejem Ławrowem na czele. Koleś zaczynał karierę w dyplomacji w 1972 r. Za czasów Breżniewa. Na rok przed tym, jak Joe Biden dostał się do Senatu.


Miałem kiedyś okazję rozmawiać z Rosjaninem mającym kilka lat temu staż w moskiewskim MSZ. Powiedział mi, że najczęściej kradzioną rzeczą w tej instytucji jest - papier verge. Specjalny, luksusowy papier, który się nie zatniesz. Skąd taki popyt na niego? Bo Ławrow odmawia czytania dokumentów, które nie są zapisane na papierze verge. Gdy przychodzi do niego ktoś z superważną notatką, na przykład dotyczącą wojny, Ławrow mówi z niesmakiem: "Nie będę tego czytał. Przepisz to najpierw na verge". 

(I pomyśleć, że niejaka Barbara Brylska dekadę temu mówiła publicznie Ławrowowi, w siedzibie polskiego MSZ, że "go kocha" i "nienawidzi, tych którzy nie kochają Rosjan".  Brylska - kiepska wersja Stevena Seagala. Równie głupia jak Seagal, ale o słabszym talencie...)

W moskiewskim MSZ jest też w podziemiach ciekawy sklepik. Sprzedają w nim różne artykuły spożywcze (pewnie i te luksusowe) po cenach, które się niewiele zmieniły od czasów sowieckich. Zdarzało się też, że wszyscy ustawiali się z naczynkami na korytarzu, bo rzucili... miód. Taka to oderwana od rzeczywistości instytucja. Przestroga, by różne zdegenerowane resortowe klany wycinać.

Myślicie, że w naszym MSZ w latach 90-tych było lepiej? Ciekawie to przedstawił Witold Waszczykowski w niedawnym wywiadzie dla "Plusa Minusa":


" W czasach komunistycznych MSZ zarządzała partia. Urzędnicy przychodzili do pracy przed godziną 9, zaczynali od śniadania, kawy i gazety, trochę popracowali i szli na obiad, a po obiedzie lektoraty językowe i już szykowali się do wyjścia z pracy. Punktualnie o 16.15 otwierały się wrota MSZ i wszyscy wypadali jak stado bawołów. Po wyborach w 1989 r. polityka zagraniczna nagle zaczęła odgrywać istotną rolę. Polska miała siedmiu nowych sąsiadów, zniknęły: NRD, Czechosłowacja, Związek Radziecki. Aspirowaliśmy do Unii Europejskiej i NATO. Słowem – był huk roboty.

W poprzednim ustroju tej pracy dla urzędników MSZ nie było?

Wie pani, co znaleźliśmy w szafach pancernych MSZ, gdy je otworzyliśmy na początku lat 90.? Papier toaletowy, herbatę, mydło, jakiś ręcznik, czyli towary deficytowe, a oprócz tego skromne wycinki z zachodnich gazet. To było główne źródło informacji dla PRL-owskich dyplomatów. Wszystko się zmieniło i ci, którzy nie byli w stanie zaadaptować się do nowej rzeczywistości, odchodzili. Otwarcie się na świat spowodowało lawinę informacji do przetwarzania. Rozpowszechniały się komputery osobiste z edytorami tekstów i wyparły maszyny do pisania. Wypierało to też pracowników niechętnych do przystosowania się do nowych form pracy.

Ale gdy w 1993 r. wybory wygrały SLD i PSL, fala byłych pracowników dyplomacji na powrót wlała się do MSZ. Wiązał się z tym pewien problem – większość z nich była sceptycznie nastawiona do NATO. Latami tkwili w paradygmacie, że sojusz jest wrogiem. Po 1989 r. nie mogli już tak mówić, ale pojawiła się koncepcja, że NATO jest przeżytkiem. Skoro ZSRR upadł, NATO też nie ma racji bytu i dlatego trzeba budować nowy, inkluzywny system bezpieczeństwa, oparty na KBWE (Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – red.), dziś OBWE. Guru tej koncepcji był Adam Rotfeld, wówczas szef Instytutu Badań nad Pokojem w Sztokholmie. Należy pamiętać, że dyplomacja PRL działała pod dyktando Moskwy i miała wytyczone zadania. Była aktywna w procesie helsińskim, procesie detente, który doprowadził do powstania KBWE – system ten miał zastąpić rywalizację zimnowojenną. Powrócili wtedy do aktywności w MSZ tacy ludzie, jak Andrzej Towpik lub Jerzy Nowak.

Co ma pan im do zarzucenia?

Tylko to, że z wielką rezerwą i bojaźnią podchodzili do koncepcji Polski w NATO. A byli wspierani przez grupę wojskowych, szczególnie tych, którzy pracowali w kontrwywiadzie. Wszyscy byli wyszkoleni w ZSRR, często wspominali, że spędzili lata w tym kraju, mieli tam przyjaciół, którzy w stanie wojennym przysyłali im paczki. „I teraz mamy zerwać z nimi kontakty” – mówili z żalem.

(...)



Kilku pracowników MSZ sporządziło raport o kosztach rozszerzenia NATO. Dowiedliśmy w nim, że nie będą one duże. Zostaliśmy za to ukarani przez Dariusza Rosatiego, ówczesnego szefa MSZ.

Jak to ukarani?

Normalnie, dostaliśmy nagany i zabrano nam po tysiąc złotych z pensji za to, że zajęliśmy się sprawą, która – jak twierdził Rosati – do nas nie należała. "

(koniec cytatu)

***
Dwóch Finów, kiedyś bliskich przyjaciół, spotyka się po raz pierwszy od 20 lat. Idą się razem napić. Piją wódkę w milczeniu. Po kilku kolejkach, jeden z nich nieśmiało mówi:
- Ładną dziś mamy pogodę....

- Coś ty kurwa taki rozmowny? - odpowiada mu przyjaciel nie widziany od 20 lat.

Podejrzewam więc, że cała ta gównoburza z panienką z teledysków Basshuntera premier Finlandii Sanną Marin, dotyczy tego, że podeptała ona świętą fińską tradycję picia w milczeniu :)


"Ktoś dissuje mnie, niech mówi co chce" - Sanna Marin.

Jak zdesperowana musi być rosyjska i niemiecka (Marin krytykowała ostatnio Niemcy) agentura, by kręcić aferę z filmiku, na którym trzydziestoparolatka bawi się grzeczniej niż typowa polska gimbiara :)

No cóż, oburzeni być mogą różnego rodzaju purytanie, brewaryści, skopcy i onucowcy tacy jak z poniższego screenu:



No cóż, gdyby wzorem Zacharowej dała sobie włożyć wielkie czarne katechony w co najmniej dwa otwory jednocześnie, to byłoby OK. Byłaby katechonicą. 

Ktoś to fajnie skomentował:




***

Kroi się nowa seria blogowa. Będzie poświęcona pewnej małej organizacji będącej w samym centrum podziemnego żmijowiska w trakcie drugiej wojny światowej. Nie wiem, czy się publice będzie podobać tak specyficzny temat, ale koneserzy mogą docenić.