sobota, 24 stycznia 2026

Turecka Republika Północnej Grenlandii

 


Obserwowanie w ostatnich dniach Światowego Forum Ekonomicznego w Davos było "absolutnym kinem". Nie tylko ze względu na nowy look Macrona przywodzący na myśl francuskie gangsterskie filmy z lat 60-tych...

Najwięcej rozrywki dostarczyło mi to, że różnego rodzaju Micki oraz "eksperci" sprowadzający OSINT do sprawdzania tego, co piszą Onet i "Wyborcza", zaliczyły spektakularny incydent kałowy. Nakręcali przez wiele dni histerię, że "już zaraz" zaczną spadać amerykańskie bomby na Grenlandię, a Polska musi wysłać wojska w obronie tej duńskiej kolonii. (Przy okazji Karolina Pajączkowska niestety potwierdziła krzywdzące stereotypy o biuściastych blondynkach.) Ostatecznie okazało się jednak, że cały ten spór o Grenlandię okazał się wrestlingowym teatrzykiem Trumpa, w którym mocno ośmieszyły się państwa Europy Zachodniej - najpierw wysyłając do ochrony tej kolonii przed Trumpem 38 żołnierzy zebranych z paru krajów, z których część (ta niemiecka) bardzo szybko się ewakuowała, później nakręcając histerię o nadchodzącej wojnie USA z UE, by na koniec otworzyć Amerykanom drogę do przejęcia Grenlandii w ramach tzw. mechanizmu cypryjskiego.

W Davos wynegocjowano bowiem, że amerykańskie bazy na Grenlandii  - istniejące i mające powstać w przyszłości - będą miały podobny status jak brytyjskie bazy na Cyprze (Akrotiri i Dhekelia). Będą więc terytoriami zamorskimi USA. Amerykanie, przy okazji budowy Złotej Kopuły, mogą więc przejąć kluczowe tereny na Grenlandii, pozostawiając Danii koszty utrzymywania swojej kolonii. Duński rząd był zaskoczony tym porozumieniem. Wygląda bowiem na to, że pryncypialna odmowa sprzedaży Grenlandii USA była błędem - mogli dostać co najmniej 700 mld USD i pozbyć się nierentownej kolonii, z którą nie bardzo wiedzą, co zrobić. A tak nie dostaną tej kasy, a Grenlandię i tak w dłuższej perspektywie stracą. Przypomina to historię z filmu "Aż poleje się krew".

A skoro już uzgodniono mechanizm cypryjski dla tej wyspy, to ruszyć do akcji powinien również Erdogan i utworzyć tam Turecką Republikę Grenlandii Północnej. Turcja dysponuje przecież własnym lotniskowcem oraz odpowiednio dużą armią i flotą, by przeprowadzić tam współczesny wariant operacji "Atilla". :)



Żarty, żartami, ale Trump po prostu kontynuuje starą jak Stany Zjednoczone politykę pozbawiania europejskich "mocarstw" ich posiadłości kolonialnych. Przejawem tej polityki były choćby groźby prezydenta Trumana, że Holandia zostanie wykluczona z Planu Marshalla, jeśli nie wycofa wojsk z Holenderskich Indii Wschodnich  (obecnej Indonezji). Przykładem tego były również groźby Eisenhowera, by Wielka Brytania i Francja przerwały agresję przeciwko Egiptowi. Nigel Farage porównał kryzys wokół Grenlandii do kryzysu sueskiego, ale oczywiście sytuacja była zupełnie inna. Wówczas Wielka Brytania i Francja były w stanie same przeprowadzić inwazję na odległy kraj w obronie swoich interesów ekonomicznych. Obecnie miałyby problemy ze skompletowaniem kilkutysięcznego kontyngentu ekspedycyjnego. Sześć amerykańskich niszczycieli klasy Arleigh Burke, dysponuje większą ilością wyrzutni rakietowych niż całe marynarki wojenne Niemiec, Francji i Włoch. Cięcia wydatków wojskowych dokonane po zakończeniu Zimnej Wojny przez państwa Europy Zachodniej przejawiały się nie tylko w redukcji liczby żołnierzy i sprzętu, ale też w dewastacji służb pomocniczych, bez których nie może działać prawidłowo choćby lotnictwo. Demonstracyjna europejsko-brytyjska wyprawa na Grenlandię (naruszająca umowę z 1951 r. regulującą obecność wojskową na tej wyspie) obnażyła kiepski stan europejskich sił zbrojnych i powinna wszystkim unaocznić, że narracja o strategicznej niezależności Unii Europejskiej jest propagandową mrzonką.




Baj de łej: W ostatnich tygodniach, Pentagon zatwierdził chyba ze siedem transakcji sprzedaży amerykańskiej broni dla Danii. "Osintowcy" jakoś tego nie zauważyli i snuli swoje wizje nadchodzącej wojny amerykańsko-duńskiej.


Amerykańscy decydenci: Trump, Vance, Rubio, Bessent i Lutnick, mówili w ostatnich dniach europejskim politykom, by w końcu uporządkowali sprawy obronności. Apelowali też do nich, by odeszli od samobójczej dla Europy polityki imigracyjnej oraz energetycznej. Co ciekawe, Amerykanom mocno wtórował Zełenski. Jego przemówienie w Davos było naprawdę roastem Europy Zachodniej. Wypominał jej wojskową słabość i dyplomatyczne niezdecydowanie. W wielu kwestiach przyznawał rację administracji Trumpa. Ten koniunkturalista czuje, skąd wieje wiatr. Ustawia się teraz bardziej pod Amerykanów - zachodnioeuropejskie libki będą miały z tego powodu zagwozdkę.

Obrotowością wykazał się też inny koniunkturalista - Mark Rutte, sekretarz generalny NATO i zarazem były premier Niderlandów. To on doprowadził do porozumienia w sprawie cypryjskiego mechanizmu na Grenlandii. Powiedział również, że można narzekać na Trumpa, ale faktem jest, że bez nacisków amerykańskiego prezydenta, wiele krajów NATO nie doszłoby do poziomu 3 proc. PKB wydatków na obronę. 




Trump prezentując swoją Radę Pokoju podziękował nieobecnemu wówczas na scenie prezydentowi Polski. Stwierdził, że "Karol Now-rocky" to "świetny gość, który wygrał ważne wybory". Spotkał się wcześniej z Nawrockim i potwierdził dalszą obecność wojskową USA w Polsce. Tusska na szczęcie w Davos nie było - pojechał sobie na ferie w Dolomity. Prosiniak-Kamysz spotkał się za to w kraju z szefem CIA i nie wiadomo, o czym rozmawiali. Wcześniej spotkał się z prezesem Palantira. Zwraca uwagę wypowiedź Prosiniaka o tym, że "Polska jest Transatlantykiem" łączącym Europę z USA. Zabrzmiało to trochę gombrowiczowsko :) Prosiniak powinien dodać: "Coś mi oczko tutaj strzela, zabij, ubij, idzie Grzela!" :)

Analizując samobójczą politykę Europy, warto zwrócić uwagę na sygnały, które napływały w ostatnich dniach. Starmer zatwierdził budowę gigantycznej chińskiej ambasady w centrum Londynu. Jedno z podziemnych jej pomieszczeń ma znajdować się kilka metrów od magistrali światłowodowej obsługującej londyńskie City. Macron mówił w Davos, że chce więcej chińskich inwestycji w Europie. Premier Kanady Mark Carney (były prezes Banku Anglii oraz Banku Kanady) wspomniał o Nowym Porządku Świata, w kontekście  podpisania porozumienia handlowego z Chinami. Można odnieść wrażenie, że o ile Kanadyjczycy (słusznie) nie chcą stać się kolejnym stanem USA, to dążą do tego, by swój kraj zmienić w kolejną chińską prowincję. Za rządów Justina Castro swobodnie budowały tam swoje wpływy chińskie triady, prowadzące interesy na wielką skalę z meksykańskimi kartelami i Hezbollahem. Justin Castro mocno też zmienił strukturę ludnościową Kanady, wpuszczając do niej miliony Hindusów z niższych kast, którzy srają na ulicach. Ciekawie, to co dzieje się z Kanadą przedstawiło Psyop Anime:



 

Kanadyjska armia ostatnio przeprowadziła grę sztabową mówiącą, że mogłaby stawiać opór wojskom amerykańskim przez dwa dni. Pamiętam jak w zeszłej dekadzie Marcin Rey oburzał się, że Waszczykowski skrytykował zachodnią politykę imigracyjną. Według Reya, obraził on tym ówczesnego kanadyjskiego ministra obrony, który był sikhijskim imigrantem, więc Kanada może nam nie pomóc w przypadku rosyjskiej inwazji. Mniejsza z tym, że sikhowie niezbyt lubią zarówno muzułmanów jak i hinduistów z niższych kast i przyznaliby rację Waszczykowskiemu. Sednem sprawy jest to, że Kanada i tak nie pomoże nam w wojnie z Rosją, bo jej siły zbrojne są zbyt małe, by mogła wysłać jakikolwiek kontyngent do Europy. To również skutek polityki wdrażanej przez lata przez tamtejszych libków. 

