sobota, 8 czerwca 2019

Shamballah: Wrota do Agharty



Ilustracja muzyczna: James Paget - Look To The Skies

Ilustracja muzyczna:  Гимн Русской Освободительной Армии РОА

The Hu - Wolf Totem


Wyobraźcie sobie, że amerykańskie tajne służby wypuszczają z więzienia Juliana Assange'a i stawiają go na czele tajnej ekspedycji skierowanej do zachodnich Chin. Dają mu do pomocy oddział Navy Seals. Assange dostaje zlecenie dotarcia do miejsca związanego z Szambalą. Czysta fantastyka w stylu "Stargate"? Ależ nie! Coś podobnego zdarzyło się już ponad 100 lat temu.



Carskie tajne służby mianowały znanego rewolucjonistę Feliksa Kona (tego samego, który później będzie razem z Dzierżyńskim i kapitalistą Marchlewskim tworzył Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski) dowódcą ekspedycji "naukowej", dały mu do pomocy dwie sotnie kozaków i wysłały z nimi do Kraju Urianchajskiego, który stanowił wówczas część Cesarstwa Chińskiego (a obecnie jest częścią Rosji znaną jako Republika Tuwy). Powtórzmy: to była zbrojna ekspedycja na terytorium sąsiedniego kraju, rodzaj wojny hybrydowej. Cel ekspedycji: pieczara nazywana wrotami do Agharty (Szambali). Historię o tym opowiedział mi kiedyś Witold Stanisław Michałowski. Wspominał, że do dzisiaj w pobliżu wejścia do tej pieczary jest tablica mówiąca, że jaskinię eksplorował "wielki rewolucjonista" Feliks Kon. Dlaczego jednak carskie tajne służby były zainteresowane miejscem nazywanym "wrotami do Agharty"? Przecież ta cała Szambala to tylko legenda, co nie? 


Tak się akurat złożyło, że na początku XX w. panowała wśród petersburskich elit moda na okultyzm i na buddyzm. Tybetańską wersję buddyzmu propagował tam Agwan Dordżiejew, wyedukowany w Lhasie Buriat, zafiksowany na punkcie nawrócenia Rosji „na prawdziwą wiarę”. Był on oficjalnym posłem Dalajlamy XIII w Sankt Petersburgu. Dordżijew zjednywał sobie rosyjskie elity wizją Rosji jako „Szambali Północy”, opiekuńczego mocarstwa, które ochroni Azję przed brytyjskim kolonializmem. W Piotrogrodzie zbudował on tybetańską świątynię Kalachakry, którą odwiedził m.in. car Mikołaj II. Na szczycie tej świątyni znajdowała się swastyka (którą wysadzono w powietrze podczas oblężenia Leningradu, bo „drażniła ludzi”). Ostatni rosyjski car i jego niemiecka żona byli mocno zafascynowani okultyzmem. O ile powszechnie znana jest historia ich relacji z Grigorijem Rasputinem, to mniej znanym faktem jest to, że ich doradcą był również Papus, czyli uczeń markiza Alveydre (tego od synarchii i propagowania idei Agharty). Mikołaj II był zafascynowany buddyzmem i symbolem swastyki. Swastyka widniała więc m.in. na masce jego samochodu i znalazła się na nowym wzorze rubli zaakceptowanym przez niego tuż przed rewolucją (później lekko zmodyfikowanym - bizantyński orzeł stracił koronę, ale swastyka została). W 1913 r. na 300-lecie dynastii Romanowów, jeden z buddyjskich lamów o nazwisku Uljanow (!) napisał książkę, w której dowodził, że ród ten wywodzi się do Króla Szambali. (Ta teoria nie jest wcale taka głupia - Romanowowie byli przecież szlachtą o pochodzeniu mongolskim, a pierwszym rosyjskim nazwiskiem, którym się posługiwali było "Kobyła". Po tym jednak jak Piotr I Wielki Pojeb w pijackim widzie zabił swojego syna, ród de facto wygasł a nazwisko przeszło na potomków polskiej prostytutki Marty Skowrońskiej, która panowała jako Katarzyna I. Później oczywiście ród się zgermanizował...)


