sobota, 17 stycznia 2026

Dlaczego bomby (jeszcze) nie spadły na Iran

 


Ponoć  Trump był bliski wydania rozkazu uderzenia w szereg irańskich celów, ale w ostatniej chwili się wycofał. Oficjalnie argumentował to tym, że irański reżim wstrzymał masową, publiczną egzekucję 800 uczestników protestów. Zapewne Irańczycy rzeczywiście, za pomocą tajnych kanałów dyplomatycznych, złożyli amerykańskiemu prezydentowi zapewnienia, że ograniczą rzeź. Tyle, że trudno będzie ich z tego rozliczyć. Według doniesień irańskiej opozycji, ponad 50 demonstrantów zostało już straconych w reżimowych więzieniach, z dala od kamer. Kwestia rezygnacji przez reżim ajatollahów z publicznych egzekucji jest więc tylko wymówką. Prawdziwe powody wstrzymania ataku były inne.

Za rezygnacją z uderzenia na Iran silnie lobbowały Arabia Saudyjska, ZEA, Oman i Turcja. Wskazywały, że obawiają się większego konfliktu w regionie, który zagroziłby też dostawom ropy. (Złośliwi wskazują, że obawiają się tego, że szmatogłowy szyicki reżim zostanie zastąpiony silną irańską monarchią.) Arabia Saudyjska zadeklarowała nawet, że nie pozwoli Amerykanom na wykorzystanie swojej przestrzeni powietrznej w uderzeniu na Iran.  O wstrzymanie ataku prosił też Trumpa Netanjahu, wskazując, że Izrael nie jest na niego przygotowany. Przy okazji wyszło na jaw, że pod koniec zeszłego roku Izrael oraz Iran dogadały się za pośrednictwem Rosji, że nie będą się prewencyjnie bombardować. To się akurat rozmija z nastrojami społecznymi w Izraelu. Sefardyjczycy demonstrują domagając się wsparcia dla irańskiej (kontr)rewolucji i deklarują, że są gotowi na rakietowy odwet irańskiego reżimu.  "We will accept missiles and PTSD, if our persian brothers will be free".

Trump zadeklarował wcześniej, że "pomoc nadchodzi". Jeśli złamie tę obietnicę, to wyjdzie na takiego słabiaka jak Obama, który deklarował kolejne "czerwone linie" wobec reżimu Assada, a ostatecznie nie zdecydował się na interwencję w Syrii. Słuchał amerykańskich odpowiedników Szewki i Repetowicza, co skutkowało przedłużeniem syryjskiej wojny domowej o 10 lat, powstaniem Państwa Islamskiego i setkami tysięcy zabitych. Wszystko po to, by chronić reżim rosyjskiego sojusznika... Chyba Trump nie chciałby takiej plamy na swojej reputacji? Chyba powinno mu zależeć na szybkim wyeliminowaniu jednego z kluczowych elementów Osi Zła i ograniczeniu dostaw ropy do Chin przed ich inwazją na Tajwan?

To, że do amerykańskiego uderzenia na Iran nie doszło w ostatnich dniach, nie oznacza jednak, że zostało ono już całkowicie wykluczone w przyszłości. Wojskowi pokazali Trumpowi listę 50 celów, sugerującą, że uderzenie będzie miało charakter dekapitacyjny i skupiony na celach związanych z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Trump przedstawił warunek, że uderzenie musi być szybkie, decydujące i takie, które nie wciągnęłoby USA w większy konflikt. W zeszłym tygodniu Amerykanie po prostu nie mieli wystarczająco dużego komponentu lotniczo-rakietowego w regionie, by przeprowadzić taką operację. Zwłaszcza przy sprzeciwie Saudyjczyków. Do regionu kierowane są jednak samoloty z Europy. Z Morza Południowochińskiego został przekierowany lotniskowiec USS Abraham Lincoln. Dopłynięcie na Morze Arabskie zajmie mu jakieś 10 dni. Z Norfolk płynie drugi lotniskowiec. Najwcześniejszy możliwy moment ataku wypadnie więc za jakieś dwa tygodnie. Wojskowi mają trochę czasu na doprecyzowanie planu. 