No niestety Trump w zeszłym roku całkowicie niepotrzebnie obrażał uczucia narodowe Kanadyjczyków, topiąc szanse wyborcze tamtejszej prawicy. Podobnie niepotrzebnie dał libkom amunicję w postaci głupiej wypowiedzi o żołnierzach NATO w Afganistanie. To jednak nie zmienia faktu, że w środowiskach lewicowo-liberalnych Europy jest silne lobby dążące do zerwania sojuszu z USA, zastąpienia NATO wspólną armią europejską oraz nowego resetu z Rosją i Chinami. Jak powiedział Bessent: niektórzy zdjęli maski. Trump musi natomiast grać na własny elektorat. Część środowisk republikańskich chciałaby "żadnych nowych wojen", a część chciałaby jeszcze większego zaangażowania militarnego USA w sprawie reszty świata, ale bez drażnienia innych w stylu chińskiej "wilczej" dyplomacji.

Warto również zwrócić uwagę na jeden z sukcesów Trumpa, który został przemilczany przez polskojęzyczne media.  Trump wymusił na Starmerze rezygnację z przekazania Wysp Czagos Mauritiusowi. Na jednej z tych wysp znajduje się wielka baza lotnicza Diego Garcia, bardzo pomocna choćby w razie potrzeby bombardowania Iranu. Mauritius to kraj mocno infiltrowany gospodarczo przez Chińczyków. Interwencję Trumpa w obronie bazy Diego Garcia pochwalił Nigel Farage.

Amerykanie gromadzą siły morsko-lotnicze, które mogą zostać wykorzystane w ataku na Iran. Jednym z hubów jest Jordania. W Szirazie padł kluczowy radar. Irańskie władze - tak jak przewidywałem - zaczęły pajacować. Ich parlament ogłosił oficjalny wyrok śmierci na Trumpa, na co amerykański prezydent oczywiście zwrócił uwagę. Izraelscy wojskowi zadeklarowali Amerykanom, że ich kraj gotów byłby przyjąć na siebie nawet salwę 700 irańskich rakiet, jeśli reżim w Teheranie upadłby.

Sam reżim jest obecnie w fazie pacyfikacji po protestach. 12 tys. zabitych okazało się bardzo ostrożnym szacunkiem. Władze przyznają się do 5 tys., a niezależne organizacje humanitarne szacują na co najmniej 14 tys. Zwykli Irańczycy mówią, że zabito co najmniej 30 tys.  Z rejestrów cywilnych w Iranie nagle wykreślono 45 tys. osóbPo ulicach irańskich miast grasują naćpani terroryści z szyickich milicji z Iraku i Pakistanu. Z Iranu wyciekają budzące grozę filmy z pacyfikacji protestów i z przepełnionych kostnic. Są też jednak filmy pokazujące, że irańscy powstańcy potrafili się ostro odgryźć resortowcom. Niektóre z tych filmów są drastyczne - choćby ten pokazujący bitego strażnika rewolucji rozebranego od pasa w dół. (Sądząc po mikro-katechoniku, to chyba dorwali jednego z silniczkowych zjebów rozlewających swój kał w komentarzach na tym blogu.) Nie słyszałem o tym, by Polacy w latach 80-tych podobnie potraktowali jakiegoś esbeka, milicjanta czy ormowca... Ostatnim momentem, gdy linczowano w Polsce ubeków, był czerwiec 1956 r. - wówczas dwóch z nich dosłownie wdeptano w peron poznańskiego dworca. Świadczy to o tym, że naród irański mimo wszystko jest bardziej żywotny od naszego - bo potrafi karać zdrajców i okupantów.

Lewarstwo nadal udaje, że w Iranie nie doszło do powstania ludowego przeciwko opresyjnemu reżimowi. Zgodnie ze stalinowską tradycją, w każdym zabitym demonstrancie widzi agenta CIA i Mossadu. Ma też straszny ból d... z tego powodu, że Irańczycy domagają się powrotu szacha. Przypominają więc absurdalną komunistyczno-islamską propagandę z lat 70-tych o strasznym Savaku używającym niedźwiedzi oraz gigantycznych wentylatorów do torturowania niewinnych komunistów i szyickich fanatyków. Zwykli Irańczycy pewnie myślą, że Savak był zbyt miękki. Wszak szef tej służby namówił szacha do ułaskawienia Chomeiniego, za co Chomeini odwdzięczył się skazaniem na śmierć owego szefa Savaku. Jakoś też nie widać, by feministki urządzały obecnie demonstracje w obronie irańskich dziewcząt katowanych, gwałconych i zabijanych przez funkcjonariuszów szyicko-bolszewickiego reżimu. (Stary pedryl Chomeini wręcz zalecał, by dziewice były gwałcone w więzieniach, bo w ten sposób będą miały zamkniętą drogę do raju. Wielu radykalnie lewicowych zjebów widzi w nim wciąż "wielkiego intelektualistę" i "bohatera, który się przeciwstawił amerykańskiemu imperializmowi".). Akademiccy "eksperci" nadal zaprzeczają też, że irańskie powstanie ma charakter monarchistyczny. "Bo szach nie ma w Iranie struktur partyjnych". Szkoda, że nie mam teraz linku do ciekawego wywiadu jakiego udzielił kilka lat temu Pahlavi... Alexowi Jonesowi, opowiadając jak jego propaganda dociera do Iranu i zdobywa tam poparcie. Pamiętam natomiast, jak w 2018 r., podczas swojej pierwszej wizyty w Gruzji, zauważyłem w Gori, przy muzeum Stalina, że jakiś gruziński dziadzio sprzedaje turystom magnesy przedstawiające m.in. Stalina z młodym szachem Rezą Pahlavim. Powiedział mi, że takie magnesy są bardzo chętnie kupowane przez Irańczyków. Widać więc było wówczas w Iranie nostalgię za dawnymi, przedrewolucyjnymi czasami. I akurat wówczas hasła powrotu szacha już zaczęły się pojawiać na antyreżimowych demonstracjach, co "eksperci" oczywiście pomijali, bo nie pasowało im to do treści podręczników sprzed 40 lat.

Specjalnego zainteresowania lewicy nie wzbudził też upadek Rodżawy, czyli quasi-państewka kurdyjskich komunistów z Syrii. Bydło na ulicach zachodnioeuropejskich miast robią za to kurdyjscy zadymiarze. SDF/YPG w sumie sama zainicjowała swoją klęskę. Amerykański ambasador Tom Barrack mówił im: porozumiejcie się z nowymi władzami Syrii. Ich guru Ocalan mówił im: porozumiejcie się z Turcją i nowymi władzami Syrii. Co zrobili ci komunistyczni debile? Sami zaczęli wojnę przeciwko centralnemu rządowi Syrii. Wojna ta była prowadzona na raty - za każdym razem, gdy SDF ponosiła klęski na froncie, zawierała porozumienie z władzami w Damaszku, które po kilku godzinach łamała, by znów dostać łomot na froncie. W wyniku tej genialnej strategii, SDF straciła w 48 godzin 80 proc. swojego terytorium. SDF się rozpadły, bo odszedł z nich komponent arabski, buntując się przeciwko politycznej tyranii kurdyjskich komunistów. Teraz przeciwko YPG buntują się asyryjscy chrześcijanie, którzy mają dość tego, że kurdyjscy komuniści profanują ich kościoły zamieniając je w stanowiska obronne. Przy okazji YPG straciła resztki poparcia w Pentagonie, bo jej dzielni bojownicy uciekając przed armią syryjską powypuszczali z więzień setki kolesi z ISIS. Rodżawa okazała się nieudanym projektem administracji Obamy. Padł mit o wielkiej wartości bojowej kurdyjskich komunistów. Ich wcześniejsze zwycięstwa nad ISIS były głównie skutkiem wsparcia zachodniego lotnictwa i sił specjalnych. Bez nich, YPG okazała się zbieraniną zindoktrynowanych nastolatków i nawet małych dzieci. Jakoś te słynne "feministyczne" oddziały nie uratowały Rodżawy, a dowódcy budowali sobie luksusowe bunkry za pieniądze z zachodniej pomocy...