Siedem lat po wyprawie Feliksa "Lolicona" Kona do Kraju Uriunachajskiego, doszło w Chinach do rewolucji, która obaliła dynastię Qing. Nowa Republika Chińska pogrążyła się w chaosie. mongolskie elity skorzystały z okazji i ogłosiły niepodległość swojego kraju. 
Przywódcą państwa został Bogdo-chan – przywódca religijny będący trzecią (po dalajlamie i panczenlamie) osobą w hierarchii lamaistycznego buddyzmu. (Bogdo-chan był z pochodzenia Tybetańczykiem i przy tym bardzo rozrywkowym człowiekiem. Urządzał pijackie procesje, w których paradowały po ulicach nagie nierządnice. Złamał nakaz celibatu, biorąc sobie żonę i nadając jej religijny tytuł „daikini”. Mimo to cieszył się ogromnym poważaniem wśród Mongołów.) Niepodległości nie udało się jednak utrzymać własnymi siłami. Rosyjsko-chiński Traktat z Kiachty z 1915 r. czynił Mongolię autonomiczną prowincją Chin, w której jednak nie miały prawa stacjonować chińskie wojska. Wybuch wojny domowej w Rosji zostały wykorzystany przez Chiny jako okazja do odzyskania kontroli nad Mongolią. Chińskie wojska zajęły Urgę (obecne Ułanbaatar) i aresztowały Bogdo-chana. 
W kraju narodził się ruch oporu – grupka młodych rewolucjonistów postanowiła walczyć przeciwko chińskiej okupacji. Wielu z nich miało kontakt ze zradykalizowanymi rosyjskimi inteligentami, co przeradzało się w fascynację bolszewizmem. Postrzegali oni też Rosję jako potencjalnego sojusznika w wojnie przeciwko Chinom. W 1920 r., z połączenia dwóch grupek rewolucjonistów powstała Mongolska Partia Ludowo-Rewolucyjna. Wśród jej założycieli znalazł się Czojbalsan – nieślubny syn ubogiej kobiety i zarazem były buddyjski mnich, który później, w ramach stalinowskich czystek pozbawi życia kilku innych założycieli partii. Na tym etapie partia miała oblicze silnie niepodległościowe i cieszyła się wsparciem mongolskich elit feudalnych. Nieformalny przywódca ruchu oporu, partyzancki dowódca Damdin Suche Bator, wymykając się chińskim patrolom przewoził listy od Bogdo-chana do bolszewików zawierające prośby o wsparcie w walce przeciwko okupantom. Bolszewicy opierali się jednak przeciwko interweniowaniu w Mongolii. Mieli zbyt dużo problemów na głowie, by dodatkowo angażować się w wojnę przeciwko Chinom. 
Sytuacja się zmieniła, gdy na jesieni 1920 r. do Mongolii wkroczył wraz ze swoimi wielonarodowymi oddziałami rosyjski białogwardyjski dowódca baron Roman Ungern von Sternberg. Ungern pokonał Chińczyków, uwolnił Bogdo-chana i z jego błogosławieństwem ogłosił się mongolskim chanem. Snuł plany buddyjskiej świętej wojny przeciwko bolszewikom i zjednoczenia państw Azji przeciwko europejskim kolonizatorom.Ungern łączył prawosławny mistycyzm z mistycyzmem buddyjskim i wiarą w Szambalę a jego sojusznikiem był samozwańczy kozacki ataman Grigorij Siemionow (pół-Rosjanin, pół-Buriat wierzący w zjednoczenie Azji. Siemionow był ostatnim białogwardyjskim dowódcą walczącym przeciwko Sowietom. Wpadł w ich łapy dopiero w Mandżurii w sierpniu 1945 r.) Ich obu bardzo barwnie opisał nasz wybitny pisarz Ferdynand Antoni Ossendowski. Był on m.in. świadkiem proroctwa jakie wygłosił Ungernowi jeden z buddyjskich lamów. Przepowiedział on Ungernowi dokładną datę śmierci a Ossendowskiemu powiedział, że umrze po tym jak ponownie spotka Ungerna. Przepowiednia się sprawdziła. Po pokonaniu Chińczyków, mongolskie elity zaczęły uważać barona za obcego awanturnika. Bolszewickie wojska, wspierane przez oddziały Suche Batora, dokonały inwazji i do sierpnia 1921 r. pokonały liczące 800 żołnierzy wojska Ungerna. (W inwazji brał udział późniejszy sowiecko-peerelowski marszałek Konstanty Rokossowski. Został ranny w okolice oka podczas walk z ungernowcami. Ślad po tym dobrze widać na jego późniejszych zdjęciach.) Baron został rozstrzelany dokładnie tego dnia, w którym mu to przewidziano - 15 września 1921 r. Ossendowski zmarł 3 stycznia 1945 r. w Grodzisku Mazowieckim. Dzień wcześniej odwiedził go niemiecki oficer o nazwisku Doellert. Przedstawił mu się jako krewny Ungerna. Dwa tygodnie później NKWD rozkopała świeży grób Ossendowskiego, by sprawdzić, czy "osobisty wróg Lenina" rzeczywiście nie żyje.
Mongolska Partia Ludowo-Rewolucyjna przejęła władzę, ale jako formalnego władcę kraju zachowała Bogdo-chana. Nowym komunistycznym rządom nadal służyła też państwowa, buddyjska wyrocznia. Początek rządów Czerwonych w Urdze nie był nawet zły, jeśli bierzemy pod uwagę komunistyczne standardy. Nie zniesiono własności prywatnej, nie walczono z religią, arystokracja zachowała swoje majątki a zagraniczni podróżnicy nadal docierali do Mongolii. Wprowadzono za to trochę reform społecznych i zagranicznych wynalazków takich jak np. instytucja nowoczesnej poczty. Na szczytach władzy trwała jednak brutalna walka. Pierwszy premier rewolucyjnej Mongolii, Dogsomyn Bodoo był buddyjskim lamą nawróconym na komunizm a przy tym zwolennikiem uniezależniania się kraju od bolszewickiej Rosji. W 1922 r. został rozstrzelany za „kontrrewolucyjne knowania”. Konkurencyjna frakcja w partii obaliła go wykorzystując niezadowolenie społeczne związane z rozpoczętą przez rząd kampanią usuwania „feudalnych” ozdób z mongolskich strojów. Nowym premierem został Jalkhanz Khutagt Sodnomyn Damdinbazar… feudalny dostojnik uznawany za reinkarnację jednego z buddyjskich świętych. Zmarł kilkanaście miesięcy później. W 1923 r. zmarł również minister wojny( i zarazem nieformalny przywódca państwa) Suche Bator – oficjalne wersje mówią, że przyczyną jego zgonu była żółtaczka albo zapalenie płuc, ale bardzo wielu Mongołów uznało, że został po prostu otruty. Po śmierci uczyniono z niego „mongolskiego Lenina” i komunistycznego półboga. Na jego cześć nadano mongolskiej stolicy nazwę „Ułanbaatar” czyli „Czerwony Bohater”. W 1924 r. zmarł Bogdo-chan a partia ogłosiła, że nie będzie kolejnej jego ziemskiej inkarnacji, gdyż ten religijny przywódca odrodził się po śmierci jako generał w Szambali. Mongolia od tej pory była republiką ludową. 
W międzyczasie jednak Mongolię w poszukiwaniu Szambali odwiedził wybitny rosyjski malarz-okultysta Nikołaj Roerich, ze swoją żoną Heleną. (W tej historii napotykamy podejrzanie wiele Helen - by przypomnieć tylko Helenę Bławatską :)
Roerich opisywał mity dotyczące Króla Świata. „Niczym diament żarzy się światło na wieży Szambali. On przebywa tam Rigden-Jyepo (według tybetańskich mitów, aktualny władca królestwa Szambali – dop. Fox) , niestrudzony, zawsze czujny w służbie ludzkości. Jego oczy nigdy się nie zamykają. W swoim magicznym zwierciadle widzi wszystkie ziemskie wydarzenia. Moc jego myśli przenika do dalekich krain. Nie istnieje dla niego odległość; może natychmiast nieść pomoc ludziom tego godnym. Jego potężne światło potrafi przebić największą ciemność. Jego niezmierzone bogactwa są po to, aby wspomóc wszystkich potrzebujących, aby przysłużyć się sprawiedliwości. Wolno mu nawet ingerować w karmę istot ludzkich” – pisał Roerich. W Lhasie rozmawiał na temat Szambali z wysokiej rangi tybetańskim duchownym, lamą Tsa-Ringpoche. „Zaprawdę powiadam ci, że ludzie zamieszkujący Szambalę wychodzą czasem na powierzchnię ziemi. Spotykają się z ziemskimi pomocnikami Szambali. Działając dla dobra ludzkości, przesyłają cenne podarunki, godne uwagi pamiątki. Mógłbym ci opowiedzieć wiele historii o tym, jakie cudowne dary otrzymywano. Nawet sam Ridgen-Jyepo ukazuje się od czasu do czasu w ciele ludzkim. Pojawia się nagle w świętych miejscach, klasztorach, i wyznaczonych porach wypowiada proroctwa” – mówił mu Tsa-Ringpoche. Roerich zbierał tego typu opowieści z nadzieją, że uda mu się dotrzeć do legendarnego królestwa. Latem 1926 roku zbudował on w dolinie Szaragol niedaleko łańcucha górskiego Humboldta leżącego między Mongolią a Tybetem buddyjską stupę poświęconą Szambali. Została ona konsekrowana przez wysokiej rangi lamów, których specjalnie zaproszono na tę okazję. Tuż po uroczystości, jak pisze Roerich, buriacki przewodnik powiedział, że czuje, że coś się wydarzy. Dwa dni później uczestnicy wyprawy zaobserwowali na niebie złotą wirującą kulę szybko manewrującą na niebie. Jeden z lamów powiedział Roerichowi, że to, co widzieli było „znakiem Szambali”.

Mistyczna wyprawa Roericha miała „zielone światło” z Łubianki. Rosyjski mistyk pracował w Azji nad pomnikami Lenina a w swoich wspomnieniach bardzo ciepło wyrażał się o funkcjonariuszach sowieckiej bezpieki.Znał się z kuzynem Piłsudskiego Feliksem Dzierżyńskim i obiecywał mu przedłużenie życia. Tak się niefartownie jednak zdarzyło, że jak czekał na Łubiance na audiencję u Dzierżyńskiego, to "Żelazny Feliks" konał otruty przez Jagodę (Jehudę) na polecenie Stalina. 