Pozostaje też otwarte okienko dla działań dyplomatycznych. Witkoff podyktował już irańskiemu reżimowi warunki porozumienia: rezygnację z programu nuklearnego, ograniczenie liczby rakiet i odcięcie wsparcia dla Hutich, Hezbollahu oraz irackich milicji. Iran zapewne te warunki odrzuci. To, że nie doszło w ostatnich dniach do amerykańskiego ataku, wprawiło bowiem reżim w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Zaczynają się już przechwalać, że "Trump przestraszył się irańskiej potęgi". Dobrze, niech pajacują jak Maduro...



Irański reżim poczuł się mocny również dlatego, że udało mu się powstrzymać pierwszą falę demonstracji. Mniej więcej od połowy tygodnia przestały napływać z Iranu filmy pokazujące zamieszki. Teraz pojawiają się głównie nagrania pokazujące "szyickie ISIS" patrolujące ulice miast na pick-upach z zamontowanymi karabinami maszynowymi i grożące, że będą strzelać, do każdego, kto wyjdzie z domu. Internet był tam odcięty od wielu dni. Dzięki chińskiemu wsparciu zakłócano też sygnał ze Starlinków, ale całkowicie go nie odcięto. Bezpieka polowała za to na posiadaczy Starlinków i anten satelitarnych. 

Pod osłoną internetowego blackoutu doszło w Iranie do rzezi (choćby takich jak w mieście Rasht). Na niektórych filmach słychać duże natężenie strzelanin w irańskich miastach. Do tłumienia (kontr)rewolucji wykorzystano nie tylko jednostki Korpusu Strażników, ale też szyickie milicje z Iraku, które wyróżniały się okrucieństwem. Reżim przyznał się do tego, że zabił 3 tys. ludzi. Opozycja mówi o co najmniej 12 tys. - myślę, że reżimowe kanały również rozpowszechniały taką narrację, by zastraszyć zwykłych Irańczyków. Izraelskie służby oceniły liczbę zabitych demonstrantów na 5 tys. Jakby nie liczyć, mamy do czynienia z największą masakrą w dziejach najnowszych Iranu. Dla porównania: za rządów szacha, w latach 1953-1979 zabito 4,5 tys. osób, z czego znaczną większość stanowili islamscy oraz komunistyczni terroryści, którzy w 100 proc. zasłużyli sobie na utylizację. W największej ulicznej masakrze, za jego rządów - w 1978 r. - zginęło 60 osób. Szach wówczas szedł na ustępstwa wobec opozycji, a  w 1979 r. zrezygnował z władzy, bo nie chciał utopienia protestów we krwi. W 1980 r. - rok po rewolucji komuszo-gówno-islamskiej Iran miał dwa razy wyższe PKB per capita niż Korea Południowa. Obecnie ma ponad trzykrotnie niższy. Irański reżim sprawił, że Iran coraz mocniej zamienia się w Koreę Północną  - biedny, zacofany, coraz bardziej odcięty od świata kraj, rządzony przez agresywną mniejszość: totalitarną sektę łączącą elementy apokaliptyczne z materialistycznym hedonizmem.

Uczestnicy irańskiej (kontr)rewolucji nie byli jednak bezbronni. Internet odcięto w kraju, by im utrudnić przeprowadzenie akcji likwidacyjnych funkcjonariuszy reżimu. W necie pojawiały się bowiem domowe adresy ludzi z bezpieki, Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i milicji basiji. Grupa o nazwie "Nieśmiertelni" przyznała się do likwidacji kilkudziesięciu funkcjonariuszy reżimu i podała ich nazwiska. Reżim przyznał się do tego, że w zamieszkach zginęło 100 jego funkcjonariuszy.  Jeden z nich został dźgnięty 40-krotnie. Izraelskie służby szacują liczbę zabitych reżimowych funkcjonariuszy na 500.  Spłonęło też wiele reżimowych biznesów. Władze mówią też o 350 podpalonych meczetach.