Kurdyjscy komuniści liczyli na to, że uratuje ich Izrael - budując tzw. korytarz Dawida. W ich planie, Izrael miałby okupować pas ziemi szeroki na kilka-kilkanaście kilometrów idący od Wzgórz Golan, wzdłuż granicy jordańsko-syryjskiej i syryjsko-irackiej aż do Rodżawy. Problem w tym, że Izrael nie miał ochoty na realizację tego nierealnego planu. Asz-Szara zdołał na drodze dyplomatycznej uzyskać od Izraela zapewnienie, że nie będzie on interweniował w obronie kurdyjskich komunistów. Udana ofensywa na Rodżawę sprawiła, że wśród izraelskich polityków pojawiły się opinie, że czas zakończyć próby fragmentacji Syrii i dogadać się z nowymi, syryjskimi władzami. Ogólnie w regionie można usłyszeć opinię, że arabskim monarchiom podobało się to, że Izrael zmiażdżył Hamas i Hezbollah, osłabił Hutich i uderzył w zeszłym roku na Iran. Zarówno dla nich jak i dla Amerykanów, czerwoną linią był jednak zeszłoroczny atak Izraela na Damaszek. Tego Izrael nie powinien robić. 

Mieliśmy w Davos prezentację planu Jareda Kushnera dla Strefy Gazy. Co ciekawe, zaangażowały się w niego ZEA, które chcą zbudować w Gazie "smart city", w którym Palestyńczycy byliby poddani stałej inwigilacji. Na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej doszło do ciekawego ukształtowania się rywalizujących ze sobą bloków. Po jednej stronie ZEA, współpracujące z Izraelem oraz Indiami. Po drugiej Arabia Saudyjska, która zawarła nuklearny sojusz z Pakistanem i z Turcją. W obu blokach są kraje będące bliskimi sojusznikami USA.

Ciekawe, czy do podobnego podziału na rywalizujące bloki dojdzie również w Europie? Kluczowe mogą być ewentualne zmiany władzy w Polsce, we Francji i w Hiszpanii.

Tymczasem, Amerykanie oficjalnie przyznają, że mają "Direct Energy Weapons" , zapowiadają sprzedaż humanoidalnych robotów w tym roku i pokazują samolot wyglądający jak trójkątne UFO, Chińczycy znajdują na Księżycu nanorurki węglowe, a w Europie... feministyczna autorka twierdzi, że Szekspir był czarną kobietą. Różne drogi postępu...

I na koniec akcent historyczny - konfederacka prasa o Powstaniu Styczniowym (za profilem Dos Siestes).





sobota, 17 stycznia 2026

Dlaczego bomby (jeszcze) nie spadły na Iran

 


Ponoć  Trump był bliski wydania rozkazu uderzenia w szereg irańskich celów, ale w ostatniej chwili się wycofał. Oficjalnie argumentował to tym, że irański reżim wstrzymał masową, publiczną egzekucję 800 uczestników protestów. Zapewne Irańczycy rzeczywiście, za pomocą tajnych kanałów dyplomatycznych, złożyli amerykańskiemu prezydentowi zapewnienia, że ograniczą rzeź. Tyle, że trudno będzie ich z tego rozliczyć. Według doniesień irańskiej opozycji, ponad 50 demonstrantów zostało już straconych w reżimowych więzieniach, z dala od kamer. Kwestia rezygnacji przez reżim ajatollahów z publicznych egzekucji jest więc tylko wymówką. Prawdziwe powody wstrzymania ataku były inne.

Za rezygnacją z uderzenia na Iran silnie lobbowały Arabia Saudyjska, ZEA, Oman i Turcja. Wskazywały, że obawiają się większego konfliktu w regionie, który zagroziłby też dostawom ropy. (Złośliwi wskazują, że obawiają się tego, że szmatogłowy szyicki reżim zostanie zastąpiony silną irańską monarchią.) Arabia Saudyjska zadeklarowała nawet, że nie pozwoli Amerykanom na wykorzystanie swojej przestrzeni powietrznej w uderzeniu na Iran.  O wstrzymanie ataku prosił też Trumpa Netanjahu, wskazując, że Izrael nie jest na niego przygotowany. Przy okazji wyszło na jaw, że pod koniec zeszłego roku Izrael oraz Iran dogadały się za pośrednictwem Rosji, że nie będą się prewencyjnie bombardować. To się akurat rozmija z nastrojami społecznymi w Izraelu. Sefardyjczycy demonstrują domagając się wsparcia dla irańskiej (kontr)rewolucji i deklarują, że są gotowi na rakietowy odwet irańskiego reżimu.  "We will accept missiles and PTSD, if our persian brothers will be free".

Trump zadeklarował wcześniej, że "pomoc nadchodzi". Jeśli złamie tę obietnicę, to wyjdzie na takiego słabiaka jak Obama, który deklarował kolejne "czerwone linie" wobec reżimu Assada, a ostatecznie nie zdecydował się na interwencję w Syrii. Słuchał amerykańskich odpowiedników Szewki i Repetowicza, co skutkowało przedłużeniem syryjskiej wojny domowej o 10 lat, powstaniem Państwa Islamskiego i setkami tysięcy zabitych. Wszystko po to, by chronić reżim rosyjskiego sojusznika... Chyba Trump nie chciałby takiej plamy na swojej reputacji? Chyba powinno mu zależeć na szybkim wyeliminowaniu jednego z kluczowych elementów Osi Zła i ograniczeniu dostaw ropy do Chin przed ich inwazją na Tajwan?

To, że do amerykańskiego uderzenia na Iran nie doszło w ostatnich dniach, nie oznacza jednak, że zostało ono już całkowicie wykluczone w przyszłości. Wojskowi pokazali Trumpowi listę 50 celów, sugerującą, że uderzenie będzie miało charakter dekapitacyjny i skupiony na celach związanych z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Trump przedstawił warunek, że uderzenie musi być szybkie, decydujące i takie, które nie wciągnęłoby USA w większy konflikt. W zeszłym tygodniu Amerykanie po prostu nie mieli wystarczająco dużego komponentu lotniczo-rakietowego w regionie, by przeprowadzić taką operację. Zwłaszcza przy sprzeciwie Saudyjczyków. Do regionu kierowane są jednak samoloty z Europy. Z Morza Południowochińskiego został przekierowany lotniskowiec USS Abraham Lincoln. Dopłynięcie na Morze Arabskie zajmie mu jakieś 10 dni. Z Norfolk płynie drugi lotniskowiec. Najwcześniejszy możliwy moment ataku wypadnie więc za jakieś dwa tygodnie. Wojskowi mają trochę czasu na doprecyzowanie planu. 

Pozostaje też otwarte okienko dla działań dyplomatycznych. Witkoff podyktował już irańskiemu reżimowi warunki porozumienia: rezygnację z programu nuklearnego, ograniczenie liczby rakiet i odcięcie wsparcia dla Hutich, Hezbollahu oraz irackich milicji. Iran zapewne te warunki odrzuci. To, że nie doszło w ostatnich dniach do amerykańskiego ataku, wprawiło bowiem reżim w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Zaczynają się już przechwalać, że "Trump przestraszył się irańskiej potęgi". Dobrze, niech pajacują jak Maduro...