Flashback: Archanioł - Anioł Pomsty

Flashbak: Prometeusz - Dwoista Natura Prowokatora



Roerich jednocześnie utrzymywał bogate relacje z zachodnimi okultystami. W latach 30. obracał się w otoczeniu prezydenta USA Franklina Roosevelta i późniejszego wiceprezydenta Henry'ego Wallace'a (będącego podręcznikowym przykładem prosowieckiego pożytecznego idioty).



Powyżej: Nehru, Indira Ghandi, Roerich i Mohammad Yanus
  

Roerich zaprojektował też nowy wzór „masońskiej” piramidki z wszystkowidzącym okiem na banknotach dolarowych."Novus Ordo Seclorum" na tej pięczęci znaczy "Nowy Zakon Świecki" a "Annuit Coeptis" to chyba "ryt egipski". Data "1776" na podstawie piramidy to zarówno rok Deklaracji Niepodległości USA jak i powołania Zakonu Illuminatów.





Teorie Roericha wpisywały się w ówczesną modę na okultyzm panującą wśród bolszewickiej elity. Na początku lat 20. Aleksander Barczenko, jeden z pionierów badań nad zjawiskami paranormalnymi (ten który na polecenie Dzierżyńskiego szukał śladów Hiperborei na Półwyspie Kolskim i coś tam znalazł), zdołał zainteresować ideą poszukiwania Szambali wysokich rangą czekistów: Jakowa Blumkina i Gleba Bokija. Jak pisze Richard Spence, autor książki „The Red Shamballah”: „Już w 1920 r. Barczenko ubiegał się o pozwolenie by zorganizować naukowo-propagandową ekspedycję do Mongolii i Tybetu, by odnaleźć „Czerwoną Szambalę”. (…) W tym samym czasie Barczenko założył „masońską” lożę zwaną „Jedinoje Trudowoje Bractwo”, JeTB czyli „Zjednoczone Bractwo Pracy”. Nowe bractwo włączyło w swe szeregi Władimirowa i wielu innych ówczesnych lub byłych czekistów. (…) Jednakże głównym celem Barczenki i JeTB było ustanowienie bezpośredniego kontaktu z Szambalą. W tym celu wykorzystał on pomoc Bokija i współpracował z innymi grupami ezoterycznymi, w szczególności z „Wielkim Bractwem Azji”. Działał we współpracy z co najmniej dwoma członkami Bractwa, tybetańskim lamą Naga Nawenem, który twierdził, że jest bezpośrednim przedstawicielem Szambali oraz z mongolskim urzędnikiem, Chajanem Chirwą, przyszłym szefem mongolskiej tajnej policji. W tej roli Chirwa będzie pracował u boku Jakowa Blumkina. Na wiosnę 1925 r. wydawało się, że dzięki dostępowi Bokija do tajnych funduszy ekspedycja szambalska ma wyruszyć. Bokij wybrał Barczenkę do przewodzenia tajnemu wywiadowczemu skrzydłu ekspedycji. Jednakże plan spotkał się ze sprzeciwem. Pogłoski opisywały Bokija jako niebezpiecznego degenerata pijającego ludzką krew. Głównym przeciwnikiem był Michaił Trilisser, szef wywiadu zagranicznego OGPU (INO). Oczywiście wierzył on, że jakakolwiek aktywność poza ZSRS podpada pod jego dziedzinę. Latem projekt szambalskiej ekspedycji Barczenki zamarł. Czy jednak aby na pewno? We wrześniu 1925 r. skromny muzułmański pielgrzym przekroczył pamirskie przełęcze wchodząc do kontrolowanego przez Brytyjczyków Kaszmiru. W rzeczywistości owym pielgrzymem był Jakow Blumkin na swojej drodze do jeszcze bardziej oddalonej Ladaki na spotkanie z ekspedycją Nikołaja Roericha. Celem Roericha było wejście do Tybetu i nawiązanie kontaktów z Szambalą. Jednak wkrótce po przekroczeniu granicy policja plemienna pojmała Blumkina. Najwyraźniej ktoś doniósł Brytyjczykom. Przebiegły czekista niedługo później uciekł swoim porywaczom i tym razem jako mongolski lama, zmierzał w stronę Roericha.”
 



  
Dodajmy, że Blumkin był tym funkcjonariuszem Czeka, który zastrzelił w 1918 r. niemieckiego ambasadora w Moskwie barona Mirbacha. Mirbach koordynował niemiecką pomoc dla bolszewików. Pomimo tego, Blumkin nadal robił karierę w Czeka u boku Dzierżyńskiego! Blumkin później chciał wywieźć teczkę Stalina z archiwów Ochrany do Trockiego na Wyspę Prinkipio na Morzu Marmara. Bokij natomiast został szefem piotrogrodzkiej Czeki po tym jak "lewicowy eserowiec" zastrzelił dotychczasowego jej szefa Mojsieja Urickiego. Widać szlachcicowi Dzierżyńskiemu nie było po drodze z Mojsiejem a frakcja prometejska walczyła z "ukrytą opcją niemiecką".
 
Wróćmy jednak do Mongolii...



Po śmierci Bogdo-chana zaczęto tam wprowadzać typowy komunistyczny syf: kolektywizacja, prześladowania religii, czystki. W 1932 r. doszło do antykomunistycznego powstania, po którym władza była zmuszona wprowadzić swój rodzaj nepu. Premierem został Peljidiin Genden.  Podczas jednej z wizyt na Kremlu dokonał on rzeczy zadziwiającej.
- Ty cholerny Gruzinie, stałeś się rosyjskim carem! – krzyczał na Stalina po pijaku. Szef rządu komunistycznej Mongolii, zachowując się jak namiestnik wielkiego chana na Rusi, bezceremonialnie wyrwał Stalinowi fajkę z ust i roztrzaskał ją o ziemię.  Genden był komunistą, który wcześniej na rozkaz Kremla wdrażał w Mongolii katastrofalną politykę kolektywizacji, ale z czasem stał się wrogiem sowieckiego imperializmu. Opóźniał jak tylko się dało podpisanie sowiecko-mongolskiego traktatu obronnego, pozwalającego Armii Czerwonej na stacjonowanie w Mongolii. Opierał się też przed poleceniami z Kremla nakazującymi mu przeprowadzić nową falę czystek. Człowiek, który powiedział kiedyś: „Na świecie było dwóch prawdziwych geniuszy: Budda i Lenin”, odmówił Stalinowi rozstrzelania 100 tys. buddyjskich duchownych. Swoją postawą Genden podpisał na siebie wyrok śmierci. W marcu 1936 r. plenum Mongolskiej Partii Ludowo-Rewolucyjna pozbawiło go stanowiska premiera. Genden został wezwany do ZSRR „na leczenie”. Przez blisko rok przebywał w sanatorium na Krymie. Latem 1937 r. został aresztowany przez NKWD i 26 listopada 1937 r. rozstrzelany w Moskwie jako „japoński szpieg”. W Mongolii szalał wówczas terror rozpętany pod sowieckim nadzorem przez nowego przywódcę kraju – marszałka Chorlogijna Czojbalsana, alkoholika i kobieciarza, który staje na czele mongolskiego MSW (którego 25 proc. kadr stanowią Sowieci).



