Polski USS Panay
Reakcje dużej części polskiej klasy politycznej
na incydent w Achałgori bardzo przypominały zachowanie amerykańskiej
administracji w 1937 r. wobec prowokacyjnych działań Japonii. Nieprawidłowe
rozpoznanie zamiarów Tokio przez Waszyngton przyspieszyło wówczas eskalację
wojny światowej w Azji i na Pacyfiku.
Cztery lata przed atakiem na Pearl Harbour
doszło do wciąż nie do końca wyjaśnionego incydentu, który niektórzy uznają, za
pierwsze starcie w wojnie USA z Japonią. 12 grudnia 1937 r. USS Panay,
wysłużona kanonierka pływająca po rzece Jang-Tse ewakuująca z personel
dyplomatyczny USA z placówki w Nankinie, została ostrzelana i zbombardowana
przez samoloty japońskiej marynarki wojennej. Panay nie miała szans w tym
starciu. Płonący statek szybko zatonął. W ataku zginęło trzech członków załogi
a 43 marynarzy i 5 amerykańskich cywilów odniosło rany. Japoński rząd szybko
wziął na siebie odpowiedzialność za atak, ogłosił, że był on skutkiem „pomyłki”
i wypłacił odszkodowania rodzinom ofiar.
Osoby obecne na miejscu zdarzenia upierały się
jednak, że o żadnej pomyłce nie mogło być mowy. Ewakuacja dyplomatów była
koordynowana z japońską armią, z którą ustalono dokładną trasę, którą ma
przebyć kanonierka. Statek był oznaczony kilkoma, widocznymi z daleka flagami
USA. Na pokładzie Panay obecny był kamerzysta, który zdołał uchwycić na taśmie
filmowej moment ataku. Japońskie samoloty zaatakowały okręt z bardzo niskiej
wysokości. Piloci nie mogli nie zauważyć flag. Kryptolodzy z US Army odczytujący
japońskie depesze wojskowe, przechwycili zaś treść rozkazów wydanych pilotom
jednoznacznie mówiących o konieczności zaatakowania USS Panay.
Mimo oczywistych dowodów japońskiej prowokacji,
rząd USA postanowił sprawę „zamieść pod dywan”. Amerykański ambasador w Tokio,
Joseph Grew, argumentował, że przyjęcie ostrego kursu wobec Japonii w związku z
incydentem, doprowadzi do wybuchu wojny, która będzie dla USA zbyt kosztowna.
Po latach historycy, postawili tezę, że
Japończycy atakując USS Panay chcieli sprawdzić jakim przeciwnikiem mogą być
dla nich Amerykanie. Zatuszowanie incydentu przez Waszyngton utwierdziło, część
cesarskiego establiszmentu w przekonaniu, że rząd USA jest słaby i ugnie się,
jeżeli spotka się z bezwzględnym działaniem. Japońscy militaryści rozważali
wtedy dwa warianty polityki ekspansji: jednym z nich była wojna z zachodnimi
mocarstwami, uderzenie w interesy ZSRR. Sowieci na każdą japońską prowokację
udzielali jednak bezwzględnej odpowiedzi zbrojnej. Bardziej atrakcyjnym celem
stał się więc anglosaski Zachód.
Donald Tusk jest z wykształcenia historykiem.
Nieustannie jednak dowodzi, że jest kiepsko przygotowany do wykonywania tego
zawodu. Po tym, gdy załoga nielegalnego rosyjsko-osetyńskiego posterunku pod
Achałgori „ostrzegawczo” otworzyła ogień w pobliżu prezydentów Polski i Gruzji,
ludzie z jego rządu i partii zaczęli zachowywać się tak samo jak amerykańscy
biurokraci tuszujący incydent USS Panay. Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski
pożartował sobie o „ślepym snajperze”. „Eksperci” z Centrum
Antyterrorystycznego szybko wysmażyli (powszechnie później wyśmiany) raport
mówiący, że nocne strzały koło Achałgori były wynikiem spisku gruzińskich
imperialistów, na co dowodem miało być, że prezydent Saakaszwili „trzymał ręce
w kieszeniach”. Wkrótce cała masa medialnych komentatorów odwracała kota ogonem
zrzucając winę za całą sytuację na „tych wrednych Kaczyńskich”, którzy
„niepotrzebnie jeżdżą do Gruzji” i „prowokują Rosję”. Komentarze te jak i
raport powiązanych z ABW „ekspertów” wywołały rzecz jasna zachwyt kremlowskiej
machiny propagandowej, z dumą odnotowującej, że „nawet Polacy porzucają
Saakaszwilego”.
Reakcja polskich „elit” była kolejnym sygnałem
dla Kremla, że może zawsze liczyć w naszym kraju na watahy „pożytecznych
idiotów”, którzy chętnie storpedują każdą polską inicjatywę uderzającą w
rosyjskie interesy. W jeszcze większym stopniu zadowolić Putina musiała totalna
indolencja przywódców liczących się państw Unii Europejskich. Francuski
prezydent Nicholas Sarkozy biernie przyjął to, że rosyjska armia nie respektuje
warunków porozumienia, które w sierpniu osiągnął z Miedwiediewem. Achałgori
nigdy nie było częścią Osetii Południowej, rosyjskich wojsk, zgodnie z
warunkami rozejmu, być tam wogóle nie powinno. Zamiast domagać się od Kremla wyjaśnień,
unijni przywódcy przeszli do porządku dziennego nad tak jaskrawym przykładem
rosyjskiego bezprawia. Co więcej, wielu z nich zaczęło mówić, o konieczności
„poprawy stosunków z Rosją” i ustępstw wobec Kremla.
Zdrowy rozsądek nakazywałby unijnym politykom
zaostrzenie kursu wobec Rosji. Nie tylko dlatego, że zagroziła ona jednemu z
większych państw członkowskich UE „nuklearnym holokaustem”. Europa mogłaby
obecnie pozwolić sobie na luksus uprawiania ostrej, antykremlowskiej polityki,
główni dlatego że Rosja jest obecnie bardzo osłabiona. Kryzys finansowy i
gwałtowny spadek cen ropy na światowych rynkach poważnie zatrzęsły podstawami
gospodarczymi państwa Putina. W kraju tym, po raz pierwszy od lat, doszło do
masowych demonstracji ludzi sprzeciwiających się polityce Kremla. Choć Putin
udaje, że kryzysu nie ma, gospodarka kraju znalazła się na krawędzi recesji a
niegdyś bajecznie bogaci oligarchowie błagają państwo o pomoc finansową,
akceptując to, że w zamian za fundusze stabilizacyjne przejmie ono udziały w
ich przedsiębiorstwach. Tak dobrej okazji wymuszenia na Rosji cywilizowanego
zachowania i przy okazji zaznaczenia swej roli na światowej scenie Europa nie
miała od wielu lat. Z winy żyjących iluzjami zachodnich i polskich polityków,
szansa ta nie jest wykorzystywana.