Irański reżim poczuł się mocny również dlatego, że udało mu się powstrzymać pierwszą falę demonstracji. Mniej więcej od połowy tygodnia przestały napływać z Iranu filmy pokazujące zamieszki. Teraz pojawiają się głównie nagrania pokazujące "szyickie ISIS" patrolujące ulice miast na pick-upach z zamontowanymi karabinami maszynowymi i grożące, że będą strzelać, do każdego, kto wyjdzie z domu. Internet był tam odcięty od wielu dni. Dzięki chińskiemu wsparciu zakłócano też sygnał ze Starlinków, ale całkowicie go nie odcięto. Bezpieka polowała za to na posiadaczy Starlinków i anten satelitarnych. 

Pod osłoną internetowego blackoutu doszło w Iranie do rzezi (choćby takich jak w mieście Rasht). Na niektórych filmach słychać duże natężenie strzelanin w irańskich miastach. Do tłumienia (kontr)rewolucji wykorzystano nie tylko jednostki Korpusu Strażników, ale też szyickie milicje z Iraku, które wyróżniały się okrucieństwem. Reżim przyznał się do tego, że zabił 3 tys. ludzi. Opozycja mówi o co najmniej 12 tys. - myślę, że reżimowe kanały również rozpowszechniały taką narrację, by zastraszyć zwykłych Irańczyków. Izraelskie służby oceniły liczbę zabitych demonstrantów na 5 tys. Jakby nie liczyć, mamy do czynienia z największą masakrą w dziejach najnowszych Iranu. Dla porównania: za rządów szacha, w latach 1953-1979 zabito 4,5 tys. osób, z czego znaczną większość stanowili islamscy oraz komunistyczni terroryści, którzy w 100 proc. zasłużyli sobie na utylizację. W największej ulicznej masakrze, za jego rządów - w 1978 r. - zginęło 60 osób. Szach wówczas szedł na ustępstwa wobec opozycji, a  w 1979 r. zrezygnował z władzy, bo nie chciał utopienia protestów we krwi. W 1980 r. - rok po rewolucji komuszo-gówno-islamskiej Iran miał dwa razy wyższe PKB per capita niż Korea Południowa. Obecnie ma ponad trzykrotnie niższy. Irański reżim sprawił, że Iran coraz mocniej zamienia się w Koreę Północną  - biedny, zacofany, coraz bardziej odcięty od świata kraj, rządzony przez agresywną mniejszość: totalitarną sektę łączącą elementy apokaliptyczne z materialistycznym hedonizmem.

Uczestnicy irańskiej (kontr)rewolucji nie byli jednak bezbronni. Internet odcięto w kraju, by im utrudnić przeprowadzenie akcji likwidacyjnych funkcjonariuszy reżimu. W necie pojawiały się bowiem domowe adresy ludzi z bezpieki, Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i milicji basiji. Grupa o nazwie "Nieśmiertelni" przyznała się do likwidacji kilkudziesięciu funkcjonariuszy reżimu i podała ich nazwiska. Reżim przyznał się do tego, że w zamieszkach zginęło 100 jego funkcjonariuszy.  Jeden z nich został dźgnięty 40-krotnie. Izraelskie służby szacują liczbę zabitych reżimowych funkcjonariuszy na 500.  Spłonęło też wiele reżimowych biznesów. Władze mówią też o 350 podpalonych meczetach.

Wielu komentatorów - choćby Repetowicz - przestrzega przed uderzeniem na Iran, bo "wzmocni ono irański reżim". W jaki niby sposób? Tak na prostą, chłopską logikę: czy uderzenie, w wyniku którego zginąłby szereg czołowych osobistości reżimu, a bezpieka i armia poniosłyby poważne straty, wzmocniłoby reżim czy go osłabiło? Zawodowi iraniści twierdzą, że "społeczeństwo patriotycznie skonsolidowałoby się wokół reżimu". Jakie społeczeństwo? Resortowe rodziny i miejscowe silniczki w wieku 65+? Cała reszta, by się śmiała z rakietowego usmażenia Chamenejego i jego gejnerałów oraz odczuwała satysfakcję, że Trump przyszedł w końcu z pomocą i wysłał do Piekła kilu skurwysynów winnych nędzy narodu i śmierci ich bliskich. Rozjebanie w drobny mak mauzoleum starego pedryla Chomeiniego dodatkowo wzmocniłoby to uczucie satysfakcji.

Akademiccy debile robiący za ekspertów od Iranu jakoś nie przewidzieli tego, że ten kraj znajdzie się na krawędzi wojny domowej. Przekonywali też nas od lat, że dynastia Pahlavich ma w Iranie "marginalne poparcie". Okazało się jednak, że ogromne tłumy Irańczyków domagają się powrotu szacha i wychodzą na ulice na jego wezwanie. Gdy w Iranie odcięto internet, wejścia na witryny i profile społecznościowe związane z szachem spadł o 90 proc. Poparcie dla przywrócenia monarchii jest więc w Iranie autentycznie wysokie.



Wyciągnięci z d... eksperci przekonują nas też, że Iran jest "w ponad 90 proc." krajem islamskim. Tymczasem sondaż przeprowadzony w 2020 r. wskazywał, że szyicki islam wyznaje w Iranie ledwie około 30 proc. mieszkańców. Sondaż pewnie nie był do końca miarodajny - część tych, którzy wskazali, że są niereligijni mogło przejść na zoroastryzm lub chrześcijaństwo, ale dla bezpieczeństwa udzielało wymijającej odpowiedzi. Ci, którzy mówią o tradycyjnym, islamskim Iranie powtarzają po prostu treści z podręczników sprzed 40 lat. Niestety nie miałem jeszcze okazji odwiedzić tego kraju (chętnie to zrobię po upadku reżimu), ale wiele osób, którzy tam byli twierdzi, że w czasie Ramadanu widać, że ludzie w Teheranie normalnie jedzą, piją i palą, a rzadko która dziewczyna nosi chustę. 


 

Zakładając, że wyznawcy szyickiego islamu to obecnie około 30 proc. mieszkańców Iranu i że część z nich może popierać opozycję (choćby protestujący kupcy z bazarów), to poparcie dla reżimu sięga obecnie nie więcej niż 15 proc. Na te 15 proc. składają się resortowo-wojskowo-urzędnicze rodziny oraz silniczki 65+, którym wyprano mózgi propagandą. Przedstawiciele reżimu sami też raczej nie wierzą w oficjalną państwową ideologię. Widać to choćby na filmach pokazujących jak bawią się ich dzieci. Na tym video jest m.in. córką Alego Larijaniego i córka byłego prezydenta Chatamiego. Widać wielką hipokryzję: swoim córkom pozwalają chlać wódę w bikini w męskim towarzystwie, a zwykłym irańskim dziewczynom każą nosić na głowach szmaty. Trochę to mi się kojarzy z opisywanym przez Orwella w "Roku 1984" represjonowaniem seksualności mas przez Partię i z będącym obecnie plagą na Zachodzie feministycznym purytanizmem. ( Akurat pisząc ten wpis, słuchałem lecącego w tle dokumentu o Korpusie Strażników Rewolucji. Był tam fragment relacji telewizyjnej z 1979 r. Na teherańskiej ulicy, ubrana w burkę brzydka kobieta mówiła, że rewolucja islamska ma służyć "równym prawom kobiet i mężczyzn".)

Nic dziwnego więc, że zwykli Irańczycy wypatrują szacha jak Mesjasza.


Oczywiście libkowscy "eksperci" przekonują od dawna, że dynastia Pahlavich to straszliwi tyrani, od których Irańczyków "wyzwolił" Chomeini. "Eksperci" też przekonywali w czasie II wojny światowej, że AK jest "faszystowska" i "antysemicka", później, że Batista to straszliwy dyktator, a Castro to "reformator społeczny", że sandiniści są dobrzy, że Hamasowi "trzeba dać szansę" i że dobry jest Putin. Później, w obliczu przytłaczających faktów musieli przyznać, że Putin jest jednak zły i zaczęli go łączyć z każdym ruchem politycznym, który im się nie podoba. Teraz mają straszliwy ból dupy o porwanie Maduro, obawiają się upadku irańskiego reżimu i robią niesamowitą, tragikomiczną histerię wokół sporu o Grenlandię. Ponieważ kanclerz Merz zdeklarował już, że Rosja jest największym sąsiadem Niemiec i że kiedyś Niemcy znów się będą przyjaźnić, to możemy się spodziewać, że różne Micki, Szewki, Wolskie i Bartosiusiaki będą mogły zadeklarować, że Rassija jest dobra, a każdy kto kremlowi bruździ idzie na pasku amerykańskich imperialistów...