W 1936 r. 23 wysokiej rangi lamów zostaje oskarżonych o działalność kontrrewolucyjną i w następnym roku rozstrzelanych. Nie wierzący w ich winę prokurator generalny również zostaje rozstrzelany. 22 sierpnia 1937 r. popularny marszałek Gelegdorjiin Demid umiera w wieku 37 lat podczas podróży pociągiem do Moskwy. Następnego dnia Czojbalsan podpisuje rozkaz mówiący, że należy zniszczyć istniejącą w Mongolii silną organizację japońskich szpiegów i sabotażystów. Nie żyjący marszałek Demid zostaje uznany za przywódcę tej organizacji a jego rodzina aresztowana. (Demid wydał wcześniej rozkazy wojskom pogranicznym, by unikały zadrażnień z Japończykami.) W sierpniu do Mongolii wkracza 30 tys. sowieckich żołnierzy. Do Ułan Bator przybywa Michaił Frinowski, zastępca szefa NKWD Jeżowa. Ma nadzorować czystkę. Czojbalsan jest tylko figurantem stojącym na czele specjalnej trójki podpisującej wyroki i nakazy aresztowań. Listę osób do likwidacji sporządził Frinowski a Czojbalsanowi nie udaje się go przekonać nawet do tego, by usunął z niej kilku swoich bliskich znajomych.
10 września 1937 r. aresztowanych zostaje 65 wysokiej rangi oficjeli rządowych i wybitnych przedstawicieli inteligencji. Wszyscy zostają uznani winni szpiegostwa na rzecz Japonii. Oczywiście po torturach, podczas procesów pokazowych przyznają się do wszystkich zarzutów i proszą o karę śmierci. Tak jak w Sowietach nikt nie odważy się pytać, jak to się stało, że tylu „szpiegów” znalazło się w partyjnym kierownictwie. W ciągu pół roku aresztowano 16 ministrów i wiceministrów oraz 42 generałów i innych wyższych oficerów (m.in. szefa sztabu armii, zastępcę szefa Zarządu Politycznego, dowódcę i szefa sztabu sił powietrznych, dowódcę jedynej mongolskiej brygady pancernej i dowódcę 1 Dywizji Kawalerii. Równolegle czystki przeprowadzono w dowództwie sowieckich wojsk świeżo wprowadzonych do Mongolii.) Represjom poddanych zostaje dwie trzecie członków Mongolskiej Partii Ludowo-Rewolucyjnej. Do więzienia trafia ośmiu spośród dziesięciu członków Prezydium Komitetu Centralnego partii. Spośród oryginalnych założycieli partii po tej fali czystek tylko Czojbalsan zostanie przy życiu. Czasem po pijaku nawiedza areszty bezpieki i obserwuje torturowanie swoich dawnych towarzyszy.




Największa rzeź dotyka buddyjskich duchownych. W ciągu roku rozstrzelanych zostaje 18 tys. lamów. Dziesiątki tysięcy zostają zmuszonych do porzucenia stanu zakonnego. Podczas procesów pokazowych duchowni zostają oskarżani o to, że np. swoimi prywatnymi samolotami latali do III Rzeszy knuć z niemieckimi faszystami przeciwko ZSRR. Raport sowieckich doradców wysłany w 1938 r. mówi: „Do 29 lipca, spośród 771 świątyń i klasztorów, 615 stało się kupkami zgliszczy. Obecnie tylko 26 wciąż funkcjonuje. Spośród 85 tys. lamów, tylko 17338 pozostało. Ci, którzy nie zostali aresztowani, zdecydowali się zrzucić habit”. W trakcie tej barbarzyńskiej kampanii zniszczonych zostało wiele bezcennych zabytków. W mongolskich świątyniach i klasztorach zgromadzono przez setki lat ogromne skarby, które w trakcie kampanii czystek zostały zrabowane przez Sowietów. Sowieckie sprawozdania mówią np., że do ZSRR wywieziono wówczas jako „złom” 75 ton przetopionych posągów ze świątyń. Posągów często ze złota lub srebra. 
Gdy w 1944 r. Mongolię odwiedził znany z prosowieckich sympatii amerykański wiceprezydent Henry Wallace, bardzo chciał zobaczyć buddyjski klasztor. Żaden wówczas jednak nie funkcjonował w Mongolii. Komunistyczne władze reaktywowały więc Gandan, przed 1937 r. główny klasztor buddyjski w Ułan Bator. Wallace mógł później mówić, że w komunistycznej Mongolii panuje „wolność religijna”.



Mongolia była wówczas krajem totalnie izolowanym od zagranicy. Stalin nie pozwalał jej utrzymywać kontaktów dyplomatycznych z innymi państwami ani nawet wpuszczać do stolicy zagranicznych turystów. Mongolia była wówczas w większym stopniu kontrolowana przez Sowietów niż marionetkowe państwo Mandżukuo przez Japończyków (które utrzymywało relacje dyplomatyczne m.in. z Polską). Ta izolacja, wraz z militaryzacją kraju przyczyniła się w 1939 r. w dużym stopniu do wybuchu konfliktu granicznego z Mandżukuo, który przerodził się w sławną sowiecko-mongolsko-japońską bitwę pod Chałchyngoł.

Czystki wyhamowały w 1939 r., głównie z powodu zmiany polityki na Łubiance. „Krwawego karła” Jeżowa zastąpił Ławrentij Beria i zaczął rozwalać dotychczasowych wykonawców wielkiego terroru. W Mongolii Czojbalsan zrzucił winę za terror na nadgorliwych współpracowników i tłumaczył się, że tak często bywał wówczas w ZSRR, że nie mógł skutecznie ich nadzorować. W marcu 1939 r. został więc aresztowany premier Anandyn Amar – człowiek, który akurat nie miał żadnej mocy sprawczej w okresie czystek a przez Mongołów był uznawany za bardziej ludzkiego i porządnego przedstawiciela władzy. Amar został przekazany Sowietom – wraz z człowiekiem, który kazał go aresztować: byłym partyjnym sekretarzem Dorjjavynem Luvsasharavem. Obu ich rozstrzelano w Moskwie w lipcu 1941 r. Ogółem w trakcie wielkiego terroru z lat 1937-1939 zabito od 22 tys. do 33 tys. mieszkańców Mongolii, czyli około 5 proc. jej ówczesnej populacji. W grobach wykopanych na bezkresnym stepie spoczęli obok siebie buddyjscy tradycjonaliści i bolszewiccy radykałowie.

I w ten sposób Stalin zmiażdżył Czerwoną Szambalę.