Wielu komentatorów - choćby Repetowicz - przestrzega przed uderzeniem na Iran, bo "wzmocni ono irański reżim". W jaki niby sposób? Tak na prostą, chłopską logikę: czy uderzenie, w wyniku którego zginąłby szereg czołowych osobistości reżimu, a bezpieka i armia poniosłyby poważne straty, wzmocniłoby reżim czy go osłabiło? Zawodowi iraniści twierdzą, że "społeczeństwo patriotycznie skonsolidowałoby się wokół reżimu". Jakie społeczeństwo? Resortowe rodziny i miejscowe silniczki w wieku 65+? Cała reszta, by się śmiała z rakietowego usmażenia Chamenejego i jego gejnerałów oraz odczuwała satysfakcję, że Trump przyszedł w końcu z pomocą i wysłał do Piekła kilu skurwysynów winnych nędzy narodu i śmierci ich bliskich. Rozjebanie w drobny mak mauzoleum starego pedryla Chomeiniego dodatkowo wzmocniłoby to uczucie satysfakcji.

Akademiccy debile robiący za ekspertów od Iranu jakoś nie przewidzieli tego, że ten kraj znajdzie się na krawędzi wojny domowej. Przekonywali też nas od lat, że dynastia Pahlavich ma w Iranie "marginalne poparcie". Okazało się jednak, że ogromne tłumy Irańczyków domagają się powrotu szacha i wychodzą na ulice na jego wezwanie. Gdy w Iranie odcięto internet, wejścia na witryny i profile społecznościowe związane z szachem spadł o 90 proc. Poparcie dla przywrócenia monarchii jest więc w Iranie autentycznie wysokie.



Wyciągnięci z d... eksperci przekonują nas też, że Iran jest "w ponad 90 proc." krajem islamskim. Tymczasem sondaż przeprowadzony w 2020 r. wskazywał, że szyicki islam wyznaje w Iranie ledwie około 30 proc. mieszkańców. Sondaż pewnie nie był do końca miarodajny - część tych, którzy wskazali, że są niereligijni mogło przejść na zoroastryzm lub chrześcijaństwo, ale dla bezpieczeństwa udzielało wymijającej odpowiedzi. Ci, którzy mówią o tradycyjnym, islamskim Iranie powtarzają po prostu treści z podręczników sprzed 40 lat. Niestety nie miałem jeszcze okazji odwiedzić tego kraju (chętnie to zrobię po upadku reżimu), ale wiele osób, którzy tam byli twierdzi, że w czasie Ramadanu widać, że ludzie w Teheranie normalnie jedzą, piją i palą, a rzadko która dziewczyna nosi chustę. 


 

Zakładając, że wyznawcy szyickiego islamu to obecnie około 30 proc. mieszkańców Iranu i że część z nich może popierać opozycję (choćby protestujący kupcy z bazarów), to poparcie dla reżimu sięga obecnie nie więcej niż 15 proc. Na te 15 proc. składają się resortowo-wojskowo-urzędnicze rodziny oraz silniczki 65+, którym wyprano mózgi propagandą. Przedstawiciele reżimu sami też raczej nie wierzą w oficjalną państwową ideologię. Widać to choćby na filmach pokazujących jak bawią się ich dzieci. Na tym video jest m.in. córką Alego Larijaniego i córka byłego prezydenta Chatamiego. Widać wielką hipokryzję: swoim córkom pozwalają chlać wódę w bikini w męskim towarzystwie, a zwykłym irańskim dziewczynom każą nosić na głowach szmaty. Trochę to mi się kojarzy z opisywanym przez Orwella w "Roku 1984" represjonowaniem seksualności mas przez Partię i z będącym obecnie plagą na Zachodzie feministycznym purytanizmem. ( Akurat pisząc ten wpis, słuchałem lecącego w tle dokumentu o Korpusie Strażników Rewolucji. Był tam fragment relacji telewizyjnej z 1979 r. Na teherańskiej ulicy, ubrana w burkę brzydka kobieta mówiła, że rewolucja islamska ma służyć "równym prawom kobiet i mężczyzn".)

Nic dziwnego więc, że zwykli Irańczycy wypatrują szacha jak Mesjasza.


