sobota, 19 grudnia 2015

Największe sekrety - Hyperborea: Flagellum Dei

Ilustracja muzyczna: Mad Max Fury Road Theme

"Na pożegnanie
Awiłłowi Leszkowi, Tyberyusz Klaudyusz
grób ten z czterma framugami, na ośm
urn popielnych, jeszcze za życia, jemu jedynie,
dla zaszczytu, na zupełną własność oddał"



Taki napis na płycie marmurowej (w oryginale po łacinie) odkrył w muzeum w Udine w 1843 r. polski historyk Tadeusz Wolański. Tyberiusz Klaudiusz to cesarz rzymski panujący w latach 14-37. A kim jest ten enigmatyczny Leszek Awiłło, któremu za życia władca imperium stawia mauzoleum?
Historia o nim milczy. Niektórzy identyfikują go z występującym w niektórych średniowiecznych kronikach królem Lechii Leszkiem IV-tym, synem Lecha III zwanego przez Rzymian Ariowitem.



O Ariowicie (Ariovistusie) wspomina w "Wojnie galijskiej" Juliusz Cezar. Był on potężnym barbarzyńskim władcą, który ze swoją hordą przekroczył Ren i napotkał na armię Cezara. Negocjacje nic nie dały. Ariowit twierdził, że był w Galii jeszcze przed Cezarem i że się z niej nie ruszy. Wojska rzymskie dokonały więc niespodziewanego ataku na siły Ariowita. Odniosły zwycięstwo, ale wojna się nie skończyła. Jedenastu średniowiecznych kronikarzy, w ty Wincenty Kadłubek, identyfikuje Ariowita z królem Leszkiem III, który miał walczyć z Rzymianami w Galii oraz w Ilirii. Miał on odnieść trzy duże zwycięstwa w konfrontacji zbrojnej z Cezarem. Wojska scytyjskie w tym czasie wspomogły Partów w zwycięskiej bitwie z Krassusem pod Karrami.  Cezar zaoferował pokój i by go przypieczętować wydał swoją siostrę Julię Cesaris Major za Ariowita. Z tego związku miał urodzić się Leszek Awiłło - pół-Rzymianin, siostrzeniec Cezara, uhonorowany przez cesarza Tyberiusza. Julia dostała w prezencie Serbię, Leszek III Bawarię. Według biskupa Długosza siostra Cezara była założycielką Lublina, biskup Bogufał twierdził zaś, że Leszek III Ariowit odwiedził Rzym jako sojusznik Republiki. Czyżby kronikarzy poniosła fantazja? Okazuje się,  że siostra Cezara Julia przebywała z jakiegoś powodu na granicy imperium - w mieście nazwanym jej imieniem, znanym dzisiaj jako Wiedeń.

Nad największą bawarską rzeką Lech powstało miasto Lecha. Czeska kronika z XI w., powołując się na frankijską "Kronikę Augsburską" podawała, że "rzeka Lech po łacinie Vindelicum zwana, obadwa te nazwiska ma od Polaków, których nazywają Lechami i Lechitami, albo Vindelami czyli podług dawnego zwyczaju Sarmatami (...) między Renem a Wisłą mieszkali Zambrowie, których taż kronika mniema bydź Polakami; że ich August z tąd wyruszył, i wielkie wojny z Polakami w stronach Morza Germańskiego toczył".



Senat rzymski uznał, że Bawarię przyznano bezprawnie przeznaczono na posag dla Julii. Prowincję miał odzyskać elitarny Legion Marsowy. Został on wybity w 9 r. n.e. przez barbarzyńców zwanych "Lechami" nad rzeką Lech w miejscu znanym do dzisiaj jako Lechfeld. (Polecam odsłuchanie tej prelekcji.) W tym samym roku trzy legiony pod wodzą Warusa zostały rozgromione w zasadzce w Lesie Teutoburskim przez koalicję plemion zamieszkujących Germanię. Było to pospolite ruszenie Słowian, Germanów (w tym plemion o słowiańsko brzmiących nazwach takich jak Suewowie) i Franków. Rzymianie nazywali Germanami wszystkich barbarzyńców osiadłych na wschód od Renu nie wyróżniając ich etnosu. Wodzem zwycięskiej armii barbarzyńskiej był Arminiusz, syn Segimerusa (Segimierza?) wodza plemienia Cherusków. Według biskupa Prokosza, w bitwie w Lesie Teutoburskim Lechici zdobyli na Rzymianach sztandar z orłem białym, który zaadoptowali jako swój symbol. W XVI w. Marcin Luter zniemczył Arminiuszowi imię na Herman i w ten sposób narodził się wielki mit o niemieckim wodzu, który zadał największą klęskę Rzymowi. Można jednak śmiało postawić tezę, że Arminiusz prowadził wojska Konfederacji Lechii a kampania w germańskich lasach była powiązana z wojną o Bawarię. W 12 r. n.e. wojska rzymskie po zaciętych bojach zdobyły miasto Lecha i zburzyły go. Zbudowały na jego miejscu miasto Augusta znane dzisiaj jako Augsburg, położony nad rzeką Lech. Bawaria wróciła do Rzymu, ale Imperium zostało wyparte za Ren.



Granica pomiędzy Rzymem a Konfederacją Lechii co jakiś czas płonęła. Do większości starć dochodziło nad Dunajem. Rzymscy historycy rozpisywali się o zaciętych bitwach z Sarmatami. Najbardziej znanym tego typu konfliktem były wojny markomańskie z lat 167-180.  Jak czytamy w popularnej encyklopedii: "W 167 roku Markomanowie, Kwadowie i mniejsze plemiona germańskie przedarły się przez Dunaj, rozpoczynając w ten sposób tzw. wojny markomańskie. Jazygowie, na wieść o wtargnięciu dawnych sojuszników do rzymskich prowincji, skierowali swoje uderzenie na zachód na Panonię oraz w 167 zajęli Dację. W 169 Sarmaci znowu przekroczyli Dunaj i najechali Panonię. W roku 175 Jazygowie zostali pokonani przez Marka Aureliusza w potyczce na zamarzniętym Dunaju, barwnie opisanej przez Kasjusza Diona. Zawarty wtedy pokój między Markiem Aureliuszem, który przyjął tytuł Sarmaticus, a Sarmatami, uczczony został wybiciem odpowiednich monet cesarskich, a Sarmaci musieli przyjąć ciężkie warunki: nakazano im trzymać się z dala od Dunaju i dostarczać armii rzymskiej rekrutów. Jednak wkrótce walki zostały wznowione i wojna Jazygów i Germanów z Rzymianami trwały aż do śmierci Marka Aureliusza. Jego następca, Kommodus zawarł z nimi pokój, w myśl którego barbarzyńcy zobowiązali się dostarczać rekrutów do rzymskiej armii i trzymać się w odległości 15 km od granicy. Wojska rzymskie zasilone zostały kontyngentem 8000 jeźdźców jazygockich, z czego około 5500 musiało udać się na służbę wojskową do Brytanii. Stacjonowali oni na północnej granicy w oddziałach po 500 żołnierzy, m.in. w rzymskiej twierdzy w Chester, stanowiącej jeden z punktów obronnych Wału Hadriana, oraz w twierdzach w Bremetennacum (w Ribchester koło Lancasteru) i Morbium. Większość z nich nie powróciła już do ojczyzny. W Bremetennacum założono osadę weteranów, która istniała jeszcze na początku V wieku n.e."

Pokazana na początku filmu "Gladiator" bitwa wojsk cesarza Marka Aureliusza z barbarzyńcami jest bitwą stoczoną przeciw Sarmatom. Były to ostatnie przebłyski chwały Rzymu. Tak jak później Chiny broniły się przed ludami koczowniczymi budując Wielki Mur, tak Rzym zmuszony był utrzymywać system fortyfikacji limes na swoich granicach.



Eksplozja geograficzna w Lechii w połączeniu zapewne z klęskami żywiołowymi w Skandynawii oraz na Wielkim Stepie doprowadziła do wzmożenia naporu konfederacji plemion na Imperium Rzymskie. Rozpoczęła się wielka fala migracyjna przypominającą obecną inwazję na Europę ludów bliskowschodnio-afrykańskich. W roku 405 armia ponad 200 tys. Ariów-Słowian i sprzymierzonych plemon przekroczyła Dunaj i Alpy uderzając na Italię. Była ona dowodzona przez Radagaisusa zwanego też przez Rzymian Radagastusem. W średniowiecznych kronikach ten wódz to Radogoszcz - król Lechii w latach 388-394, który po przekazaniu władzy synowi Witosławowi II oddał się przygotowaniom do wyprawy mającej zniszczyć znienawidzone przez niego Rzym i chrześcijaństwo. Wojska Radogoszcza zostały pokonane w 406 r. pod Florencją przez rzymskiego wodza, pół-Wandala Stylichiona, wspieranego przez barbarzyńskich sojuszników. Rzym przetrwał wówczas jedynie dlatego, że udało mu się zastosować zasadę "dziel i rządź". W tym czasie Corsico, młodszy syn Radogoszcza przekroczył Ren z 200 tys. imigrantów - Wandalów, Herulów, Suewów, Burgundów i Alanów. Rzymskim legionom i posiłkującym ich wojskom frankijskim nie udało się zatrzymać tej inwazji.




Od III w. wschodnia część Imperium Rzymskiego najeżdżana była przez Gotów. Współcześni historycy bezrefleksyjnie twierdzą, że Goci, zwani niekiedy Gepidami, byli ludem germańskim pochodzącym ze Szwecji i zupełnie poważnie powtarzają legendę, że naród ten przybył ze Skandynawii na... trzech statkach. Tymczasem już Herodot pisał, że już w VI w. przed Chrystusem Dariusz Wielki prowadził walki z Getami w Tracji. Grecy jako siedzibę Gotów wskazywali tereny nad Morzem Czarny. Współczesne wykopaliska potwierdzają obecność Gotów w tym miejscu, ale oficjalna historiografia wciąż twierdzi, że przybyli oni tam ze Skandynawii, mimo że niewiele jest skandynawskich śladów w gockiej kulturze materialnej. Wykluczają odwrotny kierunek migracji. (Co ciekawe współczesna archeologia wskazuje, że ludność słowiańska migrowała we wczesnym średniowieczu do Szwecji, Norwegii i nawet na Islandię, gdzie mieszała się z miejscowymi.) Niektórzy badacze wskazują jednak, że Goci nie byli ludem o jednolitym etnosie. Raczej wieloetniczną hordą o silnych wpływach sarmackich - grobowce sarmackich arystokratek znajdowano pomiędzy grobami gockimi pod Hrubieszowem. Można uznać Gotów za lud wchodzący w skład Konfederacji Lechii.




W 251 r. w walkach z Gotami w Tracji ginie rzymski cesarz Decjusz. W 267 r. Goci łupią Efez i prawie udaje im się zdobyć Ateny. W 269 r. z Naddniestrza wypływa flota gocka i atakuje Bizancjum oraz Tesaloniki. W 271 r. cesarz Aurelian zmuszony jest ewakuować Dację. W 377 r. wybucha powstanie Gotów w Tracji - imigrantów gnębionych przez rzymską administrację. Powstańcom idzie na pomoc gocka armia, która pokonuje w 378 r. pod Adrianopolem armię cesarza Walensa (którego za swojego przodka uważa... Lech Wałęsa :)  W 395 r. Goci palą Ateny. W 410 r. Wizygoci pod wodzą Alaryka zdobywają Rzym, gdzie łupią skarb zrabowany ze Świątyni Jerozolimskiej. Przenoszą się we francuskie Pireneje i do Hiszpanii, gdzie tworzą swoje państwa. (Ich stolica Rhedae będzie znana później jako Rennes le Chateau - miejsce, gdzie pod koniec XIX w. ks. Berenger Sauniere znalazł tajemniczy skarb. W tych okolicach w 1944 r. tajemnicze wykopaliska prowadziło Deutsche Ahnenerbe chronione przez Dywizję SS "Das Reich". ) Wchodzą w układ z Rzymem i wspierają go w walkach przeciwko Hunom. W 472 r. zbuntowany gocki dowódca armii rzymskiej Rycymer łupi Rzym. W 476 r. gocki wódz Odoaker obala ostatniego cesarza Rzymu.