Czojbalsan, główny mongolski wykonawca czystki, z czasem zaczął się dystansować od Kremla. W czasie drugiej wojny światowej był wiernym sowieckim sojusznikiem. Mongolia dostarczała ZSRR surowców, m.in. doskonałej wełny na ciepłe ubrania dla sowieckich sołdatów, a także sponsorowała brygadę pancerną i eskadrę lotniczą walczące przeciwko Niemcom. Wojska mongolskie wzięły też czynny udział w wojnie przeciwko Japonii – ofensywie mandżurskiej z sierpnia 1945 r. Czojbalsan liczył, że w nagrodę za wierność Stalinowi, Mongolia dostanie przygraniczne obszary Mandżurii oraz chińską prowincję Mongolię Wewnętrzną. Stalin nakazał jednak mongolskim wojskom wycofać się z tych terenów i dał władzom w Ułan Bator do zrozumienia, że ich państwo nie zostanie powiększone. Czojbalsan poczuł się tym głęboko dotknięty i zaczął dystansować się wobec sowieckiego dyktatora. Odmówił wyjazdu do Moskwy na 70-te urodziny Stalina. Skrytykował też pomysły przyłączenia Mongolii do ZSRR. W styczniu 1952 r. zmarł podczas leczenia w klinice dla komunistycznych VIP-ów w Moskwie – podejrzewano otrucie a jego zgon wpleciono w sprawę lekarzy kremlowskich. Pochowano go w mauzoleum Suche Batora w centrum Ułaanbaatar. W 2005 r. mauzoleum to zostało zburzone i zastąpione przez monumentalny gmach rządowy, na którego schodach umieszczono pomnik siedzącego na tronie Czyngis-chana. Zwłoki Czojbalsana skremowano podczas buddyjskiej ceremonii i pochowano na miejskim cmentarzu. Pomnik tego „czekistowskiego marszałka”, byłego buddyjskiego mnicha, wciąż jednak stoi przed gmachem narodowego uniwersytetu w Ułanbaatar.


***

Wiele informacji dotyczących opisywanych powyżej zdarzeń poznałem podczas rozmów z Witoldem Michałowskim  i z lektury jego książek. Pamiętam jak we wrześniu 2017 r. odwiedziłem go w jego domu i pokazałem mu fotki z mojej podróży do Mongolii. On był po raz pierwszy tam 50 lat wcześniej. Oglądał z zaciekawieniem. Zwrócił uwagę na zdjęcie z Muzeum Historycznego w Ułanbaatar. To była fotka gabloty poświęconej Ungernowi. Był tam m.in. but, który Ungern miał na sobie w chwili egzekucji. W muzeum traktowany był jak jakaś relikwia. Michałowski powiedział: "A też zwróciłeś na to uwagę! Ja się w ten but 50 lat temu długo wpatrywałem". To było nasze ostatnie spotkanie.

***

A w następnym odcinku serii Shamballah: Ahnennerbe wchodzi do gry. Prawdziwy vril!

A taką książkę znalazł mój kolega przebywający obecnie w Ułanbaatar:



sobota, 1 czerwca 2019

Shamballah: Zaginiona Kraina



Ilustracja muzyczna: Road to Shamballa - Uncharted 2 OST 

Doctor Strange Suite


Shamballah, Xiangbala, Shangri-La, Agharta - tak nazywane jest w tybetańskiej, indyjskiej i chińskiej tradycji mistyczne królestwo rządzone przez Króla Świata. Ma ono być największą i najważniejszą na świecie skarbnicą starożytnej wiedzy a jego mieszkańcy mają posługiwać się mocą psychiczną, której na Zachodzie nadano nazwę "vril". Drogi do tego mitycznego królestwa już w XX w. szukały służby specjalne kilku mocarstw inwestując w to wiele sił i środków. Co takiego sprawiło, że goniły one za tą wizją?



W buddyjskich tekstach takich jak „Kalachakra tantra” mityczna Szmabala jest przede wszystkim utopijnym buddyjskim państwem, rodzajem ziemskiego raju. Jej pierwszy władca miał pochodzić z plemienia Sakya, tego samego co historyczny Budda Gautama i zostać nawrócony na buddyzm przez samego założyciela tej religii. Władcy Szambali znieśli system kastowy i zbudowali u siebie zmilitaryzowane społeczeństwo. Podporządkowali sobie tysiące indyjskich magów – riszich. Dysponowali starożytną, boską technologią i mocą psychiczną a w laboratoriach królestwa cały czas pracowano nad nowymi superbroniami mającymi przynieść zagładę przeciwnikom buddyjskiej doktryny – przede wszystkim wyznawcom Allaha. Arsenał ten jest przygotowywany na apokaliptyczną wojnę, w której siły światłości poprowadzi do zwycięstwa ostatni król Szambali – Rudra Chakrin („przesuwający koło”) utożsamiany z Maitreyą, czyli Buddą przyszłości oraz z Kalkim, następnym wcieleniem hinduskiego boga Wisznu.


Wiara w to, że Szambala dysponuje arsenałem "boskich" broni koresponduje ze starożytnymi indyjskimi przekazami mówiącymi o użyciu tych broni w zamierzchłych czasach. Jak już pisałem na tym blogu:


Flashback: Hiperborea - Vymanika Shastra


"W Mahabharacie oraz innych pismach wedyjskich roi się jednak od opisów "boskiej technologii" - latających pojazdów zwanych vimanami oraz broni masowej zagłady. I tak w bitwie pod Kurszterą miąno użyć straszliwej broni znanej jako Piorun Indry. Jak czytamy w tym eposie:





"Wyrzucono pojedynczy pocisk załadowany całą energią wszechświata. Żarzący się słup dymu i płomienia, jasny jak dziesięć tysięcy słońc, wzniósł się w całej swej wspaniałości... Była to nieznana broń, żelazny grom, gigantyczny wysłannik śmierci, który w popiół obrócił wszelki lud Vrishni i Andhaka... Ciała były tak spalone, ze nie dawały się rozpoznać, włosy i paznokcie odpadły, gliniane naczynia rozpadły się bez żadnej widocznej przyczyny, a pióra ptaków stały się białe. W ciągu jednej godziny wszystkie potrawy stały się niejadalne... w ucieczce od owego ognia żołnierze rzucili się do strumieni, aby obmyć swoje ciała i sprzęt...
[ta bron]...odrzuciła tłumy [wojowników] razem z ich rumakami, słoniami, pojazdami naziemnymi i ich bronią, jak gdyby były to suche liście drzewa. Odrzuceni podmuchem...wyglądali pięknie, jak ptaki w locie... odlatujące z drzew... (...)




Ze wszystkich stron Cukra miotał grom na potrójne miasto. Na jego trzy części ciskał pocisk, który krył w sobie energię Kosmosu. Miasto stanęło w płomieniach. W niebo wystrzelił jaskrawy dym, równy dziesięciu tysiącom słońc. Rozszałały się gwałtowne nawałnice; deszcz lał strumieniami. Rozległy się grzmoty, choć niebo było bezchmurne. Zatrzęsła się ziemia. Podniosły się wody. Rozstąpiły się szczyty gór, nastała ciemność."(...) Ojciec amerykańskiej broni atomowej, imigrant z Niemiec, dr Robert Openheimer nie bez powodu cytował wedyjskie pisma podczas testu bomby A w lipcu 1945 r. Później, gdy pytany o to, czy w lipcu 1945 r. doszło do pierwszej eksplozji bomby atomowej, odpowiedział: "Tak, ale w czasach nowożytnych". 




"Richard B. Mooney podaje, że brahmińska księga "Siddnanta-Ciromani" posługuje się jednostkami czasu, z których ostatnia, najmniejsza, trutti stanowi 0,33750 sekundy. Uczeni studiujący teksty sanskryckie są zakłopotani, nie mogąc wyjaśnić, do czego służyć mogła w starożytności tak mała jednostka czasu i jak można było ją mierzyć bez odpowiednich instrumentów. Współczesne prymitywne szczepy posiadają dość niejasne pojęcie czasu i nawet godziny mają dla nich stosunkowo niewielkie znaczenie. Trudno więc sobie wyobrazić, by starożytne ludy prymitywne zachowywały się w tym względzie inaczej.