"Eksperci" od dawna też przekonują, że Zachód powinien udzielać bezwarunkowego i pełnego wsparcia kurdyjskiej komunistycznej organizacji SDF w Syrii. Dostawali ostatnio kurwicy, po tym jak SDF została wyparta z Aleppo przez syryjskie siły rządowe - wyparto ich z dzielnicy większej od Rakki i innych miast kontrolowanych przez SDF. Nie wspominali, że SDF sama to starcie sprowokowała m.in. ostrzeliwując chrześcijańską dzielnicę w okresie Bożego Narodzenia i polując dronami FPV na ambulanse. Przy okazji okazało się, że dzielni kurdyjscy komuniści zbudowali sieć tuneli pod blokami mieszkalnymi, udzielali schronienia assadowskim snajperom i wykorzystywali swoich ludzi do ataków samobójczych. Zapowiadało się na większe starcie, w którym armia syryjska, wspólnie z turecką zgniotłyby SDF, ale za pośrednictwem Amerykanów doszło do rozejmu, w ramach którego SDF wycofała swoje siły. Prezydent asz-Szara podpisał dekret dający kurdyjskiemu status jednego z języków narodowych, uznający Nawruz za święto państwowe i dający równouprawnienie Kurdom (którego nie dawał im reżim Assada, wspierany przez SDF). Zwykli Kurdowie świętują, kurdyjscy komuniści mają żałobę. 






Przy okazji SDF zaliczyła propagandową wtopę, przyznając się do tego, że porywa z domów 12-letnie dziewczynki i wciela je do swojej armii. Niektóre z nich kończą jako zamachowczynie-samobójczynie. Osoby zamachowczo-samobójcze. I to jest prawdziwy feminizm chwalony przez libkowskich "ekspertów".

***

Przypominam, że polska wyprawa naukowa na Grenlandię naniosła tam 23 nazwy geograficzne, takie jak: Góry Mościckiego, Góry Śmigłego-Rydza i Góra Wawel.

***


W wieku 90 lat zmarł Erich von Daniken. Kiedyś jego książki uznawałem za głupie i bluźniercze, z czasem jednak gdy ich więcej przeczytałem, poznałem ich wartość. Za najlepszą niezmiennie uważam "Oczy Sfinksa". Miałem okazję zamienić parę słów z Danikenem w Warszawie blisko ćwierć wieku temu. Miał fajny wykład i sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego człowieka. Po licznych podróżach był opalony na twarzy jak Lepper :) Zapamiętamy go jako człowieka, który miał odwagę zadawać pytania, na jakie naukowcy nie lubią udzielać odpowiedzi. Nieoficjalnie wielu mainstreamowych badaczy - choćby dr Zahi Hawas - czytało i lubiło jego książki. 

sobota, 10 stycznia 2026

Trump Bolivar, powrót Szacha i lesbijka, która przyjęła kulę na twarz

 


Po operacji specjalnej w Wenezueli, Trump stał się bohaterem dla sporej części Latynosów - a zwłaszcza Wenezuelczyków i Kubańczyków wdzięcznych za pozbycie się głupiego komunistycznego dyktatora.  Porwanie Maduro (zwanego przez Wenezuelczyków "Ma buro", czyli "mój osioł") i jego żony (odgrywającą w systemie rolę o wiele większą, niż niektórzy skłonni są przyznać - Maciek z Zapisków Czynionych po Drodze wskazał na bardzo ciekawe wątki z jej życiorysu) , było bez wątpienia operacją przeprowadzoną po mistrzowsku. To trochę tak, jakby w 1985 r. Amerykanie porwali gejnerała Jarucwelskiego z małżonką i MOnisią. Też byśmy się z tego cieszyli.



Porównania Maduro z Jarucwelskim są w pełni uprawnione. Obaj doprowadzili swoje kraje do nędzy. O ile do 1999 r. Wenezuela miała wyższy PKB per capita (liczony według parytetu siły nabywczej) niż Polska, a w pierwszej dekadzie XXI w. niewiele niższy niż Polska, to po 2015 r. doszło do gwałtownego zjazdu tego wskaźnika dla Wenezueli. Wrócił on na poziom z pierwszej połowy lat 80-tych. W kraju siedzącym na ropie brakowało paliwa na stacjach benzynowych i żywności na półkach. Paliwo szło na Kubę, a tamtejszy reżim płacił za nie wysyłając do Wenezueli swoich specjalistów od tortur i rozpędzania demonstracji. W tym komunistycznym państwie policyjnym gwałtownie też rosła przestępczość - na którą kryminalny komunistyczny reżim de facto przyzwalał. Nic dziwnego więc, że zwykli Wenezuelczycy (w kraju i w diasporze) zareagowali wybuchem radości na obalenie Maduro.

Do tej operacji nie musiało jednak dojść. Jak słusznie zauważył senator Lindsey Graham, Maduro miał wybór. Mógł zrezygnować i udać się do Turcji. Wenezuelski dyktator obiecywał Amerykanom wiele - oddanie im sektora naftowego i zerwanie bliskich związków z osią Pekin-Moskwa-Teheran-Hawana. Upierał się jednak przy tym, by zostać przy władzy jeszcze rok lub dwa. Dodatkowo irytował Amerykanów swoim pajacowaniem. Zapadła więc decyzja o wdrożeniu przygotowanej od pół roku opcji militarnej. 


Nieprawdą jest, że Maduro złapano bez oporu. Są filmy, na których widać jak odpalane są z ziemi MANPADy przeciwko amerykańskim śmigłowcom. Żadnego z nich nie udało się zestrzelić, ale jeden został czymś trafiony i było w nim sześciu kontuzjowanych i jeden ranny. Faktem jest to, że licząca 1200 gejnerałów armia wenezuelska nie była w stanie zapewnić bezpieczeństwa reżimowi, bo po prostu jest ona w podobnych stanie do jakiego Klich doprowadził polską armię za pierwszego Tusska. Różnica jest jednak taka, że wenezuelskie siły zbrojne dysponowały "nowoczesnymi" rosyjskimi i chińskimi radarami oraz systemami obrony przeciwlotniczej, które zostały szybko zneutralizowane przez F-35 i amerykańskie samoloty walki elektronicznej. Przypominam, że u nas penisokształtny gejnerał Różański chwalił się, że zwolnił swojego zastępcę, gdy ten zaproponował zakup F-35... Przypominam też kocopały magistra Bartosiusiaka o "bańkach antydostępowych" opartych na systemach S-300 i S-400, które były w ostatnich latach masowo niszczone w Iranie oraz Rosji.

Dużo mówi o Maduro to, że sam nie ufał do końca własnej armii. Mieszkał w rezydencji w bazie wojskowej, w której stacjonowała kubańska jednostka specjalna Czarnych Os. Amerykanie po prostu tych elitarnych kubańskich komandosów wyrżnęli. Kubański rząd opublikował później listę swoich 32 poległych wojskowych i bezpieczniaków. Pierwsze miejsce na niej zajął pułkownik dowodzący ochroną papieża Franciszka podczas jego wizyty apostolskiej w Hawanie. Później Kubańczycy wysłali do Caracas prezydencki samolot po trumny z ciałami swoich ludzi - musiał on nagle zawrócić w powietrzu. Amerykanie kontrolują przestrzeń lotniczą nad Caracas.

Żona Maduro została poturbowana podczas akcji - miała m.in. złamane żebro. Zarówno ona jak i jej mąż ponoć też uderzyli głowami o stalowe drzwi panic roomu, do którego próbowali uciec. Później Maduro został - w akcie triumfu - przewieziony więzienną furgonetką z otwartymi tylnymi drzwiami (!) obok wiwatującego tłumu Wenezuelczyków pod nowojorskim więzieniem. Wenezuelscy imigranci wysyłają mu teraz masowo listy - w których są głównie wydrukowane kpiące memy. Maduro trafił do tego samego więzienia, w którym siedzą m.in. Diddy, Sam Bankman-Fried i Tekashi 6ix9ine. Trumpowi udało się więc stworzyć coś w rodzaju Arkham Asylum.