Państwo Ostrogotów w północnej Italii zostaje podbite w VI w. przez Bizancjum. W 711 r. arabscy najeźdźcy podbijają królestwo toledańskie - państwo Wizygotów. Z gockiej spuścizny niektórym Hiszpankom zostają blond włosy a Hiszpanom mordercze instynkty. Dziwnym trafem do gockiego dziedzictwa z jakiegoś powodu odwoływali się historyczni władcy Polski. Na grobowcu Bolesława Chrobrego wyryty był napis: "Regnum Sclavorum, Gothorum sive Polonorum".




Polscy władcy uważali się również za spadkobierców innego ludu pustoszącego Imperium Rzymskie: Wandalów. Wandalowie przybyli znad Morza Azowskiego nad Odrę w IV w. przed Chrystusem. Ich pierwszy król Antyriusz służył w oddziale scytyjskich najemników walczących dla Aleksandra Wielkiego przeciwko Persom. Miał być mężem gockiej księżniczki. Kroniki Prokosza, Bielskiego, Dzierzwy i Miorsza podają, że w XIII w. p.n.e. na króla Lechii wybrano  Alana II. Później objął władzę jego syn Wandal, którego imieniem nazwano Wisłę. Biskup Długosz pisał, że jeszcze w XV w. Wisłę nazywano rzeką Wandalów. Ludzie żyjący we wczesnym średniowieczu mieli trudności w odróżnieniu Wandalów od Słowian i Wenetów. Jeszcze w XIX w. Niemcy mówili na Słowian "Wenden" a Estończycy nazywali ich "Windami". Wandalowie wraz ze spokrewnionymi ludami Burgundów i Suewów wyemigrowali do Francji (Burgundowie utworzyli tam państwo Burgundia) a później przeszli do Hiszpanii. Od Wandalów pochodzi m.in. nazwa Andaluzja. Później przemieścili się do Afryki Północnej, gdzie zdobyli Kartaginę a w 439 r. spalili rzymską flotę w bitwie koło przylądka Bon. W 455 r. złupili Rzym. Do rodaków nad Wisłą wysłali z Kartaginy poselstwo z prezentem - rzymską chorągwią z orłem białym.





W VI w. wybitny bizantyński wódz Belizariusz podbił północnoafrykańskie państwo Wandalów. Część jego białej ludności eksterminował, część sprzedał w niewolę, część przesiedlił, część sama uciekła i się rozproszyła.

Dziedzictwo Wandalów było jednak kultywowane na ziemiach polskich. Mieszko I był nazywany władcą Wandalów. Jak czytamy w popularnej encyklopedii:  "Prawdopodobnie pierwszy ślad o rzekomym wandalskim pochodzeniu Słowian zachodnich pojawił się w 796 roku w Annales Alamanici (łac. Roczniki Alemańskie). Autor utrzymuje tam: Pipinus... perrexit in regionem Wandalorum, et ipsi Wandali venerunt obvium (łac. Pepin odwiedził tereny zamieszkane przez Wandalów, a tamci wyszli mu na spotkanie). Zgodnie z prawdą historyczną wyprawa ta zaprowadziła jednak władcę Longobardów do kraju Awarów.
Z kolei 795 rok w Annales Sangallenses (Roczniki z Sankt Gallen) zakończony jest krótką wstawką Wandali conquisiti sunt (Wandalowie zostali podbici). Pozwala to twierdzić, że ówcześni skrybowie mogli pomylić Wandalów z Awarami, którzy od najazdu Pepina pogrążyli się w krwawej wojnie domowejWe wspomnianych wcześniej Annales Alamanici najazd Karola Wielkiego na plemiona Słowian połabskich z 790 roku jeszcze raz zawiera się w sformułowaniu (...) perrexit in regionem Wandalorum. Gerhard z Augsburga w pisanej w latach 983 - 993 hagiografii świętego Ulryka (Miracula Sancti Oudalrici) niejednokrotnie nazwał Mieszka Iwodzem Wandalów (dux Wandalorum, Misico nomine). Cytowany fragment dotyczył legendy, według której zraniony zatrutą strzałą władca uniknął śmierci dzięki pomocy biskupa Augsburga, Ulryka. Był to pierwszy dowód jednoznacznie wskazujący na przodków dzisiejszych Polaków. Roczniki Augustiańskie wspominają z kolei: Exercitus Saxonum a Wandalis trucidatur (łac. Armia saska pokonana przez Wandalów). W Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum (łac. Dzieje Kościoła hamburskiego)Adama z Bremy znaleźć można dłuższy fragment: Sclavania igitur, amplissima Germaniae provintia, a Winulis incolitur, qui olim dicti sum Wandali; decies maior esse fertur nostra Saxonia, presertim si Boemiam et eos, qui trans Oddaram sunt, Polanos, quaia nec habitu nec lingua discrepant, in partem adiecreris Sclavaniae (łac. Słowiańszczyzna, największy z krajów germańskich, jest zamieszkana przez Winnilów, których dawniej zwano Wandalami. Jest to kraj przypuszczalnie większy nawet od naszej Saksonii; szczególnie jeżeli uwzględnimy w nim Czechów i Polan zza Odry, jako że nie różnią się te ludy ani obyczajem, ani językiem).Niektórzy historycy sformułowanie Winnilowie uważają za zwykły błąd kronikarski, zaś domniemane wandalskie pochodzenie Słowian zachodnich za efekt pomyłki językowej (niem. Wenden - Słowianie; wyraz oparty niewątpliwie na łacińskim określeniu Venedi, jakim określano Wenedów).

(...)

Narastającą wokół zagadnienia atmosferę mitu pogłębił jeszcze bardziej żyjący w czasach panowania Władysława Łokietka franciszkanin krakowski Dzierzwa. W swoim wywodzie pisał on:  Przede wszystkim należy wiedzieć, że Polacy pochodzą z rodu Jafeta, syna Noego. Ów Jafet, wśród licznych spłodzonych przez siebie synów, miał również jednego imieniem Jawan, którego Polacy zwą Iwan (..). Jawan zrodził Philirę, Philira zrodził Alana, Alan zrodził Anchizesa, An-chizes zrodził Eneasza, Eneasz zrodził Askaniusza, Askaniusz zrodził Pamfi-liusza, Pamfiliusz zrodził Reasilwę, Reasilwa zrodził Alanusa, Alanus — który jako pierwszy przybył do Europy — zrodził Negnona, Negnon zaś zrodził czterech synów, z których pierworodnym był Wandal, od którego wywodzą się Wandalici, zwani obecnie Polakami.

(..)

Już w XII wieku angielski kardynał Gerwazy z Tilbury pisał w swoim Otia Imperialia, iż Polacy "określani są mianem Wandalów i sami tak siebie nazywają". Podobne myśli wyraził Albert Krantz (1450 - 1517) w Wandalia sive historia de Wandalorum vera origine, (...), gdzie konsekwentnie łączy historię starożytnych Wandalów z historią Słowian. Powtórzył to również Flavio Blondi, a po nim wreszcie Maciej Miechowita w Tractatus de duabus Sarmatis (Traktat o dwóch Sarmacjach) z 1517 roku. Dzieło to, uważane jest za jedno z pierwszych, które wspomina o tzw. elemencie sarmackim w pochodzeniu Lechitów, choć nie zrywa jednoznacznie z wątkiem wandalskim."



Po zniszczeniu cesarstwa zachodniorzymskiego, Konfederacja Lechii zaczęła pustoszyć Bizancjum. Występowała podczas tych najazdów pod nowym brandem: "Słowianie". Byliśmy okrutnymi najeźdźcami. Ówczesnym ISIS. Jak czytamy:



"Słowianie atakowali Bizancjum od początku VI w. „W zdobytym kraju mordowali w okrutny sposób mężczyzn i zaganiali do niewoli dzieci i kobiety, niszcząc dobytek, którego nie mogli zabrać” – pisał o nich historyk Prokopiusz z Cezarei (a znał się na rzeczy – spod jego pióra wyszła „Historia wojen”). Słowianie często sprzymierzali się z Hunami, Awarami i Bułgarami przeciwko Bizancjum – dzięki politycznym talentom te sojusze sprzyjały im samym. Początkowo nie zdobywali grodów, omijali je lub uciekali się do podstępu, np. wywabiania mieszkańców na zewnątrz. Jednak szybko się uczyli i doskonalili sztukę wojenną.

W 548 roku dokonali przełomu. Słowiańska armia wkroczyła na teren Dalmacji. Najazd był tak potężny, że nikt nie przyszedł z pomocą twierdzom, padającym jedna po drugiej. Piętnastotysięczna rzymska armia, która wędrowała za Słowianami, nie odważyła się ich zaatakować. Napastnicy odeszli, zabierając ze sobą potężną kolumnę niewolników. W czasie tej wyprawy po raz pierwszy pokusili się o atak na grody (zdobyli m.in. Toperos w Tracji).

W odpowiedzi cesarz Justynian postanowił wzmocnić północne peryferia, budując dodatkowe twierdze. Mimo to 3 lata później zagony słowiańskie zatrzymały się na umocnieniach 50 km od Konstantynopola! Schwytanego dowódcę jednego z cesarskich grodów obdarli ze skóry i żywcem spalili. Kilkadziesiąt lat później Słowianie wkroczyli do Tesalonii, przedostali się przez Peloponez i dotarli aż na Kretę.

KOBIETY I FORTELE

W jaki sposób barbarzyńcy radzili sobie z wysoko rozwiniętą cywilizacją cesarzy bizantyjskich? Słowianie byli sprytni: wykorzystywali zaangażowanie Bizancjum w wojny z Persją. Atakując miasta, używali machin oblężniczych, wielkich kusz do wyrzucania kamieni, strzał, padliny lub płonących żagwi. Stosowali wieże oblężnicze, rozmiarami przewyższające mury obleganych grodów. Dla pokonanych byli bezlitośni.

W 617 roku słowiańska armia oblegała Saloniki, nazywane przez nich Sołuniem, trwale zapisując się w historii miasta. „O świcie całe plemię barbarzyńców wzniosło okrzyk wojenny i zmasowanym atakiem ruszyło na miasto ze wszystkich stron. Jedni ciągnęli katapulty i wznosili zapory z głazów, inni nadbiegali ciągnąc drabiny, aby wspiąć się na mury miasta. Jeszcze inni rzucali oszczepy, które niczym burza gradowa spadły na mury obronne. Był to widok wprawiający w osłupienie. Nad miastem unosiła się chmara kamieni i strzał, które niczym chmura zakryły niebo” – pisał Symeon Meaphrastes. Miasto musiał ratować osobiście jego opiekun święty Demetriusz, zstępując z nieba – dodaje kronikarz [z „Miraculi Sancti Demetrii” napisanych przez arcybiskupa Salonik Jana wynika, że interwencja świętego miała miejsce podczas najazdu w 597 r.].

W latach 610–617 Słowianie nękali najazdami Bałkany, sprawiając, że zromanizowane ludy zamieszkujące te okolice uciekały lub chroniły się w górach.

Prokopiusz, opisując armię najeźdźców, pisał o piechocie uzbrojonej we włócznie, zatrute strzały, łuki oraz tarcze. Walczyć mieli w szyku luźnym, który Bizantyjczykom wydawał się bezładny. Co ciekawe, kiedy w 626 roku wspólna armia Awarów i Słowian uciekła spod murów Konstantynopola, obrońcy wśród trupów znajdowali także zwłoki kobiet wojowników. Kobiet, które do walki stawały ramię w ramię z mężczyznami!