Oczywiście libkowscy "eksperci" przekonują od dawna, że dynastia Pahlavich to straszliwi tyrani, od których Irańczyków "wyzwolił" Chomeini. "Eksperci" też przekonywali w czasie II wojny światowej, że AK jest "faszystowska" i "antysemicka", później, że Batista to straszliwy dyktator, a Castro to "reformator społeczny", że sandiniści są dobrzy, że Hamasowi "trzeba dać szansę" i że dobry jest Putin. Później, w obliczu przytłaczających faktów musieli przyznać, że Putin jest jednak zły i zaczęli go łączyć z każdym ruchem politycznym, który im się nie podoba. Teraz mają straszliwy ból dupy o porwanie Maduro, obawiają się upadku irańskiego reżimu i robią niesamowitą, tragikomiczną histerię wokół sporu o Grenlandię. Ponieważ kanclerz Merz zdeklarował już, że Rosja jest największym sąsiadem Niemiec i że kiedyś Niemcy znów się będą przyjaźnić, to możemy się spodziewać, że różne Micki, Szewki, Wolskie i Bartosiusiaki będą mogły zadeklarować, że Rassija jest dobra, a każdy kto kremlowi bruździ idzie na pasku amerykańskich imperialistów...

"Eksperci" od dawna też przekonują, że Zachód powinien udzielać bezwarunkowego i pełnego wsparcia kurdyjskiej komunistycznej organizacji SDF w Syrii. Dostawali ostatnio kurwicy, po tym jak SDF została wyparta z Aleppo przez syryjskie siły rządowe - wyparto ich z dzielnicy większej od Rakki i innych miast kontrolowanych przez SDF. Nie wspominali, że SDF sama to starcie sprowokowała m.in. ostrzeliwując chrześcijańską dzielnicę w okresie Bożego Narodzenia i polując dronami FPV na ambulanse. Przy okazji okazało się, że dzielni kurdyjscy komuniści zbudowali sieć tuneli pod blokami mieszkalnymi, udzielali schronienia assadowskim snajperom i wykorzystywali swoich ludzi do ataków samobójczych. Zapowiadało się na większe starcie, w którym armia syryjska, wspólnie z turecką zgniotłyby SDF, ale za pośrednictwem Amerykanów doszło do rozejmu, w ramach którego SDF wycofała swoje siły. Prezydent asz-Szara podpisał dekret dający kurdyjskiemu status jednego z języków narodowych, uznający Nawruz za święto państwowe i dający równouprawnienie Kurdom (którego nie dawał im reżim Assada, wspierany przez SDF). Zwykli Kurdowie świętują, kurdyjscy komuniści mają żałobę. 






Przy okazji SDF zaliczyła propagandową wtopę, przyznając się do tego, że porywa z domów 12-letnie dziewczynki i wciela je do swojej armii. Niektóre z nich kończą jako zamachowczynie-samobójczynie. Osoby zamachowczo-samobójcze. I to jest prawdziwy feminizm chwalony przez libkowskich "ekspertów".

***

Przypominam, że polska wyprawa naukowa na Grenlandię naniosła tam 23 nazwy geograficzne, takie jak: Góry Mościckiego, Góry Śmigłego-Rydza i Góra Wawel.

***


W wieku 90 lat zmarł Erich von Daniken. Kiedyś jego książki uznawałem za głupie i bluźniercze, z czasem jednak gdy ich więcej przeczytałem, poznałem ich wartość. Za najlepszą niezmiennie uważam "Oczy Sfinksa". Miałem okazję zamienić parę słów z Danikenem w Warszawie blisko ćwierć wieku temu. Miał fajny wykład i sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego człowieka. Po licznych podróżach był opalony na twarzy jak Lepper :) Zapamiętamy go jako człowieka, który miał odwagę zadawać pytania, na jakie naukowcy nie lubią udzielać odpowiedzi. Nieoficjalnie wielu mainstreamowych badaczy - choćby dr Zahi Hawas - czytało i lubiło jego książki. 