Nic dziwnego, że reżim w Caracas szybko się ugiął. Rządząca krajem Banda Czworga zgodziła się dać Amerykanom do 50 mln baryłek ropy i de facto przekazać im kontrolę nad swoim eksportem naftowym. Zgodziła się też wypuścić więźniów politycznych. Amerykanie traktują obecny reżim jako władze tymczasowe, mające przeprowadzić transformację ustrojową. CIA przekonała Trumpa, by utrzymał u władzy Delcy Rodriguez. Argumentem było to, że poradziła sobie wcześniej z powstrzymaniem hiperinflacji oraz ze stabilizacją wydobycia ropy naftowej (na poziomie około 1 mln baryłek dziennie - w dołku z 2020 r. było to koło 500 tys. baryłek dziennie, a na początku XXI w. ponad 3 mln.) Obecne władze Wenezueli zdają sobie sprawę z tego, że w każdej chwili, pod wpływem byle kaprysu, Trump może ich kazać wyciągnąć z łóżek lub posłać im po Tomahawku. Albo przynajmniej zająć ich majątki ukrywane w Katarze. Deklarują więc pełną współpracę z Amerykanami.

Konfrontacji z USA chce uniknąć też kolumbijski prezydent Gustavo Petro. Ów dawny komunistyczny partyzant i zarazem koleś przyłapany na posiadaniu kochanka-transa, podczas wiecu w Bogocie stwierdził: "Mówcie co chcecie o Trumpie, ale jednej rzeczy nie możecie powiedzieć: że jest głupi. On głupi nie jest". Petro przyjął narrację, że Trump został wprowadzony w błąd przez "wrogie siły" i za pośrednictwem republikańskiego senatora Randa Paula zaaranżował rozmowę telefoniczną z Trumpem, która zaowocowała deeskalacją i porozumieniem o współpracy antynarkotykowej. Petro zatweetował później obrazek z przytulającym się orłem i jakimś tropikalnym kotem.

W kiepskiej sytuacji znalazła się Kuba. Nie ma już co liczyć na darmową wenezuelską ropę, a jej siły zbrojne są mocno przestarzałe. Amerykanie na razie twierdzą, że nie muszą tam interweniować - reżim sam zmierza ku upadkowi. Kolejną kostką domina, które się przewróci może stać się Nikaragua, rządzona przez obłąkanego komucha Ortegę (tego samego, co w latach 80-tych). Czekam, aż Trump odwoła się do tradycji Walkera - amerykańskiego prezydenta Nikaragui.

Straszliwy ból dupy ma Rosja. Ruscy nie mogą przeboleć, że Amerykanie przeprowadzili swoją specjalną operację wojskową w kilka godzin. Po raz kolejny zostały też skompromitowane rosyjskie systemy uzbrojenia, a miliardy dolarów zainwestowane w Caracas poszły się jebać. Dodatkowym ciosem okazało się zajęcie rosyjskich tankowców na Atlantyku przez Amerykanów. Na pomoc jednemu z nich (z tajemniczym ładunkiem z Iranu do Wenezueli) ruszył nawet rosyjski okręt podwodny. Na próżno  - Trump przywalił kutasem Putinowi po ryju, a Ruscy mogli tylko płakać nad "piractwem" i masturbować się swoim Oresznikiem, który z ładunkiem konwencjonalnym niewiele może zdziałać.

Mocno stratne okazały się też Chiny, które dotychczas kupowały 90 proc. wenezuelskiej ropy ze zniżką wynoszącą 14 USD wobec ceny ropy Brent. (To tylko kilka procent importu ropy do Chin, ale wenezuelska ciężka ropa była rozchwytywana przez rafinerie, bo na jej bazie można produkować szeroką gamę produktów - w tym smary i lubrykanty. Do jej przerobu idealnie są przygotowane rafinerie na południu USA.) Amerykanie zajęli jedno ze źródeł ropy dla Chin, a wkrótce mogą zająć kolejne - Iran. Szykują też sankcje uderzające w nabywców rosyjskiej ropy. To wszystko uderza w chińskie plany dotyczące inwazji na Tajwan - do której potrzebne będą ogromne ilości ropy. Rajd na Caracas powinien też otrzeźwić Chińczyków, co do skuteczności ich systemów obrony przeciwlotniczej. Wiadomo też, że chińskim doradcom w Wenezueli padła łączność podczas amerykańskiego ataku. Problemem okazał się m.in. chiński system Wielkiego Firewalla, gdyż mocno utrudniał skomunikowanie się z centralą. A Maduro się tak chwalił telefonem Huawei, "którego nie mogą zhakować Amerykanie"...

Największy ból dupy mają jednak polskojęzyczni onucowcy. Szewko i Palade nieustannie wyją, a Wielkodupski twierdzi, że Maduro wcale nie był komunistą, tylko lewicowym nacjonalistą, a do tego katolikiem, bo widział go na "intronizacji". Akurat wenezuelski reżim toczył boje z Kościołem Katolickim (nie tak mocno jednak jak Ortega), a Maduro zarządził nawet, by przesunąć Boże Narodzenie na... październik. Zarówno Maduro jak i Delcy i cała wenezuelska ekipa odwiedzali też hinduskiego sekciarza-pedofila Sai Babę.



Chavez zapewne należał do jednej z wojskowych lóż (to popularne wśród latynoamerykańskich oficerów), a jego grobowiec był świątynką czterech żywiołów. Amerykanie - ku radości wielu Wenezuleczyków - go zbombardowali. 

Bez wątpienia Stolica Apostolska jest jednym z wygranych na amerykańskiej interwencji w Wenezueli.

Irańczycy liczą teraz na to, że Amerykanie w podobny sposób zbombardują grobowiec Chomoeiniego.

Nie wiem, jak mocno przyglądacie się ostatnim protestom w Iranie. Początkowo wydawało mi się, że nic one nie dadzą. Do masowych demonstracji dochodziło tam przecież przez ostatnie dziesięć lat co roku. Filmy, które napływały w ostatnich dniach z Iranu nie zostawiają jednak żadnych wątpliwości. Tym razem mamy do czynienia z buntem na o wiele większą skalę niż wcześniej. Ramię w ramię demonstrują studenci, kibice piłkarscy, przedstawiciele bazarowej klasy średniej i mniejszości narodowe. Bezpośrednim powodem tych protestów jest kryzys gospodarczy. O ile wcześniej Irańczycy narzekali na ceny mięsa, to teraz mówią, że nie stać ich na chleb. Ich rząd daje im pakiet pomocowy - wynoszący po mniej niż równowartość 7 dolarów miesięcznie, a jednocześnie ujednolica kursy narodowej waluty, tak, że ceny sklepach skoczą o 30 proc. Irański prezydent daje natomiast rady w stylu Ursuli von der Leyen - zużywajcie o 10 proc. mniej prądu i gazu. 






Choć demonstracje miały przyczyny ekonomiczne, to jednak szybko zmieniły się w wielki ruch dążący do przywrócenia monarchii. Od wyspy Kish po zdominowany przez Azerów Tabriz słuchać okrzyki na cześć szacha i dynastii Pahvlavich. Ulice są oddolnie przemianowane na ulice Pahlavih i... Trumpa. Chamenei jest wyzywany od pederastów (ponoć ukryto go w bazie na pustyni we wschodnim Iranie), a na stronę demonstrantów przechodzą szyiccy mułowie i policjanci. Pod osłoną internetowego blacoutu (łamanego przez Starlinki Elona Muska) i wyłączeń prądu, siły Korpusu Strażników Rewolucji strzelają do demonstrantów. Sięgnięto po to, gdyż dotychczasowy sposób tłumienia demonstracji - za pomocą milicji basiji (takiego ORMO) na motocyklach - przestał się sprawdzać. Motocykle basijich są palone - podobnie jak ich posterunki - a schwytani basijowie są linczowani. Ponoć całkiem sporu bezpieczniaków ginie. Niektórzy nawet spłonęli żywcem. Płoną rządowe budynki i pojazdy wojskowe.  Odbijani są więźniowie. Niszczone są także biznesy związane z milicją basiji i Korpusem Strażników Rewolucji.