Andrew Thomas w swojej książce "Nie jesteśmy pierwsi" pisze: Według jogi Pundit Kaniah z Ambatturu w Madras, którego spotkałem w roku 1966, początkowo system pomiaru czasu u brahminów był sześćdziesiątkowy, na dowód czego joga cytował wyjątki z "Brihath Sakatha" i innych tekstów sanskryckich. W dawnych czasach doba dzieliła się na 60 "kala", z których każda wynosiła 24 minuty. "Kala" dzieliła się an 60 "vikala", z których każda wynosiła 24 sekundy. Następnymi 60 razy mniejszymi jednostkami były: "para", "tatpara", "vitatpara", "ima" i w końcu "kashta" - jedna trzystamilionowa część sekundy. Do czego starożytnym Hindusom służyć mogły ułamki mikrosekund? Pundit Kaniah wyjaśnił, że uczeni brahmini od zarania dziejów zobowiązani byli do zachowania tej tradycji w pamięci, choć sami jej nie rozumieli.

Jedna trzystamilionowa część sekundy - kashta - nie może naturalnie mieć żadnego sensu praktycznego, jeśli nie dysponuje się urządzeniami, które mogłyby mierzyć czas z taką dokładnością. Z drugiej strony wiadomo, że czas życia niektórych cząstek atomowych: hiperonów i mezonów jest bliski jednej trzystamilionowej części sekundy.



Tablica "Varahamira", datowana na rok 550 naszej ery, zawiera wielkości matematyczne porównywalne z wymiarami atomu wodoru. Czyżby te liczby również przekazano nam z odległej przeszłości? Joga Vashishta twierdzi: Istnieją rozległe światy w pustych przestrzeniach każdego atomu, tak różnorodne, jak pyłki w promieniach słońca. Wydaje się to wskazywać na starożytną wiedzę o tym, że nie tylko materia zbudowane jest z niezliczonej liczby atomów, lecz że w samych atomach, jak dziś wiemy, większa część przestrzeni nie jest wypełniona materią. (...)


Starożytni Hindusi wykazali w swoich przekazach piśmienniczych zaskakującą wiedzę naukową o świecie i materii. W powstałym prze około 5000 laty dziele zatytułowanym "Jyotish" znajdujemy rozważania na takie tematy, jak heliocentryczny ruch planet, prawa grawitacji, gwiazdy stałe na Mlecznej Drodze, dobowy obrót osiowy ziemi, kinetyczna teoria energii i teoria budowy atomu. Wiadomo także, że niektóre szkoły filozoficzne podejmowały jako przedmiot swoich rozważań skomplikowane obliczenia z zakresu fizyki atomowej. Wyznaczenie czasu "potrzebnego do przejścia atomu przez jednostkę objętości równą tej, jaką on sam zajmuje" jest przykładem jednego z prostszych "tematów badawczych"."

(koniec cytatu)

Dużo więcej tej zadziwiającej, starożytnej wiedzy ma się znajdować w Szambali. Tak się dziwnie złożyło, że Nikołaj Roerich opisywał przyszłą Wojnę Szambali jako coś w rodzaju wojny nuklearnej. I opis ten powstał na długo przed Hiroszimą...

Wiara w Szambalę bardzo silnie zakorzeniła się wśród buddystów z Tybetu i Mongolii. Pobożne legendy mówią, że dalajlamowie pozostawali w kontakcie z przedstawicielami tego królestwa a w dawnym pałacu dalajlamów w Lhasie jest tajne przejście prowadzące do Szambali.



Gdzie to królestwo jest położone? Buddyjska tradycja tego nie precyzuje. Przedstawia się je zwykle jako państwo o kształcie idealnego okręgu otoczone kręgiem wysokich, ośnieżonych gór. Jest to jednak tylko jego symboliczny obraz, w którym niedostępne góry są odbiciem trudności jakie trzeba pokonać, by dotrzeć do buddyjskiego oświecenia. Opowieści o podróżach do Szambali są zaś podobnymi symbolicznymi opowiastkami z pogranicza realności, halucynacji i magii. Wśród tybetańskiego i mongolskiego ludu rozpowszechniło się przekonanie, że Szambala leży pod ziemią, skryta w starożytnym systemie tuneli. Dokładna jej lokalizacja nie jest znana, ale często wskazywany jest obszar pod Pustynią Tarym a także u podnóża gór Kunlun oddzielających Tybet od zamieszkanego przez Ujgurów regionu Sinciang. Góry Kunlun były uważane w chińskiej mitologii za siedzibę bogów. Niektórzy lamowie twierdzą, że wejście do Szambali znajduje się bardzo daleko na syberyjskiej, arktycznej północy. Jak później jednak wyjaśnię, wszystkie te interpretacje są tylko pewne bardzo duże uproszczenia...




Mit Szambali ma wyraźne przedbuddyjskie korzenie. W bon, czyli w pierwotnej, szamanistycznej religii Tybetu istnieje wiara w podobne, utożsamiane z rajem królestwo znane jako Olmolungring. Podobne opowieści o starożytnych podziemnych światach krążą od wieków w Indiach czy obu Amerykach a przebijają się nawet do europejskiego folkloru, który traktował podziemia zarówno za miejsce zamieszkiwane przez różnego rodzaju elfy, skrzaty, trolle i smoki jak i za chrześcijańskie Piekło. Nawet w polskim folklorze mamy podobne opowieści – np. o rycerzach śpiących w jaskini w Giewoncie i czekających na Sąd Ostateczny. (Na zbudzenie się tych rycerzy czeka sabatejski reżyser - Grzegorz Braun. :) Bez wątpienia jednak buddyzm tybetański dał temu mitowi nową energię.


Pierwszym Europejczykiem, który słyszał legendy o Szambali był prawdopodobnie o. Estevallo Cacella, portugalski jezuita, który w XVII w. dotarł na dwór panczenlamy. Tak, tak - to "agenci" Stolicy Apostolskiej jako pierwsi zainteresowali się tym utopijnym, buddyjskim królestwem i jego tajemnicami.



Po jezuitach temat ten zaczęli badać okultyści. W 1871 r. lord Edward Bulwer-Lytton, były brytyjski minister ds. kolonii, człowiek, któremu kiedyś proponowano grecką koronę, opublikował poświęconą temu Podziemnemu Królestwu książkę "Vril. Nadchodząca rasa". Opisywał w niej zamieszkujące Szambalę społeczeństwo czystych Aryjczyków, którzy "nie zdegenerowali się mieszaniem z rasami niższymi" i przez to zachowali zdolność do posługiwania się mocą psychiczną o nazwie "vril". Bulwer-Lytton jest autorem sentencji "Pióro jest potężniejsze od miecza", więc nie powinniśmy się dziwić, że jego książka poświęcona Vrilowi odniosła ogromny sukces w środowiskach okultystycznych.




Książką Bulwer-Lyttona mogła inspirować się Helena Bławatska, rosyjska okultystka, założycielka Towarzystwa Teozoficznego. W „Doktrynie tajemnej” oraz innych swoich dziełach pisała ona posiadających moc vril mędrcach – Mahatmach, którzy z podziemnego królestwa Agharty kierują rozwojem duchowym ludzkości i przygotowują ją na nadejście Buddy Maitreyi oraz na towarzyszące temu przejście ludzkości na kolejny szczebel drabiny ewolucyjnej.