14 komentarzy:

  1. Pasztet Wigilijny17 stycznia 2026 07:59

    "sondaż (...) w 2020 r. wskazywał, że szyicki islam wyznaje w Iranie ledwie około 30 proc." - ciekawe, to podobnie jak procent wyznawców KO-muny UB-watelskiej. Oraz wiary, że ludzie wraz z dinozaurami żyli na Ziemi w tym samym czasie. Dzięki premieryni Kopacz (na metr w głąb) vel Kłamacz wiemy nawet jak na nie polowali: rzucali kamieniami (jak to w epoce kamiennej). Czyżby te 30% podatnych to była jakaś stała dla gatunku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle tylko, że ludzie i dinozaury żyją na Ziemi w tym samym czasie, tj. teraz.
      Ptaki są ostatnią linią dinozaurów i nie jest to żadna przesada, ani skrót myślowy, bo wyewoluowały w późnej kredzie.
      Niewątpliwie ludzie na nie polowali z użyciem kamienie, obecnie raczej trochę bardziej zaawansowaną bronią.

      I żeby była jasność, Kopacz jest generalnie głupia i była jednym z najgorszych premierów w III RP. Jednak jeszcze gorsze od niej są internetowe, prawackie przygłupy brandzlujące się miesiącami kretyńską nakładką na fejsbuczku.

      Usuń
  2. Pasztet Wigilijny17 stycznia 2026 08:03

    "Erich von Daniken (...) był opalony na twarzy jak Lepper" - obaj też byli podobnie traktowani przez wolne merdia gównego ścieku. Danikenowi przyprawiano gębę wariata. Lepper - człowiek bardzo inteligentny i kulturalny - był przedstawiany jako głupek i cham.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inteligentni ludzie nie robią interesów z gru i nie dają się zabic

      Usuń
  3. Co jest nie tak z Dr Szewko?

    Calkiem skutecznie zmonetyzowal boomerow dostarczajac im przegadane streszczenia artykulow prasowych w jezyku angielskim i luzne heheszki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie miły człowiek - byłem z nim w Karaczi. Tyle, że jego narracja dla boomerów jest trochę zbyt grubo ciosana

      Usuń
  4. SDF jak to komuchy. Nie ma obrzydliwości której by nie popełnili dla doraźnych korzyści. Nie ździwie się jak wyjdzie że ,,zasłużeni towarzysze" używają sobie na tych dziewczynkach do woli. A dopiero gdy się taka im znudzi i jest psychicznie kompletnie złamana używa się jej jako biorobota kamikadze.
    Co do Iranu, oby tak było że precyzyjne i bolesne bombardowanie reżimu jest dopiero szykowane.

    Szakal.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dokładnie. Wczoraj klepałem u siebie, że dla większości irańskiego społeczeństwa czasy Pahlawich to taka abstrakcja, jak dla naszego pokolenia II wojna światowa. Więc powrót szacha nie jest dla nich straszakiem, a nadzieją na zmianę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgadzam się z tą diagnozą.

      To prawda, że dla młodszych Irańczyków czasy Pahlawich są abstrakcją. Ale z tego nie wynika, że powrót szacha jest dla nich realną nadzieją. Abstrakcja działa w obie strony: brak strachu ≠ poparcie.

      Reza Pahlavi nie ma w Iranie:

      struktur,

      zaplecza społecznego,

      programu gospodarczego,

      ani realnej zdolności organizacyjnej.

      Jego aktywność sprowadza się do apelowania o zagraniczne wsparcie (USA, Izrael) i składania obietnic geopolitycznych w imieniu społeczeństwa, które go nie wybrało. To jest moralnie słabe i politycznie niebezpieczne — bo każda zmiana władzy oparta na zewnętrznej presji automatycznie delegitymizuje się w oczach Irańczyków.

      Historia Iranu jest tu brutalnie jednoznaczna:
      projekty kojarzone z obcą ingerencją kończą się kontrreakcją, nie stabilizacją.

      Obecne protesty mają źródło ekonomiczne, nie monarchistyczne. Podpinanie ich pod narrację „powrotu szacha”:

      pomaga twardogłowym w Teheranie,

      straszy starsze pokolenie,

      rozbija realną opozycję.

      To nie jest nadzieja — to fałszywy wektor, który już raz w historii Iranu doprowadził do katastrofy.

      Jeśli celem jest realna zmiana, to:

      musi ona wyjść z wewnątrz,

      mieć społeczne zakorzenienie,

      i nie być sprzedawana jako prezent od obcych mocarstw.