Wielu ówczesnych pisarzy podkreśla, że barbarzyńcy lubili walkę partyzancką, atak z zasadzki, jednocześnie unikając konfrontacji w otwartych bitwach. Pseudo-Maurycy odnotował, że chętnie uciekali się do rozmaitych forteli, bardzo sprawnie przekraczali rzeki. Potrafili też ukrywać się przez wiele godzin pod wodą, używając do oddychania jedynie trzcinek.

Tajemnica sukcesu wąsatych wojowników może tkwić w znakomitym rozpoznaniu. I to nie czysto wojskowym. Kupcy z całej Słowiańszczyzny ciągnęli na południe z towarem – w tym przede wszystkim z niewolnikami. Handlarze mogli być i często bywali szpiegami. Pewna historia z VI wieku opowiada o wędrowcach słowiańskich, którzy szli bez broni, niosąc jedynie gęśle. Dość to dziwne zachowanie jak na niespokojne czasy. Schwytanych kupców dostarczono przed oblicze cesarza Maurycego, który – by ich olśnić – pokazał im potęgę państwa bizantyjskiego. Jednocześnie sam wskazał im potencjalne łupy..."





Ze Słowianami zasymilował się okrutny azjatycki naród koczowniczy - Bułgarzy, z którymi Biznancjum walczyło przez kilkaset lat. Zasymilowała się ze Słowianami również część Wikingów - osiadli w Nowogrodzie i Kijowie Waregowie, których najazdy dochodziły do Konstantynopola a nawet do... Bagdadu. To z ich skandynawskiego języka pochodzi słowo "Ruś" (od "rus" czyli wiosłować). (Z Waregami kojarzy mi się Pauk - frontmen rosyjskiego zespołu "Korrozija Metalla. Pauk ma nie tylko odpowiednią prezencję, ale również poglądy. Kontestował system sowiecki w latach 80-tych a obecnie jest antyputinowski. Popierał Rewolucję na Majdanie. Stosuje często symbolikę pogańską i neonazistowską. Przede wszystkim jednak potrafi się bawić. Na scenie towarzyszą mu zawsze całkowicie rozbierające się panienki. W X w. gostek pewnie czułby się doskonale :)

To nasi przodkowie zniszczyli Cesarstwo Rzymskie.

Byli hordą, która wbijała niemowlęta na sztachety. Dziką bandą rodem z "Mad Maxa".

Naszym przeznaczeniem od zarania dziejów jest bowiem podpalanie Europy...

***

W następnym odcinku serii Hyperborea - Saeculum obscurum, będzie nieco o Kraku, Wandzie, Popielu, pierwszych, przedchrześcijańskich Piastach, niemieckim Drang nach Osten i rozpadzie Konfederacji Lechii.

***

PAMIĘĆ GENETYCZNA. Jak to możliwe, by przedstawiciele różnych narodów, religii i ras tworzyli zgraną machinę militarną - hordę? Możliwe. Mieliśmy przykłady tego również w XX w. Gen. Stanisław Bułak-Bałachowicz, w ogniu rosyjskiej wojny domowej stworzył oddział złożony z Polaków, Rosjan, Białorusinów, Łotyszy, Estończyków, Finów i Żydów. Najpierw walczył dla białego generała Judenicza, później dla Estończyków, potem stał się częścią Wojska Polskiego a potem na zlecenie służb wywiadowczych II RP przekształcił się on w białoruską armię powstańczą. Tak jak Goci i Wandalowie tworzyli własne państwa na terenie Imperium Rzymskiego. Tak Bułak-Bałachowicz stworzył powstańczą administrację białoruską na terenie Sowdepii.  Sposób dowodzenia Bułaka-Bałachowicza i jego podejście do własnych ludzi było bardzo turańskie. "Historię moją w czasie wojny wypisałem rzetelnie na skórze wrogów, do dziś dnia zapomnieć mnie nie mogą" - wspominał Bałachowicz.


***
Polecam moją powieść "Vril. Pułkownik Dowbor".  Występują w niej silne akcenty turańskie :)

sobota, 12 grudnia 2015

Donald Trump - przyjaciel Sinn Fein

Gdybym był Amerykaninem, to na pewno głosowałbym na Donalda Trumpa. Jako Polak mam co prawda zastrzeżenia do jego koncepcji polityki zagranicznej USA, ale też dużo sympatii za to jak uderza w polityczną poprawność w USA. Jego zwycięstwo będzie ciosem dla liberalnego establiszmentu ze Wschodniego Wybrzeża i Kalifornii - a to w długim terminie oznacza silną i bardziej aktywną Amerykę. Amerykę zwycięską.

Trump przypomina mi gubernatora Hueya Longa, o którym pisałem w serii Steamroller. Mam nadzieję, że go nie zastrzelą przed wyborami. Bo odstrzelić go medialnie po prostu się nie da. Jego słowa o czasowym  zakazie wpuszczania muzułmanów do USA zaszkodziły mu w minimalnym stopniu. Wśród wielu wyborców zostały nawet przyjęte z entuzjazmem. 



Brytyjski establiszment dokonał więc wrzutki: przypomniał, że w 1995 r. Trump był gwiazdą zbiórki datków na irlandzkich republikanów zorganizowanej w Nowym Jorku przez organizację Przyjaciele Sinn Fein.  Trump spotkał się z przywódcą Sinn Fein Gerrym Adamsem, który określił Trumpa jako "kartę atutową" (Trump card) jego partii.  Kilka miesięcy później Provisional IRA dokonała krwawego zamachu bombowego w finansowej dzielnicy Londynu Canary Wharf.


Głównym źródłem wsparcia finansowego dla Sinn Fein jest amerykański biznes i diaspora irlandzka w USA. FBI nie robi nic by zatrzymać ten napływ kapitału. I dobrze. USA prowadzą w ten sposób swoją tajną wojnę ze swoimi dawnymi kolonizatorami. A irlandzka konspiracja jest w tej wojnie sojusznikiem Waszyngtonu, tak jak polska konspiracja była sojusznikiem USA na początku XX w. w spisku mającym zniszczenie trzech zaborczych monarchii. Trump wspierając finansowo Sinn Fein (samo wejście na kolację z Adamsem łączyło się z datkiem na rzecz partii) jedynie zapunktował w moich oczach.

***

Zachęcam do czytania mojej powieści "Vril. Pułkownik Dowbor". Może być ona dobrym prezentem świątecznym!

A w przygotowaniu oczywiście następne części serii Hyperborea.

sobota, 5 grudnia 2015

Największe sekrety: Hyperborea - Lechina

Co znajdowało się na ziemiach Polski i sporej części Europy Środkowo-Wschodniej zanim nastała na nich era chrześcijańska? Według oficjalnej wersji od VI-VII w. osiedlali się na tych terenach Słowianie, którzy przyszli z Ukrainy, a skąd się wzięli nad Dnieprem nie wiadomo. Słowianie przejęli tereny od różnych plemion, z których część była bliżej nie zidentyfikowana, część germańska a część celtycka.

Ilustracja muzyczna: Dawid Hallmann - Dziedzictwo





W VI w. nad całym regionem miał panować koczowniczy lud Awarów, który wziął się znikąd, najeżdżał Europę Zachodnią i Południową, zostawił po sobie niewiele śladów i rozpłynął się bez śladu (jeśli nie liczyć zamieszkującego Dagestan małego narodu Awarów). Wraz z Awarami Europę mieli najeżdżać Słowianie. Przed Awarami rządzić mieli w Europie Środkowo-Wschodniej Hunowie - koczowniczy lud, który przybył znad chińskiej granicy, najeżdżał Europę Zachodnią i Południową po czym rozpłynął się bez śladu. Współcześni historycy wskazują coraz częściej, że Hunowie nie byli jednolitym etnosem ale pospolitym ruszeniem ze stepów. Wśród Hunów byli przedstawiciele najrozmaitszych ludów, w tym Słowiańskich a także rzymscy dezerterzy. Wraz z Hunami Europę najeżdżali ich słowiańscy sojusznicy - Serbowie i Chorwaci. (Według oficjalnej chorwackiej historiografii, Chorwaci żyli na przełomie V i VI w. przed Chrystusem na pograniczu Iranu i Turkmenistanu.) W IX i X w. w miejsce Hunów z azjatyckich stepów przybyli na Nizinę Pannońską Węgrzy. Nie byli oni jednolitym etnosem - wśród węgierskich plemion, dwa były pochodzenia tureckiego, co z dumą podkreślają węgierscy nacjonaliści z Jobbiku. Madziarska konfederacja plemion jakoś nie rozpłynęła się w historii zamieniając się w naród węgierski, który z kolei uznawał się za dumnego spadkobiercę spadkobiercę Hunów, tak jak Polacy dawniej uważali się za spadkobierców innej koczowniczej konfederacji - Sarmatów.

Rzymscy historycy i geografowie dzielili  barbarzyńskie tereny na wschód  na Germanię i Sarmację. Germanami nazywali wszystkich osiadłych barbarzyńców z tego terenu, bez względu na to, czy należeli oni do plemion uznawanych obecnie za germańskie. Nazwa Germania została zresztą zapożyczona z celtyckiego określenia "ziemie sąsiadów". (Ślad tego można znaleźć w języku hiszpańskim gdzie słowo "hermanos" oznacza "bracia".) Wśród narodów wchodzących w skład Germanii wybijał się lud Wenedów lub Wenetów.



Zamieszkiwali oni szmat terenu między Renem a Bugiem, wtedy gdy przodkowie Niemców klepali biedę w południowej Szwecji. Wenetowie przyszli na ziemie polskie i niemieckie już w jednej z pierwszych fal migracji neolitycznych i przynieśli ze sobą rolnictwo. To oni stworzyli kulturę łużycką i zbudowali Biskupin.  Mówili prawdopodobnie jakimś archaicznym indoeuropejskim językiem przypominającym sanskryt lub perski. Nazwami pochodzenia weneckiego są m.in.: Wisła, Warta czy Odra. Od Neurów, ich wschodniego odłamu pochodzą takie nazwy rzek jak Narew, Nur czy Neretwa. Wenetowie zostawili swój ślad w całej Europie. Część z nich przekroczyła Ren i osiedliła się na atlantyckim wybrzeżu Francji, gdzie założyła twierdzę Brześć - Brest. O bitwach morskich z Wenetami - w których Rzymianie najczęściej ponosili porażki - oraz o podboju i eksterminacji tego ludu pisze Juliusz Cezar w "Wojnie galijskiej". Wspomina, że Wenetowie nazywali się sami Armorykanami, czyli Pomorzanami. Inny odłam Wenetów osiadł nad Adriatykiem, w okolicach gdzie obecnie znajdują się miasta Wenecja i Brescia. Został zromanizowany. Jeszcze inne weneckie plemię osiadło na tureckim wybrzeżu Morza Czarnego i była nazywana przez Greków Enetoi. Są oni wymieniani przez greckich historyków wśród ludów, które poszły na pomoc oblężonej przez Achajów Troi. (Zainteresowanych oficjalną historią Wenetów polecam książkę Marka Gędka "Tajemnice początków Polski. Fascynująca historia ludu Wenetów".)