Równolegle do nich tematem zajmował się francuski markiz Alexandre Saint-Yves d'Alveydre. Był on wysokiej rangi różokrzyżowcem i martynistą. Alveydre był twórcą idei synarchii. Co to była synarchia? Jak podają popularne źródła: "Alexandre Saint-Yves d’Alveydre zastosował termin synarchia w swojej książce Prawdziwa Francja albo misja Francji (1887) dla opisu jego zdaniem idealnej formy rządów. Reagując na zagrożenie ideologiami i ruchami anarchistycznymi opracował bardziej konserwatywną formułę polityczno-teologiczną w serii następujących po sobie od roku 1882 czterech książek, której efektem miałby być rozwój harmonijnego społeczeństwa rozumianego jako organiczna jedność. Ideał ten częściowo opierał się na wyidealizowanych wyobrażeniach życia w średniowiecznej Europie, a także na wyobrażeniach o skutecznych sposobach rządzenia w Indiach, na Atlantydzie i w starożytnym Egipcie. Stawał w obronie hierarchii i zróżnicowania społecznego przy założeniu kooperacji między klasami i przekraczania konfliktów między grupami społecznymi i ekonomicznymi: synarchia w opozycji do anarchii. Jego wizja społeczeństwa europejskiego zakładała rząd oparty na trzech radach reprezentujących siły ekonomiczne, władze sądownicze i społeczność naukową, wiązane w jedną strukturę przez izbę metafizyczną. Idee te powstawały także pod wpływem Republiki Platona i pod wpływem martynizmu.
Częścią tej koncepcji rządów było przyznanie istotnej roli tajnym stowarzyszeniom, czy też mówiąc bardziej precyzyjnie stowarzyszeniom ezoterycznym, które mają dysponować przepowiedniami na temat przyszłości i zakulisowo zabezpieczać rządy. Alexandre Saint-Yves d’Alveydre dostrzegał wzór realizacji tego zadania w działalności Zakonu Templariuszy w średniowiecznej Europie"



Łatwo możemy zauważyć, że ustrój synarchiczny jest bardzo podobny do ustroju korporacyjnego wdrożone przez Benito Mussoliniego. Mussolini miał zaś potężne wsparcie w kręgach masonerii odwołującej się do tradycji Mazziniego. Ezoteryczne źródła faszyzmu?

Alveydre twierdził, że protofaszystowski pomysł synarchii podpowiedzieli mu tajemniczy Mędrcy ze Wschodu. Mieli mu oni przekazać również, posiłkując się sanskryckimi tekstami, wiedzę o Królestwie Agharty. Jak czytamy: " Alexandre Saint-Yves d’Alveydre mógł zostać odwiedzony przez grupę Wschodnich Wtajemniczonych, z których jeden określał siebie – książę Hardjij Scharipf (Haji Sharif). To właśnie wtedy nastąpiło skojarzenie synarchii ze „wschodzącymi mistrzami” zgrupowanymi w podziemnych pieczarach Agharty, którzy mieliby komunikować się z Alexandre Saint-Yves d’Alveydre'ą na drodze telepatycznej. O tym ukryciu pisał w książce Mission de l'Inde en Europeä wydanej w roku 1886, ale w obawie przed uchyleniem zbyt wielu tajemnic książkę tę zniszczył, pozostawiając tylko jej dwa egzemplarze, przez co nie była ona dostępna aż do roku 1910.
Alexandre Saint-Yves d’Alveydre wierzył, że starożytny, opierający się na synarchii rząd światowy został przeniesiony do Agharty do wnętrza pustej Ziemi na początku ery Kali Yuga ok. 3200 roku p.n.e. Saint-Yves d’Alveydre'ę można uznawać za człowieka, który wprowadził koncepcję Agharty do świata zachodniego. (...)
Uczniem Alexandre Saint-Yves d’Alveydry był wybitny okultysta Papus, który założył szereg stowarzyszeń opartych na idei synarchii. Innymi znaczącymi następcami byli Victor Blanchard (1878-1953), Philippe Nizier, René A. Schwaller de Lubicz i Emille Dantinne. Dzieła Saint-Yves d’Alveydry były także wykorzystywane przy rozwijaniu teozofii, a Rudolf Steiner w dużej mierze opierał się na koncepcji synarchii w kształtowaniu swoich poglądów politycznych.
Idee Alexandre Saint-Yves d’Alveydry miały wpływ na burzliwą politykę Francji w początkach XX-wieku, służąc jako model dla wielu ugrupowań prawicowych, a także w Meksyku, gdzie grupy synarchistyczne odgrywały znaczącą rolę polityczną."

(Jako ciekawostkę mogę dodać, że istniał również polski Związek Synarchiczny, założony przez znanego masona Włodzimierza Tarło- Mazińskiego i przemysłowca, senatora BBWR Stanisława Gaszyńskiego.  Związek ten głosił wiele bardzo słusznych postulatów:  "Członkowie Związku Synarchicznego reprezentowali pogląd, że dla Polski najlepszym ustrojem byłaby synarchia, czyli połączenie głównej zalety ideologii liberalnych, tj. swobodnego rozwoju indywidualnego jednostek (który to rozwój w warunkach demokratycznych prowadzi do anarchii) z prawicowymi zasadami jedności państwa i silnych rządów. W praktyce uosobieniem tego związku miałby być synarcha – posiadacz pełnej władzy zwierzchniej.(...)  Program gospodarczy zakładał udział robotników w zyskach przedsiębiorstw, odejście od złota jako miernika wartości na rzecz towarowej jednostki rozliczeniowej. W latach trzydziestych XX w. Tarło-Maziński usiłował przekonać do synarchizmu śląskie środowisko ONR.")




W historii o Szambali jest zresztą silny polski wątek. Opowieści o tej mitycznej krainie mocno bowiem spopularyzował w dwudziestoleciu międzywojennym polski pisarz Ferdynand Antoni Ossendowski. Zyskał on międzynarodową sławę dzięki wydanej w 1921 r. książce „Zwierzęta, ludzie, bogowie” (wydawanej również pod tytułem: „Przez kraj zwierząt, ludzi i bogów”) opisującej jego ucieczkę z ogarniętej rewolucją Rosji poprzez Syberię i Mongolię. Ossendowski w barwny sposób opisywał buddyjskie mity, a wśród nich opowieść o podziemnym królestwie rządzonym przez obdarzonego mistyczną mocą władcy zwanym Królem Świata.
„Znajduje się on w kontakcie z myślami wszystkich, którzy wywierają wpływ na losy i życie rodzaju ludzkiego… Z królami, carami, chanami, wodzami, arcykapłanami, naukowcami i innymi potężnymi ludźmi. Jest on świadom wszystkich ich myśli i planów. Jeżeli są one miłe Bogu, Król Świata dopomaga im w niewidoczny sposób; jeżeli jednak są Mu one niemiłe, Król doprowadza do ich unicestwienia. Moc ta jest dana Agharti za pośrednictwem tajemniczej nauki zwanej ‘Om’, którym to słowem my rozpoczynamy wszystkie nasze modlitwy. ‘Om’ jest imieniem starożytnego świętego, pierwszego Goro, który żył trzysta trzydzieści tysięcy lat temu. Był pierwszym człowiekiem, jakiemu dane było poznać Boga; nauczał on rodzaj ludzki wiary, nadziei i walki ze Złem. Potem zaś Bóg dał mu władzę nad wszystkimi siłami rządzącymi światem widzialnym” – cytował Ossendowski jednego z buddyjskich duchownych.