      W przeciwnym razie skończy się dokładnie tak, jak zawsze

      Usuń
  6. Hahaha, wybielanie szacha.
    To przeciw szachowi zebrało się 2 miliony ludzi. Ten bękart zorganizował najdroższe party w w historii świata, gdy ludzie głodowali.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytając ten tekst, mam wrażenie, że rzeczywistość jest tu dopasowywana do jednego schematu, zamiast być opisywana taka, jaka jest. Zakłada się, że wielkie państwa wciąż w pełni panują nad sytuacją i prowadzą spójną, długą grę. Tymczasem świat coraz mniej tak działa.

    Brak bombardowań Iranu nie musi oznaczać rozsądnej kalkulacji i kontroli. Równie dobrze może wynikać z chaosu decyzyjnego, sporów wewnątrz USA i strachu przed kolejną kompromitacją. To nie zawsze jest siła – często to zwykła bezradność.

    Podobnie z Iranem. Tekst mocno podkreśla gry służb i prowokacje, a spycha na bok realne przyczyny protestów: biedę, inflację, brak perspektyw. Historia pokazuje, że reżimy najczęściej nie padają od intryg, tylko od własnej niewydolności.

    Największy problem widzę w tym, że wojna jest tu traktowana jak normalne narzędzie polityki, a pytanie brzmi tylko „dlaczego jeszcze nie”. Każda kolejna interwencja USA na Bliskim Wschodzie jeszcze bardziej niszczy ich wiarygodność i zwiększa chaos. Tego nie da się już naprawić siłą.

    W efekcie powstaje obraz świata, w którym liczy się tylko presja i eskalacja, a koszty długofalowe są ignorowane. To uproszczenie może dawać poczucie porządku, ale coraz słabiej tłumaczy to, co faktycznie się dzieje.

    Nie chodzi o to, że wszystko w tym tekście jest błędne. Chodzi o to, że ramy są zbyt wąskie, a świat już dawno z nich wyciekł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >Historia pokazuje, że reżimy najczęściej nie padają od intryg, tylko od własnej niewydolności.
      Czyli wiedza o życiu i świecie na poziomie widza TVN: rzeczy po prostu się spontanicznie dzieją i wszystko samo się jakoś tak robi.
      Świat nie wyciekł dawno z żadnych ram, on po prostu nigdy w nich nie był.
      Ostatnie 30 lat to jazda po równi pochyłej w dół którą jakimś cudem udało się w mediach sprzedać nornikom jako spokojną libkowską utopię nagle przerwaną przez Pomarańczowego w 2016.

      Usuń

    2. To jest myślenie na poziomie pierwotniactwa intelektualnego:
      albo „wszystko samo się dzieje”, albo „spisek steruje wszystkim”.

      Reżimy faktycznie padają przez własną niewydolność, ale ktoś zawsze próbuje przejąć ster nad momentem i narracją upadku. W Iranie hasło „powrotu szacha” nie wyrasta z realnych problemów społecznych, tylko jest doklejane z zewnątrz — i to od lat.

      Historia Iranu pokazuje jasno:
      projekty zmiany władzy kojarzone z obcą ingerencją kończą się kontrreakcją, nie stabilizacją.

      A 2016 nie był „początkiem chaosu”, tylko momentem, gdy skończyło się jego medialne maskowanie.

      To jest myślenie na poziomie pierwotniactwa intelektualnego:
      albo „wszystko samo się dzieje”, albo „spisek steruje wszystkim”.

      Reżimy faktycznie padają przez własną niewydolność, ale ktoś zawsze próbuje przejąć ster nad momentem i narracją upadku. W Iranie hasło „powrotu szacha” nie wyrasta z realnych problemów społecznych, tylko jest doklejane z zewnątrz — i to od lat.

      Historia Iranu pokazuje jasno:
      projekty zmiany władzy kojarzone z obcą ingerencją kończą się kontrreakcją, nie stabilizacją.

      A 2016 nie był „początkiem chaosu”, tylko momentem, gdy skończyło się jego medialne maskowanie.

      Herezjarcha (tu i wyżej)

      Usuń
    3. >albo „wszystko samo się dzieje”, albo „spisek steruje wszystkim”.
      Mądry człowiek wie że opcja nr 2 ma zawsze domniemanie prawdziwości dopóki nie zostanie dowiedzione że jest inaczej.

      Usuń