Rzymianie nazywali czasem ziemie barbarzyńców zza Renu i Alp Sarmacją Europejską. Była jeszcze Sarmacja Azjatycka rozciągająca się od Ukrainy po Iran. Swoją nazwę zawdzięcza koczowniczemu ludowi Sarmatów, który najeżdżał Europę i prowadził wiele wojen z Rzymem. Grecy mówili z kolei o Scytii Europejskiej i Azjatyckiej oraz o koczowniczym ludzie Scytów najeżdżającym Europę. Współczesna nauka określa obie te plemienne konfederacje jako ludy indoaryjskie "pochodzenia irańskiego", zbliżone do Ariów, którzy podbili Indie. Rzymianie Sarmatami określali wszystkich barbarzyńców z Europy Wschodniej prowadzący koczowniczy tryb życia - czyli gospodarkę przystosowaną do środowiska naturalnego Wielkiego Stepu. Spośród ludów żyjących w Scytii wyróżniali m.in. Alanów, którzy wspólnie z Hunami i Chorwatami najeżdżali Europę. Część Sarmatów służyła w rzymskiej armii jako ciężka kawaleria i była osiedlana na Wyspach Brytyjskich.  Zarówno Scytowie jak i Sarmaci czy Alanowie rozpłynęli się bez śladu w historii. Część badaczy wskazuje, że zlali się z ludnością słowiańską. (Można o tym przeczytać np. w książce Richarda Brzezinskiego i Mariusza Mielczarka "The Sarmatians 600 BC - AD 450" wydaną przez Osprey Publishing. Autorzy sugerują, że Alanowie zmieszali się ze Słowianami i stali się przodkami Polaków. Część Alanów przeszła z Ukrainy na Kaukaz i stała się przodkami Osetyjczyków, Część wyemigrowała do Goth-Alanii czyli współczesnej Katalonii, na której mieszkańców Hiszpanie z niejasnych przyczyn mówią "Polacos".)






Skąd się więc w tym tyglu wzięli Słowianie i zniknęli Wentowie, Scytowie i Sarmaci? Zakończone w 2013 r. międzynarodowe badania genetyczne wykazały, że jesteśmy na ziemiach polskich autochtonami. Prog. dr. Grzybowski w z UMK w Bydgoszczy ogłosił, że Polacy mają zarówno w linii żeńskiej jak i męskiej genetyczną haplogrupę R1a1a7 in situ od conajmniej 7 tys. lat. Inne badania wskazały na obecność tej haplogrupy na ziemiach polskich o 10, 7 tys. lat - czyli od pierwszej osadniczej fali neolitycznej! Oznacza to, że lud Wenetów-Pomorzan był ludem prasłowiańskim. (Co potwierdza średniowieczne przekazy np. gockiego kronikarza Jordanesa mówiące, że Wenetowie byli odłamem Słowian.) 





R1a1 to haplogrupa tożsama z pradawną ludnością indoeuropejską - aryjską. Procentowo najwięcej w Europie ludzi z tymi genami jest wśród Serbów Łużyckich (63 proc.) i w Polsce (57,5-60 proc.). Na Ukrainie 48 proc., w Rosji 47 proc., na Litwie 41 proc., na Białorusi 40 proc., na Węgrzech 37 proc., w Czechach 30 proc., w Serbii 25 proc. a w Niemczech zaledwie 16 proc. W Afganistanie 51 proc., na niektórych obszarach Indii oraz Iranu 65 proc., w Tadżykistanie 63 proc., w Kirgistanie 64 proc. Popularność haplogrupy aryjskiej w Polsce jest więc podobna jak wśród wyższych kast w Indiach.

Zarówno Wenetowie jak i Sarmaci, Scytowie, Alanowie byli moim zdaniem tym samym ludem, który był inaczej nazywany przez ludy ościenne, inaczej gospodarował na stepach a inaczej w staropolskich puszczach, na różnych obszarach podlegał obcym wpływom kulturowym (na zachodzie celtyckim i germańskim, na wschodzie azjatyckim), ale tworzył jedną konfederację plemion: coś w stylu ówczesnego NATO czy Unii Europejskiej z wolnym przepływem osób i towarów. W skład konfederacji wchodziły również plemiona pochodzenia tureckiego, ugrofińskiego, bałtyjskiego a nawet germańskiego.  Pomiędzy plemionami konfederacji dochodziło od czasu do czasu do konfliktów, ale w obliczu zagrożenia zewnętrznego jednoczyła się ona w jeden sprawny organizm. Tak jak Orda Tatarska. Konfederacja ta nosi w niektórych polskich kronikach nazwę Lechii. Słowo Lech ma pochodzenie sanskryckie i oznacza "Pana". Można więc powiedzieć, że stanowiliśmy aryjską rasę panów.



Czemu uważam, że istniał taki organizm ponadpaństwowy między Renem a Azją Środkową? Dlatego, że zadawał on ogromne klęski ówczesnym imperiom. W VII w. przed Chrystusem najazd scytyjski pustoszy tereny obecnego Izraela i dochodzi do Morza Śródziemnego.  W VI w. przed Chrystusem armia króla perskiego zostaje rozgromiona w Azji Środkowej przez Scytów a sam Cyrus zabity a jego głowa zamknięta w bukłaku z winem. Klęską kończy się wielka wyprawa króla perskiego Dariusza w stepy nadczarnomorskie. Resztkom jego armii udaje się uciec tylko dlatego, że greccy najemnicy nie dali się przekupić Scytom i nie poddali im mostów pontonowych na Dunaju. Zanim Aleksander Wielki wyruszył przeciwko Persom, walczył ze swoją armią na północy - w tak zwanej wyprawie naddunajskiej. Biskup Jan Długosz cytował rzekomą korespondencję Aleksandra z Arystotelesem, w której macedoński władca pisał, że zajął stolicę Lechów Carodom. Ostatecznie jednak barbarzyński przeciwnik z północy okazał się dla Aleksandra zbyt silny i musiał się on wycofać stamtąd bez nabytków terytorialnych. W późniejszym okresie Konfederacja Lechii stawiała opór Imperium Rzymskiemu tamując jego ekspansję w Europie. Nie zapominano też jednak o bliskowschodnim teatrze działań wojennych - w 58 r. pne wojska scytyjskie przyczyniły się do rozgromienia przez Partów wojsk Marka Crassusa pod Karrami.

Aryjska konfederacja była dosyć zaawansowana cywilizacyjnie. Pozostawiła po sobie m.in..... małe piramidy. Znaleziono je na Kujawach i przypisano kulturze pucharów lejkowatych, która była kulturą wenecką. Jak czytamy:



"Oglądamy rekonstrukcję wnętrza piramidy. Na Kujawach budowano je około 3,5 tysiąca lat p.n.e. - tysiąc lat wcześniej niż w Egipcie. Przetrwały w lasach, usypane z ziemi i obłożone wielkimi głazami, długie na sto metrów i wysokie na dwa-trzy metry.Doktor archeologii Piotr Papiernik otwiera wystawę w Izbicy Kujawskiej. Jest 6 września 2014 roku.Przyszedł burmistrz i okoliczni rolnicy, przyjechali naukowcy z Łodzi i Poznania. Podziwiają zawartość grobowców.
"Są to - zdaje się - największe i najokazalsze groby tego rodzaju w Polsce i może w ogóle w tej części Europy " - pisał prof. Konrad Jażdżewski, jeden z największych polskich archeologów, który zaczął je badać już w 1934 roku.
Po 80 latach dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej w Izbicy Kujawskiej ma powstać muzeum budowniczych "polskich piramid". - Do Stonehenge w Anglii jeżdżą tłumy tylko po to, aby zobaczyć kilka kamieni. My możemy je też przyciągnąć, bo mamy coś lepszego - uważa Sławomir Kopyść z zarządu województwa kujawsko-pomorskiego. (...)



Inni archeolodzy będą ją badać na południu kraju. Natrafią na najstarszy na świecie rysunek pojazdu kołowego! Wykonano go na glinianym naczyniu odkopanym w pozostałościach osady z lat 3635-3370 p.n.e. w Bronocicach koło Krakowa. "

Śladami starożytnej cywilizacji są też m.in. kopce Kraka i Wandy w Krakowie (w kopcu Kraka odnaleziono scytyjską broń), krakowskie Wzgórze Lasoty a także na wpół legendarne przekazy o częściowo zalanych wodą podziemnych komorach pod Łysą Górą w których mieli być chowani królowie Lechii.

Polski XIX-wieczny badacz Tadeusz Wolański zbierał inne dowody materialne istnienia aryjskiej konfederacji Lechii: monety. Widniały na nich wizerunki przedchrześcijańskich władców oraz dawnych bóstw.





O przedchrześcijańskich królach Polski i Lechii pisały m.in. kroniki: Jana Długosza, Wincentego Kadłubka, Nakorsza Warmisza, Wojnana, Miorsza, anonimowa Historya Polski z XI w., kronika Mateusza Cholewy, Gawła Mnicha i Michała Kanclerza, Dzierzwy, Bogufała, Marcina Bielskiego, Alessandro Guagniniego, Marcina Kromera. Najpełniejszy poczet królów Lechii wymieniała napisana rzekomo w X w. kronika Prokosza (biskupa krakowskiego, Włocha Prochusa). Joachim Lelewel uznał ją za XVIII-wieczne fałszerstwo, ale 1) Lelewel sam fałszował dzieje dawnej Polski (na czym go złapano - polecam wysłuchać tej prelekcji) 2) domniemany fałszerz miał dostęp do bardzo starych dokumentów, gdyż często opisywał fakty i miejsca, które archeologowie potwierdzili dopiero w XX w. 3) komentarze do Kroniki Prokosza powstały już w XVI w.  
Poczet królów Lechii skompilowany ze średniowiecznych kronik możemy znaleźć w książce Janusza Bieszka "Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna". Królowie ci byli władcami obieralnymi na wiecach. Pierwszy z nich - król Sarmata przybył na tereny obecnej Polski z irańskiego Elamu i panował około 1800 r. pne. Jego następca król Kodan miał być założycielem Gdańska. (Na mapie Pomponiusza Meli z w I w pne Zatoka Gdańska jest oznaczona jako Codanovia. W 2013 r. odkryto na Wyspie Spichrzów w Gdańsku skamieniałe pale fundamentowe sprzed kilku tysięcy lat.) Później rządzili m.in. Lech I Wielki (1729-1679 pne), Lasota (zm. 1479 pne), Szczyt - założyciel Szczecina (panował w XV w. pne), Wandal (panował od 1272 r. pne) - którego imieniem nazywano początkowo Wisłę - Wandalu.

Możliwe, że te poczty królów Lechii to tylko wytwór fantazji średniowiecznych i renesansowych kronikarzy. Dziwnym trafem historycy nie dyskwalifikują jako wymysłów innych informacji podawanych przez tych dziejopisów. Wszak wiadomo, że historia Polski zaczęła się dopiero w 966 r. a Polanie przybyli na te tereny znikąd, obejmując je z rąk ludów, które rozpłynęły się w powietrzu. 

PAMIĘĆ GENETYCZNA. W Wojsku Polskim II RP prowadzono pogadanki dla żołnierzy w trakcie których mówiono im o tym, że Słowianie w starożytności zajmowali nie tylko dużą część wschodnich Niemiec i Bawarię, ale również wybrzeża Morza Północnego. Naród był głęboko przekonany, że musi odzyskać dawne słowiańskie tereny na zachodzie. Środkiem do odzyskania tych terenów była wojna. Rozkazy generała Romana Abrahama i gen. Juliusza Rómmla mówiły m.in. o "powtórzeniu Psiego Pola pod Wrocławiem" i wyzwoleniu ziem słowiańskich spod niemieckiego panowania. To m.in. dlatego uruchomiono siatki Dywersji Pozafrontowej aż na Łużycach.


Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby w Polsce zamiast "bliskowschodniego" chrześcijaństwa narodową religią był "aryjski" i mający długą i chlubną tradycję militarną buddyzm?

W następnym odcinku cyklu Hyperborea: Flagellum Dei - o tym jak zmiażdżyliśmy Imperium Rzymskie i o mało co nie zniszczyliśmy Bizancjum. 

***

Polecam oczywiście moją powieść "Vril. Pułkownik Dowbor"


niedziela, 29 listopada 2015

Chwała Erdoganowi + Mit Państwa Islamskiego


Ilustracja muzyczna: One Punch Man Opening

Erdogan to One Punch Man - jednym uderzeniem rozpieprzył Ruskim strategię...