Podczas demonstracji słychać okrzyki: "Nie dla Libanu! Nie dla Gazy! Oddaje całe serce Iranowi!". Tyle, że to jest Iran dawny, monarchistyczny. Demonstranci noszą stare irańskie flagi - z lwem i Słońcem, a palą flagi reżimowe.  Lecą też na bruk pomniki gejnerała Sulejmaniego. Irańczycy są też wyraźnie zmęczeni tym, że reżim palił miliardy dolarów wspierając Assada, Hezbollah, Hamas, Hutich oraz irackie milicje. Gdy na jednym z uniwersytetów spędzono studentów na wiec, na którym kadra skandowała: "Śmierć Ameryce! Śmierć Izraelowi!", studenci się śmieli i krzyczeli: "Śmierć Palestynie!".

Płoną też meczety. Stały się celem, jako miejsca zbiórek basijów i obiekty związane z Korpusem Strażników Rewolucji. To jednak też oznaka odchodzenia Irańczyków od islamu. Ponoć stoi tam puste ponad 50 tys. meczetów. To nie tylko wynik sekularyzacji - dużą popularność zdobywa w Iranie chrześcijaństwo oraz zaraostryzm, czyli tradycyjna irańska religia. Ciekawe, czy Stachniuk potraktowałby obecną irańską rewolucję jako rodzimowierczy bunt przeciwko wspakulturze? W sumie motocykle basijich oraz symbole reżimu płoną w Świętym Ogniu...


Generalnie lewary i dupoprawicowcy będący miłośnikami kubańsko-wenezuelskiego komunizmu, Moskwy, Pekinu, islamskiego reżimu w Iranie oraz innego trzecioświatowego shitu przeżywają ostatnio ciężkie dni. Do tego dochodzą ciosy zadane przez Trumpa lewarstwu na froncie wewnętrznym w USA. 



Lewarstwo po obu stronach Atlantyku zagotowało się ostatnio, bo w Minneapolis, jeden z agentów ICE zastrzelił grubą lesbijkę, która nieudolnie próbowała go rozjechać swoim SUV-em. Ową lesbijkę dopingowała jej żona, krzycząca: "Jedź". Obie należały do skrajnie lewicowej grupy mającej blokować aresztowania nielegalnych imigrantów.  Z filmu nakręconego przez agenta ICE wynika niezbicie, że zdołała go potrącić swoim samochodem. Jak to skomentował pewien szeryf: "Jeśli używasz przeciwko agentowi federalnemu dwutonowej broni, to powinnaś oczekiwać, że zostaniesz zastrzelona". Można więc uznać, że ta lewarka właściwie popełniła samobójstwo. Zasłużyła na Nagrodę Darwina za głupią śmierć. Głupią nie tylko za sposób, w który umarła, ale również za to, że zginęła w obronie somalijskich scammerów.

Najciekawszą rzeczą jest jednak to, że po jej śmierci ("I can't drive!") nie doszło do masowych zamieszek. Czyżby Murzynom nie chciało się plądrować sklepów, by uczcić pamięć białej lesbijki o imieniu Renee? Wydaje mi się jednak, że decydujące okazało się zniszczenie USAID przez ekipę Trumpa i cięcia dokonane przez DOGE. Rzeka pieniędzy dla lewarskich zadymiarzy po prostu mocno się zmniejszyła. A po upadku reżimów w Wenezueli i na Kubie będzie jeszcze mniejsza. 

Internet za to zalała rzeka filmików pokazujących działania agentów ICE - to jak brutalnie potrafią potraktować awanturujących się lewerów. Naprawdę z nimi się nie opierdzielają. (A same lewary na tych filmikach to jakiś wybrakowany materiał ludzki - naprawdę banda niedojebanych spierdolin i agresywnych starych bab, które płaczą, jak się odpowie na ich agresję.) Lokalni prawicowcy zaczęli organizować demonstracje poparcia dla ICE. Viralem stał się film, na którym agent tej służby, podnosi z ziemi różę rzuconą przez lewara i wręcza ją policjantce. Gwiazdą stał się komendant Greg Bovino dowodzący akcją przeciwko Somalijczykom w Minnesocie. Gdy na stanowym Kapitolu jakaś lewarka powiedziała mu, że "nielegalne przekraczanie granicy nie jest przestępstwem", on po prostu zgasił ją wymieniając artykuł kodeksu karnego mówiący wyraźnie, że to przestępstwo. :)

ICE podlega oczywiście Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego kierowanego przez Kristi Noem. Śledzę jej karierę polityczną od kilku lat i wielokrotnie mocno mi zaimponowała (tą akcją z własnoręcznym zastrzeleniem psa też). Szkoda, że nie została wiceprezydentem w miejsce J.D. Vance'a.

Mogło Wam to umknąć, ale Trump dokonał ostatnio też kilku ruchów w stylu New Dealu. Zagroził prezesom spółek zbrojeniowych, że ograniczy im wysokość wynagrodzeń i zakaże skupów akcji własnych oraz wypłacania dywidend. Mają się one skupić na inwestowaniu w jakość produktów. Budżet obronny USA ma natomiast zostać powiększony do 1,5 bln dolarów. Trump zapowiedział też, że zakaże funduszom wykupywania domów jednorodzinnych, które przez to mają stać się przystępniejsze cenowo dla zwykłych Amerykanów. Ponadto nakazał Fannie Mae i Freddie Mac przeprowadzenie QE (w formie skupu papierów powiązanych z rynkiem hipotecznym) za plecami Fedu. Ciosem w korporacje jest też nowa piramida żywieniowa przedstawiona przez RFK Jra, w której przywrócono znaczenie mięsu i tłuszczom zwierzęcym, a zalecono mniejszą konsumpcję produktów zbożowych. Widać, że USA nie będą forsować jedzenia sojowo-kukurydzianej papki z robakami.

No, ale my żyjemy w Unii Europejskiej, której władze będą - podobnie jak irański reżim - zmuszać nas do oszczędzania prądu, paliwa i wody, jedzenia różnych shitów, nie korzystania z niepoprawnych mediów społecznościowych i modeli sztucznej inteligencji, wspierania różnych szmatogłowych trzecioświatowców i moralnego purytanizmu (jednak w wersji eko-feministycznej, a nie skopcowsko-islamskiej).

No cóż, kto nie ma X-a i Groka, ten wiele traci. Nie może sobie obejrzeć kreowanych przeze mnie obrazków, czy zobaczyć jak niejaka Lasuczita odpaliła Mariannie Szreiber gaśnicę w twarz. I to Wam chcą odebrać ajatollahowie z Brukseli...



sobota, 3 stycznia 2026

I po Maduro!

 


Trump w ostatnich miesiącach trzymał nas w niepewności, a jego ludzie puszczali sprzeczne przecieki do mediów. Prawdopodobieństwo amerykańskiego ataku na Wenezuelę wydawało się więc spadać, a prezydent USA sugerował, że uderzenie może spaść na Iran.  Jeszcze kilkanaście dni temu magister Bartosiusiak przekonywał, że "Maduro obnażył słabość USA".

Choć niektórzy wróżyli Ameryce "drugi Wietnam", to wojna okazała się tak krótka, że większość osintowców po prostu ją przespało.

Cała operacja wojskowa w Caracas trwała chyba tylko ze cztery godziny. Amerykanie nie ponieśli żadnych strat, a wenezuelskie straty w ludziach też raczej były niskie.

Amerykański oddział Delta Force po prostu wleciał helikopterami do centrum miasta i porwał Maduro oraz jego żonę. 


Towarzyszyło temu szereg uderzeń w różne cele wojskowe. Użyto śmigłowców, rakiet i artylerii okrętowej. Według kolumbijskiego prezydenta Gustavo Petro:




Baza lotnicza La Carlota została wyłączona z użytku i zbombardowana.
Koszary Cuartel de la Montaña w Catia zostały wyłączone z użytku i zbombardowane.
Pałac Legislacyjny Federalny w Caracas został zbombardowany.
Fuerte Tiuna, główny kompleks wojskowy Wenezueli, został zbombardowany.
Lotnisko w El Hatillo zostało zaatakowane.
Baza F-16 nr 3 w Barquisimeto została zbombardowana.
Prywatne lotnisko w Charallave, niedaleko Caracas, zostało zbombardowane i wyłączone z użytku.
W pałacu Miraflores, siedzibie prezydenta w Caracas, aktywowano plan obrony.
Duże części Caracas, w tym Santa Mónica, Fuerte Tiuna, Los Teques, 23 de Enero oraz południowe dzielnice stolicy, pozostały bez prądu.
Zgłaszano ataki w centrum Caracas.
Baza śmigłowców wojskowych w Higuerote została wyłączona z użytku i zbombardowana.

Rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej po raz kolejny okazały się być gówno warte. 

Zostało też zbombardowane Mauzoleum Hugo Chaveza.


Wenezuelska opozycja sugeruje, że doszło do "negocjowanego ewakuowania Maduro". Jeśli tak, to raczej nie negocjowano go z samym Maduro, tylko z jego generałami. Zobaczymy czy będziemy mieć teraz wdrożony plan transformacji ustrojowej, czy też kolejne uderzenia dekapitujące reżim. Możemy być jednak pewni, że usłyszymy straszliwe wycie różnego rodzaju onucowców, libkowskich pięknoduchów i "ekspertów" w rodzaju magistra Bartosiusiaka czy Romcia Kuźniara. Dochodzi już do zabawnych sojuszów - choćby ortodoksyjnie balcerowiczowska Defratyka ramię w ramię z autystycznym chłopcem Memcenem broni komunizującego wenezuelskiego reżimu przed amerykańskim imperializmem :)

Faktem jest to, że Amerykanie po prostu wlecieli do Caracas i porwali Maduro. To była dużo sprawniej przeprowadzona operacja choćby od interwencji w Panamie w 1989 r. USA pokazały, że nadal są supermocarstwem i ośmieszyły wrogą oś geopolityczną, tak jak wcześniej Izrael totalnie ośmieszył Iran i Hezbollah, a wspierani przez Turcję rebelianci z HTS zrolowali reżim Assada.

Decyzja o przeprowadzeniu operacji w Caracas zapadła tuż po tym, jak wyszło na jaw, że marynarka wojenna ChRL przeprowadziła grę sztabową przewidującą konfrontację z US Navy na Karaibach i w Zatoce Ameryki/Meksykańskiej. Kilka godzin przed amerykańskim uderzeniem, Maduro przyjął u siebie wysłannika od Xi Jinpinga.

Wielu Wenezuelczyków teraz świętuje i niszczy portrety Maduro - podobnie jak diaspora kubańska w Miami. Teraz wystarczy zwiększyć presję na finansowane dotychczas przez Wenezuelę komunistyczne reżimy w regionie - Nikaraguę i Kubę. Na pewno Stolicy Apostolskiej też spodoba się, gdy antykatolicki, komunistyczny skurwysyn Ortega dostanie, na co zasłużył.

Trwa też presja na Iran, który przechodzi pogłębiający się kryzys gospodarczy i wywołane nim antyreżimowe zamieszki, miejscami przeradzające się już w starcia zbrojne. Oś geopolityczna budowana przez lata przez Moskwę i Pekin mocno się więc już wykruszyła, co jest oczywiście również w naszym interesie. Powinno nam przecież zależeć na tym, by Moskwa traciła sojuszników. No i możemy też przyjąć jako kraj ładne uchodźczynie z Wenezueli - wpuście je, a niech służby później sprawdzą kim one są.

***







Planowałem, że ten wpis poświęcę wielkiej aferze z Somalijczykami, którzy ukradli z budżetu stanowego Minnesoty miliardy dolarów (sumę prawdopodobnie większą od nominalnego PKB Somalii), za pomocą sieci lipnych przedszkoli. Aferę tę odkrył koleś bawiący się w dziennikarstwo obywatelskie. Pokazał, że w tych somalijskich przedszkolach nie było żadnych dzieci. Szyld na jednym z takich ośrodków wskazywał, że to "Quality Learing Centre" - Somalijczycy zrobili więc błąd w słowie "Learning" :) Powstało na ten temat mnóstwo memów a Somalijczycy wskoczyli na pierwsze miejsce najbardziej znienawidzonych grup etnicznych w USA. I trudno się temu dziwić - mocno na to zapracowali. Wielu Amerykanów pamięta też im incydent "Black Hawk Down" w Mogadiszu i uważa, za skandal, że wpuszczono do USA taką masę agresywnych, kryminogennych, osobników z kraju-shitholu, w którym przeciętne IQ wynosi 67. Ci, którzy organizowali przekręty z przedszkoli chyba reprezentowali somalijską elitę intelektualną. Przykładem jest tutaj kongreswoman Ilhan Omar, która zdobyła amerykańskie obywatelstwo, po tym jak wzięła fikcyjny ślub ze swoim bratem. Zanim dostała się do Kongresu, jej majątek netto wynosił minus 45 tys. USD (miała po prostu długi), a obecnie sięga 30 mln USD.




Przekręty nie mogłyby się zapewne odbywać, gdyby nie wsparcie od demokratycznej mafii. Minnesotą rządzi gubernator Tim "Retard" Walz, który był w zeszłym roku kandydatem na wiceprezydenta u boku Kamali Harris. Przekonywałem wówczas, że ten koleś to straszny dupek, ale libkowskie trolle pisały: "NIEEEEEEE!!!! On i Kamala to wspaaaaaaniali kandydaaaaaci! Na pewno wygrają z Pomarańczowym Człowiekiem!". I co? I libki jak zwykle nie miały racji. Walz zastał w Minnesocie sporą nadwyżkę budżetową, a mimo to podniósł podatki o łącznie 9 mld USD i mocno ściął wydatki budżetowe - poza tymi na przedszkola. Numer telefonu jednego z tych lipnych przedszkoli był numerem telefonu do... biura Walza. Koleś albo jest więc rzeczywiście ostrym "retardem", którego Somalijczycy doją na kasę jak chcą, albo był ich wspólnikiem. Wiadomo, że informacje o somalijskich przekrętach pojawiały się w Minnesocie od lat, a za każdym razem Walz oraz jego współpracownicy atakowali "sygnalistów" oskarżając ich o rasizm oraz islamofobię.  Walz nawet zmienił flagę stanu Minnesota, bo Somalijczycy skarżyli się, że jest na niej krzyż. Wymienił ją na taką z białą gwiazdą na niebieskim tle, bardzo przypominającą flagę Somalii... Przypominam też, że Walz był finansowo bardzo blisko agentury ChRL. Pamiętajmy również o tym, że w czerwcu 2025 r. zastrzelona została demokratyczna stanowa kongreswoman z Minnesoty Melissa Hortman oraz jej mąż, a ciężko ranny w zamachu został inny demokratyczny stanowy parlamentarzysta John Hoffmann. Sprawca miał być "antyaborcynym fanatykiem", który jednak zasiadał przez pewien czas w radzie ds. pracy przy gubernatorze Timie Walzu i prowadził działalność biznesową w Kongo. Ciekawe, czy to było likwidowanie świadków somalijskich przekrętów?




Propalestyńskie lewactwo twierdzi oczywiście, że ujawnienie gigantycznego, somalijskiego złodziejstwa w USA, to "kampania nienawiści" wobec Somalijczyków, mająca przykryć to, że Izrael uznał niepodległość Somalilandu, czyli separatystycznego terytorium będącego najlepiej zarządzaną częścią Somalii. Teraz Izraelczycy zainstalują tam swoje bazy - naprzeciw jemeńskich Hutich i rzekomo przesiedlą tam Palestyńczyków (tak przynajmniej twierdzi prezydent Somalii).

***

A na koniec specjalna tabelka, z dedykacją dla twierdzących, że "wierzę w wiele naiwnych prawicowych teorii". Co nam ta tabelka mówi? Pewnie to, że się w krajach Europy Zachodniej mocno zmieniły przez ostatnie 17 lat "czynniki socjoekonomiczne"? Czy to bieda powoduje gwałty, czy pornografia, a może patriarchat? Czemu jednak w państwach biedniejszych i bardziej patriarchalnych, takich jak Bułgaria, statystyki wyglądają inaczej? No bo chyba, nie da się tego wytłumaczyć "rasistowskimi" teoriami? Zwłaszcza, że Węgry, Czechy i Chorwacja również doświadczyły wzrostu tego wskaźnika... Jeśli na podwórku pod blokiem gryzą się pitbule, a nie golden retrievery, to czy winne temu są "czynniki socjoekonomiczne"?