Mongolia była pogrążona wówczas w politycznej gorączce. Władzę nad krajem zdobył rosyjski białogwardyjski generał Roman von Ungern-Sternberg, który mianował się ostatnim chanem i myślał o wyzwoleniu Azji spod panowania europejskich potęg. Na ten polityczny mesjanizm nakładało się religijne ożywienie. Mongołowie oczekiwali, że wkrótce rozpocznie się apokaliptyczny konflikt, w którym weźmie udział potężna armia Szambali a Ungern głęboko wierzył w istnienie tego Podziemnego Królestwa. Nikołaj Roerich słyszał w 1924 r. w Urdze jak mongolscy kawalerzyści śpiewali: "Pozwólcie nam umrzeć na tej wojnie/byśmy się odrodzili/jako jeźdźcy króla Szambali!". Wielu wysokiej rangi lamów marzy zaś, by reinkarnować jako generałowie w armii Króla Szambali.

Ilustracja muzyczna: Ice Top - Urge Urgeleg 2 OST (bardzo klimatyczne video)




Za Ostrze Szambali uznawana była już mongolska armia pustosząca muzułmańskie państwa Azji Środkowej, Chiny i Europę. Czyngis-chan na długo po swojej śmierci był przedstawiany przez buddyjskich lamów jako władca skłaniający się ku buddyzmowi, niemalże bodhisatwa.




W latach 30. i 40. japońska armia i tajne służby wykorzystywały mit Szambali przeciwko Chińczykom i Sowietom. Ich propaganda skierowana do Mongołów przedstawiała japońskie siły zbrojne jako Armię Szambali idącą wyzwolić ludy Azji spod obcego panowania.



W bliski wybuch apokaliptycznej Wojny Szambali (i w konieczność przyspieszenie tej wojny prowadzącej do wzajemnej destrukcji USA i Chin) wierzył Shoko Asahara, przywódca japońskiej sekty Aum Shinrikyo. Sekta ta, obwiniana o atak sarinem na tokijskie metro w 1995 r., miała powiązania z japońskim "głębokim państwem" i aktywnie starała się zdobyć bronie masowego rażenia z rosyjskich arsenałów. Broń ta miała służyć dokonaniu prowokacji mającej doprowadzić do wojny nuklearnej pomiędzy USA a Chinami. Niewiele osób jednak ma świadomość, że Asahara nawiązał bliską znajomość z Dalajlamą XIV i wspierał go finansowo. Później, podczas śledztwa w sprawie zamachu na tokijskie metro, szef sekty Aum tłumaczył się, że to Dalajlama kazał mu "zrobić coś, co rozrusza skostniały japoński buddyzm". Niezły jajcarz-fajansiarz z tego Dalajlamy :) Pasują do niego słowa św. Jana Pawła II: "Można powiedzieć, że to jest okrutnik".




***


Jako autor powieści mającej w tytule słowo "Vril" miałem epizod związany z szukaniem śladów Szambali. W Ułanbaatar miałem okazję rozmawiać z dobrze poinformowanym Rosjaninem - głównie o współczesnej Mongolii oraz Rosji, ale też trochę o historii. W pewnym momencie zarekomendował mi on odwiedzenie ruin klasztoru Hamrin Hiid na obrzeżu pustyni Gobi. Miejsce to znane jest jako "Oczy Szambali". Legenda mówi, że jak spojrzysz na oczy namalowane na klasztornej bramie, to Szambala widzi ciebie a jak jesteś Wtajemniczony, to widzisz Szambalę. Musiałem tam pojechać


To była podróż ponad 500 km na południe. I była warta. Hamrin Hiid zrobił na mnie fajne wrażenie. Gdy patrzyłem na oczy namalowane na klasztornych wrotach przez sekundę widziałem oczami wyobraźni miasto z białymi murami i białymi wieżami. Kolega, który wybrał się tam kilka tygodni później miał podobny przebłysk. Być może to tylko nasza wyobraźnia.  

***

A w następnym odcinku serii Shamballah będzie o carskich i sowieckich poszukiwaniach Szambali.

***

Ze spraw wykraczających poza serię blogową:

Wyszły na jaw zapisy podsłuchów, które FBI robiła pastorowi Chojeckiemu Kingowi. Mniejsza z tym, że Martin Luther King miał 45 kochanek. Służby nagrały jak przyjaciel Kinga, inny czarny pastor baptystyczny, gwałcił parafiankę w pokoju hotelowym. King się temu przyglądał, śmiał się i dawał gwałcicielowi porady, co powinien jej jeszcze zrobić. Nagrano też jak King z innym pastorem tworzyli listę parafianek, określającą m.in. która z nich najlepiej się nadaje do orala, która do anala itp. Pastor zachowywał się więc gorzej niż podejrzewali nawet najbardziej zagorzali biali suprematyści.



Teraz możemy właściwie zrozumieć słowa pastora Kinga, z jego najsłynniejszego przemówienia: "Miałem sen. Biała i czarna dziewczyna bawiły się ze sobą". :)

W książce Johna Barrona "Amerikanskij szpion" jest też krótki wątek poświęcony pastorowi Kingowi. Okazuje się, że FBI miała poważne podstawy, by podejrzewać go o związki z komunistami. Byli działacze KPUSA kręcili się bowiem wokół pastora.

***

Obserwując reakcje po wyborach do PE widzę u niektórych wielki szok po tym jak Konfederacja uzyskała 4,55 proc. głosów zamiast 6 proc. No cóż, przy dużo wyższej frekwencji w wyborach parlamentarnych na jesieni może ona uzyskać jeszcze niższy wynik. Jej problemem jest bowiem głównie to, że odstrasza część elektoratu patriotycznego. Odstrasza filorosyjskością części swoich liderów. Powinna więc w kampanii wystrzegać się wszelkich akcentów prorosyjskich. A jak to w praktyce wyszło? Przykładem kretynizmu jej liderów był wywiad udzielony przez Krzysztofa Bosaka Sputnikowi. Po co mu to było? Nikogo w ten sposób nie przekonał do głosowania na swoje ugrupowanie (polskojęzyczną wersję Sputnika czytają głównie stare komuchy) a wiele osób zniechęcił. Jak można było dopuścić do tak gigantycznego fuck-upu jak umieszczenie na listach w Warszawie jakiegoś sowieckiego babsztyla z Donbasu? Po co im było pajacowanie Brauna z Fortem Xi? Takie akcenty powodowały, że "judeosceptyczne" akcenty w kampanii Konfederacji mogły być łatwo uznane za kremlowski teatrzyk. (Zwłaszcza jak pajacuje z jarmułką gostek o tak ostentacyjnie semickim nazwisku jak "Berkowicz".) Już po wyborach Ozjasz Goldberg powiedział, że Kaczyńskiego trzeba postawić przed Trybunałem Stanu za obrażanie Rosji i napisał, że "następnym razem napluje do ryja" rolnikom protestującym przed URM. I pomyśleć, że 1993 r. głosował on za wprowadzeniem progu wyborczego...