Myślę, że powinniśmy Erdoganowi być wdzięczni. Podsycanie kryzysu imigracyjnego przez Turcję dało PiSowi zwycięstwo na tak wielką skalę (i dobry wynik Kukizowi '15) oraz silnie uderzyło w enerdowską dywersantkę Merkel i niemiecką Europę. Niedawne zestrzelenie rosyjskiego Su24 nad Syrią przez tureckie lotnictwo mocno utrudniło Rosji Jałtę w wersji light, czyli porozumienie o budowie koalicji przeciwko Państwu Islamskiemu z Zachodem. Teraz wygląda na to, że w tej koalicji znajdzie się tylko Francja... Putin ostrzega, że jeśli mu drugi raz Turcy zestrzelą samolot, to żadnej koalicji nie będzie. Wniosek: śpieszmy się kochać rosyjskie samoloty, tak szybko spadają :)

Rosyjska propaganda mocno bije teraz w Turcję wyciągając na wierzch wszelkie prawdziwe i wydumane przykłady wspierania Państwa Islamskiego przez Ankarę. Robi z Bilala Erdogana, syna tureckiego prezydenta kontrolera ISIS. Sugeruje też, że zestrzelenie Su24 było zemstą za to, że rosyjskie lotnictwo bombardowało cysterny przewożące ropę z terenów kontrolowanych przez ISIS do Turcji. Istotnie Amerykanie starali się tych cystern nie bombardować tłumacząc to troską o... środowisko naturalne. Rosjanie jakoś zaś nie bombardują instalacji wydobywczych ani cystern z ropą z Państwa Islamskiego sprzedawanych wojskom Assada. Ropą która trafia do Turcji handlują zaś kurdyjscy pośrednicy (!) i jest ona "wyprana" jako surowiec z irackiego Kurdystanu. Później przez port w Ceyhan trafia ona m.in. do Izraela. Ach te bliskowschodnie interesy ponad podziałami...






Historia ropy z Państwa Islamskiego wskazuje, że koalicja przeciwko Daesz nie powinna powstać. Będzie ona bowiem oznaczała wciągnięcie Zachodu w bliskowschodnie bagno przeciwstawnych interesów regionalnych mocarstw. Dotychczas nad terytoriami Syrii, Państwa Islamskiego oraz Iraku działały siły lotnicze: Assada, Iraku, Iranu, Turcji, ZEA, Jordanii, Izraela, USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji. To cud, że do incydentu z rosyjskim Su 24 nie doszło wcześniej. To cud, że jak dotąd specnaz nie wdał się starcia z amerykańską DEVGRU, brytyjskim SAS czy tureckimi komandosami. Strategia Państwa Islamskiego przewiduje właśnie, że zachodnie wojska zostaną wciągnięte w bliskowschodnie bagno, w apokaliptyczną bitwę narodów pod Dabiq w Syrii. Moim zdaniem lepiej więc zostawić zwalczanie ISIS regionalnym potęgom oraz Rosji. Niech Ruscy wyślą tam swoje wojska lądowe. Będą ponosili dzięki temu koszty ludzkie i materialne przy minimalnych korzyściach. Dzięki temu mniej będą mieli środków na prowadzenie wojny na Ukrainie. Zachód nie powinien Rosji w żaden sposób pomagać w walce z islamskimi fundamentalistami. Państwa Europy Zachodniej zamiast rzucać po omacku bomby na Syrię, powinny zająć się zagrożeniem wewnętrznym - ostro wziąć się za swoich własnych islamistów, powstrzymać imigracyjny najazd (brutalnymi środkami - nawet jakby to wymagało użycia ostrej amunicji). Nie będzie to jednak możliwe bez czystki w europejskim establiszmencie - uderzenia w marksistów kulturowych.

A samo Państwo Islamskie? To kawałek pustyni pozbawiony znaczenia. Aż dziw bierze, że świat poświęca mu aż tak dużą uwagę. Wystarczyło kilka spektakularnych sukcesów militarnych, kilka brutalnych egzekucji, czystka wśród mniejszości religijnych, kilka zamachów terrorystycznych przeciwko Eurociotom... Samo Państwo Islamskie to nie zagrożenie na skalę III Rzeszy czy ZSRR. To raczej taka Kambodża Czerwonych Khmerów. Grupa barbarzyńców niszczy resztki cywilizacji na jakimś zadupiu, dokonuje ludobójstwa, ale w sumie jest słaba militarnie a lokalne mocarstwa i supermocarstwa z różnych przyczyn ją wspierają. (Po 1979 r. Czerwoni Khmerzy otrzymywali wsparcie przeciwko Wietnamowi od USA, ChRL i Tajlandii.)

Ps. Postać One Punch Mana była ponoć wzorowana na Antonim Macierewiczu.

sobota, 21 listopada 2015

Największe sekrety: Hyperborea - Baptista

Ilustracja muzyczna: Overdrive - Hitomi Harada

Katolicyzm zlał się z polską kulturą i tradycją już do tego stopnia, że tylko idiota, szaleniec lub polityczny menel w rodzaju Palikmiota może myśleć o jego z tej tradycji wyrugowaniu. U nas nawet antyklerykałowie i ateiści chodzą do kościoła święcić pokarmy w Wielką Sobotę a politycy straszący państwem wyznaniowym lansują się na wizytach w Watykanie. Nie zawsze jednak tak było. Wszak nasi słowiańscy przodkowie byli poganami - zbrojną bandą siedzącą po lasach i siejącą spustoszenie w sąsiednich krainach. Ludzie, którzy przepędzali wikingów z Bałtyku łatwo ze swoich wierzeń nie zrezygnowali.

Kiedy przybyło chrześcijaństwo na ziemie polskie? Nawet ten zdawałoby się podstawowy fakt, wkuwany przez dzieci już w podstawówce, jest dla historyków zagadką. ŻADNE źródło z tamtego nie podaje bowiem daty chrztu Polski. Milczy na ten temat piszący swoją kronikę w 1018 r. niemiecki biskup Thietmar. Milczą też inni kronikarze. Jak czytamy:



" Gall Anonim, piszący swoją kronikę już za czasów Bolesława Krzywoustego – ponad sto lat po przyjęciu chrztu – też nie odnotował miejsca i czasu tego wydarzenia. On także skupił się na Dobrawie, dzięki której Mieszko I „wyrzekł się błędów pogaństwa i przyszedł na łono Matki Kościoła". „(...) dla sławy jego chwały i zdolności wystarczy, jeśli powiemy, że światłość niebieska owijała królestwo polskie" – zapisał lakonicznie Gall. Nic zatem dziwnego, że i Jan Długosz (jego kronika powstała w latach 1455–1480) niewiele miał w tej sprawie do powiedzenia. Stworzył piękną literacko wizję, która jednak odbiega od prawdy historycznej. Ale to właśnie na podstawie analizy dzieła Długosza wybitny historyk prof. Gerard Labuda mógł od lat 40. XX wieku stawiać tezę, że chrzest odbył się w 966 roku. Kiedy? Być może 14 kwietnia – przypadała wówczas Wielka Sobota, a zgodnie z tradycją właśnie w Wigilię Paschalną chrzczono katechumenów.
Dziś jednak zdecydowana większość historyków uważa tę datę za błędną. Niektórzy – jak np. prof. Władysław Duczko z Akademii Humanistycznej w Pułtusku – twierdzą, że mógł to być rok 968 lub nawet później. Rok 966 jest zatem datą symboliczną.

(...)

 Skoro zarówno Mieszko I, jak i jego syn Bolesław mieli wielkie zasługi dla chrześcijaństwa, to dlaczego żaden z nich nie jest w Polsce czczony jako błogosławiony lub święty? Czesi mają przecież św. Wacława – księcia, który gorliwie wprowadzał chrześcijaństwo i zginął z ręki swojego brata. Na ołtarze trafiła też jego babka Ludmiła (św. Ludmiła Czeska), która w drugiej połowie IX stulecia wraz z mężem Bożywojem I miała przyjąć chrzest z rąk św. Metodego. Węgrzy mają swojego św. Stefana – króla, który na przełomie IX i X w. szerzył chrześcijaństwo na Węgrzech i narzucił obrządek łaciński także sporej części ziem rumuńskich.

(...)

Mieszko w ikonografii przedstawiany jest z krzyżem – trzyma go w dłoniach lub wspiera się na nim jak na pastorale. Można traktować to wyłącznie jako symbol chrześcijańskiego władcy, ale równie uprawnione jest twierdzenie, że Mieszka uznawano jednak za świętego. Jeśli tak, to czemu tradycja o tym zapomniała? – W całej Europie władcy przyjmujący chrzest zostawali świętymi – stwierdza prof. Wyrwa. – Mieszko też zasługiwał na tę godność. Coś się musiało wydarzyć, co sprawiło, że to nie on, ale dopiero św. Wojciech stał się patronem królestwa. Dlaczego tak się stało, pewnie się nigdy nie dowiemy – dodaje. Snuje jednak przypuszczenia, że do kanonizacji mogło nie dojść przez jakieś zaniedbania ze strony jego syna Bolesława Chrobrego, zajętego kwestią swojej koronacji. A może zdecydowały jakieś cechy charakteru Mieszka, które wolano przemilczeć lub o nich zapomnieć, a które stanowiłyby przeszkodę w ogłoszeniu go świętym?"



Gdy patrzymy na denar Mieszka I-go widzimy na nim trzy ważne symbole: krzyż (na kopule kościoła?), krzyż z czterema kropkami (upodobniony do pogańskiego symbolu) - oraz święty symbol słowiańskich pogan: swarzycę czyli swastykę. Władca Polan czynił więc ukłony zarówno wobec nowej jak i starej wiary. Być może nawet już po swoim chrzcie brał udział w ceremoniach pogańskich - bo tego wymagał państwowy rytuał od władcy.   Mieszko miał ożenić się z Dobrawą w 965 r. Czy był wtedy poganinem? Czy chrześcijański władca, jakim był król Czech, wydałby swoją córkę za poganina posiadającego liczny harem? A co jeśli Mieszko I był ochrzczony już wiele lat wcześniej a oddawał się po prostu synkretyzmowi religijnemu? Tam gdzie wymagał tego interes państwa (np. posiadanie haremu złożonego z córek wodzów ościennych plemion, uczestnictwo w pogańskich rytuałach wojennych), tam był poganinem a opowiedział się "w pełni za chrześcijaństwem" dopiero gdy państwu zagrażał niemiecki nacisk zbrojny?

Chrześcijaństwo przenikało na ziemie polskie o wiele wcześniej niż doszło do oficjalnego chrztu państwa  za czasów Mieszka. Już w 842 r. grupa plemiennych książąt ze Śląska przyjmuje chrzest w rycie rzymskim wspólnie z czeską elitą w Ratyzbonie. W 872 r. dochodzi do chrztu południowej Polski w rycie słowiańskim (św. św. Cyryla i Metodego) - po tym jak Państwo Wielkomorawskie najechało kraj Wiślan rządzony przez władcę prześladującego chrześcijan. Biskupem, któremu podlega Kraków jest  Sawa - uczeń Cyryla i Metodego. Ślady cerkwi z pierwszej połowy X w. i końcówki IX w. znajdowano m.in. w Przemyślu, Sandomierzu, Wiślicy, Krakowie, Lublinie ale również w Poznaniu i na Ostrowie Lednickim - czyli w ówczesnych ośrodkach władzy. Bardzo prawdopodobne jest więc, że Mieszko został ochrzczony już jako dziecko a jego ojciec i dziad jednocześnie wyznawali chrześcijaństwo i dla spokoju społecznego odprawiali państwowe obrządki pogańskie.

Trudno określić zasięg chrześcijaństwa w Polsce po oficjalnym chrzcie z lat 60. X w. Jeszcze za Bolesława Chrobrego siatka kościołów była dosyć rzadka a spora część kraju pozostawała pogańska. Wbrew antyklerykalnym mitom lud raczej nie odczuwał też zbytnio ciężarów feudalnych związanych z funkcjonowaniem Kościoła. Dziesięcina była wszak zbierana przez urzędników państwowych i jej pojawienie się było odebrane jako wzrost fiskalizmu państwa. Problemy pojawiały się jednak w miejscach, gdzie władza dokonywała pokazówek w postaci niszczenia świątyń pogańskich i egzekwowania prawd nowej wiary (np. niesławne wybijanie zębów za nieprzestrzeganie postu). Wówczas zapewne zaczął się rodzić "reakcyjny" opór przeciwko tym porządkom. Opór, który zapewne rozpoczął się wśród elit, które potrafiły wykorzystać uczucia religijne do walki o władzę. Do pierwszych wystąpień antychrześcijańskich doszło już za czasów Chrobrego na Pomorzu Zachodnim (które oddzieliło się od Polski). Jak pisze Mariusz Agnosiewicz:



"W Wolinie św. Otton postanowił zdobyć doznającą czci świętą włócznię, tamtejszy symbol zwycięstwa. Jak podaje Żywot z Prüfening: "Kiedy tymczasem wielebny… biskup wspaniale przemawiał do ludu, oto szaleniec z tłumu, pełen wściekłości, rzucił się na świętego kapłana i świeżo ułamanym drzewem , ...tak silnie go uderzył, że ten padł na ziemię i zdawało się, iż leży bez duszy. Plemię barbarzyńców do tego stopnia nad świętym kapłanem Pańskim srożyć się nie lękało, że wyrządziło mu poważną krzywdę słowami i razami, i w końcu wypędziło go ze swych granic" (II,6-7). Tymczasem biskup mógł sobie gratulować, że nie podzielił losu św. Wojciecha. Następnie szukał szczęścia w Szczecinie. Niestety! "Atoli plemię barbarzyńskie, trwając w swojej dotychczasowej niewierze sięgało swoim zwyczajem do kijów i kamieni, tak że wiele razy rzuciło się na świętego kapłana z laskami i kamieniami" (II,8). Więcej szczęścia miał Otton w stolicy księstwa, w Kamieniu, gdzie pod bezpośrednim nadzorem księcia Warcisława "nawrócił ku Panu trzy tysiące pięćset osiemdziesiąt pięć osób płci obojga" (II,4).
Pomimo tego Pomorze nie zamierzało poddać się łatwo. Już w 1008 r. wygnany został biskup kołobrzeski, Reinberg, który "niszczył i palił świątynie z posągami bożków". Reakcja słowiańska obaliła biskupstwo kołobrzeskie w roku 1015.

(...)

Dopiero jednak śmierć Chrobrego pozwoliła poddanym na tyle odetchnąć i odreagować owo sławetne wybijanie zębów za łamanie postu, że doszło do szeregu znacznych wystąpień i zrywów. W ruskiej Powieści minionych lat, tzw. Nestora, czytamy: "Tegoż czasu umarł Bolesław Wielki w Lachach i był bunt w ziemi lackiej; ludzie powstawszy pozabijali biskupów i popów [księży], i bojarów swoich, i był bunt". Reakcję rodzimowierczą w Polsce z pewnością umocnił i przygotował sojusz Mieszka II z Wieletami (1029-1030), którzy w 983 r. wsławili się wielkim pogromem chrześcijaństwa na Połabiu. Sojusz wymierzony został przeciwko chrześcijańskiemu królowi niemieckiemu, Konradowi II. W wyniku tego w propagandzie niemieckiej Mieszko zaczął występować jako „pseudochrześcijanin". Wkrótce po tym w Polsce rozpoczęła się tzw. reakcja pogańska. Roczniki czeskie odnotowały: "W roku 1031. Było wtedy prześladowanie chrześcijan w Polsce i płonęły kościoły i klasztory". Wypadki te odnotowuje także Gall Anonim: "I choć tak wielkie krzywdy i klęski znosiła Polska od obcych, to jeszcze nierozsądniej i sromotniej dręczoną była przez własnych mieszkańców. Albowiem niewolnicy powstali na panów, wyzwoleńcy przeciw szlachetnie urodzonym, sami się do rządów wynosząc… Nadto jeszcze, porzucając wiarę katolicką — czego nie możemy wypowiedzieć bez płaczu i lamentu — podnieśli bunt przeciw biskupom i kapłanom Bożym i niektórych z nich, jakoby w zaszczytniejszy sposób, mieczem zgładzili, a innych, jakoby rzekomo godnych lichszej śmierci, ukamienowali".

(...)

Wiele wskazuje jednak na to, że i polscy rodzimowiercy mieli swojego Juliana Apostatę — władcę polskiego, który odrzucił chrześcijaństwo i wrócił do dawnych wierzeń, co było na tyle skandaliczne i gorszące dla późniejszych kronikarzy, że ukarany został przez nich karą najwyższą — wymazaniem z kart historii. Jest to hipoteza, która ma za sobą dość mocne argumenty.
Otóż roczniki nie odnotowują żadnego władcy między 1034 a 1039 r., czyli między panowaniem Mieszka II a Kazimierza zwanego Odnowicielem. Pięcioletnia dziura? Anarchia? Pogańskie szaleństwa? Otóż niekoniecznie. Istnieje hipoteza, która w latach 1034-1038 umiejscawia panowanie „pogańskiego" księcia polskiego, zwanego Bolesławem Zapomnianym. Jeszcze w latach 1031-32 Polacy mieli księcia, który prawdopodobnie również już wrócił do rodzimych wierzeń — Bezpryma (dziwne imię, które wskazuje na pozbawienie pierwszeństwa sukcesyjnego, o nim także nie wspomina żadna polska kronika, wiemy o nim dzięki Niemcom), pierworodnego syna Chrobrego i jego drugiej żony węgierskiego pochodzenia. Wiele wskazuje na to, że odsunięty wcześniej od władzy Bezprym następnie wrócił i sprzymierzył się z siłami „pogańskimi". Po niespełna roku panowania, w wyniku starań Mieszka II, zostaje jednak obalony. Później znów do władzy wraca nasz „pseudochrześcijanin", Mieszko II, który jednak umiera w 1034 r. I dopiero po jego śmierci kolejny władca miałby skuteczniej i na dłużej wrócić do rodzimych wierzeń. Jak podają niemieckie roczniki: "Po śmierci Mieszka II w Polsce całkowicie wyginęło chrześcijaństwo"."

Postać Bolesława Zapomnianego figuruje m.in. w poczcie władców Polski w  przedwojennej Encyklopedii Gutenberga. Obecnie jednak jest on uznawany przez oficjalną historiografię za władcę czysto legendarnego. Jak pisze Sławomir Leśniewski:



"Skazany na zapomnienie władca nosił imię Bolesław. Był najprawdopodobniej pierworodnym synem Mieszka II i Rychezy, wnuczki cesarza niemieckiego Ottona II, starszym bratem Kazimierza Karola i Włodzisława, choć niewykluczone, że jego matką była poprzednia żona króla lub jedna z jego nałożnic. Urodził się w 1014 r. lub 1015 r., zmarł natomiast zapewne krótko przed najazdem na Polskę czeskiego Brzetysława w 1039 r. Jego postać występuje w wielu źródłach obcych, m.in. w niemieckiej „Kronice z Braunweiler”, gdzie jest mowa o okrutnym prześladowaniu Ryksy (Rychezy) przez syna, w „Kronice Czechów” Kosmasa i w „Kronice węgierskiej Chartiritusa Biskupa” – fragment o militarnej pomocy, jakiej udzielić miał Bolesław II Węgrom.
Również kilka polskich źródeł zawiera informacje o starszym synu Mieszka II. W rocznikach „Kapituły Krakowskiej” pod datą 1038 r. umieszczono zapis dotyczący zgonu króla Bolesława; skoro Chrobry zmarł w 1025 r., a Śmiały ponad pół wieku później, mogło jedynie chodzić o ich nieobecnego w poczcie królów i książąt polskich imiennika. Pośrednio jego istnienie potwierdza także „Rocznik małopolski”, w którym Bolesław Krzywousty nazwany jest Bolesławem IV, oraz zniszczony w XIX w. „Kodeks tyniecki” Bolesława Śmiałego z figurującą przy jego imieniu rzymską cyfrą III. Skoro zatem Chrobremu, poza wspaniałym przydomkiem Wielki, przyznano rzymską jedynkę, a Śmiałemu i Krzywoustemu trójkę i czwórkę, wniosek jest oczywisty: był między nimi jeszcze jeden Bolesław.

W Polsce po raz pierwszy wspomniano o Bolesławie II w „Kronice Wielkopolskiej”, napisanej w XIII w. przez biskupa poznańskiego Boguchwała II, przeredagowanej później przez biskupa Janka z Czarnkowa. Było to złe wspomnienie. „Gdy zmarł w roku Pańskim 1033 (mowa o Mieszku II – S.L.), nastąpił po nim pierworodny syn jego Bolesław. Skoro ten został ukoronowany na króla, wyrządził swej matce wiele zniewag. Matka jego pochodząca ze znakomitego rodu, zabrawszy syna swego Kazimierza, wróciła do ziemi ojczystej w Saksonii, do Brunszwiku, i umieściwszy tam syna dla nauki miała wstąpić do jakiegoś klasztoru. Bolesław zaś z powodu srogości i potworności występków, zbrodni okrutnych i nieludzkich, których się dopuszczał, źle skończył swe życie, i choć odznaczony został koroną królewską, nie policzony został nawet w liczbie królów i książąt polskich dla wielkiej nieprawości swojej. Po śmierci jego wielkie zaburzenia i wojny domowe wszczęły się w królestwie”. Warto także zacytować króciutki fragment opowieści Wincentego z Kielczy, który w połowie XIII w. napisał: Zostało po nim [Mieszku II] dwóch synów, starszy Bolesław i małoletni Kazimierz. Po starszeństwie zasiada na tronie pierworodny Bolesław”. I dalej: „Nie panował długo, ale nagromadził tyle zbrodni, że śród nich stracił życie”.
Informacje zawarte w „Kronice Wielkopolskiej” zostały w zbliżonej wersji, ale po licznych stylistycznych przeróbkach, powtórzone w późniejszych o cały wiek „Rocznikach Mazowieckich” i odleglejszych w czasie, piętnastowiecznych „Rocznikach Świętokrzyskich”, jednak w obu tych dziełach imię Bolesław, nie wiadomo czemu, zmieniono na Włodzisław. Jest jeszcze umieszczone w „Tabula regnum Poloniae” z końca XIV w. wiele mówiące zdanie: „Jeden waleczny król wymazany został z rzędu panujących”.
W XIX w. dla wielu historyków fakt istnienia Bolesława II był bezsporny. Pisali o nim w swoich książkach Szajnocha, Lewicki, Smolka. Ale, jak stwierdza Oskar Balzer, autor wydanego w 1895 r. w Krakowie pomnikowego dzieła „Genealogia Piastów”, który postaci Bolesława poświęcił wielostronicowy wywód, „dopiero Wojciechowski ma zasługę, że istnienie jego udowodnił w sposób nie pozostawiający żadnej prawie wątpliwości”.

(...)

Prawdziwy klucz do rozwikłania tajemnicy Bolesława II Zapomnianego, zwanego niekiedy także Okrutnym, zawiera się w dwóch ostatnich zdaniach zacytowanego fragmentu „Kroniki Wielkopolskiej”, choć biskup Boguchwał nie zechciał wyjaśnić, na czym polegały potworne występki króla. Czyżby były aż tak straszne, że pióro duchownego z odrazy wzdragało się przed ich opisaniem? A może ciągle jeszcze trwało swoiste embargo na szczegółowe opisanie wypadków sprzed kilkuset lat?

(...)



Walczący o władzę Bezprym i Bolesław opowiedzieli się po stronie pogańskiego żywiołu i na jego czele wypowiedzieli wojnę Kościołowi, sojusznikowi ich politycznych konkurentów. To był zapewne ów straszliwy występek, jakiego dopuścił się Zapomniany. Najprawdopodobniej ustami arcybiskupa gnieźnieńskiego Bossuty wypowiedziana została uroczysta klątwa, która spadła nie tylko na samego władcę, ale także na całą Polskę. Bolesław II prawdopodobnie został skrytobójczo pozbawiony życia i wykreślony z pamięci, a Polska powrót na łono Kościoła okupiła szeregiem ciężkich obowiązków, za cenę których pozwolono księciu Kazimierzowi Odnowicielowi opuścić klasztorne mury i przybyć do Polski.
Określono je nad wyraz dokładnie w bulli wydanej przez papieża Benedykta VIII: „Corocznie płacić będą Polacy kurii papieskiej zwyczajny pieniądz od każdej głowy, wyłączając głowy szlacheckie, nie będą zapuszczać włosów na głowie i brodzie, zwyczajem barbarzyńskim, ale będą je starannie postrzygać. Wielkiego Postu przestrzegać o trzy tygodnie dłużej niż w innych krajach (…), wiecznie też będą obowiązani, aby w Bogu i w Wierze Chrześcijańskiej wdzięczniejszymi i gorliwszymi byli”."

Zalecenia Stolicy Apostolskiej sobie a lud sobie... Polska jeszcze przez kilkaset lat pozostawała krajem na wpół pogańskim. Jak czytamy na stronie Bogowie Polscy:

"Katechizacji w średniowieczu nie prowadzono w ogóle i dopiero na zwołanym w 1285 roku przez arcybiskupa Jakuba Świnkę synodzie prowincjonalnym w Łęczycy polecono wspólne z wiernymi recytowanie po polsku "Oćcze nasz", "Wierzę w Bog", "Zdrowa Maryja" i "Kaję się Oćcu" (recytowanie dwóch pierwszych wcześniej zalecał synod wrocławski w 1248 roku), co jednak w 1320 roku musiał powtórzyć synod krakowski, zwołany przez biskupa Nankera. (...)

Nadal brano sobie połowicę po staremu, nie patrząc na ołtarz czy stułę, lecz dbając o przychylność "demonów" i skrzatów dla młodej pary. W powszechnym odczuciu bardziej wpływały na losy człowieka starodawne duchy niż świeżo wprowadzony Bóg Ojciec ze swym Synem Chrystusem [strukturalnie odpowiadającym zresztą bogom pogańskim]. Kościół domagał się sakramentalnego związku małżeńskiego, ale w XII stuleciu nadal bezskutecznie.



Jaja miały wyraźną symbolikę przedchrześcijańską. I pod tym względem musiało duchowieństwo iść na ustępstwo w myśl maksymy: czego nie można zwalczyć, temu trzeba się poddać. Kościół musiał zezwolić na spożywanie jaj w Wielki Czwartek, Wielki Piątek i na Wielkanoc, co do tej pory było surowo zabronione [tak... również popularne do dziś pisanki były oficjalnie zabronioną praktyką pogańską].

Słynna "Księga Henrykowska" spisana w drugiej połowie XII w. przez zakonnika cystersa z klasztoru w Henrykowie podaje: "Tańczyły w dni świąteczne niewiasty i dziewczęta w naszym grodzie. Widząc to opat ówczesny, pan Bodo, niepomiernym był ogarnięty strapieniem i mówił sobie w duchu: << Jeżeli te tańce z pokolenia na pokolenie będą się powtarzały i wejdą w zwyczaj, stanie się to groźnym niebezpieczeństwem zatraty wielu dusz w tym klasztorze>>. Przeto - o ile mógł - starał się, by tę nieprzystojność oddalić od klasztoru".

W Lublinie za Leszka Czarnego obecne Stare Miasto "było wolną przestrzenią, ze świętym gajem tradycyjnie z czasów pogańskich przechowywanym". A biskup wrocławski Cyprian musi jeszcze niszczyć miejsca kultu pogańskiego koło Jawora Śląskiego." (...)



Powstania herbów (XIII-XIVw.) w Polsce od epoki żywotnego pogaństwa nie dzieliło zresztą zbyt wiele, bowiem jeszcze w XII w. dawna wiara, jak wskazują badania Jerzego Gąssowskiego, Małgorzaty Kowalczyk i Władysława Dziewulskiego, była szeroko praktykowana. Do połowy tego stulecia odbywały się masowe pogańskie uroczystości kultowe na Łyścu. Pogańskich praktyk dokonywano w książęcym grodzie w Łęczycy, jak dowodzą tego znalezione w tamtejszej studni dwa rzeźbione fallusy. W początku zaś XIII w. wojsko wielkopolskie prowadziła do walki wróżka niosąca w sicie wodę. Jest więc chyba uzasadnione podejrzenie, że zdzierając z legend herbowych warstwy „rzymskie", „sarmackie" i „lechickie" odkryć można dawne mity polskie.(...)



Jeszcze Długosz ubolewał, w pierwszym tomie "Liber beneficiorum" ("Księgi uposażeń", napisanej w latach 1470-1480), że bardzo rzadko kazano do ludu po polsku i że wszyscy Polacy, z wyjątkiem nielicznych, zakonników albo uczonych [najczęściej księży], unikali nauki ewangelicznej. W "Rocznikach" zaś pisał, że obrządki "ludorum" odprawianych ku czci bóstw pogańskich, co prawda w postaci szczątkowej, zachowały się do jego czasów, były więc powtarzane w drugiej połowie XV wieku - powiada - po pięciuset latach chrześcijaństwa u Polaków."

Część badaczy sugeruje więc, że najstarsza polska pieśń "Bogurodzica" odnosiła się pierwotnie do pogańskiej bogini wojny Marzanny/Marzy, nieco podobnej do rzymskiej Hekate. Aleksander Brueckner pisał: " “Marja, u ludu [polskiego] do XVI wieku Marzą [zwali], co kościół łaciną wytępił.".

Tutaj macie piękną ilustrację odnoszącą się do tej bogini i "Bogurodzicy" pod Grunwaldem. 

Przełomem w dziejach religijnych narodu była kontrreformacja. Wówczas to Kościół umiejętnie nasila proces inkulturacji dawnych pogańskich zwyczajów. Pogańskich bogów zastępują czyniący cuda święci a dawne obrzędy nabożeństwa majowe, procesje, misteria pasyjne. Protestantyzmowi zabrakło tych elementów, więc po początkowych sukcesach jego zasięg zaczął się cofać - w odróżnieniu od katolicyzmu czy prawosławia nie zdołał zdobyć na szerszą skalę serc ludu. Religia musi być bowiem magiczna, przesądna tak jak dalekowschodni buddyzm, taoizm czy szintoizm. Inaczej staje się religią martwą. Siłę polskiego katolicyzmu stanowiło właśnie jego głębokie zanurzenie w ludowych zwyczajach i przesądach, jego element magiczny, cudotwórczy i nacjonalistyczny. Co ciekawe nasi przodkowie umieli pogodzić swoją religijność z dużą swobodą w kwestiach seksualnych (widać do było jeszcze nawet w II RP, gdzie nikogo nie gorszyło, że chłopcy świętowali maturę idąc "na kremówki" do burdelu). Polski katolicyzm aż do czasów postkomunistycznych miał więc cechy, które przyciągały do niego wiernych.



Niestety ta prawda została porzucona przez Kościół na nieszczęsnym soborze watykańskim II-gim. "Zreformowano" tam liturgię i doktrynę - z jednej strony w większym stopniu otwierając się na dialog z religiami bliskowschodnimi, afrykańskimi czy indiańskimi z drugiej, w Europie i Ameryce Północnej, upodobniono kościelną obrzędowość i duchowość do obrzędowości i duchowości wyludnionych liberalnych kościołów protestanckich. Starano się wycofać na dalszy plan wszelkie elementy przemawiające do wyobraźni prostego, białego człowieka z ludu. Tym co pozostało były nowinkarskie obrzędy przypominające taniec godowy reptalian oraz ginekologiczne przesłanie moralne - skupienie się na kwestii aborcji, antykoncepcji, in vitro czy walce z pornografią. Młody mężczyzna coraz częściej słyszał w Kościele z jednej strony, że krucjaty i wszelkie rodzaje przemocy politycznej były złe a nadstawianie drugiego policzka dobre, z drugiej dowiadywał się, że ma obowiązek harować żonę i na gromadkę obsranych dzieciaków, poświęcać im całe swoje siły a gdy spojrzy jednym okiem na obrazek z rozebraną kobietą to naraża się na niewyobrażalnie ciężki grzech. A jak szuka przyjemności seksualnej poza ścieżką małżeńsko-dziecioróbską, to grzeszy gorzej niż np. gejnerał Jarucwelski, któremu już się należał katolicki pogrzeb z udziałem ks. ks. Bonieckiego i Lemańskiego. Skutkiem tego jest odchodzenie mężczyzn od Kościoła, jego postępująca feminizacja i wyludnienie. Negatywne skutki wychodzą jednak daleko poza Kościół przekształcając się w kryzys tożsamościowy, który dotyka Europę. Z tego powodu uprawnionym wydaje się twierdzenie, że Sobór Watykański II-gi był spiskiem przeciwko duchowości Białego Człowieka.

PAMIĘĆ GENETYCZNA: Pogański święty symbol Słowian - sważyca, była wykorzystywana w propagandzie sanacyjnej II RP. Włączono ją do symboliki pułkowej - zwłaszcza pułków podhalańskich. Ówczesny obóz władzy chętnie odwoływał się do czasów naszej pogańskiej przeszłości.


***

W następnym odcinku cyklu Hyperborea - Lechina będzie mowa o archetypie Unii Europejskiej - wielkiej konfederacji plemion od Renu po Wołgę, plemion żyjących i przemieszczających się po tych terenach od tysięcy lat, o białych plamach na mapach historycznych, starych kronikach i grobowcach przedhistorycznych królów.


***

Polecam również moją powieść "Vril. Pułkownik Dowbor". 


środa, 18 listopada 2015

Francja: zamach, na który czekano

Sygnały o tym, że we Francji dojdzie do ataków terrorystycznych na dużą skalę pojawiały się od wielu tygodni. Na początku października francuska prasa pisała o ostrzeżeniach dotyczących “un 11 septembre à la française”. 27 października dyrektor DGSE Bernard Bajolet spotkał się z szefem CIA Johnem Brennanem i rozmawiali o zagrożeniach związanych z Państwem Islamskim. 5 listopada włączono lotniskowiec Charles de Gaulle do grupy zadaniowej przeznaczonej do walki z ISIS.

Ostrzeżenia przed zamachami kierowały do służb francuskich służby irackie i tureckie. Służby czeskie śledziły jednego z zamachowców. Francuski wywiad miał już w sierpniu informacje o planowanym ataku na salę koncertową w Paryżu. Sala koncertowa Bataclan była od lat celem dla islamskich radykałów - organizowano w niej proizraelskie wiece. Kilka tygodni temu jej właściciele, zmęczeni ciągłymi pogróżkami muzułmanów sprzedali salę. Sami zamachowcy byli zaś wcześniej znani belgijskim i francuskim tajnym służbom. Skąd więc ten cały szok związany z zamachem?

W ramach odpowiedzi Francuzi zrzucili trochę bomb na Rakkę, trafiając m.in. w stadion, szpital i muzeum. 
Rosja przyznała się, że lot A321 został zniszczony nad Synajem, nie przez brzozę a przez bombę na pokładzie samolotu. Rosja dogadała się z USA w sprawie transformacji ustrojowej w Syrii i koordynacji symulowania walki z ISIS.Opłacało się wspierać bliskowschodnich terrorystów różnej maści.


Co nie znaczy, że przy okazji Rosja nie zostanie wciągnięta w kosztowne bliskowschodnie bagno. Sami Amerykanie i Francuzi nie kwapią się, by wysłać do Syrii siły lądowe. Wolą zostawić sprawę Arabom, Persom, Kurdom i Ruskim. Jak to pięknie podsumował "Daily Telegraph": determinacja świata w walce z ISIS jest mitem. Żadnej liczącej się sile nie zależy na tym, by pokonać Państwo Islamskie. Niemcy już zresztą sugerują, że należy z nim negocjować. Francuzi chyba zaczynają łykać wyjaśnienia, że jeden z paryskich zamachowców-samobójców "wysadził się w stresie" i atakują "islamofobów". A w polskich mediach można usłyszeć pożal się Boże "ekspertów" mówiących, że wszystkiemu winne "rasizm", "ksenofobia", broń palna i gry komputerowe.

***

Polecam artykuł o korzeniach Państwa Islamskiego w ostatnim "Nowym Państwie". Dobrze pokazane jest tam jak dawne służby Saddama stworzyły tą organizację. Z innej beczki: plan strategiczny ISIS na podstawie przechwyconych dokumentów oraz o prawdziwym celu Państwa Islamskiego.

***

W wolnej chwili sięgnijcie do mojej powieści "Vril. Pułkownik Dowbor".

niedziela, 15 listopada 2015

Impresje z Tajlandii + Państwo Islamskie pali Paryż a Kiszczak płlonie w Piekle

Człowiek wyjeżdża na urlop do Tajlandii i od razu gejnerał Kiszczak trafia do Piekła (przy okazji dowiadujemy się, że Maria Teresa Kiszczak to nowy pseudonim artystyczny Lady Gagi - co widać na tym video z pogrzebu na Cmentarzu Prawosławnym na Woli). Człowiek wraca z urlopu a tu muzułmanie rozpieprzają Paryż. Czy to był nieudany zamach na Hollande'a czy też po prostu taka tam typowa islamska INBA na piątek 13-go (co miał przewidzieć "The Economist :) ? Francuskie służby specjalne znów "zdały egzamin", podobnie jak całe to ciotowate społeczeństwo rządzone przez kretynów (polecam to co mówią na tematych tych wydarzeń Raspail, Gowin i Donald Trump). Francuzi pozwolili, by im wewnątrz państwa wyrosło islamskie równoległe społeczeństwo i teraz ponoszą tego konsekwencje. A Angela Dorothea Merkel, enerdowska wersja Kapitana Szwecji, mówi, że po tych zamachach musimy być jeszcze bardziej tolerancyjni. A jacyś esbeccy "eksperci" w  tv przekonują nas, że "islam oraz imigracja nie odpowiadają za zamachy, winne są broń palna i gry komputerowe"!

Temat zamachów w Paryżu jeszcze zapewne poruszę - gdy nieco opadnie kurz bitewny. Dla mnie w każdym bądź razie ta seria zdarzeń nie stanowi żadnego szoku.

***

W Tajlandii bawiłem się za trzy osoby. Odwiedziłem Bangkok, Pattayę oraz Ayutthayę (pierwszą stolicę Syjamu, zburzoną w XVIII w. przez Birmańczyków). W Pattayi, przy uliczce z moim hotelem było co najmniej sześć klubów ze striptizem :) A przed klubami oczywiście stały małe buddyjskie ołtarzyki z kadzidełkami i ofiarami pokarmowymi. Oto kilka moich obserwacji, z którymi na żywo dzieliłem się z czytelnikami na Fejsie:



"Tajlandia jest monarchią i jednocześnie dyktaturą wojskową o cechach lekko faszystowskich. Za kulisami rządzą tutaj jednak, jak by powiedział Grzegorz Braun "mafie, służby, loże" (no może loże rytu azjatyckiego, w których masonki masują z happy ending). Król ma koło 90-tki i od dawna się nie pokazuje. Być może już nie żyje a junta ukrywa ten fakt, bo naród nie lubi dwóch pierwszych książąt w kolejce do tronu. Szef junty gen. Prayuth nie sprawia wrażenia inteligentnego, więc pewnie stoi za nim komitet złożony z generałów, admirałów, ludzi ze służb i oligarchów. Wojsko dwukrotnie odsunęło od władzy miejscowy PiS - najpierw populistycznego miliardera Thaksina Shinawatrę a rok temu jego piękną siostrę Yingluck. Ich winą była walka z oligarchami i mafią - m.in. odstrzeliwanie narkotykowych dilerów przez policyjne szwadrony śmierci. O mafijnym charakterze tego kraju mówi np. afera z odkryciem masowych grobów uchodźców Rohingiya. Oficer policji, który prowadził sprawę i doprowadził do aresztowań wśród wojskowych dostał przydział na południe. Zrezygnował z pracy, bo miał pewność, że tam wystawią go do odstrzału islamskim terrorystom."




"Z okna hotelu widać las wieżowców Bangkoku. Nie byłoby ich pewnie tam, gdyby nie WOJNA WIETNAMSKA,która była POTĘŻNYM IMPULSEM ROZWOJOWYM dla całego regionu. Tajlandia wykorzystała tą szansę na rozwój jednak dużo gorzej niż np. Korea Południowa, o czym świadczy choćby fatalnie zorganizowany ruch uliczny. Czemu Tajlandia przespała swoją szansę? Narkotykowe miliardy z wojny wietnamskiej oraz długie panowanie jednego monarchy (rządzi od 1947 roku!) umocniły system oligarchiczny. Swoje zrobiła też mentalność narodu i fatalny system edukacji (oparty głównie na przepisywaniu). To wskazuje, że oligarchów i mafiozów należy prewencyjnie odstrzeliwać. A poza tym, jeśli chodzi o monarchię to Ça ira, Ça ira..."


"A wczoraj przy piwie gadałem z jednym Holendrem m.in. o MH17. Był przekonany, że w Smoleńsku też doszło do zamachu a ja go w tym przekonaniu utwierdziłem. Miał zdrowe poglądy na imigrację, feminizm i politycznie poprawny szajs. Zachód zaczyna mówić Macierewiczem :))))))"

"Dzisiaj było higienicznie: shower show w Club Lady Love. Artur Zawisza wish you were there. Przekonałem się, że Tajki miewają fajne warkocze. Wyjaśniłem jednemu Niemcowi, czemu Tussk ssał paukę i czemu PiS wygrało wybory. Ponabijaliśmy się z Merkel i SPD. Dziwkarstwo i piwo zbliżają narody. Ps. Dzisiaj na kolację, wbrew Stefanowi Niesiołowskiemu, wpierdalałem robaki. Bardzo dobre są larwy i pasikoniki. Naprawdę polecam! Jutro chcę spróbować skorpiona.."



"Cejrowski się wkurwi, ale coraz bardziej się przekonuję, że ludowy buddyzm jest zajebisty. W klubie Lady Love na rozpoczęcie show odprawiono buddyjski rytuał. Panienki biły w dzwonki i stukały kieliszkami. Naga dziewczyna obeszła klub i spryskiwała go alkoholem - ofiarą pokarmową. A potem Księżniczka dała show pod prysznicem i na poręczy. A teraz wyobraźcie sobie, że w klubie Sogo zaczynaliby pracę od Litanii do Przenajświętszego Sakramentu..."

Z klubów w Pattaya polecam: Electric Blue w Pattaya (dziewczyny są tam totalnie nagie i jest ostra INBA :) i Lady Love (znakomity shower show!). W Bangkoku: Bangkok Bunnies (traktują tam klienta w bardzo miły sposób, bez narzucania się a przed wejściem stoją dziewczyny z króliczymi uszami).



środa, 4 listopada 2015

I, pet goat II, Globalny Minotuar, ruskie samoloty, Code Geas... a ja wyjeżdżam do Tajlandii





Ta przesycona symboliką animacja stała się już internetową legendą. Świetnie zrobiony filmik, ze znakomitą muzyką, wymagający wielu miesięcy pracy i kosztujący zawrotne sumy zostaje umieszczony w necie przez anonimowego twórcę. Firma Heliophant stojąca za tym projektem jest tylko i wyłącznie bytem wirtualnym, który nie uaktywnił się ani wcześniej ani później. Nie zarobi na tej produkcji ani grosza. Sam filmik odzwierciedla poglądy ludzi wierzących w to, że iluminacka konspiracja rządzi światem - z tą różnicą, że jest zrobiony o niebo bardziej profesjonalnie niż typowe produkcje miłośników teorii spisku. W necie można znaleźć wiele prób interpretacji tego dzieła (tutaj macie jedną z nich). Interpretacji trudnej, jeśli nie zna się symboli stosowanych przez Wtajemniczonych. Każdy, nawet najmniejszy szczegół ma tam znaczenie. Zwróćcie uwagę choćby na pierwszą scenę z Bushem zmieniającym się w Obamę. Bush mówiący "shame on you" i wskazujący na znajdujący się nad szkolną tablicą schemat ewolucji człowieka od małpy do Oświeconego. Na ścianie klasy szkolnej zauważycie może symbol Sowy - Molocha z ceremonii w Bohemian Grove. Mnie najbardziej zaintrygował fragment, w którym symbolizująca Azję dziewczyna staje na drodze czołgom (nawiązanie do słynnej sceny z placu Tiananmen) i zostaje zniechęcona do protestu przez "Pana Kościeja". Liczę na to, że wy również podzielicie się swoimi interpretacjami w komentarzach. Ciekaw jestem szczególnie opinii Chehelmuta :) Z pewnością Darth Grzegorz Braun zanalizowałby to jak "Gwiezdne Wojny".

***

Jestem świeżo po lekturze "Globalnego Minotaura" Yanisa Varoufakisa. Byłem miło zaskoczony, gdyż znalazłem tam wiele tez korespondujących z moim cyklem "Inferno". Varoufakis jakby napisał jego kontynuację i w znakomity sposób nakreślił dzieje Globalnego Planu (1945-1971), Globalnego Minotaura (1971-2008) i okresu po śmierci Minotaura (2008-...). Moje własne obserwacje mówią, że 2015 r. oznacza wielkie potknięcie w budowie Nowego Globalnego Planu przez Chiny. To znacznie przedłuży światowy kryzys gospodarczy i przyniesie światu więcej chaosu. Planowanego chaosu.

***

Co do rosyjskiego Airbusa nad Synajem: mamy kolejne poszlaki świadczące o tym, że eksplodował on w powietrzu.  Turecki prezydent Erdogan powiedział, że nie może potępić Państwa Islamskiego za zestrzelenie tego samolotu! A dzisiaj Ruskim spadł kolejny samolot: transportowy Antonow z 40 osobami na pokładzie w Południowym Sudanie.  Będzie tego pewnie więcej...

***

Jutro wybieram się na urlop do Tajlandii  i wracam ponad tydzień później. Będę leciał Aerofłotem przez Szeremietiewo, więc może spotkam Snowdena-Winnickiego. 11 listopada spędzę w Bangkoku i spróbuję tam zorganizować Marsz Niepodległości. Będę skandował "Ladyboye, pederaści to Prayutha entuzjaści!" i "Nie tęczowa, nie różowa, tylko Tajlandia narodowa!" :))))

Gdy mnie nie będzie możecie sobie obejrzeć serial "Code Geass" - bardzo fajną opowieść o rebelii przeciwko Imperium, tworzeniu ruchu oporu, spiskach, intrygach i wewnętrznej opozycji. Cholernie inteligentne anime (stopień intryg jeszcze lepszy niż w "Death Note") a do tego zabawne. Ma antymonarchistyczne i antybrytyjskie przesłanie. I co może cieszyć są tam wzmianki o Polsce. Poza tym reakcyjna Shirley przypomina trochę Orihime z Bleacha :)

Polecam nową recenzję mojej powieści "Vril. Pułkownik Dowbor". A także oczywiście samą powieść.